piątek, 30 listopada 2012

Epoka

Fot. Marcin Oleksa


Nie udała się Panu Bogu starość. No, nie udała. Ciało, które służyło nam przez całe życie i którym przez większą jego część wcale się nie przejmowaliśmy, nagle odmawia posłuszeństwa. Proste czynności zaczynają być z dnia na dzień skomplikowane, a droga do osiedlowego sklepu wydłuża się, a po jakimś czasie wizyta w tym sklepie staje się jedynym celem dnia. Bo każdy dzień ma swój cel. Czasami jest  nim po prostu wstanie z łóżka. Trudno jest się pogodzić z tym, że człowiek, który przez całe życie był aktywny, nagle zdany jest na pomoc innych, bo sam przestaje sobie radzić. 
Ale może dostaliśmy tę starość po coś? I pisząc "my" nie mam na myśli schorowanych emerytów i ludzi mniej lub bardziej pogodzonych z ograniczeniami własnego ciała, ale nas - trzydziesto, czterdziesto, pięćdziesięciolatków. Bo przecież w życiu każdego z nas, tuż obok, czasami zupełnie blisko, jest ktoś, kto już sobie nie radzi sam ze sobą i potrzebuje naszych rąk, nóg, umysłu, a czasami po prostu naszego towarzystwa. 
Nasze społeczeństwo się starzeje, żyjemy w coraz większym pośpiechu, nie mamy czasu, żeby porządnie zjeść, wyspać się czy zadbać o siebie. Nie mamy czasu, żeby zwrócić uwagę na drugiego człowieka, który jest zbyt dumny, aby powiedzieć, że sobie nie radzi i że prawdziwym przekleństwem starości jest samotność. Pustka, obijająca się o ściany mieszkań, które kiedyś tętniły życiem. Poszarzałe ściany dzisiaj milczą, a kiedyś, jeszcze tak całkiem niedawno, odbijał się od nich śmiech, płacz, kłótnie rodzeństwa walczącego o swoje terytorium, słowa, które płynęły nieprzerwanym potokiem bez względu na to, czy były ważne, czy nie. Dziś wszystko zamilkło, tylko telewizor się nie poddał. Został tym "oknem na świat", bo w nim przecież "samo życie". I jedna niewielka emerytura, za którą trzeba przeżyć. Dni wypełnione są długimi godzinami, które przynoszą gorycz wspomnień, bo tamtem czas już nie powróci. Wszystko jest inne, świat stanął na głowie, a człowiek człowiekowi wilkiem. Pewna epoka się zakończyła, a dziś... to nie są dobre czasy dla starych ludzi.  
Epoka w moim życiu to moja babcia. Jedna odeszła trzynaście lat temu, obojętniejąc na ten świat. Los obszedł się z nią łaskawie, zostawił starość, ale odebrał pamięć. Pozostały migawki z młodości, dzieciństwa i czasów, które przeminęły, ale w zamkniętej pamięci mojej babci były wciąż żywe i bardziej aktualne niż ta szklanka z herbatą stojąca przed nią na stole. Druga babcia wciąż jest przy mnie i jest mi bardzo bliska, choć czasami już bezradna jak dziecko. Kiedy patrzę na nią, widzę historię wyrytą w każdej zmarszce. Babcia to najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa. To pełna akceptacja i miłość, która nie stawia warunków. Babcia to czas beztroski i zatrzymania. Nawet teraz, gdy pijemy razem kawę, albo herbatę, ta chwila ma magiczną moc cofania czasu. Jej dom ma wciąż ten sam zapach co przed laty, a przedpołudnie smakuje spokojem. Wyblakłe oczy patrzą z mądrością, bo niejedno już widziały, a każda rada zaczynająca się od: "Pamiętaj, jak mnie już nie będzie...", jest na wagę złota. Czas zatacza koło. Rodzimy się bezbronni i zdani na opiekę innych i odchodzimy w ten sam sposób. Drugi człowiek jest nam niezbędny do tego, aby przeżyć. Potrzebujemy czyjejś obecności i zapewnienia o tym, że wciąż jesteśmy dla kogoś ważni. I potrzebni. 
Starość jest smutna, ale może być piękna, gdy przeżywamy ją z godnością i gdy pomimo ułomności swojego ciała, które z dnia na dzień coraz mniej jest nam posłuszne, wytyczamy sobie małe cele, które z konsekwencją realizujemy. Nie ma nic gorszego niż wycofanie, zamknięcie się w czterech ścianach swojego mieszkania i zobojętnienie na wszystko, co poza tą przestrzenią, która w pewnym momencie staje się więzieniem. 
Lubię starszych ludzi. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Fascynuje mnie czas zamknięty w jednym życiu. Mają wiele do powiedzenia, ale tak często nie chcemy ich słuchać. Dlatego gdy już znajdą słuchacza, zasypują go informacjami na temat swojego zdrowia. Bo tu boli, tu odjęło, tam przybyło, tu strzyka na niepogodę i wstać z łóżka tak trudno gdy się człowiek zależy. Wciąż się uczę z tego słowotoku wybierać to, co ważne, czasami drogocenne. Skrawki młodości, uczucia - te odwzajemnione i nie, życie w czasach, które znamy z filmów i książek. Żywi świadkowie historii. Ale żeby ją poznać, musimy się przy nich zatrzymać. I pochylić nad starością, a nie uciekać od niej.
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Oleksa
  

czwartek, 29 listopada 2012

Ratunku, jestem mamą!

Fot. Marcin Oleksa


"Dziecko to miłość, która stała się rzeczywistością."   
Najpierw czekasz z niecierpliwością na pojawienie się różowej kreseczki, która zwiastuje nowe życie. Czekasz na tę kreseczkę z niepokojem, radością, nadzieją, a czasami z rozpaczą. Potem to małe ziarenko dojrzewa w tobie i nosisz je pod sercem dziewięć miesięcy. Czujesz maleńkie rączki i nóżki, które cię boksują i nie możesz się doczekać, kiedy weźmiesz je w ramiona i przytulisz już po tej stronie. A potem mijają miesiące i lata i każdy dzień wypełniony jest po brzegi emocjami, gwarem, śmiechem, radością, ale i strachem o to życie, które zostało nam powierzone do wychowania. A to wychowanie wcale nie jest proste i niejednokrotnie z twoich oczu popłynie łza, zadrży głos albo zacisną się z bezsilności usta, bo bycie mamą jest chyba najtrudniejszą rzeczą na świecie. Jak wychować tego małego człowieka, obdarowując go pokładami mądrej miłości i jednocześnie nie zepsuć, nie rozpuścić i wytyczyć granice, które potem z trudem można utrzymać, bo serce matki mięknie pod wpływem spojrzenia, które roztapia. Jak szanować, nie pozwalając na wszystko, jak karcić, żeby nie zranić? 
Dorastałam ze zdaniem wypowiadanym z mądrością przez moją babcię: "Małe dzieci - mały kłopot; duże dzieci - duży kłopot." Nie rozumiałam, dopóki sama nie zostałam mamą. Moje słodkie maleństwo, które jeszcze tak niedawno rozświetlało się bezzębnym uśmiechem na mój widok, teraz potrafi dotknąć ostrym słowem wypowiedzianym ot tak. Słodki aniołek, z którym nigdy nie było kłopotów, nagle naburmusza się i tupie z uporem małą nóżką, wyrażając swoje odmienne zdanie i do tego jest głuchy na wszystkie logiczne argumenty. Bo logika dziecka działa zupełnie inaczej, czasami w sposób dla nas, dorosłych, niepojęty. A kiedy w naszym domu pojawia się nastolatek z burzą hormonów pod skórą, dopiero robi się ciekawie. Inaczej niż dotychczas. "No weź!", "Mama, przestań.", "Oj tam, oj tam.", "No i co z tego?", "Ty nic nie rozumiesz!". 
No właśnie, ja nic nie rozumiem. Patrzę na to moje dziecko i zastanawiam się, kto mi je podmienił? I kiedy? Kiedy ten miluśny szczeniaczek przeistoczył się w kota chodzącego własnymi drogami? Szanuj. Rozmawiaj. Staraj się zrozumieć. Staram się, ale to trudne, kiedy dzieli nas całe pokolenie. Ja dorastałam w zupełnie innych czasach, inaczej spędzałam wolny czas i inaczej się uczyłam. Moje dzieci są albo takie zdolne, albo poziom polskiej edukacji znacznie się obniżył, bo nie spędzają nad książką i zeszytem tyle czasu, ile ja spędzałam. I tu zaczyna się problem niezrozumienia. "Dlaczego ty się nie uczysz?" "Już się nauczyłem. Mogę włączyć komputer?" "Co robisz?" "Nic." "Jak to nic? Przecież widzę, że trzymasz komórkę w rękach i oczu od niej nie odrywasz, więc pytam, co robisz?" "No przecież widzisz, że nic." I tak w kółko. Wypełniają cały twój świat i nie wyobrażasz sobie życia bez nich, ale czasami są takie chwile, że uciekłabyś od nich na koniec świata. Nie na długo. Na chwilkę. Aby nabrać sił i nie zwariować. I aby w tym poświęceniu siebie dla nich nie zagubić i nie stracić z oczu tego, co ważne - swojego ja, moich pragnień i mojego życia, które trwa równolegle i chociaż splecione z życiem moich dzieci, jest moje. Bo dzieci dorosną i odejdą do swojego świata, którego my już nie będziemy częścią. a jeśli nauczymy się żyć tylko dla nich, zostaniemy samotne i zgorzkniałe, z wieczną pretensją, że tyle im poświęciłyśmy, a one tak łatwo zapomniały. Nie popełniajmy tego błędu. One nie zapomną i będą znacznie spokojniejsze i szczęśliwsze, gdy ich mama nie będzie wiecznie żyła ich życiem, ale będąc blisko, będzie potrafiła się odnaleźć w świecie własnych pragnień, pasji i spełnianych marzeń, na które dotąd nie było czasu i które były wiecznie odkładane na później. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
  

poniedziałek, 26 listopada 2012

Samotność - razem czy osobno?

Fot. Marcin Oleksa


Poczuła ten chłód jak tylko weszła do domu. Przerażające zimno, które przeniknęło jesienny płaszcz i prześliznęło się nieprzyjemnym dreszczem w dół kręgosłupa. Znowu nie zamknął okna, chociaż go o to prosiła. Nie zdejmując płaszcza weszła do pokoju i z głośnym hukiem przymknęła plastikową framugę, wyładowując całą swoją wściekłość na niewinnej niczemu klamce. Spojrzała na zegarek. 50 minut. Miała 50 minut, zanim trzeba będzie biec po Natalię i odebrać ją z przedszkola. Zdąży jeszcze coś zjeść i napić się gorącej herbaty zanim na dobre zamarznie od środka. Właściwie... to zimno od dawna już nosiła w sobie. Wieczorami ocieplała się przy uściskach i pocałunkach Natalii, ale już rano, kiedy wkładała bose stopy w wyziębione kapcie, chłód powracał i na nowo ją zamrażał. Słowa, które wychodziły z niej w ciągu dnia były już oszronione, ostre jak odłamki lodu. Raniły, a ona wiedziała o tym i nie potrafiła nad nimi zapanować. Była wobec nich bezradna, tak jak bezradna była wobec pustki jaką czuła wokół siebie od dłuższego już czasu.
Kiedy to się zaczęło? Ta dotkliwa samotność w domu wypełnionym bliskimi, zdawałoby się, sobie ludźmi? Przecież oboje z radością czekali na Natalkę, a potem wspólnie zaśmiewali się do łez nad jej nieporadnymi słowami, wzruszali pierwszymi krokami i kibicowali pierwszym próbom bez pieluszki i smoczka. Przeżywali to razem, wspólnie. Byli rodzicami. Jednością. Żyli ze sobą, a nie obok siebie. Dziś nadal są rodzicami tej samej córeczki, ale coś się zmieniło. Kiedy? Jak? Nie pamiętała. Czy to ona go od siebie odepchnęła, czy sam się odsunął, bo zaczęło mu być niewygodnie? Kiedy przestała z nim rozmawiać, a zaczęła do niego mówić? Informować o rzeczach, które trzeba zrobić, kupić, załatwić, odwołać? Kiedy po raz pierwszy zranił ją tym, że nie zauważył? Tego, że dla niego włożyła sukienkę, w której źle się czuła; że upiekła ciasto, choć tego nie znosiła; że zmieniła kolor włosów, żeby mu się nie znudził wciąż ten sam; że posprzątała kuchenne szafki, chociaż do świąt było jeszcze daleko; że zajmowała się tysiącem drobiazgów składających się na ich wspólną codzienność, aby tylko zauważył. Powiedział choć słowo. Albo przytulił bez słowa. A nie milczał, wpatrzony w ekran swojego laptopa lub  wiadomości w telewizji, choć oglądał te same godzinę wcześniej. Ich dom, wypełniony dźwiękami, tak naprawdę milczał, tak jak oni. I tak jak oni, wyziębiał się i wiał pustką i samotnością. 
Gorąca herbata rozgrzała zziębnięte ciało, ale nie ogrzała serca, które zamarzło. Podniosła się, obciągnęła sweter i sięgnęła po płaszcz. Do torebki wsunęła swoją samotność. A potem wyszła w listopadowy chłód, zostawiając przy stole niespełnione nadzieje. 
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa


To trzecia bohaterka Samotności. Co o niej sądzicie? I do której z nich chcecie powrócić? W której życie zajrzeć głębiej? Oddaję je Wam i czekam, aż przyjdzie do mnie ta czwarta...

czwartek, 22 listopada 2012

Kobieta

Fot. Andrzej Jaksim ( gościnnie:D) 


"Kobieta jest arcydziełem we wszechświecie." Trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że nie każda z nas tak o sobie myśli. Dorastamy jak brzydkie kaczątka, pełne kompleksów i braku akceptacji dla samych siebie. Oglądamy się w lustrze i wytykamy sobie braki i niedociągnięcia natury; a to, że jesteśmy za grube, albo zbyt kościste, mamy za mały albo za duży biust, nos zbyt zadarty, albo zbyt garbaty, albo duży, lub tak mały, że trudno go zauważyć. Zawsze coś się znajdzie. Rzadko kiedy jesteśmy zadowolone ze swojego wyglądu i tak w ogóle, z siebie samych. Nie kochamy siebie, nie rozpieszczamy się. Jesteśmy pełne krytyki i od siebie zazwyczaj wymagamy najwięcej. 
A przecież kobieta to ktoś wyjątkowy. To piękno, zamknięte we wrażliwej duszy i ciele, któremu przez cały czas coś zarzucamy. To my, kobiety, dodajemy smaku życiu i bez nas - bez Ciebie, beze mnie i bez niej, świat byłby jednolity. Mdły. Agresywny. Smutny. I pewnie zimny, bo kobieta to wulkan uczuć, o których mniej lub bardziej lubimy mówić, ale które są w nas. Tyle różnych emocji nosimy w sobie, tyle spraw dotykamy naszym kobiecym sercem. Czujemy innych, współodczuwamy ich radość i smutek, bo posiadamy wielkie pokłady empatii; coś, czego mężczyzna nie potrafi do końca pojąć, choć próbuje. Jesteśmy silne. Nie mamy fizycznej siły mężczyzny, ale na swoich ramionach potrafimy unieść dużo więcej niż niejeden kulturysta czy wyrzeźbiony wielbiciel siłowni. I choć niejednokrotnie pochylimy się pod tym ciężarem, dzielnie idziemy z nim dalej, bo takie już jesteśmy. twarde, choć ubrane w zwiewny jedwab. Kruche, ale niełatwo nas złamać. Łatwiej zranić. Słowem, lub jego brakiem, zimnym spojrzeniem, chłodem wspólnych dni, nieuczciwością.
"Od kobiety bije światło." To prawda. Jaśniejemy. Rozświetlamy się przy ludziach, których kochamy. Piękniejemy przy mężczyźnie i dla mężczyzny, który zatrzyma się w naszym życiu. Tym blaskiem rozpalamy to nasze ognisko domowe, którego potem strzeżemy. Naszą obecnością ocieplamy pomieszczenia, dotykiem łagodzimy konflikty, milczeniem niepokoimy. W kobiecie jest tajemnica, którą odkrywa się przez całe życie. Jest zmysłowość, zatrzymana w prostym geście odgarniania opadłego na policzek pasma włosów. jest mądrość, pozwalająca rozróżnić rzeczy najważniejsze, od tych mniej ważnych i duma, z którą potrafimy przetrwać najgorsze dni i wyjść z nich z podniesioną głową. Czy kiedykolwiek spojrzałaś na siebie w ten sposób? Stań przed lustrem i popatrz w swoje oczy. Prawda, że są piękne? Odbijają to, co nosimy głęboko w sobie. Nasze tęsknoty i pragnienia. Błyszczą, tak jak Ty. Uśmiechnij się do swojego odbicia i powiedz sobie głośno, tak żebyś usłyszała, to co ja mówię Ci właśnie teraz: Jesteś wyjątkowa. 
Uwierz w to. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
    
  

niedziela, 18 listopada 2012

Samotność - druga odsłona



Lusterko roztrzaskało się na kilkanaście małych, błyszczących srebrem kawałeczków. Patrzyła na nie bezradnie z wyciągniętą przed siebie ręką, w której trzymała wysychający tusz. Chciała tylko pomalować oczy. Dla niego. Lubił, gdy miała na sobie delikatny makijaż. 
Zakręciła tusz i odstawiła go na półkę nad wanną, a potem kucnęła i zaczęła zbierać migoczące drobinki. Jej brzuch zafalował, dając wyraźnie do zrozumienia, że maleństwu jest w tej pozycji niewygodnie. Uspokoiła go, gładząc delikatnie napiętą skórę. Z miesiąca na miesiąc czuła się coraz mniej atrakcyjna. Cieszyła się powiększającym brzuchem, bo przecież tak długo czekali na to maleństwo, ale jednocześnie czuła, że P. coraz mniej uwagi jej poświęca i już nie patrzy na nią tak, jak dawniej. Jego wzrok ślizgał się po niej, nie zatrzymując nigdzie na dłużej. I tak długo teraz pracował. Nie zauważała tego wcześniej, kiedy jej dni wypełnione były pracą i obowiązkami zawodowymi. Wciąż brakowało jej na wszystko czasu i nie dostrzegała, że z P. widują się tylko wieczorami. Teraz, odkąd była na zwolnieniu, dni dłużyły się niemiłosiernie, godziny przeciekały leniwie jedna za drugą, a ona czuła się coraz bardziej samotna i rozdrażniona. Brakowało jej P. Był, ale w rzeczywistości wcale go nie było. była za to pustka. I niepokój, który narastał każdego dnia. Dlaczego od wieków tak było, że kobiety czekały? Kiedyś mężczyźni chodzili na polowanie, potem szli na wojnę, a teraz znikają w pracy na długie godziny. Wieczni wojownicy. A kobiety wciąż czekają i doglądają tego ogniska domowego. I czuwają, aby nie wygasło, bo bez ich obecności i dbania o nie, dom wypełniłby się zimnem, a pokoje byłyby tylko przestrzenią, a nie miejscem, które udomowiły. Ale samotność bolała, szczególnie jeśli była to samotność we dwoje przeżywana w pojedynkę.  
Podniosła się i ruszyła do kuchni z garścią pełną ostrych odłamków. Co oznaczało to rozbite lusterko? Jeśli w ogóle mogło coś oznaczać... 
Brzuch ponownie zafalował, a w zamku zazgrzytał klucz. Metaliczny dźwięk, który dla niej brzmiał jak najpiękniejsza muzyka. Samotność na jakiś czas została rozproszona. Wiedziała, że to nie potrwa długo i znów zostanie sama z minutami pełzającymi wokół niej jak zjadliwy wąż. Ale teraz chciała się cieszyć tym, że jest ktoś, kto przeżywa to życie razem z nią. Nawet jeśli był obok. 
Monika A. Oleksa 




Dzisiejsza bohaterka to zupełnie inna osoba niż ta z poprzedniej Samotności. Ale samotność przeżywa podobnie. Przedstawię jeszcze dwie, jeśli będziecie chcieli czytać dalej:) Cztery kobiety, a każda inna, jak cztery pory roku, cztery strony świata. Łączy je tylko ta sama samotność... To Wy, moje kochane, drogie czytelniczki ( i czytelnicy!:)) zdecydujecie, do której z nich będziecie chcieli powrócić, w czyje życie zajrzeć i podpatrzeć zza uchylonych drzwi. I Wy pomożecie mi zdecydować, o której ma powstać książka. O jednaj, o dwóch, a może o wszystkich czterech? 
Czy mam kontynuować tę opowieść...?   

piątek, 16 listopada 2012

Zamek Księżniczki




Każda z nas o nim marzy od najwcześniejszych lat. Mała dziewczynka buduje wyobraźnią dom marzeń, z przestronnymi pokojami i ogrodem pięknym jak w bajce. W zamku księżniczki jest wysoka wieża, taki nasz przytulny azyl, miejsce, które należy tylko do nas i w którym czujemy się dobrze. W takiej "wieży" młode księżniczki siadają nocami przy biurku i zapatrzone w ciemne okno piszą swoje pamiętniki w oczekiwaniu na księcia. Świat malowany marzeniami pięknieje, księżniczka czeka, tęskni i przestawia meble w wymyślonym zamku. A książę...? Błąka się po świecie i często nie zdaje sobie sprawy, że ta zapisana mu księżniczka jest tuż na wyciągnięcie ręki. Zagląda w obce królestwa, uwodzi obce królewny, często traci dla nich głowę, a potem nie może sobie przypomnieć dlaczego. A księżniczka czeka, marzy i wygląda przez to ciemne okno z nadzieją, że przecież białego konia dostrzeże z daleka. 
Mijają lata, marzenia księżniczek pokrywa gruba warstwa kurzu. Czasami przeciera ją i spogląda na siebie z kiedyś z nostalgią. Już nie czeka na swojego księcia. Kiedyś mu uwierzyła. Co prawda koń nie był biały, tylko siwy, a królewicz taki jakiś niekrólewski, ale obiecał zamek i lata długie i szczęśliwe. A potem o tym zapomniał. Jaki jest dziś zamek księżniczki, który tak pięknie wymalowała jej wyobraźnia w dzieciństwie? Chyba jest taki jak my same dzisiaj. Czasami malutki, jak nasze ciasne, ale własne mieszkania; czasami duży, z przestronnymi pokojami, w których nie mamy czasu mieszkać i ogrodem, w którym kwiaty już dawno przekwitły, a my nawet tego nie zauważyłyśmy. Nasz "zamek" wypełniony jest naszą obecnością, zapachem i tymi wszystkimi rzeczami, do których się przywiązujemy. Są w nim nasi bliscy, a czasami tylko ich fotografie; jest samotność, którą oswoiłyśmy i pragnienia, które schowałyśmy do szuflady i po które od czasu do czasu sięgamy. Są w tym zamku pokoje, które zamknęłyśmy na głucho i nie chcemy do nich zaglądać i miejsca, gdzie czujemy się bezpiecznie. Być może nie ma sali balowej ani kominka z przyjaźnie trzaskającym ogniem w zimowe wieczory, ale za to jest ciepła kuchnia, która przytula i w której możemy utopić nasze smutki wrzucając je do garnka. Nasz zamek to miejsce, które oswoiłyśmy i urządziłyśmy po swojemu. Zawiesiłyśmy obrazami, ociepliłyśmy książkami, powiększyłyśmy lustrem. Nasze miejsce, do którego wracamy po dniu wypełnionym pracą. I chociaż ten zamek odbiega od naszych dziewczęcych marzeń i jest dużo skromniejszy niż ten z wysoką wieżą, w której w świecie wyobraźni czekałyśmy na królewicza; to i tak doceniamy to miejsce, bo to nasz dom, nasza przestrzeń. Nasz zamek, gdziekolwiek by się nie znajdował. 
Mój jest tam, gdzie mój Królewicz, który nigdy nie okazał się żabą:) 
Monika A. Oleksa 


Jedna do Drugiej napisze jutro:) A ciąg dalszy Samotności... wkrótce. Zaglądajcie:) Cieszę się, że tu jesteś. 

wtorek, 13 listopada 2012

Samotność

Fot. Marcin Oleksa


Spotkała go zupełnie nieoczekiwanie; w dniu, chwili i miejscu, kiedy najmniej się tego spodziewała. 1 listopada to czas, kiedy przytulamy się do tych, co odeszli przed nami. Ona też przyszła przytulić się do mamy. To już tyle lat, a wciąż tęskniła, ale nauczyła się żyć z tą tęsknotą, tak jak nauczyła się żyć bez niego. Już prawie zapomniała i w miarę uporządkowała swój świat i dni, które przecież wcale nie były takie puste. Wypełniała je pracą i spotkaniami, angażowała się w coraz to nowe projekty unijne, aby tylko nie pamiętać, że i tak wróci do domu, w którym czeka na nią jedynie kot. Umiała z tym żyć. Przez te lata nauczyła się siebie, i choć czasami wcale nie było jej z tym wygodnie, było spokojnie i bezpiecznie. 
A teraz znów nie mogła zapanować nad tym drżeniem w środku i niepokojem, który oblepił ją cieniutką pajęczyną. Niewiele się zmienił. Ta sama łagodność wyjrzała oczami, za którymi nauczyła się już nie tęsknić. Te lata, które minęły (ile to ich już upłynęło? Piętnaście? Siedemnaście?) dodały mu tylko męskości i pewności siebie. Nie był gruby ani łysy, jak to czasami sobie wyobrażała, aby na dobre wyrzucić go z pamięci. Dbał o siebie i widać było, że dobrze się czuje ze swoją męskością i wiekiem, który "przyprawił" go dojrzałością.
"Cześć." 
"Cześć." 
Takie oczy miały mieć jej dzieci. Stalowoniebieskie, jak niebo po burzy. Uciekła. Nie miała odwagi spojrzeć na niego i znów utonąć w kolorze, który rani. Kątem oka dostrzegła tylko, że był z nią. Dwóch chłopców, wierne kopie mężczyzny, którego kiedyś kochała, stało tuż obok, niepewnie zerkając na tę obcą kobietę, do której uśmiechnął się ich tata. Nie mieli jego oczu. 
Ona stała dyskretnie z boku. Poczuła tylko jej zapach, gdy przemykała obok. Pachniała dobrymi perfumami i doskonale do niego pasowała. Wiedziała, że jest z nią szczęśliwy. 
Przypomniała sobie dzień jego ślubu. Przepłakała tę noc, choć miała tego dnia bawić się na jego weselu. Nie umiała. To było ponad jej siły. Przerosło ją. To była noc, kiedy umarła, a potem narodziła się na nowo. I na nowo uczyła się chodzić, wybierając ulice i miejsca, gdzie na pewno go nie spotka; mówić, nie wymawiając jego imienia i żyć dniem dzisiejszym, nie oglądając się za siebie. Uczyła się zapominać. I już nie pamiętała, że dawno temu wiosna pachniała nim, że jej świat miał kolory tęczy i że kiedyś się uśmiechała. 
I nauczyła się swojej samotności. Dzień po dniu, godzina po godzinie. Książka odłożona na nocną szafkę przy łóżku zawsze leżała tak, jak ją położyła. Podłoga w przedpokoju zawsze była sucha, a rano w zlewie stał  tylko jeden kubek i jeden talerzyk. Wszystko było bezpieczne i przewidywalne. I choć czasami to głupie serce przypominało jej, że istnieje, wyciszała je łagodnie łykając ziołowe tabletki. Bo tak było dobrze. Bo porywy serca są tylko dla nastolatków, a ona oczekiwała już od życia czegoś innego. Tak naprawdę to zupełnie niewiele. Czyjejś obecności w pustych pokojach jej mieszkania, rzuconej niedbale gazety i kałuży z mokrego parasola w przedpokoju. To naprawdę tak niewiele...   
Zimne listopadowe powietrze zatrzymało się chłodem na jej policzku. Otarła wierzchem dłoni mokrą kroplę. Deszcz? Tylko dlaczego taki słony? Pochylona, przemknęła cicho, starając się, żeby nawet jej cień nie zauważył tej ucieczki. 
Wracała do siebie. A samotność ruszyła krok za nią, żeby tylko nie zgubić jej w tłumie. 
Monika A. Oleksa 


 
      Chcecie więcej? To mi o tym napiszcie:)

niedziela, 11 listopada 2012

Dzień ciepłego esemesa

Fot.Marcin Oleksa


Witaj! Tak miło, że jesteś. Za oknem ponurość, ale tutaj, w moim kąciku kominek ogrzewa ciepłem, a lampa stojąca przy miękkim fotelu rozświetla ten mrok i sprawia, że jest przytulnie i nie chce się wychodzić. Zostań ze mną chwilkę. Wrzucę do kominka naręcz ciepłych słów, do filiżanki naleję pachnącej, aromatycznej herbaty i ukroję kawałek sernika z brzoskwiniami, który podam Ci na porcelanowym talerzyku. Sernik upiekłam sama:) Jestem łasuchem, więc piekę, aby mieć "coś słodkiego" do kawy. 
Nie lubimy listopada, bo nas przygnębia. Oblepia swoją wilgocią, moczy deszczem i podsuwa ponure myśli. Ale jest w kalendarzu i nie da się go wyrzucić. I nie ma co się na niego obrażać, bo to niczego nie zmieni. Nadal będzie padać, wiać, huczeć i straszyć ciemnością. Tego nie zmienimy. Ale możemy zmienić swoje nastawienie do listopadowych dni i wieczorów. Jeśli rozgrzejemy się tam, głęboko w środku, to będziemy świecić ciepłym blaskiem i prowokować innych do chociaż jednego uśmiechu w ciągu dnia i do spojrzenia na ten późnojesienny czas inaczej. Ja wciąż twardo podtrzymuję, że jesień to moja ukochana pora roku, pomimo tego, że ma listopad. Listopadowy spacer w wilgotnej mżawce też może mieć swój urok, naprawdę! Kiedy patrzę na swojego Pieszczocha, który z niezmienną radością wychodzi na zewnątrz pomimo pogody, staram się choć trochę zarazić tym entuzjazmem mojej suczki i uśmiechnąć do listka, który wirując w drodze z drzewa na ziemię, spada mi prosto pod nogi. Nie dostrzeżemy tego oglądając listopad jedynie zza szyby. 
Nie daj się listopadowej depresji i przygnębieniu, tylko rozpal w sobie mały płomyczek ciepła i prześlij go dalej. Zróbmy sobie jutro, żeby tak fajnie zacząć poniedziałek, Dzień Ciepłego Esemesa. Kiedy spojrzymy w kalendarz lub posłuchamy rano radia,  zauważymy, że każdy dzień jest dniem czegoś. W ubiegły czwartek był dzień zdrowego śniadania. Mamy dzień przytulania i całowania, dzień bez samochodu, dzień bez papierosa, dzień praw człowieka, itp. Jest nawet dzień jedzących nad zlewem! Dlaczego więc nie miałoby być Dnia Ciepłego Esemesa? I to najlepiej w poniedziałek, żeby tak miło zacząć tydzień? To zajmie tylko chwilkę, a prześle tę iskierkę życzliwości i serdeczności dalej. Podaj dalej, pamiętacie? Rozpalmy jutro ziemię naszym ciepłem, przekazanym komuś garścią słów. Przyjaciel, małżonek, nasze dzieci, sąsiedzi, znajomy. Ktoś, komu chcemy powiedzieć:"Dobrze, że jesteś" i wysłać przesłanie:"Przytulam Cię ciepło w ten listopadowy dzień, abyś nie zmarzł." Czasami przyjaciel nie wie, ile dla nas znaczy, jeśli na ten temat milczymy. Bo milczenie to obojętność i z niego nic wyczytać się nie da między słowami, ponieważ tych słów po prostu nie ma. A są ważne. Dla mnie, dla Ciebie, dla każdego z nas.  
To co, wysyłamy jutro ciepłe esemesy? Napiszcie proszę choć jedno słówko, czy Wam się udało rozświetlić listopad. A rano spójrzcie  w oczy swojemu odbiciu w lustrze i tak po prostu, uśmiechnijcie się do siebie. Ja uśmiecham się do Was i mówię do każdego z Was z osobna:"Dobrze, że jesteś."


Fot. Marcin Oleksa

 Kochani, dziękuję za Wasze słowa, e-maile i esemesy, w których mówicie mi jak oswajacie Wasze poniedziałki i że to naprawdę się udaje. Dzięki Wam i tym wszystkim "informacjom zwrotnym", dostaję skrzydeł, a ręka sama sięga po pióro i chce pisać. Dla Was. Dla siebie samej, bo tego potrzebuję. Dla tej więzi, którą poprzez tego bloga z Wami czuję. To miejsce stworzyłam dla Was. To taki mój pokój gościnny, do którego zapraszam najmilszych gości. Cieszę się, że dobrze się tutaj czujesz. I podzielę się esemesem, który dostałam tuż po godzinie szóstej rano, właśnie w poniedziałek: "Przesyłam serdeczny uśmiech na dobry początek tygodnia! P.S. Oswajam poniedziałek:)"  Dziękuję Moniczko. Ogromną radość mi sprawiłaś tymi słowami. Jacku, Tobie też dziękuję za to, że pomimo "babskich" treści, chcesz mnie czytać. To bardzo miłe, podobnie jak wspólnie wypita kawa, na którą jeszcze w tym roku się wproszę:) 
Pamiętajmy więc, że "Nawet bardzo mały gest życzliwości nigdy się nie marnuje." I ocieplmy jutro listopad:) 
Monika A. Oleksa     

sobota, 10 listopada 2012

Nawigacja



Dziś tutaj króciutko i informacyjnie, ale w innych zakładkach dużo nowego do poczytania. Nawigacja, czyli mój prywatny GPS tej strony; taki sam jak w tym cudnym, urodzinowym Zygzaku:) wykonanym ręką bliskiej mojemu sercu Agnieszki, na czwarte urodziny jej synka ( i naszego osobistego chrześniaka!) Szacun wielki Aguś za Twoje dzieło, które smakowało tak jak wyglądało. A zapewniam, że zdjęcie nawet w połowie nie oddaje prawdziwego wyglądu tego odjazdowego auta, z prawdziwymi kołami, światłami i spoilerem. 
Przybyło nowe opowiadanie, zimowe. Jakoś ta listopadowa szarość pachnie już zimową szarówką, więc wybrałam ze zbioru "Zegar", rozpoczynający "Uśmiech Mima". Pojawiła się też nowa zakładka, Słowami Malowanie. Tam, jak do szuflady pachnącej lawendą, będę wkładała słowa napisane gdzieś, kiedyś , pod wpływem jakiejś chwili czy potrzeby. Ta zakładka to odpowiedź na jeden z e-maili, jaki dostałam w tym tygodniu. Chciałaś Moniś wiersze, to masz:) Cieszę się, że tu zaglądasz i przysiadasz podumać razem ze mną. 
W zakładce Jedna do Drugiej nowy list - odpowiedź na list Basi Smal, który znajdziecie w podobnej zakładce na stronie W środku życia. Gorąco polecam, bo Basię naprawdę warto czytać. 
A nowy post już jutro. Tak na dobry początek tygodnia:) 
Monika A. Oleksa   

czwartek, 8 listopada 2012

Parasole



Dziś będzie troszkę inaczej. Mniej melancholijnie, za to może trochę refleksyjnie, do czego skłania padający za oknem deszcz. Drobne, uporczywe i bardzo dokuczliwe krople deszczu stukają monotonnie w szybę, a sama myśl o tym, że mamy wyjść z ciepłego domu i wejść w tę niechcianą wilgoć powoduje, że najeżamy się tam głęboko w środku. A nasze ulice przemierzają parasole. Tysiące rozłożonych parasoli, ocierających się o siebie, zaczepiających o gałęzie drzew i gnających w pośpiechu, a my, tuż pod nimi, próbujemy dotrzymać im kroku. Smutne parasole, po których ściekają smutne krople deszczu. Zaglądam pod nie dyskretnie, nie chcąc naruszyć prywatności, ani tego sam na sam z parasolem. 
Pod dużym, rozłożystym i napiętym nieprzemakalnym materiałem kobieca dłoń ściska małą rączkę dziecka. Dziewczynka szybko przebiera nóżkami i próbuje nadążyć za mamą, która spieszy się do pracy. Ten ranek znów był pełen napięcia i nerwów. Najpierw mała nie chciała wstać, potem marudziła przy ubieraniu i znowu kwadrans uciekł na wściekaniu się na siebie nawzajem. A przecież dzisiaj nie może się spóźnić. Szef i tak patrzy na nią z lekkim poirytowaniem i od czasu do czasu rzuca w przestrzeń uwagi, że macierzyństwo wymaga poświęceń i że przecież "sama chciałaś". A czy ona miała wybór? Gdyby życie było takie proste... Mała rączka zaciska się na dłoni mamy. "Szybciej, bo się spóźnimy. Przecież wiesz, że nie mam czasu." Wiem. Nigdy nie masz czasu, mamo.
On też biegnie do pracy. Ciężko utrzymać parasol, kiedy w jednej ręce jest torba z laptopem (żeby tylko nie przemokła!), a drugą w międzyczasie próbuje znaleźć kluczyki do samochodu, które powinny być w wewnętrznej kieszeni kurtki. Dlaczego tak leje? Szyba zaparowała od mokrego ubrania. Dziś nawet w samochodzie jest nieprzyjemnie. Mokro i wilgotno. Przekręca kluczyk w stacyjce i rusza, choć szyba jeszcze jak za mgłą. Nie ma czasu. Życie tak szybko ucieka, ale on przecież nie ma na to wpływu. Robi, co może. I tak dobrze, że ma pracę. Tak ciężko o nią dzisiaj. Ale co z tego, jak Ona jest wciąż niezadowolona i wciąż ma pretensje, że za dużo pracuje, że tyle go nie ma w domu, że nie poświęca jej tyle czasu, ile ona oczekuje. A przecież się stara. Dlaczego tak pada? Przez ten deszcz nic nie widać i korki większe. A przecież nie może się spóźnić, nie dziś. 
Pod czarnym, sfatygowanym parasolem z jednym połamanym drutem, wolnym krokiem idzie starszy człowiek. Nigdzie się mu nie spieszy, zresztą Maxio też ma już swoje lata i musi obwąchać każdy krzaczek. Leje jak z cebra od samego rana, ale to przecież jesień. Listopad. Czego więc tu oczekiwać? Cieplej już nie będzie. Ale to nic. Byle do wiosny. Nawet najdłuższa zima musi kiedyś się skończyć, a jak Pan Bóg da zdrowie i przetrwa się marzec, to potem już z górki i wiosna za pasem. Więc nie ma co narzekać na ten deszcz, bo od tego i tak nie przestanie padać. A deszcz ziemi potrzeby, więc nie ma się co tak oburzać, że od rana pada. Chodź Maxiu, wstąpimy jeszcze po bułki i mleko do tego sklepu na rogu i wracamy do domu. 
Ile parasoli, tyle ludzkich historii. I żadna nie jest banalna, bo w każdej jest jakaś treść. Rysio Rynkowski śpiewa, że życie jest nowelą i ma rację. Jest w tych słowach jakiś sens, tak jak sens jest w niezmienności następujących po sobie pór roku. Nasze życie jest nowelą, pięknie oprawioną i pisaną naszą ręką. Ważne tylko, aby nie uczynić z niej telenoweli, w której po kolejnym odcinku naszego życia zagubimy i zagłuszymy siebie, podążając w pośpiechu za tym doczesnym światem, który mami i okłamuje, a potem uśmiecha się szyderczo, rzucając nam przez ramię:" To był twój wybór." 
Wybierajmy więc mądrze to, co ważne. Tego co nieważne i tak nie będziemy żałować. 
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa
      
 

niedziela, 4 listopada 2012

Melancholia

Fot.Marcin Oleksa



Kolejny poniedziałek depcze nam już po piętach, a rozpędzony świat czeka tuż za drzwiami. Jak tylko je rano uchylimy, wtargnie tam Życie z całym swym pośpiechem początku nowego tygodnia, ze sprawami, które trzeba pozałatwiać, rachunkami, które trzeba pozapłacać i codziennymi obowiązkami, którym choć na chwilę uciekliśmy. Potrzebne były te dni zatrzymania i zadumy nad tym, co ważne. W monotonii tygodni następujących jeden po drugim, w czasie tych szarych jesienno-zimowych dni, często zapominamy, albo nie chcemy pamiętać o przemijaniu. A ono jest nieuniknione, bez względu na to, czy chcemy o tym pamiętać, czy nie. Dobrze, że cmentarze swoim milczeniem potrafią nam o tym opowiedzieć...
 
"Piotr zawsze kupował kwiaty „na murku”. Mieli tu najpiękniejsze i zawsze świeże róże. Maria kochała róże, a on uwielbiał ją nimi obsypywać. Gdy wracał z nocnego dyżuru zawsze tu wstępował i kupował jedną, długą, czerwoną różę. Kiedy Maria się budziła, znajdowała ją nieodmiennie na poduszce Piotra. Jej bursztynowe oczy rozświetlały się wtedy radością i odbijały światło tak, jak obrączka na serdecznym palcu. Patrzył na nią jeszcze rozleniwioną, rozgrzaną snem i marzeniami i wiedział, że odda jej cały swój świat, całego siebie za ten jeden uśmiech i „dzień dobry” o poranku.
A dziś niósł jej róże z dumnie uniesionymi główkami, przesypanymi białym kwieciem i czuł, jak z każdym krokiem jego serce po raz trzysta sześćdziesiąty piąty pęka na tysiące maleńkich kawałeczków.
„Lubię stare cmentarze. Posłuchaj... Słyszysz tę ciszę, która przemawia do ciebie śpiewem ptaków? A te liście... Słyszysz ich szelest? Ludzie mówią, że to wiatr bawi się gałęziami drzew i rozsyła kolorowe pocztówki w świat, ale ja wiem, że to nie wiatr. Posłuchaj Piotruś... to ci, co odpoczywają tu po trudach życia, to zmarli... to oni szepczą w gałęziach tych drzew. Jaki tu spokój... Nie mogę uwierzyć, że jestem w środku miasta...”
  • Wróć do mnie Maleńka... Pozwól mi się usłyszeć w szeleście tych liści... chcę cię odnaleźć w kasztanach i szukam... Nadaremnie. Zostawiłaś mnie tak bez słowa... Obiecywałaś przejechać ze mną świat i zjeść beczkę soli. Nie dotrzymałaś słowa. Zabrałaś wszystko. Wszystko..." 

    "1 listopada. Data na zawsze wpisana smutkiem w sercu Marty. Data, która najboleśniej przypominała jej o pustce jej świata i kłującej samotności. Odkąd skończyła 16 lat przychodziła na cmentarz Pod Lipami i paliła trzy małe światełka. Patrzyła na porcelanowe zdjęcia młodych ludzi i z przerażeniem każdego roku uświadamiała sobie, że już nie pamięta ich twarzy. To było tak dawno temu... Z całego dzieciństwa zapamiętała tylko drapiący policzek ojca i zachowała w sercu tylko jedno wspomnienie, szczególnie bliskie i najdroższe. Wspomnienie matki.
    Nie pamięta jej twarzy, była wtedy zbyt mała, nie skończyła jeszcze 3 lat... Było lato, a ona z gorączką leżała w za małym łóżeczku z powyjmowanymi szczebelkami. Było jej zimno pomimo słońca na dworze i ciepłej kołderki, którą była otulona. Dobrze pamięta ten moment, kiedy pokój zajaśniał, a ona przestała drżeć. To mama. Podeszła do łóżeczka, wyciągnęła ręce i przytuliła Martę mocno do swojego serca. Poczuła ciepło i ten zapach, którego szukała w jej rzeczach przez wiele następnych lat. Delikatne dłonie matki gładziły jej mokre od potu włosy, a usta szeptały najsłodsze słowa miłości, które zna tylko kochające serce.  Dziś, poprzez rozpłakane krople nieba Marta wpatrywała się w twarz młodej kobiety z nieruchomym spojrzeniem porcelanowej lalki. Nie pamiętała jej. Nie pamiętała twarzy matki, ale na zawsze zachowała w sercu wspomnienie ciepła jej kochającego serca.
    I babcia... twarz babci miała dokładnie wpisaną w pamięci. Każda zmarszczka i każdy z powykręcanych wylewem palców pozostał na zawsze przed jej oczami. Babcia prowadziła Martę przez świat tak długo, jak potrafiła. To babcia nauczyła ją słów pacierza i niezachwianej wiary w dobroć i miłość Boga. Babcia nauczyła ją wierzyć w dopasowane połówki i ludzką dobroć." 

    Oba fragmenty pochodzą z książki "Miłość w kasztanie zaklęta".
     
    "- Cześć mamo. Cześć tato. Dawno mnie nie było, ale Ty chyba to przewidziałaś mamo, sprowadzając Małgosię. Nadal nie wiem dlaczego właśnie ona, ale teraz to już nie ma znaczenia. Dałaś mi swojego anioła i tak po prostu miało być, chociaż... chciałabym z tobą o tym porozmawiać. Szkoda, że tak mało miałyśmy czasu... - cisza zakopiańskiego cmentarza łagodziła ból i wyrzuty sumienia. Siwa, granitowa płyta była czyściutko posprzątana, jedynie sąsiadujące z nagrobkiem drzewa pootulały go gdzieniegdzie swoimi kolorowymi liśćmiPrzy tablicy, w ciemnym wazonie stały świeże kwiaty. Agnieszka wiedziała, że postawiła je tam pani Galicowa, mama Łukasza. Po zaczerpnięciu siły ze swoich ukochanych gór Agnieszka była gotowa na to spotkanie. Przy boku Kuby czuła się silniejsza. Chciała, żeby przyszedł tu razem z nią. Stał teraz, oddalony, chcąc uszanować tę chwilę intymności Agnieszki i jej sam na sam z rodzicami. Obserwował jej przygarbione plecy, pochylone pod ciężarem, który przyszło jej dźwigać. Gdyby tylko mógł zdjąłby choć część tego co na sobie niosła. Pojawiła się w jego życiu jak powiew lata, w zalotnej sukience i smutkiem w oczach. Nie planował tego, ona zresztą też nie. Dziś nie umiał już bez niej oddychać i choć wciąż czuł ten narzucony przez nią dystans bezpieczeństwa, czekał cierpliwie i po prostu był blisko. Tak jak dziś. 
     Agnieszka pochyliła się i zapaliła duży biały znicz o fakturze chropowatej i popękanej tak jak jej serce. Postawiła go przy kilku innych światełkach, które migotliwym blaskiem zapewniały o pamięci. 
    - To Kuba. Spodobałby się wam. Lubi góry i nie boi się ciężkiej pracy. Fajny jest. Nawet Ty tato musisz to przyznać. Lubię go. - zapatrzyła się na złote litery na tablicy, a potem nie mogła już opanować szlochu, który nią wstrząsnął i łez, które zaczęły się wylewać jak wezbrany strumień z ciemnych i wciąż smutnych oczu. " "Ciemna strona miłości"  
    Dzisiaj jeszcze tak trochę melancholijnie, zanim na dobre powrócimy w zgiełk tego świata. Może dlatego, aby uwrażliwić i jeszcze choć przez chwilę pozostać tu, w tym miejscu, gdzie się w ciągu tych listopadowych dni zatrzymaliśmy... A może dlatego, że tego potrzebowałam i chciałam się z Wami czymś podzielić... W zakładce "Magia liter" pojawiło się nowe opowiadanie. "Jedna do Drugiej" też napisze w tym tygodniu. Zajrzyj. Tak miło, że jesteś. 
    Monika A. Oleksa

    Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 1 listopada 2012

Zaduma

Listopadowa zaduma



1 listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Czas, który dostajemy w prezencie po to, aby się zatrzymać i choć przez chwilę pomyśleć o przemijaniu. Bo przecież nie jesteśmy wieczni, dostaliśmy pewną odliczoną liczbę dni na tym świecie i tak naprawdę nie wiemy, ile ich jeszcze zostało. A tak często o tym zapominamy... Żyjemy, tracąc wartościowe minuty na rzeczy zbędne, małostkowe i nieważne. Żyjemy z poczuciem, że jesteśmy nieśmiertelni i że jeszcze tyle przed nami. Zamiast cieszyć się życiem i szanować je, odkładamy wszystko na "potem". A przecież to "potem" potrafi zaskoczyć i to niejednokrotnie w momencie, kiedy się najmniej tego spodziewamy. 
1 listopada odwiedzamy groby naszych bliskich. Palimy znicze, zmawiamy modlitwę, wspominamy. I pamiętamy, bo to przecież takie ważne. Pamiętamy, że byli, że się uśmiechali i że pewną część życia spędziliśmy w jakiś sposób obok siebie. A potem ich zabrakło. 
Kilka lat temu odszedł mój tata. Zabolało i jakaś pustka pozostała do dziś. "Nie ma ludzi niezastąpionych" - kpi nadużywane dziś hasło wielu współczesnych korporacji. A przecież ludzi nie można zastąpić, bo każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. 
W taki dzień jak dziś szczególnie bliska jest mi piosenka Ryszarda Rynkowskiego z płyty Intymnie "Jawa". 
"Ci co odchodzą, wciąż z nami są
i żyją sobie obok nas. 
Patrzą z miłością na nasze dni
czasem się śmieją przez łzy.
Ci, co odchodzą, wciąż z nami są
czujesz ich pomoc gdy jest źle.
Więc gdy z ciemnością rozmawiasz to 
oni cię widzą, oni są." 
Wierzę w to. Wiem, że nie jesteśmy na tym świecie sami i tak naprawdę nic tutaj do nas nie należy. Bo kiedyś będziemy musieli zostawić to wszystko, co latami gromadzimy i pójść "boso", jak śpiewa Sebastian Kurpiel-Bułecka. Nie zabierzemy ze sobą kluczyków do samochodu, karty kredytowej, komórki ani ulubionej książki. Zostaniemy sam na sam z rachunkiem zysków i strat naszego życia, bilansem tego, co zaniedbaliśmy, przeoczyliśmy, zepchnęliśmy na margines, bo stąd, z ziemskiego punktu widzenia pewne wartości wydają się nam bezużyteczne, staromodne, zaściankowe. Ale właśnie dlatego, że nie "krzyczą", tylko czekają pokornie aż je dostrzeżemy i pochylimy się nad nimi - są tak naprawdę sensem naszego istnienia tutaj i teraz.
"Co tu jest prawdą, co nie
po której stronie jest sens? 
Bo jeśli tam, po co jest ten nasz świat?"
Po co jest ten nasz świat? Po to, aby nas czegoś nauczyć, aby nam coś opowiedzieć, jeśli tylko potrafimy się zatrzymać i go posłuchać. Nie zakrzyczeć, zagłuszyć i przemknąć obok z zamkniętymi oczami lub wpaść w kołowrotek rutyny, która nas zabija. Tylko odetchnąć głęboko, rozejrzeć się dookoła, dostrzec piękno, które nas otacza. I zadumać przez chwilę nad tymi, którzy odeszli przed nami. 
"Spieszmy się kochać ludzi. Tak szybko odchodzą." 
Oby nigdy nie zabrakło nam czasu, aby powiedzieć bliskim nam ludziom jak bardzo ich kochamy. 
Monika A. Oleksa 

Pamiętajmy...