wtorek, 30 lipca 2013

Inny kawałek nieba

Fot. Michał Oleksa


"Kawałek życia został ci włożony w ręce.
Twojego własnego życia.
Twoje umykające istnienie
każdego dnia jest ci dawane od nowa.
Czy naprawdę chętnie przeżywasz dzisiejszy dzień?
Czy go rozpoczynasz z ochotą?
Czy przyjmujesz niczym ołowiany ciężar, który cię przygniata?
Nikt z ludzi nie potrafi tego zmienić,
jedynie ty sam. 
Nie ma bowiem na świecie nikogo, 
kto mógłby ten dzień przeżyć za ciebie.
Przyjmij ten podarunek, a nie zapomnij,
że każdy dzień dany jest ci jak wieczność. 
Abyś był szczęśliwy!"
Phil Bosmans

Rozleniwiony lipiec szykuje się już do odejścia. Tuż za nim nadchodzi bogaty w owocowe i warzywne przetwory sierpień i jego owadowo-ptasia muzyka. Ciepłe wieczory jeszcze sprzyjają spacerom i zamyśleniom, którym akompaniują cykające świerszcze, wygrywające swoje uspakajające takty. Brzmienie lata. Zatrzymanie w pędzie i wsłuchanie się w to, co mówi do nas otaczający świat. Wsłuchanie w ciszę, która przemawia, jeśli dopuścimy ją do głosu. Wiatr szumiący w konarach drzew lub ścigający się z zefirkiem po pomarszczonej tafli morza lub jeziora. Kumkanie żab w szuwarach; rozszczebiotane trele ptasiej gromady, poszukującej smacznego tłustego owada lub pozostawionych przez ludzi okruszków; pohukiwanie sowy w uśpionym lesie; czy łąka, rozbrzmiewająca bzyczeniem owadzich skrzydełek - to wszystko jest w ciszy i wypełnia sierpniowy dzień, wieczór i noc swoimi słowami bez słów i odwieczną mądrością świata. 
Spowolniony letni czas to czas na odnalezienie samego siebie, często zagubionego w rozpędzonej codzienności. Niebo, oglądane z innej perspektywy, może nam pomóc znaleźć odpowiedź na noszone w sobie pytania, które przyprawiają nasze znajome, powtarzające się dni nutą goryczy. Są sprawy, z którymi nie dajemy sobie rady i takie, które nas przerastają. Mamy w głębi siebie takie nierozwiązane, splątane supły, za które nawet nie mamy siły się brać. Sierpień daje nam spowolnienie i chwilę czasu tylko dla siebie - na odbudowanie relacji z bliskimi i samym sobą. Nie zlekceważmy go. Nie zagłuszmy wszechobecnym hałasem, który nas otacza przez cały rok. Czas urlopu, albo tej pustki, którą na jakiś czas zostawiają po sobie wyjeżdżający domownicy; to czas bezcenny, który powtórzy się dopiero za rok. A może też i się wcale nie powtórzyć, bo życie jest nieprzewidywalne... Te minuty  i godziny, kiedy damy się otoczyć ciszy i pobędziemy sami ze sobą - bez komórki, laptopa, radia czy telewizji, i które zainwestujemy w siebie, zaprocentują. Pomogą nam poznać samego siebie, o którym już dawno zapomnieliśmy. Cy potrafisz sam przed sobą przyznać się do tego, czy jesteś szczęśliwy w życiu jakie masz? A jeśli nie, czego ci do tego szczęścia brakuje? Czy żyjąc tak jak żyjesz, potrafisz uszczęśliwić drugiego człowieka? Dać mu coś z siebie, czym możesz się podzielić? Swój czas, swoją uwagę, swoje zrozumienie, czułość, serdeczność, życzliwość, miłość? Czy potrafisz dostrzegać i docenić te drobiazgi, które ofiarowuje ci każdy poranek, przechodzący w dzień, a później w wieczór? Czy potrafisz późną nocą uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze i powiedzieć: To był dobry dzień!
Masz tak wiele sobie do powiedzenia, ale tak często od tego uciekasz i unikasz spotkania ze swoim głęboko ukrytym "ja", jakby bojąc się tego, co może ci wykrzyczeć. Może ten inny kawałek nieba, na który patrzysz z nie swojego miasta, wioski czy miasteczka, przyniesie ci odpowiedzi na pytania, które już dawno pochowałeś w sobie, zapominając o tym, że kiedyś były ważne?
Poznaj siebie na nowo i potraktuj z uwagą, na jaka zasługujesz. I wsłuchaj się w ciszę, która chce ci tyle opowiedzieć... 
Monika A. Oleksa      


Fot. Michał Oleksa
   

piątek, 26 lipca 2013

Anno

Fot.Marcin Oleksa


Ania. Anna. Anka. Anusia. Aneczka. 26 lipca. Dzień od lat wpisany w zazwyczaj słoneczny, ociekający sokiem dojrzałych owoców lipiec. Dzień, który od wczesnego poranka rozświergotanego śpiewem ptaków, składa życzenia imieninowe Aniom, gdziekolwiek tego dnia się znajdują.
Imię "Ania" wymawia się miękko, czule. Jest w tym imieniu kwietna łąka, i ciche bzyczenie pszczół i opitych nektarem bąków. "Anna" brzmi jak muzyka: lagodna, nieagresywna, cicha i spokojna. Jest w niej delikatność i kobiecość, której nie obnosi manifestacyjnie przed światem. "Ania" to łagodny wietrzyk muskający ramiona w rozgrzany słońcem dzień i ciche popołudnie przy kawie, która najlepiej smakuje w towarzystwie. "Anna" to również spontaniczne szaleństwo i dźwięczny śmiech, który powraca radosnym echem.
W moim życiu jest wiele Ań. Niektóre wpisały się do niego na stałe, zostając w pamięci i żywych wspomnieniach; wracając w spotkaniach, na które stęskniona czekam niecierpliwie; inne pojawiły się na chwilę, wnosząc coś z siebie do mojego świata i ubogacając mnie tym spotkaniem. Każde takie zatrzymanie przy Annie daje mi radość spotkania z człowiekiem. Każde jest inne i na swój sposób wyjątkowe. Każde jest rozmową, w której jest głębia, a nie jedynie powierzchowne dotykanie rzeczy błahych i nieistotnych. Z każdą z nich czuję się dobrze, może dlatego, że moje A. za Moniką pochodzi od Anna, mojego drugiego imienia?
Każdej z Ań, Ann i Aneczek chciałabym złożyć  dziś  najserdeczniejsze życzenia - zachowania tej delikatności, którą w sobie nosicie; wiary w niemożliwe, które zawsze może stać się cudem spełnienia; jasnych promyków życia nawet w najbardziej zachmurzony dzień i zachwytu nad każdym rozpoczynającym się  porankiem, który zawsze chce nas czymś obdarować. Życzę  żywych wspomnień lata, za którym zatęsknicie mroźną zimą i wsłuchania się w swoje pragnienia, które przemawiają w ciszy wieczoru. Sił na każdy podejmowany dzień i pozostania sobą, bez względu na to, czego oczekuje od człowieka współczesny świat. Wszystkiego najlepszego Aniu i Anno:)
A wszystkim, każdemu z Was, ktorzy jesteście ze mną nawet na swoich urlopach, chcę podarować słowa Phila Bosmansa, które wyciszają i pomagają wsłuchać się w siebie. A przecież ten czas letniego spowolnienia jest ku temu najlepszą okazją. Pozdrawiam Was z szumiącym morzem:) 
Monika A. Oleksa
 
"Miliardy gwiazd świecą na niebie, 
a każda jest inna, niepowtarzalna. 
Miliardy ludzkich istot żyje na Ziemi, 
a każdy człowiek jest inny, niepowtarzalny. 
Gwiazdy rozjaśnią  i upiększą niebo, 
nawet wtedy, gdy panują noce
i ciężko nam uwierzyć w istnienie światła. 
Ludzie rozjaśniają i upiększają Ziemię, 
gdy są gwiazdami, a nie ponurakami." 
Phil Bosmans
 
 
 
                                                              Fot. Marcin Oleksa  


poniedziałek, 22 lipca 2013

Stróż prawa


Fot. Michał Oleksa
 
Nad morzem wieje tak, że aż w głowie huczy. Rozzłoszczone morze gniewnie wyrzuca na brzeg spienione fale. Morze ma dziś mój ulubiony kolor - stalowoszary, miejscami granatowy. Jest dziś czymś wzburzone i pełne pretensji do ludzi, że brak w nich zachwytu i poszanowania dla tego, co ich otacza. Że wszystko przyjmują ot tak, po prostu; że plażę traktują jak swoją własność, zostawiajac po sobie niechlubne ślady; że dzieci, mając przyzwolenie rodziców, niszczą wydmy, które z roku na rok stają się coraz mizerniejsze, bo każdy pilnuje wyłącznie swojego koca i walczy o swój skrawek piasku, zagarniając parawanem jak największe terytorium i wywieszając niemalże tabliczkę: Moje!                                  
Z ciekawością obserwuję jak na urlopie wyłazi z człowieka egoizm. "Moje dzieci są moje przez cały rok, a na wakacjach chcę od nich odpocząć" - to główna manifestacja niektórych rodziców, która polega na tym, że ich dzieci mają być jak najdalej od nich, bo rodzice potrzebują odpoczynku; ale mogą być tam, gdzie być nie powinny, o ile okaże się to na tyle zajmujące, aby skupić na sobie uwagę tych dzieci na dłużej. Oznacza to, że mogą na pupach zjeżdżać z wydm, pomimo upomnień ratownika ( a tata mi pozwolił!); mogą gonić przerażonego kota, bo przecież dzieci potrzebują ruchu, a to tylko kot!; mogą rzucać kamieniami w mewy i płoszyć je, bo to świetna zabawa (przecież są nad morzem, a to tylko mewy!); mogą wrzeszczeć mi nad głową, bo akurat przy moim kocu bawią się w chowanego, albo w wojnę; aby tylko nie przeszkadzać rodzicom, a ja własnych myśli nie słyszę i warczę na moje dzieci, aby mi się nie ważyły ode mnie oddalać, bo są moje przez cały rok. I wiedzą, że wydmy są pod ochroną i że każde stworzenie zasługuje na poszanowanie, a koty, psy, mewy, wróbelki i innych futrzastych lub pierzastych przyjaciół po prostu się kocha. 
Nie wspomnę już o zasadzie, że: "Palić każdy może, wszędzie i o każdej porze." Nie palę i dym mnie zabija. Boli mnie po nim głowa, dlatego staram się trzymać od niego z daleka. Ale na wypełnionej kocami plaży jest to, niestety, niemożliwe. Ja przyjeżdżam nad morze, aby leczyć astmę mojego syna; a "miły" pan na leżaku obok ma akurat ochotę na papierosa, którego oczywiście zostawia po sobie na piasku. Albo w morzu, bo to też widziałam. Do szału mnie doprowadzają takie ludzkie zachowania, przesiąknięte egoizmem w najgorszym tego słowa znaczeniu. 
Moje Dąbki to nie tylko morze, ale i rozległe Jezioro Bukowo, w szuwarach którego mieszkają kaczki i łabędzie; i nad którym szybują płochliwe rybitwy. Tutaj, nad jeziorem, panuje porządek, a dba o niego Stróż Prawa. Duża, majestatyczna biała mewa z lekko szarymi skrzydłami, czarnymi piórkami na ogonie i żółtym, ostrym dziobem, zakrzywionym jak u jastrzębia. Nie znam się na rozróżnianiu płci mew, ale zakładam, że to samiec Alfa. Przynajmniej tak się zachowuje. Nic nie umknie jego uwadze. Dopatrzy się każdej nieprawidłowości i natychmiast interweniuje w dość drastyczny sposób. Szpieg Wójta?
Ma swoje terytorium, którego strzeże i przegania wszystkich niepowołanych, którzy się tam zaplączą. Goni i atakuje tym swoim ostrym dziobem mniejszze i mniej urodziwe mewy (białe w szare plamki) oraz rybitwy, które w tym starciu nie mają żadnych szans. Byłam świadkiem takiego ataku - rybitwa sobie po prostu leciała nad jeziorem, wypatrując kawałków chleba, z którym przychodzą nad jezioro wypoczywający tu wczasowicze. Nie wiem dlaczego akurat ta zwróciła uwagę Mewy, ale została brutalnie zaatakowana, zepchnięta do wody i tam jeszcze paskudna Mewa jej dołożyła. Biedna rybitwa, skarżyła się potem żałośnie, trzepocząc skrzydłami. Mewa odgania wszystkich od jedzenia, sama przy tym nie próbując ani kawałka. Nie wiem, dlaczego to robi, ale zachowuje się dokładnie tak, jakby to ona tu rządziła. W imieniu Wójta, oczywiście. Zupełnie nie przejmuje się ludźmi i spaceruje między nimi tak, że to oni schodzą jej z drogi, a nie ona im. Tej jednej Mewy nie lubię, bo ma wredny charkter, ale jej zachowanie zaskoczyło mnie do tego stopnia, że po prostu musiałm to opisać. Pozdrawiam z moich ukochanych Dąbek:)
Monika A. Oleksa
 
 
         Fot. Michał Oleksa
 

środa, 17 lipca 2013

Człowiek człowiekowi

Fot. Michał Oleksa

Człowiek człowiekowi wilkiem. Przysłowie niemal tak stare, jak starotestamentowa relacja między Kainem a Ablem. Człowiek człowiekowi potrafi sprawić ból. Człowiek człowiekowi zazdrości. Człowiek jest pełen nienawiści do człowieka.
Jakiś czas temu usłyszałam w radiu zdanie, które mnie zatrzymało i zastanowiło. W Stanach Zjednoczonych więcej ludzi umiera z powodu depresji, niż z powodu nowotworu czy zawału. Straszne, prawda? Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, jak wielu ludzi w Polsce, niejednokrotnie bliskich nam, odchodzi z powodu tych podstępnych chorób. 
Depresja. Choroba, której człowiek nie przetrwa bez człowieka i której nie wyleczy żadna tabletka. Tylko człowiek potrafi uleczyć zranione serce drugiego człowieka. Tylko człowiek potrafi to serce ogrzać i pokazać choremu człowiekowi sens życia. Tylko człowiek znajdzie w sobie czułość dla człowieka i tylko człowiecze serce jest w stanie odnaleźć w sobie miłość, która się nie wyczerpie, bo tak zostaliśmy stworzeni. Przede wszystkim po to, aby kochać. Siebie i drugiego człowieka, bez względu na to, jaki jest. 
Człowiek człowiekowi przyjacielem. Myślę, że tego właśnie zabrakło w tej amerykańskiej krainie szczęśliwości, o której tak wielu marzyło. Zwykłej, ludzkiej, bezinteresownej przyjaźni. Przyjaźni, za którą nie trzeba płacić i jakiej nie można kupić. Przyjaciel nie jest kozetką psychoanalityka, gdzie słuchający cię człowiek mniej lub bardziej dyskretnie zerka na zegarek, aby sprawdzić, ile jeszcze cennego czasu może ci poświęcić. Nie jest powinnością, którą świadczysz, bo taki jest twój zawód. Przyjaciel to człowiek, bliski i serdeczny, dla którego naprawdę ma znaczenie to, jak się czujesz i co się dzieje w twoim życiu. Przyjaciel to ktoś, kto poda ci rękę wtedy, gdy wszyscy cię opuszczą lub zawiodą. To ktoś, kto nie odpuści, nawet jak zatrzaśniesz mu drzwi przed nosem, twierdząc: Niczego nie potrzebuję! 
Biedni Amerykanie. Wymyślili sobie wolność i poszanowanie praw człowieka, ale zapomnieli o tym, że człowiek ma uczucia. I potrzebuje drugiego człowieka, aby go tymi uczuciami obdarzyć. 
Człowiek człowieka umocni i powstrzyma przed upadkiem. Człowiek człowiekowi pomoże wstać, jak już ten upadek się zdarzy. Człowiek człowieka odnajdzie, gdy tamten się zagubi i wskaże mu drogę, gdy się pogubi. Człowiek czlowieka wysłucha i pomilczy razem, lub znajdzie takie słowa, które trafią w sedno. Człowiek człowieka przytuli, utuli i się nim zaopiekuje. W środku nocy odbierze telefon wiedząc, że to naprawdę ważne. Zabierze gdzieś, gdzie tamten nigdy by nie dotarł i pokaże coś, co będzie odskocznią od szarej, ściągającej w dół codzienności. Podzieli się czymś, czego i tak ma mało wiedząc, że to wróci podwojone. 
Nie mów więc, że nie potrzebujesz nikogo i że sam dasz sobie radę ze wszystkim. Nie mów, że ludzie ci przeszkadzają i najlepiej się czujesz sam ze sobą. Nie zamykaj się przed drugim człowiekiem i nie traktuj go od razu jak wroga. Przystań, przysiądź, zatrzymaj się w biegu i wysłuchaj czyjejś historii, bo może ten ktoś tego potrzebuje. Potrzebuje ciebie i twojej uwagi. To tak niewiele, a czasami dla kogoś tak dużo. Mały gest o wielkim znaczeniu. 
Monika A. Oleksa

"Człowieku, lubię cię. 
Spadłeś mi, niczym gwiazda z nieba. 
Jesteś jedyny i niepowtarzalny.
Może w to nie wierzysz
ale nie ma drugiego, takiego jak ty człowieka. 
Po wszystkie wieki wieków." 
Phil Bosmans



Fot. Michał Oleksa
       
   

niedziela, 14 lipca 2013

Bliskie memu sercu


Fot. Michał Oleksa





Na moim balkonie przysiadł wróbelek. Przekrzywił szary łepek i zapatrzył się na mnie. Czarne jak węgielki oczka obserwują mnie uważnie, wypatrując pojedynczych okruszków chleba zawieruszonych gdzieś przy leżaku. Nade mną rozkrzyczała się mewa. Od kilku dni tak się budzę; nie z dźwiękiem budzika w telefonie, ale wraz z krzykiem mew. Wokół mnie nie ma bloków, tylko zieleń. Piękna, zadbana, wypielęgnowana. Znów tutaj jestem. Czekam na te dni tutaj cały ciężki rok; a gdy jest mi szczególnie źle, bo życie przygniecie, jak rozbitek trzymam się tylko tej jednej myśli - że przyjadę tutaj, do miejsca, które potrafi uleczyć mnie ze wszystkiego. Do Dąbek. Do "Marii". Do Marysi i Franka. Do morza, które ma mi tak dużo do opowiedzenia. 
Siadam na jasnym piasku, przy brzegu, i patrzę na tę potęgę, która mieni się przede mną kolorami zieleni i szmaragdu. Czasami tafla jest delikatnie pomarszczona i lekko spieniona falami pieszczącymi plażę; ale są dni, gdy morze staje się żywiołem. Ma wtedy stalowoniebieski kolor i ze wzburzeniem wyrzuca na brzeg fale, które magnetyzują i przerażają zarazem. Lubię obserwować takie morze. Głośnym krzykiem opowiada mi swoją historię, a ja pochylam głowę w podziwie dla Tego, który to stworzył. Z potęgą żywiołu nie wygra żaden człowiek. Możemy stać tylko w oddali i obserwować miotające się bałwany z fascynacją, lękiem i pokorą. W taki sam sposób staję przed górami - świadoma swojej mizerności i ich nieskończonej potęgi. 
Mój pobyt w Dąbkach to czas intensywnego pisania. Jedyne, co tutaj muszę to wsłuchiwać się w morze i pisać. W tym zaczarowanym miejscu pióro samo sunie po papierze, a myśli gonią tak szybko, że nie nadążam za nimi. Piszę i nasycam się ciepłem od ludzi, których tu spotykam, za którymi przez cały rok tęsknię i którzy, każdy na swój sposób, dodają niepowtarzalnego smaku mojemu życiu. Bliskość, którą czujemy pomimo dzielących nas kilometrów i upływu czasu. Czas dawania i czerpania. I wyjątkowość każdego z nich. 
Na moim balkonie (tym samym od lat) jest stary, drewniany leżak. Już wiele razy Maria chciała go wymienić na nowy, lżejszy, bezosobowy; ale za każdym razem jak tu jestem, proszę "zostaw".  Ten stary, drewniany leżak ma w sobie "to coś". Kiedy uciekają mi myśli lub przystanę na jakimś zdaniu i ani rusz, nic nie przychodzi mi do głowy, pustka!, wtedy siadam na tym leżaku, a on mnie "natycha" :) Nie wiem jak to się dzieje, ale tak jest. Siedząc na nim, piszę jak szalona. To leżak z duszą, który oddaje mi swoje historie, zasłyszane przez lata od ludzi siadających na nim. A ja to zbieram i ubieram w słowa. Moje własne, choć historie, które tworzę, być może należą do kogoś. Opowiada mi o nich morze i leżak :) 
Historią prawdziwą jest moje powitanie z mewami. Kocham je, a one o tym wiedzą. Ja czekam na spotkanie z nimi niecierpliwie, a one podchodzą do mnie tak blisko, że mogę ich dotknąć. Duże i majestatyczne. Wiecznie głodne. Piękne.
Przywitałam je chlebem (bez soli :)) i niedojedzonymi przez chłopców kanapkami. Musiały być bardzo głodne, bo otoczyły mnie tak, że poczułam się jak bohaterka "Ptaków". Te na ziemi podeszły blisko, ale to było zupełnie naturalne; zaniepokoiły mnie te, które zawisły nade mną na wyciągnięcie dłoni. Miały taki wyraz dzioba, jakby chciały mi wyrwać to, co trzymałam w dłoni. Przez chwilę ogarnęło mnie lekkie przerażenie, bo uświadomiłam sobie, że mój młodszy synek też ma w rączce kromkę chleba i oczami wyobraźni zobaczyłam, jak mewa nie zawraca sobie głowy tym chlebem, tylko bierze w dziób mojego Miłoszka. Mój synek stał sobie jednak spokojnie, rozmawiając z mewami i odrywając im okruszki dla wróbelka. A mój starszy syn, zamiast ruszyć mi z odsieczą, z wielką pasją sobie te mewy fotografował! Mewy były jednak dobrze wychowane i grzecznie poczekały na swój posiłek:)
Odpoczywam więc, ładuję akumulatory na cały rok, słucham tego, co mi w duszy gra i piszę książkę, którą chcę skończyć do jesieni. I każdą oraz każdego z Was cieplutko pozdrawiam znad naszego pięknego, polskiego morza. 
Monika A. Oleksa
     


Fot. Michał Oleksa

piątek, 12 lipca 2013

To, co najcenniejsze

Fot. Marcin Oleksa


"Ze wszystkich profesji zegarmistrze i właściciele zakładów pogrzebowych zasługują na szczególne wyróżnienie - każdego dnia obserwują nieustanny upływ czasu... oraz jego kres." Richard Paul Evans  "Zegarek z różowego złota"
Czas. Słowo najczęściej przez nas używane. Brakuje nam czasu. Potrzebujemy więcej czasu. Nie mam czasu. Daj mi trochę czasu. Nie trać czasu. Czas to pieniądz. Czas ucieka, upływa, goni. Dzieli nasze życie na godziny, minuty i sekundy. Czasami spowalnia, innym razem przyspiesza. Budzi nas o określonej porze każdego dnia i wyznacza ramy, w które wchodzimy z naszymi obowiązkami, wyzwaniami, powinnościami i pragnieniami. Potrzebujemy czasu, aby się nie pogubić i zdyscyplinować; i aby zmieścić w jednej dobie nas samych, z bagażem naszej codzienności.
Żyjemy szybko, aby zmieścić jak najwięcej w dwudziestu czterech godzinach, które dostajemy w prezencie każdego dnia, tuż po przebudzeniu. Chcemy dotknąć i doświadczyć tak wielu rzeczy, szczególnie teraz, w XXI wieku, kiedy świat stanął przed nami otworem. Chcemy być tam i tu; dotknąć tego i spróbować tamtego; zarobić po to, aby wydać; pracować, pragnąc odpoczynku.
Przyjmujemy czas jako coś oczywistego, i tak rzadko potrafimy go docenić. Nie zastanawiamy się nad tym, że ten czas został nam podarowany. Kiedyś się będziemy musieli z niego rozliczyć...
Często, podpisując książki, wpisuję zdanie wyczytane u Marleny de Blasi: "Życie to conto, rachunek. To nieokreślona liczba cennych dni, z których człowiek może podjąć jednorazowo tylko jeden." Podejmujemy go więc codziennie i wbiegamy w nowy dzień, wartościując rzeczy na ważne, te na "wczoraj", i te, które mogą poczekać. I najczęściej bywa tak, że to, co odkładamy na "potem", jest tak naprawdę tym, co nadaje prawdziwy sens naszemu życiu.
Przeczytałam kiedyś takie słowa: "If I had my life to live over..." - Gdybym mógł przeżyć moje życie jeszcze raz... Gdybyśmy dostali nową szansę i nowe życie, zachowując jednocześnie pamięć o wszystkich tych doświadczeniach, które nas ukształtowały, co byśmy z nim zrobili? Czy bardziej docenilibyśmy prostą chwilę i momenty życia, czy też nadal byśmy gnali bez tchu, próbując nadgonić to, z czym dotąd nie zdążyliśmy? Czy dokonalibyśmy takich samych wyborów, czy też zdecydowalibyśmy inaczej? Czy zachwycilibyśmy się życiem bardziej, czy też przeszlibyśmy przez nie obojętnie, żyjąc z dnia na dzień i oczekując od niego niewiele, albo zbyt wiele? I czy nadal skupialibyśmy się na rzeczach nieistotnych, tracąc z oczu to, co ważne?
A może właśnie potrzeba nam tego dojrzewania w czasie i tego jednego życia, aby pewne wartości bardziej docenić i dorosnąć do nich? Może gdyby nie te doświadczenia, często bolesne, nie stalibyśmy się tym, kim jesteśmy i nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy? I być może, gdybyśmy dostali to życie do przeżycia raz jeszcze, zmarnotrawilibyśmy cenne godziny jeszcze bardziej niż zrobiliśmy to w tym naszym, jedynym i niepowtarzalnym życiu? 
Czas. Upływa. Przemija. Leczy rany. Hartuje nas i szlifuje jak jubiler  kawałek surowego bursztynu, z którego, wcześniej czy później, powstanie coś pięknego. Klejnot, który zachwyci, i który nosi się z dumą, pokazując światu. 
Życzę każdej i każdemu z Was, a także sobie, abyśmy umieli wykorzystać ten darowany nam czas jak najpełniej; pozwalając, aby jego upływ rzeźbił w nas, jak twórca w dziele, przy którym z zachwytem przystanie każdy szukający piękna. 
Monika A. Oleksa       

                                                                  Fot. Marcin Oleksa

wtorek, 9 lipca 2013

Awantura o ... kurę :)

Fot.Marcin Oleksa


No i znowu wszyscy w domu chodzą nadąsani i poobrażani na mnie. I to o co? O kurę?! Też mi coś. No i co takiego się stało? Że ją trochę pogoniłam? I że poddusiłam? Ale to była przecież tylko zabawa; tak śmiesznie uciekała. Przecież to logiczne, że jak coś ucieka, to należy to gonić. Tak działa instynkt, nic na to nie poradzę. Jestem psem, a nie zającem; a do tego rozsadza mnie energia. No dobrze, pojechaliśmy w gości. Wiem, że miałam się zachowywać jak na dobrze wychowanego psa z miasta przystało, ale jak tu być grzeczną i ułożoną, kiedy wokół tyle nowych zapachów i stworzeń?
Na początku było miło. Przywitało mnie dwóch tamtejszych chłopaków; byli grzeczni i uprzejmi, ale po pierwszej rundce szaleństwa odpadli zdyszani. No co wy, chłopaki? Co z waszą kondycją? Tyle miejsca, taki wybieg, a wy z niego nie korzystacie? Ja zwiedziłam każdy kąt podwórka, zagoniłam na drzewo kota (dwa inne ciocia Małgosia niestety zamknęła w pokoju :( ), pobiegałam za piłką, a potem je dostrzegłam. Milutkie, pierzaste, mięciutkie i pachnące... kurczakiem! Każdy właściciel psa wie doskonale, że uwielbiamy drób :) Ja oddam za kurczaka cały worek psich bubków, choćby nawet i zawierały witaminy i minerały - wolę jednego, pachnącego kurczaka, któremu wprost nie mogę się oprzeć! A ta kura tak pięknie pachniała...
No i wyszedł ambaras i awantura o kurę! I nie dość, że wszyscy w domu się poobrażali, to jeszcze zawieźli mnie do weterynarza!
Na początku było miło; wszyscy mnie głaskali i cmokali na mój widok. No, lubię to; co będę ukrywać. Było tak miło, że nawet pozwoliłam się zważyć, choć wiadomo, że tego nie lubię - jak każda kobieta :) Trochę niepokoił mnie zapach tego miejsca, ale jestem towarzyska i lubię zawierać nowe znajomości, szczególnie jak ktoś zwraca na mnie uwagę i cmoka: "Ale słodka!" Nieco mniej miło zrobiło się, gdy sympatyczny pan doktor zaczął mnie badać. Przecież nic mi nie dolega, a o wypadku, który miałam, już nie pamiętam (chociaż samochodów pędzących ulicą bardzo się boję). Nawet nasz trener, pan Marcin, za każdym razem jak patrzy na moje szaleństwa, powtarza: "I kto by pomyślał, że ona miała połamaną miednicę." No właśnie, kto by pomyślał jakie cuda potrafi zdziałać miłość i opieka człowieka... Moja pani jest jednakże nadopiekuńcza (również w stosunku do chłopaków :D ), i wciąż coś ją niepokoi. A to nowy wysyp kleszczy ( przecież noszę obrożę! Ale to malo, muszę mieć jeszcze kropelki!); a to, że mam skórę na łokciach zgrubiałą (no, nie potrafię się położyć delikatnie; po prostu robię głośne "łup" i obijam łokcie; to normalne, pan doktor pokiwał tylko głową z politowaniem, ale ja przeciez mówię nieustannie - nic mi nie jest! Jestem zdrowa i szczęśliwa!); a to, że się liżę. Jestem psem, więc się liżę. Przecież to logiczne. Ale pani tego nie rozumie i dlatego musiałam poddać się upokarzającemu i mało przyjemnemu badaniu zaglądania pod ogon. O ludzie! Na przyszłość będę mądrzejsza i tak łatwo nie dam się wyciągnąć z samochodu w tym miejscu.
I tak się zastanawiam, czy ten weterynarz to nie kara za tę kurę?
Monika A. Oleksa ( w imieniu Mattie :D )
                                                            Fot. Marcin Oleksa

Fot. Marcin Oleksa






sobota, 6 lipca 2013

Drobne okruszki szczęścia

Fot.Marcin Oleksa


Kolekcjonuję je. Nawlekam na nitkę i zawieszam, tworząc z nich misternie wykończony naszyjnik dobrych chwil, który nakładam wtedy, gdy życie zaboli. Sięgam wtedy do dobrych wspomnień, ale nie po to, aby je rozpamiętywać i użalić się nad sobą, jak to kiedyś było, a teraz jest; ale aby nasycić się tą radością, której w czasie tych chwil doświadczałam i wnieść ją w codzienność, która zaszła chmurami. Moje "naszyjniki" pokazują mi, że życie jest pełne zaskakujących niespodzianek i że pomimo tego, że teraz coś mnie przygniotło i jest mi ciężko; przyjdzie chwila, z której będę mogła czerpać i która obdaruje mnie radością. O ile ją dostrzegę.
Życie potrafi naprawdę wiele ofiarować, jeśli się na nie otworzymy i przestaniemy skupiać nad tym, co nam nie wyszło, co doskwiera i przeszkadza, a dostrzeżemy to, w czym jest choć iskierka radości. A przecież wiemy, że wystarczy jedna mała iskra, aby wzniecić płomień.
Niespieszna chwila przy kawie. Zapach miasta po letniej burzy. Polna droga otoczona z obu stron różnokolorowymi łanami pól. Nieoczekiwane spotkanie. Esemes od kogoś, kto o mnie pamiętał. Czyjś uśmiech skierowany do mnie. Jakieś "dziękuję", wypowiedziane ze wzruszeniem. Wiadomość, która pojawiła się w skrzynce mailowej. To, że ktoś pamięta, choć ja tak często nie mam czasu. Smak lodów truskawkowych. Przeczytana książka, na którą już dawno miałam ochotę. Zapach maciejki, ciepły wieczór za oknem; czyjeś spojrzenie; ciepło, które wyszło od kogoś i dotarło do mnie. To wszystko jest w życiu każdego z nas, ale często tak trudno nam to dostrzec i docenić niepowtarzalność tej chwili. A przecież to właśnie one składają się na definicję szczęścia. Bo czymże ono jest? Chwilą, która sprawia, że robi nam się cieplej w okolicy serca, a nasze życie nabiera kolorów tęczy. Jeśli przystaniemy przy niej, niejednokrotnie może nas zaskoczyć swoją intensywnością i tym, dokąd może nas doprowadzić.
Nie bój się pochwycić jej w dłonie i nawlec na nitkę, tworząc swój własny naszyjnik drobnych okruszków szczęścia. Nakładaj go zawsze wtedy, gdy będzie ci się wydawało, że już nic dobrego w życiu cię nie spotka; gdy twoje życie utknie w punkcie, z którego nie widzisz wyjścia; gdy coś cię przygniecie i przerośnie, i gdy nie starczy ci już sił na nową nadzieję. Nie wmawiaj sobie, że ktoś rozdzielił szczęście nierówno, i że tobie przypadła tylko niewielka jego garstka. To nieprawda, bo szczęścia nie dostajemy, tylko sami po nie sięgamy; zbierając go właśnie z tymi momentami obecnymi w codzienności każdego z nas. Często bywa tak, że ty przejdziesz obok czegoś obojętnie, bo ten szczegół wtopi ci się w monotonną całość zwykłego życia; a ktoś inny pochyli się nad tym i dostrzeże w tym momencie dar, który przyjmie z wdzięcznością i który go uszczęśliwi.
Dlatego warto mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić tego, co w życiu cenne - prostych chwil, które tworzą nasze życie. Niepowtarzalne i jedyne. I piękne, jeśli przyozdobimy je sobą i naszyjnikami, które będziemy nawlekać z koralików zwykłego-niezwykłego dnia.
Monika A. Oleksa 
 
 
 
Fot. Marcin Oleksa
 
 
 

 

środa, 3 lipca 2013

Letnia tarta z owocami

Fot. Michał Oleksa



Kasia wystawiła twarz do słońca i przez dobrą chwilę grzała się w ciepłym dotyku promieni na bladej skórze. Potrzebowała tego spaceru i tej nowej sukienki. Już z daleka przykuła wzrok Kasi, kusząc z okna wystawy sklepowej. Żółta jak wiosenne mlecze, którymi obsypane były osiedlowe trawniki, zalotna i bardzo kobieca; zawróciła w głowie i odsunęła na bok rozsądek. Stała się małym szaleństwem i wielką przyjemnością wśród monotonnych dni upływających jeden po drugim niezmiennie utartym rytmem. Kasia uśmiechnęła się do swoich myśli. Marlence na pewno się spodoba. Jak każda mała dziewczynka, uwielbiała mamę w kolorowych sukienkach.
Spojrzała na zegarek i żwawszym krokiem ruszyła w stronę przedszkola. Nie chciała jechać autobusem. To tylko dwa przystanki, a w takim dniu jak dziś jak najdłużej chciała zatrzymać ciepłą pieszczotę lata na policzkach i odsłoniętych ramionach. Mijane wystawy sklepów uśmiechały się do Kasi jej własnym odbiciem. 
"Życie, pomimo całego swojego okrucieństwa, jest piękne." - pomyślała. To piękno zamierzała pokazać Marlence. Zrobią dziś sobie takie małe, prywatne święto. Pojadą do Ogrodu Botanicznego, gdzie będą mogły przywitać się z latem i gdzie Kasia będzie w stanie zapanować nad rozbieganą i rozsadzaną energią czterolatką. W drodze powrotnej do domu kupią truskawki i zrobią razem letnią tartę owocową. Marlenka uwielbiała pomagać mamie w kuchni. Wspólne gotowanie i pieczenie było zawsze dla Kasi radością. Pomimo nieporadności małych rączek, Kasia pozwalała córeczce włączać się w prace kuchenne, chcąc jak najwięcej czasu spędzać z dziewczynką. Życie gnało przed siebie jak szalone, lata mijały, a  każdy dzień pokazywał Kasi, jak szybko odchodzi beztroskie dzieciństwo i jak szybko dzieci dorastają. Chciała więc zatrzymywać te chwile przy drobnych pracach i na spacerach takich jak ten, który na dzisiaj zaplanowała; aby kiedyś nie żałować, że coś jej umknęło i że nie zna kobiety, jaką stała się jej córka. 
Myśl o Marlence jak zawsze ogrzała serce Kasi i dziewczyna przyspieszyła kroku, stęskniona za lepkimi paluszkami małych rączek i roześmianą buzią, która słodkie całuski miała na razie zarezerwowane tylko dla niej. Dla Kasi.  
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa


Przepis na tartę znajdziecie w zakładce Przepisy ze szczyptą miłości :)