czwartek, 28 lutego 2013

Kawiarenki

Fot. Monika Oleksa


Cicha muzyka sącząca się w tle, szmer rozmów splatanych ze słów - tych stęsknionych, zapomnianych, wyczekanych, odkładanych; zapach świeżo zaparzonej kawy, charakterystyczny brzęk filiżanki zaczepionej o spodeczek. Kawiarenki. Niewielkie, przytulne, z ciepłym światłem sączącym się ze starej lampy i małymi stolikami, nad którymi splatają się ręce i spojrzenia. 
Czar kawiarenek doceniła i tak pięknie słowami wyśpiewała Irena Jarocka. 
"A kiedy już przyjdzie czas, 
pełne po brzegi, są kawiarenki..." 
Czas na kawiarenki. Każdy jest dobry. I ten zimowy, kiedy wszystko wokół jest zasypane śniegiem, a my grzejemy się w cieple ich wnętrza; i ten letni, gdy świat zaprasza do tego, żeby go lepiej poznać; i ten jesienny z dywanem zaścielonym kolorowymi liśćmi i wiosenny, gdy powoli budzimy się z zimowego snu, wypatrując Nadziei. 
"Kawiarenki, kawiarenki
małe tak, że zaledwieś wszedł
zniżasz głos, aż po szept, 
mimochodem, kamień w wodę
wpadnie coś z bardzo małych spraw
w czarną toń małych kaw."
Te nasze małe sprawy; zawsze zabieramy je ze sobą do kawiarenek. Rozmyślamy nad nimi samotnie, mocząc je w kawie jak twarde herbatniki lub omawiamy z przyjaciółką, która spojrzy na nie inaczej. Z drugiej strony. Czasami tak, że wszystko wygląda lepiej, bo nabiera delikatnych, lekko bladych kolorów. Ale już tak nie uwiera. 
"... za witrażem szklanych marzeń 
ledwo świat poznajemy już, choć jest tuż." 
Przy małym, okrągłym stoliku czas przystaje. Przez tę chwilę jednej kawy nigdzie się nam nie spieszy. Mamy ten czas dla siebie. Dla kogoś. Czasami mamy go na marzenia. Cichy szmer głosów zlewa się w jeden monotonny szum, a każdy upity łyk zabiera nas gdzieś daleko. Przez moment nie myślimy o tym, do czego będziemy musieli wrócić, tylko pozwalamy się prowadzić tej chwili i atmosferze tej kawiarenki, która już nas wciągnęła. 
"... filiżanki, białe ptaki
lecą wprost w kolorowy dym, płyną w nim, giną w nim,
pan i pani, zaszeptani
któż to wie, gdzie naprawdę są
ona z nim, i on z nią..."
Ona i on. Splecione ręce i spojrzenia, którymi się obejmują. Nieśmiałe uśmiechy, niedopowiedziane słowa. On jej o czymś opowiada, ona patrzy na niego rozmarzona. Na stole, pomiędzy nimi, leży samotna róża. Ale oni w tej chwili nie są samotni. Mają siebie i tyle planów w oczach. Tyle niewypowiedzianych życzeń, tyle zapisanych w sercu pragnień. Gdzie pójdą, gdy wyjdą z kawiarenki? Czy ich ręce i serca nadal będą splecione? Czy nie przygniecie ich codzienność? Chcę wierzyć, że nie. Mnie się udało, więc może im też się uda? Jeśli o to zawalczą, jeśli będą to pielęgnować... 
"... kawiarenki, kawiarenki
porwą gdzieś w siódme niebo aż
stolik nasz." 
Dajmy się im porwać... 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
      

Do napisania Kawiarenek zainspirowały mnie dwie urokliwe kawiarenki, w których lubię przenieść się wraz z łykiem kawy do tylko mojego świata,  mojego siódmego nieba - nałęczowska Ewelina i kazimierska cafe FAKTORIA, przy ulicy Krakowskiej. Obie przytulają ciepłem i obie kuszą - Ewelina najlepszą na świecie delicją nałęczowską; a Faktoria prawdziwą kawą i czekoladą dla smakoszy. Polecam szczególnie poranek libijski. Kawa z tygla, która smakuje tak, jak brzmi...     

niedziela, 24 lutego 2013

Śnieżynka

Fot. Marcin Oleksa


Czy widziałaś kiedyś pojedynczą śnieżynkę? Mały płatek śniegu, który zatrzymuje się w drodze z nieba na ziemię, przysiadając na szybie, gałęzi drzewa lub rękawie naszej kurtki? Przyglądałaś się mu kiedyś dokładniej? Maleńki, delikatny i tak doskonały, że aż dech zapiera. Żaden człowiek nie byłby w stanie stworzyć czegoś tak niepowtarzalnego i dopracowanego do granic niemożliwości. Takie maleństwo, które pojedyncze - ginie, rozpuszcza się i znika; ale przytulone ściśle jedno do drugiego, staje się siłą, żywiołem, czasami nie do pokonania. 
Ta mała, delikatna, a jakże doskonała śnieżynka kojarzy mi się z kobietą. Nie ma dwóch jednakowych płatków śniegu, tak jak nie ma dwu jednakowych kobiet. I tak jak śnieżynka jest odwieczną tajemnicą Stwórcy, tak i tajemnicą jest kobieta. Trudno ją rozgryźć, bo czasami jest nieprzewidywalna nawet sama dla siebie. 
Usiądź na chwilę i popatrz w lusterko. Jesteś wyjątkowa, wiesz? No, nie kręć głową, bo tak jest. Naprawdę! Tak wiele jest w Tobie rzeczy, które mogą zachwycić, jeśli tylko im na to pozwolisz. I wcale nie musisz mieć urody i wymiarów modelki, aby ktoś mógł stracić dla Ciebie głowę. Bo tak naprawdę, to, jaka jesteś w środku sprawia, że tak właśnie widzą Cię inni- mężczyźni i kobiety. 
Nie bój się uwierzyć, że jesteś piękna, tylko przejrzyj się w czyichś oczach - mężczyzny, przyjaciółki, dzieci, do pewnego wieku wpatrzonych w Ciebie jak w obrazek. Czasami spróbuj to zobaczyć w swoich oczach i nie skazuj się na niepowodzenie i przegraną tylko dlatego, że trudno Ci w to uwierzyć i taką siebie przyjąć. Nie porównuj się z tą czy tamtą i nie zadręczaj się, że Tobie w życiu nie wyszło. Wyszło, bo jesteś. Jedyna w swoim rodzaju. Wyjątkowa. Zupełnie jak ta śnieżynka. Każda dostała coś innego. Inny kształt, inny rozmiar. Inne rozłożenie przecinających się ramion. Tak samo jest z nami. Każda z nas ma to, czego nie ma ta druga. Ja potrafię opisać każdą potrawę słowami i upiec domowe ciasto, ale jestem beznadziejna w gotowaniu, co z wielkim westchnieniem potwierdzi mój mąż. :) Przypalam wszystko, z wyjątkiem wody na herbatę, bo czajnik elektryczny wyłącza się sam. Potrafię pisać i ubrać myśli w słowa, ale nie potrafię śpiewać tak pięknie jak pani Olga Bończyk, Edyta Geppert czy Basia Stępniak-Wilk. W ogóle nie potrafię śpiewać! 
Ty jesteś dobra w organizacji i dopinaniu wszystkiego na ostatni guzik, a mnie czasami czas przecieka między palcami i choć bardzo się staram, nic nie mogę na to poradzić. Moja sąsiadka robi niesamowite rzeczy na drutach, a mama mojego ucznia wyszywa małe dzieła sztuki. Jesteś mamą i robisz pięć rzeczy na raz, traktując to jak rzecz jak najbardziej naturalną; albo wsiadasz za kierownice swojego samochodu i przemierzasz ulice Warszawy jakby nigdy nic, choć dla mnie to totalna abstrakcja. W każdej z nas jest coś wyjątkowego; każda dostała coś, czego ta druga mieć nie może. Jesteśmy zupełnie jak te śnieżynki - na pierwszy rzut oka delikatne i ulotne, ale w środku silne i pełne emocji, jak żywioł. Płaczemy, ale na swoich ramionach przenosimy ciężary, z którymi najsilniejszy mężczyzna sobie nie poradzi. Dużo w nas mądrości, ale nie manifestujemy się z nią, jak politycy na ekranach telewizorów. Jesteśmy łagodne, ale o swoich bliskich potrafimy walczyć jak lwice. Porządkujemy świat, sprzątając bałagan po swoich mężczyznach i dzieciach, ale czasami nie potrafimy poradzić sobie z nieuporządkowanymi sprawami, które nas przerastają. Mamy prawo do słabości i odrębności. Nie możemy być wszystkie jednakowe, lubić jednakowe rzeczy i myśleć w podobny sposób, bo wtedy świat byłby nudny, a my przewidywalne. Jesteśmy inne i nie możemy winić tej drugiej, że ma inne zdanie, albo, że nie lubi szpinaku. (Jak można nie lubić szpinaku?! :D) Ważne jest to, abyśmy zrozumiały, że każda z nas ma światu coś do zaoferowania. Coś niepowtarzalnego i wartego zachwytu. Wyjątkowego, tak jak Ty i ja. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Monika Oleksa
   
Jeśli jeszcze nie zajrzałaś, w zakładce Jedna do Drugiej pojawił się nowy list. To taki mój ciąg dalszy zachwytu nad Kazimierzem...

piątek, 22 lutego 2013

Dwa Księżyce nad Kazimierzem

Fot. Monika Oleksa


Kazimierz zimą potrafił zachwycić. Róża przypomniała sobie o tym, jak tylko zza zakrętu pojawiła się posrebrzana wstążka Wisły. Biel otuliła miasteczko lekkim puchem, wtulonym w nagie konary drzew, a jego mokre czapy osiadły na iglastych gałęziach wysokich świerków i dachach domów. Śnieg zakrył wszystko, nie pozostawiając ani jednego kawałka szarej brzydoty, której w Warszawie nie brakowało. 
Samochód zatrzymał się, silnik umilkł. Kierowca czekał, a Róża siedziała zapatrzona na ten dobrze znajomy budynek, za którym tak tęskniła. Ogródek, wciąż ten sam, zapraszał aby do niego weszła, przeszła przez drewniany mostek i skusiła się na lampkę czerwonego wina przy kominku. Otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. Mokry śnieg przylgnął do jej butów, jakby chciał ją tutaj zatrzymać na dłużej. Uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie, przez ten mostek, a dalej ścieżką wyłożoną drobną kostką, teraz przyprószoną śniegiem. Iglasty cis i oblepione szyszkami tuje wysoko wznosiły swe ramiona, jakby w geście powitania. Dwa Księżyce. Jej ucieczka przed światem i codziennością. Przystań, którą pokochała jak rodzinny dom i do której zawsze wracała z przeświadczeniem, że tutaj na nią czekają. 
Weszła po wysokich schodach, trzymając w ręku jedynie swoją torebkę. Resztę bagażu miał donieść jej kierowca i sekretarz, jak go nazywała. W dzisiejszych czasach modne było mieć sekretarza, więc Róża też miała. Ignacy doskonale sprawdzał się w tej roli. Oboje byli zadowoleni. 
Dotknęła zimnej klamki i już po chwili była w wąskim korytarzu, który otulił ją przyjemnym ciepłem. Zza recepcyjnej lady wstała młoda kobieta, której twarz Róża pamiętała. 
Uśmiechnęła się. 
- Dzień dobry, pani Różo. Bardzo dawno pani u nas nie było. 
- Witam serdecznie, pani Aniu. Dużo spraw zatrzymało mnie ostatnio w Warszawie, ale zatęskniłam tak bardzo, że jestem i to na dłużej. 
- Bardzo się cieszymy i zrobimy wszystko, aby pani pobyt tutaj był udany. 
- Wy nic nie musicie robić - ciepłe oczy Róży spojrzały na stojącą przed nią młodość. - To miejsce samo w sobie emanuje spokojem i jest przyjaźnie nastawione do gości. 
- Pokój dziewiętnaście, pierwsze piętro. Zaprowadzę panią. - na recepcyjnym blacie pojawił się klucz, z dużą, półokrągłą, drewnianą etykietą z numerem 19. 
- Nie trzeba, znam drogę. Poradzę sobie. - Róża sięgnęła po klucz z uśmiechem, który juz pozostał na jej twarzy. Lubiła ten pokój. zawsze dobrze jej się kojarzył. Wywoziła z niego za każdym razem dobre wspomnienia. 
Drewniane schody nawiązały przyjazny kontakt z jej obcasami. Szła na górę, wystukując nimi radosną melodię. U szczytu schodów przystanęła, nieodmiennie zachwycona zakątkiem z widokiem na Wisłę. Lubiła w tym miejscu pić kawę i obserwować nurt wody, która nieustannie się spieszyła. Tak jak ona. Za dużo się w życiu spieszyła. Zbyt wielu rzeczy nie dostrzegła w tym pośpiechu, część z nich pogubiła. O to najważniejsze bała się zawalczyć. Pozwoliła, aby miłość, która zdarza się tylko raz, odeszła z inną kobietą. 
Odgłos otwieranych drzwi i dźwięk kółek walizki toczącej się po kamiennej podłodze piętro niżej, wyrwał Różę z zamyślenia. Powoli minęła przyjazny zakątek i skręciła w korytarz prowadzący do jej pokoju. Ciepłe wnętrze powitało ją dobrze znaną atmosferą i zapachem, który kojarzył jej się nieodmiennie z tym miejscem. Kaloryfer zabulgotał wesoło, zupełnie jakby chciał jej powiedzieć "Dzień dobry". Odpowiedziała mu uśmiechem, a potem, jak zahipnotyzowana, podeszła do okna. Poprzez ciemny brąz okiennej ramy spojrzała na świat, za którym tęskniła. Naprzeciwko niej, niemalże na wyciągnięcie ręki wznosiła się kazimierska fara. Pięknie odnowiona, powracała do lat swojej dawnej świetności. Czerwony dach, teraz lekko przyprószony śniegiem, wskazywał drogę tym, którzy zbłądzili. Ruiny zamku, które Róża miała na wprost, zasłonięte były przez wysokie, rozłożyste świerki, ubrane w białą pelerynkę. Śnieg sypał się z nieba drobnymi, uporczywymi śnieżynkami, i wyglądało to zupełnie tak, jakby ktoś, tam w górze, rozerwał pierzynę i zdmuchnął to białe pierze na ziemię. Na tym świeżym śniegu, w ogródku, odbiły się ślady ptasich łapek z trzema zakrzywionymi palcami. Róża zamknęła oczy, aby schować ten obraz pod powiekami. To miejsce uspakajało. Umacniało. Wyciszało. Po nieustannym pośpiechu Warszawy, która nigdy nie przystawała, kazimierska cisza koiła. Dawała poczucie bezpieczeństwa. Otulała. 
Monika A. Oleksa 

fot. Monika Oleksa
      

Fragment "Dwa Księżyce nad Kazimierzem" pochodzi z mojej "Samotności", nad którą obecnie pracuję. Wróciłam, przywożąc z sobą kazimierską ciszę. Chciałabym bardzo serdecznie podziękować panu Aleksandrowi Serwatce za idealne warunki do pracy, jakie znalazłam w hotelu "Dwa Księżyce" w Kazimierzu Dolnym. Wiem, że wrócę tam niejednokrotnie, bo to miejsce zachwyca staropolską gościnnością, prawdziwą troską o gościa, przemiłą obsługą i wyśmienitą kuchnią, której nie sposób się oprzeć. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że ten pobyt był tak spokojny, wyciszający i niezapomniany. Dziękuję pani Kasi Barwiak i wszystkim przemiłym paniom w recepcji za ciepło, z którym każdego dnia mnie witały i opiekę, którą mnie otoczyły. Panu Mariuszowi dziękuję za cierpliwość do mnie,  niepowtarzalną atmosferę Restauracji i zaspokojenie mojego wybrednego gustu herbacianego, czemu sprostał na szóstkę :) Wszystkim paniom kelnerkom dziękuję za przemiłą obsługę i uśmiech, z którym od rana robiło się cieplej; a prawdziwej Artystce, Szefowej Kuchni dziękuję za małe dzieła sztuki na talerzu, o których długo będę pamiętać. Nie jestem w stanie opisać magii tego miejsca, o niej trzeba się przekonać na własnej skórze, do czego Was kochani gorąco namawiam! Mnie to miejsce zachwyciło tak, że nie mogło go zabraknąć w mojej książce. Za możliwość odkrycia tej magii - DZIĘKUJĘ!       

niedziela, 17 lutego 2013

Kominek pełen słów

Fot. Marcin Oleksa


Na kilka dni uciekam od zgiełku świata i wszystkich "muszę", "trzeba", "powinnam". Uciekam, aby się zatrzymać, wyciszyć, wsłuchać w siebie i usłyszeć "co mi w duszy gra"; i aby w samotności popracować nad "Samotnością", która mnie wciągnęła. Nie będzie mnie tutaj, ale lampkę zostawiam zapaloną, a na kanapie ciepły koc, aby Cię otulić, gdy tu zajrzysz. Nie będzie pusto, ani zimno. W kominku wciąż są ciepłe słowa z poprzednich postów, które ogrzewają i do których czasami warto zajrzeć ponownie, a ja zostawiam ślad, po którym trafisz na strony, gdzie moje miłe czytelniczki podzieliły się swoimi refleksjami po przeczytaniu "Ciemnej strony miłości". Za wszystkie te słowa, z całego serca dziękuję! To właśnie one sprawiają, że moje skrzydła są wciąż podniesione, a ja wiem, że to co robię, ma sens. 


gdzie Basia na dobry początek lub miły koniec dnia tak pięknie opowiada o tym, że czasami potrzebujemy, aby nas ktoś wysłuchał, nawet jeśli jest to zupełnie obcy człowiek:) 
Do zobaczenia :D 
Monika A. Oleksa  



Fot. Marcin Oleksa
 

piątek, 15 lutego 2013

Wypłyń na głębię

Fot. Marcin Oleksa


Lęk towarzyszy nam w życiu niemal od zawsze; od momentu, gdy zaczynamy świadomie podejmować decyzje i dokonywać wyborów. Zaczyna się od pierwszego, jeszcze niepewnego kroku i tak już zostaje. Lęk przed nieznanym. Lęk przed ośmieszeniem. Lęk o siebie, o kogoś, o coś, przed czymś. Każdego dnia krzyczy do nas i wprowadza w nasze życie niepokój. Niepokój i lęk. Słowa nierozerwalnie ze sobą związane. Słowa, z którymi nie jest nam dobrze i z którymi tak często nie umiemy sobie poradzić, choć uwierają i przeszkadzają. Aby się ich pozbyć, zagłuszamy je. Współczesny świat krzyczy. Jest pełen dźwięków i bodźców, które "pomagają" nam nie wsłuchiwać się w siebie. Wykorzystujemy ten hałas. Poddajemy się mu. Idziemy za nim, często zapominając o sobie. O tym, co ważne, choć często niewygodne. 
A świat ma tak dużo do zaoferowania... Żyjemy szybko, bo wszystkiego chcemy, choć po trochu, spróbować. I to nie jest nic złego, dopóki nie gubimy w tym wszystkim samych siebie. A tak łatwo się pogubić, cząstka po cząstce, zapominając o tych wszystkich wartościach, z którymi wkraczaliśmy w dorosłe życie. Tak łatwo się uzależnić, bo świat podsuwa nam coraz to nowe zachęty i "prezenty", za które jednak żąda od nas w swoim czasie wysokiej ceny. Świat uzależnia, a my nawet nie zdajemy sobie  sprawy z tego kiedy, bo dzieje się to stopniowo, krok po kroku, gdy dajemy się wciągnąć w wir zdarzeń, oblepiających nas niewidzialną siecią, zupełnie jak pajęczyna, z której nie tak łatwo się wydostać. Uzależnienie od hałasu i ciągła potrzeba otaczania się dźwiękami. Cisza krzyczy, a tym krzyku można wiele usłyszeć, i niekoniecznie to, co mamy w danej chwili ochotę słyszeć. Dlatego w naszych domach przez cały czas gra radio lub jest włączony telewizor; w samochodzie słuchamy głośnej muzyki i zmieniamy stację radiową jeśli tylko zaczynają w niej o czymś mówić; a na ulicy wkładamy w uszy słuchawki i przemykamy przez życie, tak wiele omijając, i często lekceważąc ludzi, którzy stają na naszej drodze. 
Uzależniamy się od pracy, która zaczyna pochłaniać cały nasz czas, nawet ten, który należy się naszym bliskim. "Muszę, naprawdę muszę. Nie mogę zawieść, nikt tego za mnie zrobić nie może, tylko ja...".  Wiem coś o tym i uczę się, dzień po dniu, nowej hierarchii. Rok temu jedno nieoczekiwane zdarzenie uświadomiło mi, że nie mam nieograniczonej ilości czasu tutaj, na tym świecie, i że nie można odkładać niczego na "później", bo zupełnie zwykła, codzienna czynność może zostać nagle przerwana i niedokończona. Tamtego dnia, równo rok temu, pewna mądra kobieta uświadomiła mi, że nie mogę tak po prostu wstać, otrzepać ręce i wrócić, jakby nigdy nic do biegu, w którym uczestniczyłam, bo to zdarzenie, pomimo bolesnych konsekwencji, było po coś. Po to, abym zrozumiała, że nie jestem Siłaczką i nie mogę sobie sama ze wszystkim poradzić, choćbym chciała. I po to, abym zrozumiała, że "potem" może już nie być i te wszystkie odłożone na półkę książki i myśli, jeszcze nieubrane w słowa, mogą zawisnąć gdzieś w próżni, bo zabraknie czasu, który chciałam przegonić. I że nie "potem" jest ważne i istotne, ale "tu i teraz". Ten czas i to miejsce
ębia naszego życia jest tam, gdzie odnajdujemy wewnętrzny spokój i gdzie nie ma w nas rozdarcia, tylko pogodzenie się samemu ze sobą. Tam, gdzie akceptujemy swoje słabości ze zrozumieniem, że mamy do nich prawo, bo jesteśmy tylko ludźmi. Tam, gdzie naszych błędów nie traktujemy jak porażki, ale jak lekcję życia; jak pasjonujący wykład, z którego wynosimy wiele cennych wskazówek i drogowskazów na to, jak dalej pójść przed siebie drogą, która nie będzie łatwa, ale na której nie będziemy wstydzić się siebie, tylko wysoko podniesiemy głowę i spojrzymy ludziom odważnie w oczy. Z podniesioną głową widzimy więcej; dostrzegamy drzewa, które każdej wiosny, nieodmiennie dla nas zakwitają; ptaki, ukryte w ich gałęziach, których dotąd nawet nie byliśmy w stanie usłyszeć; zatrzymany w locie płatek śniegu, który przycupnął na szaroburym i zmęczonym zimą krzaku; roześmianą młodość i pochyloną starość, bo to wszystko jest wokół nas. Z pochyloną głową i ciężarem na plecach widzimy tylko ten odcinek drogi, który jest tuż pod naszymi nogami; kiedy ją podniesiemy, widzimy o wiele dalej. Dostrzegamy słońce i jego ciepłe światło, za którym tęsknimy od jesieni. Potrzebujemy światła w naszym życiu, aby z daleka dostrzec zbliżającą się do nas Nadzieję, ukrytą w czyichś oczach z obietni, że damy radę, jeśli tylko odważymy się wypłynąć na głębię.  
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
     

czwartek, 14 lutego 2013

Zostań moją Walentynką!

Fot. Marcin Oleksa



Kochani Moi, w tym dzisiejszym dniu życzę każdej i każdemu:) z Was, aby nigdy nie zabrakło w Waszym życiu Miłości drugiego człowieka i dłoni, która zawsze będzie wyciągnięta i gotowa pomóc. Życzę, aby każdy z Was miał świadomość, że jest w Waszym życiu ktoś, kto będzie przy Was, pomimo wszystko; nawet pomimo milczenia. Dobrego dnia Świętego Walentego:) 

ZOSTAŃ MOJĄ WALENTYNKĄ 
Matylda otworzyła oczy i po chwili zamknęła je z powrotem. Był szary, lutowy poranek. Za oknem rozpuszczał się posiwiały śnieg, a w szczelinach nieutulonych na zimę okien zawodził żałośnie wiatr. Tak głosił światu Dzień Miłości – niespełnionych, zranionych, zagubionych. 14 lutego. Żałosny dzień dla samotnych i porzuconych. Najgorszy dzień roku dla Matyldy.  Ciepła, puchowa kołdra grzała i dawała poczucie bezpieczeństwa. Łóżko było krainą łagodności. Nie chciała z niego wychodzić, ale czas naglił. W pracy nikt nie usprawiedliwia nieobecności z powodu depresji dnia czternastego. Lutego, na dodatek.
„Jeszcze jedna minutka” wydłużyła się o następny kwadrans i Matylda, jak co dnia, pognała do łazienki, próbując jednocześnie wciągnąć na siebie długą, siwą sukienkę, umyć zęby i wypić kubek letniego mleka. Zamykając drzwi przyczesała włosy i pociągnęła usta malinowym błyszczykiem. Do biura wpadła minutę po ósmej. Zazwyczaj nikt nawet nie zwracał uwagi na jej wejście. Dziś jednak było inaczej.
  • Przyszła Matylda.
Trzy pary oczu zwróciły się w jej stronę. Zazwyczaj pogardliwe, patrzące z politowaniem, dziś aż iskrzyły zaciekawieniem, wwiercały się w Matyldę zachłannie, jakby chciały dotrzeć do jej najgłębiej skrytych tajemnic.
  • Przyszła do ciebie walentynka.
Matylda uśmiechnęła się tajemniczo. Ćwiczyła ten uśmiech przed lustrem już od tygodnia. Wiedziała, że na jej biurku znajdzie się walentynka i wiedziała też, że wzbudzi ona ciekawość całego zespołu. Nikt nie podejrzewał nawet, że do niej, do Matyldy, zespołowego mola książkowego i popychadła, którego jedyną miłością były kolumny liczb w komputerze tak sztywne, jak ona sama, że to właśnie do niej w Dzień Świętego Walentego przyjdzie kartka z czerwonym, bijącym serduszkiem i napisem – „Zostań Moją Walentynką”. A kartka przyszła i nikt nie miał wątpliwości, że była skierowana do niej, bowiem w górnym prawym rogu, starannym pismem było wykreślone jej imię i nazwisko: Matylda Matysik.
Jej twarz płonęła, gdy siadając za biurkiem brała do ręki kolorową walentynkę. Nie musiała jej czytać. Dobrze wiedziała, co znajdzie na odwrocie kartki, gdyż sama ją napisała i przesłała przez posłańca, aby dokładnie tego dnia, przed przyjściem wszystkich, miłosne wyznanie znalazło się na jej biurku. Miała dość politowanych spojrzeń i westchnień typu: ”Biedna Matylda”, które powtarzały się co roku 14 lutego. Chciała zaoszczędzić sobie tego upokorzenia i dlatego wysłała tę walentynkę.
  • Matylda... – Monika przesunęła stos kartek, które, jak co roku zasypały jej biurko i wbiła swój koci wzrok w koleżankę – Powiedz, to musi być ktoś stąd?
Matylda spuściła skromnie oczy. Tajemniczy uśmiech zastygł na jej ustach jak przyklejony.
  • Długo go znasz? – Barbara jak zwykle rozpoczęła dzień od śniadania. Siedziała, przeglądając dwie kartki, które błagały: „Nie kłóćmy się więcej!” i mlaskała głośno, z lubością delektując się maślanką. Nikt w zespole nie miał wątpliwości, że obie walentynki przyniósł Bogdan. Głośne kłótnie tej pary były atrakcją dla całej firmy. Stawiano nawet zakłady, jak długo jeszcze potrwa ten związek, który, jak dotąd, przetrwał wszelkie burze i niepomyślne wiatry.
  • Ja... – tej wersji Matylda nie przygotowała. Jej plan zaczynał drżeć, za chwilę posypie się z hukiem jeśli nie wymyśli nic inteligentnego.
W chwili, gdy trzecia z koleżanek właśnie otwierała usta, aby zapytać o tajemniczego wielbiciela przez szklane drzwi pracowni zajrzał ON. ON był obiektem westchnień całej firmy. Przystojny. Boski. Niezdobyty. Pracował od niedawna, ale w ciągu krótkiego czasu zdołał „zaczarować” większą część personelu płci żeńskiej. Zadziwiające w nim było to, że pomimo swojego uroku, wydawał się skromny i wręcz nieśmiały. Z nikim się nie umawiał, nie nosił obrączki, a na jego biurku nie stała żadna fotografia boskiej piękności. Był tajemniczy i tym fascynował cały zespół.
W momencie, kiedy zajrzał, cała pracownia zamarła, a wszystkie spojrzenia wbiły się w jego nieśmiały uśmiech.
ON obrzucił nieśmiałym wzrokiem cały zespół, zatrzymując się dłużej na biurku Matyldy i na walentynce, którą mocno ściskała w dłoni; uśmiechnął się i wycofał ze słowami:
  • Przepraszam, musiałem pomylić pracownie.
Po jego wyjściu jeszcze przez chwilę panowała rozmarzona cisza. Przerwało ją westchnienie Barbary:
  • Jakiż on przystojny!
  • Nawet nie licz na to, że jest wolny – mruknęła Matylda, wachlując się nieszczęsną walentynką.
  • To musi być ktoś stąd, bo kartka nie przyszła pocztą, tylko leżała na twoim biurku – Monika zmrużyła zielone kocie oczy i nie spuszczała ich z koleżanki – KTO TO JEST?
W całym swoim misternym przedsięwzięciu Matylda nie wzięła tego pod uwagę. Mogła odpowiedzieć cokolwiek, zbyć Monikę jakimś mruknięciem, ale mając przed oczami te śliczne, brązowe oczy i ich łagodne spojrzenie uśmiechnęła się tylko rozanielona i wyszeptała cicho:
  • To ON.
Maślanka utkwiła w przełyku Barbary; Monika poderwała się z krzesła, jak sprężyna, zrzucając przy tym stos papierów i kartek walentynkowych zalegających jej biurko; Irena otworzyła usta i zamknęła je bezgłośnie, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa, a Matylda... Matylda zapatrzyła się w czubki swoich butów, zadowolona, że udało jej się zaspokoić ciekawość koleżanek.
I taki właśnie widok zastał Lucjan, szef wydziału, który wszedł do pracowni wygładzając swój czarny wąsik.
  • Pani Barbaro, tyle razy prosiłem panią, aby jadła pani śniadanie w domu. My tu pracujemy... Na Boga! Pani Moniko, co pani zrobiła ze swoim biurkiem?! Wygląda zupełnie tak, jakby huragan po nim przeszedł! Proszę to uporządkować. Pani Matyldo, pani Matyldo i pani uległa tej walentynkowej manii? Proszę zostawić tę kartkę i zabrać się do pracy. Pani Ireno, dotyczy to również i pani. Ach! Zupełnie bym zapomniał, z czym przyszedłem. Przypominam, że dziś o 20-stej, w sali konferencyjnej odbędzie się doroczny bal walentynkowy. Obecność obowiązkowa! Proszę więc teraz wracać do pracy i... do zobaczenia dziś wieczorem.
Bomba eksplodowała i cały świat zatańczył przed oczami Matyldy. Bal walentynkowy! Zapomniała o tej corocznej, cholernej tradycji! Wymyśliła królewicza z bajki, aby uniknąć złośliwości koleżanek, a teraz przeżyje upokorzenie swojego życia!
  • No, no Matylda. Dziś na balu będziesz główną atrakcją wieczoru. A swoją drogą... ciekawe, jak udało ci się zdobyć Niezdobytego? – Monika westchnęła tylko i wróciła do porządkowania biurka.
A Matylda pogrążyła się w czarnej rozpaczy. 
 
                                                :D

Przerwa na lunch dobiegała końca, a ON kończył właśnie sałatkę śledziową. Matylda miała niewiele czasu i nie mogła zmarnować ani minuty. Gdy ostatni kęs sałatki znikał w JEGO ustach, Matylda już siedziała naprzeciwko i patrzyła błagalnie w sarnie oczy.
  • Czy my się znamy? – ON przełknął i zapatrzył się na dziewczynę w zadziwieniu.
  • Nie. To znaczy tak. Pracujemy w jednym wydziale, a poza tym widzieliśmy się już dzisiaj, pomyliłeś pokoje i...
  • A! Pamiętam. – posłał Matyldzie jeden ze swoich filmowych uśmiechów – Czy mogę ci w czymś pomóc?
  • Myślę, że tak. Wiem, że jesteś za śliczny na to, aby być sam, ale jeśli jakimś cudem nie masz z kim iść na ten idiotyczny bal walentynkowy, tym kimś koniecznie muszę być ja.
  • Tak? A to dlaczego?
  • Posłuchaj... – Matylda w ciągu trzech minut streściła wydarzenia poranka. Cały czas patrzyła błagalnie w oczy mężczyzny i bombardowała go słowami. Wiedziała, że tylko ON może uratować ją przed kompromitacją i ośmieszeniem. Musiała więc wybłagać jego zgodę, nawet jeśli było to poniżające i beznadziejnie głupie.
Kiedy skończyła, ON wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je głośnym wydmuchem.
  • Ale nabroiłaś... Z jednej strony nie dziwię ci się, te twoje koleżanki gotowe są pożreć człowieka wzrokiem i wierzę, że wcale nie jest przyjemnie siedzieć z kimś takim w jednym pokoju. Ale z drugiej strony, kłamstwo ma krótkie nogi. Zwłaszcza w takiej sprawie. Nie można udawać miłości. Ona po prostu jest.
  • Lub jej nie ma.
  • Dlaczego akurat ja?
  • Bo wlazłeś do naszej pracowni w najmniej oczekiwanym momencie.
  • Pomyliłem się.
  • A może to niebiosa cię tam przysłały? Nic w życiu nie dzieje się przypadkiem.
Patrzyła na niego wyczekująco.
  • Zgadzam się.
  • Słucham!? – nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
  • Zgadzam się, bo mam swoje powody. Słuchaj... jak celnie to zauważyłaś, nie jestem samotny. Moja narzeczona obecnie przebywa za granicą. Nie afiszuję się z tym, bo nie mam potrzeby. Nie mogę wykręcić się od tego kretyńskiego balu, a jeśli pójdę tam sam, harpie z naszego działu rozszarpią mnie i moje serce. Jeśli pojawię się z tobą, wywołam jedynie lekki skandal, ale zostawią mnie w spokoju. Dlatego się zgadzam. Tylko pamiętaj... wieczór bez zobowiązań.
  • Jasne! – Matylda uśmiechnęła się promiennie i już pędziła w stronę drzwi, gdy zatrzymał ją jego okrzyk.
  • Poczekaj! Powiedz mi chociaż, jak ci na imię?
Odwróciła się na pięcie i po raz ostatni spojrzała na niego.
  • Matylda.
  • Miło mi. Jestem Mateusz.
                                     :D

Sensacja była niesamowita. Nikt, naprawdę nikt włącznie z szefem wydziału nie spodziewał się, że JEGO wybranką może zostać Matylda. Matylda, która dziś wyglądała jakoś inaczej, piękniej, z błyskiem szczęścia w oczach i rozwichrzonymi tańcem włosami. Rezerwowa „mała czarna”, która pamiętała jeszcze czasy półmetka, a może i studniówki, dziś prezentowała się oszałamiająco na szczupłej figurze Matyldy. Jej nogi, zwykle ukryte w spodniach lub za zasłoną długich, powłóczystych spódnic dziś były odsłonięte w całej okazałości, ukazując czerwone kolana i całkiem zgrabne łydki. Na okazję dzisiejszego balu Matylda pociągnęła nawet rzęsy czarnym tuszem, a twarz posypała lekkim transparentnym pudrem. Wraz z czerwonym błyszczykiem całość przedstawiała się dość okazale. I Matylda była inna. Radosna. Roześmiana. Szczęśliwa. Trudno było uwierzyć, że jest to ta sama Matylda, która co dnia wpada w biegu do pracy i na cały dzień znika za monitorem swojego komputera. Trudno było rozpoznać w tej atrakcyjnej młodej kobiecie typ zaniedbanego naukowca, którym była na codzień.
Szampan lał się strumieniami na koszt firmy, muzyka wibrowała w uszach i porywała do szalonego tańca, a Matylda uwieszona u ramienia Mateusza, z dumą prezentowała światu swoją Walentynkę. Nikt, kto patrzył na nich nie zauważył, że wieczór był tylko udaną mistyfikacją. Nawet Mateusz zapomniał z jakich powodów przyszedł tu właśnie z Matyldą i wirował z nią po całym parkiecie, świadom zawistnych i zielonych z zazdrości spojrzeń ciskanych w jego partnerkę.
Opuścili bal tuż przed północą, zabierając ze sobą butelkę szampana.
Matylda nie chciała wracać taksówką. Noc była przejrzysta i lekko mroziła. Już dawno nie wdychała świeżego, nocnego powietrza. O tej porze zawsze już spała, zakopana pod ciepłą pierzyną. Nie pamiętała już nawet, kiedy ostatni raz spacerowała ulicami miasta nocą. Życie uciekało tak szybko i najlepsze jej lata przeciekały między palcami. Tej nocy uświadomiła sobie, jak bardzo była samotna i jak niewiele w życiu dokonała. Cóż z tego, że była jedną z najlepszych w pracy. Cóż z tego, że dostawała wysokie premie za swoją dyspozycyjność i oddanie firmie. Pieniądze składała na koncie, bo nie miała na co ich wydawać, a co wieczór wracała do pustego domu, w którym nikt na nią nie czekał. Nawet pies, który pewnie zdechłby z głodu we wciąż pustym mieszkaniu po babci. Rok temu skończyła 30 lat, a w jej życiu nie było nikogo, kto by ją kochał. Niewiele była warta.
Uświadomiła to sobie tej lutowej nocy, wracając u boku przystojnego mężczyzny, który też był tylko „wypożyczony”.
  • Nie chcę wracać do domu – popatrzyła na niego błagalnie. Nie wiadomo, co wyczytał w jej szarych oczach. Może było to wołanie o odrobinę ciepła? A może rozpacz samotnej kobiety?
Objął ją tylko i rozejrzał się za taksówką.
  • Pojedziemy do mnie. Myślę, że znajdę jakieś mandarynki do tego szampana. Truskawek bowiem o tej porze roku nie posiadam.
Nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko z wdzięcznością.

                                              :D

Grażyna była piękna. Długie blond loki opadały jej łagodnie na ramiona i otulały łabędzią szyję. Przejrzyste, niebieskie oczy wyglądały ze srebrnej ramki przypominając, że to ona jest wybranką Mateuszowego serca. Wszystko w niej było doskonałe i Matylda prawie się rozpłakała, porównując w lustrze swoje odbicie z fotografią dziewczyny.
  • Jest modelką – Mateusz wyjął zdjęcie z rąk Matyldy i zapatrzył się na nie w zamyśleniu – Nie widziałem jej od blisko roku. Jest teraz w Kanadzie. Robi tam karierę.
  • Dlaczego do niej nie pojedziesz?
Spojrzał na Matyldę zdziwiony.
  • A wiesz... nigdy nie rozmawialiśmy o takim rozwiązaniu. Miała wrócić po trzech miesiącach, dlatego tak bardzo zależało mi na dostaniu się do naszej firmy. Dobra praca, niezłe mieszkanie i pieniądze, które Grażka tam zarobi miały być naszym startem. Tymczasem... już dwa razy odkładaliśmy termin ślubu.
  • Bardzo ją kochasz, prawda?
  • ... Tak, inaczej nie chciałbym z nią spędzić reszty swojego życia.
  • Jakie to romantyczne... Powiedz mi, dlaczego o mnie nikt tak nigdy nie powiedział? Co takiego jest ze mną, że zawsze wyglądam jak strach na wróble i odstraszam każdego faceta, który się do mnie zbliża?
  • Nie bądź dla siebie taka niesprawiedliwa. Daj sobie szansę.
  • Szansę na co? Jestem do chrzanu. Zawsze tak było. Ojciec całe życie pragnął syna. Kiedy urodziła mu się taka pokraka, nic dziwnego, że poszukał sobie innej rodziny.
  • Nie można ci tak mówić! Nie możesz siebie obwiniać za rozpad małżeństwa twoich rodziców!
  • A kogo mam winić? Mama była piękna, niemal tak śliczna, jak ta twoja Grażynka. Czy gdyby nie ja, ojciec straciłby rozum i odszedł do innej kobiety, wpędzając tym samym mamę w depresję, a potem do kliniki, w której przebywa do dziś? Nawet mnie nie poznaje, gdy ją odwiedzam... Jestem sama. Zupełnie sama. I niedobrze mi się robi, jak wokół siebie widzę tyle słodkiej miłości.
Jedna łza, potem druga, a za nimi następne zaczęły się toczyć po policzkach Matyldy. Mateusz nie mógł pozostać wobec nich obojętny. Podszedł do dziewczyny i przygarnął ją do siebie. Matylda wtuliła się w białą i pachnącą mężczyzną koszulę i pozwoliła, aby łzy popłynęły strumieniem, rozmazując czarny tusz na zarumienionej od gorąca buzi.
Mateusz gładził ją nieporadnie po krótkich, rozwichrzonych włosach i próbował znaleźć słowa, którymi mógłby uciszyć jej ból. Wiedział jednak, że cokolwiek powie, zabrzmi w jej uszach głupio i banalnie.
Banalny był też pocałunek. Jej wargi były gorące. Zagarnął je zachłannie, wnikając głęboko w jej samotność, splatając język z językiem, dłonie z dłońmi i ciało z ciałem. Oboje byli zachłanni i spragnieni siebie. Tęsknili za nagością, pieszczotą i czułością. Ciało upominało się o bliskość drugiego. Pęczniało, wyginało się i otwierało, zapraszając w głąb siebie, obiecując rozkosz i spełnienie.
Kochali się zachłannie, jakby bali się utracić choćby minutę z czasu, który dla siebie wydarli. Nie szeptali swoich imion w uniesieniu, jedynie splatali dłonie i zaciskali je na obleczonej w satynę pościeli. Spełnienie nadeszło nagłym uderzeniem, łącząc ich i jednocześnie odrzucając od siebie.
Czarna sukienka, rzucona niedbale, zachwycała swą prostotą. Dostrzegła to męska koszula, przytulając się do niej mankietem i oplatając kolorowym krawatem. Zagubione spodnie z zazdrością spoglądały na tę pieszczotę, zwisając smętnie z poręczy starego, wysłużonego fotela.
Matylda bała się otworzyć oczy. Czuła, że to nie może być prawdą i wiedziała, że gdy tylko wróci do rzeczywistości, czar pryśnie jak bańka mydlana. A Mateusz pieścił ją tak cudownie! Jego ręce wciąż błądziły po ciele dziewczyny, zauroczone jej nagością i oddaniem.
  • Jesteś cudowna. I nigdy nie daj sobie wmówić, że jest inaczej – szepnął, całując ją w ucho, a potem wstał i sięgnął po papierosa.
  • Wezmę prysznic i odwiozę cię do domu.
Czar prysnął. Bańka roztrzaskała się o tępy kant życia.
  • Poradzę sobie sama. Zamów tylko dla mnie taksówkę.
  • Jak chcesz.

Chciała... spędzić z nim resztę nocy, patrzeć jak się budzi i przeciąga rozkosznie jak młody kot. Chciała wtulić się w jego ciepłe ciało i zasnąć przy nim skulona i bezpieczna. Chciała choć jedną noc poczuć się potrzebna i kochana. Mateusz nie podarował jej nawet tej iluzji.
  • Pójdę już.
  • Poczekaj, zanim taksówka...
  • Pójdę już! – nie patrzyła na niego. Nie mogła. Bała się swoich łez, które zbierały się w kącikach smutnych oczu.
  • Matylda... nie chcę, żebyś tak wyszła.
  • Nic nie mów. Słowa nam nie pomogą. Wręcz przeciwnie.
Wyszła, zabierając ze sobą swoją samotność i rozczarowanie.
Silnik taksówki burczał monotonnie, a łzy Matyldy płynęły poganiane jedna drugą. Jej cichy szloch poruszył serce taksówkarza, który z podobnych historii kobiet wracających nocą samotnie do domu mógłby napisać książkę. Gdyby potrafił. Scenariusz był wciąż ten sam – on, ona i wystygłe łóżko. A między nimi mur milczenia, bariera nie do pokonania.
Była czwarta nad ranem, gdy Matylda otwierała drzwi swojego mieszkania. Znajomy bałagan przywitał ją tak, jak go zostawiła. Ciepła pierzyna przyzywała, kusząc bezpiecznym schronieniem i błogim lenistwem. Dziś jednak Matylda w to nie uwierzyła. Po raz pierwszy jej łóżko wydało jej się obce i zimne. Usiadła na jego brzegu i zapłakała. Dzień Świętego Walentego dobiegł końca. I nikt, zupełnie nikt nie chciał, aby została jego walentynką.
                                             :D

Matylda nie wróciła do pracy po tej nocy poniżenia. W dzień po święcie Walentego zadzwoniła do szefa i poprosiła o urlop. Wprawiła tym dyrekcję w osłupienie, bowiem, po pierwsze – Matylda nigdy nie brała urlopu; po drugie – po co komu urlop przy końcu zimy?! Tłumacząc się sprawami osobistymi dostała trzy tygodnie wolnego i zaraz tego samego dnia pobiegła do Orbisu i wykupiła wycieczkę Last Minute. A potem odleciała do Egiptu, zostawiając za sobą firmę, która już zdążyła boleśnie odczuć nieobecność Matyldy; Mateusza i jego sarnie spojrzenie oraz wszelkie plotki dotyczące balu walentynkowego. Zabrała ze sobą tylko jedną walizkę, parę okularów przeciwsłonecznych i swój wstyd.
Gorące piaski pustyni leczyły kojącym ciepłem i spokojem skaleczoną duszę dziewczyny. Soczystość Nilu sprawiła, że jej młodość zaczęła odżywać i po kilku dniach słodkiego lenistwa i nieróbstwa Matylda poczuła siły życia. Zachwycała się ogromem i tajemnicą piramid; z szacunkiem pokłoniła się Sfinksowi, a na kairskim suku wytargowała całkiem niezłą cenę za figurkę Nefretete z rzekomo prawdziwego alabastru. Wieczorami, spacerując po pustoszejącej plaży, zbierała kawałki wysuszonej słońcem rafy koralowej, którą słone fale morza wyrzuciły na brzeg. I myślała. O sobie, o swoim życiu i o tych, którzy tak szybko z niego odchodzili. Zazdrościła błękitnookiej Grażynce miłości Mateusza. Każda noc przypominała jej czułość jego pieszczot i czasami trudno było powstrzymać głośny jęk i zagłuszyć tęsknotę. Mateusz pojawił się w czasie, gdy jej zegar biologiczny powiedział: Dość samotności! Trudno było powstrzymać naturę. I dlatego Matylda czuła się tak nieszczęśliwa. Tylko słońce wydawało się rozumieć pragnienia dziewczyny i pieściło jej ciało ciepłem i brązem.
Egipt pomógł niespokojnej naturze wyciszyć się i odpocząć, nie ukoił jednakże obolałej duszy. Matylda wracała do domu z częściowo posklejanym sercem i Skarabeuszem w dłoni. Wierzyła, że doda jej sił i zapewni szczęśliwe życie. Nawet w samotności. 
 
                                                  :D

W pracy, obok sterty nagromadzonych papierów, które cierpliwie czekały na jej powrót, Matylda znalazła również bukiet wyschniętych róż. Stały smętne na jej biurku, a ich zwieszone głowy zdawały się drwić z marzeń dziewczyny.
„Zobacz, jak wygląda związek, w którym brakuje uczucia” – zdawały się mówić.
Miłości nie można zbudować na udawaniu.
Tak mówił Mateusz.
Mateusz... tutaj, na miejscu, wspomnienie o nim uderzyło mocniej. Boleśniej.
  • Myślałam, że jesteście razem. Wyjechał zaraz po tobie. Prawie wymusił na Lucjanie urlop bezpłatnyzielone oczy Moniki zachłannie chłonęły opaleniznę Matyldy i jej nowy, lniany kostium.
  • Zmieniłaś się. Wyglądasz jakoś... inaczej.
  • Wydaje ci się. Jestem po prostu wypoczęta, a słońce w zimie wspaniale leczy depresję.
  • Szczęściara! Jak ja ci zazdroszczę!Monika westchnęła i wróciła do wystukiwania liczb na klawiaturze komputera.
A przez głowę Matyldy po raz pierwszy przemknęła myśl, że faktycznie, w jej życiu i w niej samej coś się zmieniło.
Drugi raz myśl ta przeleciała przez jej głowę, gdy spojrzała w lustro. Czy to na pewno była ona, Matylda Matysik z numerem buta 40? Po raz pierwszy od czasu dojrzewania Matylda nie przeraziła się swojego odbicia. Wręcz przeciwnie, zaintrygowała ją ta młoda kobieta o szarych oczach błyszczących jak klejnoty na tle brązowej opalenizny. Jeszcze tego samego dnia wyszła z pracy punktualnie o 16 – stej i udała się do domów towarowych, aby zostawić tam resztę pozostałych na koncie oszczędności.
I czy to za sprawą Skarabeusza, czy budzącej się wiosny i znajomej pieszczoty promieni słońca, dość, że Matylda poczuła się kobietą.
                                        :D

O powrocie Mateusza grzmiało w całej firmie. Wiadomość przekazywano z ust do ust prędkością światła i wszystkie ciekawskie spojrzenia kierowały się w stronę okrutnej Matyldy. To jasne, że skrzywdziła chłopaka. Mateusz wrócił przemęczony, blady i bez chęci życia, podczas gdy Matylda kwitła swoją kobiecością i drażniła oczy opalenizną. Wiele ramion gotowych było otworzyć się i przygarnąć biedaka. Biedak jednakże lazł, jak ćma do światła i pierwsze kroki w czasie przerwy na lunch skierował prosto do pokoju Matyldy, którą, pech chciał, zatrzymał telefon od szefa i nie zdążyła uciec, by schronić się w barze po drugiej stronie ulicy.
Jego widok budził litość i roztapiał serce, jednak Matylda wiedziała, że nie może ponownie nabrać się na jego zranione spojrzenie. Nie zniosłaby kolejnego upokorzenia i odtrącenia i jest jasne, że nie będzie mu zastępować Grażynki w łóżku tylko dlatego, że Mateusz tęskni za swoją dziewczyną.
  • Przepraszam, dostałam ważny telefon od Lucjana... – zebrała swoje papiery i spróbowała go wyminąć, lecz złapał jej rękę i zmusił, by popatrzyła na niego.
  • Musisz mnie wysłuchać, a potem możesz sobie iść na spotkanie z samym Lucyferem.
  • Proszę cię, odłóżmy to...
  • To ja cię proszę, wysłuchaj mnie. Opętałaś mnie tamtą nocą. Uciekłaś tak nagle, bez słowa, nie wiedziałem, jak cię zatrzymać i czy w ogóle mam do tego prawo. Tamta noc była najgorszą w moim życiu, bo uświadomiłem sobie swoją głupotę.
  • Wiem, nie powinniśmy... – Matylda próbowała się bronić, ale nawet jej nie słuchał.
  • Już dawno powinienem był to zrobić. Ty pierwsza otworzyłaś mi oczy. Pamiętasz? Spytałaś, dlaczego nie polecę do Kanady. Byłem tam. Przeleciałem pół świata tylko po to, by kobiecie mojego życia opowiedzieć o tobie.
  • Jesteś stuknięty! Powinni cię zamknąć – Matylda usiłowała przesunąć Mateusza i wymknąć się otwartymi drzwiami, pod którymi zaczęła zbierać się spora grupa pracowników zwabiona i zaciekawiona monologiem superchłopaka firmy, gdy nagle ON zrobił coś nieoczekiwanego. Chwycił Matyldę za ręce i osunął się na podłogę. Klęcząc przed nią i patrząc prosto w jej otwarte ze zdumienia oczy dokończył swoje wyznanie.
  • Poleciałem do Grażyny, aby jej powiedzieć, że kocham ciebie. Już dawno powinienem się domyślić, że tamten związek nie ma szans. Odległość zabiła uczucie. Ja pielęgnowałem w sobie jego wspomnienie do czasu, gdy spotkałem ciebie. Wszystko zmieniłaś. Matylda, proszę... zostań moją Walentynką. Nie na rok, nie na dwa, ale na resztę życia.
  • ON się JEJ oświadczył!Monika z niedowierzaniem opadła na krzesło, Barbara klasnęła w ręce i sięgnęła po maślankę, marząc, aby podobną scenę odegrał Bogdan i to właśnie przed żmiją Moniką. A Irena zamknęła w milczeniu usta, które przez cały czas rozmowy dwojga zakochanych trzymała szeroko otwarte. Ze zdziwienia. Bo kto to widział, żeby TAKI facet oszalał dla takiej Matyldy!
W korytarzu rozległy się oklaski, a potem dało się słyszeć ciche pomrukiwanie, które zaczęło nabierać siły okrzyków: „Pocałuj go! Powiedz tak! Pocałuj go!”
  • Ja chyba oszalałam! – Matylda wyswobodziła spocone ręce z mocnego uścisku Mateusza i otarła czoło. Jej policzki płonęły z emocji, a w kącikach szarych oczu zaszkliły się łzawe brylanciki.
  • Naprawdę zrobiłeś to dla mnie?
Mateusz przytaknął. I nic więcej nie był w stanie powiedzieć, bowiem Matylda zamknęła mu usta długim i gorącym pocałunkiem.
Miłości nie można udawać. Ona po prostu jest.
Monika A. Oleksa 

Walentynki 2013 – z miłością Marcinowi:)  

Opowiadanie pochodzi ze zbioru opowiadań "Uśmiech Mima". 


Fot. Marcin Oleksa