czwartek, 31 października 2013

Literackie czwartki: Okno od kuchni

Fot. Michał Oleksa 



Tak mi się splotło słowo do słowa, przynosząc historię, którą zobaczyłam gdzieś w głębi swojej pisarskiej duszy...

Przez uchylone okno wpadało rześkie, jesienne powietrze. Oświetlony październikowym słońcem świat uśmiechał się do ludzi kolorami jesieni i zapraszał do spaceru i zachwytu nad nim.  
Bożena zaparzyła dla siebie kawę i usiadła przy kuchennym stole, upajając się zapachem, który ją energetyzował. Lubiła jak jej dom pachniał kawą. Ten zapach dawał jej poczucie, że jej mieszkanie jest domem, który żyje i w którym naprawdę się mieszka; bezpiecznym i oswojonym. 
Cisza panująca w domu uspokajała. Bożena lubiła ciszę, ale w mieszkaniu wypełnionym ludźmi rzadko mogła ją odnaleźć. Z pokoju nastoletniego syna wciąż dobiegały głośne dźwięki muzyki, której Bożena nie pojmowała; jej dziewiętnastoletnia córka przez większość czasu, jaki spędzała w domu, rozmawiała przez telefon z przyjaciółkami lub ze swoim chłopakiem; a mąż był uzależniony od wiadomości. Od popołudnia dom wypełniony był hałasem i dla ciszy nie było już tam miejsca. 
Mocna kawa dawała zastrzyk energii. Bożena potrzebowała jej, aby zmierzyć się z tym wszystkim, co na dzisiaj zaplanowała. Wzięła ten dzień wolnego, aby pozałatwiać i uporządkować to, co od dłuższego czasu odkładała na później. Życie tak goniło, że za nim nie nadążała. Dzień, tak podobny jeden do drugiego, zaczynał się ciemnym świtem i kończył równie ciemną nocą. Praca, zakupy, dom. Czasami fryzjer, od święta kosmetyczka, rzadko spotkanie z przyjaciółką, bo czas. Ucieka. Pogania. Wciąż go nie starcza. Za dużo zajęć. Za krótka doba. I coraz więcej wszystkiego na "potem". Dobra książka. Spotkanie. Koncert. Teatr, w którym mieli bywać co miesiąc. Teraz nawet do kina chodzili raz w roku. Bożena nie winiła Pawła. Oboje tak samo dali się wciągnąć tej powtarzalności dni i pędowi bez tchu. Przyzwyczaili się do siebie i życia takiego, jakie mieli. I choć czasami uwierało, to jednak nie na tyle, aby coś zmieniać. Tak było bezpieczniej. I wygodniej. 
I tylko... to spojrzenie. Delikatne, nie natarczywe. Nieco zaciekawione. Ciepłe. Chodziło za nią, wraz z nieśmiałym uśmiechem, który czasami łapał ją w biegu po korytarzu, albo przy pracy. W tym spojrzeniu było zainteresowanie i Bożena wyraźnie to dostrzegła. Te oczy, na które natykała się codziennie w pracy obudziło uśpioną kobiecość. Paweł już dawno przestał zauważać co miała na sobie; niebieskie oczy natomiast wydawały się dostrzegać każdy nowy szczegół. To dla niego kupiła ostatnio nową garsonkę w odważnym kolorze czerwieni. Spodobała mu się. Widziała ten błysk zaciekawienia i podziwu w jego oczach. Dostrzegła też uśmiech i wysoko podniesiony kciuk, wyrażający aprobatę. 
Czekała na te spotkania. Na przypadkowe muśnięcie, gdy ich dłonie w tym samym czasie dotknęły klamki. Na uderzenie gorąca, gdy brakowało tchu, bo był za blisko. Na świadomość, że jest zauważana i że pomimo swoich czterdziestu ośmiu lat, ktoś zwrócił na nią uwagę. I nie było ważne to, że nie zamienili ze sobą słowa i że tak naprawdę nie wiedziała nawet, jak ma na imię ten dużo młodszy od niej mężczyzna, który patrzył na nią tak, jak Paweł przestał wiele lat temu. Ważne było tak naprawdę to, że kwitła i jaśniała. Ale najważniejsze, co podarował jej ten młody mężczyzna to odnaleziona radość życia, które mogło rozkwitnąć na nowo, bez względu na to, ile miała lat. Bożena uświadomiła sobie, że tak naprawdę to sama skazała się na ucieczkę za mur, który wybudowała i który odgradzał ją od świata, z którym przestała się identyfikować. Uważała, że należał on do ludzi młodych, dużo młodszych niż ona. Nie umiała tam odnaleźć swojego miejsca, poza domem i rodziną, która w pewnym momencie przestała jej potrzebować tak bardzo, jak kiedyś. Dzieci miały swoich przyjaciół i sprawy, z którymi już nie biegły do niej i których strzegły, jako swojej prywatności. Paweł pracował tak dużo i tak intensywnie, że dla Bożeny nie starczało już czasu. Czuła się samotna i odsunięta na dalszy plan. Zmieniło to jedno spojrzenie. Poczuła, że nie jest jedynie matką i żoną, ale kobietą. Kimś, kto zasługuje na dużo więcej, niż wyuczoną na pamięć trasę praca-dom. 
Dopiła ostatni łyk kawy i uśmiechnęła się do świata za oknem. Był tak piękny, że postanowiła przyjrzeć mu się z bliska. Sięgnęła po płaszcz i w przelocie zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Spodobała się sobie. 
"Pranie może poczekać" - pomyślała, cicho zamykając za sobą drzwi. 
Monika A. Oleksa    


Fot. Marcin Oleksa

 

 

wtorek, 29 października 2013

Dobra energia

Fot. Marcin Oleksa


Ostatnia niedziela października hojnie mnie obdarowała swoim ciepłem, słońcem, uśmiechami najbliższych i nocą dłuższą o godzinę. Tego dnia przystanęłam i przeżyłam go bez konieczności pośpiechu dokądkolwiek. Czekałam na wieczór, który dostałam w prezencie od mojego M. Mój mąż jakiś czas temu podarował mi bilety na koncert Anny Marii Jopek. Zrobił mi tym ogromną niespodziankę, wiedząc o mojej fascynacji jej osobą i muzyką, którą się otulam, gdy jest mi zimno lub źle. Muzyka i słowa piosenek Anny Marii Jopek mają dla mnie terapeutyczną moc. Zasłuchuję się w niej, wsłuchuję w słowa, które zapadają głęboko i powracam do nich w wielu życiowych sytuacjach i chwilach, gdy coś zaboli. Muzyka Ani Marii Jopek to moje miejsce, do którego uciekam, by schronić się przed światem, gdy dokuczy. 
Koncert Anny Marii Jopek w moim rodzinnym Lublinie był dla mnie pięknym prezentem i wielką ucztą konesera, poprzedzoną oczekiwaniem tak radosnym, jak radośnie dzieci czekają na gwiazdkę. 
Cicha jeszcze przed koncertem scena zauroczyła mnie od pierwszego spojrzenia instrumentami, które robiły wrażenie. Już sam ich widok zapewniał, że będzie się działo! I działo się, oj działo. Kto choć raz był na koncercie Anny Marii Jopek, wie o czym mówię. Kto nie był, polecam gorąco! Żaden koncert Ani nie rozczaruje; każdy jest tak energetyzujący i porywający, że nie zostawia nikogo obojętnym. Każdy instrument na scenie i każdy wykonawca ma tam swój czas i miejsce. Każdy mógł pokazać w pełni swój kunszt i pofrunąć na skrzydłach wkładanej w muzykę pasji, której dała się porwać również publiczność. 
Delikatna, eteryczna i bardzo skromna Ania, każdemu z artystów oddała scenę, nie zagarniając jej wyłącznie dla siebie. W niesamowity sposób pokazała, że pomimo tego, że jest gwiazdą jaśniejącą najmocniej, nie wydobyłaby z siebie tego piękna, które przy niej zatrzymuje, gdyby nie towarzyszący jej muzycy - ludzie niepowtarzalni, charyzmatyczni i tak cudownie bezpośredni, że w tej właśnie skromności pokazują klasę. Wielki ukłon pełen szacunku i podziwu składam dla wszystkich, którzy 27 października stanęli obok Ani Marii Jopek na lubelskiej scenie: artyści muzyki klasycznej, jazzowej, folkowej i popularnej- Maria Pomianowska, Mateusz Pospieszalski, Marek Napiórkowski, Robert Kubiszyn, Krzysztof Herdzin, Pedro Nazaruk i Paweł Dobrowolski. Wielkie nazwiska i wielcy ludzie, którzy od pierwszych dźwięków nawiązali niesamowicie ciepły kontakt z publicznością. Ich koncert nie był żmudną pracą, ale świetną zabawą dla nich samych. Rozumieli się bez słów i współgrali ze sobą jak doskonały zespół. Cały ich występ był naturalny i można go było odebrać tak, jakby grupa dobrych przyjaciół spotkała się ze sobą, aby razem pograć, dobrze spędzić czas i poeksperymentować z dźwiękami, które wydawały się ulatywać im spod palców jak czarne nutki z pięciolinii. Wciąż się uśmiechali do siebie nawzajem i do publiczności i były to uśmiechy tak szczere, a twarze pozbawione masek,że chciało się tam z nimi zostać i czerpać od nich tę niesamowitą energię, która wybuchła na scenie. Energetyzowali, dając z siebie naprawdę wszystko. To jednak, co ujęło mnie w nich najbardziej, to ogromna skromność. Wielkie nazwiska, wielcy muzycy, którzy dokonują rzeczy prawie niemożliwych, wydobywając dźwięki z najbardziej zaskakujących i niepozornych instrumentów; i skromność, która chyli przed nimi czoło. Ludzie z ogromną klasą i ogromnym talentem, a przy tym ciepli, otwarci i bezpośredni.  Ludzie z pasją. Stara dobra szkoła, warta naśladowania. 
Chylący się w stronę zmierzchu dzień kończy się cichymi dźwiękami płynącymi łagodnie z mojej ukochanej płyty Anny Marii Jopek "Sobremesa". I może nie daje takiej dawki energii jak Polanna, ale uspakaja, wycisza i przenosi w niezapomniany klimat Lizbony. Głos Ani Marii Jopek snuje się po moim domu jak babie lato w pogodny, jesienny dzień. Otulam się nim na dobranoc i splatam go ze swoimi myślami. Odpoczywam, dziękując Pani Ani za wszystko co mi podarowała swoją muzyką, którą nosi w sercu. 
Monika A. Oleksa 


                                   Anna Maria Jopek Rua Dos Remedios z płyty Sobremesa



Fot. Marcin Oleksa

Fot. Marcin Oleksa
   

                                 

niedziela, 27 października 2013

Słowo za słowo

Fot. Marcin Oleksa


Są słowa, które powiedziane raz, nigdy już nie giną. Zostają głęboko w nas, niejednokrotnie jak bolesna zadra w sercu, która zaczepiona, boli dotkliwie. I nawet pomimo upływu czasu, choć zapominamy o tak wielu sprawach i wydarzeniach; słowo, które zraniło, wciąż tkwi w naszej pamięci. Wraz z nim może gromadzić się również żal do osoby, od której to słowo wyszło.
"Słowo jest jak pszczoła: posiada miód i żądło."
Słowem potrafimy człowieka uszczęśliwić, ale możemy też doprowadzić go do rozpaczy. Złe słowa są jak demony, które nie dają spokoju i wracają echem, niszcząc poczucie własnej wartości, podważając wiarę w siebie i powodując, że na długie lata potrafimy schować się w skorupę, stroniąc od ludzi, bo przecież to właśnie ludzie mogą zrzucić na nas kolejne słowa.
Człowiek jest w stanie w słowach wyrazić tak wiele. Może je ubrać w emocje, albo nasączyć jadem, który zatruwa serce i umysł. Może słowa złagodzić, albo uczynić z nich pociski, które zostają w tym, do kogo są skierowane. Możemy rzucać słowa na wiatr, nie pamiętając, że coś takiego w ogóle zostało wypowiedziane; ale możemy też dotrzymać danego komuś słowa, udowadniając przez to, że ten ktoś jest dla nas ważny. 
Słowami możemy człowieka otulić, przytulić i ogrzać; możemy je wymienić na inne w rozmowie, która łączy; możemy załagodzić konflikt i napiętą sytuację, jeśli dobierzemy je właściwie i wypowiemy odpowiednim tonem. 

Fot. Marcin Oleksa

"Oswajanie słów jest trudniejsze, niż oswajanie tygrysów." Halina Poświatowska
Słowa potrafią przynieść radość, pociechę i ukojenie. Potrafią sprawić, że czujemy się jak w siódmym niebie i kręci nam się w głowie ze szczęścia, albo oczy wilgotnieją ze wzruszenia. Słowa mają w sobie moc, często silniejszą niż nam się to może wydawać. Dają siłę przetrwania, nawet najgorszego; przynoszą nadzieję tam, gdzie jej zabrakło; dzielą się miłością z tymi, którzy wyciągają po nią ręce i nie boją się przyznać, że jej potrzebują. Słowa dają wsparcie i popychają do działania. Motywują i pomagają unieść skrzydła, które opadły z niemocy. Ale słowa mają również swoją ciemną stronę i moc, która jest w stanie zniszczyć człowieka, wbijając się głęboko w jego wrażliwość. Często wypowiadamy je bezmyślnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami ani nad tym, gdzie te słowa dotrą i jak mocno ugodzą. Żadne słowo nie pozostaje bez odpowiedzi. Równowaga istniejąca w świecie sprawia, że słowo zawsze wymienia się na coś. Na inne słowo. Na milczenie, w którym jest czasami więcej żalu i rozpaczy niż w wypowiedzianym słowie. Na czyn, który może pociągnąć za sobą nieodwracalne skutki. Jedno słowo potrafi tak wiele... 
Dlatego tak bardzo potrzebne są dobre słowa. Słowa pozdrowienia, dopełnione uśmiechem, skierowane czasami do zupełnie obcego, mijanego na ulicy człowieka, mogą sprawić, że ten dzień temu człowiekowi zajaśnieje, a serce choć przez chwilę zostanie dotknięte czyjąś życzliwością. Słowa, w których wyrażamy dumę dla bliskich nam osób i którymi pochwalimy nawet najdrobniejszą rzecz czy czynność, dają naszym dzieciom poczucie własnej wartości, która zaprocentuje w ich dorosłym życiu; a bliskim nam osobom da pewność, że naprawdę są dla nas ważni i doceniani. Dobre słowa potrzebne są w przyjaźni. Powinniśmy mówić naszym przyjaciołom o tym, kim są w naszym życiu i ile dla nas znaczą. Nawet jeśli to wiedzą, dobre słowo jest potrzebne i nie wolno nam myśleć, że przecież wszystko jest oczywiste i on, ona przecież to wie. 
Dzielmy się dobrymi słowami i wymieniajmy je na inne. Starajmy się rozświetlać jesienne dni słonecznymi promykami słów, które ogrzeją i dodadzą energii, oraz sprawią, że pomimo krótszych dni, nasze serca będą czuły wiosnę wokół siebie, chwytając słowa, które ktoś nam ofiaruje w zamian za nasze. Nie bójmy się i nie wstydźmy słów, które niosą w sobie dobre przesłanie. I upiększmy ten jutrzejszy poniedziałek, a po nim kolejne dni tygodnia słowem, które ma w sobie uśmiech i serdeczność. 
Dobrze, że jesteś. Cieszę się, że mam okazję Cię poznać. Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Z serca. 
Monika A. Oleksa 

"Jeśli otwierasz usta, słowa twoje winny być cenniejsze od milczenia." 

Fot. Marcin Oleksa
     

czwartek, 24 października 2013

Literackie czwartki: Szczęście na opak:)

Fot. Marcin Oleksa

Dalsza część o codzienności młodych studentów prawa:) Przypominam, że dwie pierwsze części znalazły się w literackich czwartkach pod tytułem Wygrzebane:) ( z mojej szuflady skarbów wszelakich:D)

1 październik, wtorek

- Prosimy o ciszę! - chrząknął w mikrofon doglądający porządku mały, łysiejący. - Proszę powstać. Będziemy śpiewać. 
Tłum młodych ludzi zafalował i powstał z krzeseł, by w ciszy, której udało się zapaść, wysłuchać nadwyrężonej czasem wersji hymnu studenckiego. Po krótkim przemówieniu pomarszczonego dostojnika, który okazał się być dziekanem wydziału prawa i administracji, nastąpił moment kulminacyjny - pasowanie na studenta. 
Mariusz mocno ściskał w ręku nowiutki indeks i wpatrywał się w nowe twarze, podchodzące kolejno do dziekana. Zapomniał o obecności Klary, widział tylko masywną katedrę, pomarszczonego dostojnika z orlim nosem i jego rękę opadającą na ramię każdego studenta. I nagle... tak! Nie mógł się mylić. 
- Pani Aleksandra Młynarska. 
Patrzył zafascynowany na wdzięczne ruchy dziewczyny, gdy powoli, drobnymi kroczkami wchodziła na podwyższenie i wyciągała rękę po indeks. 
To ona, Ola!
Uśmiechnął się błogo, a Klara, która właśnie spojrzała na kolegę zastanowiła się, czym on się mógł zadławić? Nie czekając na dalsze reakcje chłopaka, przestraszona wizją uduszenia, klepnęła go mocno po plecach z takim rozmachem, że Mariusz wylądował nosem w bujnej fryzurze siedzącej przed nim blondyny. 
- No co ty? Zwariowałaś?
- Chciałam ci tylko pomóc przełknąć. Poszło?
- Co posz... - w tej chwili przypomniał sobie, że miał nie spuszczać wzroku z Oli. Natychmiast spojrzał w stronę katedry i... o zgrozo! Oli już tam nie było. Znowu zniknęła mu z oczu i niemożliwością było odnaleźć ją w tym tłumie. 
- Poszło - mruknął smutno. 
- To trzeba popić. Inaczej może ci stanąć w przełyku. 
Mariusz nie rozumiał, o czym mówi ta dziwna koleżanka. Doszło do niego tylko to, że coś trzeba popić. Natychmiast podchwycił tę myśl. 
- Doskonały pomysł. Chodźmy do barku na coca-colę. 
Klara uśmiechnęła się, ukazując białe zęby aż do czwórki włącznie. Fajny był ten Janik.

                                             ... 

Albano Bali Nagula stał przed lustrem w małym, akademickim pokoju i spoglądał z dumą na swoje rozbudowane ramiona. 
- Eksztra, eksztra! - błysnął białymi zębami i z zachwytem popatrzył na swój obnażony, zarośnięty tors. 
- Tata mieli wspaniała idea posłać mię na nauki. Eksztra!
Mniejsza jego miniatura z nieco wątlejszymi ramionkami i mniej zarośniętym torsem zatarła dłonie z radością. 
- Nasz pan mądra głowa. On wiedzieć, że nam potrzeba naumiana następca. On wysłać jaśnie pana do Polska, do uniwersyteta prawa. Mądra głowa! A Wentura mieć pilnować jaśnie pana i... 
- Cichać! - Albano oderwał się od swojego odbicia w lustrze i uważnie popatrzył na swojego pobratymca, z którym przybył do Polski, by studiować prawo. - Albano znaleźć żona! Ona już moja jest. Ona mądra żona. W nasz kraj. 
- O laba, laba! Pan nie chcieć łamać wola króla! Pan Albano mieć figura na żona w nasza kraj. Pan nie wolno tutaj brać żona! Król gniewać się, on mądra głowa, on wiedzieć... 
- Cichać! Wentura, ty gadać zbyt dużo kawałek. Albano znać, co robić. Cichać!
- O laba, laba!
- Cichać! Gotować kąpiel! Albano chcieć kąpać. 
Nie czekał już na odpowiedź, tylko na nowo zapatrzył się w lustro, wspominając uroczy uśmiech Ewy. 
Wentura westchnął tylko i zniknął w łazience, aby przygotować kąpiel dla swojego pana. 

                                           ... 

Mariusz sterczał pod znajomym murem, do którego zdążył już się przywiązać. Październik przyniósł już jesienny chłód i chłopak mocniej otulił się kurtką. 
Wpatrywał się w jedno, znajome okno, za którym powinna znajdować się Ola. 
Tymczasem pod klatką wieżowca, niedbale wsparty o motocykl, stał rudy Bob. Twarz posiniała mu już od jesiennego zimna, ale nie odpuszczał. Spoglądał na komórkę i na okno, w które z uwielbieniem wpatrywał się Mariusz. 
- Olka! Oooolkaaa! - dał się słyszeć uroczy krzyk rudzielca. 
- Ooolkaaa!
Mariusz drgnął nagle przestraszony, bo jakaś czarna głowa przysunęła się do jego ramienia. 
- I tak nie wyjrzy - usłyszał cichy, chłopięcy głos. Spojrzał w dół i dopiero teraz rozpoznał Diabła. 
- Cześć - chłopiec pokazał wszystkie swoje zęby i z życzliwością popatrzył na Mariusza. 
- Cześć - odpowiedział, przenosząc wzrok na rudzielca i znajome okno. - Dlaczego ona nie wyjrzy? Nie słyszy go? 
- Oszalałeś? Umarły by usłyszał. Nie wyjrzy, bo już się nim znudziła. Nie lubi rudych. 
- Co ty powiesz? - Mariusz podskoczył zachwycony i przygładził swoje jasne, skręcone kędziorki. Nie były rude, raczej ciemnoblond. 
- Jak chcesz wiedzieć więcej... - Diabeł na chwilę umilkł i liczył coś na palcach ze skupieniem. 
- Ile! Dwa Snickersy? A może Marsa? 
- Nieee, powiem ci, bo jesteś fajny. Lubię cię. Ona teraz wychodzi do jakiejś kafejki "Kaj". Umówiła się tam z Ewką, swoją przyjaciółką. Wiesz, gdzie to jest? 
Mariusz dostał skrzydeł. 
- Jutro przyniosę ci czekoladę! - krzyknął jeszcze za siebie i pogonił na spotkanie swojego przeznaczenia. 
Diabeł został sam. 
Nudno było. 
Mógł nic nie mówić temu kręconemu, to by jeszcze z nim postał. Ale... szkoda mu było tego chłopaka. On był jakiś inny. Nie pasował do Oli. I co oni w niej widzieli? Zwykła baba, jak każda inna. 
- Gdzie on poszedł? 
Nie zdążył rozpakować Snickersa, którego właśnie wyjął z kieszeni, gdy zobaczył nieziemskie zjawisko. 
To była kobieta... 
Przed nim stała mała, pękata beczułka w okularach z białymi oprawkami. Jej włosy, nieokreślonego koloru jakby lnu, splątane były na czubku głowy w wielki kołtun, niebieskie oczy wpatrywały się w Diabła pytająco, a zaciśnięte usta domagały się natychmiastowej odpowiedzi. 
- Gdzie on poszedł?! - powtórzyło groźnie zjawisko, a Diabeł jęknął z podziwu. 
- O jejku! Ale jesteś fajna! 
- Powiesz mi wreszcie, gdzie on polazł? 
- Do "Kaja". Lubisz Snickersy? 
- Uwielbiam. Za nią pewnie poleciał. 
- Za nią. Masz, ja nie chcę - wyciągnął rękę, a dziewczyna dopiero teraz spojrzała na niego uważniej.
- Co to jest? 
- Snickers. powiedziałaś, że lubisz. 
- Aaaa, dzięki. 
Diabeł patrzył z zachwytem, jak pękata beczułka rozszarpuje batona, a potem dużymi kęsami wpycha w siebie orzeszki oblane karmelem i czekoladą. Snickers zniknął w jej ustach w rekordowym tempie. 
- Jak się nazywasz? - Diabeł był zaintrygowany nową nieznajomą. 
- Buba. 
- Tak masz na imię? Fajnie.
- Głupi, to nie imię. Na imię mam Karolina, ale wszyscy mówią na mnie Buba. 
- A na mnie Diabeł. 
- Widać. - Buba zatopiła swe jasne oczy w czarnym spojrzeniu. 
- Dlaczego on za nią lata?
- Nie wiem. Może mu się podoba? Inni też za nią latają.
- Inni mogą, ale nie on. 
- A dlaczego on nie może? 
- Bo... bo... - Buba zająknęła się, a potem zaczerwieniona spuściła głowę. - No bo nie. 
- A... - Diabeł pokiwał ze zrozumieniem głową. Wiedział już, że tu chodzi o poważne sprawy. 
- Jak chcesz, to ja mu mogę ją obrzydzić. Dużo o niej wiem. To moja siostra. 
Buba spojrzała z zachwytem na nowego przyjaciela.
- Zrobisz to? 
- No jasne. Jeśli tylko chcesz... - jego uśmiech jeszcze nigdy nie był tak promienny, jak w tej chwili. 
- Pytanie! Jasne, że chcę!
- To przyjdź tu jutro o siódmej. Znowu będę miał Snickersa. 
- Dobra, ale pamiętaj... masz mu ją obrzydzić niemożliwie, tak, żeby nie mógł na nią patrzeć. 
- Jasne. 
Buba kiwnęła głową z aprobatą i oddaliła się w stronę placu zabaw, a Diabeł dotknął okolicy swojego serca i westchnął z rozkoszą. 
Po raz pierwszy w swym jedenastoletnim życiu był zakochany. 
cdn:)
Monika A. Oleksa, 1991r.   


Fot. Marcin Oleksa

        

 

wtorek, 22 października 2013

Listy jak jesienne liście

Fot. Marcin Oleksa

Opadłe na chodnik, zmoczone przez deszcz. Spadające pod nogi i te, które zatrzymują się na ramieniu. Liście - listy, wysyłane do nas z różnych stron, aby choć trochę rozjaśnić szary dzień i przynieść nam przesłanie, które nie zawsze potrafimy właściwie odczytać. Uśmiechają się do nas nieco już wyblakłą intensywnością koloru, próbując zatrzymać nas w biegu i dotrzeć do człowieka, pomimo pośpiechu. Czepiają się płaszcza, przywierają do butów; wracają, pomimo odtrącenia. Zupełnie jak ludzkie pragnienia, których nie potrafimy w sobie wyciszyć. Uśpić. Zapomnieć. Wracają, jak liście; przypominając, że czegoś lub kogoś nam tak rozpaczliwie brakuje; że za kimś lub za czymś tak bardzo tęsknimy i czekamy. Na słowo w liście-nie liście. Na bliskość. Na człowieka, z którym przychodzi Nadzieja. 
Zatrzymaj się na chwilę. Widzisz ten pięknie wymalowany kolorami liść, ukryty w kupce zeschniętych i pomarszczonych? Podnieś go i pozwól mu, aby przez moment cię zauroczył. Uśmiechnij się. Do niego. Do siebie. Do swoich wspomnień, albo po prostu do świata. I przeczytaj to, co ten list ma w sobie zapisane. Słowa - nie słowa. Dla ciebie. Dla mnie. Dla niego i dla niej. Jesienne słowa, które nie chcą być smutkiem, nostalgią ani melancholią. Chcą ci przekazać, że Jesień robi wszystko, co tylko może, abyś spojrzał na nią inaczej niż dotychczas. Podobnie jak na swoje życie. 
"Czujesz się samotny. Jakbyś żył na wyspie, 
a stały ląd z innymi ludźmi był bardzo daleko od ciebie." Phil Bosmans
Kiedyś było inaczej. Kiedyś miałaś inny pomysł na życie. Wszystko miało do siebie pasować, a życie miało nie zaskakiwać. A jednak zaskoczyło. Uwikłało. Nazawiązywało supłów, które nie bardzo umiemy rozplątać. I ciężko je dźwigać, zwłaszcza w pojedynkę. 


Fot. Marcin Oleksa

Nie ma gotowej recepty na to, by było szczęśliwe. Ale to ty sama możesz uczynić je pełniejszym. Listy - jak liście niosą słowa, które chcą wejść w twoją codzienność i sprawić, byś ją polubiła. Bo nie musi być taka, jaka jest. Może być inna. Ale to zależy od ciebie. Naprawdę możesz ją zmienić, jeśli tylko zechcesz. Uwierz w to. 
Uwierz w siebie. Masz w sobie tyle cudownych rzeczy, cech i darów, którymi świat może się zachwycić, i którymi możesz kogoś obdarować. 
Uśmiechnij się. Kiedy uśmiechamy się do świata i ludzi, świat i ludzie odwzajemniają ten uśmiech. Poprzez uśmiech wszystko wokół nas się ociepla, zawzięte życie łagodnieje, a ktoś, kto ten uśmiech, nawet w przelocie i przez przypadek, odbierze; może poczuć się wyjątkowo. Inaczej niż każdego dnia, w którym jest głównie szarość. 
Nie jesteś sama. Spójrz, obok ciebie jest drugi człowiek. Daj mu szansę na to, aby wszedł w twoje życie. Czasami trzeba zawołać; czasami podbiec, a czasami po prostu pozwolić mu na to, aby podszedł bliżej. Wiem, bliskość potrafi zranić i to boli dotkliwie. I zapamiętujemy to na długie lata. Ale brak bliskości też boli, a człowiek nie powinien być sam. Bo w samotności jest tęsknota, której nie trzeba pielęgnować, bo gdy nauczymy się w niej żyć; trudno nam będzie się uwolnić. Pamiętaj, że "deszcz i chłód przeminą, w czyimś uśmiechu; w czyjejś życzliwej dłoni."


Fot. Marcin Oleksa

"Jeżeli słońce zgasło w twoim życiu
szukaj tej gwiazdy,
którą Ktoś na pewno dla ciebie zapalił." Phil Bosmans
Dostrzegaj drobiazgi. Z nich składa się życie. Będzie piękne, jeśli to piękno w nim dostrzeżemy. Z okruszków, zebranych jeden do drugiego, da się ułożyć naprawdę zachwycający wzór, tylko nie można ich lekceważyć, ani przechodzić obok nich obojętnie.
Bądź sobą. Nie nakładaj maski i nie staraj się udawać kogoś, kim nie jesteś. Nie bój się swoich słabości, które przecież wpisane są w naszą ludzką naturę. Nie ma ludzi idealnych; a jeśli ktoś twierdzi, że taki jest, oszukuje samego siebie i innych. Ludzi przyciągnie twoja naturalność, a nie poza, w której nie będziesz się dobrze czuła. 
Otul się tym, z czym jest ci dobrze. Uciekaj od pesymistów. Wsłuchaj się w muzykę, która cię energetyzuje, albo uspakaja. Nie zmuszaj się do czegoś, do czego nie masz serca. Szkoda na to czasu i życia. 
Zmniejsz dystans do ludzi; wśród nich na pewno jest ktoś, kto chciałby poznać cię bliżej, ale boi się podejść, powstrzymywany twoją rezerwą. Wyślij sygnał i wyciągnij rękę w kierunku ludzi. Nie odtrącą jej i nie odwrócą się obojętnie - bo człowiek potrzebuje człowieka, a serce - serca. 
Monika A. Oleksa 

"Możesz być sam, lecz nie wolno ci być samotnym.
Samotność nie może być śmiertelną raną w twoim sercu. 
Tylko ty możesz coś zmienić.
Musisz swoją miłością budować pomosty ku innym.
Pomosty miłości potrzebują dużo cierpliwości,
ale to się opłaca. Na nich bowiem leży twoje szczęście." 
Phil Bosmans 


Fot. Marcin Oleksa
 
       

sobota, 19 października 2013

Warszawskie spotkania autorskie

Spotkanie autorskie w Bibliotece na Grochowskiej 


Każde spotkanie ubogaca. Każde jest zetknięciem różnych osobowości, które mogą się czymś wymienić. Myślami, wyrażonymi w słowie. Wątpliwościami, ubranymi w pytania. Historią, napisaną przez życie. A to wszystko przyprawione odrobiną ciekawości, oraz wielką serdecznością i życzliwością człowieka dla człowieka. Tego wszystkiego doświadczyłam podczas moich spotkań autorskich w warszawskich bibliotekach. 

za
Rozmowa z Czytelnikami jest zawsze dla mnie ubogacającym przeżyciem

Wnętrza wypełnione od góry do dołu książkami; ciepłe i otulające swoją atmosferą pachnącą kartkami; z zewnątrz często niepozorne, ale wewnątrz otwarte na Czytelnika i jego potrzeby. Grochów i Saska Kępa, która urzekła mnie swoim klimatem i pięknem wymalowanym jesienią. Ciekawa architektura, alejki obsadzone drzewami, spokój wyciszonego osiedla i lokalna społeczność - ludzie, którzy mają tożsamość i identyfikują się z tym miejscem. Spacerując uliczkami Saskiej Kępy czułam, że to miejsce nie jest anonimowe; nie jest zlepkiem bloków i mieszkań, w których ludzie jedynie nocują. Tutaj ludzie mieszkają. Znają się, wymieniają pozdrowieniami i czują więź, która ich łączy, pomimo różnic. W tym miejscu poczułam się po prostu dobrze. Jak u siebie. Chłonęłam Saską Kępę całą sobą, zaglądając z ciekawością w mijane okna i obserwując zwyczajne życie ludzi, którzy przyjęli mnie z otwartością i życzliwością. 

Każda moja dedykacja pisana jest od serca...

... dlatego zajmuje to zwykle tak dużo czasu:)

Czwartkowy spacer po Saskiej Kępie był dla mnie jak łyk kojącego naparu. Październikowe drzewa oświetlone słońcem i kasztany, które sypały się pod nogi. Jeszcze błyszczące, dopiero co wyklute z kolczastej skorupki. Chowałam je do kieszeni płaszcza i uśmiechałam się do Basi, która spacerowała tam razem ze mną. Obie czułyśmy to samo - wielką radość, że możemy być w tym miejscu i właśnie w takim towarzystwie; i wdzięczność za to wszystko, co tak po prostu otrzymałyśmy - jesień, która potrafi zaczarować. Spacer ulicami, których, gdyby nie zaproszenie bibliotek z Pragi, nigdy byśmy nie odkryły. Smaczny domowy obiad w Barze na Międzyborskiej, który jest "niewyględny", ale w którym można zjeść świeży i bardzo dobry posiłek. Czas, z którego żadna minuta nie była zmarnowana i każda obdarowała mnie czymś szczególnym. 

Spotkanie w Bibliotece na Zwycięzców



Bardzo serdecznie chciałam podziękować Wypożyczalniom nr 89, 100, 90 oraz 66 i pracującym tam Paniom za zaproszenie. Z serca dziękuję cudownym Czytelnikom za chęć spotkania ze mną, za wszystkie ciepłe słowa, które usłyszałam; za motywację do dalszej pracy twórczej; za serdeczne przyjęcie i ciekawe pytania. Za rozmowę, która narodziła się spontanicznie. Za zasłuchanie. Za uśmiechy, kwiaty i bukiety jesienne. Pani Agacie z Wypożyczalni nr 89 dziękuję za szarlotkę i wzruszenie; Pani z Wypożyczalni nr 100 za uśmiech, który rozgrzał i dodał odwagi do zmierzenia się z wcale niełatwymi pytaniami Czytelników; Pani Oli z Wypożyczalni 66 dziękuję za sygnał, od którego wszystko się zaczęło; Marcie za piękne przystrojenie biblioteki jesienią, a cudownym Paniom z Rozłuckiej za ciepło, otwartość i taką serdeczność, która po prostu musi zostać przekazana dalej, bo nie można jej zatrzymywać egoistycznie tylko dla siebie. 
Basi Smal dziękuję za WSZYSTKO. Za poświęcony mi czas i oddanie mi swojego łóżka:); za niezapomniany spacer po Saskiej Kępie i rozmowę, która zawsze jest spotkaniem bliskich sobie osób. Za wsparcie i przeczytane fragmenty. Za Przyjaźń, która nie zadaje pytań i nie stawia warunków, tylko przyjmuje z otwartymi ramionami. Dziękuję Basiu! 
Dorotce dziękuję za obecność i swój fragment; za wspólną herbatę i rozmowę, ale przede wszystkim za świadomość, za mam do kogo wracać w Warszawie. Pani Dorocie za przepiękny, jesienny bukiet i to, że zechciała tam Pani być razem ze mną:) A mojej kochanej, warszawskiej rodzinie, z którą mi dobrze nie tylko na zdjęciu, ale i w życiu, dziękuję za to, że byliście tam razem ze mną. Naprawdę wiele to dla mnie znaczyło! 

Takie wspomnienia wywożę schowane bezpiecznie w sercu


Kasiu i Michale - dziękuję za kolejne spotkanie, serdeczność, którą się dzielicie, herbatę wypitą razem i rozmowę, w której nie było słów rzucanych na wiatr. Byliście wisienką na torcie, kończącą piękny dzień:)
Wracam do domu i do mojej codzienności z nową, dobrą energią i determinacją skończenia książki w obiecanym Czytelnikom terminie. Moje skrzydła są szeroko rozłożone i wygładzone przez ciepły uścisk bliskich ludzi. Pióro samo biegnie do ręki, a w sercu jest spokój i świadomość powrotu do tych miejsc i ludzi, z którymi było mi tutaj, w Warszawie, tak dobrze. 
Monika A. Oleksa 

Spotkanie w Bibliotece na Angorskiej

   


czwartek, 17 października 2013

Literacki czwartek - Pożegnanie z Afryką

Pożegnanie z Afryką, Lublin ul. Złota 3



Mój ulubiony miesiąc - październik, obdarował mnie w tym roku nie tylko złotą polską jesienią, ale również literackimi spotkaniami z czytelnikami, którzy są sensem istnienia każdego pisarza. Żywy kontakt z czytelnikiem jest jak dialog; spotkanie dwojga ludzi, którzy chcą ze sobą porozmawiać i wymienić się myślami, spostrzeżeniami i słowem. Lubię ten czas, który daje mi możliwość poznania moich Czytelników lepiej, czasami nawet bardziej osobiście; kiedy mogę wysłuchać tego, co chcą mi powiedzieć i czerpać pełnymi garściami z atmosfery, jaka towarzyszy takim wieczorom. 
Wieczór w Pożegnaniu z Afryką był szczególnie nastrojowy, wyciszony i zasłuchany we fragmenty moich powieści, tak pięknie odczytanych przez bliskie mi osoby. Przeplatany muzyką wybraną przez panią Hannę Olszewską, której chcę z serca podziękować za tak piękne zorganizowanie całego spotkania i pełny profesjonalizm, z jakim to spotkanie poprowadziła. Grube mury przytulnej i wypełnionej zapachem kawy kawiarni na Złotej, zasłuchały się w przepełnione emocjami głosy kobiet z różnych pokoleń. 

Moja Przyjaciółka, Basia Smal, opowiada o klimacie moich książek

Poprosiłam cztery fantastyczne kobiety, aby przygotowały fragmenty, które czymś je ujęły; coś w nich odnalazły; czymś przy sobie zatrzymały. Nie chciałam wiedzieć przed spotkaniem jaki fragment każda z nich przeczyta; obdzieliłam je jedynie tytułami i pełnym zaufaniem. Każda z nich zrobiła na mnie i na zebranych Czytelnikach niesamowite wrażenie. W tych fragmentach były emocje, drżenie głosu i modulowanie nim, w zależności od czytanego fragmentu i postaci, której ten fragment dotyczył. Siedziałam i słuchałam jak zaczarowana! I miałam wrażenie, że słyszę te słowa po raz pierwszy, zadając sobie w duchu pytanie: "Ja to napisałam?"

Cudowna Elżbieta Misztal i jej fragment i interpretacja wzruszyły mnie do łez

Wszystkim, którzy byli tam ze mną, serdecznie DZIĘKUJĘ!

Rozmowa z Czytelnikami to zawsze niesamowite przeżycie


Pytania Czytelników, jak zawsze ciekawe i niebanalne, są ogromną motywacją do dalszego rozwoju i pracy twórczej, a ich ciepłe słowa wspierają i unoszą skrzydła wysoko. Wszystkim, którzy byli tam ze mną i poświęcili ten czas chcąc jak ja, zasłuchać się w czytanych fragmentach i ogrzać w niepowtarzalnej atmosferze Pożegnania z Afryką, serdecznie dziękuję:) Z całego serca dziękuję Basi Smal za wprowadzenie w klimat moich powieści i tego spotkania, i za odczytany fragment, który pochłonął salę tak, że słychać było ciszę i melodyjny głos Basi, otulający nas ciepłem. Basieńko, dziękuję za Twoją obecność i za to, że tak po prostu przyjechałaś z tej wielkiej stolicy po prostu dlatego, że Cię o to poprosiłam, a Ty odpowiedziałaś na tę prośbę najpiękniej jak umiałaś. Oddając mi swój czas i siebie:) Dziękuję kochanej Marysi Misieczko i cudownej Elżbiecie Misztal, bez których to spotkanie nie byłoby tym, czym było. Dziękuję Kasi Brzezickiej, życząc, abyśmy jak najszybciej spotkały się w tym samym miejscu, tym razem w odwróconych rolach:)  Mario, Tobie też z serca dziękuję za to, że byłaś tam ze mną:)

Ten czas lubię najbardziej:)


Po skończonym spotkaniu był jeszcze czas na bardziej już intymne rozmowy przy wspólnej herbacie na  lubelskim Starym Mieście. Sześć kobiet i ogromna energia, która dała mi siłę przyjąć wydarzenia ostatnich dni spokojnie, z wiarą i nadzieją, która zajaśniała nad białą szpitalną salą. Gdyby nie moja pasja pisania, tych najważniejszych kobiet nigdy by przy mnie nie było. Po prostu nie spotkałybyśmy się. Połączyły nas moje książki, które z ufnością oddaję w ręce każdego z Was, licząc, że gdzieś, kiedyś i my się spotkamy przy wspólnej herbatce lub filiżance kawy... 
Monika A. Oleksa 

Pożegnanie z Afryką, Stare Miasto, Lublin
     

poniedziałek, 14 października 2013

Tajemnica codzienności

Fot. Marcin Oleksa


Piętnaście lat temu wybrałam swój sposób na życie. W październiku 1998 roku, zdecydowałam się pracować sama dla siebie i założyłam działalność gospodarczą - moją własną firmę, w której jestem szefową, pracownikiem, księgową i wszystkim. Doszłam do wniosku, że nauczanie i praca z ludźmi - od tych najmłodszych, do tych bardziej już dojrzałych; to jest to, co chcę robić, co daje mi ogromną satysfakcję i sprawia niesamowitą przyjemność. Wybrałam język, w którym zakochałam się jeszcze w szkole podstawowej, i ta miłość okazała się tak silna i trwała, że zapragnęłam przekazywać ją dalej i zarażać nią pokazując, że język angielski to nie konieczność i jeden z wielu przedmiotów szkolnych, które trzeba wykuć i zaliczyć; ale coś więcej - to niesamowita przygoda, przyjemność spotkania i możliwości, które otwierają nawet zamknięte drzwi. Jeśli ten język wpisze się w nasze serce i przestaniemy go traktować jako coś, co trzeba i należy; odkryjemy rzeczy niesamowite, o które nigdy wcześniej siebie nie podejrzewaliśmy. Przekroczymy granice własnego lęku i niepewności, i wkroczymy na drogę, która doprowadzi nas do miejsc w nas samych, o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Jęsli tylko damy językowi szansę... 
To wszystko próbuję przekazać moim uczniom. Lubię moją pracę i oddaję jej dużo siebie - swój czas, swoje zaangażowanie i ogromny szacunek do każdego młodego (i nieco starszego:)) człowieka, z którym pracuję. Dzięki temu, że pracuję z moimi uczniami indywidualnie, mam możliwość poznać dobrze każdego z nich, i z każdego wydobyć to, co w nim najlepsze. Sądzę, że najlepszą motywacją dla każdego jest pokazanie mu jego mocnych stron, a nie skupianie się na tych słabych i na tym, co nie wychodzi, gdyż to podważa tylko wiarę we własne siły i zniechęca do czegokolwiek. A ja chcę dodać moim uczniom skrzydeł, bo wierzę, że jeśli już je podniosą, one będą w stanie ponieść ich daleko w życie, z wiarą w siebie i własne możliwości. 
Moja praca to codzienna radość spotkania z ludźmi, i trud, który wraca z poczuciem dobrze wykonanej pracy pod koniec roku szkolnego. Wyniki matur, które cieszą; egzaminy doktoranckie zdawane na piątkę ( z tych uczniów jestem najbardziej dumna - Panie Januszu, pozdrawiam serdecznie:D); oceny końcowe, które zaskakują; ale przede wszystkim wiedza, która zostaje i procentuje. Kiedyś usłyszałam takie zdanie: "Jeśli lubisz swoją pracę, to czujesz się tak, jakbyś nie pracował, bo praca staje się przyjemnością, a nie koniecznością." Na nadmiar wolnego czasu nie narzekam:), i po każdym dniu pracy wracam wyczerpana; ale w to, co robię, wkładam całe serce i staram się robić to naprawdę dobrze i skutecznie. 
Radość mojej pracy to nie tylko spotkania z ludźmi, ale i z moimi czworonożnymi przyjaciółmi, z którymi szybko znajdujemy wspólny język. Na przywitanie musi być koniecznie porcja pieszczot, o które Mattie jest nieco zazdrosna, gdy przynoszę na sobie obce zapachy - głównie psie i kocie, choć świnki morskie też przytulam, jeśli mi na to pozwolą:) Każdego z tych zwierzaków znam po imieniu i każdego witam równie serdecznie, jak one mnie. I często powtarzam, że jak już się zestarzeję i nikt nie będzie chciał się ze mną uczyć, zostanę petsitterem! Bo zwierzęta mnie kochają, zresztą ze wzajemnością. 

Sonia traktuje mnie na równi z domownikami:)

Killer często towarzyszy nam w lekcjach, domagając się nieustannych pieszczot:)

Caro wita mnie bardziej wylewnie, niż własnych domowników:)


Blanca traktuje mnie z góry, jak na arystokratkę przystało:)

Piętnaście lat mija cichutko i bez fajewerków. Patrząc wstecz wiem, że to były dobre lata wzajemnego ubogacania. Wybierając tę drogę, poszłam za pragnieniem serca, które doprowadziło mnie tam, gdzie jestem szczęśliwa, mogąc robić to, co kocham i w czym się spełniam. A tym wszystkim cudownym ludziom, którzy otwierają dla mnie drzwi swoich domów i przyjmują mnie pięknymi filiżankami kawy lub dobrej herbaty, niejednokrotnie z kawałkiem upieczonego przez siebie ciasta, i traktują z taką serdecznością i życzliwością, dziękuję za to, że powierzyli mi pod opiekę swoje dzieci lub siebie samych i że mi zaufali. Do końca będę starała się robić wszystko, aby tego zaufania nie zawieść. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

sobota, 12 października 2013

Prezent

Fot. Michał Oleksa


Kilka dni temu widziałam motyla. Usiadł na nagrzanym słońcem chodniku, machając do mnie kolorowymi skrzydełkami. W tych małych skrzydełkach dostrzegłam całą radość życia, o której motyl chciał mi opowiedzieć. Potraktowałam to spotkanie jak prezent. 
Dostajemy go każdego dnia. Kolorowy, ubarwiony jesienią list, w którym zapisana jest każda chwila jaką podejmujemy i każda godzina, z którą się zmagamy. Możemy go nie otwierać i nie rozpakować prezentu, jaki przynosi nam życie. Możemy wrzucić ten list na stos ulotek i reklam, zalegających gdzieś w naszym domu i zapomnieć, że w ogóle go dostaliśmy. I przyjąć dzień jako kolejny trud, z którego nic nie wynika, oprócz dobrze spełnionych obowiązków. Ale możemy też inaczej. Możemy go otworzyć z biciem serca, jakie towarzyszy oczekiwaniu i potraktować to, co znajdziemy w środku jak dar - od kogoś, kto nas bardzo kocha; dla kogo jesteśmy ważni, wyjątkowi i niepowtarzalni. Prezent, który możemy przyjąć z wdzięcznością, albo odrzucić na półkę ze znudzeniem. 
Każdy dzień, który  dostajemy, jest prezentem. Ślicznie opakowanym w słoneczny uśmiech o poranku, albo w zwykły szary świt zasnuty chmurami. Ale nie opakowanie jest ważne, tylko to, co znajdziemy w środku. Małe cuda dnia codziennego, które możemy dostrzec; albo przejść obok nich obojętnie. Czyjś uśmiech pochwycony przelotnie. Skierowany do nas, albo przyłapany przypadkiem, nieważne. Ważne, że choć przez chwilę rozświetli szary dzień; jeden, na pozór tak podobny do drugiego, a jednak inny jeśli przyjrzymy mu się uważniej. 

 
Fot. Michał Oleksa


Małe drobiazgi, zbierane jak kolorowe kamyki nad morzem. Telefon od kogoś bliskiego. Esemes, bo ktoś o mnie pamiętał, pomimo tego, że ja w zabieganiu czasami nie znajduję czasu. Miłe słowo, powiedziane, usłyszane, przesłane, przeczytane. Spojrzenie, w którym nie ma oceny ani odrzucenia, ale życzliwość i akceptacja. Człowiek, który przez chwilę zatrzymał się przy mnie, aby się czymś ze mną podzielić. Nawet swoją biedą. 
"Słońce jest dla wielu ludzi czymś najzwyczajniejszym na świecie. A przecież czyni ono cuda każdego dnia. Każdego poranka zapala światło, życząc dobrego, szczęśliwego dnia." Phil Bosmans
Wczoraj obudziły mnie słoneczne promyki, a dzień rozpoczął się bez bólu skroni, który często mi towarzyszy. Potraktowałam to jak dobry znak, a potem odpakowywałam ten prezent do końca. Kawa z przyjaciółką i rozmowa; taka prawdziwa, nieśpieszna. Wspólne zakupy, które przyniosły wiele radości poprzez proste przebywanie razem. Osiedlowa alejka zasłana liśćmi, po których kroczyłam z zachwytem małego dziecka. Kolory, które mnie otuliły wraz z ciepłem dzisiejszego dnia i sikorka, która przysiadła na mijanej ławce, radosna i chwaląca życie trzepotem swoich skrzydełek. Dzień, który stał się pięknym prezentem, bo dostrzegłam w nim te wszystkie drobiazgi, które podarowało mi życie. Nie pogubią się, bo chowam je w szkatułce mojej pamięci i zaglądam tam, gdy życie mnie zasmuci, a wokół się oziębi.
Życzę Ci dobrego i szczęśliwego dnia i dostrzegania tego, jak wielkim darem jest Twoje życie i jak pięknym prezentem może być każdy z naszych dni, jeśli tylko damy mu na to szansę. 
Monika A. Oleksa    


Fot. Michał Oleksa

Życie jest darem, ale w każdej chwili ten dar może zostać nam odebrany. Dlatego trzeba doceniać każdą, nawet najbardziej prozaiczną chwilę bycia blisko kogoś, kto po prostu jest w naszym życiu i przyjmujemy to jak pewnik. Siedemnaście lat temu nazwałam "tatą" obcego mężczyznę, który jest ojcem mojego męża. Uwierzyłam, że nigdy nie będzie Teściem, ale właśnie tatą. I tak go traktowałam przez wszystkie te lata. Z odwzajemnioną miłością, która nigdy nie zawiodła. Codzienność potrafi uśpić czujność. Dziś zdarzyło się coś, co uświadomiło mi i mojej rodzinie, że życie przynosi różne prezenty i jest nieprzewidywalne, ale pomimo wszystko warte docenienia. Mój tata, wczoraj jeszcze zdrowy, silny mężczyzna, dziś jest w stanie, który lekarze oddali działaniu czasu i Boga. Ale jest, i dla mnie to ogromnie dużo. Bo wierzę, że rzeczy niemożliwe są tylko słabością człowieka, a cuda zdarzają się każdego dnia. Proszę tylko o krótką modlitwę w intencji mojego taty. Moje dzieci jeszcze go bardzo potrzebują. Ja też. A tam na górze, wierzę, że jeszcze nie jest tak bardzo potrzebny... Nie tak, jak tu. 
M. 


Fot. Michał Oleksa
  

czwartek, 10 października 2013

Literackie czwartki: Wygrzebane, cd:)

Fot. Marcin Oleksa



30 września, poniedziałek

Klara tępym wzrokiem wpatrywała się w zawiadomienie, dostarczone listem poleconym przed kilkoma zaledwie dniami. 
"Uprzejmie zawiadamiamy, że uroczysta inauguracja roku akademickiego odbędzie się dnia 1 października o godz. 8.00". 
Krótka, zwięzła wiadomość i nieczytelny podpis. 
Ciężkie westchnienie wydobyło się z serca dziewczyny. To już jutro. Już jutro stanie przed żywym murem obcych twarzy, nie wiedząc nic o nikim i nie znając nikogo. Już jutro to, co jeszcze w lipcu było tak odległe i nierealne, teraz stanie się aż nazbyt realne i namacalne. 
Dziewczyna ponownie westchnęła i otworzyła szafę, z której wysypały się na siłę upchnięte dresowe spodnie i podkoszulki. Odsunęła je z żalem i z dna szafy wygrzebała zmiętą, białą bluzkę i granatową spódnicę do kolan.
"O rany, znowu będę musiała włożyć to obrzydlistwo. " - pomyślała i podążyła w kierunku kuchni, aby odszukać w niej żelazko. 
Biała bluzka i granatowa, grzeczna spódniczka budziły w dziewczynie uzasadniony wstręt. Klara była typem sportsmenki, a jedyny preferowany przez nią strój stanowiły: dres, szorty i biały podkoszulek. Perspektywa wciśnięcia swojego metra i osiemdziesięciu centymetrów ciała w tak ciasne i niewygodne ubranko wywoływała ciężkie westchnienie. 
"I to już jutro" - pomyślała smutno, skrzętnie wyprasowując każdy zakamarek pogniecionej bluzki.

                                                ...

Zamknięty w swoim pokoju Diabeł wysypał na stół zwoje papierków, które poniewierały mu się po kieszeniach. Starannie rozprostował zmięte banknoty i układał je na kupkę. W miarę liczenia jego ciemna buzia rozjaśniała się w promiennym uśmiechu.  
- Jutro mogę sobie pozwolić na dwa Snickersy i pepsi. A reszta na laptop - powiedział na głos, upychając przeliczone pieniądze do specjalnej koperty, którą trzymał pod książkami. Jeden banknot schował do bocznej kieszonki plecaka, w którym panował zadziwiający nieład, bowiem jego właściciel, dumny uczeń piątej klasy szkoły podstawowej, miał tendencję do wpychania do środka wszystkiego, co mu wpadło w ręce, poczynając od niedojedzonej bułki z masłem po komiksy. Zastanawiające było to, iż ani szkolnych zeszytów, ani książek nie można się było doszukać w tym bałaganie, który Diabeł codziennie zabierał ze sobą do szkoły. 
- Rafał, gaś światło! Jutro nie wstaniesz rano! - z przedpokoju doleciał krzykliwy, kobiecy głos.
- Już gaszę, jeszcze się tylko spakuję! - odkrzyknął, wrzucając do plecaka złamany ołówek. 
- No, gotowe - powiedział, zasuwając suwak. - A swoją drogą... dobrze mieć taką cenną siostrę. 
Błysnął białymi zębami, zgasił światło i wskoczył pod kołdrę, mocno naciągając ją na siebie. 


1 października, wtorek

Żywy mur zaciekawionych spojrzeń zafalował niespokojnie i przesunął się długim ogonkiem w stronę wielkiej auli. 
- Powoli, powoli! - Niski, łysiejący mężczyzna próbował powstrzymać tą napierającą, żywą masę. Daremnie jednak. Młodzi ludzie pchali się niecierpliwie w stronę zbawiennych krzesełek, na których można było zasiąść i poczuć się choć przez chwilę jak w bezpiecznej przystani. 
Mariusz próbował w tym falującym tłumie wypatrzyć Olę. Na próżno. Tegoroczny I rok prawa obrodził w ciemnowłose piękności, które migały przed oczami stropionego chłopaka jak kawałeczki mozaiki w kalejdoskopie. I żadna z nich nie była Olą! 
Gdy tak stał i wypatrywał tej, której oddał swe serce, nagle tuż za sobą usłyszał nosowe "Cześć" i czyjaś ciężka dłoń opadła na jego ramię. Odwrócił się przestraszony. Przed nim stała Klara, najlepsza koszykarka II ligi dziewcząt w AZS-ie. Mariusz znał ją z widzenia, bowiem sam zapamiętale trenował w AZS-ie kickboxing i często dopingował dziewczętom w rozgrywkach i meczach. 
- O! Cześć! - uśmiechnął się na widok jakiejś znajomej twarzy. 
- Fajnie cię widzieć - zabrzmiał nosowy głos Klary. - Same obce gęby... 
Mariusz pokiwał głową ze zrozumieniem. 
- Chodź, klapniemy sobie na tamtych krzesełkach. Tam będzie lepiej widać. - Klara zacisnęła dłoń na ramieniu Mariusza i pociągnęła go za sobą. Niespokojny o swój bark chłopak nawet nie próbował stawiać oporu. 
W tym czasie, gdy Klara ciągnęła Mariusza w stronę rzędu krzeseł, drugimi drzwiami wchodziła Ola, odprowadzana wzrokiem przez kandydatów reprezentującą płeć brzydką przyszłych prawników. Towarzyszyła jej Ewa, która w zwykłej białej bluzce i długiej, czarnej spódnicy blakła przy Oli, wprost emanującej seksapilem. Dziewczęta wybrały rząd nieco oddalony od głównej katedry. Idealny punkt do obserwacji. 
Ola rozglądała się dookoła, poprawiając zalotnie skręcony kosmyk włosów, który opadł jej na policzek. 
- Same muły. Gdzie są ci osławieni przystojniacy, od których miało się roić na prawie?
- Nie przesadzaj, niektórzy są fajni - wtrąciła Ewa, posyłając nieśmiały uśmiech w stronę mizernego blondyna, który wpatrywał się zachłannie w Olę. 
- Nie znasz się - odpowiedziała Ola tonem znawcy. - O kurczę, no i w co ja się wpakowałam? Specjalnie wybrałam ten kierunek. Tyle słyszałam o tych przystojnych prawnikach. I co? Nic. Nie ma na kogo nawet popatrzeć. 
- Ty, a Bob? - Ewa przypomniała sobie nagle wczorajszą rozmowę z przyjaciółką. 
- Bob... wiesz, jak się zbudziła,m rano, stwierdziłam, że nie kocham go już tak bardzo jak wczoraj. W zasadzie... to ja go chyba w ogóle nie kocham. Poza tym jest rudy, a ja... O rany! Ewa, spójrz!
Wzrok Oli skierowany był w stronę katedry, na którą z mozołem próbował się wspiąć stary i pomarszczony dostojnik w todze. Ewa domyśliła się, że to nie on wzbudził w przyjaciółce tak żywy okrzyk, ale towarzyszący mu asystent, który wiernie służył swoim ramieniem. Był to dobrze zbudowany, jasny blondyn o uśmiechu tak promiennym, że aż raził w oczy. 
Stojąc na korytarzu i czekając na Olę, Ewa zdobyła trochę informacji na jego temat i teraz mogła się nimi podzielić z przyjaciółką. 
- To nasz opiekun roku. Zdaje się, że zajęcia z nim będziemy miały dopiero na IV roku. 
- Dopiero?! - Ola była niepocieszona. 
- Nazywa się tak śmiesznie... czekaj, zapomniałam.
- Przypomnij sobie koniecznie!
- Kiedy to takie dziwne nazwisko... trochę śmieszne... 
- Ewa!
- No, czekaj. Tak coś od "hałasu". 
- Hałasiewicz? 
- Nie, nie... 
- Hałasa? 
- Nie... 
- Ha... 
- Już wiem! Szmeraczek! Maurycy Szmeraczek!
- Rzeczywiście coś od hałasu. - Ola pokręciła głową, patrząc na przyjaciółkę z naganą. 
- No i czego się czepiasz? - Ewa odwróciła głowę i ... 
Tak, on wyraźnie patrzył na nią. Nie na Olę, tylko na nią. I jak on wyglądał! Wysoki, postawny, ciemnoskóry. Nienagannie skrojony garnitur był jakby stworzony dla tego Adonisa. Kim był? Czy to jeden z kolegów z roku, czy też ktoś zupełnie inny? Sama nie wiedziała, kiedy uśmiechnęła się do niego. I, o nieba, on też się uśmiechnął! Uśmiechnął się do niej, do Ewy! Czyż życie studentki nie jest piękne?
Monika A. Oleksa 1991r. 


Zamyślony Łatek pozdrawia z kojących i wymalowanych jesienią Dąbek:)