niedziela, 29 września 2013

Biegnę. Pędzę. Brak mi tchu.

Fot. Michał Oleksa


W jednej ze swoich ponadczasowych piosenek Elvis Presley zaśpiewał: "Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś, że tylko głupcy się spieszą." Minęło tyle lat, a te słowa wciąż są prawdą; dziś może bardziej wymowną niż kiedyś. 
Pośpiech. Niejednokrotnie o nim pisałam. I wciąż do niego wracam, bo mnie gubi. Przeszkadza. Uwiera. Drażni. Popędza, a tego nie lubię. Narzuca tempo, za którym nie nadążam i sprawia, że czasami po prostu wariuję!
Lubię celebrować chwile. Lubię zatrzymać się z jesienią i pogapić na liść leżący pod moimi stopami, czy drzewo, które tak pięknie się wystroiło, jak kobieta czekająca na kogoś ważnego i bliskiego. Lubię długie spacery z moją Mattie, kiedy obie mamy ten czas dla siebie i możemy ze sobą pogadać, pobawić się, przywitać z innymi czworonogami i, bez względu na pogodę, nacieszyć się otaczającym nas światem, który zawsze się do nas uśmiecha. Lubię przystanąć i porozmawiać z sąsiadką, nie dając jej do zrozumienia, że się spieszę i że jej sprawy niewiele mnie obchodzą. Bo obchodzą. 
Nie lubię patrzeć w smutne oczy mojej Babci, która pyta: "Musisz już iść?" Przy niej staram się nie spieszyć, ale to trudne, gdy muszę być w pracy na czas. Nie cierpię się spóźniać. Staram się szanować czas ludzi, którzy na mnie czekają wiedząc, jak jest cenny. Nie lubię żyć pod presją okrągłej tarczy, po której nieubłaganie przesuwają się wskazówki. Nie lubię tego wyścigu, w który wyruszam każdego ranka, chcąc dotrzymać kroku uciekającym przede mną godzinom. Nie lubię słów: "Na już." "Na wczoraj." "Na dzisiaj." "Na zaraz." "Powinnam." "Muszę." "Trzeba." "Należy." Nie lubię słów: "Nie mam czasu", bo staram się go znaleźć na wszystko, co dla mnie ważne. Jakiś czas temu przewartościowałam swoje życie i wybrałam z niego to, co cenne. To, co przeszkadzało i zajmowało niepotrzebnie moją uwagę, odrzuciłam. Dzięki temu jest we mnie więcej spokoju, ale pośpiechu ze swojego życia wyeliminować nie potrafię. 
"Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy kołyską a grobem; czas- to miejsce na zaparkowanie pod słońcem." napisał Phil Bosmans. Zgadzam się z nim. Pod tym słońcem jest wiele szczegółów, które mi umkną, gdy nie przestanę pędzić. Wiem o tym. I wiem również, że w tych właśnie szczegółach zamknięte jest całe piękno życia. To, co najważniejsze. 


Fot. Michał Oleksa

"Jesteś tutaj zaledwie chwilę, jedyny raz zjawiasz się
zrób co możesz, ale nie tyle, by cię ktoś zapamiętał źle;
pozwól sobie na dar zdumienia, a znajdziesz sens, ufaj mi;
zrób co możesz, by twe istnienie, było cenne jak kropla krwi."

Te piękne i głębokie słowa wyśpiewała Anna Maria Jopek ("Zrób, co możesz"), w której piosenkach się zasłuchuję; przy niej się uspakajam i nabieram dystansu do życia i do samej siebie. Zwalniam. Słucham. Obserwuję. Zauważam. Ludzi wokół mnie. Ich uśmiech, który odwzajemniam. Ich nieme wołanie: Jestem! Potrzebuję cię! Patrzę uważnie, aby nie zdeptać kasztana z brązową, lśniącą skórką i liścia ubarwionego jesienną tęczą kolorów. Biegnąc, rozglądam się dookoła, aby niczego nie przeoczyć. Nie zlekceważyć. Dostrzec, pomimo tempa, które narzuca życie. Nie dostanę dodatkowych godzin do podarowanych mi dwudziestu czterech; nie sprawię, aby moje życie zwolniło i pozwoliło mi celebrować każdą chwilę; ale mogę mieć wpływ na jego jakość i to, co będzie w sobie zawierał mój dzień - czy będzie tylko zwykłym maratonem; czy biegiem z przeszkodami, które jednak sprawiają satysfakcję, gdy uda nam się z nimi uporać i przejść przez nie, często przełamując granice własnej słabości. Uważnie pochylić się nad tym, co zależy od każdego z nas; być wrażliwym na to, co jest obok mnie; otworzyć szeroko oczy na świat, który pomimo jesiennej wilgoci za oknem jest piękny i potrafi nas tym pięknem zachwycić i obdarować; oraz odkryć sens tego, co dziś, teraz i tu - pomoże Tobie i mnie, pomimo pośpiechu, do którego popycha nas współczesny świat, dostrzec, że życie naprawdę jest darem, za który powinniśmy być wdzięczni, i że można przeżyć je pięknie, nawet spiesząc się do spraw, które wciąż przed nami... 
Monika A. Oleksa        



Fot. Michał Oleksa



Fot. Michał Oleksa



A ja tam się nigdzie nie spieszę... Łatek pozdrawia z Dąbek:)

czwartek, 26 września 2013

Literackie czwartki: Niebo w kruszonce

Kazimierz osnuty jesienną mgłą...


Kuba stał w drzwiach kuchni patrząc na Agnieszkę, która drewnianą łyżką wyrabiała ciasto drożdżowe w misce. Jej opalone ramiona przypominały mu jeszcze lato, które spędzili wędrując po górach. Agnieszka pokazała mu wszystkie te miejsca, jakie przemierzała razem z Romanem. Zabrała Kubę w podróż do samej siebie i krok po kroku, z dłonią w jego ręce, zbierała pogubione kawałki życia, jakie tu zostawiła. Już nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy. Nie oceniała i nie analizowała. Nie próbowała zrozumieć czegoś, co było ponad jej siły. Przyjęła prawdę taką, jaką dostała i zaakceptowała ją. Nadal była córką Teresy i Romana, twardą góralką, którą nie jest łatwo złamać. W prezencie od życia dostała jednak coś jeszcze - rodzinę, której się nie spodziewała i która przyjęła ją, jakby Agnieszka od zawsze w niej była. 
To ciasto, które już niedługo zacznie obłędnie pachnieć i wypełni całe mieszkanie zapachem ciepłego domu, było pieczone specjalnie dla Macieja. Wybierali się jeszcze dziś do Nałęczowa i zamierzali zostać tam aż do niedzieli. Całe trzy wrześniowe dni, z dala od pracy, którą oboje żyli na codzień. 
Kuba polubił te krótkie wypady do Nałęczowa. Odpoczywał tam, zupełnie jak w rodzinnym domu. Agnieszka tam po prostu kwitła. Ciepło domu Magdy i Macieja wypełniało ją i sprawiało, że jaśniała. Promieniała i roztapiała się w miłości, jaką ją tam zasypywano. Kuba wiedział, że w tej chwili i na tym etapie życia na jakim była teraz Agnieszka, tego właśnie potrzebowała najbardziej, a on sam nie byłby w stanie jej tym obdarować w takiej ilości, jaką ofiarowała Agnieszce Małgosia i jej bliscy. 
Agnieszka odwróciła się i widząc wpatrującego się w nią Kubę, uśmiechnęła się. 
- Długo tak stoisz? - spytała, starając się zdmuchnąć z czoła wpadającą do oczu grzywkę. 
- Jakiś czas - odpowiedział, patrząc na nią z czułością, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczał przy żadnej kobiecie. 
- I co wymyśliłeś, stojąc tak i patrząc? - spytała z przekornym błyskiem w oku.
- Że jestem szczęściarzem - odpowiedział krótko. 
Zarumieniła się, a Kuba pomyślał, że jest po prostu urocza, z tym całym swoim wdziękiem i urodą, z której nie zdawała sobie sprawy. 
- Jeśli chcesz się podlizać, to informuję cię, że ciepłego ciasta nie dostaniesz. Jak trochę przestygnie, pakujemy blaszkę do samochodu i jedziemy. 
- Jeden malutki kawałek - zrobił minę proszącego psa. Agnieszka wybuchnęła śmiechem. 
- To opłucz śliwki i wydłub z nich pestki. Zastanowię się. 
Kuba oderwał się od futryny, o którą się opierał, podszedł do Agnieszki i pocałował jej przyprószony mąką nos. 
Lubił te chwile, które spędzali razem. Nie mieli ich dużo. Studia Agnieszki i jej praca w biurze projektowym pochłaniały dużo jej czasu. Kuba spędzał wieczory w Poetce, doglądając wszystkiego i starając się, aby lokal przyciągał jak najwięcej ludzi, zachowując jednocześnie swój niepowtarzalny klimat, nad którym wspólnie z Agnieszką pracowali. Mijali się, będąc w kontakcie esemesowym i telefonicznym w ciągu dnia; dlatego chwile, które mogli spędzić razem, po prostu celebrowali. 
- Wyjmij mi jeszcze przyprawę korzenną, Kubuś. Jest w tej górnej szafce, nad moją kolekcją herbat. 
Kuba odstawił opłukane i wydrążone z pestek śliwki, i sięgnął po przyprawę, o którą prosiła Agnieszka. Uwielbiał to ciasto ze śliwkami i z kruszonką, które wypiekała jesienią. W Poetce znikało najszybciej. Zapach korzennej przyprawy długo unosił się w domu czy lokalu, dając uczucie ciepła i spokoju. Z tym drożdżowym ciastem ze śliwkami jesień smakowała wyśmienicie, a kruszonka, którą było obsypane, pozwalała choć na chwilę oderwać się od chłodu, jaki nadszedł wraz z wrześniem i poczuć niebo, które dla Kuby zamknięte było właśnie w tej kruszonce i w oczach Agnieszki, w których rok temu utonął, już na dobre. Wierzył, że na zawsze. 
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa


Literackie czwartki to mój pomysł na to, aby przetrwać chłodną jesień i mroźną zimę, i poogrzewać każdego z Was ciepłem moich słów. Dzisiaj ten literacki czwartek połączył się z Przepisami ze Szczyptą Miłości:) Przepis na drożdżowe ciasto ze śliwkami znajdziecie w zakładce:) Zawsze wychodzi! 
Agnieszka i Kuba to bohaterowie mojej książki "Ciemna strona miłości". Ci, którzy czytali; już ich znają. Tych, którzy jeszcze nie czytali - zapraszam serdecznie do zaprzyjaźnienia się z nimi:) Powoli układają mi się w głowie dalsze losy moich bohaterów. Jak tylko skończę Samotność, pozwolę się poprowadzić Małgosi, Agnieszce i Maciejowi... trochę się będzie działo:)
Pozdrawiam cieplutko:) 
M.   


Żegnamy czaple i motyle...

wtorek, 24 września 2013

Spotkajmy się:)

Fot. Marcin Oleksa


"Proces zbliżania się do drugiej osoby opiera się na zasadzie trzech kroków: 1-wyciągnij rękę; 2- zwróć uwagę na rękę drugiej osoby; 3-kontynuuj to, co zacząłeś; zatrzymaj się, albo wycofaj, w zależności od napotkanej reakcji." Lady Penelope

Wyciągam rękę i uważnie zwracam uwagę na Wasze ręce. Zazwyczaj są serdeczne i wyciągają się w odpowiedzi na moją dłoń lub otwarte ramiona. Dostaję od Was tyle ciepła, że zupełnie nie przejmuję się jesienną pluchą i zamierzam celebrować każdy październikowy dzień tak, jakby był świętem. Październik to mój ukochany miesiąc. W tym roku jest szczególny, bo będę miała okazję spotkać wielu moich czytelników i przyjaciół. Zapraszam serdecznie na spotkania autorskie i wieczory literackie - 10 października w Lublinie, na Starym Mieście, w Pożegnaniu z Afryką, ul. Złota 3 (Muzeum Literatury im. Józefa Czechowicza) o godz. 17.00. Fragmenty moich książek będzie czytała, między innymi,  Basia Smal, moja Przyjaciółka i Wielki Człowiek, o sercu wrażliwym na innych i potrafiącym w każdym dostrzec piękno, które nosimy w sobie; a także Kasia Brzezicka, z wrażliwą artystyczną duszą, z której wypływają słowa spisane w wierszach i wplecione w treść piosenek, które potrafi zaśpiewać tak, jak ja pisać:)
Na kolejne spotkania zapraszam w warszawskich bibliotekach- 16 października, godz. 16.00; Wypożyczalnia nr 89, ul. Grochowska 202; 16 października, godz. 18.00; Wypożyczalnia nr 100, ul. Zwycięzców 46.  
17 października, godz. 13.00; Wypożyczalnia nr 90, ul. Rozłucka 11a; 17 października, godz. 17.00; Wypożyczalnia nr 66, ul. Angorska 14. 
Spotkamy się?
Monika A. Oleksa
 

Fot. Marcin Oleksa


Taki będzie ten październik:)

niedziela, 22 września 2013

Pożegnać czaple i motyle

Fot. Marcin Oleksa


Nosimy w sobie tę jesienną nostalgię gdzieś pod skórą. Gubimy się w umykających, coraz krótszych dniach i wzdychamy za latem, po którym pozostała nam jeszcze opalenizna i piegi na nosie. Tęsknimy, spoglądając ze smutkiem w okno, za którym pada deszcz, wspominając jeszcze tak niedawną pieszczotę słońca i energię od samego rana, gdy witało nas uśmiechnięte lato. Coraz trudniej wstać z łóżka i zacząć dzień; coraz trudniej nieść ten życiowy bagaż przez zapłakane deszczem dni i coraz trudniej uśmiechać się do ciemnych wieczorów, po których nadchodzi zimna noc i chłodny poranek. I można tak bez końca narzekać, że jesień; że chłód; że znów trzeba zaczynać wszystko od nowa i biegiem gnać przez życie. Można; ale można też inaczej. 
Można po prostu zachwycić się jesienią i tą całą gamą barw i smaków, które nam przynosi. Można uśmiechnąć się do spadającego liścia, który zatrzymał się na naszym ramieniu, jakby chciał nam szepnąć, że z jesienią nam do twarzy; i schylić się po kasztana, który potoczył się pod nasze stopy i zamrugał do nas swoim białym oczkiem. Dojrzałe śliwki, gruszki, jabłka i brzoskwinie ociekają lepkim i słodkim sokiem, a szarlotka nigdy nie smakuje tak wyśmienicie, jak właśnie jesienią. Zwykła osiedlowa alejka zamienia się w szpaler wystrojonych odświętnie drzew, a my mamy okazję poczuć się jak ktoś naprawdę wyjątkowy, spacerując po uścielonym z liści dywanie. To wszystko dostajemy zupełnie za darmo. Z miłości. Do Ciebie, do mnie. Do niej. Do niego. Do każdego z nas. 
Świat jesienią jest naprawdę piękny. Zachwyca, zatrzymuje. Chce nam zrekompensować listopadową pluchę, na którą wiecznie narzekamy. I robi to subtelnie, z delikatnością pajęczych nitek wplątujących się we włosy, ale nie zawsze dajemy mu szansę pochwycenia nas w biegu, do którego wyruszamy codziennie rano. Wygodniej przymknąć zaspane oczy, zasunąć zamek kurtki aż po samą brodę i przebiec; myśląc tylko o kawie, która ma dodać energii i przywrócić chęć do życia i do tego, aby się chciało. A przecież to wszystko jest w nas - ta radość życia, pogoda, słoneczne promyki; świadomość, że mogę wszystko i dam radę, pomimo przeciwności i kłód pod nogami; pomimo słoty, zimna, krótkich dni i pochmurnych poranków. Nawet jeśli za oknem pada, wokół mnie może być ciepło i słonecznie. Mogę przywitać każdy dzień miłym: Dzień dobry! Cieszę się, że znów jesteś, poranku! Mogę się uśmiechnąć sama do siebie, patrząc w lustro, i mogę nie marudzić, że mi się nie chce. Rano wstać. Wyjśc z domu. Wejść między mokre krople deszczu i stłoczonych przy sobie ludzi. Pracować. Rozmawiać. Uśmiechać się. Być miłym. Uprzejmym. Kogoś kochać. Kogoś innego polubić. Komuś szepnąć coś dobrego. Żyć. 
Mogę inaczej. Po swojemu. Zobaczyć słońce tam, gdzie go akurat nie ma. Ogrzać zziębnięte dłonie kogoś, dla kogo jesień to czas smutku, samotności, nostalgii, a często depresji. Mogę usłyszeć w kroplach deszczu melodię, którą skomponował specjalnie dla mnie Wielki Mistrz. Podnieść liść, który może okazać się listem. Zamknąć w dłoni kasztan, który dla mnie nieodmiennie jest cudem stworzenia - z delikatnego kwiatu rodzi się twarda, brązowa skorupka, otulona kolczastą skórką. Każdy kasztan to dla mnie obietnica. Czegoś dobrego. Czegoś, co mnie uraduje. Umocni. Sprawi niespodziankę. Zamykam je w dłoni i kolekcjonuję. Układam na biurku, chowam do torebki, wożę ze sobą w samochodzie. Każdy z nich uśmiecha się do mnie pogodną, jesienną nutą i przypomina, że piękno życia jest w nas i jeśli nie znajdziemy jego tęczowych kolorów w sobie, nie dostrzeżemy ich również na zewnątrz. I każda jesień będzie po prostu listopadem, a my będziemy żegnać czaple i motyle ze smutkiem, bez nadziei na ponowne spotkanie wiosną. 
Zachwyć się jesienią i wyciągnij ręce po to, co ci przynosi i czym chce cię obdarować. 
Monika A. Oleksa 


Przywitaj jesień z uśmiechem, tak jak ja:)





Fot. Marcin Oleksa



Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 19 września 2013

Literackie czwartki: Samotność

Fot. Marcin Oleksa



Witam w kolejny, literacki czwartek. Dziś fragment mojej najnowszej książki, która zmierza ku zakończeniu; dedykuję go właśnie Tobie, w podziękowaniu za to, że jesteś ze mną; że tu zaglądasz, że czytasz te moje myśli, którymi dzielę się z Tobą z potrzeby serca. Dziękuję za to, że jesteś. 
W ręce Marii, Ejotka, Dizzy, Kwiatusi i Kasi oddaję nagrody niespodzianki za piękne komentarze, którymi podzieliłyście się ze mną. Dziękuję za te słowa i Waszą tutaj obecność. Basię, Gabrysię i Kornelię ściskam mocno; o Was, kochane też nie zapomnę:) Wszystkich najserdeczniej pozdrawiam i dzielę się słowami, którymi chcę choć trochę ogrzać ten chłód za oknem.


Fot. Marcin Oleksa


Samotność przysiadła zmęczona na ławce, obok skulonej kobiety. Noc była chłodna, a kobieta, pomimo tego, że miała na sobie sweter, najwyraźniej zmarzła, bo objęła się ramionami zupełnie jakby chciała samą siebie przytulić. Na jej zaróżowionych od zimna policzkach pozostały wilgotne ślady łez. W oczach kobiety Samotność dostrzegła pustkę. I strach. Znała to. Zbyt często spotykała takie kobiety, które patrzyły na nią niewidzącymi oczami i szeptały czyjeś imię z tęsknotą i żalem, że jest tylko Samotnością. Ta kobieta też nosiła czyjeś imię wypisane w sercu. To serce. Zwykły mięsień, pompujący krew, a jednak niezwykły poprzez ogrom uczuć, jakie potrafi w sobie pomieścić. Jedyny taki organ człowieka, który najłatwiej zranić, a najtrudniej uleczyć. Jedyny, który potrafi objąć sobą setki ludzkich istnień. Nawet szeroko rozłożone ramiona tego nie potrafią. 
Samotność zazdrościła sercu tego, że potrafi kochać. Ona umiała jedynie tęsknić. W sercu było życie; w niej była tylko pustka. Z sercem człowiek potrafił się kłócić i wyrzucać mu, że jest głupie i ciągnie tam, gdzie nie powinno. Z Samotnością nikt nie chciał nawet rozmawiać. Żaden człowiek nie czuł się dobrze w jej obecności.
Nie rozumiała tego. Przychodziła, aby wypełnić sobą pustkę. Ludzie nie potrafili żyć sami dla siebie, ale życie z innymi nie zawsze im wychodziło. Samotność zawsze miała czyjeś imię; szeptane cicho w pustej przestrzeni czterech ścian; wypłakiwane w poduszkę, ciężką od myśli krążących po głowie; wykrzyczane w bezsilności, aby zwrócić na siebie uwagę. Tylko człowiek skazywał na samotność drugiego człowieka i tylko człowiek mógł tę pustkę zapełnić. Ludzie obrażali się na Boga i odwracali do siebie plecami. W jednym domu żyli tak, jakby się zupełnie nie znali. Od ścian wspólnego mieszkania odbijała się cisza i obojętność. Człowiek krzywdził człowieka, bo nie potrafił go zrozumieć. Wysłuchać. Zatrzymać się przy nim. Wybaczyć. 
Tę kobietę, przy której przysiadła Samotność, też ktoś skrzywdził. Samotność widziała ludzkie rozdarte serca. Serce tej kobiety płakało i było tak wrażliwe na dotyk, że przyjęłoby teraz przypadkową czułość, gdyby ktoś chciał ją w tym momencie ofiarować. Samotność nie mogła się powstrzymać; wyciągnęła ręce i przytuliła zmarzniętą kobietę. Otuliła ją sobą, dając ukojenie. Na chwilę. Na krótki moment. Na czas zapomnienia. Na teraz. Bo "potem" już nie od niej zależało, tylko od siły, jaką ta kobieta nosiła w sobie... 
Monika A. Oleksa 


Do zobaczenia... wkrótce:)
 

niedziela, 15 września 2013

Słowo na dobry początek tygodnia

Fot. Marcin Oleksa



"Każdego ranka
stań obydwiema nogami mocno na ziemi
i powiedz: "Kochany, dobry poranku!
Cieszę się, że znów jesteś.
Dzisiaj nie będzie ani jednej żałosnej miny.
Wiem, że ze smutnego ponuraka
nikt nie ma żadnego pożytku.
Słońce świeci, zapowiada się piękny dzień.
Chcę być wdzięczny.
Niech moje serce będzie wolne od nienawiści i zazdrości."


Fot. Marcin Oleksa

Każdego wieczora, postaw kropkę
i przerzuć stronicę.
Inaczej beznadziejnie ugrzęźniesz.
Oddajmy co wieczór swoją stronicę
z jej prostymi i krzywymi znakami,
a nawet niezapisaną. Taką jaka jest.
Złóżmy ją w dłonie Ojca.
Dzień następny można wtedy zaczynać od nowa.


Fot. Marcin Oleksa
 
Kto potrafi cieszyć się szczerze udanym dniem,
ten ma lepsze szanse w dniu niedobrym."
Phil Bosmans


Fot. Marcin Oleksa


Życzę Ci bardzo dobrego tygodnia. Będzie taki, jeśli każdemu dniu dasz szansę, by przyniósł Ci coś dobrego. Słoneczne promyki radości zdarzają się w Twoim życiu codziennie. Musisz tylko patrzeć uważnie, aby ich nie przeoczyć... Do zobaczenia, tutaj:)
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa
 

sobota, 14 września 2013

Mydlana panienka

Mattie z przyjacielem:)


Co ta pachnąca kostka ma takiego w sobie, że nie mogę się jej oprzeć? No, po prostu magnetyzuje, przyciąga, pachnie oszałamiająco i sprawia, że muszę ją po cichu wynieść z łazienki i zakopać w swoim kojcu. Potrafię to zrobić tak sprytnie, że nikt nawet się nie zorientuje, dopóki nie trafi na pustkę w miejscu, gdzie dotąd było mydło. Mydło. Tak tę pachnącą kostkę nazywa Pani, która krzyczy na cały dom: "Kto zabrał mydło z łazienki?" Oczywiście leżę wtedy grzecznie i cichutko; i wcale się nie odzywam mając nadzieję, że o mnie zapomną. Stara dobra metoda. Jak nie wchodzisz komuś w oczy, o nic cię nie podejrzewają. Tylko, że na Panią to nie działa. Odkąd wygrzebała mydło z mojego kojca, teraz zawsze jest na mnie. Pada komenda: "Mattie, oddaj mydło!", i na nic się zdają słodkie oczka i mina niewiniątka. Pachnąca kostka zostaje mi odebrana, a Pani patrzy na mnie i za każdym razem powtarza: "Ty mydlana panienko."


Mattie na wakacjach:)


Nie wiem w jakim celu Mattie "kradnie" mydło i co takiego jest w jego zapachu, że ją przyciąga jak magnez, ale za każdym razem wpycha je nosem w kąt swojego kojca i chyba traktuje je jak zdobycz. Pamiętam jak zrobiła to po raz pierwszy - nieźle mnie wtedy wystraszyła. Miałam przed oczami wizję Mattie puszczającej pyskiem mydlane bańki i obawiałam się nieprzespanej nocy, którą obie spędzimy na dworze! Nie mogłam tylko pojąć jak to się stało, że zjadła cały kawałek i nie zostawiła po nim śladu?! Po kilku dniach znalazłam różowe mydełko o różanym zapachu schowane głęboko i dobrze zabezpieczone kocem. Od tej pory już wiem gdzie szukać:) Podobny numer wycięła w czasie remontu łazienki. Nasz znajomy, który nam ten remont robił, chciał się opłukać po skończonej pracy. Kostka mydła leżała na stołku, tuż przy zlewie. Walduś namoczył się i sięgnął ręką po mydło, ale natrafił jedynie na pusty stołek. Mattie zwinęła pachnącą kostkę po angielsku - cichutko i bez uprzedzenia:) Moja mydlana panienka. 


Mattie jest ogromnie ciekawa świata...

Mattie i ja żyjemy w symbiozie i rozumiemy się bez słów. Po mojej przedłużającej się nieobecności w domu, przez długi czas musiałam walczyć o jej uczucia. Uraziłam ją swoim wyjazdem i tym, że na tak długo ją zostawiłam i wyraźnie mi to zakomunikowała. Mojego M. witała długo i wylewnie, mnie tylko pacnęła nosem i dwa razy machnęła ogonem. W czasie burzy, chowając się w naszym łóżku, wpychała się między mnie a M., chcąc być jak najbliżej ukochanego pana. Bo on jej nie zostawił. I nie zawiódł, tak jak ja. 
Wróciłam do psich łask po dwóch tygodniach, kiedy Mattie przekonała się, że już jestem na dobre i że jeśli nawet wychodzę, to wracam do niej, z obowiązkową porcją pieszczot, których domaga się nieustannie. Znowu chodzi za mną krok w krok i kładzie się wiernie tam, gdzie akurat przebywam. Do łazienki też chodzimy razem:) Najbardziej lubi leżeć przy mnie, gdy pracuję. Ja siedzę przy biurku, a ona kładzie się przy moich nogach, grzejąc mnie ciepłem swojego futerka i swojej miłości. To puchate serduszko ma w sobie taki ogrom miłości, że aż mnie to zdumiewa. Potrafi kochać, nie stawiając warunków i zbyt wiele nie wymagając. Jedynie pełnych misek i tego, aby ją po prostu kochać. Więc kocham, rozmawiam z nią i obdarowują pieszczotami. Obie siebie potrzebujemy i obie obdarowujemy się tym, co mamy - ona miłością; ja opieką i czułością.
Mattie kocha również swoje przytulanki. Jest z nami już dwa lata i żadnej z nich nie zniszczyła. Przenosi je w różne części mieszkania, bawi się nimi, wynosi na balkon, aby pokazać im kawałek świata, który uwielbia obserwować, a potem któreś z naszej czwórki musi biegać na dół, bo misio, renifer lub jednorożec akurat wypadł z balkonu. Biedny... Śpi również z przytulankami, co witać na magicznym zdjęciu. Czy możecie sobie wyobrazić, że po zrobieniu tego zdjęcia poniżej, aparat zakomunikował efekt mrugnięcia, zaznaczając kwadratem oczy, które mrugnęły? To były oczy misia! W naszym domu dzieją się cuda, misio mruga, pies się do niego przytula, a mój M. zrobił to zdjęcie o 21.21.21. Nic dodać, nic ująć. Miłej niedzieli:) 
Monika A. Oleksa 


Miś, który mruga:)
     

czwartek, 12 września 2013

Literackie Czwartki: Zapach dzikich traw

"Podobno budujesz
Swój własny dom
W głębi pustyni
Od życia nie chcesz już nic
Lecz musiałeś zachować
Wspomnienia."  Leonard Cohen


Fot. Marcin Oleksa


Obracała w rękach kartkę, którą przed chwilą wyjęła ze skrzynki. Wpatrywała się w drobne pismo, pokrywające białą przestrzeń. Znała to pismo. 
"Przesyłam pozdrowienia z mojej odwiecznej podróży po drogach i bezdrożach tego kraju. Tomasz
P.S. Zmartwychwstałem." 
Zamknęła oczy, aby powstrzymać napływające łzy. Tomasz. Wspomnienie przeszłości, która miała odejść na zawsze. A jednak powróciła. Powróciła wraz z bólem, udręką długich dni bez nadziei i powróciła z miłością. 
"Dlaczego?" - zadała sobie to pytanie, ocierając zbłąkaną łzę, która spłynęła po policzku. "Przecież minęło już tyle czasu..."
Jedna kartka z zapomnianym, zdawałoby się imieniem, poruszyła całą lawinę wspomnień, które spadły nagle, wciąż jeszcze raniąc boleśnie. Miała wtedy dziewiętnaście lat. Zdawała maturę. To był pierwszy dzień wiosny... 

Fot. Marcin Oleksa

Nie poszła do szkoły. Miała już dość tego ciągłego ślęczenia nad książkami, bez żadnej nadziei na rychły koniec. Jeszcze dwa miesiące tej potwornej męczarni, a potem... wielka próba i droga w przyszłość. 
Dzień był tak piękny, że postanowiła go spędzić w parku, właśnie tam, gdzie kierują swe kroki wszyscy zakochani, szczęśliwi, zgnębieni i ci, którzy po prostu są na wagarach. Była sama. Zostawiła grupę tych zahukanych prymusów, którzy nawet dziś tkwili w ponurych murach liceum. Ona nie dała się zamknąć w szufladce; ten dzień należał do niej. 
Rozglądała się za jakąś wolną ławką, ale niestety nie tylko ona wybrała dwudziesty pierwszy marca na swoje wagary. Park rozbrzmiewał krzykami młodych ludzi, spragnionych swobody i wolności. Wszystkie ławki były oblężone przez głośne grupki młodzieży. Chłopcy popijali z puszek piwo, obok nich siedziały roześmiane dziewczęta z wiosną w oczach. Małgorzata szukała wzrokiem jakiejś grupy, do której mogłaby się przyłączyć. Nie dostrzegła żadnych znajomych, ale usłyszała dźwięk gitary; instrumentu, który kochała. Tam właśnie się skierowała, a potem zadawała sobie pytanie, co ją zaprowadziło do tej ławki? Przeznaczenie, czy też może... przekleństwo?
Wtedy to nie miało znaczenia. Po prostu podeszła tam ze swoim nieśmiałym uśmiechem i usiadła. A potem już tylko pamiętała wspaniały głos chłopaka, który zmuszał swoją gitarę do przedziwnych i przepięknych dźwięków. 
Siedziała, nie zważając na upływ czasu i wpatrywała się w chłopaka; w jego ręce, pieszczące z czułością swoją gitarę; jego uśmiech i delikatne rysy twarzy. Wiosenny wiatr bawił się jego jasnymi włosami, niecierpliwie burząc je i szarpiąc.  Jasna kurtka nosiła ślady wielu przygód, a poszarpane spodnie zabawnie kontrastowały z białą koszulą wystającą spod rozpiętej kurtki. 
Było w nim coś, co przyciągało wzrok. Jakaś nostalgia wypisana na twarzy. Małgorzata patrzyła na niego zafascynowana i zadawała sobie pytanie: "Kim jest ten chłopak i co on takiego ma w sobie, że tak trudno mi odejść?" 
I wtedy po raz pierwszy usłyszała te słowa, które odtąd miały się przewijać w jej życiu. 
"Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Zbiegną się jeszcze tony sieroce naszych dwu planet
Cudnie spokrewnią się ciała nam. 
Jest już za późno!
Nie jest za późno!
Jest już za późno!
Nie jest za późno!" 
Jak to się stało, że nagle podszedł do niej i bez słowa podał jej dłoń? Nie wahała się. Przyjęła to wezwanie przyszłości bez żadnego słowa sprzeciwu, bez zastanowienia. 
- Jak ci na imię, piękna kobieto? - Spytał, gdy siedzieli już w kafejce i popijali czarną kawę. 
Uśmiechnęła się. Jeszcze nikt tak do niej nie mówił. 
- Gośka. A tobie?
- Tomasz. Jestem wędrownym grajkiem, wiecznym tułaczem poszukującym wciąż sensu życia i odpowiedzi na pytanie - czym jest miłość? - roześmiał się i tym przełamał wszelkie bariery nieufności. - A tak naprawdę, to jestem studentem trzeciego roku psychologii, pochodzę z małego miasteczka i... próbuję zrozumieć życie, co wcale nie jest takie proste. 
- Świetnie grasz na gitarze. Gdzie się tego nauczyłeś? 
- Gdzie? Gdzieś w życiu. Nawet nie pamiętam kiedy. Po prostu grałem od zawsze. Chyba urodziłem się z gitarą w rękach.Powiedz mi coś o sobie. 
- O sobie? W tym roku zdaję maturę i od kilku miesięcy nie potrafię rozmawiać ani myśleć o niczym innym. 
- A co po maturze? 
- Studia. A konkretnie prawo. 
- Dlaczego akurat prawo? 
Roześmiała się. 
- Czuję się jak na kozetce u psychoanalityka. Wiesz, w pewnym sensie to nie jest do końca mój wybór. 
Początkowo nieśmiała, z czasem ich rozmowa nabrała rozpędu i poufności. W zasadzie to tylko on pytał. Małgorzata odpowiadała na pytania, ale nie czuła się przesłuchiwana. Tak jakoś łatwo było opowiedzieć zupełnie obcemu chłopakowi o tym wszystkim, co się z nią dzieje kiedy budzi się w środku nocy z ogromnym strachem przed maturą, przed oblaniem, przed porażką. Mówiła mu o swojej radości, czyli zabawnym czworonogu, który nie odstępował jej na krok. Uwielbiała Maksa. Przepadała za zwierzętami. 
- A przyjaciele? - nieoczekiwanie zadał to pytanie. - Przecież musisz mieć jakiś przyjaciół. 
- Przyjaciel to zbyt ważne słowo, aby nazywać nim kogoś, kogo po prostu znasz. Mam wielu znajomych, ale tak naprawdę... to tylko znajomi. Jedynie moja mama, ona jest dla mnie tym, kim są dla innych rówieśnicy. Wiem, że mogę jej powiedzieć wszystko. 
- Naprawdę nie masz żadnych przyjaciół? 
Nie odpowiedziała, tylko popatrzyła na niego smutno swoimi szarymi oczami. 
- Nie potrafiłam ich odnaleźć. 
W milczeniu odszukał jej drobną dłoń i zamknął w swoich dłoniach. 
Monika A. Oleksa, 1995r. 


Fot. Marcin Oleksa
 
 
 


   

poniedziałek, 9 września 2013

Smakowanie życia

Fot. Marcin Oleksa



Jak smakuje szczęście? Dla mnie ma ono smak puszystych, posypanych cukrem pudrem, drożdżowych racuchów z jabłkami, które jeszcze gorące, lubię maczać w dżemie truskawkowym. Najlepiej smakują w Dąbkach, gdzie dzięki Pani Iwonce, jestem po prostu nimi rozpieszczana! Za każdym razem gdy pożeram któregoś z rzędu, puchatego racucha, mój M. kręci głową z niedowierzaniem i pyta: "Gdzie się to w tobie mieści i jak ty to robisz, że zjesz cztery takie racuchy i nawet nie jękniesz, a jednego małego kotleta nie dojadasz?" No, nie wiem jak to robię, ale tak już mam. Racuchy i naleśniki pożeram dla przyjemności; a wszystko inne jem, aby nie umrzeć z głodu:) Wyżywić mnie naprawdę łatwo, bo nie jestem wymagająca.
Życie tylko wtedy ma smak, gdy potrafimy cieszyć się z drobiazgów poukrywanych w naszej codzienności; i wtedy, gdy zamiast patrzeć na jego pochmurną stronę, dostrzegamy te słoneczne promyki, które wschodzą każdego dnia. Życie smakuje najlepiej w obecności drugiego człowieka; wtedy, gdy potrafimy podzielić się tym okruszkiem szczęścia, na jaki natrafiliśmy, patrząc uważnie. Te okruszki mają zadziwiającą moc - dzielone, rosną, nabierają siły i stają się potężnymi okruchami, które są w stanie uszczęśliwić więcej niż jednego człowieka. Przyprawiają życie tak, że mamy ochotę się nim delektować, a nie przebiec szybko, bez zastanowienia. 

Fot. Marcin Oleksa
 

Cudowny tydzień, który otrzymałam w prezencie na moje sam na sam z morzem i samą sobą, pokazał mi, jak można witać z radością i uśmiechem każdy dzień, pomimo ograniczeń własnego ciała, słabości zwykłego człowieka i roku urodzenia mocno zakotwiczonego w pierwszej połowie XX wieku. Miałam przyjemność spędzić ten czas, zerkając sobie cichutko na grupę niesamowitych ludzi z Puszczykowa, którzy przyjechali jak ja, do Domu Wypoczynkowego "Maria" w Dąbkach, aby posmakować wrześniowego wyciszenia nad Bałtykiem. Przyznaję z wielkim szacunkiem, że ich energia miała w sobie moc zasilenia wielkiej elektrowni! Ani jednego dnia nie widziałam na ich twarzach zgorzknienia czy niezadowolenia. Uśmiechali się do każdego poranka i ten uśmiech nosili na twarzy do samego wieczora. W czasie gdy ja wylegiwałam się jeszcze w łóżku, oni już spacerowali, maszerowali z kijkami brzegiem morza lub leśną aleją, albo uprawiali gimnastykę na świeżym powietrzu. Nie tracili ani chwili z podarowanego im dnia, nie zamknęli się w czterech ścianach swojej samotności, tylko postanowili sięgnąć po to, co życie ma im jeszcze do zaoferowania. Na wieczorze literackim, na którym miałam przyjemność razem z nimi się spotkać i porozmawiać, pani Ewa, która tę swoją potężna grupę przywiozła do Dąbek, powiedziała: "Pani Moniko, niektórzy z nas może i mieszkają sami, ale my nie czujemy się samotni." 
Elektryzowali. Mieli w oczach radość, a w sobie tyle dobrych słów. Cieszą ich drobiazgi, bo je zauważają. Nie gonią za niespełnieniem, bo wiele już w swoim życiu doświadczyli i nie dają się mu tak łatwo omamić. Potrafią docenić wartości, które naprawdę warto pielęgnować i odrzucają to, co puste i krzykliwe. Patrząc na nich czułam prawdziwy smak życia, które było właściwie przyprawione i bez sztucznych konserwantów. Bez udawania i masek, które tak często na siebie wkładamy. 

Zaproszenie na moje spotkanie literackie, przepięknie przygotowane przez Panią Elę


Cudowni ludzie z Puszczykowa na spotkaniu literackim ze mną


Ten wieczór był niesamowicie miły i nastrojowy


O wystrój sali i klimat spotkania zadbała Pani Ela, której serdecznie za wszystko DZIĘKUJĘ!


Z pogodnej twarzy Pani Ewy uśmiech nie schodził ani na chwilę


Pani Krystynie dziękuję za wspólne herbatki , wieczorne rozmowy i ogromną serdeczność!

Puszczykowo. Na długo pozostanie w mojej pamięci i dobrych wspomnieniach, do których się uśmiecham, myśląc o tym, że każde pożegnanie niesie w sobie obietnicę spotkania.
Tę obietnicę wyniosłam też z ogródka Pani Heleny, gdzie wysłuchałam przepięknej historii miłości Heleny i Wacława. Ta historia jest tylko jej i nie mogę zakłócić tej intymności, ale mogę powiedzieć, że smak tej miłości oboje poznali w wieku już mocno dojrzałym, po latach, które panią Helenę uczyły ogromnej pokory wobec życia i przyniosły wiele cierpienia i trudnych do udźwignięcia dni. Jako nagrodę dostała Wacława i jego miłość, do której śmieją jej się oczy i o której opowiada z wielkim wzruszeniem i czułością. Przeżyli ze sobą dziewiętnaście lat... Pani Helena poznała smak życia - ten gorzki, kwaśny i słony od wylanych łez, dzięki któremu dziś przyjmuje każdy dzień z ogromnym szacunkiem; podobnie jak ludzi, których spotyka, przy których przystaje, dla których ma zawsze budujące słowa i ten uśmiech małej dziewczynki, który w niej uwielbiam. Tak samo uśmiechała się moja Babunia, która odeszła czternaście lat temu... 


 Ławeczka, którą Helena i Wacław dostali w prezencie ślubnym od dzieci...


Chata pod strzechą, w której zamieszkała Miłość Heleny i Wacława


Śliczna, elegancka Helena, z całą swoją serdecznością i ciepłem, które w sobie nosi


Smakowanie życia należy zaczynać o poranku, gdy jeszcze sklejone snem oczy otwierają się powoli na to wszystko, co przynosi nam w darze nowy dzień. Nie zawsze takich właśnie darów pragniemy, ale nikt nam nie obiecał, że życie będzie bajką, która zawsze się dobrze kończy. Ważne, aby dostrzec w tym wszystkim co nas spotyka głębszy sens, który przyprawi nasze dni szczyptą ufności, pogodzenia i spokoju, z którego wypływa prosta radość życia. A z nią ono smakuje naprawdę wyśmienicie. 
Monika A. Oleksa 

 
 

środa, 4 września 2013

Babie lato

Fot. Marcin Oleksa


Wrzesień uśmiecha się słonecznie i obejmuje mnie ciepłymi promieniami, zupełnie jakby chciał mi powiedzieć, że co prawda lato odchodzi, ale on też jest w stanie wiele mi ofiarować. Rozpieszcza mnie czerwieniąc na drzewach koraliki jarzębiny i rozciągając przede mną nić babiego lata, która błyszczy w słońcu i migocze wesoło, oplątując delikatnym muśnięciem odsłonięte jeszcze przedramiona i twarz wystawioną do słońca. Tego słońca chcę się nauczyć na pamięć. Chcę go zamknąć pod powiekami i przypominać sobie o tym ciepłym dotyku, gdy na zewnątrz zrobi się już zupełnie szaro i wilgotno; gdy chmury zawisną nisko, oddzielając ten kawałek ziemi, na którym jestem z wyboru, od koloru i ciepła pomarańczu, uwięzionego gdzieś ponad chmurami. Babie lato rozpieszcza mnie obietnicą pogodnej jesieni, a morze wdzięczy się do mnie, szepcząc, że we wrześniu potrafi być jeszcze piękniejsze niż w upalne miesiące lipca i sierpnia. 

Fot. Marcin Oleksa


Zatęskniłam i przyjechałam posłuchać ostatnich historii, które morze ma mi jeszcze w tym roku do opowiedzenia. Ten obecny czas tutaj to moje głębokie sam na sam ze sobą i tym wszystkim, co jest we mnie, co skrywam w sobie, czemu nie mam odwagi się przyjrzeć w wypełnionej obowiązkami codzienności. Podarowałam sobie ten tydzień, zostawiając wszystko i wszystkich. Nawet tych najbliższych, którym oddałam swoje życie i czas. Uciekłam, a moje Dąbki przyjęły mnie z otwartymi ramionami. W takie same, rozłożone, ciepłe i serdeczne ramiona wpadłam w Domu Wypoczynkowym "Maria". Miejsce, w które wrosłam i gdzie moje serce zapuściło korzenie. 
Obok mnie, na prawie pustej plaży, przysiadła mewa. Patrzy na mnie, zabawnie przekrzywiając łepek. Pamięta mnie? Prawdopodobnie nie, ale ja ją pamiętam. Niektóre z nich rozpoznaję po niespotykanym, wyróżniającym się upierzeniu; a jedną po złamanej nóżce, którą wciąż ciągnie za sobą, mocno utykając. Nad tą mewką, taką najzwyklejszą, szaro-burą; płakał mój młodszy synek. Nie mógł patrzeć na krzywdę ptaka, który miał w oczach cierpienie. Dziś ta sama mewa nawet nie schodzi mi z drogi. Jest tak blisko, że mogę wyciągnąć rękę i dotknąć napuszonych piór. Nie robię tego. Szanuję jej strach i jej prywatność. Przyglądam się z oddali dziękując im za to, że wciąż tu są, a ja za każdym razem gdy tutaj przyjeżdżam mam wrażenie, że czekają na mnie. Wciąż tak samo głodne i nienajedzone:)
Morze dzisiaj jest spokojne, a Dąbki wypełnione ciszą. Rozrzucone na brzegu kamyki migoczą swoimi kolorowymi oczkami. Cudowny Stwórca wymalował dziś niebo na piękny, błękitny kolor i nakreślił pędzlem gdzieniegdzie poprzerywane białe obłoczki, ułożone piętrami. Wczoraj w ogródku pani Heleny, u której zatrzymałam się na gościnną filiżankę zielonej herbaty, dostrzegłam kwitnące jeszcze mieczyki, floksy, astry i aksamitki. Przedpołudniowa kawa odzyskała swój niepowtarzalny smak, bo nie wypijam jej w pośpiechu. Zatrzymuję chwilę i oplatam ja nicią babiego lata, a potem wsuwam do walizki i zamykam, aby mi się nie wymknęła. Będę ich potrzebowała, gdy życie dokuczy, a ja zapomnę jak wygląda błękit. 
Wrześniowy dzień plecie się powoli, przynosząc mi tyle darów, które przyjmuję z wdzięcznością. Dziś rano, pod drzwiami mojego pokoju znalazłam koszyczek soczystych, słodkich malin. Dar serca, do którego z samego rana się uśmiechnęłam. Ten uśmiech pozostał na moich ustach, bo nie sposób nie dostrzec piękna, jakim przyozdabia świat wrześniowe babie lato. I nie sposób nie dostrzec ludzi, którzy to piękno noszą w sobie, cichutko i skromnie. Dziękuję, Pani Irenko!
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa
   

poniedziałek, 2 września 2013

Pożegnanie lata

Fot. Marcin Oleksa


Przebiegło. Przemknęło. Uśmiechnęło się pięknie, słonecznie i pozostawiło po sobie niedosyt i obietnicę powrotu. Lato. Czas bosych stóp, rozświergotanych poranków, pomalowanych na kolorowo paznokci, wieczorów ze świerszczami, beztroskiego spowolnienia i chwytania chwili. Czas na spotkania w letnich ogródkach, czas długich spacerów, rowerowych wycieczek, pieszych wędrówek, podróży i odkrywania samego siebie na nowo. I chociaż czasami bywa kapryśne i chowa słoneczny uśmiech na dłużej, nieodmiennie jest czasem, na który czekamy i za którym tęsknimy. Długie dni, ciepłe noce, zapach dojrzałych owoców, wszechobecna zieleń, która cieszy oczy, rabatki pełne kolorowych kwiatów - to wszystko przynosi nam w prezencie lato, i za to właśnie je kochamy. I chociaż moją ulubioną porą roku jest jesień; żal mi lata. I tak strasznie mi szkoda, że możemy cieszyć się nim tak krótko, zaledwie trzy miesiące. Tylko trzy miesiące bosych stóp i odsłoniętych ramion i dekoltów; powiewnych sukienek, które uwielbiam i w lecie mogłabym ich z siebie nie zdejmować; otwartych bez przerwy okien i drzwi balkonowych oraz słonecznej energii, którą dostajemy i z której możemy czerpać do woli. Jak w tak krótkim czasie naładować się, aby przetrwać ponure, chłodne i ciemne miesiące zimowe? Potrzeba mądrości, siły, ludzkiego ciepła obok i równomiernego dawkowania sobie tej zgromadzonej w letni czas energii. Tak naprawdę lato możemy zamknąć w nas samych i cieszyć się nim przez cały rok. Tylko nie zawsze jest to takie łatwe...
Puste bocianie gniazda od zawsze mnie zasmucają, ale czerwieniąca się na drzewach jarzębina skłania do uśmiechu. Z żalem odwieszam do szuflady szyfonowe sukienki, ale z przyjemnością dotykam czekających na mnie apaszek, garsonek, sweterków i płaszczyka. Z niechęcią patrzę jedynie na parasol; jego nie lubię, bez względu na porę roku. 

Co roku podziwiam bociany i nieodmiennie zachwyca mnie mądrość tych ptaków
  
Ukwiecone lato uszczęśliwia:)


Nasze pola latem są poezją


Lato... Zostanie we wspomnieniach i na fotografiach. Zostanie w ludziach, którzy w ten letni czas stali się jeszcze bliżsi. Powróci ze spełnioną obietnicą odwiedzin i w uścisku tych, którzy obdarują mnie tym słonecznym, letnim uśmiechem. Powróci w szumie morza, które zostało ze mną, głęboko wpisane w pamięci. Powróci we wspomnieniu mew - rozkrzyczanych, rozgadanych i żalących się żałośnie. Będzie powracać w pojedynczych promykach słońca, dopieszczającego nas jeszcze od czasu do czasu, i w podmuchach ciepła, które mam nadzieję, tak szybko nas jeszcze nie opuści. Lato nie da nam o sobie zapomnieć tak łatwo i bardzo liczę na to, że to pożegnanie będzie się przedłużało. Czego sobie i Wam, kochani, życzę:) 
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa


Fot. Marcin Oleksa


Obie tęsknimy za latem - ona i ja:)