niedziela, 30 września 2012

Jak dobrze mieć sąsiada

Fot.Marcin Oleksa


Jakiś czas temu przeczytałam książkę Katarzyny Enerlich "Czas w dom zaklęty". Książka ciekawa, ale wstrząsająca, a ściślej - wstrząsająca w niej jest relacja między sąsiadami. Niepojętą rzeczą było dla mnie to, że w ludziach mieszkających tak blisko siebie, widujących się niemal codziennie, tworzących pewną wspólną społeczność, może być tyle nienawiści. Ale wiem, że tak bywa. Nasza ludzka natura jest przewrotna, nie umiemy żyć obok siebie bez zgrzytów i wiecznych, często nieuzasadnionych, pretensji. Znam ludzi, którzy mijają swoich sąsiadów na klatce schodowej bez żadnego słowa, tak jakby mijali powietrze. Obojętność. Nic mnie nie obchodzi ten człowiek, który mieszka obok, byleby tylko nie zakłócał mojego spokoju i nic ode mnie nie chciał. Bardzo często nie wiemy nawet, kto mieszka obok nas. Zamykamy się we własnej przestrzeni i bronimy jej naruszenia, tworząc wokół siebie mur. 
A przecież sąsiad to człowiek, niejednokrotnie ciepły i wrażliwy. Ale nie dowiemy się tego przemykając po schodach ze spuszczoną głową.
Jestem szczęściarą, bo mam cudownych sąsiadów. Kiedy ich spotykam, uśmiechają się do mnie ciepło, rozgrzewając najchłodniejszy dzień. Ja dzielę się z nimi swoją serdecznością, a oni ze mną tym co mają - swoim czasem, chwilą rozmowy, swoją pasją. Mój sąsiad, który mieszka nade mną, wielbi dobrą muzykę. Dzięki niemu i płytom, którymi mnie obdarowuje zupełnie bezinteresownie, mogę delektować się perełkami, które dziś wspomina się w nielicznych stacjach radiowych, lub w ogóle się o nich nie pamięta. Jest koneserem, dzięki któremu ja też staję się coraz bardziej "wybredna", wybierając muzykę, której chcę słuchać. Tu składam wielki ukłon w stronę pana Zbyszka i dziękuję. Za wszystko. Podobnie jak dziękuję pani Marii za wszystkie te chwile, którymi rozgrzewa moje zziębnięte serce i za pomoc, którą mi oferuje. Dziękuję Kasi i Darkowi za uśmiechy, z którymi przystają na krótką, ale serdeczną pogawędkę. A Jackowi, Oli i Zuzce dziękuję za to, że mogę zapukać do nich o każdej porze i zawsze dostanę filiżankę herbaty i domowe ciastko. I naprawdę ogromne znaczenie ma to, że ci sąsiedzi za ścianą, pod czy nad nami, po prostu są. Znajome dźwięki stukania, pukania, brzęczenia naczyń czy rozmów, których strzępki do nas docierają sprawiają, że czujemy się w tym rozgardiaszu bezpiecznie, bo nie jesteśmy sami. I kiedy zabraknie nam cukru, albo proszku do pieczenia w trakcie robienia ciasta, zawsze możemy zapukać do znajomych drzwi, uśmiechnąć się ładnie i po prostu pożyczyć od sąsiada szklankę cukru, zupełnie jak kiedyś:) Dobry sąsiad przypilnuje mieszkania, kiedy jesteśmy w pracy czy na urlopie. Mieszka tu, więc rozpozna obcego kręcącego się bez celu i w porę zareaguje. Może więc następnym razem, zamiast przemknąć chyłkiem obok naszego sąsiada, spróbujmy zobaczyć w nim kogoś więcej niż tylko anonimową osobę, która też tutaj mieszka. A przed świętami, które przynoszą pokój i zatrzymanie w to nasze rozpędzone życie, odważmy się zapukać w te drzwi, za którymi mieszka sąsiad i wnieśmy tam życzenia, jakie sami chcielibyśmy usłyszeć.  Bo przecież: "Ludzi zdobywa się otwartym sercem, a nie zaciśniętą pięścią."  Sąsiada też:)
Z serdecznymi pozdrowieniami dla wszystkich moich sąsiadów (tych za ścianą w Dąbkach też:))
Monika A. Oleksa

 
Fot. Marcin Oleksa
   
 

wtorek, 25 września 2012

Jesiennie

Fot. Marcin Oleksa


No i przyszła, piękna i majestatyczna, w złotym płaszczu i z babim latem w płomiennych włosach. Pani Jesień. Nie wepchała się tak nieoczekiwanie jak lato, które niejednokrotnie już nas zaskoczyło, nadchodząc nagle, nieoczekiwanie i wprawiając wszystkich w konsternację - bo jednego dnia jeszcze grube swetry i szaliki, a kolejnego temperatura skacze do plus dwudziestu pięciu stopni, i jak to, w kwietniu nosić sandały i bluzeczki z krótkim rękawem? Do tego lato kaprysi. Jak coś mu się nie spodoba, chowa się gdzieś, ma wszystko w nosie i zostawia w lipcu temperaturę plus szesnaście stopni! Jest nieprzewidywalne i chyba przez nas rozpieszczone, bo wszyscy kochamy lato. A Jesień nadchodzi powoli, wysyłając zwiastuny swojego przyjścia najpierw w chłodnych porankach i wieczorach, potem w odlocie bocianów i słońcu, które pochyla się coraz niżej. Aż w końcu przychodzi, i aby nie było nam smutno za tym rozkapryszonym latem, maluje świat na złote kolory i puszcza zamiast latawców srebrne niteczki babiego lata. Pod nogi sypie nam dywan roztańczonych liści, a w dłonie wsuwa kasztany, które zachwycają nas pomimo wieku. Nie można obok niej przejść obojętnie. Czaruje i dopieszcza świat w szczegółach, a my tak często marudzimy i narzekamy, że jesień, że zimno, że ciemno i takie tam. A wystarczy jeden spacer po parku, po lesie, czy nawet po osiedlu, aby spojrzeć dookoła i zachwycić się Jesienią. Bo ona naprawdę jest piękna, a my piękniejemy razem z nią, jeśli tylko schowamy do kieszeni wymęczone twarze, skrzywione miny i wieczne narzekanie, że znowu coś nie tak. I co z tego, że poranek ciemny i ponury? Ale rześki i od razu stawia na nogi. Jesienny spacer dodaje energii i podnosi poziom endorfin, hormonu szczęścia. Może warto, choć jednego dnia, zrezygnować z utartych przyzwyczajeń i wybrać się po pracy na przechadzkę. Zostawić samochód pod domem, zrezygnować z jazdy autobusem i przystanąć, choć na chwilę. Wciąż się gdzieś spieszymy i w tym pośpiechu lekceważymy piękno, które podaje nam na wyciągniętej dłoni otaczający nas świat. A wystarczy chwila, aby na nowo, tak jak dziecko, zachwycić się życiem, które zostało nam podarowane. I aby spojrzeć na Jesień przychylniej. Bo przecież, jak pisze Basia Smal ("W środku życia"), to letnie ciepło, beztroska i radość jest w nas, a nie w otaczającej nas aurze. I to, że pada, wcale nie znaczy , że mamy wyglądać tak samo smętnie, jak te krople deszczu spływające po szybie.
Kocham jesień, a szczególnie zachwyca mnie październik. Ta odwzajemniona miłość pojawiła się w czasach studenckich, kiedy zmierzałam na zajęcia, lub wracałam z nich mijając wymalowany czerwienią park. Słoneczny październik dodawał mi energii, a zachlapane, deszczowe dni rozgrzewał ciepły koc i książka w dłoni. Jesień to moja inspiracja. Często powraca w moich książkach.  "Miłość w kasztanie zaklęta" zaczyna się jesienią... 
" Wracała do domu naładowana pozytywną energią. Październik tego roku pochwycił koniec lata i długo tulił go w objęciach, nie chcąc stracić bezpowrotnie. Majestatyczna Pani Jesień, ubrana w podszyty wiatrem płaszcz z czerwonopomarańczowych liści, wolno kroczyła przez świat, rozdając promienne i ciepłe uśmiechy. Wszystko tańczyło radością i nawet ludzie na ulicach pozdejmowali z twarzy sztywne maski codzienności i znacznie częściej się uśmiechali. Maria też się uśmiechnęła do swojego odbicia w witrynie księgarskiej. 
Kiedy szła głównym deptakiem miasta, w błyszczących szybach odbijał się obraz drobnej, szczupłej dziewczyny z włosami w kolorze jesiennych liści, które szamotały się z wiatrem i układały na plecach jasnego płaszcza. Bursztynowe oczy promieniały radośnie i odbijały słońce tak jak obrączka na serdecznym palcu." 
I jeszcze jeden fragment, nieco późniejszy: " "Szli obok siebie, ramię w ramię, płaszcz przy płaszczu i żadne z nich nie zauważyło nawet ognistego piękna, które w prezencie podarowała światu jesień, rozrzucając promienie zachodzącego słońca na wierzchołki drzew i przykrywając konary zasłoną z liści utkanych złotem. Październik trzymał się za rękę z listopadem i chwytał się ostatnich dni mocno, nie chcąc jeszcze odchodzić i ustąpić miejsca szarości dnia i panowaniu nocy. 
Maria trzymała w dłoniach rudy kasztan i zaciskała mocno drżącą pięść. (...) Kropla łzy spadła na brązowy kasztan, zalśniła w promieniach skrywającego się słońca i pochwyciła nić babiego lata. A potem utonęła w uśmiechu Marii, gdy jej usta dotknęły zaczarowanego kasztana." 
Dzisiaj dostałam esemesa od przyjaciółki. Przyjaciele tak mają, że jak najlepszy radar wykrywają, kiedy najbardziej ich potrzebujemy. "Czy w tym zabieganiu widzisz złote liście? One się do Ciebie uśmiechają- i ja też." Dzisiaj o mały włos bym ich nie dostrzegła. Dzięki Tobie Paulinko, spojrzałam w górę. I uśmiechnęłam się. A jednym z moich marzeń jest zobaczyć tę jesienną czerwień w Świdnicy. Dlaczego w Świdnicy? No właśnie... 
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa
        

niedziela, 23 września 2012

Podaj dalej

"Jeden z najgłębszych sekretów życia polega na tym, że tylko to wszystko, co robimy dla innych jest tym, co naprawdę warto robić." Lewis Carroll

 

Fot. Marcin Oleksa

 

Kilka dni temu, spacerując ze swoim Pieszczochem, spotkałam sąsiadkę. Wymieniłyśmy ciepłe pozdrowienia i uśmiechy ( bo przecież to nie boli - pamiętacie post o życzliwości?); ja przystanęłam, moja sąsiadka również. Porozmawiałyśmy o życiu i jego ważnych i nieważnych codziennościach. Miłe spotkanie ludzi, którzy chcą się wymienić swoim ciepłem. W tej krótkiej chwili zatrzymania i serdeczności świat uśmiechnął się do nas swoją piękną jesienią, a ja poczułam, że muszę się tym ciepłem podzielić i podać go dalej. A wystarczył tylko jeden serdeczny uśmiech mojej sąsiadki...
Uśmiech, dobre słowo, serdeczność; coś, co bezinteresownie dostajemy od drugiego człowieka - nie powinniśmy tego zostawiać dla siebie, tylko przekazywać dalej. Jestem marzycielką, wiem, ale pomyślcie, o ile świat byłby piękniejszy, gdyby tak, choć jednego dnia, uśmiech i miłe słowo przeszły od człowieka do człowieka, nawet zupełnie przypadkowego, mijanego na ulicy, spotkanego w sklepie lub stojącego obok w autobusie. Trudno nam przekazać dalej coś dobrego, ale tak łatwo podać dalej agresję i złość. Wkurzył mnie szef lub koleżanka z pracy, więc jestem wściekła. Akurat ten moment wybrał szanowny małżonek, aby zapytać mnie o rzecz oczywistą. Dla kobiety, oczywiście:) Więc co robię? Warczę na bliską mi osobę i wyprowadzam go z równowagi, bo tak łatwiej. Ranię go, a on podaje dalej i obtrąbi z odpowiednim przekazem kierowcę, który zajedzie mu drogę. I tak w kółko. Jak nie mamy na kim odreagować, to kopiemy psa lub nawrzucamy sąsiadowi. W tym łańcuchu wzajemnych nieuprzejmości są często, niestety, również nasze dzieci. I jak wytłumaczyć kilkulatkowi, na którego przed momentem nawrzeszczałam, że to nie on jest winny i nie jego porozrzucane zabawki, tylko ktoś, kto wcześniej mi dokopał? A przecież: "Jedna myśl, mała uprzejmość są czasem więcej warte niż olbrzymie kwoty pieniędzy." John Ruskin 
Boimy się słowa "dobry uczynek", bo jest niemodne i często mylone z naiwnością. A my nie chcemy być naiwni, więc po prostu nie robimy nic, chociaż niejednokrotnie mamy ku temu okazję. Pamiętam dwie takie sytuacje sprzed kilku miesięcy. Jechałam do pracy trasą nieco zaniedbaną przez komunikację miejską. Był dość chłodny, wiosenny ranek, a na przystanku stała kobieta w średnim wieku. Zatrzymałam się i zaproponowałam, że podrzucę ją dwa długie przystanki dalej. Odmówiła, a do tego spojrzała na mnie wzrokiem, który mnie zmroził. Trochę ją rozumiałam, ja chyba też bałabym się wsiadać do samochodu z kimś obcym, ale pomóc chciałam. Bezinteresownie. Przecież i tak jadę w tamtym kierunku, a samochodu mi nie ubędzie. Dostałam drugą szansę dwa tygodnie po tym wydarzeniu. Ta sama trasa, podobny poranek i inna kobieta w podobnym wieku. Stała nieco przed niewielką grupą skupioną wokół tablicy z rozkładem jazdy. Wyglądała tak, jakby bardzo jej się spieszyło i jakby błagała o cud. Zatrzymałam się i zaproponowałam to samo - podwiezienie kawałek dalej. "Nie mogę uwierzyć, że pani się zatrzymała" - powiedziała do mnie z jasnym, promiennym uśmiechem. "Tak długo trzeba tu czekać na autobus, a mnie się strasznie spieszy." Jechała do Hospicjum Małego Księcia. Ja też zmierzałam w tamte okolice, więc podwiozłam ją z radością, że mogłam pomóc. Gdy wysiadała, miała łzy w oczach. Pożegnała mnie ze słowami: "Pan Bóg mi panią zesłał." Tak, zesłał. Podziękowała mi najpiękniej, uśmiechem i słowami "Bóg zapłać". A ja wiem, że zapłaci. W inny sposób i w innej sytuacji, ale ktoś gdzieś kiedyś zrobi dla mnie coś bezinteresownie właśnie wtedy, gdy będę tego bardzo potrzebowała. Na przykład zadzwoni, zaniepokojony moim milczeniem i nieobecnością nawet tutaj ( DZIĘKUJĘ Basiu! Właśnie w taki sposób przychodzi ta zapłata...)
"Trzeba sobie wzajemnie pomagać: to naturalne prawo." Bo przecież: "Nikt na świecie nie żyje wyłącznie dla siebie. jesteśmy tu także dla innych." Może więc warto zacząć ten tydzień od takiej małej refleksji, że dobro wraca i wystarczy tylko podać go dalej, w jakiejkolwiek postaci, w zależności od sytuacji, aby otrzymać jeszcze więcej. Spróbujemy? 
Monika A. Oleksa



Fot. Marcin Oleksa
    
I would like to invite all of you to my English blog Painted by words http://paintedbywords.blogspot.com/
See you there:)  

niedziela, 16 września 2012

Oswoić poniedziałek

"Tracimy tyle czasu na rzeczy pilne, że nie starcza nam go na rzeczy ważne." 

 

Łabunie. Fot. Marcin Oleksa

Jak zacząć kolejny tydzień bez tej nostalgicznej tęsknoty za weekendem, który znów przeleciał tak szybko, że nie zdążyliśmy się nawet rozleniwić  i nacieszyć godzinami bez pracy i pośpiechu? I jak powitać poniedziałkowy poranek miłym uśmiechem od serca, kiedy telefon wygrywa melodię właśnie wtedy, gdy my najchętniej przewrócilibyśmy się na drugi bok i wtulili w ciepłą jeszcze od snu poduszkę? Myślę, że dobrze znacie to narastające napięcie, kiedy ciemnym rankiem trzeba dobudzić nie najmilsze wtedy dzieci ( a przecież mówiłam ci wczoraj, żebyś położył się wcześniej, prawda?), w łazience wszystko leci nam z rąk, bo znowu zabrakło tego kwadransa i nie ma czasu na spokojne śniadanie, które przecież jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Do tego pogoda taka nijaka, i w zasadzie to nie wiadomo co na siebie dziś włożyć, bo może padać, a może też się rozpogodzić, a w ogóle to już powinnam wychodzić, bo jeszcze chwila, a korki ( jak zwykle największe w poniedziałek, bo chyba każdemu brakuje wtedy tego kwadransa!) zatrzymają mnie w połowie drogi do pracy, a spóźnić się od razu w poniedziałek..., Znacie to? Tak myślałam. 
Pośpiech. Towarzyszy mi, odkąd zostałam mamą. A ściślej - pracującą mamą. I nic nie mogę na to poradzić, po prostu jest i koniec. Pomimo tego, że od wielu już lat nie noszę zegarka, żyję z "zegarkiem w ręku". Czasami czuję się jak rozpędzone Intercity, które o wyznaczonej godzinie powinno znaleźć się na konkretnej stacji. Każde spóźnienie pociąga za sobą lawinę zdarzeń, więc staram się zdążyć ze wszystkim. Wyhamowuję dopiero w wakacje. Na dobre i na dłużej. Wtedy nabieram sił i energii do kolejnej podróży w codzienność. a kiedy już w nią wejdę, staram się oswoić poniedziałki, bo one wszystko zaczynają. 
 Nie wymyślę żadnego powodu na pochwałę bladego, poniedziałkowego świtu, bo jesienią i zimą ptaki jeszcze śpią jak ja muszę już wstać, ale wyciągnę dłoń, na której zebrałam te dobre rzeczy, którymi możemy oswoić poniedziałek. Ten pierwszy poranek tygodnia przynosi nam bezcenne godziny czasu, który został nam podarowany. Od nas tylko zależy, co z nim zrobimy i jak go wykorzystamy. Możemy marudzić, że znowu ta codzienność i rutyna, która już bokiem nam wychodzi, przygnębia i podcina skrzydła, ale możemy też inaczej. Jeśli całą energię, którą tracimy na narzekanie i oglądanie się na niedzielę, która skończyła się zbyt szybko, wykorzystamy na ciekawość, co przyniesie ten dzień, kogo dziś spotkam, z kim wymienię życzliwe słowo, kto się do mnie uśmiechnie i komu ja prześlę spojrzenie radosnych oczu, bo optymizm nie przychodzi z zewnątrz, tylko wychodzi z nas samych, poniedziałek wcale nie będzie taki zły. Porozpieszczaj siebie, zabierz do pracy ulubioną filiżankę i wypij w niej kawę, taką, jaką lubisz. W pracy, ale bez pośpiechu. Może ze mną? Właśnie tutaj, gdzie choć przez chwilę chcę przystanąć i zatrzymać czas, który goni. Nie gódź się na bylejakość i rozdeptanie tego dnia, który przecież może być jednym z najpiękniejszych w Twoim życiu, bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy. pod warunkiem, że będziesz chciała to zauważyć i wyjść temu naprzeciw. Zacznij ten nowy tydzień działaniem, ono zawsze popycha do przodu i przynosi zadowolenie, że czas nie przecieka nam przez palce. Nie musisz od razu przenosić gór, każda z nas jest inna i każda ma inną codzienność. To może być cokolwiek- odkładana od dawna wizyta w urzędzie, którą wcześniej czy później i tak będziesz musiała odbyć; posprzątanie kuchennej szafki, do której starasz się nie zaglądać, bo jest wyrzutem sumienia, a Tobie się po prostu nie chce jej ruszyć, bo tyle innych spraw na głowie; wizyta u fryzjera lub kosmetyczki ( kiedy ostatni raz zrobiłaś coś tylko dla siebie?); nauczenie się siedmiu nowych słówek z języka obcego ( jak dziś uda się siedem, to znaczy, że jest duża szansa, że jutro spróbujesz kolejne siedem:D); telefon do przyjaciółki i umówienie się z nią na pogaduszki, które zawsze koją. Drobna rzecz, ale da nam moc do uniesienia kolejnych dni, bo jeśli to nam się udało dziś zrobić, to i ze wszystkim innym damy radę. Nie od razu, ale krok po kroczku, zaczynając od poniedziałku, który się do nas uśmiecha. A w drodze do domu, zrób sobie przyjemność i kup dla siebie coś małego, drobiazg, który rozświetli ten dzień i spowoduje, że spuścisz z siebie napięcie i spojrzysz na swoje odbicie w lustrze z radością w oczach. Kwiaty? A dlaczego nie? Przecież nie musimy ich dostawać wyłącznie od mężczyzn. Bukiet jesiennych astrów wniesie kolor złotej jesieni do naszego domu. Nowa szminka? Tusz do rzęs? Ja wstąpię po książkę. jestem od nich uzależniona, a każda nowa dostarcza mi taką samą przyjemność jak wizyta w ciepłym domu przyjaciółki. 
"Życie to conto, rachunek. To nieokreślona liczba cennych dni, z których człowiek może podjąć jednorazowo tylko jeden." Tak napisała Marlena de Blasi w swojej książce "Tysiąc dni w Wenecji". Podpisuję się pod jej słowami. Więcej nie dostaniemy, tylko jeden. Codziennie. I od nas tylko zależy, co z nim zrobimy i jak go wykorzystamy. 
Ja zacznę od oswojenia poniedziałku. Uda się, jeśli tego bardzo będę chciała. A Ty? Napisz mi o swoim poniedziałku. Udało Ci się spojrzeć na niego inaczej? 
Monika A. Oleksa    


Fot. Marcin Oleksa

 

piątek, 14 września 2012

Życzliwość - czy to naprawdę boli?

Łabunie. Fot. Marcin Oleksa


"Nie ma lustra, które by lepiej odbijało człowieka niż jego słowa." Juan Luis Vives

Jesienny poranek nie nastraja optymizmem, szczególnie jeśli za oknem leją się z nieba strugi deszczu, a wskazówki na tarczy zegara pędzą bezlitośnie w przód, kurcząc i tak deficytowy czas. W takich chwilach jesteśmy spięci, zdenerwowani i wybuchamy złością często bez powodu. Uśmiech, przesłany sąsiadowi na klatce schodowej, jest ostatnią rzeczą, którą mamy ochotę zrobić.  Autobusy, do których wsiadamy wypełnione są zmęczonymi, smutnymi twarzami, na których życie wypisało swoje troski, a skrzyżowania zakorkowane samochodami, zza szyb których wyziera wściekłość, bo tamten stał za mną, a wepchał się bezczelnie, a mnie nie udało się przemknąć na pomarańczowym, bo baba przede mną grzecznie zatrzymała się na światłach. Jesteśmy ponurzy, jak ten słotny dzień, mrukliwi i często nieuprzejmi. Ale dlaczego? Przecież uśmiech nie boli, a miłe słowo nie rani. Dlaczego boimy się obdarować drugiego człowieka choć odrobiną życzliwości? 
"Nawet bardzo mały gest życzliwości nigdy się nie marnuje." Ezop
Kilka słów wymienionych ze sklepową przy codziennych zakupach może sprawić, że obie poczujemy się lepiej. Ja zobaczę w niej kobietę, z takimi samymi problemami jak moje własne, a ona być może uświadomi sobie, że naprawdę tą kobietą jest, a uśmiech tylko zdobi, czasami piękniej niż dopracowany makijaż lub biżuteria. Dlaczego więc tak rzadko się uśmiechamy do siebie nawzajem? I dlaczego tak trudno, zwłaszcza nam, kobietom, powiedzieć tej drugiej, że ładnie wygląda i że podoba nam się jej bransoletka lub sweter, który z wahaniem wyciągnęła z szafy? 
Życzliwi ludzie są ciepli, a mnie ciągnie do ich ciepła jak ćmę do światła.
Na moim osiedlu, jakoś tak samoistnie, wytworzył się zwyczaj, że psiarze pozdrawiają się wzajemnie, bez względu na to, czy widzą się po raz pierwszy, czy już się wcześniej spotkali. Krótkie "dzień dobry", wymieniony uśmiech i chwila postoju przy psich powitaniach, potrafią naprawdę rozświetlić szary i zapędzony dzień. Zazwyczaj wtedy padają pytania o ulubieńca, dzielenie się doświadczeniem z posiadania czworonoga, dobre rady lub zwyczajna rozmowa. Życzliwość. Nasze psy na siebie nie warczą, więc dlaczego my mielibyśmy to robić? A jednak pani w okienku lub urzędzie na mnie warczy. Ale dlaczego? Tylko dlatego, że jestem już kolejnym z rzędu klientem, który do tego czegoś od niej chce i zadaje pytania? A przecież powinna mieć święty spokój i czas na spokojne wypicie kawy. Ale pracuje z ludźmi, tak? I sama też nie lubi, jak ktoś z klientów jest nieuprzejmy. Więc dlaczego, tak na wszelki wypadek, przywdziewa barwy wojenne i każdy dzień traktuje jak walkę o przetrwanie? Życzliwość. Uprzejmość. Mamy dziś na nią deficyt. A przecież często jedno dobre słowo szepnięte we właściwym czasie potrafi zdziałać cuda. I daje więcej niż pigułka szczęścia czy leki antydepresyjne. "Po cóż żyjemy, jeśli nie po to, by czynić dla siebie nawzajem życie łatwiejszym." To słowa George Eliot. Mądre i warte zastanowienia. A przecież "Prawdziwa grzeczność polega na wyrażaniu życzliwości". I "Im większy człowiek, tym większa uprzejmość." 
Bądźmy więc wielcy. Tak niewiele potrzeba... 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Oleksa
         

niedziela, 9 września 2012

Do serca przytul psa...

Fot. Marcin Oleksa


Witaj! Cieszę się, że znów możemy się tutaj spotkać. Masz chwilkę, żeby ze mną zostać, choć przez kilka minut? Tak miło, gdy zaglądasz... 
Dziś trochę refleksyjnie o naszych ulubieńcach. Minął właśnie rok, kiedy w naszym domu pojawił się nasz Pieszczoch. Ten rok był czasem wzajemnego poznawania się i wytyczania granic, ale również czasem zdobywania zaufania i miłości. Psie serce zdobywa się wytrwałością, a tym bardziej pokaleczone psie serce, w którym człowiek zostawił już swój niechlubny ślad. Nam zajęło dobrych parę miesięcy, aby te smutne oczy, które zostały utrwalone powyżej, nabrały blasku i aby roztańczyły się w nich iskierki radości. Dziś nasza suczka wygląda i zachowuje się jak każdy, kochany od szczenięctwa psiak, ale długo trwało, aby na nowo zaufała człowiekowi. Trafiła do nas z adopcji, uratowana przed śmiercią przez Lubelski Animals, leczona i zachęcana do życia, które w pewnym momencie jej obrzydło, przez lekarzy z przychodni weterynaryjnej Animals ( tutaj należy się wielki ukłon doktorowi Albinowi i podziękowania pani Eli, która walczyła o nią jak o kogoś bardzo, bardzo bliskiego). Wyszukała ją dla nas cudowna i oddana swojej pracy, pani doktor Marta Górna. "Byłam ostatnio u kolegi, który ją leczy- jest bezdomna, została potrącona przez samochód, miała połamaną miednicę. Po długiej rekonwalescencji wróciła do formy, pozostał już tylko lekki niedowład tylnej łapy- niestety ma trochę starte opuszki i pazury, bo ciągnie ją czasem po ziemi, ale poza tym jest sprawna, młoda i... przecudowna. I... nie sposób jej się oprzeć."  Miała rację. Pierwsze spojrzenie w te smutne oczy i byliśmy cali dla niej. Wymagała opieki, ale szybko wracała do zdrowia i sprawności. Dzisiaj, patrząc na nią trudno uwierzyć, że tyle przeszła. W zabawie w psiego berka dorównuje nawet psom myśliwskim. Jest zwinna, szybka i pełna pozytywnej energii, którą wprost emanuje. Pazury odrosły, opuszki zaleczyły się, a pokaleczone serce zostało obandażowane miłością, czułością i pieszczotami, których Pieszczoch domaga się od nas nieustannie. Nasz dom dzięki niej wypełnił się ciepłem, poranki są pełne psiej czułości, a dzięki spacerom, na które wspólnie wychodzimy, dostrzegamy zmieniające się pory roku i szczegóły, na które często nie zwraca się uwagi w biegu do pracy. My podarowaliśmy jej dom, ale ona dała nam dużo więcej - swoją bezwarunkową miłość, lojalność i przywiązanie. Jest antydepresantem, który można stosować bez ograniczeń. 
Ostatnio, pewna bardzo mądra kobieta, którą mam przyjemność często spotykać, powiedziała słowa, które zapadły mi głęboko w pamięć. "Jeśli kiedyś przyjdzie mi odejść z tego świata, będę bardzo żałowała, że nigdy nie doświadczyłam uczucia posiadania własnego zwierzaka." I dlatego zdecydowała, wraz ze swoją rodziną, że wezmą do domu kotka. Pani Małgosiu, pozdrawiam Panią bardzo serdecznie i zapewniam, że dacie sobie Państwo radę z tym puszystym czworonogiem. Macie w sobie dużo miłości, którą umiecie się dzielić. Ja będę Państwa wspierała i... mocno trzymam kciuki!
"Nie wolno niczego nie robić tylko dlatego, że nie można zrobić wszystkiego" (Iwan Turgieniew) Wiem, że adopcja jednego psiaka lub innego zwierzaka nie zmieni losu tych, które czekają na miłość człowieka. Ale przecież, pod wieczór życia będziemy rozliczani właśnie z tej miłości. W stosunku do ludzi i do naszych braci pomniejszych. A podarowanie domu choćby jednemu z nich... to dar, który nie zostanie zapomniany. 
"Mam nadzieję, że Mała  da Państwu wiele radości" - napisała w esemesie rok temu doktor Marta. Nie pomyliła się. Nasza suczka podarowała nam radość, której doświadczył tylko ktoś, kto choć raz przytulił do serca psa... 
Monika A. Oleksa  

   
Ja i mój Pieszczoch
          

wtorek, 4 września 2012

Wrażliwość: niszczy czy umacnia?

Archiwum prywatne

"Szczęście nie jest rzeczą łatwą; trudno je znaleźć w sobie, a nie sposób gdzie indziej."

Kończy się lato, które wciąż jeszcze obdarowuje nas swoimi, coraz chłodniejszymi już, promykami i słoneczną energią, która jeszcze pomaga wstać rano z łóżka z uśmiechem. Wraz z pierwszym dzwonkiem skończyła się swoboda i leniwe nicnierobienie, a rozpoczął się czas obowiązków, pośpiechu i stresu. Obawa przed nowym, niepewność, jak to będzie i czy dam radę? To uczucie dopada większość z nas, bez względu na to, ile mamy lat. To nieprzyjemne mrowienie w brzuchu (bynajmniej nie mam na myśli tych przyjemnych motylków związanych z radosnym oczekiwaniem), niekontrolowane drżenie rąk i nóg, miękkie kolana, a często brak powietrza. Znacie to? Zaczyna się od najwcześniejszych lat i nie zwalnia od tego nawet beztroskie dzieciństwo w otoczeniu bliskich, którzy Cię kochają i akceptują takim, jakim jesteś. Wrażliwość. Ma dwa oblicza. I oba potrafią dotkliwie zranić. 
"W życiu wpajano mi ważną zasadę: "Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał." Żyłam w przekonaniu, że nie należy z premedytacją krzywdzić innych. Z perspektywy czasu zastanawiam się dlaczego inni pozwalali sobie tak wiele razy wyciskać z moich oczu łzy żalu, rozgoryczenia a nawet rozpaczy? Ucząc się w szkole podstawowej byłam zmuszona dokonać generalnego remontu mojego życiowego okrętu. Ściany kajut, do których uciekałam podczas sztormów i burz zaczęły pękać. Nie wytrzymywały trudnych warunków atmosferycznych. Bałam się wówczas, iż zamiast wypływać na głębię, będę dryfować po dnie. Moje życie z dość spokojnego i uporządkowanego zmieniło się diametralnie. Przestałam wierzyć w siebie, myśląc, że jestem nikomu niepotrzebna. Przekonałam się, jak zazdrosny i zawistny może być człowiek." To fragment konkursowego opowiadania mojej czternastoletniej siostrzenicy, Paulinki Oleksa, opublikowanego w tym roku w książce "Młodzież jaką znamy i nie znamy" nakładem wydawnictwa POLIHYMNIA. Znam Paulinę od urodzenia, ale po przeczytaniu tego opowiadania jestem pod wielkim wrażeniem jej niecodziennej osobowości. I wrażliwości. Raniły słowa rówieśników, raniła ich obojętność i niezrozumienie. Każdy sukces młodej dziewczyny zamiast dodawać skrzydeł, ściągał w dół. Samotność wśród ludzi rani najboleśniej, a ona ją niejednokrotnie odczuła. Dlatego, że jest inna. Zdolna, ambitna i mądra. Tak po prostu, mądra. Nie lubimy inności i wyraźnie dajemy to odczuć. A człowiek wrażliwy odbiera to potrójnie. Każdy brak akceptacji, czy złośliwą uwagę odczuwa jak fizyczny cios. To boli, wiem coś o tym. Wrażliwość to brak skorupy, jaką człowiek odgradza się od świata i drugiego człowieka. To zupełnie tak, jakbyśmy swoje serce trzymali na dłoni i z uśmiechem wyciągali je do ludzi. Tylko, że ludzie tego gestu nie potrafią odczytać. I dlatego ranią. I gryzą, bo tak bezpieczniej. 
Ale wrażliwość to również inne spojrzenie na świat i dostrzeżenie w nim kolorów tęczy pomimo szarości dnia. To zatrzymanie przy biedronce i zachwyt nad wymalowanymi przez naturę skrzydełkami motyla. To również dostrzeżenie tego, kto jest obok ciebie. Wyciągnięcie ręki, pomimo tego, że może zostać pokąsana. Wrażliwość to także empatia; współodczuwanie tego, co czuje drugi człowiek. Nie ranię, bo wiem, jak to potrafi boleć. Ale nie chcę też, aby raniono mnie. 
Wrażliwość to łzy, które płyną po policzku mojego młodszego synka, gdy widzi krzywdę zwierzęcia, i pochylenie się nad potrzebującym. Wrażliwość to Wasze łzy, które wymykają się z oka przy czytaniu mojego posta o przyjaźni. Bardzo Wam za nie dziękuję. Piszę to, co mam w sercu i to, co czuję. Nie ma w tym moim pisaniu niczego sztucznego, to jestem Ja, prawdziwa i z tym sercem na dłoni. Moja wrażliwość daje mi siłę. Nie niszczy, pomimo kopniaków, których nie szczędzi Życie. Umacnia, bo potrafię dostrzegać ludzi, którzy są wokół mnie. Takich, jak Wy. Dziękuję za Wasze ciepłe słowa i za to, że tu zaglądacie. Dziękuję za Waszą obecność w moim życiu i komentarze, dzięki którym wiem, że nie jestem w tym świecie wrażliwców sama.      

"Wygoda, bogactwa i pochwały nie przynoszą prawdziwej radości. Daje ją zrobienie czegoś wartościowego." 

Paulinka śpiewa, pisze wiersze i chętnie się uczy. Jest głodna wiedzy i nie przeszkadza jej nadmiar obowiązków. Żyje pełnią życia. "Dzisiaj wiem, że mój okręt przybrał właściwy kierunek"- mówi. I robi coś wartościowego. A to przynosi jej radość. A mnie radość przynosi pisanie do Was. I także mam nadzieję, że daję Wam coś , przy czym warto się zatrzymać. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
 

niedziela, 2 września 2012

Miejsca, gdzie wyciągniętą ręką można dotknąć Nieba

Fot. Marcin Oleksa


Poczułam dziś zapach skoszonej trawy. I zapragnęłam zatrzymać te ostatnie chwile lata i pożegnać wakacje w miejscu, gdzie mogę odetchnąć atmosferą małego miasteczka. Uciekłam do Nałęczowa, magicznego miejsca, gdzie czas przystaje, a chwila po prostu trwa. I gdzie wyciągniętą ręką dotykam Nieba.
Z mojego Lublina do Nałęczowa to tylko pół godziny drogi samochodem. Dwadzieścia osiem kilometrów i przekraczam granicę pomiędzy tym, co powinnam, a tym, czego po prostu chcę. Nałęczów, z całą swoja sielskością i spokojem, otula mnie od pierwszego oddechu i spojrzenia. Uśmiecha się do mnie na przywitanie i obdarowuje, czym może. Latem, śpiewem ptaków i pstrokatym kolorem rabatek w parku, gdzie po stawie dumnie pływają łabędzie, a ciekawskie kaczki zaglądają spacerowiczom w oczy. Wiosną park zniewala wonią nabrzmiałych pączków i soczystością zieleni, która koi i zatrzymuje w milczącym zachwycie. A jesień, moja ukochana jesień, rzuca mi pod stopy kasztany, po które się pochylam i pozwala mi kroczyć po mieniącym się ciepłymi kolorami dywanie liści. 
Nałęczowska niedziela to czas na najlepszą latte i delicję nałęczowską w Ewelinie. Kto nigdy tam nie był, powinien tu przyjechać choć raz, bo warto. Dziś, ten ciepły wrześniowy dzień pozwolił na zatrzymanie w ogrodzie. Tutaj małe stoliki i krzesełka przycupnęły, otaczając fontannę, a maleńka sikorka z żółtym brzuszkiem ciekawie zagląda w talerzyki, zerkając z krzaka róż, na którym przysiadła. W tym miejscu czas przystanął, a ja razem z nim.   
Agnieszkę, moją bohaterkę też zauroczyło to miejsce. 
"W sobotnie popołudnie park zapraszał do przejścia w cieniu kolorowych drzew, ubranych przepięknie przez panią Jesień. Na trawnikach i alejkach leżały lśniące kasztany, dopiero co wyklute ze swoich kolczastych skorupek, a łabędzie dostojnie wyciągały swoje szyje, upominając się o bułkę i adorację. Maciej kochał to miejsce, a Agnieszka z każdą wizytą zostawiała tutaj kolejny kawałek siebie. Przysiedli na białej ławeczce tuż przy Pałacu Małachowskich. W oddali słychać było dźwięki akordeonu i walc wypływający spod palców muzyka. To była chwila, którą chciało się zatrzymać, a potem odtwarzać raz za razem, w momentach, gdy życie dokopie."
 I, podobnie jak ja, zajadała się tam nałęczowską delicją...
"Ewelina urzekła Agnieszkę już przy pierwszym spotkaniu, jeszcze w lipcu, kiedy ogród sycił oczy intensywną zielenią i żył w bzyczeniu owadów przyciąganych tu słodkim zapachem nektarowego pyłku. Przy szklanej gablocie z ciastami Agnieszka nieodmiennie czuła się jak mała dziewczynka, która z nosem przyciśniętym do szyby "je oczami". Kolorowe ciasta z puszystym kremem, galaretką i sezonowymi owocami kusiły i nie można było im się oprzeć. Nic dziwnego, że w tej stylowej kawiarence było zawsze pełno amatorów słodkich delicji."
Oba fragmenty pochodzą z zapowiadanej na październik powieści "Ciemna strona miłości". 
A ja w Nałęczowie szukam inspiracji dla słów, które we mnie drzemią. Po każdym takim spacerze wysypują się na papier i proszą o utrwalenie. Tak jak dziś. Wiem, że ten nałęczowski czas zamknę w kolejną ze swoich książek, ale dziś wieczorem podzieliłam się tym moim Nałęczowem z Wami. Skusiłam na spacer po parku? Marzenko, Nałęczów jesienią jest naprawdę niesamowity... 
Monika A. Oleksa 


Ja i mój Nałęczów