czwartek, 31 stycznia 2013

Spotkania

Fot. Marcin Oleksa 



Czasami w naszym życiu spotykamy kogoś, zupełnie tego nie oczekując. I najczęściej jest tak, że to pierwsze spotkanie zupełnie nie zapowiada "rewolucji", która potrafi odmienić nie tylko sposób, w jaki żyjemy, ale i nas samych. Nie przywiązujemy wagi do ważności takiej znajomości, bo przecież codziennie przez nasze życie, w ten czy inny sposób, przewijają się ludzie i nie zawsze się przy nich zatrzymujemy. Co więc sprawia, że jedno z tych spotkań może być tak wyjątkowe? 
Zauważyliście, jak trudno zaufać komuś w dorosłym życiu? Dzieci nie mają z tym problemu, po prostu podchodzą do siebie i zaczynają wspólną zabawę, która często potem naturalnie przechodzi w przyjaźń. My mamy z tym trudności. Budujemy wokół siebie mury, którymi odgradzamy się od świata, lub "kolekcjonujemy" znajomych, dla których tak naprawdę znaczymy tylko tyle, że znajdujemy się gdzieś wśród wielu innych, znanych im osób, ale tak naprawdę, niewiele znaczymy. 
Jak poznać, że ta osoba, na którą w dorosłym życiu wpadamy nieoczekiwanie, jest właśnie obietnicą przyjaźni, o jakiej marzyłyśmy, będąc dziewczynkami? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie i sama się nad tym zastanawiam. Wierzę jednak, że pewne spotkania i osoby, które pojawiają się bez uprzedzenia, nie są przypadkowe, tylko gdzieś tam, w górze, dla nas zapisane. Ludzie, którzy wchodzą w nasze życie tak głęboko, że zastanawiamy się, jak to było gdy ich nie było, są posłani, aby coś swoim życiem nam powiedzieć i aby w nasze wnieść coś, czego w nim zabrakło. 
Spotkania... tak często są zwyczajne, banalne i nic nie zapowiada tego, że tyle dobrego nam przyniosą. Zaczyna się od wymienionej uprzejmości, uśmiechu, krótkiej i niewiele znaczącej rozmowy. Chwila i człowiek, przy którym się zatrzymujemy. Zupełnie zwyczajny, jeszcze obcy, nieodkryty. Taki, którego mijamy obojętnie na ulicy. Ta chwila zatrzymania przy nim sprawia, że dajemy życiu szansę przekazania nam czegoś. Być może tego, że ten człowiek jest dla mnie Darem? Nie zawsze go przyjmujemy. Bywa, że uciekamy, nie wierzymy, jesteśmy ostrożni i omijamy coś, co być może zaowocowałoby w naszym życiu w taki czy inny sposób. Ale zdarza się tak, że próbujemy zaufać swojej intuicji, która z setek spotkań i napotkanych osób wybiera właśnie tą; i przyjmujemy ten Dar i tego człowieka z całym jego bagażem. I wtedy nieważna staje się dzieląca nas odległość, czy lata, tylko ta niesamowita więź, którą z tym człowiekiem czuję. 
Spotkania... bywa tak, że prowadzą nas tak nieprawdopodobną drogą i tak wiążą, że zadajemy sobie pytanie: "Jak to możliwe, że przeżyłam tyle lat nie mając pojęcia o Twoim istnieniu?" 
Jak to możliwe Basiu? Marysiu? Marzenko? Paulinko? Gabrysiu!? Aniu?
"Przyjaźń czyni świat piękniejszym miejscem do życia." 
Nie bójmy się jej przyjmować i nią obdarowywać. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
      

wtorek, 29 stycznia 2013

Mały jubileusz

Fot. Marcin Oleksa
 
Witaj,
tak mi miło, że jesteś tu ze mną. Usiądź wygodnie i zostań  chwilę. Wycisz emocje, które oblepiają nas w czasie tego naszego codziennego podróżowania i bez pytania wciskają się do naszej głowy, często siejąc w niej zamęt. Nie myśl przez moment o tym, co jeszcze musisz, co powinnaś; o tym, że ktoś zrobił Ci przykrość czy odpowiedział nieuprzejmie. Odsuń od siebie złość na kogoś, czy urazę, odłóż na bok żal do kogoś, bo tak naprawdę te emocje szkodzą nam samym, wprawiając nas w rozdrażnienie. Nie wnoszą w nasze życie niczego dobrego i zabierają nam spokój. A przecież tego spokoju brakuje nam dzisiaj najbardziej... 
Pozwolisz, że razem z Tobą wypiję herbatę? Taką zaparzoną z fusów, które błąkają mi się w kubku z dumnym pawiem. On dla mnie rozkłada swój ogon, a ja puszczam do niego oczko i uśmiecham się, bo to moja chwila zatrzymania.  Napijesz się razem ze mną? Wolisz czarną z suszonymi cytrusami, czy zieloną z żurawiną i kaktusem? Czasami ten kaktus w kubku zakwita i wtedy czas na herbatę jest czasem wyjątkowym, bo można ją smakować i podziwiać duży, biały kwiat unoszący się na powierzchni. Taką herbatę piły przy wieczornej rozmowie dwóch bliskich sobie kobiet Małgosia i Agnieszka, bohaterki "Ciemnej strony miłości". Polubiłam je i mam pewien plan. Ale o tym później.
Jest herbata, jest chwila, która trwa sobie, pomimo monotonnego tykania zegara, i jesteś Ty. I ja. A dwie osoby, to już rozmowa, prawda? Taka prawdziwa, nie w przelocie, nie krótkie "Co tam?" (nie znoszę tego pytania!), tylko opowiedzenie sobie o tym, co dla mnie ważne. I wysłuchanie siebie. Rozmowa to sztuka. Tutaj nie chodzi o to, aby kogoś oplotkować, aby sobie ponarzekać lub na siłę starać się kogoś uszczęśliwić swoimi radami. Jeśli nie potrafię się zmierzyć z czyimś problemem, bo mnie przerasta, mogę po prostu z Tobą pomilczeć. Ale to milczenie też ma sens, bo komunikuje tej drugiej osobie, że jest dla mnie ważna, że choć bezradna wobec tego, co ona przeżywa, ja jestem tuż obok. I że będę; gotowa podać dłoń, gdy będzie tego potrzebować. 
Herbata smakuje najlepiej w miłym towarzystwie i z małym "co nieco" na talerzyku. Ja ukroiłam dla Ciebie swój sernik i lekkiego wafla, z nadzieniem, które się po prostu rozpływa... Gabrysia dołożyła truskawkowy smak lata, a Agnieszka tort w kształcie Zygzaka, w pieczeniu którego jest specjalistką! Proszę, poczęstuj się. A może chcesz dołożyć coś swojego? Mój talerz z różami jest duży, jest na nim jeszcze sporo miejsca. 
Dlaczego tytuł posta to Mały Jubileusz? Bo to mój pięćdziesiąty post. Niby nic, ale dla mnie jest ważny. Bo nie byłoby go, gdyby nie było ze mną Ciebie. Pisać samej dla siebie to tak, jak pisać do szuflady. Moja jest zbyt mała, nie pomieściłaby tego wszystkiego, co wędruje mi po głowie:) Dlatego chcę Ci podziękować za to, że jesteś. Za to, że czekasz na kolejny zapis tego, co tak ładnie określiła Paulina "mi w duszy gra..."  Dziękuję za Twoje wzruszenia, za to, że się od czasu do czasu uśmiechniesz, czytając to, co do Ciebie napisałam; za to, że wchodzisz tu już jak do siebie i tak się czujesz. Jak u kogoś, dla kogo jesteś ważna (ważny!) Być może nie znam Twojego imienia, ale czuję Twoje ciepło i życzliwość. A to sprawia, że moje skrzydła są przez cały czas rozłożone. Szczególnie chcę podziękować Gabrysi, która dołączyła tutaj tak całkiem niedawno i stała się integralną częścią tego miejsca. Wiem, że podobnie jak ja, Wy też czekacie pod każdym postem na słowa Gabrysi, chcąc wiedzieć, co ma do powiedzenia. Gabrysiu, nie wyobrażam już sobie tego miejsca bez Ciebie!  Za odwagę głoszenia swojego słowa i dzielenie się ze mną tym, co skryte głęboko, dziękuję Basi Smal, Magdzie z lodowego kraju:), Paulinie i Marzenie. Za to, że regularnie jesteś tu ze mną dziękuję Marysi, Ali, Basi S. (ach ta Łódź!), Małgoni, Iryskowi, Monice, Agnieszce, Krysi, Gosi B., Klementynce, Aleksandrze, Iwonie, moim cudnym obserwatorkom i czytelniczkom. Mojemu M. dziękuję za wszystko:) Pozdrawiam bardzo serdecznie moich czytelników z Rosji. Za każdym razem bardzo ciepło o Was myślę i cieszę się, że jesteście ze mną. Pozdrawiam moich gości ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji oraz  z zimnych krajów pięknych fiordów:) Nie jestem w stanie wymienić każdego, ale uwierz mi, każdy jest dla mnie ważny. I najbardziej dziękuję właśnie Tobie za to, że tutaj wracasz i chcesz tu być razem ze mną.  
"Nie trzeba posiadać wiele, aby móc dzielić się z innymi."  
Ja chcę się z Tobą dzielić tym, co mam. Swoim ciepłem, bo przecież jak oddam Ci go troszeczkę, to wcale nie będzie mi zimno, bo ono wróci pomnożone; prostą ludzką życzliwością i serdecznością, potrzebą ogrzania się przy drugim człowieku i tym, co mi w duszy gra...  Dobrze, że jesteś!         
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
   

sobota, 26 stycznia 2013

Jest takie miejsce...

Fot. Marcin Oleksa



W mroźny, zimowy i przysypany śniegiem dzień zapragnęłam uciec od mojej codzienności i nabrać do niej sił, aby potem móc czerpać z niej radość. Na mapie Polski wybrałam punkt, na którym zatrzymał się mój palec. Kazimierz Dolny nad Wisłą. Tętniący życiem latem, a zimą zasłuchany w kojącą ciszę i pokryty białym puchem. Piękny. Trochę niepokorny i nie dający się wcisnąć w żadne ramki i schematy. Majestatyczny. Dumny, bo ma tak wiele do zaoferowania i zdaje sobie z tego sprawę. Królewskie miasto.
Każdy pobyt w Kazimierzu dla mnie jest jak smakowanie czegoś wyjątkowego. Lubię to miejsce najbardziej jesienią i zimą, gdy lekko przysypia i stara się byc sobą, odpoczywając od turystów, którzy chcą mu narzucić własny styl życia. Pozwolisz, że spróbuję Cię teraz zaczarować?
Wyobraź sobie, że idziesz zasypaną śniegiem ścieżką, pod nogami skrzypi mróz, a Ty czujesz, że drętwieją Ci palce rąk i nóg i masz  wielką ochotę usiąść przy kominku, zamówić gorącą herbatę i pooddychać atmosferą prawdziwego Kazimierza. Wybór restauracji i kawiarenek w Kazimierzu jest ogromny. Każda kusi, ale Twój wzrok przyciąga ogród rozświetlony małymi, stylowymi latarenkami; drewniany mostek i otulone śniegiem choinki. Małe schodki prowadzą Cię do wnętrza, które od pierwszego kroku przenosi Cię do czasów: lata dwudzieste, lata trzydzieste. To moja epoka; dla mnie czas zatrzymał się właśnie wtedy, a Dwa Księżyce sprawiają, że podróż w czasie naprawdę jest możliwa. Zamykam za sobą drzwi oddzielające mnie od rozkrzyczanego świata i wiem, że zostanę tu na dłużej. Siadam przy stoliku znajdującym się najbliżej przystrojonego jeszcze świątecznie kominka. Jest mi ciepło, miło i wygodnie. Dyskretnie rozglądam się dookoła i wszystko mnie tu zachwyca. Nie ma tu "sklonowanych" krzeseł i stolików, które sprawiają, że można się poczuć wtopionym we wnętrze, w którym wszystko jest jednakowe. Tutaj każdy stolik jest inny i udekorowany drobnymi szczegółami, które sprawiają, że osoba, która przy nim siada, czuje się wyjątkowa. Jestem estetką i cenię piękno, dlatego mój wzrok od razu przyciąga wyszywana ręcznie koralikami, delikatna serweta - bieżnik. Postawiony na niej czajniczek z herbatą dopełnia wszystkiego. Jest mi dobrze, ciepło i przyjemnie. Mogę tak siedzieć w nieskończoność, chłonąc atmosferę tego miejsca. Czy już to widzisz, mój miły Czytelniku? Czy poczułaś to miejsce, kochana Przyjaciółko? 
Ja przepadłam, a kiedy w kojącej ciszy, wypełnionej jedynie trzaskiem ognia i subtelnym brzękiem naczyń, zaczynają tańczyć dźwięki pianina, wiem, że szybko stąd nie wyjdę. Ręce pana Jerzego Kuny przesuwają się miękko po czarno-białych klawiszach, a historie, które spod nich wypływają, same nakłaniają do zasłuchania. Czas się zatrzymuje, chwila trwa, a ręce artysty "opowiadają" o czasach, które przeminęły, ale które przez ten moment trwania dźwięku, powracają w muzycznych opowieściach. Kelner dyskretnie stawia przede mną talerz, którego zawartość wygląda jak dzieło sztuki, a smakuje jak poezja; a ja staram się nie zakłócić tego zasłuchania żadnym niepotrzebnym słowem. Patrzę w niebiesko-szare oczy, które uśmiechają się do mnie ponad stołem i staram się uwierzyć, że jestem tu naprawdę i że takie miejsce naprawdę istnieje.  Dwa Księżyce już mnie zaczarowały. Przepadłam bez reszty. Nie chce mi się stąd nigdzie ruszać. Chcę tak zostać, otoczona tą dyskretną opieką obsługi, owinięta dźwiękiem pianina i zapatrzona w niebieską szarość. 
Prawdziwy "deser" jednak dopiero przed nami. Rozmowa z człowiekiem, który najpierw wymyślił, a potem stworzył to niesamowite miejsce. Pan Aleksander Serwatka zaskoczył nas swoja otwartością i dbałością o odwiedzające go osoby. Dla niego każdy człowiek, który przekroczy próg restauracji czy zatrzyma się w hotelu choćby na jedną noc, jest ważny. Pan Aleksander nie kategoryzuje ludzi na tych lepszych i gorszych. Każdy gość ma się w tym miejscu czuć wyjątkowo. I naprawdę to się czuje w atmosferze Dwóch Księżyców. Tę gościnność i troskę o gościa. Brak bylejakości i zadbanie o najdrobniejsze szczegóły, które składają się na tę magiczną całość. Miła obsługa ( w tym miejscu czynię ukłon szacunku dla Pana Kelnera, jakiego dotąd nie udało mi się spotkać w żadnym lokalu, który odwiedzałam; kelner na miarę tych przedwojennych, którymi zachwycam się w starych filmach:D, oraz dla Pani Ani, witającej nas swoim uśmiechem na recepcji:)), dbająca o spokój, odpoczynek i dobre samopoczucie gości sprawia, że do tego miejsca chce się wracać, aby na nowo zanurzyć się w tym świecie, jakiego wokół siebie nie znajdziemy. 
Jest takie miejsce... w Kazimierzu, przy ulicy Sadowej, gdzie chce się po prostu być i skąd tak żal odjeżdżać... 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
     Na tym pianinie ręce pana Jerzego Kuny wyczarowują historie, które chce się słuchać w nieskończoność...         

czwartek, 24 stycznia 2013

Za zasłoną

Fot. Marcin Oleksa


Lubił patrzeć w jej okno. Ciepłe światło lampy stojącej w rogu pokoju przebijało się przez delikatnie pomarszczone firanki i przyciągało wzrok swoim pomarańczowym kolorem. Nigdy nie zasłaniała okien, chociaż po obu stronach okiennej ramy zwisały ciężkie zasłony. Widocznie nie przyszło jej do głowy, że ktoś może ją obserwować. 
Każdego wieczoru zasiadał samotnie w kuchni, oświetlonej jedynie  uliczną latarnią znajdującą się tuż przy jego bloku, i wpatrywał się w jej okno, ucząc się jej dnia na pamięć. Była bardzo poukładana i miała w sobie dużo spokoju. Nigdy nie widział, żeby miotała się po domu w poszukiwaniu czegoś, co powinno leżeć w tym miejscu a nie innym, ale gdzieś się zapodziało. Miał wrażenie, że każda rzecz w jej domu miała swój kawałek półki, szafki lub podłogi. Nawet kot miał swoje ulubione miejsce na sofie przy oknie. Zastanawiał się, kim była? Co robiła w życiu i dlaczego była sama? Patrzył na jej zgrabne, szczupłe ciało i miał wrażenie, że z każdym dniem robi mu się coraz bliższa. Lubił te swoje wieczory z nią. Zamiast gapić się w płaski ekran swojego laptopa albo telewizora, wolał jej wypukłości. Często się zamyślała. Nie wiedział, co ją zasmucało, ale chętnie dowiedziałby się o niej więcej. 
Dlaczego spędza wieczory jedynie z kotem i książką na kolanach? Jakie programy najbardziej lubi oglądać? Widział migające obrazy, przewijające się na ekranie jej telewizora, ale nie miał pojęcia, co ją cieszyło, co rozbawiało, a co zasmucało? 
Czasami czuł się jak ten podglądacz z piosenki "W domach z betonu..."; ale on nie miał kota. Miał za to rower. Nie wiedział dlaczego to robi. Dlaczego co wieczór zagląda w jej okno i obserwuje ją z większą pasją i zainteresowaniem niż jakikolwiek film. Po wyniszczającym związku z Iwoną powinien mieć dość kobiet na długo. Tymczasem on, jak durny, lubił jeść kolację w towarzystwie nieznajomej z okna naprzeciwko. Przecież jej nie znał. Nic o niej nie wiedział. Mogła mieć podły charakter jak jego była. Mogła być tak samo zachłanna i nie znosząca sprzeciwu jak kobieta, z którą spędził ostatnie sześć lat. Zabijająca po kawałku to całe prawdziwe "ja", które jeszcze w nim zostało. Sześć lat trucizny, sączącej się do jego organizmu pomalowanymi na czerwono ustami. Sześć lat walki, w której poległ. Po czterech miesiącach wyrzucenia Iwony ze swojego życia, wciąż przechodził go nieprzyjemny dreszcz na myśl o niej. 
Patrząc w ciepłe okno nieznajomej kobiety z naprzeciwka, nie czuł niczego nieprzyjemnego. To było miłe i przyjemne. W pewnym sensie czuł bliskość między sobą, a tą dziewczyną, która każdy wieczór spędzała samotnie. 
Spojrzał w jej okno i uśmiechnął się. Jego "seans" właśnie się zaczynał. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
   

niedziela, 20 stycznia 2013

Pory roku w miłości

Fot. Andrzej Jaksim


Zaczyna się jak wiosenna burza, przychodzi nagle i niespodziewanie. Potrafi tak zawrócić w głowie, jak zapach bzów i jaśminów, albo pierwszy wiosenny deszcz, który zrasza, a nie moczy. Maluje świat na wszystkie kolory tęczy i sprawia, że jesteśmy tak szczęśliwi, jak nigdy dotąd. Pierwsza miłość. Ta jeszcze niedoświadczona, niezraniona, wyczekiwana. To ona sprawia, że zamiast twardo stąpać po ziemi, unosimy się nad nią lekko i patrzymy na świat przez różowe okulary. W naszym wzroku jest rozmarzenie, na twarzy łagodny uśmiech, a w sercu tyle szczęścia, które chcemy pokazać innym. Jestem szczęśliwa, zakochałam się! W tym radosnym uniesieniu nie boimy się wierzyć, że tak już będzie zawsze; że to się nigdy nie skończy. Bo taka jest pierwsza miłość. Szalona, nieprzewidywalna, uzależniająca, wybuchowa i pełna pasji. Recytująca wiersze, patrząca z uwielbieniem w oczy i potrzebująca nieustannych słownych deklaracji. Świeża, zielona i nienasycona. Taka jest wiosna w każdej miłości. Żyjemy nią. Oddychamy nią. Czasami od niej giniemy. 
Lato, pomimo swojej temperatury, chłodzi burzę uczuć. Pierwsze uniesienia odchodzą, słów zaczyna brakować, dotyk nie jest już gorący i zdarza się coraz rzadziej. Szukamy tego wiosennego płomienia namiętności w naszym związku, ale coraz trudniej nam go rozpalać. Dni stają się coraz dłuższe i wypełnione obecnością tej osoby, bez której jeszcze tak niedawno nie potrafilibyśmy oddychać, ale jesteśmy jakby obok. Coraz więcej w nas wzajemnych pretensji, wyrzutów i oglądania się za siebie. Coraz mniej czułości, troski i zapatrzenia. Lato skłania do chwil zapomnienia; odurza i miesza w głowie. Zdarza się, że zmęczeni codziennością i nudą związku, który "wystygł", rzucamy się w przygodę, która nie zawsze kończy się happy endem. Ktoś obcy jest obietnicą tego, co wygasło w naszej miłości. Daje złudzenie, że na nowo poczujemy ten wiosenny powiew; że znów będziemy potrafili zatracić się w uczuciu, które sprawiało, że nie istniało nic prócz miłości. Często jest to tylko iluzja.
Jesień w miłości to czas wyciszenia po szaleństwach lata. To próba odszukania dawnych "my" i tego, co nas połączyło. Jesień to dojrzałość i zrozumienie, że miłość to nie tylko słowa i deklaracje, ale radość czerpana z prostego bycia razem. Bez uniesień, ale ze świadomością, że obok mnie jest ktoś, kto razem ze mną chce się zestarzeć; kto zna na pamięć wszystkie moje zmarszczki i odkładające się gdzieniegdzie fałdki, których się przy nim nie wstydzę. Kto zna moje słabości, a mimo to chce być przy mnie i dzielić ze mną ten wspólny trud, który dawno temu podjęliśmy. Ta miłość wciąż potrafi zaskakiwać nieoczekiwanym bukietem kwiatów lub jesiennych liści czy tabliczką ulubionej czekolady. Wie, czego chce i potrafi docenić to, co ma. Nie ma w niej namiętności wiosennej burzy, ale jest spokój i rozmowa bez słów. Jest spojrzenie, które wciąż wodzi za tą druga osobą, która idzie przez to życie  ze mną ramię w ramię i te chwile odkrywania się na nowo. Jest w niej radość wspólnego wieczoru spędzonego w zaciszu domu, czuły dotyk w przelotnym muśnięciu, troska i niepokój. Ta miłość nie gna już i nie pędzi tak, że brak jej tchu, ale powoli nasyca się codziennością i trwa, pomimo wszystko. Umie zmierzyć się z problemem, stara się załagodzić konflikt, nie pamięta złego i dużo więcej w niej cierpliwości niż w tej wiosennej i letniej. Jest łagodna, ale wie, czego chce. I potrafi wybaczać.
Zimowy zmierzch miłości to wspólne wspomnienia, które zostały z dawnych lat - te dobre i te złe. To cisza wypełniająca dom i szklanka herbaty podana drżącą dłonią. Ciche "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i "uważaj na siebie". To również tęsknota za tym, że ktoś odszedł zbyt szybko i nie dał nam szansy zestarzeć się wspólnie. Zima w miłości nie mrozi, tylko ogrzewa pełnym ciepła spojrzeniem wyblakłych oczu i świadomością, że tak jak wszystko na świecie, tak i miłość z biegiem lat się zmienia i przechodzi swoje pory roku, obdarowując nas sobą i pozwalając nam czerpać z niej to, co najlepsze. 
Pozwólcie, moi mili, że zakończę fragmentem piosenki tak ciepło wyśpiewanej głosem Olgi Bończyk: 
"(...) niczego więc nie życzę Ci, oprócz miłości
prócz paru chwil, gdy cały świat
zyskuje sens, zyskuje ład
i każdy cud przytrafia się najprościej... " (Olga Bończyk & Salted Peanuts - "Piosenki z klasą")
Bo przecież to właśnie miłość, bez względu na jej porę roku sprawia, że: "(...) zastyga czas i tuli się, do dłoni twej łagodny świt, bez myśli złej..." 
Niczego więc nie życzę Ci, oprócz miłości. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Michał Oleksa

  
 

środa, 16 stycznia 2013

Szuflada



Nie lubiła tych poświątecznych porządków. Zawsze zabierała się do nich jak do najbardziej przykrego obowiązku. Zupełnie inaczej było przed świętami, na które oczekiwała z radością. Nawet jeśli sama jej w sobie nie miała, radość Natalki potrafiła rozpalić i jej zziębnięte serce, które w Wigilię płonęło już nieugaszonym płomieniem. Ogrzewała w nim siebie i ten wyziębiony dom i były chwile, gdy w oczach Przemka odnajdywała tę pasję, która ich połączyła. 
Dziś nadal czerpała z tej świątecznej radości, ale dzień taki jak ten - szary i ponury, przygnębiał ją. I do tego ta świadomość, że trzeba pozdejmować bombki ze strojnej choinki i schować je głęboko w piwnicy, gdzie przeczekają długie miesiące na swoje pięć minut. 
Delikatnie zdjęła aniołka, wykonanego przez Natalkę, z ogołoconych z igieł gałęzi. Był tak delikatny, jak jej córeczka i tak samo radosny. Patrzyła na niego przez chwilę z uśmiechem, który pojawił się na jej twarzy, a potem zdecydowała, że schowa go do szuflady i będzie po niego sięgać zawsze wtedy, gdy w jej sercu znowu zrobi się zimno. 
Otworzyła szufladę, do której nie zaglądała od wieków i rozgarnęła znajdujące się tam rzeczy, żeby zrobić miejsce dla aniołka. Pod palcami poczuła szorstkość koperty i gładkość wystającego z niej zdjęcia. Zupełnie o nich zapomniała. Leżały z dala od niej i pokrywały się kurzem zapomnienia, tak jak uczucie, które kiedyś połączyło ją z Przemkiem. Nieśmiało sięgnęła po kopertę, jakby obawiając się tego, co tam zobaczy. Poraził ją blask szczęścia bijący z jej własnych oczu. Szczęśliwa i ufna, patrzyła w obiektyw aparatu. Pamiętała ten moment. Wydawało jej się wtedy, że wygrała los na loterii. Przemek należał do niej i nic innego się nie liczyło. Nie musiała już żebrać o jego czas, cały należał do niej. Ich dni były szaleństwem, a noce namiętnością. Wracała do domu z radością i była słodka jak miód, który Przemek smakował bez opamiętania. Kiedy zaczęła gorzknieć? Czy wtedy, kiedy uświadomiła sobie, że zostać "tą pierwszą", nie oznacza wyeliminowania "tej drugiej", która kiedyś była pierwszą, z życia jej mężczyzny? Bo odejście od żony wcale nie oznaczało, że ta żona zniknie, rozpłynie się w niebycie i już jej nie będzie. Ona wciąż była i jakaś część Przemka wciąż do niej należała. Natalce łatwiej było to zrozumieć, ona naturalnie weszła w tę rozdwojoną rzeczywistość Przemka i po prostu to przyjęła. Ona nie potrafiła. Wymarzyła sobie księcia z bajki i zapragnęła go, wmawiając i jemu i sobie, że są jak dwie połówki jabłka pasujące do siebie idealnie. Ale to jabłko miało trzy połówki, a książę panią na zamku, która nie chciała po prostu zniknąć jak zła królowa. 
Wsunęła zdjęcie do koperty i odłożyła ją do szuflady. Przykryła roześmianym aniołkiem, który pomimo wszystko, dawał nadzieję. A potem wróciła do poświątecznych porządków, aby zająć czymś ręce i myśli. 
Monika A. Oleksa 



   
Pamiętacie trzecią bohaterkę samotności (Samotność - razem czy osobno?)? Tę, u której tak powiało chłodem? Wróciłam do niej. Jakieś refleksje? Czy zaglądać do niej, czy zamknąć drzwi za jej samotnością? Mnie ona zaciekawiła. A Ciebie?     

niedziela, 13 stycznia 2013

Marzenia

Fot. Marcin Oleksa


Są jak skrzydła, z którymi się rodzimy - duże, rozłożone i gotowe ponieść nas dokądkolwiek chcemy. Będąc dziećmi, nie mamy przed nimi zahamowań, nie boimy się ich i wierzymy w nie. Nasza wyobraźnia nie ma wtedy granic, świat jest piękny i ma barwy tęczy, a my wiarę w to, że dobro zawsze zwycięży zło. Magia świąt trwa w dziecięcych sercach cały rok, a szery uśmiech jest zawsze na buziach, które świecą niesamowitym blaskiem. Z biegiem lat ten blask gaśnie, blaknie, przemija, a my nie potrafimy sobie przypomnieć, skąd czerpaliśmy tę radość, skoro mieliśmy tak niewiele. Bo tak niewiele do szczęścia było nam potrzeba. Dziś otaczają nas przedmioty, do których się przywiązujemy, ale szczęścia nam nie dają. Bo prawda jest taka, że w przedmiotach go nie znajdziemy. Ale w marzeniach tak. 
Trzeba mieć odwagę, żeby marzyć. Marzenia zwykle wykraczają poza naszą codzienność, w której czujemy się bezpiecznie. Wymagają od nas wysiłku. Chcę czegoś, co wydaje się poza moimi możliwościami. Aby po to sięgnąć, muszę wykonać pewien krok. Muszę wspiąć się na palce, wyciągnąć rękę, czasami podskoczyć, albo tupnąć nogą; ale muszę marzyć, bo bez marzeń jestem jak anioł pozbawiony skrzydeł - znam tylko ziemię z jednej perspektywy - tej pod chmurami, które tak często są szare i przygnębiające. Marzyć nie oznacza bujać w obłokach i zagubić całkowicie poczucie rzeczywistości. Nie oznacza zapomnieć o tym, że żyję tu i teraz, że mam pracę, taką, a nie inną, dzieci, dom, obowiązki. Marzyć to nie znaczy odciąć się od tego, ale wnieść w to życie, które podejmuję każdego, ranka smak i kolor. Przyprawić je, jak ulubione danie, którym chcemy się delektować, a nie zaspokoić głód. Zobaczyć poza szarą rzeczywistością coś więcej, a przede wszystkim uwierzyć, że mogę to zrobić, jeśli tylko zechcę. Wiara w marzenia czyni cuda. Pięknie opowiedział o tym Paulo Coelho w "Alchemiku". "Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiagnąć."
 Kiedyś mu uwierzyłam i poszłam za delikatnym jak szklany dzwoneczek głosem marzeń. I odważyłam się sięgnąć po to, czego zapragnęłam. Robię tak do dziś. Moje dziecięce skrzydła odrosły i niosą mnie ponad to wszystko, co przygniata, zniechęca i ściąga w dół. Dobrze mi z nimi i nie umiem już inaczej. Polubiłam je. 
Widzisz swoje skrzydła? One tam są, ale być może jeszcze złożone. Nie bój się ich rozłożyć i wzlecieć wysoko. Potrafisz. Tylko w to uwierz. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
  

czwartek, 10 stycznia 2013

Psi język

Fot. Marcin Oleksa


Mogę śmiało powiedzieć, że ja i mój Pieszczoch rozumiemy się bez słów, i nie będzie to przesadą, zważywszy, że zwierzęta nie wypowiadają ludzkich słów. Ale przedziwne jest to, że i tak je rozumiemy, tak jak i one starają się zrozumieć nas. Tylko, że one mają trudniej, bo nasz ludzki język czasami jest niezrozumiały nawet dla nas samych.  Ale miało być o mojej suczce, nie o języku.
Ciemny poranek i gęsty mrok w pokoju, z którego zupełnie nagle, bez uprzedzenia, dobiega znienawidzony dźwięk budzenia. "Jeszcze minutka", to moje ulubione powiedzenie, gdy staram się zignorować ten dźwięk i przekręcić na drugi bok. Ale nie pozwala mi na to zimny, mokry nos, który pakuje mi się pod kołdrę, i pacnięcie łapą, które oznacza: "No wstawaj! Ja już jestem gotowa na spacer!" Nieważne, że na dworze ciemno, a przed oczami mroczno; ogon mojego psa tańczy, a zimny nos staje się coraz bardziej natarczywy. Nietrudno zrozumieć to przesłanie. 
Mattie ma kilka spojrzeń w swoich wiernych, brązowych oczach, którymi bezbłędnie komunikuje o co jej chodzi. Spojrzenie błagalne, rzucane spode łba ułożonego na przednich łapach ma wyćwiczone do perfekcji. Oznacza ono zazwyczaj: "Spójrz na mnie, jaka jestem nieszczęśliwa z pustym brzuchem." I nieważne, że miska jest pełna psich pyszności, mojego pieszczocha interesuje jedynie kurczak i jego pochodne. Podobnym spojrzeniem, pełnym wyrzutu, Mattie informuje mnie o swoim niezadowoleniu, kiedy wychodzę z domu bez niej. Nie lubi słowa "zostań", a ja dobrze o tym wiem. Ona wyraźnie mi komunikuje, że nie lubi samotności, a najszczęśliwsza czuje się z człowiekiem tuż obok. Lubi być blisko. Nie chodzi, jak kot, swoimi drogami, ale trzyma się blisko ciepła człowieka, którego jest spragniona. Może być jej niewygodnie na zimnym kawałku podłogi, ale kładzie się u stóp, starając się mieć mnie w zasięgu wzroku. Bezbłędnie reaguje na komendy: "Chodź" (w psim przekładzie oznacza to - "hop na łóżko":)), "Masz" (zawsze oznacza smaczny kąsek, ale zazwyczaj jest go za mało), "Idziemy na spacerek?" (nie trzeba tłumaczyć:)), "Dawaj łosia!"  (zachęta do zabawy, która naszej suczce nigdy się nie nudzi), i w końcu na spacerach "Przynieś piłeczkę" lub "Przynieś patyka", przy czym "przynieś" w jej języku wcale nie oznacza "oddaj", tylko raczej "A może byś mnie poganiała?". Natomiast komendy: "Do mnie", "Puść", "Równaj", są dla mojego psa zupełnie niezrozumiałe, zwłaszcza kiedy wychodzi ze mną na spacer. 
Psi wzrok potrafi wyrazić wszystko. Pies nie oszukuje, nie udaje i nie wstydzi się swojej spontaniczności. Umie być szczęśliwy i tak mało mu do tego szczęścia potrzeba - jedynie kogoś, kogo będzie mógł kochać i kto mu na to pozwoli. 
Monika A. Oleksa      


Fot. Marcin Oleksa
   

niedziela, 6 stycznia 2013

Postanowienia

Fot. Marcin Oleksa



Ponura szarość i wilgoć za oknem wdarły się do mieszkania przez uchylone okno. Ewa zamknęła je, rozmasowując zziębnięte ramiona. Podmuch wiatru zrzucił ze stołu białą kartkę, na której postanowiła rozpisać bilans swojego życia i noworoczne postanowienia. Początek nowego roku nastroił ją bardzo refleksyjnie. Długie i samotne godziny, które przeleżała z paskudnym przeziębieniem skłoniły Ewę do spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy. Dla kogoś z zewnątrz, kto zupełnie jej nie znał i spotykał przypadkowo, Ewa mogła się wydawać osobą zaradną, samodzielną, ambitną i mądrą. Taką, która wiedziała czego chce od życia i nie marnowała go na mało istotne drobiazgi. Ewa widziała to zupełnie inaczej. Czuła się samotna, sfrustrowana, zgorzkniała i wiecznie niezadowolona ze wszystkiego. Sukcesy przestały cieszyć, bo nie było ich z kim podzielić. Komedie przestały śmieszyć, bo nie miała z kim się śmiać. Do kina przestała chodzić, bo nie miała z kim. Pustkę w cichym domu zagłuszała radiem lub monologiem, który wygłaszała do kota. Świat z każdym rokiem tracił barwy i szarzał, tak jak jej cera zimą. Nie chciała dłużej tak żyć. Nie chciała, aby jej świat zbladł całkowicie i aby życie minęło na wiecznym rozpamiętywaniu tego, co mogło się wydarzyć, ale się nie wydarzyło. I żalem za tym. 
W swoim kalendarzu z sentencją na każdy dzień, znalazła takie zdanie: "Kto porządkuje własne sprawy, ten przyczynia się do zaprowadzenia ładu w całym świecie." Postanowiła mu zaufać i wziąć swoje sprawy we własne ręce. Nie rozglądać się na boki i nie oglądać na innych; nie czekać z tym uczuciem wiecznego niespełnienia, tylko zrobić coś, co zależy od niej. Otworzyć się na ludzi i wyjść z ukrycia, w które sama się wpędziła. Kupić bilet do teatru i pójść na recital Edyty Geppert. I co z tego, że jest sama? Umówi się z Magdą, albo z którąś koleżanką. Zacznie spotykać się z ludźmi, a nie uciekać do domu, aby tam , wśród znajomych sprzętów zagłuszyć swój smutek i żal do świata, że kiedyś jej nie usłyszał, choć tyle miała mu do powiedzenia...  
Przypomniała sobie te młodzieńcze marzenia, które wraz z zakurzonymi zdjęciami schowała głęboko do szuflady. Ciepły, przytulny dom, wypełniony gwarem dziecięcych głosów. Szarość, która spoglądała na nią tak, jak tamtej sylwestrowej nocy w Wenecji. Praca, która była częścią, a nie sensem jej życia. I powroty w te miejsca, które objeździli z zespołem, gdy jeszcze tańczyła z Mateuszem. Włochy, Hiszpania, Portugalia, Austria, Szwajcaria, Izrael... Chciała tam wrócić, aby odnaleźć klimat tamtych miejsc i swoją radość, którą gdzieś tam zawieruszyła. 
Dużymi literami napisała na pustej kartce: Cel - być szczęśliwą. Podkreśliła to zdanie grubą linią, pod którą zanotowała: Środki wiodące do celu: uśmiechać się do samej siebie, kiedy rano stanę przed lustrem; skupić się na tym, co mi wychodzi i sprawia radość, a przestać zamartwiać tym, co nie wyszło; dostrzegać drobiazgi, które życie rzuca pod nogi, a ja jestem zbyt skupiona na sobie, aby się po nie schylić; przestać narzekać, bo to i tak niczego nie zmieni, dolewa tylko goryczy do życia, które i tak jest słodko-gorzkie; zacząć rozpieszczać siebie i od czasu do czasu kupić sobie prezent bez okazji; przestać chować głowę w piasek i udawać, że jestem silna i że wszystko jest OK, tylko wyraźnie zakomunikować - źle mi z moją samotnością. Nie chcę jej!  
Odłożyła ołówek i spojrzała na kartkę zapisaną grafitowymi literami, a potem wstała i magnesem przypięła ją do lodówki. Będzie na nią patrzeć codziennie i w końcu nauczy się jej na pamięć. A jak już się nauczy, może odważy się  żyć tak, jak sobie zaplanowała. Bez obaw. I z nadzieją, że gdzieś kiedyś, w tłumie ludzi, zgubi w końcu swoją samotność, z którą wcale nie było jej do twarzy. 
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa
            

czwartek, 3 stycznia 2013

Codzienność niecodzienna

Fot.Marcin Oleksa


Pora wrócić do rzeczywistości i ładnie uśmiechnąć się do codzienności, która w sumie nie jest taka zła. Nasze życie wskoczyło w dobrze znane, trochę powycierane ramy, które są jak wygodne kapcie - nieco przydeptane, troszkę rozlazłe, ale ciepłe i znajome. I chociaż obiecujemy sobie, że już w tym roku je wyrzucimy, zmienimy na nowe - tak naprawdę dobrze nam w nich. 
Nasze życie składa się głównie z codzienności. Odświętność pojawia się rzadko, ale właśnie dlatego jest wyjątkowa i wyczekiwana. Codzienność to powtarzalność pewnych schematów i rytuałów; nawyków, które z czasem nabyliśmy. Narzekamy na nudę i monotonię, w wolnych chwilach marzymy o zmianie, ale tak naprawdę lubimy je, bo czujemy się w nich bezpiecznie. No i dobrze, bo codzienność wcale nie musi być udręką, ale możemy uczynić ją niecodzienną, jeśli tylko spojrzymy na nią inaczej. Bo tak naprawdę wszystko zależy od naszego nastawienia. 
Ponury poniedziałkowy poranek, z mrokiem za oknem, może budzić grozę i niechęć, bo skończyło się coś dobrego, a teraz to już tylko niewolnicza harówka, na myśl o której już jestem zmęczona i zniechęcona. Ale można inaczej. Można spojrzeć na ten zamglony poranek jak na obietnicę czegoś, co dopiero przed nami. Nowy dzień, pomimo swojej przewidywalności, zawsze jest niespodzianką. Nigdy tak do końca nie wiemy, co się wydarzy. A może w tej szarości dnia spotkamy kogoś, czyj uśmiech rozświetli te godziny przesuwające się nieubłaganie po tarczy zegara. Może usłyszymy coś, co doda nam skrzydeł. Może ktoś do nas napisze e-maila lub esemesa, z dobrym słowem, miłym zdaniem, odrobiną serdeczności. Może my zrobimy coś, drobną rzecz, która dla kogoś będzie czymś więcej. Może ten ktoś poda to dalej i zupełnie nieświadomie rozpalimy płomień, który ogrzeje innych? I wtedy ta codzienność nie będzie już szara, ale nabierze ciepłych kolorów lata. I będzie się chciało w niej być i wstać rano z łóżka z radością, traktując ten nowy dzień jak prezent. Dar, rozdzielony sprawiedliwie - każdemu po równo, dwadzieścia cztery godziny. 
Moja codzienność niecodzienna to dwadzieścia niespiesznych minut z filiżanką kawy umilonej "małym co nieco", wypitej z niezapisaną kartką papieru lub w towarzystwie bloga, to znaczy z Wami:) To spacer z moim Pieszczochem, który codziennie dostarcza mi nowych wrażeń i nieustannie domaga się pieszczot i bliskości. To rozgardiasz panujący w domu, który nie jest muzeum, ale miejscem, do którego chce się wracać i w którym chce się przebywać. Moja codzienność to moja praca i spotkania z ludźmi, z których każdy jest inny i na swój sposób wyjątkowy. To rozmowy, uśmiechy, ale i wspólnie podejmowany trud tego samego celu. Moja codzienność to stalowoniebieska szarość ukochanych oczu, które patrzą na mnie tak, że nie trzeba słów. Tysiące spraw, wielokrotnie trudnych i zdawałoby się, nie do uniesienia. A jednak je niosę i staram się, aby każdy mój dzień był wyjątkowy, bo przecież tak naprawdę nie wiem, ile mi ich jeszcze zostało. Za każdy jestem wdzięczna, a drogocenne minuty gromadzę i staram się nie stracić ani jednej na bezcelowe narzekanie czy oglądanie się na innych "którzy mają lepiej". Bo przecież to moje życie, nie dostanę drugiego. A przeżyję je właśnie codziennością, która pomimo wszystko, jest piękna. Bo tak chcę ją widzieć. 
Monika A. Oleksa


 
Fot. Marcin Oleksa
 

wtorek, 1 stycznia 2013

Za progiem Nowego Roku

Fot. Marcin Oleksa


No i jesteśmy w Nowym 2013 Roku:) Przekroczyliśmy próg, zamykając za sobą drzwi. I tylko my sami wiemy, co tam zostawiliśmy i z jakimi nadziejami witamy to nowe. Nowe, nieznane, jeszcze nieodkryte. Biała, niezapisana kartka. A w tym wszystkim my. Ty, ja i ten ktoś, kto jest obok Ciebie, bliżej lub dalej. Wiele w nas słabości, ale przecież nie o to chodzi, aby je rozpamiętywać, ale o to, aby z nimi walczyć. Pomimo tego, że to trudne. Pomimo tego, że wielokrotnie to nas przerasta. Mamy nad nimi przewagę, bo zdajemy sobie sprawę z własnych niedoskonałości i potrafimy coś z nimi zrobić. Jeśli tylko chcemy. Bo tak naprawdę, nasze życie zależy od nas samych. Nikt go za nas nie przeżyje i nikt, z wyjątkiem nas,  nie może nim kierować. To my podejmujemy decyzje, a tak często nie chcemy o tym pamiętać i obarczamy innych winą za nasze pomyłki i niepowodzenia. Nie wyszło mi, bo nikt mi nie pomógł. Bo nikt mi nie powiedział, jak mam żyć. Bo nie dał mi gotowej recepty na moje problemy. Bo... 
A może powiedział, ale nie chcieliśmy słuchać? Może ostrzegał przed tym lub tamtym, ale skończyło się na gniewnym: "To moje życie i przeżyję je tak jak chcę!" Dobrze, rozumiem i szanuję Twoją decyzję, tylko... skąd potem tyle pretensji i wyrzutów? I szukania winnych dookoła? 
"Każdego poranka
dostajemy szansę na nowe życie
i od nas zależy, czy zaświeci słońce. 
Pomimo chmur - walcz,
bo życie nie kończy się na kłopotach, 
a słońce świeci ponad nimi." 
Naprawdę możemy zmienić siebie i to, w czym utknęliśmy, jeśli tylko będziemy tego chcieli. Kolejny rok i jego zupełnie nowy początek daje nam nadzieję, a jeśli zachowamy wiarę w tę nadzieję i konsekwentnie za nią pójdziemy, może nas ona daleko zaprowadzić. Ale nie wolno zwątpić, zatrzymać się w pół drogi lub cofnąć, bo to doprowadzi nas donikąd. I znów minie kolejny rok naszego życia bezowocnie, a my przywitamy następny zgorzkniali, pełni gniewu i niezadowolenia. Nie dopuśćmy do tego. Nasza codzienność będzie taka, jaką ją uczynimy. Ponura, jeśli wstaniemy rano z nastawieniem: Jak mi się nie chce! Monotonna, jeśli w powtarzających się czynnościach będziemy widzieć jedynie nudę i udrękę. Ciężka, jeśli nasze obowiązki, które nie rozpłyną się w Nowym Roku i nie odpłyną w niebyt, będą dla nas balastem, który z chęcią byśmy odrzucili. A może warto spojrzeć na to troszkę inaczej? Dzięki tym obowiązkom nasze życie ma pewne ramy, które nadają mu kształt. Gdyby nie one, nie docenialibyśmy wartości takich dni, jakie jeszcze z radością nosimy w sercu, gdy mamy szansę odpocząć od czegoś, co wypełnia nieświąteczne dni. Bez tych obowiązków zatracilibyśmy świadomość tego, co świąteczne i wyjątkowe, bo wszystko byłoby takie same. I wtedy niczego już byśmy nie docenili, bo odświętność by spowszedniała.  A monotonia i rutyna? Przecież tak naprawdę to właśnie w nich czujemy się bezpiecznie. Mamy swoje nawyki i przyzwyczajenia, w które chowamy się, gdy przeraża nas nowe i nieznane. Powtarzalność daje nam poczucie, że nad wszystkim panujemy i że to my tworzymy nasze życie. Ono jest nasze i dostaliśmy je po coś. Na pewno nie po to, aby roztrwonić te godziny, dni i miesiące na coś, czego potem będziemy żałować lub się wstydzić; albo coś, co okaże się zupełnie bezowocne. Życzę sobie i Wam, kochani, abyśmy mogli obejrzeć się kiedyś za siebie i pomyśleć: "Dobrze przeżyłem to życie." I żebyśmy nie żałowali, że mogliśmy coś zmienić, ale zabrakło nam odwagi. 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Oleksa
   

A na ten Nowy Rok takie piękne życzenia złożyła nam Basia Smal (wystarczy kliknąć W środku życia po prawej stronie). Nie będę ich powielać, bo są mądre i od serca, a Basia wyraziła w nich to wszystko, co i ja chciałabym Wam życzyć, moi mili. A Gabrysi, która zupełnie niedawno do nas dołączyła i już wtargnęła do mojego serca swoimi słowami, refleksjami i osobowością:) dziękuję za cudowny przepis na ten Nowy Rok. Ja będę go przyrządzać codziennie, a i Was, kochani, do tego namawiam. Bo nasze życie jest w naszych rękach i może być takie piękne, jeśli tylko tego zapragniemy. Bardzo dobrego 2013 Roku!