czwartek, 28 listopada 2013

Literacki czwartek: Czwartkowe obiady odc. 2

Fot. Marcin Oleksa 



Eulalia promieniała. Przemieszczała się między kuchnią a salonem, prezentując jedną ze swoich ulubionych, misternie robionych, koronkowych sukienek w kolorze koniakowym. Nieczęsto miała już okazję, aby wyciągać te cudeńka z szafy, dlatego tak lubiła te czwartkowe spotkania, kiedy mogła włożyć na siebie wspomnienie przeszłości i cofnąć czas choć na chwilę. 
Oczywiście były już wszystkie z wyjątkiem Bogusi, która zawsze się spóźniała. Tak już miała i od lat była w tej kwestii niereformowalna. Szybki, dwukrotny dzwonek do drzwi zapowiedział jej przybycie, a głośne utyskiwania słychać było w salonie.
- Co za pogoda! - Bogusia ściągnęła z siebie płaszcz, który pomimo parasola, zdążył zwilgotnieć. - Siąpi, wieje, aż się wyjść z domu nie chce. 
- Jak to w listopadzie. - Eulalia powiesiła płaszcz przyjaciółki na wieszaku i nogą podsunęła jej przygotowane wcześniej kapcie. Tylko Jadzia przynosiła swoje własne, Helenka, odkąd tylko Eulalia pamiętała, chodziła na boso nawet we własnym mieszkaniu, a Bogusia zawsze korzystała z gościnnych. 
- Ty nie narzekaj, dobrze, że siąpi, a nie sypie. Od zeszłego roku mam wstręt do zimy. - Helenka wyjrzała z salonu, przesyłając Bogusi całusa na odległość. - Wyrobiłaś się w samą porę, bo rybkę jadłabyś zimną. 
- A, to rybka tak ładnie pachnie. - Bogusia pociągnęła nosem i przejrzała się w lustrze ze starą dębową ramą, które wisiało jeszcze w rodzinnym domu Eulalii. - Cześć dziewczynki - cmoknęła Eulalię w pachnący pudrem policzek, a potem podobnego całusa zostawiła na policzku Heleny i Jadwigi. - Cieszę się, że was widzę. Ojej, ale artystyczna robota. - Bogusia przystanęła przy stole i zachwyciła się jego nakryciem. 
- To wszystko zrobiła Martusia - odpowiedziała Eulalia z dumą. 
Lubiła ten rozgardiasz towarzyszący wizytom przyjaciółek. Jej dom ożywał i odbijał echo minionych lat i spotkań, które się tutaj odbywały. Bogusia, Jadzia i Helenka, podobnie jak Marta, wnosiły ze sobą życie, którego Eulalii od jakiegoś czasu brakowało. 
- No dobra, dziewczynki. - Eulalia postawiła na stole półmiski z rybą i warzywami. - Rybka podana. najlepiej smakuje gorąca. Życzę smacznego. 
Srebrne sztućce rozdzwoniły się o talerze, a para unosząca się nad półmiskiem przewędrowała dookoła, nęcąc zapachem i wyostrzając apetyt. 
- Licytujemy, dziewczynki? - Bogusia nie przestawała mówić nawet w trakcie jedzenia. - Która zaczyna?
Helenie zabłysły oczy. 
- Zapisałam się na kurs samby! 
Trzy pary oczu spojrzały na nią z zaskoczeniem i lekką zazdrością. 
 - Byłam już na dwóch zajęciach i ... podoba mi się! Ten rytm, te biodra i ten instruktor! Uff! - Helena pomachała ręką przed twarzą, zupełnie jakby studziła emocje. 
- Helenka! Nie podejrzewałam cię o to! - Bogusia włożyła do ust brokuła i uśmiechnęła się promiennie do przyjaciółki, puszczając przy tym oko. 
- W życiu trzeba spróbować wszystkiego na co się ma ochotę, aby potem nie żałować, że się nie zrobiło tego, czego się pragnęło. A ja zawsze chciałam choć raz dobrze zatańczyć sambę.
- Popieram - wtrąciła Eulalia. - Nawet pomyłki mniej bolą, jeśli popełnimy je na własne życzenie. Helenka, jak przetrzesz szlaki, być może i ja się skuszę... 
Helena uśmiechnęła się i spojrzała na Bogusię, dając jej do zrozumienia, że teraz jej kolej. 
- Byłam na wieczorze poetyckim w poniedziałek. Stare Miasto, przytulna, klimatyczna kawiarenka i poeta o zniewalająco niebieskich oczach z wrażliwą duszą człowieka zupełnie nie z tego wieku. Po spotkaniu miałam okazję zamienić z nim parę słów. bardzo sympatyczny, młody człowiek, który mówi pięknym językiem polskim. Zakupiłam jego tomik, dostałam autograf, a od poniedziałku delektuję się wieczorami jego poezją. Bardzo subtelna, a jednocześnie dojrzała. - Bogusia wyjęła z torebki mały, szary tomik i podniosła do góry. - Puszczam dookoła, tylko bardzo proszę nie wysmarować mi go tłustymi paluchami!
- Chciałam zauważyć, że kulturalnie używamy noży i widelców, a nie paluchów - obruszyła się Eulalia. 
- Ale zawsze może ci kapnąć z talerza - odcięła się szybko Bogusia. - Proszę tylko, abyście uważały, bo jest to dla mnie rzecz cenna, chociaż może tak nie wygląda.
Szary tomik powędrował z rąk do rąk, wzbudzając zainteresowanie i wywołując "ochy" i "achy" swoją treścią. W międzyczasie Eulalia pozbierała puste talerze, zaniosła je do kuchni i nastawiła wodę na herbatę. Szarlotka w piekarniku właśnie kończyła się piec, więc Eulalia ucieszyła się, że ma wszystko pod kontrolą i że deser będzie na czas. Wstawiła puste talerze do zlewu i namoczyła je, a potem wyłączyła szarlotkę, pozwalając jej jeszcze dogrzać się w piekarniku. 
- Chodź, Lala, Jadzia chce nam coś powiedzieć - usłyszała wołanie Helenki, wytarła więc wilgotne dłonie w kuchenną ścierkę i wróciła do pokoju. 
Jadzia patrzyła na przyjaciółki z wypiekami na twarzy, a gdy Eulalia usiadła przy stole, powiedziała cicho: 
- Dostałam pracę jako opiekunka dwuletniego chłopca. 
Przy stole zapadła cisza. Nowina Jadzi była tak nieoczekiwana, że żadna z nich nie wiedziała co powiedzieć. Jadzia nigdy nie pracowała z dziećmi, swoich własnych nie miała, ale zawsze darzyła je sympatią. Niemniej jednak podjęcie pracy wymagającej wysiłku ruchowego w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, było dla Eulalii, Heleny i Bogusi zaskakujące. 
- A co z naszymi czwartkami?- spytała Bogusia, która pierwsza oprzytomniała. 
- Będę pracować tylko trzy dni w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki. Czwartki zostają bez zmian - odpowiedziała Jadzia, powoli powracając do swoich naturalnych kolorów. 
- Dasz sobie radę z wulkanem energii? Dzieci w tym wieku mają zadziwiającą zdolność przebywania w kilku miejscach na raz - zauważyła Helena, wspominając lata dzieciństwa swoich wnuków. 
- Spróbuję. - Jadzia uśmiechnęła się niepewnie. 
- Dajcie Jadzi już spokój. - Bogusia postanowiła zakończyć temat pracy Jadwigi. Była ciekawa, co tym razem przygotowała Eulalia. Lubiła zaskakiwać. - Jak wymięknie i nie da rady, zawsze może zrezygnować, prawda Jadwigo? 
Jadzia skinęła głową i skupiła swój wzrok na haftowanym złotą nitką obrusie Eulalii. 
- Lala, zanim podasz tę kusząco pachnącą szarlotkę, podziel się z nami swoją rewelacją. 
Po słowach Bogusi wszystkie trzy spojrzały z ciekawością na Eulalię. 
- O Marcie nie mogę? - spytała Eulalia nieśmiało. 
- Znasz zasady - odpowiedziała Helena. - Nie rozmawiamy o wnukach i chorobach! 
- No dobrze - westchnęła Eulalia. Bardzo chciała podzielić się z przyjaciółkami szokującą dla niej samej wiadomością o przeprowadzce Marty, ale wiedziała, że to będzie musiało poczekać. Przestrzegały zasad bardzo skrupulatnie, nie chcąc dopuścić do tego, aby cotygodniowe spotkanie zostało zdominowane przez którąś z nich, opowiadającą ze szczegółami o osiągnięciach wnuków lub o tym, co boli, jakie leki doktor ostatnio przepisał i co powiedział na ostatniej wizycie. Ten czwartkowy czas był po to, aby uwierzyły, że życie wciąż ma im wiele do zaoferowania i naprawdę mają z tego wszystkiego korzystać. Dzieliły się refleksami po książkach, które wspólnie czytały; opowiadały o koncertach, wystawach i wieczorach literackich, na których bywały. Czasami przyprowadzały na spotkanie ciekawą osobę; czasami odkrywały nowe restauracje czy kawiarnie. Pomimo emerytury, postanowiły nie zamykać się w domu narzekając na samotność, tylko wychodziły życiu naprzeciw, często pokonując własne zniechęcenie i niedomagania własnego ciała, które coraz częściej się buntowało. Miały siebie, doświadczenie i coś, czym chciały się dzielić. Ciepło, życzliwość i obecność - jedna w życiu drugiej.
Eulalia nabrała powietrza, zmrużyła oczy i spod wpółprzymkniętych powiek spojrzała na przyjaciółki. 
- Założyłam bloga - powiedziała, patrząc z triumfem na wyraz zaskoczenia na twarzy każdej z trzech bliskich jej sercu kobiet. 
A potem wstała i spokojnie udała się do kuchni, aby pokroić ciepłą jeszcze szarlotkę, którą zamierzała podać z lodami waniliowymi. 
cdn. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa


Biblioteka Publiczna im. Księdza Jana Twardowskiego
w Dzielnicy Praga Północ m. st. Warszawy


na spotkania autorskie z Panią 
Moniką A. Oleksa

  • 9.12.2013 r. o godz. 13.00
Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży Nr 6,
Warszawa, ul. Strzelecka 21/25, Tel. 22 619 15 26

  • 9.12.2013 r. o godz. 16.00
Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży Nr 4, 
Warszawa, ul. Radzymińska 50, Tel. 22 818 75 65

  • 10.12.2013 r. o godz. 17.00
Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży Nr 101,
Warszawa, ul. Ząbkowska 23/25, Tel. 22 619 81 22

poniedziałek, 25 listopada 2013

Katarzynki

Fot. Michał Oleksa


Masz na imię Kasia i uśmiech, który koi, ogrzewa nawet najzimniejsze dni i dodaje energii. Masz łagodne spojrzenie oczu, w których jest siła i upór, z którego nie do końca zdajesz sobie sprawę, i który pomaga Ci pozostać sobą w tym zapędzonym, często nieprzyjaznym świecie. Jest w Tobie delikatność, czułość, czasami bezradność, z którą dzięki ludziom bliskim Tobie, potrafisz sobie poradzić. Twoje imię dźwięczy radością, tak jak czas spędzany z Tobą. Kasia, Kasieńka, Katarzyna. Jest w tym imieniu dziewczęcość i powaga dojrzałej kobiety. Jest szaleństwo młodości i doświadczenie kobiecości. Jest ciepło, którym emanujesz i dzielisz się z tymi, których w swoim życiu spotykasz. Dostałaś to imię nieprzypadkowo, Kasiu. Katarzyna oznacza "czysta; bez skazy". 
Ten dzisiejszy dzień, Katarzynki, jest Twoim świętem. Ale to również święto wielu ludzi, dla których jesteś ważna. Dla mnie ten dzień jest wyjątkowy, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, Irysku. Dziękując za to, że od tylu lat niezmiennie jesteś w moim życiu, życzę Tobie Kasieńko, i wszystkim Kasiom, Kaśkom, Katarzynkom i Katarzynom, aby każdy dzień przynosił zachwycenie i stawiał na Twojej drodze ludzi, którzy potrafią dzielić się życzliwością. Życzę Wam, drogie Kasieńki, abyście zawsze potrafiły odnaleźć w sobie siłę potrzebną do przezwyciężenia każdej trudnej sytuacji i abyście umiały żyć zgodnie z rytmem swojego życia, wsłuchując się w serce, które ten rytm wyznacza. Życzę Wam, aby obok Was był zawsze bliski człowiek, który nie zawiedzie wtedy, gdy będziecie go najbardziej potrzebować. Jesteś niezwykła, Kasiu, i nie bój się być po prostu sobą. Nie ukrywaj swoich radości i smutków, nie przywdziewaj maski, chroniącej przed ludźmi; tylko odważnie stawiaj kolejny krok przez życie z pewnością, że nawet jeśli zabłądzisz, ktoś wyciągnie do Ciebie rękę i wyprowadzi tam, gdzie dojść powinnaś. Nawet jeśli nie wszystkie Twoje plany zostaną zrealizowane i nie wszystkie marzenia spełnią się w taki sposób, w jaki byś chciała; nie zrażaj się niepowodzeniami, tylko uświadom sobie, że posiadasz siłę, która pozwoli Ci walczyć z przeciwnościami i kłodami, które podrzuca codzienność. Znajdź czas dla siebie i naucz się od czasu do czasu porozpieszczać siebie. Pamiętaj o swoich pragnieniach, bo one są naprawdę ważne. Życzę Ci Kasiu, abyś zawsze pamiętała o tym, że masz w sobie piękno, które zalśni, jeśli mu na to pozwolisz. 
Kasiu, Kasieńko, Katarzynko, Katarzyno - Wszystkiego Najlepszego! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa

    

sobota, 23 listopada 2013

Listopadowo...

Fot. Michał Oleksa


Mały jesienny listek zadrżał na wietrze i mocniej przytrzymał się konaru delikatnej brzozy. Listopadowy chłód na dobre rozgościł się już na świecie, zarzucając na każdy z dni swój szary, wilgotny płaszcz, przez który wszystko spowite było mgłą i nostalgią. Nad ziemią unosił się zapach zbutwiałych, zmoczonych deszczem liści, przy których chętnie przystawały psy, zawzięcie wąchając zbrązowiałe przesyłki, które pospadały z drzew. Ludzie przemykali przez ulice skuleni, starając się zejść z drogi podmuchom wiatru i zacinającemu deszczowi. 
Mały listek patrzył na to wszystko z wysokości smukłego drzewa i zastanawiał się, dlaczego ludzie posmutnieli wraz z listopadem? Owszem, był zimny i melancholijny; ale jednocześnie miał w sobie obietnicę Bożego Narodzenia i tajemniczość, spowitą listopadową mgłą. Ten zimny miesiąc dawał ludziom szansę rozpalenia i ogrzania serca od serca; dłoni od dłoni i spojrzenia od spojrzenia. Przynosił długie, ciemne wieczory, ale jednocześnie podsuwał kubek gorącej herbaty z sokiem malinowym i książkę, która przenosiła w inny świat. Obdarowywał ludzi czasem na wspólne pobycie razem i na rozmowę prowadzoną w zaciszu domu; i z żalem patrzył na to, jak nie potrafią tego czasu dostrzec ani docenić. Przebywali w jednym mieszkaniu, ale pozamykani w osobnych pokojach. Mijali się w kuchni lub przedpokoju tak obojętnie, jak mijają się przypadkowi przechodnie na ulicy. Dokładali do swojego dnia zajęć i obowiązków, nie dostrzegając tego, co naprawdę ważne i istotne - drugiego człowieka, który czekał. Na uśmiech. Na wizytę. Na ciepło. Na spojrzenie. Na czyjąś obecność. Na słowa. Na objęcie, przytulenie. Na telefon. Na mnie. 
To nie brak słońca doskwierał ludziom najbardziej, i nie krótkie dni, z każdą dobą zbliżające się do tego najkrótszego dnia w roku; ale brak kogoś obok i wyziębienie nieogrzanego sercem serca. Depresja rodzi się w samotności i odosobnieniu; wtedy, kiedy złe, kosmate jak pająk myśli przychodzą, bo nic im nie może zagrodzić drogi. Jest tylko człowiek - sam na sam ze sobą i tymi myślami. 
Mały listek brzozy nie był sam. Miał drzewo, z którego wyrósł. I chociaż wiedział, że kiedyś będzie musiał się puścić i opaść; to jednak świadomość, że będą tam na niego czekać inne listki - te, które sfrunęły wcześniej, odważne i ciekawe świata, które przyjmą go i otoczą sobą; dawała mu poczucie siły i świadomość, że nie jest na tym świecie sam. Bo przecież mały, biedny listek nie poradziłby sobie sam jeden; zupełnie jak człowiek, który albo sam potrzebuje opieki, albo się kimś drugim opiekuje. 
Cały świat jest jak jedna wielka i zdumiewająca mozaika, złożona z milionów puzzli i elementów tworzących całość. Każdy z nas jest integralną częścią tego dzieła, dlatego jest takie niesamowite i niepowtarzalne. Zachwycające. 
Mały listek spojrzał na niebo przysłonięte chmurami. Wydawało się tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Gdzieś tam, za tymi chmurami, było słońce. I nawet jeśli w te listopadowe dni nie było go widać, jego małe promyczki wyglądały od czasu do czasu przez szpary na niebie, aby zapewnić, że ta szarość przeminie, a dzień się wydłuży. Potrzeba tylko odrobiny cierpliwości i ciepła, które można od kogoś przyjąć i komuś podarować. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa
  

czwartek, 21 listopada 2013

Literackie czwartki: 16 godzin z życia kobiety

Fot. Marcin Oleksa


Najbardziej lubiła poranki. Zazwyczaj przynosiły trzeźwość umysłu i skrawek nadziei, że dzisiaj się uda. Poranek był jedyną porą dnia, kiedy mogła spojrzeć na siebie w lustrze. Twarz na którą patrzyła wydawała się znajoma, chociaż bywały dni, gdy patrząc w lustro zastanawiała się, kim jest ta kobieta po drugiej stronie? Nie lubiła jej i już dawno przestała ją szanować. Zawiodła się na niej już tyle razy, że już nawet nie próbowała jej zaufać ani uwierzyć w jakiekolwiek słowo, które tamta wypowiadała. Kłamała. Zawsze kłamała. Składała obietnice, których nie potrafiła dotrzymać. Więc Alicja wogle przestała ją słuchać. Ale czasami powtarzała jej słowa. 
Przepraszam, już nie będę. Kończę z tym. Chcę żyć normalnie. Przepraszam córeczko. Już tego nie wezmę do ust. Od jutra. Od poniedziałku. Od nowego roku. Zacznę po świętach, bo wiadomo, święta to święta. 
Nienawidziła siebie za to, że wcale nad sobą nie panowała. Nie miała żadnej władzy nad rękami, które sięgały po butelkę, wydając na nią ostatnie pieniądze, które udało jej się odłożyć albo pożyczyć; lub przyjmując ją od kogoś życzliwego, kto rozumiał. Rozumiał, że musi się napić, bo to pragnienie było silniejsze. Rozumiał, że życie było tak podłe, iż nie można było zmierzyć się z nim na trzeźwo, bo wtedy bolało najbardziej. 
Ranek przynosił trzeźwość i wyrzuty sumienia. Czasami ich słuchała i chciała coś zmienić. Chciała zmienić siebie, tak zupełnie nie pasującą do tego świata. Patrzyła w oczy swojej córeczki i czuła, jak tysiące ostrych szpilek wbija się w jej serce. Miała zaledwie sześć lat, a tak dużo rozumiała. Więcej niż Alicja by chciała... 
Aby pozbyć się szpilek, łagodziła kontury otaczającej rzeczywistości i zmiękczała ją. Jeden kieliszek, jedna lampka, jedno piwo. Przecież to nic złego. To ludzkie. Taka potrzeba odreagowania; powstrzymania spraw wciskających się na siłę do jej życia. Pomimo tego, że zamykała im przed nosem drzwi, nie odchodziły. Stały cierpliwie, natrętnie pukając i zaglądając do środka przez uchylona szparę. Niezapłacone rachunki, zawiadomienia, przypomnienia, wezwania. Koperty, z których każda powodowała, że świat szarzał i bladł, a życie bolało. W takich chwilach najbardziej chciała zapomnieć. Pomagał sen, z którego nie chciała się budzić. Naciągnięta na głowę kołdra odgradzała od rzeczywistości. Alkohol pomagał zapaść w sen i rozgrzeszał ze wszystkiego. Z tego, że sobie nie radziła. Że była beznadziejną matką. Że we wszystkim czego się dotknęła, była do niczego. Że nic jej się nie chciało. Po prostu nic. 
Już dawno przestała patrzeć ludziom prosto w oczy. Nie chciała się wstydzić. Tego jak wygląda. Kim jest. Tego, co robi i czego nie robi. Tego, że ostatnio znowu zniknęła na trzy dni i że zupełnie zapomniała o tym, że miała odebrać swoją córeczkę ze szkoły. Dlaczego innym życie przychodziło bez wysiłku, a ona nie potrafiła wytrwać w normalności, która w pewnym momencie stała się zbyt trudna? Co takiego było z nią nie tak, że nie potrafiła się dopasować? 
Alicja spojrzała w przybrudzone smugami deszczu okno, w którym odbił się zabłąkany, pojedynczy promyk słońca. Skąd się tu wziął w listopadzie? I dlaczego zajrzał akurat w jej okno?
"Muszę je umyć" - pomyślała, nie mogąc oderwać wzroku od ciepła i światła, które nieoczekiwanie wtargnęło w jej życie. 
Gdzieś tam, po drugiej stronie tego okna był świat, którego się bała. Świat, który ją odrzucił. Nie zrozumiał. Świat, od którego kiedyś oczekiwała pomocy i który ją po prostu zostawił. A ona sobie nie poradziła. Taka się już urodziła, z wybrakowanym genem przystosowania, z brakiem poczucia własnej wartości, z brakiem wiary w cokolwiek. Ale z nadzieją, że znów usłyszy te słowa: Nie zostawię cię i nie pozwolę ci zmarnować swojego życia. Będę o ciebie walczyć, nawet jeśli to będzie walka z samą tobą i tym, co jest w twojej głowie. 
Czekała więc, obiecując sobie kolejnego ranka przeżyć ten dzień nie poddając się słabości. I kolejny raz spuszczała ze wstydem głowę, nie chcąc spojrzeć na siebie i swoją porażkę. Bo znowu przegrała. I zawiodła. Ale wciąż czekała... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
  

niedziela, 17 listopada 2013

Oswajanie

Fot. Michał Oleksa


Kobiety lubią oswajać przestrzeń, w której się znajdują. Tak już mamy, że troskę o to doglądanie ogniska domowego mamy wpisaną w kobiece geny i przenosimy to na każde miejsce, w którym przebywamy dłużej niż dwa dni:) To nam daje poczucie normalności i pewności, że mamy wszystko pod kontrolą i że nad wszystkim panujemy. 
Czasami to oswajanie rozmazuje tęsknotę i sprawia, że staje się ona mniej dotkliwa. Pamiętam przeraźliwie samotne tygodnie, które musiałam spędzić w szpitalu z moim synkiem tuż po jego urodzeniu. Żeby nie zwariować z rozpaczliwego strachu o niego i z tęsknoty za domem, "oswoiłam" ten fragment parapetu i szpitalnej szafki, które przypadły mi w udziale. Poustawiałam tam swoje rzeczy w taki sposób, abym mogła na nie patrzeć i aby mogły przypomnieć mi, że jestem tu tylko przez chwilę i że mój świat, głęboko wpisany we mnie; choć w kawałku przeniósł się tutaj razem ze mną. W ten sposób rzeczywistość mniej bolała, a każde spojrzenie dawało nadzieję, że będzie lepiej.

Fot. Michał Oleksa

Oswajamy nowe miejsce pracy i nowe sytuacje. Ramka ze zdjęciem kogoś, kogo spojrzenie powoduje ciepło w okolicy serca, postawiona na biurku daje pewność, że jest choć jedna osoba, dla której jestem ważna. Czasami jeden rzut oka na nią umacnia i daje poczucie pewności siebie, tak bardzo potrzebne szczególnie w pracy. Ulubiony długopis, papiery ułożone w taki, a nie inny sposób, torebka przewieszona przez oparcie krzesła; to wszystko daje nam poczucie, że nie jesteśmy w tym miejscu przypadkiem, ale że w jakiś sposób do niego należymy. 
My, kobiety, mamy gdzieś głęboko zakodowany ten gen oswajania. Oswajamy sytuacje, ubierając się stosownie do okazji. Mam koleżankę, która wybierając się do ZUS-u wkłada na siebie barwy wojenne:) Wcale mnie to nie dziwi. Jako prywatny przedsiębiorca dość często miałam do czynienia z tą instytucją i doskonale wiem, skąd ta waleczność... 
Zwykły, bezosobowy pokój staje się przytulny i ocieplony ręką kobiety. Próbujemy odnaleźć kawałek domu w każdej sytuacji. Wkładamy w to oswajanie całe siebie, aby było choć w części tak, jakbyśmy chciały. Firanki, zasłony, zazdrostki, serwetki; kubki, filiżanki i spodeczki; obrazy, widoczki, zdjęcia, bibeloty; narzuty, kapy i koce. Suszone bukiety, okna ozdabiane kwiatami, dywany, dywaniki. Po prostu kobieta. Nasz świat na kawałku podłogi, która niekoniecznie należy do nas. Ale robimy wszystko, aby mieć choć takie wrażenie, bo z tym nam lepiej. W tym znajomym porządku odnajdujemy siebie. To nam pomaga nie zwariować w świecie pełnym pędu i pośpiechu, kiedy tak dużo spraw, trosk i zmartwień trzeba dźwigać na swoich barkach. 
Oswajamy również ludzi, których w swoim życiu spotykamy. Zaczynamy powoli i ostrożnie, badając sytuację i rozpoznając, czy postawić kolejny krok w ich stronę, czy wycofać się przezornie. Zauważyliście, że jeśli ktoś jest nam bardzo bliski, obdarowujemy go drobnymi podarunkami? Takimi osobistymi, od serca. Robimy to, aby sprawić tej osobie przyjemność, ale również dzięki temu "ozdabiamy" sobą drugiego człowieka i "urządzamy" się w jego sercu czy życiu, czując się tam dobrze. Podarunek od nas sprawia, że bliska osoba myśli o mnie za każdym razem, kiedy spogląda na ten drobiazg od serca, lub kiedy go używa. Moja przyjaciółka podarowała mi swój ulubiony zapach, który "wkładam" na siebie wtedy, gdy bardzo za nią zatęsknię. Nosząc go na sobie czuję jej obecność przy sobie i dzień raduje, pomimo smagnięć, którymi tak często nas raczy. Zakładka zrobiona specjalnie dla mnie rękami pokrewnej duszy umila chwile z książką, które zawsze są dla mnie wielką ucztą. Szydełkowy misio ( a w zasadzie Pani Misiowa:)) jeździ ze mną w samochodzie i uśmiecha się uspokajająco, gdu ja tracę cierpliwość w korkach. Wyjątkowe słonie przywiezione z Dąbek i podarowane wraz z ogromnym kawałkiem serca przez moją ukochaną Marysię, podtrzymują na duchu, gdy ja upadam, szepcząc, że znów przyjdzie lato i znów będzie ten czas, gdy odnajdę siebie. 
Oswajamy strach, zaglądając mu prosto w oczy. Oswajamy trudny czas, starając się z nim zmierzyć. Oswajamy samotność, jeśli uda nam się znaleźć w sobie dość siły. 
Kobieta jest zagadką, czasami nawet dla samej siebie, ale umiejętność oswajania każda z nas dopracowała do perfekcji:) 
Monika A. Oleksa    


Fot. Michał Oleksa

czwartek, 14 listopada 2013

Literacki czwartek: Czwartkowe obiady, odcinek 1:)

Fot. Marcin Oleksa


Eulalia przysiadła przy stole, podparła głowę rękami i spojrzała na wnuczkę z całą swoją czułością, która wyjrzała niebieskimi oczami. Marta stała naprzeciwko Eulalii, z założonymi przed sobą rękami, opierając się o zlewozmywak. Jej smutna buzia wyrażała tyle emocji, z którymi młodość nie umiała sobie jeszcze radzić. Eulalia dobrze to pamiętała. Te skrajne emocje targające człowiekiem, gdy rozum twierdził co innego, a serce robiło swoje. 
- Babciu, oni wciąż traktują mnie jak dziecko! - poskarżyła się Marta, licząc na zrozumienie i wsparcie swojej, wcale nie "babciowej", babci. - Przecież gdybym studiowała w innym mieście, mieszkałabym na stancji, tak? 
- No, nie wiem - uśmiechnęła się Eulalia - znając twojego ojca, załatwiłby ci pokoik u Sióstr Urszulanek. 
Marta zacisnęła pięści i zatupała nogami. Zawsze się tak zachowywała, jeśli coś ją rozzłościło. Już jako mała dziewczynka wyraźnie komunikowała swoje potrzeby i głośno obwieszczała całemu światu, co jej się podoba, a co nie. 
- Tata uważa, że na wszystko oprócz nauki jestem jeszcze za młoda. 
- Zapomniał wół jak cielęciem był - rzuciła Eulalia, mając okazję dociąć zięciowi, za którym, prawdę mówiąc, nigdy szczególnie nie przepadała i zupełnie nie miała pojęcia co takiego Aneta w nim zobaczyła. - Myślisz, że nie odpuszczą? 
- Babciu - Marta spojrzała na jedyną osobę, która ją rozumiała tak, jakby patrzyła na dziecko, które jeszcze wierzy w świat bajek. - Nie chcą nawet słyszeć o tym, że chcę się wyprowadzić i zamieszkać razem z Bartkiem. Nie przekonuje ich to, że zobowiązałam się sama płacić czynsz, ani to, że w tym mieszkaniu mieszka jeszcze trójka innych osób - dwie dziewczyny i przyjaciel Bartka, Alek. Uważają, że jestem za młoda, że wspólne mieszkanie to dopiero po ślubie, itp, itd, tratatata. Przecież jesteśmy z Bartkiem ze sobą dwa lata, znamy się od początku studiów, dobrze nam razem i naprawdę myślimy o wspólnej przyszłości - w tym miejscu Marta zamilkła, aby nabrać tchu. Eulalia wykorzystała to, aby się wtrącić. 
- Wspólnie myślicie, czy na razie ty sama myślisz? - spytała, patrząc uważnie na ukochaną i jedyną wnuczkę. - Wiesz dobrze, że chłopcy dojrzewają wolniej, a są tacy, którzy do małżeństwa, rodziny i odpowiedzialności nie dojrzewają wogle.
- Oj babciu - Marta machnęła ręką - to w tej chwili nie jest istotne. Nie chcę jeszcze za niego wychodzić, ale nie mogę już dłużej mieszkać z rodzicami, bo oszaleję! Potrzebuję swojej własnej przestrzeni i nie mówię tu wcale o własnym pokoju, bez względu na to, jak byłby duży. 
- To zamieszkaj u mnie - rzuciła Eulalia, zaskakując tym Martę i samą siebie. 
- Jak to, u ciebie? - Marta patrzyła na babkę szeroko otwartymi oczami. - Przecież zawsze powtarzałaś, że zbyt cenisz swoją niezależność, aby wpuścić tu kogokolwiek. 
- Oj, nie twierdzę, że długo z tobą wytrzymam, bo wiesz, tyle już lat mieszkam sama, ale... - Eulalia przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się przekornie. - Spróbować możemy. 
Marta oderwała się od zlewozmywaka, który dotąd podpierała i podbiegła do babci, aby ją uściskać. 
- Obiecuję, że żadnych burd ani studenckich imprez urządzać nie będę. - Marta podniosła do góry dwa palce. 
- A ja obiecuję, że nie będę się wtrącać w twoje życie osobiste, bo sama musisz popełnić błędy, aby się na nich nauczyć. Ale rady z chęcią ci udzielę, jeśli o nią poprosisz. 
- A ja będę dorzucała się do czynszu i opłat. W końcu jestem już dorosła. 
Eulalia poklepała wnuczkę po dłoni, które Marta wciąż trzymała na jej ramionach. 
- Odklej się ode mnie, bo muszę wziąć się za obiad. 
Marta oderwała się od babci i stuknęła otwartą dłonią w czoło. 
- O kurczę! Zapomniałam, że dzisiaj czwartek! Dziś obiad u ciebie?
Eulalia skinęła głową i podniosła się od stołu. 
- A co przygotowujesz? - spytała Marta przymilnie. 
- A rybę na parze. I ziemniaczki na parze, prawie bez soli. I brokuły z marchewką. Też z pary.
Marta skrzywiła się. 
- No, kochana - Eulalia pogroziła jej palcem. - Jak będziesz w moim wieku i zaczniesz mieć kłopoty z nadciśnieniem, przestaniesz żywić się pizzą i kebabem i docenisz takie frykasy jak rybka i brokuły. 
- Ale ja nie mam nic przeciwko rybce! - wykrzyknęła Marta. - Tylko dlaczego na parze? 
- Bo jest zdrowa. Bogusia nie ma woreczka i nie może jeść smażonego. Jadzia też nie może, bo ma za wysoki cholesterol. A Helenka generalnie odżywia się zdrowo. I już wszystko wiesz. 
Marta pokiwała głową i spytała:
- Pomóc ci? 
Eulalia uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością. 
- Nakryj stół w salonie. Robisz to zawsze tak pięknie. Serwetki są w barku, a uprasowany obrus leży na desce do prasowania. 
Marta lubiła duży pokój babci, zwany salonem. Odkąd pamiętała, jeszcze jako mała dziewczynka, zachwycała się bibelotami poustawianymi w nieokreślonym porządku na starym dębowym kredensie. Jako artystka Teatru Muzycznego, Eulalia dużo podróżowała. Z każdego z odwiedzanych miejsc przywoziła pamiątkę, którą dostawiała do wielu innych, tworząc w ten sposób jedyny w swoim rodzaju kolaż, na który lubiła patrzeć. Wracała wtedy wspomnieniami do chwil i momentów z przeszłości, która odeszła bezpowrotnie.
Marta zawsze podziwiała swoją babkę. Wychowywała się wśród jej koronkowych sukienek, długich atłasowych rękawiczek i jedwabnych apaszek, które nieustannie przymierzała. Duże, trzypokojowe mieszkanie w starym budownictwie przy ulicy Chopina w Lublinie, niemalże w samym centrum miasta, wypełnione było rzeczami Eulalii, z którymi nie potrafiła się rozstać i które dla Marty miały duszę, zupełnie jak ten dom. 
Cieszyła się, że będzie mogła stać się jego częścią i przebywać w tej atmosferze, w której jako mała dziewczynka lubiła się ogrzewać. 
Skończyła nakrywać stół i przekrzywiła głowę, aby ocenić efekt. Wszystko wyglądało tak, jak należy. Przyjaciółki babci na pewno docenią estetykę stołu, w którego przyozdobienie Marta włożyła serce. 
Ciekawe, która z nich przygotowała na dzisiaj niespodziankę? 
cdn. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

Eulalia, Bogusia, Jadzia i Helena. Cztery przyjaciółki, obecnie na emeryturze, spotykają się co czwartek na obiadach, w czasie których dzielą się wzajemnie sobą, wspierają się w potyczkach z życiem i starają się dostrzec w szarym życiu choć nikłe promyczki radości. Pozaglądamy do nich i potowarzyszymy im w tych wspólnych obiadach. Popodglądamy ich życie tak, jak podglądamy życie bohaterów ulubionych seriali. Myślę, że je polubicie:) 
M.     

niedziela, 10 listopada 2013

Kobieta jest melodią... Ania

Fot. Marcin Oleksa


Każda kobieta ma w sobie melodię, która pozostaje; pomimo przemijania. Opowiadając o kobietach i ich melodiach, tak wiele z nich chciałabym ocalić od zapomnienia; o tak wielu melodiach napisać i każdej z Was przekazać - jedną myśl; wskazówkę; drogowskaz. 
Ten pierwszy esej z cyklu, jaki zamierzam poświęcić kobietom, które mnie przy sobie w jakiś sposób zatrzymały, zacznę od tej, która głęboko wpisała się w moje życie i pozostawiła tam niezatarty ślad. Była cichutka i skromna; taka, jak tysiące kobiet, jakie mijamy codziennie na ulicy; spotykamy w sklepie, w pracy, u fryzjera czy w autobusie. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, a jednak była Wielka. Ania. Tylko tyle. Po prostu Ania, której pamięci zadedykowałam moją książkę "Miłość w kasztanie zaklęta" i której dedykuję ten dzisiejszy post.
Nie była nikim szczególnym w sposób, w jaki tę wyjątkowość postrzega współczesny świat. Była zwyczajną, młodą kobietą; mamą i żoną; córką i siostrą. Przyjaciółką. Żyła cichutko, i choć całe jej życie biegło pod górę, na którą powolutku i cierpliwie się wspinała; nie skarżyła się, przyjmując wszystko, do czego udało jej się dojść wraz z mężem, z wdzięcznością. Radość z rzeczy, które zdobywamy cierpliwie, stopniowo i własnymi siłami, cieszy najbardziej. Pracę własnych rąk docenia się najmocniej. Tak cieszyło pierwsze mieszkanie, do którego Ania wraz z mężem i dwójką dzieci wprowadziła się długo po swoim ślubie. W tym miejscu stworzyła dom; z psem i ciepłem, do którego chciało się wracać. Oswajała go i ozdabiała sobą. Po maleńkich dwóch pokojach zajmowanych kątem przy rodzicach, trzy własne cieszyły jak bożonarodzeniowe prezenty. Zapełniały się domowym nieładem, który ma swój własny porządek; drobiazgami, poukładanymi w szafkach i na półkach; i rozgardiaszem, typowym przy dwójce dzieci, z których jedno stawało się właśnie nastolatkiem. W tym domu nie było niczego nadzwyczajnego; ot codzienne problemy, troski i rozterki. Czy starczy na kolejną ratę kredytu? Czy Jurkowi uda się utrzymać tę nową pracę? Czy redukcja etatów nie obejmie ich Instytutu? Czy to normalne, że córka, która jest w zasadzie jeszcze dzieckiem, nigdzie nie może odnaleźć swojego miejsca, próbując przeróżnych zajęć artystycznych i sportowych, i nigdzie nie zatrzymując się na dłużej?
Zwyczajne, codzienne życie. Takie jak Twoje, czy moje; splatane z pospiesznych chwil, zmartwień; mniejszych lub większych radości i szczęścia pojmowanego w taki najprostszy sposób, które docenia się wtedy, gdy tej zwyczajnej codzienności zabraknie. Gdy coś się skończy. 
Zaczęło się zupełnie niewinnie. Rutynowe badania i pierwsza w życiu mammografia, na którą zostały wysłane wszystkie pracownice Instytutu. I grom z nieba, wraz z otrzymanym wynikiem. Bez objawów, bez dolegliwości. Zmiany tak duże, że decyzja lekarza była natychmiastowa - na stół. Z dnia na dzień cała bezpieczna codzienność wywróciła się do góry nogami. Wszystko trzeba było przewartościować i każdemu dniu nadać nowy sens, z życiem toczącym się nadal i ze świadomością, że człowiek jest istotą śmiertelną i tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak długo potrwa ta wędrówka tu i teraz. 
Ania walczyła, bo wiedziała, że ma dla kogo. I wygrała, przeganiając to świństwo w diabły. Ale kolejny cios już czaił się za rogiem. Dotkliwy. Bolesny. Nie do zrozumienia. 
W kwietniu 2004 roku, tuż przed świętami Wielkiej Nocy, czternastoletni syn Ani w bezsensowny sposób traci życie pod kołami rozpędzonego samochodu. Codziennie przemierzana droga ze szkoły do domu. Znajoma, oswojona. Przejście dla pieszych i dwa pasy. Uprzejmy kierowca zatrzymuje się i przepuszcza chłopca, który ufnie wchodzi na jezdnię. Kierowca pędzący drugim pasem w nosie ma przejście dla pieszych. Zupełnie nie zwraca uwagi na samochód, który w jakimś celu tam przystanął. W zderzeniu z kupą żelastwa Paweł nie ma żadnych szans. Tyle miał planów i marzeń, których nie zdążył już spełnić, wypełnić i zrealizować. Przez głupotę człowieka, który się spieszył. 
Jak unieść śmierć własnego dziecka, spowodowaną czyjąś bezmyślnością? Jak żyć ze świadomością pustki w zamieszkanym dotąd pokoju, którym chłopiec nawet nie zdążył się nacieszyć? Jak rozmawiać o codziennych sprawach, nie obwiniając siebie nawzajem? Mówi się, że czas leczy rany, ale wśród nich są takie, które nigdy się nie zabliźnią i wciąż będą się otwierać, piekąc żywym ogniem. 
W oczach Ani już na zawsze zamieszkał smutek. Po wielu miesiącach usta przypomniały sobie, jak rozciągać się w uśmiechu, ale oczy Ani nigdy już nie rozbłysły radością. W sercu pozostał ból i lęk o małą Magdę, która zawsze była jak żywa iskierka; wszędzie jej było pełno i od zawsze chodziła swoimi własnymi ścieżkami, jak młody kot. 
I znów trzeba było każdego dnia uczyć się od nowa jak oddychać, i odnaleźć się w domu, który nagle stał się za duży. Za pusty. I miał w sobie zbyt wiele wspomnień. 
W tym czasie bardzo zbliżyłyśmy się z Anią do siebie. Krok po kroku odkrywałam jej delikatność i ogromną siłę, która pozwoliła jej unieść to wszystko, co spadło na jej rodzinę. Te cztery lata, które otrzymałyśmy, były czasem wzajemnego czerpania od siebie i obdarowywania tym, czym mogłyśmy - bliskością, rozmową, podarowanym sobie czasem i dojrzewaniem, pomimo ciosów, którymi rani życie. To był dobry czas, w który jednak podstępnie wplotła się choroba. Wykorzystała słabość Ani i przyczajona, zaatakowała na nowo z ogromną siłą. 
Pamiętam nasze wspólne wakacje w moich ukochanych Dąbkach. Ania była pełna optymizmu i z ufnością spoglądała w przyszłość. Nie snuła planów, być może obawiała się, że może ich nie zrealizować. Tęskniła za Pawłem, ale już potrafiła o nim rozmawiać; bardzo przejmowała się czternastoletnią Magdaleną, chcąc jej ofiarować jak najwięcej z siebie, póki jeszcze miała czas. Walczyła, do samego końca. Jeszcze w maju był wspólny Kraków i Zakopane; i czas na wzajemne ubogacanie. We wrześniu pozostała już tylko pustka. Ania odeszła 18 września 2008 roku. Cichutko, tak jak żyła. Zasnęła, umęczona chorobą, przy boku męża, który trwał przy niej z miłością przez wszystkie te trudne lata, którymi zostali doświadczeni. Pozostało miejsce, którego nikt i nic nie zapełni...  



"Ludzie są dla innych tylko przejściowym portem. Tylko czasową przystanią, obojętnie jaka by była piękna." Phil Bosmans

Przegrana z chorobą nie była porażką. Piękno, które Ania nosiła w sobie, pozostało wśród ludzi, którzy ją znali; kochali i którzy się z nią przyjaźnili. Jej świadectwo życia pomimo i znoszenie choroby bez lamentowania i skarg, mimo ogromnego bólu i cierpienia, zasługuje na to, aby poświęcić jej choć jedną myśl i aby pamiętać, choć upłynęło już pięć lat. Ania jest wciąż obecna wśród tych, którzy ją znali. Widzę ją obok siebie, z zamyślonym uśmiechem, z którym wyglądała tak, jakby widziała coś, czego my jeszcze dostrzec nie potrafimy. Nadal jest mi bardzo bliska; tak jak bliska stała się dla nas jej rodzina - jej mąż, który nie jeździ na cmentarz, ale jedzie "spotkać się z Anią" i który jako samotny ojciec, który pozostał z piętnastoletnią, dojrzewającą córką wziął to wszystko na bary i uniósł; oraz jej córka - Magdalena; bliska mi jak moja własna. 
Gdybym wplotła historię życia Ani w książkę, myślę, że część czytelników zarzuciłaby mi, że wymyślam nieprawdopodobne i bardzo smutne historie. Że takie rzeczy nie mogą się zdarzyć w życiu jednej rodziny; jednego człowieka.  Życie jednak pisze swoje własne scenariusze, które przyjmujemy, choć nie chcemy. Historia Ani nadal trwa i nikt z nas nie wie dlaczego zmierza takimi trudnymi ścieżkami - 30 października, dokładnie jedenaście dni temu, dziewiętnastoletnia Magdalena, córka Ani, wpadła pod rozpędzony samochód, którego kierowca był w takim szoku, że nawet się nie zatrzymał... Dopiero pogoń świadków wypadku go ( a w zasadzie ją) zatrzymała. Gdy ta wiadomość dotarła do ludzi bliskich Ani, nikt z nas nie mógł uwierzyć. Przecież "piorun nigdy nie uderza w to samo miejsce dwa razy", a podobny scenariusz już doświadczyliśmy! Stan Magdy jest ciężki, ale walczy; a my walczymy o nią. Modlitwą, wiarą i nadzieją. Tak wielu ludzi odpowiedziało na mój apel o wsparcie modlitwą i tak daleko ta prośba dotarła, wychodząc poza granice kraju i poza różnice i podziały; że ufamy, iż ta historia zakończy się szczęśliwie. Musi się tak zakończyć. Po prostu musi. O tę modlitwę proszę każdego z Was. Bo ona naprawdę czyni cuda. A Magda ma jeszcze tyle marzeń do zrealizowania...           
Melodia Ani wciąż jest przy mnie. Teraz jeszcze wyraźniej czuję jej obecność. Wsłuchuję się w ciszę, aby usłyszeć w niej to, co Ania chciałaby mi powiedzieć...  
Monika A. Oleksa     


Magdalena, ja i nasze Dąbki. Ani z nami wtedy już nie było...




Nasze wspólne wakacje w Dąbkach... Ania i ja; Magdalena i moi chłopcy


Biały Dunajec, maj 2008. Nasz ostatni wspólny wyjazd - Ania oparta o schody, Magdalena po mojej prawej, a mąż Ani tuż za mną. W środku nasz ulubiony gazda, pan Miecio.

czwartek, 7 listopada 2013

Literackie czwartki: Szczęście na opak - cz. 4

Fot. Michał Oleksa


1 październik, wtorek

Młodzieżowa kafejka "Kaj", która mieściła się w samym centrum miasteczka uniwersyteckiego, wypełniona była po brzegi młodymi ludźmi. "Kaj" był miejscem spotkań towarzyskich studentów z wszystkich kierunków i lat, więc na wolny stolik o tej porze nie było raczej szans. Jedynym rozwiązaniem było przysiąść się do kogoś, jeśli tylko znalazło się nie zajęte przez nikogo krzesło.
Mariusz mrużył swoje oczy krótkowidza, wypatrując w tłumie znajomej ciemnej głowy. Gdy zlokalizował stolik przy oknie, przy którym siedziały dwie samotne dziewczyny, prawie podskoczył do góry z radości. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, jak na skrzydłach podleciał do wypatrzonego stolika i zdyszany zawisł nad głową przerażonej Ewy. 
- Eeee... - nagłe spotkanie i bliskość wybranki odjęło mu mowę i zmysły. Próbował odszukać w myślach jakieś sensowne zdanie, ale na usta cisnęły mu się tylko same wspomnienia typu: "Rok temu wybili mi zęba", czy też "Na treningu dostajemy zawsze niezły wycisk. Może chciałabyś kiedyś przyjść i zobaczyć?".  Mrożący wzrok ukochanej przeszył go nagle  takim zimnem, że natychmiast oprzytomniał i wróciła mu mowa. 
- Eee... przepraszam, ale tyle tu ludzi...czy mogę... 
- Wydaje mi się, że ktoś tu jest zbędny - wycedziła przez zęby Ola, wciąż mrożąc Mariusza pogardliwym spojrzeniem. 
- No właśnie - podchwycił Mariusz i spojrzał wymownie na Ewę. - Ja chciałem... to znaczy... my się znamy, studiujemy razem - uśmiech chłopaka aż promieniał szczęściem, gdy patrzył na ukochaną Olę. Była tak blisko, jak nigdy dotąd, była tuż na wyciągnięcie ręki, tuż... 
- Czyżby? - Ola skrzywiła swój zadarty nosek, a Mariusz w tej chwili pomyślał, że nikt nie ma tak gładkiej cery i tak delikatnej skóry, która układa się w rozkoszne fałdki na nosie. 
- Nie przypominam sobie ciebie - kontynuowała Ola. - I w ogóle myślę, że...
- Ale ja sobie przypominam! Jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całym pierwszym roku! Masz najbardziej lśniące włosy i najcudowniejsze oczy, które błyszczą jak gwiazdy! Jesteś... jesteś boginią o nieziemskiej urodzie, jesteś jak wiosna, lato, jesień i zima, jak... - Mariuszowi jednocześnie zabrakło tchu i dalszych pomysłów. Patrzył z uwielbieniem na przedmiot swojej miłości i własnym oczom nie mógł uwierzyć, kiedy piękna Ola uśmiechnęła się do niego łaskawie. 
- Może usiądziesz? - spytała słodko, mrugając rzęsami. Wiele słyszała w życiu komplementów, ale tylu naraz i tak płomiennych nie słyszała jeszcze nigdy dotąd. Dlatego ten blondynek w okularach wydał jej się na tyle ciekawy, aby mogła z nim spędzić dzisiejszy wieczór. 
Mariusz własnym uszom nie mógł uwierzyć, ale klapnął posłusznie na wolne krzesło i jednym duszkiem wypił całą szklankę wody mineralnej, należącej do Ewy. 
Ola prychnęła tylko pogardliwie, natomiast Ewa spojrzała na dziwnego intruza z większym zainteresowaniem. 

                                                    ... 

Mariusz, po raz pierwszy od wielu miesięcy, aż promieniał szczęściem. Rozsyłał uśmiechy na prawo i lewo, i wszystkim napotkanym sąsiadkom kłaniał się bardzo nisko, wykrzykując "dobry wieczór!". 
Pani Barańska, sąsiadka z drugiego piętra, wracała właśnie do domu po męczącym dniu pracy. Powłóczyła powoli obolałymi od długiego stania nogami, dodatkowo obciążona siatą, w której były zakupy dla całej rodziny na najbliższe dwa dni. Była już prawie pod klatką, kiedy nagle tuż pod jej nosem wyrósł młody Janik z pierwszego i z przeraźliwym okrzykiem "bry wieczór!" zamachnął się i wytrącił jej z ręki ciężki tobół z zakupami. Barańska z przerażeniem patrzyła jak jej kolacja wysypuje się z plastikowej reklamówki i turla po ulicy. Czerwone pomidory toczyły się za ciepymi jeszcze bułkami, a poganiała je ćwiarteczka "Żytniej", kupiona okazyjnie, tak na rocznicę poczęcia najmłodszej córki. 
- Jeeej... - jęknęła kobieta. 
- Pani się nic nie martwi, ja pomogę! - Wykrzyknął Mariusz i z takim  zapałem rzucił się w stronę uciekających produktów, że swą długą nogą zaczepił o Barańską. 
- O ludzie kochane!!! - dało się słyszeć przy gruncie. - Sam pijany chodzi i ludzi zaczepia. Ożesz ty... takie to teraz wychowanie! A rodzice tacy porządni... Idź precz, nie dotykaj mnie zarazo! - wykrzyknęła i zamachnęła się ręką, odtrącając ociekającą sokiem z pomidorów dłoń Mariusza. 
- Ja pomogę... - mamrotał, próbując na siłę podnieść z ziemi miotającą się wśród pomidorów i "Żytniej" Barańską. 
- Idź precz, bo po policję zadzwonię! Ludzie kochane, żeby po całym dniu pracy taki łobuz pod samiuśką klatką czatował. Czekaj no, już ja powiem rodzicom, jaką zarazę wychowali... - krzyki Barańskiej przybierały na sile, obok niej zaczął się kłębić niewielki tłum ciekawskich, więc Mariusz, nie czekając na rozwój wydarzeń, wycofał się dyskretnie i czmychnął czym prędzej do klatki schodowej. Przecież chciał tylko pomóc... 
Był dziś taki szczęśliwy, że gotów był zmieniać na lepsze cały świat. Powodem tego szczęścia była ubóstwiana Ola. Ukochana pozwoliła  łaskawie odprowadzić się do domu, przez całą drogę słuchając komplementów na temat swojej zniewalającej urody. Pod blokiem pozwoliła potrzymać się za rękę, na której Mariusz odcisnął namiętny pocałunek, a potem nawet uśmiechnęła się do niego. I odeszła, pozostawiając swój zapach i cudowne wspomnienia. I czyż życie nie było piękne?
Jak więc mógł nie pomóc Barańskiej, kiedy znalazła się w potrzebie? Chciał tylko pomóc... 
Monika A. Oleksa, 1991 rok


Fot. Michał Oleksa
  
 I to by było na tyle zapisków z wygrzebanego po latach zeszytu. Tutaj skończyła się moja inwencja twórcza w roku 1991. Dzieląc się tym tutaj, zastanawiałam się, co mnie wtedy skłoniło do takiej desperackiej twórczości:) Myślę, że chciałam pewne rzeczy utrwalić, bo dużo się wówczas działo... Co prawda wiele lat minęło, ale ten studencki czas pamiętam bardzo wyraźnie, więc myślę, że pokontynuuję wątek Mariusza i jego żarliwego uczucia w literackich czwartkach:) Pod warunkiem, że ktoś będzie chciał to czytać!    

niedziela, 3 listopada 2013

Ważna jest każda chwila

 
Fot. Marcin Oleksa

Świat się zatrzymał. Zwolnił. Zamilkł i uciszył zgiełk. Przystanął i zamyślił się refleksyjnie nad przemijaniem i celem wędrówki, którą podejmujemy codziennie. Czy wstając rano, mamy świadomość tego, że dzień, który otrzymaliśmy jest darem i że bez względu na to, co przyniesie, mamy go przyjąć z wdzięcznością? I zrobić wszystko, aby te godziny, które przychodzą o świcie, miały sens i nie były tylko zmarnowanym czasem, ale czymś, co możemy oddać wieczorowi z poczuciem, że zrobiliśmy wszystko, aby w tym dniu zapisać swój dobry ślad. 
W codziennym zabieganiu zapominamy, że jesteśmy tu tylko przez chwilę. To, jak długo będzie trwała nie zależy od nas; ale to, jaka będzie, zależy. Nie ma chwil ważnych i nieważnych, tak samo jak nie ma dni, które mają znaczenie i tych bez znaczenia. Każda chwila jest ważna i każda daje nam szansę na wykorzystanie życia w dobry sposób. Dobry nie oznacza łatwy, ani jak najprzyjemniejszy. Dobry oznacza taki, aby ofiarować coś z siebie drugiemu człowiekowi i umieć żyć obok niego pomimo różnic, bez pretensji, zawiści i narzekania. Bez nienawiści, która tak naprawdę zabija serce tego, kto nienawidzi. 
Nie doceniamy ludzi, ani chwil, które z nimi spędzamy. I tak wielu rzeczy żałujemy, gdy jest już za późno. Życie jest doskonałym nauczycielem. Daje nam lekcje, które zapamiętujemy. Dobrze, jeśli wyciągamy wnioski; gorzej, gdy szybko zapominamy. 
Przy mojej Babci, której z dnia na dzień ubywa sił, nauczyłam się cierpliwości i ogromnego szacunku do starości. Po śmierci mojego taty, odebrałam mojej Babci samotność; wypełniając ją sobą i moimi chłopcami, którym nieustannie powtarzam, jak wielkimi są szczęściarzami, mając tak blisko i tak ich kochającą prababcię. Uczę ich doceniać każdą chwilę z Babcią i gromadzić je w sercu i pamięci. Wiem, że będą do nich wracać i czerpać z nich siłę; bo dobre wspomnienia dają siłę. Ogromną. Dlatego warto je zbierać. I przechowywać w zakamarkach pamięci i w sercu; bo ono pamięta najdłużej.
Spieszę się kochać ludzi, bo za szybko odchodzą. Spieszę się mówić im o tym, co czuję i co ważne. Staram się nie trzymać tego w sobie i nie odkładać na później. Mówić nie tylko o tym, co miłe i co powinni usłyszeć, bo dobre słowa są ważne; ale również o tym, co uwiera; co się nagromadziło przez niedopowiedzenia i gromadzony latami żal, bo to oczyszcza i uwalnia od urazy, pretensji i niepokoju, który nosimy w sobie. 
Życie uczy pokory i przewartościowuje wszystko, co nosimy w sobie; a dni takie jak te listopadowe skłaniają do refleksji. Czas jest najcenniejszym darem, jaki otrzymaliśmy. Niestety, nie zatrzyma się w miejscu, choćbyśmy tego bardzo pragnęli i nie możemy go ukryć na czarną godzinę, kiedy nasze dni tutaj powoli zaczną zbliżać się do końca, a na rachunku ziemskiej wędrówki zostanie cyfra "zero" i bilans życiowych zysków i strat. Póki mamy jeszcze szansę zapracować na te zyski, mierzone miarą miłości, zróbmy to, aby nie było za późno. I doceniajmy chwile, bo one naprawdę są ważne.
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Oleksa


Życie zaskakuje, ale przynosi też małe i duże cuda, które dzieją się na naszych oczach. Mój Tata, który jest właśnie "tatą", a nie teściem; wraca do zdrowia, choć diagnoza lekarzy mało miejsca zostawiła na nadzieję. Przy Nadziei trwała jednak Wiara, która nas nie opuściła. Dziękuję za każde ciepłe słowo wsparcia, za myśl poświęconą Tacie i za  modlitwę, która ma ogromną siłę, bo zaowocowała cudem, nie tylko uzdrowienia... DZIĘKUJĘ! 


Fot. Marcin Oleksa