wtorek, 30 kwietnia 2013

Z wizytą u... Karolci :)

Spotkanie, które po prostu musiało nastąpić :)



Miniona sobota podarowała nam piękny, słoneczny i prawdziwie wiosenny dzień. Wiosna aż zapraszała, aby wyjść z domu i wyruszyć gdzieś, gdzie będziemy mogli podzielić się tym wiosennym ciepłem z kimś innym. Ja zapragnęłam udać się do Chełma i zawieźć troszeczkę tej wiosny Karolince Laube. 
Pamiętacie tę dzielną dziewczynę, która wierzy w siłę swojego marzenia? Karolina walczy o każdy krok, który, wierzę razem z nią, doprowadzi tę cudowną, silną dziewczynę do samodzielności. Karolina napisała mi kiedyś, że dobro wraca. Ja to wiem. I wiem również, że z małego okruszka ciepła, podarowanego komuś bezinteresownie, potrafi rozpalić się wielki żar i ogień, którego nie sposób już powstrzymać. Takie ciepło spłynęło na moją rodzinę już przy pierwszym powitaniu. Nie było uścisku ręki, ani zdawkowego "dzień dobry". Zarówno mama Karolinki, jak i ona sama przywitały się ze mną i z moją rodziną jak z kimś bliskim i wyczekiwanym - ciepłym przytuleniem, serdecznym uśmiechem i słowami, od których w moich oczach pojawiły się łzy. Obie dziewczyny przyjęły nas po królewsku, jak najmilszego gościa, a dla mnie czas przystanął i mogłabym zostać z nimi przez długie godziny; tak było mi tam, wśród nich dobrze. 
Karolina uprzedzała mnie, że jest nieśmiała i potrzebuje czasu, aby oswoić się z nieznajomą osobą, ale okazało się, że buzia się jej nie zamykała przez cała wizytę :D Sprawiło mi to ogromną radość, bo poczułam się nie jak nieznajoma, której towarzystwo krępuje, ale jak ktoś, przy kim Karolcia poczuła się bezpiecznie. Rozmawiałyśmy o wszystkim i w zasadzie mogłybyśmy tak siedzieć i rozmawiać jeszcze przez długie godziny, bez tej krępującej ciszy, która zapada, gdy nie wiadomo co powiedzieć. 
Karolinka okazała się taka sama, jak ta, wyglądająca z jej bloga  Tak blisko, a tak daleko dziewczyna - skromna, pełna pokory wobec życia, ale jednocześnie bardzo silna i zdeterminowana. Ma duże poczucie humoru i potrafi mówić o swojej chorobie w sposób zupełnie naturalny. Nie żąda ani współczucia, ani tym bardziej, litości, z jaką często traktujemy osoby niepełnosprawne. Chce jednego, aby traktowano ją jak normalnego, pełnowartościowego człowieka, który ma takie same prawo do normalnego życia, jak każdy z nas. Wie czego chce od życia i sięga po to, z ogromnym wsparciem swojej mamy, która mnie zaczarowała od pierwszego spojrzenia ciepłych oczu. Brak mi słów, aby opisać jej niezachwianą wiarę w córkę i przekonanie, że Karolina da radę i osiągnie ten cel, nad którym pracuje ze swoim rehabilitantem ( serdeczne pozdrowienia dla Pana Rafała!) i z mamą, wspierającą ją we wszystkim. Wierzcie mi, lub nie, ale ja w tym małym, przytulnym mieszkanku zobaczyłam Anioła. W mamie Karolinki jest tyle pogody, spokoju, cierpliwości i ciepła, że siedząc tam, niesamowicie odpoczęłam i ogrzałam się w tym pełnym ludzkiej życzliwości domu. Nie usłyszałam tam ani jednego słowa narzekania, pretensji czy wyrzutu do kogokolwiek. Zobaczyłam za to ogromną dumę z córki; z jej wyników w nauce (czy wiecie, że Karolcia to germanistka i pedagog?) i z jej walki o samą siebie. 
Wyjeżdżałam z Chełma z uczuciem niedosytu i przeświadczeniem, że to nie było jednorazowe spotkanie, tylko początek przygody, która ma nas gdzieś doprowadzić. Gdzie? Tego jeszcze nie wiem ani ja, ani Karolcia; ale obie nie wierzymy w przypadki. Spotkałyśmy się, bo tak miało być, a dalej możemy iść tylko za tym głosem, który nas prowadzi. 
Monika A. Oleksa 


To spotkanie na długo pozostanie w naszej pamięci... 
 


Kicia (kotka Karolinki) też chciała się zaprezentować :)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Siła nawyku

Fot. Marcin Oleksa


Jakiś czas temu uczestniczyłam w szkoleniu dotyczącym nowej podstawy programowej dla uczniów gimnazjum i liceum. Było to szkolenie dla nauczycieli i lektorów języka angielskiego, więc prowadził je Brytyjczyk, ze specyficznym i typowym dla tego narodu poczuciem humoru. Wykład był ciekawy, wszyscy słuchali go z zainteresowaniem, i nagle padło spontaniczne pytanie: Jaka cecha najbardziej charakteryzuje Polaków?
Wszyscy obecni na sali, jak jeden mąż, odpowiedzieli: Narzekamy. Tak już mamy; wiecznie jesteśmy z czegoś niezadowoleni i trudno nam dogodzić. W każdej porze roku znajdziemy coś, co nam się nie podoba. Zima jest za długa, a lato za krótkie i za gorące. Albo za deszczowe. Wiosna też na nic, bo pyli, i w ogóle jest za ciepło. Albo za zimno. O jesieni nie wspomnę, bo jej dostaje się najczęściej. Po prostu nie lubimy samej nazwy: jesień, albo listopad (ja kocham jesień i wciąż próbuję Was do niej przekonać:) ) 
Narzekanie weszło nam w krew i stało się nawykiem, którego nie kontrolujemy. Być może młodsze pokolenie wypracuje inny model; ale moje pokolenie, śladem tych, które były przed nami, zaczyna rozmowę od: Co słychać?; po którym następuje lawina przygniatających zdarzeń, które nam się przytrafiły lub mogą przytrafić. Mało które z nich jest radosne. Nie rozmawiamy o tym, co nas cieszy, ale o tym, co przygnębia. Przewidujemy najgorsze i widzimy tę szklankę już do połowy pustą. Naród pesymistów. Rzadko w czym potrafimy dostrzec dobrą stronę, w ludziach też trudno nam odnaleźć coś dobrego. Przygnębienie jest zaraźliwe, ale tak już przywykliśmy do wiecznego narzekania, że nie potrafimy go wyeliminować. Media tylko to podsycają, zasypując nas szokującymi informacjami, które potem roztrząsamy i dyskutujemy; doszukując się dziury w całym. Nie zastanowiło Was nigdy to, że prawie żadne serwisy informacyjne nie uraczą nas  tym, co radosne, dające nadzieję i pozytywne? A jeśli coś takiego już znajdą, szukają słabego punktu, aby zaatakować i udowodnić, że świat tak naprawdę jest zły i nie da się z tym nic zrobić. Tak po prostu jest i już. Musimy to zaakceptować. 
Wcale nie musimy. To nas odróżnia od innych stworzeń, że mamy rozum i wolną wolę. Narzekamy, bo chcemy, a nie dlatego, że musimy, czy że nie możemy inaczej. Możemy, jeśli tylko zechcemy. Nawyk można kontrolować i da się przejąć nad nim władzę siłą woli, do której potrzebne są jedynie dobre chęci. Nie bój się odpowiedzieć na posępne pytanie: Co u ciebie?, jakimś radosnym stwierdzeniem. To, że ponarzekamy przypadkowo spotkanemu znajomemu, nie przyniesie nam ulgi w ciężarze, który dźwigamy. Spotykam osoby, które najpierw zalewają mnie lawiną utyskiwań, a potem kończą to wszystko podsumowaniem: Ale ja nie narzekam. 
Moja Babcia przekazała mi wiele życiowych wskazówek i zasad, które wytyczają moją codzienność. Jedna z nich brzmi: Nigdy nie żal się obcym ludziom, że ci źle. Oni i tak ci nie pomogą, i tylko rozniosą to dalej.   
Dlatego wyżalić się potrafię tylko przed tymi, którym ufam bezgranicznie. Od tego są przyjaciele i ta najważniejsza osoba, która jest przy mnie bez względu na wszystko - mój M. 
Nie narzekajmy; życie jest naprawdę takie, jakie chcemy je widzieć. Od wiecznego utyskiwania nie stanie się ani lżejsze, ani lepsze. Natomiast będzie lepsze, jeśli docenimy to, co mamy na wyciągnięcie ręki i nauczymy się dostrzegać odrobinki radości w drobiazgach codzienności. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
     

czwartek, 25 kwietnia 2013

Samotność - spotkanie

Fot. Marcin Oleksa 


Miała dziś pełne ręce roboty. Wiosenne słońce, na które wszyscy czekali z utęsknieniem, odsłoniło zastygłe na szybach, zakurzone smugi, które drwiły i uśmiechały się złośliwie. Ewa postanowiła, że rozprawi się z nimi właśnie dzisiaj, aby nic nie zasłaniało jej tak pięknie budzącego się do życia świata. 
Słońce od samego rana naładowało ją dobrą energią. "To będzie miły dzień", pomyślała, i tak postanowiła go spędzić. Z piekarnika dolatywał czekoladowy zapach chałwowca; budyń stygł, odstawiony na blat, a Ewa promieniała. Nie miała na dzisiaj żadnych planów, ale czuła, że wiosenne popołudnie jeszcze ją zaskoczy. 
Wiosna pachniała wilgotną ziemią i rozkwitającymi na drzewach kwiatami. Brzoza pyliła, powodując u Ewy pieczenie i łzawienie oczu; a wścibskie bąki zaglądały za firankę, skuszone słodkimi zapachami z kuchni. 
Stał pod jej oknem i patrzył na nią. Poczuła się nieswojo. Nerwowo zebrała włosy i związała je niedbale kolorową gumką. Wychyliła się i spryskała szybę na zewnątrz, a potem papierowym ręcznikiem zebrała mokre plamy i wytarła szybę, przyglądając się z przyjemnością efektowi. Kątem oka dostrzegła, że się uśmiechnął. Krępował ją. Był młody i przystojny, a ona wyglądała dziś jak Kopciuszek, który nie poszedł na bal.
Ostatni rzut oka na okno i gotowe. Z ulgą zaczęła je zamykać, chcąc się uwolnić od jego spojrzenia. 
- Czy da się pani zaprosić na kawę?- zaskoczył ją tym pytaniem i miękkim, radiowym głosem, którym chciała się otulić. Spojrzała na niego z niedowierzaniem i pokręciła głową.
- Nie umawiam się z nieznajomymi - rzuciła ostro, chcąc aby sobie poszedł. 
- Mam na imie Robert i jestem pani sąsiadem z bloku naprzeciwko - wskazał na budynek, który zasłonił jej widok na widoczne z jej okien kiedyś pola. 
Znów pokręciła głową, ale tym razem uśmiechnęła się. 
- Przepraszam, ale obawiam się, że w najbliższym czasie nie znajdę wolnej chwili - odpowiedziała, tym razem uprzejmiej. 
- To ja poczekam na ten dalszy czas - powiedział, z wesołym błyskiem w oczach, a Ewa nie mogła powstrzymać się od kolejnego uśmiechu. - Życzę miłego dnia - podniósł rękę w geście pożegnania. Skinęła głową, co miało oznaczać: "Ja tobie też", i zamknęła czyste, pachnące świeżością okno. 
Wyłączyła chałwowca i wyjęła blaszkę z piekarnika. W czasie gdy ciasto stygło, zajęła się przygotowaniem masy. Musiała czymś zająć ręce, aby odciągnąć myśli od zdarzenia pod oknem, ale nie mogła się skupić nawet na najprostszej czynności. Pokruszyła chałwę, a potem zamieszała ugotowany wcześniej budyń i sprawdziła, czy wystygł. Utarła miękkie masło na puch i powoli mieszała składniki, dodając po łyżce budyniu do puszystej masy. Robiąc to, myślała o tym dziwnym spotkaniu-nie spotkaniu, i o zupełnie obcym mężczyźnie, który zobaczył w niej kobietę. Przystojny był, ale taki młody! Młodszy od Ewy i to ją wystraszyło. Nie wierzyła, że ktoś taki jak on, mógłby się zainteresować kimś takim jak ona. Po prostu nie wierzyła. 
Wyjęła czekoladowe ciasto z blaszki i przekroiła je na pół, a potem włożyła masę między dwie połówki i posmarowała nią górę ciasta. Za parę godzin będzie gotowe i będzie mogła usiąść z niespieszną filiżanką kawy i kawałkiem chałwowca, który będzie musiał umilić jej samotny wieczór swoim słodkim smakiem.   
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

 Po przepis na chałwowca zapraszam do zakładki Przepisy ze szczyptą miłości:)      

niedziela, 21 kwietnia 2013

Julia i ja


Dobra książka jest jak przyjaciel, który otwiera przede mną drzwi swojego domu. Zaprasza mnie, uśmiechając się skromnie, a potem gości, wyprawiając duchową ucztę. Zawsze daję się jej skusić i delektuję się każdym zdaniem, smakując je jak najbardziej puszysty sernik ( niestety, jestem "ciastowym" łasuchem i nic na to nie mogę poradzić :D)
Czytam od zawsze. Żyjąc w czasach, gdy po książki stało się w kolejkach, potrafię docenić jej wartość. Dawno temu, mając kilkanaście lat, miałam jedno pragnienie - mieć tyle pieniędzy, abym mogła kupić wszystkie książki, które pragnę mieć. Dziś mogę powiedzieć, że to nałóg; jeden z niewielu jakie mam. Jestem książkoholiczką i potrafię ostatnie pieniądze wydać właśnie na książki. Kiedyś je pochłaniałam, dziś się nimi delektuję. Czytałam pasjami i z radością chorowałam, mając świadomość, że zostanę w łóżku i będę czytać. Książkę nosiłam ze sobą wszędzie jeszcze do niedawna. Odkąd zaczęłam prowadzić samochód, wożę w torebce pióro i notesik. Nigdy nie wiem, kiedy dopadnie mnie potrzeba pisania. A dopada wszędzie. Najczęściej pod prysznicem:) 
Rok temu usłyszałam od mojej sąsiadki o książce, którą zapragnęłam mieć. Nigdy wcześniej nie słyszałam o autorce, ale skusił mnie tytuł i rekomendacja, i zrobiłam sobie gwiazdkowy prezent. Zamówiłam przez internet i dostałam, akurat na święta. Barbara Smal  "Czterdziestka to nie grzech". Tytuł - dla mnie; właśnie wchodziłam w ten magiczny wiek. Okładka skromna i zachęcająca do przejścia gościnnego progu domu Julii. 
Polubiłam ją od pierwszych stron. Zwyczajna, normalna kobieta. Matka i żona, z problemami moimi i twoimi. Codziennymi zmaganiami z realnym życiem. Nie żaden Kopciuszek, który gdzieś tam, wraz z rozwojem akcji spotyka swojego księcia. Nie rycząca czterdziestka plus, którą nagle i niespodziewanie porzuca mąż, a ona wyjeżdża na łono natury i odnajduje tam Szczęście. Zwyczajna, nasza, polska, miejska Julia. "Podglądamy" ją przez rok, a poznajemy w dniu, kiedy kończy czterdzieści lat. Dzień jej urodzin uświadamia Julii, że pewien etap życia właśnie się dla niej kończy. Czterdzieści lat to nie radosna trzydziestka, kiedy jeszcze wszystko przed nami. To czas, kiedy coś już osiągnęliśmy, ale do pewnych rzeczy nigdy już nie wrócimy. To moment pierwszej, głębszej refleksji; również dla Julii. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić - ma męża (tego samego od lat); dwójkę nastoletnich dzieci; pracę, którą sama sobie wybrała i którą lubi; przyjaciółkę, do której może zadzwonić w środku nocy. Niby wszystko jest takie, jakie być powinno, a jednak w życiu Julii jest pewna tęsknota. Za uniesieniami, które są już tylko wspomnieniem. Za kolorem, który rozświetli monotonię dnia; za szaleństwem, którego nie ma już w oczach jej męża; za wiosną, która wyostrza zmysły i sprawia, że czasami sami siebie nie poznajemy. Julia też siebie nie poznaje, za sprawą szarych oczu, które pojawiają się zupełnie nieoczekiwanie... 
Polubiłam Julię. Zaprzyjaźniłam się z nią i z niecierpliwością czekałam na ten moment dnia, kiedy razem z nią będę mogła napić się kawy. Odłożyłam tę książkę z uczuciem niedosytu i pewnej nostalgii, że to już koniec. Julia delikatnie, ale stanowczo wypchnęła mnie ze swojego życia, ale dużo mi powiedziała i czegoś mnie nauczyła. Gonimy za niespełnieniem i za czymś odległym, a tak naprawdę to, co najcenniejsze, jest tuż obok. Tylko tak często tego nie dostrzegamy. 
Basia Smal przekazała to w prosty i przystępny sposób; językiem, który czyta się z przyjemnością. "Czterdziestka to nie grzech" jest dobrze przyprawionym daniem, w którym nie brakuje momentów śmiesznych, czasami komicznych, ale jednocześnie dramatycznych. Zapewniam, że sięgając po tę książkę, nie rozczarujesz się, tylko miło spędzisz ten czas z Julią. 
Monika A. Oleksa  



Fot. Marcin Oleksa
         




czwartek, 18 kwietnia 2013

Uwolnij się


Fot. Marcin Oleksa



"Nigdy ci tego nie wybaczę!", "Jak on mógł mi to zrobić? Nienawidzę go!", "Nie chcę jej znać!". Jak często i pochopnie wypowiadamy takie zdania. Z jakąż łatwością nam przychodzą i jak wiele potrafi nagromadzić się w człowieku nienawiści, żalu czy złości w stosunku do drugiego człowieka. Niejednokrotnie podsycamy w sobie tę złość i pielęgnujemy ją latami, aby tylko nasze serce nie zmiękło, nie złagodniało, bo on/ona na to nie zasługuje, abym mógł zapomnieć o wyrządzonej mi krzywdzie. W miarę upływu lat potrafimy jedną rzecz wyolbrzymić tak bardzo, że sami zaczynamy wierzyć w ogrom zła wyrządzonego nam przez drugiego człowieka i czymś niemożliwym okazuje się prosty gest wybaczenia. Drobna rzecz urasta do rangi wielkiej krzywdy, a my zostajemy tak z tym poczuciem zranienia latami. I zamykamy się na jakikolwiek gest dobrej woli. A jeśli zamkniemy serce choćby na jednego człowieka, trudno nam zaufać komukolwiek, bo w każdym szukamy zła, które przysłoniło nam oczy. A przecież prawdę można zobaczyć tylko sercem. Nasz wzrok jest zwodniczy. Widzimy w ludziach to, co chcemy widzieć. Przypisujemy im cechy, które chcemy w nich zobaczyć. Dopiero sercem jesteśmy w stanie dostrzec wartość każdego człowieka. A jeśli to serce jest zatwardziałe, również oczy są ślepe na wszystko. 
Brak przebaczenia. Zatwardziałość. Zamknięcie się w skorupie, w której nam bezpiecznie i wygodnie. Brak wiary w człowieka. Brak wiary w cokolwiek, bo nie potrafimy zaufać. Trwanie w oczekiwaniu na najgorsze i z przeświadczeniem, że nie warto podejmować żadnego wysiłku, bo życie i tak nas zrani. Skąd w człowieku tyle nienawiści i zwątpienia? Dlaczego tak łatwo nam pluć jadem i powiedzieć o kimś coś złośliwego, a tak trudno uśmiechnąć się i przywitać kogoś słowami: "Ładnie dzisiaj wyglądasz."  
Spotykam takie osoby, które prędzej się zachłysną, niż powiedzą komuś coś miłego. Bo co? Bo w głowie się temu komuś przewróci, jeśli usłyszy, że w tej fryzurze jej do twarzy? Bo po co jej mówić, że zrobiła coś dobrego i pochwalić wykonaną pracę? Zresztą, też mi coś, co w tym takiego wielkiego? Może i nic wielkiego, ale... to miłe, jeśli ktoś zauważy nasz trud, albo rozświetli nasz dzień miłym komplementem. Wysłać esemesa bez konkretnego powodu? Ale po co? Zawracanie głowy; nie mam czasu na głupoty. Najlepiej zignorować wszystkie próby dotarcia do mnie - maile, może listy, esemesy, telefony, bo tak jest wygodniej. Odrzucić wszystkie okruchy dobrej woli, bo wtedy nadal mogę  sztywno tkwić w zaskorupionej złości i pretensji do świata i ludzi o wszystko. O to, że nie czuję się dobrze ze swoim życiem, bo coś mnie uwiera, ale za nic się do tego nie przyznam. O to, że ktoś się od rana uśmiecha, a w moim życiu same kłody pod nogi, więc z czego ja mam się cieszyć? 
 Pielęgnując w sobie złość, zazdrość, oburzenie, nienawiść, nie jesteś wolnym człowiekiem. Stajesz się niewolnikiem tej słabości, która ma nad tobą władzę. Twoje myśli nie są tak naprawdę twoimi myślami, ale są dyktowane ci przez twoje zniewolenie. Czy naprawdę jest ci z tym dobrze? Nie wierzę. 
Pamiętaj, że życie jest zbyt krótkie, by tracić czas nienawidząc kogoś lub czegoś. Tyle dobrych rzeczy czeka na ciebie, kiedy pozwolisz sercu wybaczyć komuś, i zaczniesz dzień uśmiechając się do kogoś. Rozejrzyj się. Świat naprawdę jest piękny, a życie potrafi być również pełne miłych niespodzianek, ale wszystko zależy tak naprawdę od nas samych. Bo to my kształtujemy swoje życie i narzucamy mu ramy, w jakich chcemy się poruszać. Pozwól sobie na to, aby spojrzeć na drugiego człowieka z życzliwością. Pozwól, aby twoje serce również "przejrzało". Ono cię poprowadzi, jeśli tylko mu na to pozwolisz. 
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa
      

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiosna, ach to ty!

Fot. Marcin Oleksa



Usiadła na kamiennym murku i ciekawie rozejrzała się dookoła. Wiele się tutaj zmieniło od czasu jej długiej nieobecności. Świat wokół niej poszarzał i posmutniał. Drzewa straszyły ogołoconymi z liści kikutami gałęzi; na trawnikach zalegały brudne warstwy topniejącego śniegu, a na chodnikach zebrały się podstępne kałuże, których ulubioną zabawą było dostać się do środka buta i dotknąć swoją wilgocią stopy. Stara, zmęczona zima nie miała już siły roztaczać przed ludźmi swoich uroków, zresztą oni już wcale tego nie chcieli. Odwracali się od zimy z niechęcią, wygrażając jej. Ranili ją, chociaż może nie byli tego świadomi. 
W zasadzie to trudno było ludziom dogodzić. Kiedy nie było śniegu, narzekali; że święta, że jak to bez śniegu, że przecież white Christmas, że mróz jest potrzebny i co to się porobiło z tą zimą. A jak stara, dobra zima sypnęła hojnie, chcąc ludzi uszczęśliwić, narzekali jeszcze bardziej. Że gdzie ta wiosna; po co ta zima; że depresja i że zwariować można. Wszystko nie tak. 
Ludzie byli tacy dziwni. Nie umieli się cieszyć tym, co mieli. Nie umieli też słuchać i patrzeć; bo gdyby tylko przyjrzeli się dokładniej dzieciom, dostrzegliby tę prostą radość życia w ich oczach. Dzieciom nie przeszkadzała przedłużająca się zima. Jak padał śnieg, dotykały białego puchu z radością i biegły lepić bałwana. Nie marudziły, że coś im przeszkadza i że chcą już wiosny. Cieszyły się chwilą i czerpały z niej. Tak, ludzie sami nie wiedzieli, czego chcieli. 
Wiosna rozpięła zielony płaszcz i przeciągnęła się, jak kot w promieniach słońca. Czekało na nią dużo pracy. Długo zwlekała, ale zupełnie się zapomniała w zabawie z chmurką i ptakami. Pobiegła za nimi zbyt daleko, aby wrócić wtedy, gdy ludzie tego od niej oczekiwali. Wiosna jednak była zbyt zajęta sobą, aby przejmować się oczekiwaniami innych. Świetnie się bawiła, chowając się między chmurami i bujając w obłokach. Zupełnie nie chciało jej się wracać! Jaskółki doniosły jej jednak, że drzewa posmutniały z tęsknoty, a wiosna kochała drzewa. Znała je po imieniu i każdemu potrafiła podarować coś pięknego. Jedne obsypywała różowym, a inne białym kwiatem. Czule głaskała chropowatą lub gładką korę, a między gałęzie wplatała swoje warkocze, na których później ptaki wiły swoje gniazda. Każde drzewo było dla niej ważne; każde witała z radością i dbała o nie troskliwie. Śmierć każdego drzewa była dla niej bolesna i nie do zrozumienia. 
Wróciła dla swoich drzew i zamierzała tu trochę pozostać. Jeszcze nie wiedziała jak długo. Pewnie zaczeka tu na lato, a potem... Potem znowu gdzieś pobiegnie, bo wiosna wciąż się gdzieś spieszyła. 
Wstała z murku, otrzepała ręce i ruszyła, patrząc z czułością na świat, który piękniał pod jej stopami. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
  

sobota, 13 kwietnia 2013

Podróż w czasie

Fot. Marcin Oleksa 


Sobotni , spokojny wieczór; w piekarniku jeszcze dopieka się chałwowiec; na moim talerzu wykładam Chatkę Puchatka, o którą moi trzej muszkieterowie nie mogą się doprosić (więcej przy niej roboty, niż przyjemności, bo znika w zastraszającym tempie!). Za chwilę zaparzę sobie czarną herbatę z kawałkami cytrusowych owoców w środku i cudnymi fusami, które błąkają mi się po kubku; usiądę wygodnie i do każdej z Was uśmiechnę się na przywitanie: Dobrze, że jesteś! Porozmawiamy? 
Parę dni temu, mój ośmioletni syn zapytał mnie: "Mama, czy ja już jestem mężczyzną?"  Przyznam szczerze, że zastrzelił mnie tym pytaniem. Słodkie pisklątko, które z nadopiekuńczością chowam pod swoimi skrzydłami informuje mnie, że zrobiło mu się tam nieco za ciasno i potrzebuje więcej przestrzeni. Dwa tygodnie temu oznajmił mi, że nie będzie już chodził ze mną za rączkę, bo jest duży. Fakt, duży, ośmioletni chłopiec nie chodzi już z mamą za rączkę :(
Uświadomiłam sobie, że czas płynie nieubłaganie, a my nie możemy zrobić nic, aby go zatrzymać, czy cofnąć. Nie możemy zmienić tego, co już sie wydarzyło, ani wprowadzić poprawek w sprawy, które się zapętliły; ale możemy wyciągać wnioski i zdobyte życiem doświadczenie wykorzystać w tym momencie swojego życia, w którym się obecnie znajdujemy. 
W czasie świątecznego, rodzinnego spotkania, jedna z moich ulubionych cioć, którą w posagu wniósł mój mąż :) zapytała, do jakiego momentu naszego życia chcielibyśmy wrócić, gdybyśmy otrzymali taką możliwość od Pana Boga. Przy stole zapadła refleksyjna cisza, a potem zaczęły padać przeróżne odpowiedzi, dyktowane tęsknotą i pragnieniami serca. Pomyślałam sobie wtedy, że pomimo wielu błędów i życiowych pomyłek, o które jestem bogatsza, nie chciałabym cofnąć czasu, ale chciałabym zatrzymać go tu i teraz; właśnie w tym momencie mojego życia, gdy moi synowie jeszcze się do mnie przytulają, a mój mąż patrzy na mnie z tym "czymś" w oczach, co dodaje skrzydeł i sprawia, że uśmiecham się do każdego nowego dnia, bez względu na to, co przyniesie. 
Chciałabym zatrzymać te dni, kiedy mam jeszcze przy sobie moją babcię, której z każdym dniem ubywa sił, a ja z przerażeniem widzę ten postępujący proces, gdy czas dopomina się o swoje, odbierając człowiekowi wszystko po kawałeczku. Chciałabym nacieszyć się moją mamą, którą choroba odbiera mi wolno, ale konsekwentnie. Chciałabym zatrzymać przy sobie teściów, z tą ich radością życia i siłami, które jeszcze im dopisują. 
Chciałabym utrzymać w sobie tę radość, którą czuję po każdej wydanej książce, opublikowanym artykule czy dobrze przeprowadzonej lekcji. Chciałabym tego nigdy nie zgubić.
Nasze życie składa się z posklejanych kawałków codzienności. Wszystkie z nich układają się w mozaikę, która nie zawsze jest idealna, ale prawdziwa, bo składają się na nią ludzkie uczucia, zdarzenia i fragmenty tego, co nas otacza. Nasze noce i dnie. Przypływy i odpływy. Radość i rozpacz. Zdobywanie i strata. Poświęcenie, czasami zagubienie, słabość i siła. Po prostu - my. 
A Ty, w którym momencie życia chciałabyś się teraz znaleźć?
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa - kawa z tygla Powiew Bliskiego Wschodu:)
      

wtorek, 9 kwietnia 2013

Oddechy dnia

Fot. Marcin Oleksa


Lubię patrzeć przez okno mojej kuchni na świat, który wita mnie porannym uśmiechem dnia. Po brunatnym jeszcze trawniku spacerują dostojne kruki, kawki i gawrony. Wśród nich, o kawałek chleba biją się szare, puchate gołębie; wiecznie głodne i nienajedzone. Kilka dni temu dołączyły do tego grona białe rybitwy, buszujące na osiedlowych trawnikach w poszukiwaniu jedzenia. Ich przylot zawsze zwiastuje wiosnę:) 
Pod  sklep podjeżdżają samochody dostawcze, dowożąc skrzynki pełne pachnącego, świeżego chleba, bułek, wędlin, owoców oraz dóbr wszelakich, niezbędnych do życia. Ludzie spieszą się do swoich zajęć, albo przystają na sąsiedzkie pogawędki, a życie toczy się swoim codziennym rytmem, odmierzanym oddechami dnia. 
Z sąsiedniego bloku wychodzi starszy, siwy człowiek. Lubię go obserwować. Jest wysoki i szczupły, i pomimo krzyżyka lat, trzyma się prosto jak struna. Mieszka samotnie, odkąd pamiętam. Emanuje z niego spokój i prosta radość życia. Codziennie karmi gołębie, a one znają go tak dobrze, że jak tylko wychodzi z klatki, pojawiają się tuż nad nim i lecą, jak w bajkach Disneya. Za każdym razem wzrusza mnie ten widok. Te ptaki po prostu go kochają swoimi gołębimi serduszkami ukrytymi pod szarym pierzem. Dla nich ten mężczyzna jest bardzo ważny. Myślę, że one dla niego też. 
Na parkingu pan od Maxia starannie poleruje swój samochód. Dba o niego i dotyka go z taką czułością, jakby dotykał kobiety. Nikt nie chce obok niego parkować i zawsze przy tym najczystszym na parkingu samochodzie jest wolne miejsce. Kiedyś pan od Maxia nakrzyczał na mojego męża, (niesłusznie zresztą), że zarysował mu to cudo. Od tego czasu my też trzymamy się z daleka:) Ale ja mam dużo wdzięczności dla niego, bowiem pomógł mi zupełnie bezinteresownie i z własnej woli wypchać samochód z zaspy, w której się zakopałam. Od tego czasu za każdym razem uśmiecham się do niego w podziękowaniu za ludzki odruch dobrej woli. 
Znajomy pan z administracji zmiata tony piachu z chodnika. Mój pies go uwielbia. Zawsze się z nim wita radośnie, wymachując: "Cześć! Jak się masz?", swoim ogonem; a ja przystaję przy nim na krótką pogawędkę. Pamiętam jak wiele lat temu, mój czteroletni wówczas synek oznajmił mi, że w przyszłości chce być panem z administracji. Odkąd tylko zaczął świadomie obserwować świat, fascynowały go kosiarki. Mógł godzinami stać i patrzeć na tę żmudną i monotonną pracę. Mój syn marzył o tym, aby być panem z administracji i kosić trawniki.
Wiosna niepewnie stawia swoje pierwsze kroki, ale tam gdzie przejdzie, zostawia na drzewach jeszcze zwinięte, lecz już widoczne pączki; do ptasich gniazd podrzuca, jak jaskółka, małe jajeczka, pieczołowicie wygrzewane przez ptasie mamy; a w powietrzu zostawia charakterystyczny tylko dla niej zapach wilgotnej ziemi, stęsknionej słońca. 
Przez trawnik biegnie dziewczyna, ukryta pod parasolem. Parasol jest granatowy i ma jeden złamany drut. Zwiesza się smętnie, tak jak złamane skrzydło ptaka. Nie pada, ale dziewczyna biegnie, trzymając nad głową parasolkę. Często ją widzę. Zawsze z rozłożonym nad nią, tym samym, parasolem. Za każdym razem dostrzegam ją w biegu. Nawet jadąc rowerem, ma rozłożony nad sobą granat. Nie wiem kim jest i dlaczego chowa się przed światem nawet w słoneczne dni. Nie wiem dlaczego zawsze towarzyszy jej tylko parasol. Nigdy się nie uśmiecha. Jest smutna, tak jak jej granatowy, nieodstępny przyjaciel. Nic o niej nie wiem, ale ciekawi mnie ona i ta jej inność. 
Jamniczka z trzeciego piętra znowu ujada pod moim oknem, a Mattie niespokojnie nadstawia uszu i warczy ostrzegawczo. To jej teren, a jamniczka znajduje się tuż pod naszym balkonem. Mattie traktuje ten kawałek trawnika jak swój i uważa, że należy go bronić. 
Przez rozległy parking oddzielający dwa wieżowce między sobą, idzie pan listonosz. Przepastna torba kołysze mu się na biodrze, a wystające z niej paczki i pakuneczki świadczą, jak bardzo zmienił się charakter naszego komunikowania się ze sobą. Dzisiaj list to rzadkość, a szkoda, bo tak miło było czekać na tę białą kopertę w skrzynce. Teraz te skrzynki straszą tylko stertą rachunków do zapłacenia i ulotkami, których nikt i tak nie czyta. Lubię naszego pana listonosza. Często do nas zagląda i zawsze dzwoni dwa razy:) 
Mój dzień stopniowo nabiera tempa. Wiem, że kiedy odejdę od tego kuchennego okna i wyjdę z domu, będę pędzić, jak całe moje miasto. Nieustannie będę zerkać na zegarek i poganiać ciągnący się przede mną korek, bo każda minuta jest dla mnie ważna i dokładnie wyliczona. Ale dopóki jeszcze tu jestem i patrzę na ten dzień zatrzymany przy porannej kawie, myślę sobie, że życie może mniej boleć, jeśli nauczymy się żyć jego codziennymi oddechami i zaakceptujemy siebie takimi w tej codzienności, jacy po prostu jesteśmy. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
       

sobota, 6 kwietnia 2013

Sernik w krateczkę

Fot. Marcin Oleksa


W całym mieszkaniu pachniało waniliowym zapachem sernika. Janina piekła go specjalnie dla Krzysia, który wprost uwielbiał to ciasto. "Babciu, kiedy będzie ten puchaty sernik w krateczkę?" - pytał za każdym razem, jak przyjeżdżali tutaj całą rodziną. Nie robiła go często, bo dużo przy nim zachodu, a i najtańszy też nie był, bo aż dziesięć żółtek do niego potrzeba i dwa masła; ale dzisiaj postanowiła podarować sama sobie ten sernik na urodziny. 
Od samego rana była radosna jak skowronek. Nie przeszkadzał jej nawet smutny widok zalegającego śniegu za oknem. Robota paliła jej się w rękach i dawno już nie czuła w sobie tyle młodzieńczej energii, co dziś. 
Pracę w kuchni umilało jej kuchenne radio, nieodmiennie od lat nastawione na radiową Jedynkę. Lubiła słuchać radia, kiedy piekła, gotowała czy uprzątała kuchnię. Cztery pory roku były dla Janiny filarem, na którym opierała swoje uporządkowane życie. Dawały poczucie bezpieczeństwa, że pomimo przemijalności lat i różnorodności, którą oferował świat, pewne rzeczy są niezmienne i nadal wytyczają rytm dnia. Jak kiedyś. 
Uśmiechnęła się do Tomasza, spoglądającego na nią ze zdjęcia. Znów ten mars na jego czole. Wiedziała co chciał jej powiedzieć, ale dzisiaj nie chciała go słuchać. 
- No, nie dzwoniłam i nie przypominałam, ale przecież własnym dzieciom nie muszę oznajmiać, kiedy mam urodziny - odpowiedziała na nieme pytanie, zastygłe w nieruchomych oczach męża. - Poza tym, czym tu się chwalić? Że to już kolejny krzyżyk na karku? Zobaczysz, że przyjdą. Wpadną jak po ogień, ale przyjdą. Aśka na pewno pamięta. Dwa lata temu dostałam od niej taki ładny wiklinowy koszyczek do łazienki. A od Krzysia taką piękną laurkę. Zobaczysz, że nie masz racji. 
Często z nim rozmawiała. Dzięki temu wciąż czuła jego bliskość i opiekę. Nie mówiła dzieciom, bo one i tak by tego nie zrozumiały. Uśmiechałyby się pod nosem, uważając ją za dziwaczkę. Nie chciała tego. Nie chciała by wiedziały, że tak jest lżej znosić samotność. Bo Janina czuła się samotna i nie potrafiła zrobić nic, aby pozbyć się tego natrętnego współlokatora z własnego domu. Teraz też tu była. Stała przy oknie z założonymi rękami i patrzyła na Janinę ze współczuciem. Dlaczego tak patrzy? Przecież dziś są jej urodziny i spędzi je z rodziną. Dlaczego tak wwierca ten przeszywający wzrok, przyprawiając Janinę o nieprzyjemny dreszcz? 
A tam, nie będzie zwracała uwagi, tylko zajmie się robotą. Gorący obiad dzieci zjedzą z przyjemnością. Bo przecież one ciągle w pośpiechu, nawet zjeść porządnie nie mają kiedy.   
Ciepło od piekarnika rozeszło się po mieszkaniu, zostawiając waniliową woń sernika w pustych pokojach. Samotność przysiadła na kuchennym taborecie i spojrzała ze współczuciem na kobietę. Ona wiedziała, że i dziś Janina zasiądzie do obiadu sama, bo nikt nie przyjdzie. A sernikiem podzieli się z sąsiadką. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
 

Przepis na sernik w krateczkę umieściłam w zakładce Przepisy ze szczyptą miłości :) Czasami można się skusić...     

czwartek, 4 kwietnia 2013

Tylko mnie kochaj



Mam dom i nowe imię, Mattie. Nazywam się Mattie. Wcześniej wołali na mnie Dina i Didi. A jeszcze przedtem... nie, tego nie chcę pamiętać. To było dawno. Już prawie o tym zapomniałam. 
Teraz mam swój dom, swoją rodzinę, swój kojec i imię, które lubię. Ach, i mam jeszcze miskę! W zasadzie dwie, nie, trzy! miski! Te miski też bardzo lubię, zwłaszcza, jak są pełne:) 
Mówią, że jestem ładna. I mądra, ale rozpuszczona. Ja tam nie wiem, czy rzeczywiście taka jestem; wiem tylko, że mam serce, które potrafi  kochać. Kocham moją panią i mojego pana. Kocham słodkiego Miłoszka, któremu pozwalam na wszystko. Jest najmłodszy w rodzinie, więc zazwyczaj trzymamy się razem. Jak ja go dobrze rozumiem... I jak go kocham za to, że zawsze dzieli się ze mną swoim obiadem i że specjalnie dla mnie zostawia przy kolacji brzegi tej pysznej szyneczki! Moja pani uparcie twierdzi, że powinnam jeść tylko jedzenie przygotowane specjalnie dla mnie. Mówi, że przyprawy mi szkodzą i potem choruję. Ale ja oddam wszystko za chwilę przyjemności... W mojej rodzinie jest jeszcze Michał. Jego też kocham. On również często nie zjada wszystkiego z talerza, ale nie zostawia mi tyle, co Miłosz. Za to wychodzi ze mną na spacery. Spacery uwielbiam! Świat poza drzwiami naszego domu ma tyle wspaniałych zapachów! Wszystko mnie tam fascynuje. Zimą rzucam się w najgłębsze zaspy i tarzam się w śniegu. Jak ja to lubię! Jest mokro, puszysto i przyjemnie. Latem też jest miło, bo mogę cały dzień leżeć na balkonie i obserwować to, co dzieje się na zewnątrz. Latem łatwiej odczytać listy, pozostawiane przez znajomych i nieznajomych na trawnikach, drzewach i krzakach. W letnie wieczory pan i pani wyprowadzają mnie do wąwozu, gdzie mogę szaleć do woli, jak na moje dwa psie lata przystało. Tam to jest dopiero psi raj. Czasami można nawet znaleźć tam coś dobrego do zjedzenia, pod warunkiem, że nie zauważy tego pan lub pani, bo wtedy pada ta nieładna komenda "Fe!" i po zabawie. 
W ogóle uważam, że słowa "Fe!" nadużywa się w naszym domu. Jak tylko zaczyna dziać się coś naprawdę fajnego, zawsze słyszę to "Fe!", i zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jak chcę posprzątać po śniadaniu i zgarnąć coś z talerzyków chłopców, zaraz pada "Fe!". Jak chcę się zagrzać w łóżku pani po porannym spacerze, słyszę "Fe!". Jak nie podoba mi się tempo marszu mojej pani, bo uważam że jest nieco spowolnione i zaczynam przyspieszać według zasady, że ruch to zdrowie - znowu w uszach mi dźwięczy "Fe! Mattie. Równaj!". 
Ostatnio szukam wiosny. Kocham moją panią, a ona wciąż mówi, że ma już dosyć tej zimy i że już bardzo chce wiosny. Więc postanowiłam poszukać dla niej tej wiosny i zaczęłam od rzeczy, która mnie najbardziej fascynuje - od kosza na śmieci. Pachnie obłędnie, więc wydaje mi się, że wiosna może być właśnie tam. Nie wiem, jak wygląda wiosna, ale po gruntownym rozgrzebaniu śmieci, nie znalazłam jej. Znalazłam za to wiele innych ciekawych rzeczy, czego moja pani już nie doceniła i znowu padło to nieszczęsne:"Fe! Brzydki pies!" W szafie też wiosny nie było i w plecaku Michała też nie. W zgrzewce wody, z której zrobiło się fajne jezioro też jej nie było.  Za to za każdym razem było to krótkie, dobitne "Fe!".   
A ja to wszystko robię z miłości. Nikt mnie nigdy nie kochał tak, jak oni, więc ja tez chcę dać im coś od siebie. Na moje pierwsze święta w tym domu, mój pan zostawił dla mnie całą blaszkę pasztetu. Przesadził, bo z całą blaszką nie dałam rady, zjadłam trzy czwarte, a resztę schowałam. Nie mogłam tylko zrozumieć, dlaczego po powrocie był taki zły... 
Naprawdę nie wymagam wiele. Cztery spacery w zupełności mi wystarczają, a czasami dostaję ich dużo więcej, szczególnie latem. Na łóżku pańskim wcale spać nie muszę, wystarcza mi kojec, w którym obok mnie zmieściłyby się dwa inne psy i który ma poduszkę, rzekomo zapobiegającą odgnieceniom. Rarytasów nie żądam, ale za wątróbkę i kurczaka oddam wszystko! Nawet te królewskie bubki, które moja pani uparcie sypie mi do tej dużej miski.  Jestem miła i posłuszna, i tylko tak bardzo nie lubię samotności...Moje miejsce jest przy człowieku, którego proszę tylko o jedno: Tylko mnie kochaj... 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
      

wtorek, 2 kwietnia 2013

Życie w słowach zatrzymane

Fot. Marcin Oleksa


Po świętach naszła mnie taka refleksja, że nie da się przeżyć życia za kogoś, choćbyś nie wiem jak tego pragnął i choćbyś wiedział, że droga, którą chcesz poprowadzić tego człowieka jest dobra. Jakiś czas temu zrozumiałam również, że dobre i radosne przeżycie świąt nie zależy od tego, czy zdążę umyć okna i wysprzątać mieszkanie na błysk, ani nawet od tego co znajdzie się na świątecznym stole, bo tak naprawdę nie to w przeżywaniu świąt jest ważne. Będzie miało natomiast znaczenie to, jak ogarnę to wszystko sercem i czy odnajdę w sobie ten spokój potrzebny do prawdziwej radości świątecznym czasem i tym wszystkim, co ten czas przynosi. 
A te dni mają nam naprawdę dużo do zaoferowania. Zatrzymanie i bliskość. Brakuje nam tego na codzień. Wiecznie gdzieś pędzimy, czas przesuwa się na tarczy zegara nieubłaganie, a my tak dużo mamy do zrobienia i tak mało na to czasu. Wciąż go nie starcza, a jeśli już się znajdzie, niejednokrotnie przecieka przez palce, zostawiając nas później z jeszcze większym poczuciem winy, że znów wykorzystaliśmy go nieumiejętnie. W święta dostajemy ten czas w prezencie po to, aby nigdzie nie pędzić, tylko celebrować chwilę i spotkanie. 
Spotkania i bliskość. Jej też brakuje w zajętej obowiązkami codzienności. Jakieś osoby po prostu w naszym życiu są, ale tak naprawdę łączy nas niewiele. Tę prawdziwą więź tworzy bliskość, a nie da się jej zbudować w pośpiechu. Bliskość to spotkanie, rozmowa, troska. To szczere zainteresowanie tym, co czuje ten drugi człowiek. Bliskość to dotyk i przytulenie; czasami nawet wirtualne, ale ono też ma sens, o ile jest szczere. Bliskość to jeden stół, który w mojej rodzinie łączy pokolenia. Ten stół jest najważniejszym meblem w moim domu. Przy nim podejmujemy ważne życiowe decyzje, przy nim rozmawiamy i przy nim wspólnie jemy niedzielne posiłki. W święta ten stół emanuje radością, bo zbiera wokół siebie rodzinę, w bogatym przekroju dzieci, wnuków, rodziców, dziadków, rodzeństwa, a nawet prawnuków, którymi moi chłopcy są dla mojej ukochanej babci. Patrzę na jej wyrzeźbioną wiekiem twarz i czuję wdzięczność, że w te święta może być z nami. Widzę ile radości dają jej prawnuki, dla których granice tolerancji są ogromne. Dzieci się wychowuje, wnuki rozpieszcza, a prawnuki po prostu kocha bezwarunkowo, niczego od nich nie oczekując i dziękując za czułość i spontaniczność, jaką mają w sobie dzieci. To, że babcia jest z nami, jest lekcją życia dla moich synów. Patrzą i uczą się szacunku do starości; cierpliwości, której potrzeba do starszego człowieka i miłości, na której zbudowana jest rodzina. Mam wielką nadzieję, że kiedyś to zaprocentuje... 
Patrzę na te wszystkie bliskie mi osoby i ich rozradowane twarze i doceniam każdą chwilę, którą mogę razem z nimi przeżyć. Nie mamy pewności, czy kolejne święta będziemy mogli spędzić w takim samym gronie. Życie jest nieprzewidywalne, ma swoje przypływy i odpływy; daje, ale i zabiera; dlatego trzeba doceniać każdy taki moment, nasze tu i teraz z drugim człowiekiem, aby zapamiętać tę chwilę i nasycić się nią, a kiedyś móc z niej czerpać. 
"Człowiek dla człowieka winien być rzeczą świętą" powiedział kiedyś Seneka Młodszy, a ja się z nim najzupełniej zgadzam. I za św. Wincentym a Paulo powtarzam, że: "Prawdziwa miłość otwiera ramiona, a zamyka oczy." 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa