piątek, 30 sierpnia 2013

Wygrzebane...

Fot. Marcin Oleksa


Pourlopowa energia zawsze mnie rozpiera i najlepiej pożytkuję ją - sprzątając. Lubię zaglądać w szafki i szafeczki, kąty i kąciki, sprawiając, że moje mieszkanko pięknieje w oczach. W czasie moich tegorocznych porządków wygrzebałam z głębin biurka "perełki", które niegdyś pisywałam do szuflady. Aż się zdziwiłam, że tyle ich mam! Na pogodną końcówkę lata, z życzeniami uśmiechu i energii w nadchodzącym, pełnym wyzwań, tygodniu, dzielę się tym, na co natrafiłam... 

30 września, poniedziałek

Mariusz spojrzał na zegarek. Dwadzieścia minut. 
Całowali się już dwadzieścia minut!
Jesienny chłód przeniknął go wraz z podmuchem wiatru. Wzdrygnął się i bardziej przywarł do muru, na którym wielkimi jak byk literami, widniał dumny napis: Henio King!
Wychylił się, aby lepiej dojrzeć niewyraźne już sylwetki, majaczące w zapadającym zmroku. Pod klatką przeciwległego wieżowca, oparta o imitację Harley'a, stała Ola, niedosiężny obiekt westchnień i szalona namiętność Mariusza. Piękna Ola. Cudowna pod każdym względem. Gorąca brunetka, z długimi czarnymi włosami, wijącymi się dookoła jej ślicznej twarzy, z talią jak osa i nogami długimi na dwa metry niemalże. Ola, do której Mariusz wzdychał już drugi rok. Dziewczyna, która odmieniła jego życie i zupełnie nieświadomie, zadecydowała o jego przyszłości. 
Teraz tonęła właśnie w objęciach wysokiego, barczystego rudzielca, który władczo obejmował jej gibką kibić i namiętnie wssysał w jej usta już od ponad dwudziestu minut!
Mariusz westchnął rozdzierająco. 
- Nie przejmuj się, ona tak zawsze. Zaraz skończy, dłużej niż pół godziny nigdy nie wytrzymuje - dobiegł go nagle dziecięcy głos. Drgnął i skierował swój wzrok w kierunku, skąd dobiegał. 
Przytulony do szarego muru, tuż pod napisem informującym o Heniu, przykucnął mały chłopiec, o oczach i włosach koloru smoły. Jego pogodna buzia rozświetliła się w promiennym uśmiechu, skierowanym do Mariusza. 
- Ja cię znam, ty ciągle za nią łazisz. 
- Ja za nikim... A skąd wiesz? - Mariusz zainteresował się małym rozmówcą i przeniósł wzrok z przedmiotu swoich pożądań na chłopca. 
- Widziałem cię. Zawsze stoisz koło tego Henia. 
- Jakiego Henia? Ach tak! - teraz z kolei przeniósł wzrok z chłopca na żółty napis. 
- Jak masz na imię? - chłopiec nie przestawał wysyłać promiennego uśmiechu w stronę Mariusza. 
- Mariusz. 
- A ja Rafał, ale wszyscy mówią na mnie Diabeł. Ona też - wskazał w kierunku klatki, pod którą barczysty rudzielec wciąż samolubnie ściskał piękną Olę. 
- Ona? - Mariusz bardziej zainteresował się młodym rozmówcą. - To ty ją znasz?
- Bardzo dobrze, niestety. Jak mi dasz na Snickersa, to ci powiem o niej coś więcej. 
Mariusz gorączkowo zaczął przeszukiwać kieszenie. W tej chwili gotowy był oddać temu chłopcu wszystko, a nie tylko drobne, jakie posiadał. 
- Masz - wcisnął mu do ręki wysypane z kieszeni monety. - Powinno wystarczyć. 
- O, dzięki! Fajny jesteś! - chłopiec z radością przeliczył pieniądze, a potem wsunął je do kieszonki w spodniach. 
- No mów! - Mariusz niecierpliwie ponaglił swojego informatora. - Mów! 
- Ona ma dziewiętnaście lat i jest studentką. To znaczy, jutro będzie. Jak dostanie jakiś dzienniczek. 
- Nie dzienniczek, a indeks - poprawił Mariusz. - Tyle to i ja wiem. Będziemy razem studiowali. 
- A, to ty też prawnik! - chłopiec błysnął białymi zębami. W zapadającym zmroku tylko one były widoczne wyraźnie. 
- Też. - Mariusz pokiwał smętnie głową i przeniósł swój wzrok na klatkę, pod którą powinna stać objęta para. Oli nie było. Tylko samotny rudzielec sterczał w miejscu, wpatrzony w okno na pierwszym piętrze, gdzie zabłysło różowe światło. 
- To jej pokój? - zainteresował się, mrużąc oczy i próbując coś dostrzec za gęstą firanką. 
- Tak. Mój jest z drugiej strony - odpowiedział chłopiec. 
- Twój? - młody rozmówca coraz bardziej intrygował Mariusza. 
- Tak się składa, że mieszkam z nią. To moja siostra. 
Zapadło milczenie. Mariusz nie był w stanie nic powiedzieć. Patrzył tylko na chłopca z otwartymi szeroko ustami. 
Rafał przekrzywił głowę i pomyślał, że dzisiaj już ten młody człowiek nie będzie w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Odwrócił się więc, rzucił za siebie krótkie "cześć" i oddalił w stronę bloku, zostawiając Mariusza z miną przestraszonego karpia.

                                                    ... 

- Ewa, zakochałam się! On jest fantastycznie cudowny! A jak całuje! Aż dech zapiera i takie coś robi się w środku... takie coś... Chcemy wziąć ślub, pędząc motorem przed siebie, i w świetle zachodzącego słońca wykrzyczeć "tak!" To będzie fantastyczne! 
Ola ściskała w ręku komórkę i rozentuzjazmowana przekzaywała przyjaciółce najświeższe informacje. 
- I te jego cudne, kręcone, rude włosy! One są absolutnie rude! Bomba! Ewa, jak ja go kocham! 
Po drugiej stronie słuchawki drobna szatynka ziewnęła rozdzierająco. 
- Ola, jak długo znasz Boba? - spytała, zasłaniając usta dłonią, aby stłumić odgłos ziewania. 
- Jak długo? Czekaj... dochodzi dwudziesta druga... Znam go dwadzieścia cztery godziny! I oszalałam dla niego!
- No tak - westchnęła dziewczyna. - Ostatnio miałaś wychodzić za Romka i miał to być ślub nad brzegiem morza i przy wschodzie słońca, a dwa tygodnie temu... 
- To fakt, ale teraz... teraz to co innego. Bob jest inny, cudowny! A ja go kocham! - Nagle Ola zmieniła ton głosu i z ekstazy przeszła niemal do konspiracyjnego szeptu. - Ewa, jak myślisz, czy będą jacyś przystojni chłopcy na naszym roku? 
Ewa westchnęła. To była cała Ola; przyjaciółka, którą znała już wiele długich lat. Wciąż taka sama. 
- Nie wiem, przekonamy się jutro. A jeśli teraz nie pójdziesz spać, zapewniam cię, że jutro spóźnisz się na rozdanie indeksów. 
- No dobra, już kończę. Muszę jeszcze zakręcić włosy i wydepilować nogi. O rany, ale ja mam ciężkie życie.
"Ja jeszcze bardziej" - pomyślała Ewa, z ulgą się rozłączając. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

No i co sądzicie o wygrzebanym kawałku? Napisałam to w 1991 roku! Wyobrażacie sobie? Wtedy jeszcze nie było komórek... Powinno ujrzeć światło dzienne i doczekać się kontynuacji, czy wrócić z powrotem do szuflady? 
Pozdrawiam cieplutko:)
M.

  

     

wtorek, 27 sierpnia 2013

Kamienne serce

Niecodzienne spotkanie w Nałęczowie - ja i Pan Prus; Fot. Marcin Oleksa


Końcówka sierpnia ma już w sobie nostalgię jesieni. Czuć to w powietrzu, które niesie chłód i zapach upadłych na ziemię liści, które nie potrafiły już dłużej utrzymać się na drzewach. Park jeszcze nie opustoszał, ale są pory kiedy po alejkach spacerują jedynie kaczki i łabędzie, w poszukiwaniu smacznego kąska. Lubię tę porę roku, chociaż jest w sercu jakaś tęsknota za rozpalonymi słońcem dniami i ciepłymi nocami, kiedy można do późna wsłuchiwać się w muzykę świerszczy. Może i mniej przysiada teraz przy mnie ludzi, ale jeśli już to robią, zostają na dłużej. Siedzimy tak razem; ja - w swoim surducie i meloniku jaki nosił Wokulski, i spragniony towarzystwa człowiek - z nieodłączną komórką, bez której wyjść z domu już nie potrafi. Siedzimy i milczymy; a czasami z tego milczenia rodzą się słowa. Bo przecież człowiek potrzebuje podzielić się nimi. Zawsze tak było. Antyczni filozofowie wyrzucali te słowa z siebie w swoich przemowach; moje pokolenie zapisało tomy, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat toczącego się wokół nas życia i ludzi, którzy z tym życiem się zmagali; i współczesny człowiek też to robi. Wyrzuca z siebie krótkie, pojedyncze, chaotyczne słowa, bo na dłuższe i poukładane nie ma czasu. Tak, ludzie się zmieniają, ale ich troski pozostają niezmienne. Od zawsze człowiek najbardziej pragnął akceptacji i tęsknił za uczuciem, którym ktoś inny mógłby go obdarować. Miłość. Przyjaźń. Szacunek. Podziw. Czułość. Bliskość. Szczerość. Relacja człowieka do człowieka, która nie rani, tylko wspiera i pomaga dźwigać tę codzienność z godnością. 
Siedzę już na tej ławeczce od kilku dobrych lat. Siedzę i obserwuję to toczące się przed moimi oczami życie. Patrzę z zadumą na spacerujące po alejkach pary i ich potrzebę nieustannej bliskości. Trzymają się za ręce; często się przytulają; wymieniają spojrzenia, czasami nieśmiałe pocałunki. Nie boją się dotyku - zamierzonego, przypadkowego, delikatnego niczym muśnięcie. Nie wstydzą się uczucia wyglądającego oczami, i słów, które jeszcze ich łączą. Pamięć człowieka bywa jednak zawodna i krótka. Po kilku latach te same pary wyglądają tak, jakby zgubiły gdzieś w pędzie życia tę bliskość i nie potrafiły jej odnaleźć. Pośród nich jest milczenie lub monolog. Ręce chowają się w kieszeniach lub kurczowo trzymają przewieszonej przez ramię torebki. Spojrzenia unikają się, żeby nie prowokować kolejnej sprzeczki. Czułość przychodzi rzadziej. Czasami. A niektórym trudno ją w ogóle odnaleźć. Dwoje ludzi, którzy mieli być jednością, żyje osobno. Osobne konta w banku. Osobne pokoje. Osobne pasje i znajomi. Osobne pragnienia i plany, którymi nawet nie potrafią się już dzielić. Jedynie ten sam wspólny kredyt. Te same dzieci. Te same zmartwienia. I słowa, których brakuje i które nie potrafią już opisać uczuć i emocji. 
Serca, które przyspieszały na swój widok, kamienieją i coraz rzadziej ten drugi człowiek jest w stanie je poruszyć. Człowiek uodparnia się na człowieka i nie potrafi być już na niego wrażliwy. Zamiast odnaleźć w sobie wspólny rytm, serce uczy się samotności. Bo to wymaga mniejszego wysiłku; bo jest tylko biernym poddaniem się rzeczywistości, która wcale nie okazała się taka, jaką serce sobie wyobrażało. Bo co innego życie naobiecywało, a potem nie dotrzymało tych obietnic. 
A przecież: "Nikt nie ma dostępu
                    do tajemnicy człowieka
                    - za wyjątkiem serca.
                   Istnieje tylko jedna droga
                   do innych ludzi
                   - droga serca." Phil Bosmans
A ono nie może być z kamienia, bo nie poczuje i nie usłyszy wołania tej drugiej osoby, która jest obok mnie. 
Ech, tak sobie siedzę i myślę. Przysłuchuję się ludziom i obserwuję ich z ogromną ciekawością. Czasami chciałbym wstać, podejść cicho, ukłonić się uprzejmie i powiedzieć, że za bardzo się szarpią z tym, co niepotrzebne, nieistotne, niewarte tej złości i łez. Że zbyt wiele budują wokół siebie murów, które z czasem coraz trudniej skruszyć, a zbyt rzadko wyciągają ramiona, aby nimi kogoś objąć. Za wiele rzeczy zbyt łatwo przekreślają i nie chcą walczyć o to, co ważne. Za wiele błędów wytykają, a za mało dobrych rzeczy widzą w innych. Potrafią skrytykować, ale tak trudno im kogoś pochwalić. Tak wielu ludzi wobec siebie oziębło, stając się niczym ten posąg, w którym zostałem dla przyszłych pokoleń. 
A: "Żyć oznacza żyć z innymi.
     Bo czym właściwie jestem bez innych?
     Samotną, bezludną wyspą w morzu pełnym ludzi.
     Mam oczy, by zauważać innych,
     mam uszy, by ich usłyszeć,
     nogi, aby się do nich pofatygować,
     dłonie, by je ku nim wyciągać
     i serce, aby kochać." Phil Bosmans  
Więcej nie trzeba, 


Fot. Marcin Oleksa

  W imieniu Bolesława Prusa, swoimi i jego spostrzeżeniami podzieliła się Monika A. Oleksa 
Za podpowiedziany pomysł do napisania tego eseju, dziękuję Michałowi Świderskiemu, który zadał przy mnie takie pytanie:"Ciekawe, co taki pomnik może sobie myśleć? Gdyby ktoś kiedyś o tym napisał..." Napisałam. Dziękuję, Michał! 


Żyć, oznacza żyć z innymi

 

Bo czym właściwie jestem bez innych?


Mój syn i Bolesław Prus


Istnieje tylko jedna droga do innych ludzi - droga serca

niedziela, 25 sierpnia 2013

Powroty do Nałęczowa

Bolesław Prus i ja w Nałęczowie:) Fot. Marcin Oleksa


Kocham Nałęczów za jego niezmienność i wszechobecny spokój, który po każdej mojej wizycie w tym miasteczku przywożę ze sobą. Nałęczów wycisza. Zatrzymuje. Otula atmosferą uzdrowiska, które gubi pośpiech i cieszy oczy zielenią, zapraszającą do spacerów i zamyśleń w nałęczowskiej ciszy. Za każdym razem kiedy tam przyjeżdżam, uśmiecham się do swoich myśli i mijanych w parkowych alejkach ludzi. Mój czas tam traktuję jak ucieczkę od codzienności. Nie na długo. Na chwilę. Ale ta chwila wystarczy, aby mnie naładować dobrą energią, wypełnić głowę słowami, które po powrocie przelewam na papier, i dać siłę do kolejnych dni, w które wchodzę z tą radością, jakiej zaczerpnęłam właśnie tam. W Nałęczowie.
Nie zdziwiło mnie to, że Wiesława Bancarzewska uciekła do tego miejsca, które ja pokochałam jeszcze w dzieciństwie, i opisała to w niedawno wydanej powieści "Powrót do Nałęczowa". I chociaż wchodziło mi się w tę książkę dość ciężko i kilka razy ją odkładałam, pokusa Nałęczowa była zbyt silna, a ciekawość przeprowadziła mnie, później już z wypiekami na twarzy, do samego końca. Nałęczów lat trzydziestych ubiegłego wieku. Epoka, w której chciałabym pobyć choć przez miesiąc. Znajome uliczki, po których już wtedy spacerowali ludzie bez pośpiechu i błędnego spojrzenia; bez terminów, które ich wiązały i bez ciągłego spoglądania na ekran komórki w celu sprawdzenia godziny czy przychodzących esemesów. Powietrze nałęczowskie w książce Wiesławy Bancarzewskiej pachnie modrzewiem; dla mnie pachnie lipami. To tutaj, do Parku Zdrojowego w Nałęczowie, każdej jesieni przyjeżdżamy po kasztany i spacerujemy po chodniku wyłożonym kolorowymi liśćmi. W lecie ściągają nas do Nałęczowa najlepsze lody w Polsce, z cukierni Pawłowscy. Przy smaku kawowym, w którym czuć autentyczne ziarenka zmielonej kawy, po prostu odpływam i delektuję się ich aksamitnością, zupełnie jak ulubioną latte w nałęczowskiej "Ewelinie". Z "Eweliną" łączy mnie wiele dobrych wspomnień. Tutejszym ciastom nie sposób się oprzeć ( a w ciastach jestem wybrednym smakoszem!), a dodatkowo każdy kawałek przyprawiony jest ciepłym uśmiechem przemiłych pań, Pani Ani i Pani Basi, które nadają temu miejscu specyficzny klimat. 
Tydzień temu, w ciepłą sierpniową sobotę, w "Ewelinie" właśnie spotkałam się z moją wierną Czytelniczką, Kasią i jej mężem, Michałem. Wybrałyśmy to miejsce nieprzypadkowo. Mieszkamy w dwóch różnych miastach i dzieli nas trochę kilometrów. Kasia napisała do mnie przemiłe słowa w marcu. Przeczytała obie moje książki i chciała się tym ze mną podzielić. Ją też zauroczyła "Ewelina", którą opisałam w "Ciemnej stronie miłości" i w której Kasia spędziła miłe chwile; napisała mi więc o tym, skromnie i nieśmiało. I tak zaczęły się nasze "spotkania" i wymiana myśli oraz słów. Ale te pisane przestały wystarczać i zapragnęłyśmy się spotkać, popatrzeć na siebie i porozmawiać. Tak po prostu; po ludzku. Jak dwie kobiety, które wiele ze sobą łączy. Nie zastanawiałyśmy się wcale nad miejscem spotkania; ono było oczywiste - nałęczowska "Ewelina". Połączyła nas na trasie Lublin-Warszawa i podarowała nam chwile, których nie zapomnę. Godziny spędzone razem przeleciały biegiem, o wiele za szybko! Wspólna kawa i niebo w gębie, czyli ciastko w "Ewelinie" :); długi spacer i obowiązkowe lody; a w tym wszystkim słowa, słowa, słowa, których nie brakowało i tylko czas upływał nieubłaganie. Kasia, z jej skromną i piękną osobowością i wielką wrażliwością, też jest z tej samej bajki. Pan Bóg hojnie mnie obdarował przez ten rok, stawiając na mojej drodze naprawdę wspaniałych ludzi. Za nich wszystkich - DZIĘKUJĘ! A Tobie, Kasiu, dziękuję za te cudowne chwile w Nałęczowie i czas, który spędziłaś ze mną. Mój apetyt wzrósł i czekam na kolejne, wspólne kawy:)
Wczoraj, korzystając z ostatnich tak pięknych dni lata, zabrałam do mojego Nałęczowa Karolinę  i jej Mamę, panią Irenkę. 

Nasze zatrzymanie przy kawie i pysznym ciastku w "Ewelinie"

Z wielką radością pokazałam im Nałęczów bliski mojemu sercu i widziany moimi oczami. Zaczęłyśmy od spokojnego i leniwego przedpołudnia w "Ewelinie", a potem przespacerowaliśmy Aleją Lipową do parku, pięknie przystrojonego w zieleń. Z daleka ukłonił nam się Pałac Małachowskich, który przywitał nas jak tylko przekroczyliśmy bramę prowadzącą do parku; naprzeciw nam wychodziły ze stawu kaczki i łabędzie; gotowe zaprzyjaźnić się z Karoliną za kawałek chleba. Poprzystawaliśmy przy stoiskach z ręcznie robioną biżuterią i innymi cudami wytworzonymi ręką człowieka i złożyliśmy wizytę panu Prusowi. Nałęczów oddawał nam swój spokój i energię, a dla nas niesamowite było to, że spacerujemy po tych samych alejkach, po których spacerowali wielcy pisarze, między innymi, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski, i Bolesław Prus, który na zawsze pozostał już w Nałęczowie, zasiadając godnie na swojej ławeczce. To był dobry czas, który wiele nam podarował. Pani Irence trafił się nawet adorator!, ale pilnie jej strzegliśmy:) 

Na wyspie, z wizytą u kaczek i łabędzi
     

Spacer wokół stawu i niespieszne, wczesne popołudnie
     

Nie wiem, o czym Karolcia rozmawiała z B. Prusem, ale spędzili ze sobą trochę czasu:)

Nałęczów nie ma w sobie pośpiechu, i za to kocham go najbardziej. I powracam do niego za każdym razem, gdy życie za bardzo dokuczy, lub gdy za bardzo się rozpędzi. Was też gorąco tam zapraszam:) Koniecznie wstąpcie na ciastko do "Eweliny". Nie pożałujecie! 
Na dobry początek nowego tygodnia podzielę się wierszem napisanym przez poetkę Panią Czesławę Dąbrowską, która pokochała Nałęczów tak jak ja, i oddała mu swoje serce i wiersze: 

Milcząca miłość 

Księżyc zawisł nad Nałęczowskim Parkiem
szliśmy bez słów...
Drzewa z zazdrością patrzyły
na przytuloną głowę
do twojego ramienia... 
Oczy z pomnika 
Stefana Żeromskiego
jakby ożyły na chwilę... 
Ptaki obudzone głośnym biciem serc
zachwycały się
miłosnym dialogiem milczenia... 
Wiersz pochodzi z tomiku Czesławy Dąbrowskiej "Nałęczów moja miłość", wydanego w 2000 roku przez lubelskie wydawnictwo POLIHYMNIA
 Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
  

środa, 21 sierpnia 2013

Czas zatrzymany

Fot. Marcin Oleksa


Stanął mi zegarek. Któregoś dnia po prostu zatrzymał się na godzinie 7.00 i dalej już nie ruszył. Zostawiłam go, nie zmuszając do dalszej wędrówki, a on jakby tym zdziwiony, niezauważenie rozpoczął swój powolny marsz po tarczy. Wyglądało to zupełnie tak, jakby przespacerował się wskazówkami po cyfrach, przystając to tu, to tam w zamyśleniu. Zegarek w ten sposób wyraźnie mi zakomunikował, że nie chce mu się jeszcze podjąć trudu codzienności. Zwolnił i odnalazł inny rytm. Czasami zatrzymuje się gdzieś na dłużej. Najczęściej wybiera na ten przystanek pełne godziny. Bardzo lubi 7.00. Tam przyłapuję go najczęściej. Potrafi spędzić na tych, nie wiadomo dlaczego ważnych dla niego cyfrach, nawet kilka godzin. Wciąż w tym samym miejscu. Być może z tą godziną łączą się jakieś miłe wspomnienia, do których lubi wracać, tak jak ja powracam myślą do mojego czasu zatrzymanego w Dąbkach...
Ciekawe, gdzie teraz rządy wprowadza Stróż Prawa? Ostatnio, kiedy jeszcze tam byłam, ta charakterna Mewa przeniosła się do miasteczka i spacerowała po samochodach zaparkowanych w miejscach do tego nie przeznaczonych. Pan Mew doszedł chyba do wniosku, że nad jeziorem zapanował wśród ptactwa ład i porządek, nad którym dodatkowo zaczęły czuwać majestatyczne łabędzie; natomiast ludzie wciąż potrzebują nadzoru. Z racji tego, że Wójt pełni swoje obowiązki w Darłowie, Pan Mew zajmie się miasteczkiem w Dąbkach. Żółty zakrzywiony dziób i spojrzenie lustrujące każdy zakamarek to atuty, których nie powinno się lekceważyć:) Ciekawe, co moja Mattie miałaby do powiedzenia na temat Pana Mewa? Nie mieli okazji się spotkać, a ja nie potrafię wyobrazić sobie tej konfrontacji - z wyjątkiem kur Mattie nigdy jeszcze nie widziała tak dużego ptaka. Bo Pan Mew jest naprawdę duży!

Pan Mew na obchodzie w miasteczku:)


Nic nie umknie jego uwadze:)

Jaki kolor ma teraz morze? Czy jest stalowoszare, czy ma w sobie morską zieleń? Czy jego tafla jest lekko zmarszczona, czy wściekła i skłębiona bałwanami? Komu opowiada teraz swoje historie i co w nich przynosi? Jakie kamyki wyrzuca na brzeg i co chce w tych swoich darach ludziom przekazać?
Patrzę na zdjęcia i słyszę jego szum. W moim mieście tak szumią ulice pełne samochodów. W Dąbkach tym szumem mówi do mnie morze. Tęsknię za nim; za naszym niepowtarzalnym, polskim Bałtykiem. Za jego zapachem. Za spokojem, który przynosi i który mnie napełnia. Za tym, jak mnie przemienia i jak umacnia. Morze, z którym się zaprzyjaźniłam dawno temu... 

Fot. Marcin Oleksa

Fot. Marcin Oleksa

Fot. Marcin Oleksa

Nie mogę odnaleźć smaku kawy. Tęsknię za miejscem, w którym ją piłam i za ludźmi, których tam zostawiłam. Ta tęsknota aż boli, tak fizycznie, dotkliwie. Brakuje mi ciepła, które tam mnie ogrzewało. Kwiatów, do których od rana się uśmiechałam. Zatrzymania, które przegoniło pośpiech, i energii, jaką czerpałam z tego miejsca. Brakuje mi rozkrzyczanych mew, które tak pięknie mnie budziły każdego ranka. Tęsknię za wieczornymi spacerami nad jeziorem i towarzystwem niefrasobliwych kaczek, wypływających z wysokich szuwarów. Za słowami księdza Andrzeja, w których jest ponadczasowa i ponadpokoleniowa mądrość. Za leśną aleją, która wcześnie rano rozbrzmiewa kumkaniem żab i ptasim świergotaniem. Potem tę ciszę i mowę natury zakłócają ludzie, którzy wszędzie wnoszą siebie i swoją krzykliwość. 

Wieczorny spacer zawsze zaczynał się od spotkania z kaczkami i łabędzią rodziną

Leśna aleja, która prowadzi do Dąbkowic


Kwiaty w "Marii" są wszędzie...


Tęsknię tak bardzo, że dziś rano zbudziłam się, mając pewność, że jestem tam. W Dąbkach, w pokoju 101; budzona zaglądającym w moje okno słońcem i nawoływaniem mew. Otworzyłam oczy i powitała mnie szarość za oknem i tutejsze "kra, kra" na widocznym z mojego balkonu kasztanowcu. 
Mój czas zatrzymał się tam. W nadmorskich Dąbkach, gdzie mam swoje miejsce na ziemi, do którego chcę wracać. 
A mój zegarek znowu odnalazł godzinę 7:00. Ciekawe, czy będzie chciał mi opowiedzieć, co tak silnie połączyło go właśnie z tą godziną i co na niej zostawił? Czego doświadczył? Dlaczego powraca właśnie do niej i na niej przystaje? Może Wam o tym napiszę, jeśli poznam tę tajemnicę. Tajemnicę mojego zegara. 
Monika A. Oleksa 

Ja i moje morze...


Przyłapana na pisaniu przez moją Czytelniczkę:) Zdjęcie zrobiła Lidka

Zdzisio na plaży w Dąbkach- wykonany przez Marcina i Miłoszka:)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Minął rok...

Fot.Marcin Oleksa


Słowo. Od niego wszystko się zaczęło. Dokładnie rok temu, 18 sierpnia 2012 roku, napisałam pierwsze słowo, skierowane właśnie do Ciebie. Zaprosiłam Cię na kawę w moim towarzystwie i na chwilę zatrzymania w tym biegu, który uprawiamy codziennie od świtu. Pisząc to pierwsze słowo w tym moim kąciku zadumania, myślałam o ludziach bliskich mojemu sercu. Ale pisałam je również dla Ciebie, choć wtedy jeszcze nie miałam pojęcia kim jesteś i gdzie czytasz te moje słowa wysyłane do Ciebie jak list w butelce. 
Dziś mija rok i moje zatrzymanie przy Tobie stało się nieodłączną częścią mojej codzienności. Dzięki Tobie, choć przez moment przestaję gnać i pędzić w pośpiechu, i znajduję czas na to, aby wypić niespieszną filiżankę kawy, lub kubek fusiastej herbaty (taką lubię najbardziej!). Odpoczywam, rozmawiając z Tobą. To, że wstępujesz tutaj, przysiadasz ze mną i czytasz to, co chciałam Ci powiedzieć, ma dla mnie ogromnie duże znaczenie. Dziękuję Ci za to, że jesteś ze mną. Dziękuję za to, że nie piję tej kawy sama. Dzięki Tobie czuję się otulona obecnością drugiego człowieka obok mnie, i jest mi z tym dobrze. 
Ten rok podarował mi niesamowicie dużo. Przede wszystkim przyniósł mi ludzi, o których istnieniu i wielkim sercu nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby nie to miejsce. Za to wszystko i za nich, wychwalam Internet, bo umiejętnie wykorzystany, potrafi przynieść wiele dobra. Pozwolisz, że przedstawię Ci garstkę tych, którzy pojawili się w moim życiu zupełnie nieoczekiwanie, połączeni tym miejscem, do którego i Ciebie najserdeczniej zapraszam? 
Karolina. "Nasza blogowa koleżanka", jak o niej napisała Natalia (Diunam). Zaczęło się od ortez i spontanicznego odruchu serca. Skończyło spotkaniem i znajomością, która trwa i za każdym razem zaskakuje dobrem, jakie z niej czerpiemy. Karolina ma w sobie radość życia pomimo ograniczeń własnego ciała; cieszą ją drobne rzeczy, których ktoś inny po prostu by nie zauważył. A poświęcenie i oddanie jej Mamy budzi ogromny szacunek; tym bardziej, że Pani Irena robi to z uśmiechem i bez uskarżania się na los, taki czy inny. Trudny, a jednak przyjęty z ufnością, bo przyniósł z sobą życie. A życia nigdy nie wolno zlekceważyć, jakiekolwiek by ono nie było. Uczę się od nich tej ufności i cieszenia się z drobiazgów, które potrafią uszczęśliwić jeśli tylko je odkryjemy.

Czerwcowa wizyta Karoliny i jej Mamy w Lublinie
 
Spacer nad wąwozem


To popołudnie na długo zostanie w pamięci naszej i Karoliny - zdjęcia: Michał Oleksa


Gabrysia. Nasza znajomość rozpoczęła się gdzieś na przełomie roku, gdy Stary żegnał się z Nowym i zostawiał go z ludzkimi nadziejami i oczekiwaniami. Gabrysia szybko zadomowiła się w moim kąciku i poczuła jak u siebie. Dzięki "listom", wysyłanym do siebie, nasza znajomość przerodziła się w coś głębszego. Moja przyjaciółka, Basia Smal mówi, że w takie relacje wchodzą ludzie z tej samej bajki. Odkryłyśmy tę bajkę z Gabrysią. Pomimo dzielącej nas odległości, jesteśmy blisko. Potrzebujemy tej bliskości, bo dużo nam ona daje. Ubogaca nas. Wzajemnie uzupełnia drugim człowiekiem i pomaga nam odkryć jego piękną duszę. Takie wewnętrzne piękno, o którym ostatnio napisała Basia. Gdyby nie ten blog i nie słowo, które kiedyś skierowałam do Gabrysi, a które ona przyjęła; dziś byłybyśmy sobie zupełnie obce. A stało się inaczej... Gabrysiu, dziękuję Ci za to, że jesteś, i dziś przytulam Cię najserdeczniej urodzinowo!
Natalia (Diunam) stała się dla mnie największą niespodzianką:) Dzielą nas setki kilometrów i szansa na nasze osobiste spotkanie była maleńka. Wiele miesięcy temu zauroczyła mnie delikatność Natalii i to, co i w jaki sposób miała do powiedzenia. W każdym z wymienianych między sobą e-maili, czułam to pokrewieństwo dusz, które nie zdarza się na codzień. Kiedyś napisałam Natalii, że bardzo chciałabym razem z nią wejść do Czerwonego Namiotu i porozmawiać, tak po prostu, o życiu i tym, co ze sobą niesie. Bardzo skromnie odpowiedziała mi, że być może miałyśmy się poznać właśnie po to, abym poprzez nią dotarła do Karoliny. Słowem nie pisnęła o swoich wakacyjnych planach, nie chcąc narzucać mi swojej obecności. Spotkałyśmy się w Dąbkach, miejscu, któremu ja oddałam część swojego serca, i w którym Natalia odpoczywała wraz ze swoimi cudnymi chłopakami. Spędziłyśmy ze sobą dwa niezapomniane tygodnie. Miałyśmy dużo czasu na rozmowę, spacery i wzajemne poznanie. Czułam się tak, jakbym dostała prezent, o którym tylko po cichutku myślałam, bojąc się wypowiedzieć tę myśl na głos. Dostałam więcej niż oczekiwałam. Za to wszystko, z całego serca dziękuję Ci, Natalio! 

Nasze niesamowite spotkanie w Dąbkach - Natalia i ja:)


Wspólna kawa, wypita naprawdę razem, właśnie w Dąbkach:)


Kornelię zaprosiłam do konkursu, który zorganizowałam na wiosnę. Dała się skusić konkursowi, a potem tak wygodnie sobie usiadła na tej mojej kanapie, że przy wspólnej herbatce zaczęłyśmy dużo ze sobą rozmawiać. O książkach i życiu; remontach i osobowości. O wszystkim, o czym nam się w danej chwili zachciało. Kornelia też jest z tej samej bajki, co odkryłyśmy już po wymianie pierwszych e-maili. Jest w niej szaleństwo młodości, z którego czerpię energię; a jednocześnie ogromna dojrzałość, dzięki której tak nam do siebie "po drodze". Spotkanie jeszcze przed nami, ale jest na co czekać, prawda Kornelio? 
Maria. Zjawiła się w moim życiu cichutko i skromnie. Najpierw poznała moją książkę, potem dopiero bloga. Zaczęło się od listów (tak pięknie Maria nazywa dłuższe e-maile; a mnie się to tak spodobało, że również zaczęłam w ten sposób o nich myśleć); skończyło spotkaniem i znajomością, która już gdzieś nas prowadzi. Mieszkamy w tym samym mieście, mamy tutaj te same ulubione miejsca i wiele nas łączy. Zafascynowała mnie jej osobowość, a historii Marii słuchałam jak urzeczona. Nasze spotkanie nie było przypadkiem, bo nie wierzę w przypadki. Było zapisane gdzieś w tym Wielkim Planie, a ja z ciekawością idę za tym i dziękuję Ci, Mario, za to, że się w tym moim życiu pojawiłaś:)
Krystyna (Cyrysia) pojawiła się też cichutko i równie jak Maria, skromnie. Przeczytałam piękną recenzję mojej książki na blogu Cyrysi i napisałam do niej kilka słów od serca. Krysia odpowiedziała i skorzystała z zaproszenia do tego miejsca, w którym jest częstym gościem. Między nami są słowa, dzięki którym poznajemy się lepiej. Ten wywiad, który u siebie przeprowadziła, był właśnie jej pomysłem. Za to wszystko, i po prostu za to, że jesteś, dziękuję Ci Krystyno!
Wiem, że nie zdołam wymienić wszystkich, których dzięki temu miejscu w pewien sposób poznałam. Jest ich wielu i bardzo cenię każdą tutaj obecność. Człowiek tak naprawdę potrafi odkryć to, co nosi w sobie, poprzez kontakt i przebywanie z innymi. Nie sztuką jest być dobrym i szlachetnym w samotności; sztuką jest odnaleźć w sobie to dobro w relacji z drugim człowiekiem. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne oczekiwania od życia i każdy patrzy na to życie inaczej. Ale każdy jest ważny i wyjątkowy. Imiona  wielu z Was znam, ale być może Twojego imienia jeszcze nie poznałam i nic o Tobie nie wiem. Nie muszę wiedzieć. Dla mnie ważne jest to, że przysiądziesz ze mną na chwilę i zatrzymasz się. Przymkniesz oczy i pomyślisz o tym, co miłe; o tym, czego pragniesz. O tym, co istotne. Nie musimy rozmawiać. Wystarczy, że pomilczymy razem - ja i Ty. Dobrze, że jesteś.   
Z okazji pierwszych urodzin, zapraszam do konkursu. Napisz w komentarzu, który post na tym blogu najbardziej Cię poruszył; jakie słowa najgłębiej zapadły Ci w pamięć, a może w serce, i dlaczego? Trzy wypowiedzi zostaną nagrodzone nagrodą - niespodzianką. Konkurs trwa równy miesiąc, do 18 września włącznie.
Dobrego tygodnia:)
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa


czwartek, 15 sierpnia 2013

Wieczorem

Fot. Marcin Oleksa


Dziś, na wieczorną chwilę letniego zatrzymania, dwa listy i coś na "deser":) Jeden list to wiersz, który dawno temu napisałam do mojego M. Wtedy już był moim mężem... Drugi, to list Jednej do Drugiej; zapraszam do zakładki:) A na deser dokładam wywiad, który na swoim blogu przeprowadziła Cyrysia - jej czytelnicy zadali pytania, a ja na nie odpowiedziałam. Co z tego wyszło... zajrzyj tutaj:) KLIK 

List do M. 
 
I tchnąłeś we mnie życie
i dałeś nadzieję
na przyjaźń
na miłość
na bliskość
na dni z tobą
dla ciebie
I uczyniłeś kobietę
pachnącą letnim marzeniem
Monika A. Oleksa 


Spokojnego wieczoru...


Fot. Marcin Oleksa

wtorek, 13 sierpnia 2013

Historia życiem napisana

Fot. Marcin Oleksa


Morze szumi niespokojnie, jakby kłócąc się z wiatrem. Łapczywe fale bez pytania zagarnęły część plaży, odsuwając ludzi nieco dalej od siebie, w stronę wydm. Na plaży nie ma dziś za wiele osób, chociaż słońce pokazuje się zza chmur od czasu do czasu; a gdy już wyjrzy zaciekawione, grzeje naprawdę przyjemnie. Przy samym brzegu, na dużych ręcznikach rozłożyła się para ludzi. Nie boją się wzburzenia morza ani chłodnego wiatru. Przytulili się do czyjegoś parawanu i do siebie, więc nie czują zimna. Kobieta jest bardzo szczupła. Ma krótkie, pomalowane na rudo włosy i twarz, która jaśnieje blaskiem odbijanym od zakochanych oczu. Utyka na jedną nogę i ma wyraźnie kłopoty z chodzeniem. Ale mężczyzna, z wyraźnie zarysowanym nad kąpielówkami brzuszkiem, patrzy na nią jak w obrazek. Starannie rozkłada ręcznik uważając, aby żadne ziarenko piasku nie dostało się na niego. Potem podchodzi do kobiety, a ona z czułością wmasowuje mu w plecy mleczko do opalania z filtrem. Odwracam wzrok, chociaż intryguje mnie ta para. Szanuję ich prywatność i nie chcę jej naruszać obserwowaniem. Nie mogę jednak nie patrzeć, gdy mężczyzna bierze kobietę na ręce i niesie ją nad morze. Delikatnie stawia na brzegu, a nadbiegająca fala dotyka jej bosych stóp. Kobieta uśmiecha się. Nie do morza, ale do mężczyzny. On uśmiecha się do niej i podnosi ją do góry, jak dziecko, któremu rodzic pomaga przeskakiwać przez fale, gdy jest jeszcze zupełnie małe. Mężczyzna robi to samo. Gdy fala zbliża się do brzegu, unosi kobietę do góry; a gdy odbiega, stawia ją na ziemi. Dzięki temu ona też może skakać przez fale i robi to z wdziękiem i radosnym śmiechem, który dobiega do mnie. Długa spódnica przykleja się do jej szczupłych nóg, których nie chce odsłaniać. Mężczyzna trzyma ją tak, jakby trzymał największy skarb. Widzę na ich twarzach szczęście, a we wpatrzonych w siebie oczach - miłość. I może nie byłoby w tym nic dziwnego; a przynajmniej nie na tyle, aby mogło mnie to zafascynować tak, że wzroku nie mogę od nich oderwać, gdyby nie wiek tej pary. To już nie są piękni dwudziesto ani trzydziestolatkowie. Oboje mają około pięćdziesięciu lat. Może są tuż przed tą granicą, może dopiero ją przekroczyli; ale trochę życia już przeżyli i wiele doświadczyli. Opadające lekko w dół kąciki ust kobiety mogą o tym zaświadczyć. O życiu, które nie było różami usłane. Smutne kąciki ust i surowość wypisana na twarzy opowiadają swoją, utrwaloną w nich, historię. Ale oczy tych dwojga mówią coś zupełnie innego. One krzyczą całemu światu, że miłość może zdarzyć się w każdym wieku, a jeśli się zdarzy, wcale nie musi się wypalić, spowszednieć, stać się rutyną, do której się przyzwyczajamy i którą przestajemy po wielu latach zauważać. Troska i czułość z jaką tych dwoje odnosi się do siebie, naprawdę dają nadzieję i świadectwo miłości składane przed światem. Bez słów, bo są niepotrzebne. 
"Każda miłość, naturalna czy nadprzyrodzona, urzeczywistnia się w spotkaniu dwu osób." C. Carretto
Kobieta przysypia. Sierpniowe popołudnie rozleniwia, a szum morza uspakaja. Leży na boku, z głową na wgłębieniu tuż powyżej biodra mężczyzny. On też leży. Podparty łokciem, wtula ją w siebie i patrzy, jak ona drzemie. Trwają tak razem, sycąc się sobą i swoją bliskością. Nawet nie zauważyli, kiedy obok nich rozłożyły się koce i parawany, leżaki i ręczniki. Nie widzą tego, bo trwają w tej bezsłownej bliskości, a ja patrzę na nich i zapisuję ich widok w pamięci, aby po powrocie, gdy tak bardzo zatęsknię za morzem, napisać o nich i ich świadectwie miłości. Nie mogę skupić się na pisaniu książki, bo wciąż na nich zerkam. I myślę o tym, co robimy z miłością, którą nam kiedyś ofiarowano? Czy potrafimy ją docenić; czy zapominamy, kim ta osoba, z którą dzielimy życie była kiedyś dla nas? Ile znaczyła, jak rozświetlały się nasze oczy na jej widok i z jaką czułością jej dotykaliśmy?

"Jak to się dzieje, że dwoje ludzi spotyka się
i czują się tak sobie bliscy,
że pewnego dnia, w cichej, spokojnej sympatii,
albo też w namiętnym zachwycie,
wspólnie przez życie iść pragną?
To jest tajemnica. 

Gdy się kogoś chętnie widuje
to wcześniej czy później,
spotka się jego lub ją - choćby nawet we śnie. 
Miłości nie można udowodnić. 
Miłość nie zna logiki. 
Nie możesz dokładnie powiedzieć, 
co oczarowało cię w tej drugiej osobie
i przy każdym spotkaniu
twoje serce biło szybciej. 
Dom znaleźliście sobie dużo wcześniej, 
niz zamieszkaliście wspólnie. 
Wrastaliście w swoje życie nawzajem. 
Czuliście się ze sobą dobrze. 
Czuliście się dobrze
w tej wielkiej tajemnicy, 
która nazywa się miłością." 
Phil Bosmans

Zbliża się piąta, słońce zeszło niżej. Mężczyzna poszedł się kąpać. Kobieta wstała i z uniesioną nad oczy dłonią, patrzy na niego. Nie pozwala mu zniknąć z zasięgu wzroku. Uśmiecha się i czeka na niego. Morze powoli się wygładza, fale są spokojniejsze. Mężczyzna wychodzi, a czekająca na niego kobieta delikatnie wyciera go ręcznikiem. Teraz on jest jak dziecko, a ona przejmuje rolę czułej matki. Uśmiecha się do niego, a on patrzy tylko na nią. Powoli zbierają się do odejścia. To już koniec mojego seansu. Patrzę za nimi, jak wsparci o siebie, powoli ruszają w stronę schodów. Zabierają ze sobą to, co jest między nimi - radość z bycia razem, czuły dotyk, bliskość, która łączy i wypisaną w ich oczach miłość, której się nie wstydzą. Wiem, że muszę o nich napisać i opowiedzieć o historii, którą napisało życie. Kilka dni później spotkałam ich nad jeziorem. Fotografowali się na jego tle, z kaczkami, które tam mieszkają na stałe. W ich oczach wciąż była ta łagodność i uczucie, które potrafi przezwyciężyć wszystko. Chciałabym, aby mój mąż mógł zawsze odnaleźć to w moich oczach i abym nigdy nie zapomniała o tym, co nas połączyło. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
      


Fot. Marcin Oleksa

niedziela, 11 sierpnia 2013

Cóż powiedzieć... żal odjeżdżać

Fot. Marcin Oleksa


Smutny pstrąg patrzy na mnie z papierowej tacki niewidzącymi oczami. Smakuje wyśmienicie, uwędzony na ciepło w kotle na czereśniowo-wiśniowych wiórach. Jest tak delikatny, że rozpływa się w ustach, a jego smak na długo pozostaje na języku i w pamięci. Podobnie jak wszystkie dni, które tu spędziłam. W moich Dąbkach. Czas oddany całkowicie pisaniu książki i spotkaniom z ludźmi, z których każdy jest wyjątkowy, inny, ciekawy, niepowtarzalny. Tak samo niepowtarzalne były te wszystkie chwile, które tu spędziłam z tymi, których kocham. 
Każdy dzień nad morzem witał mnie krzykiem budzących mnie mew. Lubię to, te mewy i rześki poranek, który jest zapowiedzią długiego i dobrego dnia. Bez względu na to, czy dzień jest pogodny, czy pochmurny lub deszczowy, każdy jest dobry, bo przecież ta letnia radość tak naprawdę jest we mnie i nie zależy od pogody.  

Zasmucony moim odjazdem pstrąg :(


W tym miejscu codziennie siedziałam, pijąc kawę...

Morze szumi na pożegnanie i przypomina mi o swojej niezmienności i o tym, że ono wciąż tu będzie i czeka na mnie; podobnie jak ci, których z ciężkim sercem tutaj zostawiam. 
Za szybą samochodu rozpadał się deszcz, zupełnie jakby czuł mój smutek pożegnania. Zostawiam tu wszystko - mój leżaczek, mewy, znajome kąty, alejki i dróżki, kaczki i łabędzie. Zostawiam tych, do których serce już się rwie, bo przez tyle lat stali się częścią mojego życia - Marysię, której ciepło otula, i która jest dla mnie... Ty sama Marysiu wiesz najlepiej, kim jesteś w moim życiu! Franciszka, jego ogromną życzliwość i pasjonujące historie, które opowiada tak obrazowo, że mam wrażenie, iż oglądam film; Alę, która swoje ogromne zaangażowanie i oddanie pensjonatowi i wypoczywającym tu gościom, przypłaca własnym zdrowiem i osłabionym sercem (Ala dopilnuje każdy szczegół, wystarczy, że ktoś chociaż raz tutaj wypoczywał, nieważne ile lat temu; ona pamięta, który pokój ma przydzielić i który stolik na jadalni; pamięta także jakie dany wczasowicz ma wymagania i wspólnie z całą załogą DW "Maria" stara się je zaspokoić). Ala to bardzo dobry i wrażliwy człowiek, podobnie jak Marysia. A takim ludziom, niestety, dostaje się najbardziej... Moje Dąbki to również ksiądz Andrzej, tutejszy "wiejski" proboszcz, jak sam o sobie mówi. Wielki przyjaciel naszej rodziny; człowiek, który potrafi uleczyć obolałą czy zagubioną duszę, ale wcześniej robi w niej rewolucję. Człowiek, który nie boi się mocnych słów i zawsze pozostaje sobą. Ksiądz Andrzej zna człowieka i jego słabości, z których sam doskonale zdaje sobie sprawę. 

Maria jest dla mnie kimś zupełnie wyjątkowym; kimś, kto zajmuje w moim sercu ogromnie dużo miejsca

Serdeczność Franciszka promieniuje od niego


Maria i Franciszek Sawiccy; ludzie, którzy stworzyli miejsce, które stało się moim drugim domem

Alicja; dobry anioł "Marii"
  
Ksiądz Andrzej, wielki przyjaciel naszej rodziny

Kiedy jest mi źle, a codzienność się tak rozpędza, że nie nadążam w tym biegu za nią; przystaję, zamykam oczy i wracam tam, gdzie kojąco szumi morze. Widzę jego wzburzone falowanie lub spokojną taflę w bezwietrzny dzień; czuję na twarzy kropelki morskiej bryzy i zapach naszego polskiego Bałtyku. Chłodna woda dotyka moich stóp. Czasami robi to nieśmiało, innym razem zachłannie; ucieka przede mną i wraca, bawiąc się w berka, jak to określiła moja siostrzenica. Od hałasu miasta uciekam w ciszę leśnej alei, biegnącej wzdłuż jeziora Bukowo. Sześciokilometrowa aleja, otoczona z obu stron przez iglasto - liściasty las, rozdziela morze od jeziora i prowadzi do przekopu; miejsca, gdzie to morze z jego słoną wodą łączy się ze słodką wodą jeziora. Są dni, kiedy przekop jest zamknięty, a morze i jezioro uwięzione; ale gdy mocniej popada, obie wody łączą się w jedno, zupełnie jak mąż i żona, i wtedy nie da się przejść suchą nogą z jednej strony plaży na drugą. 


Jezioro Bukowo; królestwo kaczek i łabędzi

Las, rozdzielający morze od jeziora

Droga prowadząca do zejścia na plażę


Wieczorne spotkanie z kaczkami i łabędzią rodziną nad jeziorem, nocne słuchanie świerszczy na tarasie, ciepły blask ogniska i zapach pieczonych ziemniaków i kiełbasek; kolacja rybna, na którą czeka każdy, kto choć raz wypoczywał w Domu Wypoczynkowym "Maria"; spotkania, rozmowy; tym wszystkim nasiąkałam przez ten mój czas tutaj, w Dąbkach. Ze sobą wywożę trzy czwarte napisanej książki. Kiedy zapragnę spokoju potrzebnego do jej dokończenia, ucieknę do mojego Nałęczowa i Kazimierza. One też oddają mi swoje zatrzymanie, które wykorzystam, dopisując ostatnie rozdziały i zdania.  A moje Dąbki... tęsknią, i ja tęsknię. Ale wrócę tam. Niedługo:) 
Monika A. Oleksa 


Główna ulica Dąbek, Darłowska

Morze, za którym już tęsknię... Fot. Marcin Oleksa

Pozdrawiam Was, jeszcze znad morza... Fot. Marcin Oleksa