niedziela, 29 grudnia 2013

Dwa plus... równa się Rodzina

Fot. Marcin Oleksa


Są takie słowa, które bez względu na to w jakim języku zostałyby wypowiedziane, niosą same w sobie szczególną treść i mają duże znaczenie w życiu człowieka. Dom. Miłość. Przyjaźń. Rodzina. 
Książkowe definicje tych słów są sztuczne i oziębłe, ale same w sobie słowa te mają wielką moc i jest w nich wszystko to, czego człowiek potrzebuje, zupełnie jak powietrza, bez którego nie sposób żyć. 
Od wielu lat w moim domu mamy naszą własną, świąteczną tradycję - mama piecze, a chłopcy ( wszyscy trzej :D) w tym czasie ubierają choinkę. Zawsze dzień przed Wigilią. W tym roku, siedząc przy świątecznym stole z bliskimi, których twarze promieniały radością, patrzyłam na ogromną choinkę wybraną przez moich synów. Zastanowiło mnie dlaczego misie zawieszone są na drzewku tak gromadnie, zupełnie niesymetrycznie, a raczej grupami, jeden przy drugim po dwa, trzy lub cztery. Zadałam to pytanie, przerywając nim inne rozmowy toczące się przy wigilijnym stole. "Nie widzisz? - odpowiedział mój mąż z miną znawcy. -  Przecież one wiszą rodzinami." 
Przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam to. Ich bliskość i potrzebę bycia razem. Mój młodszy synek, odpowiedzialny za rozmieszczenie misiowej rodzinki na drzewku doszedł do wniosku, że misie nie mogą wisieć samotnie, bo będzie im smutno. I postanowił zawiesić je w rodzinach. Mama, Tata, Misio.

Szczęśliwa misiowa rodzinka:) 


I kolejna... :)


Rodzina. Można mówić, że najlepiej z nią tylko na zdjęciu, ale tak naprawdę to właśnie w niej uczymy się być tym, kim jesteśmy w dorosłym życiu. Możemy się sprzeczać, spierać i mieć odmienne zdanie na wiele tematów, również tych dla nas istotnych; ale wyrastając w rodzinie mamy tę pewność, że choćby walił się świat, ona zawsze będzie moim wsparciem i stanie za mną murem, choćby wszyscy inni się odwrócili. 
W naszym domu, w największym pokoju, w którym najbardziej lubimy przebywać jest duży, dębowy i bardzo solidny stół. Przy tym stole jemy rodzinne posiłki; przy nim rozstrzygamy ważne dla nas sprawy; przy nim dialogujemy, dając każdemu prawo wypowiedzenia się; wspólnie podejmujemy decyzje i wspólnie świętujemy. Ten stół to serce naszego domu. Do niego zapraszamy naszych gości i przy nim zbieramy całą rodzinę, celebrując ważne dla nas dni. Żadne inne miejsce nie połączy ludzi mieszkających w jednym domu tak bardzo jak stół, przy którym można usiąść nawet z kubkiem herbaty; zatrzymać się, spojrzeć na człowieka, który jest mi bliski i poczuć, że to moja rodzina. Bez względu na to jaka jest, ale rodzina. I chociaż niejednokrotnie powiedzieliśmy sobie przykre słowa, albo skrzywdziliśmy się mniej lub bardziej świadomie; niejednokrotnie zawiedliśmy się, oczekując nie tego co otrzymaliśmy, nie takich słów, jakie usłyszeliśmy i nie takiego zachowania, jakiego byliśmy świadkiem; ale pomimo wszystko łączy nas jeden dom. Łączą nas rodzice lub dzieci; łączy bliskość, choćby ta fizyczna, w której dorastamy i dojrzewamy i łączy uczucie, które nie tak łatwo z siebie wyrzucić. 
Rodzina. Obok Miłości, coś najcenniejszego, co otrzymaliśmy. Ktoś, kto wie co powiem, zanim się odezwę. Ktoś, kto przytuli, gdy będę tego potrzebować. Ktoś, kto usłyszawszy zdanie: "Mam problem. Pomóż mi.", nie odwróci się i nie odejdzie bez słowa, tylko zostanie ze mną i pomoże przez to przejść. 
Rodzina to miejsce, w którym uczę się być człowiekiem. Miejsce, gdzie dojrzewam do miłości, akceptacji, zrozumienia, poznania i często wybaczenia. Rodzina to miejsce, gdzie dzieci uczą się różnic między Mamą a Tatą i uczą się te różnice szanować. To w rodzinie uczymy się pokory wobec starości, obserwując jak ci, którzy nas wychowywali, tracą siły i sami potrzebują oparcia i pomocy. I to tutaj uświadamiamy sobie, że człowiek nie został stworzony do samotności, ale potrzebuje bliskich sobie ludzi, aby z nimi dzielić to wszystko, co codzienność nakłada na ramiona. 
Rodzina to "znoszenie jedni drugich i wybaczanie sobie nawzajem", jak pięknie o tym napisał św. Paweł w Liście do Kolosan. Rodzina to "miłość, która jest spoiwem doskonałości". To bliskość, która się rodzi z przebywania razem. To wzruszenie, które nas ogarnia, gdy patrzymy na twarze tych, których dostaliśmy w darze. 
Nie można przecenić wartości rodziny. Każdy z nas jej potrzebuje. Rodzina była i jest najważniejsza; a doceniamy ją najbardziej wtedy, gdy cichutko i niepostrzeżenie, bez szumu i zapowiedzi odchodzą ci, którzy byli jej integralną częścią i których obecność tak często przyjmujemy jako coś oczywistego. 
Doceńmy więc każdą chwilę, którą możemy spędzić z tymi, którzy są obok nas i tworzą naszą codzienność, i bądźmy wdzięczni za Rodzinę, którą dostaliśmy i z której tak wiele czerpiemy, czasami zupełnie tego nie zauważając. 
Mojej cudownej Rodzinie - za wszystko - DZIĘKUJĘ! 
Monika A. Oleksa 

Babcia, nierozerwalna część mojej rodziny i Epoka w moim życiu


Moja Teściowa i jej siostra bliźniaczka; moja ukochana Ciocia, która 18 lat temu najserdeczniej przyjęła mnie w nowej rodzinie


Mikołajowa rodzinka:)

czwartek, 26 grudnia 2013

Moc uzdrawiania

Fot. Marcin Oleksa


"Sfrunęli Anieli na ziemię, bielsi niż śnieg
Zobaczyć jak ludzie witają, ten nowy wiek. 
I zważyć czy więcej na świecie, dobra czy zła
Sfrunęli, spojrzeli, struchleli
Bo wszędzie mgła. 
A za tą mgłą zamęt, rozpacz i trwoga
I wieczne o wszystko pretensje do Pana Boga.
Zgubiliśmy gdzieś nadzieję,
Wróćmy po nią do Beltejem
Lęk się rodzi, świat truchleje
Zgubiliśmy się."
Edyta Geppert " z płyty Święta z bajki", słowa: Magda Czapińska 

Zgubiliśmy się. W wiecznej pogoni za niespełnieniem; za tym, aby jeszcze, aby więcej, aby to czy tamto; bo tak trzeba, należy, bo wszyscy tak robią. Zgubiliśmy się. Zgubiliśmy w tym pośpiechu samych siebie; własne, najskrytsze pragnienia i ciszę serca, które krzyczy, bo samo nie umie sobie pomóc. Zgubiliśmy się, kawałek po kawałeczku oddzierając nasze prawdziwe "ja" i przyoblekając maski, za którymi zaczęliśmy się ukrywać, udając, że są prawdziwe. A potem szaleństwo XXI wieku tak nas wciągnęło, że sami uwierzyliśmy, że ta maska, w którą się przyoblekliśmy, to ja. 
Gruby mur, który oddzielił nas od własnego serca, tłumi jego wołanie. A jeśli nawet jakieś strzępki tego krzyku docierają do nas, zatykamy uszy i wchodzimy w rozkrzyczany tłum, włączamy radio i telewizor, do uszu wkładamy słuchawki i biegniemy przez życie, próbując się w nim zapomnieć. Mgła, za którą jest lęk, przygnębienie, niemoc i depresja, przyoblekła wszystko; złagodziła tylko kontury świata, abyśmy nie mogli przyjrzeć się mu uważnie. Bo gdy to wszystko co nas otacza nabierze ostrości, może nas przerazić brzydotą tego, co do tej pory wydawało się najzupełniej normalne i na co dotąd się godziliśmy. 
Na jedną, jedyną noc w roku łagodniejemy. Na chwilę zdejmujemy maskę i jeśli starczy nam siły i odwagi, zasłuchujemy się w ciszę serca, w której tak wiele możemy usłyszeć. W tę jedną, cichą noc odpoczywa świat i odpoczywa człowiek, znużony swoją wędrówką po codzienności i ucieczką przed sobą samym. 
"Święta mają coś z bajki, każdej zimy pisanej od nowa." (Edyta Geppert "Święta z bajki") Na tę bajkę czekamy z niecierpliwością dziecka. Potrzebujemy jej, aby poczuć, że nadal jesteśmy zdolni do tego, aby spojrzeć na kogoś czulej; dotknąć niespodziewanie i wypowiedzieć słowa, które w sobie odnaleźliśmy. Pomimo. Pomimo różnic, które dzielą. Pomimo wypalenia, które w pewnym momencie poczuliśmy. Pomimo przykrości, których od tego kogoś doświadczyliśmy. W tę jedną świętą noc potrafimy kogoś pokochać i komuś przebaczyć. Potrafimy kogoś przytulić i zachować dla siebie przykry komentarz, który ciśnie się na usta. Potrafimy być lepsi niż jesteśmy na codzień, potrafimy się do siebie uśmiechać, podać sobie rękę i usiąść wspólnie przy wigilijnym stole. Mały, biały i tak kruchy jak ludzkie życie opłatek, mieści w sobie tyle życzeń, które wypływają z serca i łączą się w całość dając światło tak jasne, jak Betlejemska Gwiazda. Przełamujemy go i dzielimy się nim, w każdym kawałeczku oddając kawałek siebie; kawałek swojej życzliwości, serdeczności, miłości i dobra, które potrafimy w sobie odnaleźć. W tę jedną cichą noc, gdy Niebo łączy się z Ziemią; gdy zwątpienie ustępuje Nadziei i gdy Miłość, która narodziła się w Betlejem obejmuje wszystko i chce dotknąć każdego, kto Jej na to pozwoli. Przychodzi, aby obdarować Człowieka wolnością; aby powierzchowną i krótkotrwałą wesołkowatość przemienić w radość, która nie przemija; aby uciszyć serce, w którym jest lęk i napełnić je pokojem, którego nieustannie poszukujemy. Ta Miłość ma moc uzdrawiania. Ona przemienia ludzkie serce, które się na nie otworzy. Jeśli ją przyjmiesz, już nigdy nie powiesz "święta, święta i po świętach", bo w twoim życiu Boże Narodzenie będzie trwać nieustannie. Każdy dzień będzie przynosił radość gwiazdki, bo przecież w każdym można dostrzec coś niepowtarzalnego. Tak naprawdę Boże Narodzenie dokonuje się w każdym z nas i nosimy je we własnym sercu. I to nie wolne od pracy dni, ani zastawiony wyszukanymi potrawami stół ma tutaj znaczenie, tylko cisza twojego serca, które odnalazło to, za czym ty przez całe życie pędzisz i czego poszukujesz. Prawdziwy pokój, w którym nie ma lęku i prawdziwą radość, którą przynoszą drobiazgi. Światło, zamiast mroku. Nadzieję, w miejsce zwątpienia. Miłość, która umacnia i oczyszcza serce z egoizmu.

"Świeć nam Gwiazdo nad Betlejem
Bóg się rodzi, moc truchleje
Zgubiliśmy gdzieś Nadzieję
Lecz szukamy jej." 

Życzę Ci, aby Twoje serce poczuło to prawdziwe Boże Narodzenie i aby wniosło je w nadchodzący Nowy Rok. 
Monika A. Oleksa 

 
Fot. Marcin Oleksa
 

Fot. Marcin Oleksa


         

niedziela, 22 grudnia 2013

Drobiazgi, z których składa się życie

Fot. Marcin Oleksa 


Szary, pozbawiony liści krzak rozkładający szeroko swoje wyciągnięte w górę ramiona, a wśród nich puszysty szary wróbelek, którego nie dostrzegłabym, gdyby nie jego radosne wyśpiewywanie chwalące życie każdą nutką, przy którym przystanęłam. Zatrzymałam się i zachwyciłam drobiazgiem i prostotą, z których składa się życie. Mały wróbelek śpiewał, mój pies wsadził nos w kreci kopiec, a ja chłonęłam tę chwilę zatrzymania, doceniając to, że ją dostałam. I dostrzegłam. 
Kolejny drobiazg. Rozpędzona Warszawa, która nigdy nie przystaje. Okolice Dworca Centralnego i przystanek tramwajowy pełen ludzi. Obcych, obojętnych, nieufnych. Przytulona do wiaty, nieco na uboczu, stała młoda dziewczyna, prawdopodobnie studentka. Zatrzymał mnie smutny, nieobecny wyraz jej twarzy, a potem łzy, których nie umiała powstrzymać, choć bardzo się starała. Była w tym smutku i żalu tak bardzo osamotniona, pomimo otaczających ją ludzi, którzy nerwowo spoglądali na wyświetlacz odmierzający czas przyjazdu tramwaju i na ekrany swoich komórek. Dostrzegłam ją i jej smutna twarz tak bardzo przykuła  uwagę, że moje serce miało wielką ochotę podejść do niej i po prostu ją przytulić. Bez słowa. Ofiarowując jedynie odrobinę ciepła i dając sygnał: "Nie jesteś z tym sama." Nie zrobiłam tego. Nie miałam odwagi. A powinnam... 
Sunący po szynach tramwaj, zatłoczony pomimo niedzielnego wieczoru. Naprzeciwko mnie i Basi, która przygarnęła mnie do siebie w gościnę :), siedziała starsza kobieta. Przy niej trwała na straży kula, nieodłączna towarzyszka spacerów i samodzielnego poruszania się. W drobnych, zadbanych dłoniach przesuwały się paciorki różańca, przeplatając wraz z długą podróżą przez Warszawę. Twarz kobiety, pomimo podeszłego wieku, zachowała piękne ślady dawnych lat; pogodne oczy obserwowały świat bez goryczy i uprzedzenia. Gdy podniosłam się, zmierzając do drzwi wyjściowych u celu naszej podróży, kobieta zatrzymała mnie, a w zasadzie nas - mnie i Basię, pytaniem: "Czy panie są siostrami?"
"Nie, ale jesteśmy bliskimi przyjaciółkami." - odpowiedziałam, uśmiechając się do niej. Basia też się uśmiechnęła, a w tramwaju zrobiło się jakoś cieplej, pomimo mroźnego chłodu za oknem. 
"Piękne kobiety." - powiedziała nieznajoma, również się uśmiechając. "I wzajemnie." - odpowiedziała Basia, a dziewczyna, którą ta starsza kobieta nagle się stała, spuściła głowę zawstydzona i zapatrzona gdzieś w lata, które tak do końca nie odeszły. 
"Piękną duszę widać pomimo upływu czasu." - powiedziałam jeszcze na odchodne i rozstałyśmy się, życząc sobie wzajemnie wszystkiego dobrego. Nieznajomi, obcy sobie ludzie, którzy zatrzymali się przy sobie choć na chwilę. Na kilka minut, ale tak niesamowitych, że nie można o nich zapomnieć. Ogrzały ciepłem, którego czasami na próżno szukamy w niewłaściwym miejscu. 
I jeszcze jedno spotkanie, całkiem nieoczekiwane i zupełnie inne. Późne popołudnie i ciemna, niezachęcająca do spacerów Praga, po której wędrowałyśmy razem z Basią do jednej z bibliotek. Mapka, którą miałyśmy i wskazówki, jakie dostałyśmy doprowadziły nas do punktu, w którym utknęłyśmy. Pochylone nad mapą, którą próbowałyśmy skonfrontować z tym, co nas otacza, usłyszałyśmy spokojny, nienachalny głos: "Dokąd panie chcą dojść?" "Do ulicy Brzeskiej." - odpowiedziałyśmy zgodnie i spojrzałyśmy w pełne spokoju oczy mężczyzny, z typu tych, których zazwyczaj mija się zupełnie obojętnie, albo z niechęcią odwraca głowę, żeby tylko nie ściągnąć spojrzeniem i nie sprowokować do rozmowy, zaczepki, prośby. Ubrany bardzo skromnie, przesiąknięty nikotyną, w szarej kurtce i szarej czapce naciśniętej na czoło. Człowiek. Ktoś, kto pomógł, bo dostrzegł kogoś w potrzebie. Choćby zagubionego na ulicach dużego miasta, jak my. Wskazał nam drogę, a my podziękowałyśmy słowem, skinieniem głowy i uśmiechem. "Mój Wędrowiec." - powiedziała cicho Basia, gdy odchodziłyśmy ( jej najnowsza książka, "Wędrowiec", ukaże się już na wiosnę i będzie prawdziwą ucztą dla każdego wymagającego Czytelnika!) Człowiek, którego dostrzegłyśmy. Człowiek, którego uszanowałyśmy. Bo każdy na to zasługuje. Na szacunek i godność, której nie można człowiekowi odbierać i której nie powinien odbierać sam sobie...
Drobiazgi. Kartki z życzeniami, które przychodzą, wkładane do skrzynki ręką zaprzyjaźnionego pana listonosza. Słowa, które docierają w telefonicznych rozmowach, spotkaniach i e-mailach. Szydełkowy Aniołek zrobiony specjalnie dla mnie dłońmi, które stały się bliskie. Spojrzenia, uśmiechy, gesty. To wszystko, z czego składa się nasze życie. To wszystko, czego nie należy lekceważyć; bo każdy z tych drobiazgów ma w sobie ogromną moc. Moc Miłości. 
Mój dom pachnie już świątecznymi wypiekami i grzybami. Wśród domowników czuć już to odświętne podekscytowanie i oczekiwanie; i choć tyle jeszcze pracy przede mną, cieszy mnie magia tych świąt, które dają bliskość, ciepło i radość, płynącą właśnie z serca tej Miłości, która przyszła do nas w betlejemskim żłóbku. 
A drobiazgi... z nich właśnie składa się życie. Jeśli nauczymy się je dostrzegać i prawdziwie nimi cieszyć, nasze życie nabierze kolorów tęczy, a magia świąt pozostanie w nas przez cały rok. Czego z całego serca życzę każdemu z Was:)
Monika A. Oleksa

 
Fot. Marcin Oleksa
  
    

czwartek, 19 grudnia 2013

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 4

Fot. Marcin Oleksa


- No i takie buty - Bogusia westchnęła i przesunęła solniczkę Eulalii do prawej strony wazonu z delikatnymi goździkami w środku, co nieodmiennie doprowadzało Eulalię do szału.
- Mogłabyś zostawić moją solniczkę w spokoju? - warknęła, stawiając przed Bogusią herbatę w szklance i metalowym koszyczku. Wspomnień czar, jak nazywała je Jadwiga, i rzeczywiście coś w tych metalowych, posrebrzanych koszyczkach było nostalgicznego, a i herbata smakowała jakoś inaczej niż w ceramicznym kubku. 
- Kiedy ona mi po tej lewej, Lalu, zupełnie nie pasuje - odpowiedziała Bogusia, nie zrażona reprymendą przyjaciółki. 
- Ale to moja kuchnia, i mnie ma pasować, a nie tobie! - odburknęła Eulalia. 
- Ale ja jestem twoim gościem, a gość w dom to Bóg w dom i uszanuj mnie, proszę.
- Szanuję cię od ponad czterdziestu lat, a od dwudziestu wkurza mnie twoje przestawianie solniczki. 
- Przez tyle lat mogłabyś się już do tego przyzwyczaić. - Bogusia przesłała Eulalii pełne wyrzutu spojrzenie. - Siadaj już, proszę, i nie marudź, bo potrzebuję pogadać. 
- Robisz to od pół godziny. Gadasz i panoszysz się w mojej kuchni. - Eulalia uśmiechnęła się do przyjaciółki, a Bogusia pogroziła jej palcem. 
- No, usiądź wreszcie!
- Czekaj, jeszcze ciastko ci nałożę. Wu-zetkę kupiłam jak zadzwoniłaś, że przyjdziesz. 
- Chcesz mnie wpędzić w cukrzycę? - Bogusia lekko podniosła głos. 
- Nie; chcę się rozgrzeszyć z tego, że jestem łasuchem, a ty jesteś dla mnie wymówką. 
Eulalia usiadła naprzeciwko przyjaciółki i podsunęła w jej stronę talerzyk z cytryną. 
- Ten twój zięć to drań - powiedziała już poważniej, wyciskając łyżeczką cytrynę w herbacie. - Żeby zostawić kogoś takiego jak Natasza, zupełnie tego nie pojmuję. Romansu mu się zachciało, i tyle; a najlepiej jest zrzucić wszystko na partnera, bo tak najwygodniej. Ja na jej miejscu nie odpuściłabym tak łatwo. 
- Ja też nie - westchnęła Bogusia - ale to nie moje życie, a ona nie jest już małą dziewczynką, której mogę powiedzieć, co ma robić. Ona już podjęła decyzję, a że jest uparta i konsekwentna, wiem, że doprowadzi ją do końca. 
- Przecież ona nie odnajdzie się w Lublinie. - Eulalia nabrała na łyżeczkę wuzetkowego kremu i rozsmakowała się w nim, przesuwając językiem po podniebieniu. 
- Też tak uważam, ale ona ma na ten temat inne zdanie. - Bogusia upiła łyk gorącej herbaty i zapatrzyła się na różowe goździki. One też przypominały jej lata metalowych koszyczków, musztardówek i fusiastej herbaty, po którą stało się w kolejkach. W zasadzie po wszystko stało się w kolejkach, na sklepowych półkach było niewiele, a człowiek i tak potrafił cieszyć się z drobiazgów, które dostawał w prezencie od losu. 
- Lala, czy ty uważasz, że wychowałyśmy swoje córki właściwie? - zapytała Bogusia, zaskakując tym pytaniem przyjaciółkę. Łyżeczka z ciastkiem zawisła w powietrzu, a oczy Eulalii otworzyły się szerzej. Bogusia nie była skłonna do refleksji, żyła tym co tutaj i teraz i rzadko cofała się do przeszłości. Uważała, że i tak nie zmieni tego, co było, więc nie ma sensu tego roztrząsać i gdybać, tylko należy skupić się na tym, co przed nami. Dlatego jej pytanie tak bardzo zaskoczyło Eulalię. 
- No, wydaje mi się, że tak. Obie wychowałyśmy nasze córki na uczciwych ludzi, a o to przecież chodzi, prawda? 
- No, chyba nie do końca - westchnęła Bogusia. - Natasza zarzuciła mi brak miłości i to, że jej nie doceniałam. Znasz mnie, nie jestem wylewna i nie umiem mówić o uczuciach. Są dla mnie tak oczywiste, że nie czuję potrzeby rozmawiania o nich. A jednak mojej córce tych rozmów zabrakło - dokończyła ciszej. 
W jasnej kuchni Eulalii zapanowała cisza, w której słychać było czas odmierzany wskazówkami dużego, ściennego zegara. 
- Bogusia... - urwała, jakby nie wiedząc, co może odpowiedzieć. - Kiedyś wychowywało się dzieci inaczej. Nie było gotowych scenariuszy, przemądrzałych super niań, co to wiedzą lepiej od ciebie jak masz wychować swoje własne dziecko; nie było poradników, a jednak nasze matki i babki robiły to od pokoleń i naturalnie przekazały to nam. Natasza i Joaśka dorastały w innych czasach niż Marta i Jagoda. Co innego było ważne, uczucia okazywało się w inny sposób niż współczesna wylewność, a surowe zasady wychowania wyniosłyśmy z naszych domów i powielałyśmy jedynie to, czego nas nauczono. Nie miałyśmy do pomocy zastępów doradców, kolorowych magazynów czy programów telewizyjnych. Z miłości do swojej córki chodziłaś w jednych butach kilka sezonów i stałaś w kilometrowych kolejkach po pomarańcze na święta; talony na alkohol wymieniałaś na kartki na czekoladę, a w każdą niedzielę latałaś do kina na poranki, aby dać temu dziecku choć trochę normalności. To były inne czasy, Bogusia, a my zrobiłyśmy wszystko, aby wychować nasze córki na mądre kobiety, którymi niewątpliwie są. Pamiętaj, że łatwo obwiniać wszystkich dookoła, kiedy rozpada się twoje życie, a najtrudniej znaleźć winę w sobie. Nie twierdzę, że Natasza jest winna temu, co się stało, ale to jej małżeństwo i to, co się w nim działo w żaden sposób nie zależało od ciebie.
- Chyba rozumiem, dlaczego się z tobą przyjaźnię. - Bogusia spojrzała na przyjaciółkę z wdzięcznością. 
Eulalia uśmiechnęła się i zatopiła w zielonym spojrzeniu Bogusi. Znały się tak wiele lat, że w zasadzie nie pamiętała już czasów, kiedy Bogusi nie było w jej życiu. Ich przyjaźń była naznaczona upadkami, z których powstawały, pomimo wszystko podając sobie ramię, na którym ta druga mogła się wesprzeć. Wiele razem przeżyły; o wielu rzeczach chciały zapomnieć, ale więź, która je łączyła, trwała niewzruszona poprzez te wszystkie lata. Pomimo różnicy charakterów i osobowości, potrzebowały się; teraz chyba bardziej niż w przeszłości. Bo teraz mogły już rozmawiać o wszystkim, bez ogródek i niedomówień. Bez żalu, za to ze świadomością, że siła przyjaźni udźwignie wszystko, skoro przetrwała dotąd aż tyle. 
W zamku u drzwi wejściowych zazgrzytał klucz. Bogusia odwróciła odruchowo głowę, a na promienne "Dzień dobry" Marty, spojrzała z zaskoczeniem na Eulalię. 
- Marta wprowadziła się do mnie - odpowiedziała na pytanie zadane oczami, Eulalia. - Nie było okazji porozmawiać, ale gdybyś czytała mojego bloga, wiedziałabyś o tym. Tam opisałam swoje dylematy - w ostatnich dwóch zdaniach Bogusia wyczuła wyrzut. 
- Wiesz, że ja i komputer... - zaczęła, ale Eulalia nie pozwoliła jej dokończyć.
- Najwyższa pora to zmienić, moja droga - odpowiedziała i podniosła się, aby odgrzać Marcie obiad. Wnuczka na pewno była głodna po całym dniu spędzonym na uczelni. 

Fot. Marcin Oleksa

Helenka promieniała. Cała trójka jej dzieci, z których tylko najmłodsza córka mieszkała w rodzinnym Lublinie, zapowiedziała swój przyjazd na święta. Oznaczało to dom pełen ludzi i dziecięcej wrzawy, mnóstwo przygotowań, prezentowe wydatki i radość, która wchodziła do jej mieszkania wraz z wyczekiwanymi gośćmi. Henryk jak zwykle będzie marudził, że Hela się narobi i że chwili spokoju nie będzie, ale tak naprawdę on też się cieszył, gdy dom zapełniał się wnukami. Szczególnie najstarsza Ewelinka, szesnastoletnia pannica, była dziadkowym oczkiem w głowie i wspólnie dzieliła z nim pasję historyczną. Na jej przyjazd Henryk cieszył się najbardziej. A Helena... Helena była szczęśliwa, że cała trójka, zupełnie jak kiedyś, zasiądzie do wigilijnego stołu. Łukasz przeczyta Ewangelię, a Ula tym swoim anielskim głosem zaśpiewa "Cichą noc". Na stole znajdzie się dwanaście potraw, pieczołowicie przeliczonych przez dzieci, a duża choinka przygarnie masę prezentów, zwiezionych z różnych zakątków Polski. Rodzinny dom ściągnie tych, których Helena wypuszczała w świat z niespokojnym biciem serca. Oboje z Henrykiem starali się im przekazać od najwcześniejszych lat, że ich dom rodzinny zawsze będzie tą przystanią, gdzie czekać będzie na nich ciepło, bliskość i otwarte ramiona mamy, w które pomimo swoich trzydziestu i czterdziestu kilku lat, będą mogli się wtulić. Jak kiedyś. Jak przed laty, gdy byli jeszcze dziećmi, przybiegającymi do niej z każdym stłuczeniem czy obtarciem. 
Tak, ten czas będzie czasem prawdziwego świętowania, którego Helenka nie mogła się już doczekać. 
Sięgnęła po telefon i wybrała numer Jadzi. Koniecznie musiała z nią o tym porozmawiać. 
Monika A. Oleksa   cdn... :) 

Fot. Marcin Oleksa
      

sobota, 14 grudnia 2013

Bałwanek

Fot. Aneta Jurkowska


Mały, biały bałwanek z modeliny z marchewkowym nosem, w eleganckim czarnym kapeluszu; z czarnymi jak węgiel guziczkami i dużymi, ciekawymi świata, niebieskimi oczami. Dar serca, który grzeje swoim ciepłem zamkniętym w sobie dłonią pani Joli Sadowskiej, kierownika Wypożyczalni dla Dorosłych i Młodzieży nr 6, przy ulicy Strzeleckiej 21/25 w Warszawie; gdzie kilka dni temu spotkałam się z Czytelnikami. 
Ten mały bałwanek wzruszył mnie do łez; podobnie jak ciepłe przyjęcie w małej, klimatycznej bibliotece na Pradze. Bibliotece z duszą, którą odnalazłam również na Ząbkowskiej 23/25 i w otwartym sercu cudownej pani Zdzisławy Urbańskiej, kierownika Wypożyczalni dla Dorosłych i Młodzieży nr 101. Strzelecka, Radzymińska i Ząbkowska - prześlicznie udekorowana ulicznymi światełkami i czekająca na święta. Każda z bibliotek znajdujących się przy tych ulicach przyjęła mnie serdecznie i dała możliwość spotkania z niesamowitymi ludźmi - Czytelnikami i Bibliotekarzami, wśród których odnalazłam wielką serdeczność, wielkie zaangażowanie i wielkie serce włożone w zorganizowanie tych spotkań, za co szczególnie dziękuję pani Anecie Jurkowskiej, która zaopiekowała się mną tak, że naprawdę poczułam się wyjątkowa:) 

Świąteczny klimat biblioteki na Ząbkowskiej, która pachniała mandarynkami
 

Cieplutka biblioteka na Strzeleckiej, pachnąca pierniczkami:)


Rozmowy z Czytelnikami, które zawsze ubogacają


Dyskusje, pytania, dialog. Człowieka z Człowiekiem


Wzruszyły mnie gospodynie spotkania na Strzeleckiej, których wielkie serca widać było w szczegółach - świąteczny wystrój biblioteki i pierniczki, które kusiły swoim zapachem; nakryty złotym obrusem stolik i wzruszające usprawiedliwienie: Miałyśmy tylko jeden i ubrałyśmy nim stolik, przy którym będzie pani siedziała. Herbata i kawa podane w prześlicznych filiżankach i wnętrze wypełnione zapachem cytryny. Czyli ciepło, odświętnie i jak w domu przy rozmowie z kimś bliskim. Kimś na kogo czekaliśmy. Łzy wdzięczności za okazane serce same pchały się do oczu. Nic dziwnego, że wszystkie stoliki były zapełnione i nie było ani jednego wolnego miejsca, bo ciepło pani Joli przyciąga, a ja przywiozłam je ze sobą w sercu i ogrzewam nim swój dom. Podobnie jak ogromną serdecznością pani Zdzisi, w której ramionach poczułam się, jakbym była u siebie.

Fot. Aneta Jurkowska


Pomimo zimy za oknem, w tym miejscu było bardzo ciepło


Basi najserdeczniej dziękuję za to, że była tam razem ze mną:)

I za to, że tak pięknie zaprezentowała fragmenty moich książek:) Dziękuję!

Każde spotkanie jest inne i z każdego co innego wyniosłam. W Wypożyczalni dla Dorosłych i Młodzieży nr 4, przy ul. Radzymińskiej 50; w której bardzo miło przyjęła mnie pani kierownik Adrianna Asztel,  i jej współpracownicy, spędziłam niemalże dwie godziny przy bardzo interesującej i żywej dyskusji, która niewątpliwie ubogaca i obu stronom pozwala spojrzeć na świat po dwóch stronach książki z innej perspektywy; często nie tak, jak to sobie wyobrażamy. Bogactwem tego spotkania był pan Marek, który, spoglądając na literaturę okiem mężczyzny, skłaniał do ciekawych przemyśleń i zadawał niebanalne pytania, które zmuszały do intelektualnego wysiłku:) Wszystkim niesamowitym Bibliotekarzom, których miałam tam okazję spotkać, bardzo dziękuję za naprawdę widoczne zaangażowanie, obecność, rozmowę i naprawdę ciepłe przyjęcie. 
Te dwa dni, które spędziłam w bibliotekach na warszawskiej Pradze na długo pozostaną w mojej pamięci. To był dobry czas przedświątecznego zatrzymania; poogrzewania się wśród ogromnej serdeczności przyjmujących mnie ludzi i odkrywania tego, że każdy z nas jest inny, ale każdy ma w sobie coś niesamowitego. Piękno, którego często nie widać na pierwszy rzut oka, ale które dostrzega się właśnie przy zatrzymaniu obok człowieka i po spojrzeniu w oczy, które nie potrafią kłamać. 
Za każdy uśmiech, dobre słowo i ogromne ciepło, z którym zostałam tam przyjęta DZIĘKUJĘ! Pani Anecie Jurkowskiej dziękuję za zorganizowanie wszystkiego i dopięcie na ostatni guzik. Było pięknie, pani Aneto, naprawdę! Z wielką radością mówię: Do zobaczenia! 
Kasi i Michałowi dziękuję za to, że niezmordowanie uczestniczyli w tym po raz kolejny i za chwile, które ukryłam w sercu:) A mojej przyjaciółce, Basi Smal, dziękuję najpiękniej jak umiem za oddanie mi swojego łóżka:)  i za świadomość, że zawsze, choćby nie wiem co się działo; mogę na nią liczyć. Dziękuję Basieńko! 
Monika A. Oleksa 

Do zobaczenia wraz z nową książką:) 

    


środa, 11 grudnia 2013

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 3

Fot. Marcin Oleksa


- No i która przelicytowała resztę w tym tygodniu? - Marta siedziała w ciepłej kuchni Eulalii, zajadając szarlotkę, która została z czwartkowego spotkania. Przybiegła do babci zaraz po piątkowych zajęciach, aby wysłuchać relacji z czwartkowego obiadu i omówić szczegóły ich wspólnego zamieszkania. Prawdę mówiąc, nie mogła się doczekać, kiedy wprowadzi się do Eulalii i zacznie swoje prawie dorosłe życie bez nieustannego nadzoru rodziców. 
- Helenka swoją sambą przebiła nas wszystkie - westchnęła Eulalia. - Ale mój blog był zaraz za nią! - dokończyła triumfalnie.
- Babciu, jeszcze będziesz miała swoje pięć minut - wymamrotała Marta niewyraźnie z buzią pełną szarlotki.
Eulalia pokiwała głową i poklepała wnuczkę po ramieniu. 
- Kiedy chcesz się wprowadzić? - spytała, patrząc na dziewczynę z czułością.
- Jak najszybciej, ale jest pewien problem. - Marta spojrzała na Eulalię swoimi przejrzystymi, niebieskimi oczami. 
- Niech zgadnę, ten problem to tata, nieprawdaż? 
Marta skinęła głową. 
- Jest wściekły i nie przyjmuje żadnych argumentów. Twierdzi, że w domu mam najlepsze warunki do nauki, a to, według niego, jest moją jedyną powinnością w tym momencie. Uważa, że mieszkając u ciebie całkowicie oleję naukę i zawalę studia. 
- A do tego ja cię zdemoralizuję! - Eulalia uśmiechnęła się. Cieszyła się, że Marta nie przypomina z charakteru żadnego ze swoich rodziców. Była zupełnie podobna do Eulalii i za to Lala kochała ją jeszcze bardziej. 
- Jesteś dorosła i sama masz już prawo decydować o swoim życiu, czy to się twojemu ojcu podoba, czy nie. 
- Będzie awanturka, ale ja nie odpuszczę, babciu. - Marta poszukała aprobaty w oczach Eulalii. Znalazła ją. Eulalia wiedziała, że czeka ją przeprawa z zięciem i konflikt z własną córką, która była pod wielkim wpływem męża; ale kochała Martę tak bardzo, że postanowiła walczyć o jej niezależność jak lwica. Wnuczka była już młodą kobietą, z czym jej ojciec nie mógł się pogodzić. 
- Weź ojca sposobem. - Eulalia nałożyła Marcie kolejny kawałek ciasta. - Przywieź tutaj trochę swoich rzeczy i książek i powiedz, że potrzebujesz spokojnego miejsca do nauki. Ja ci przeszkadzać nie będę; a i tak częściej mnie nie ma niż jestem, więc warunki do nauki będziesz miała idealne. Nie wyprowadzaj się od razu ze wszystkimi manelami, narażając ich na stan przedzawałowy i syndrom pustego gniazda. 
Marta zerwała się od stołu i mocno przytuliła do Eulalii. 
- Babciu, jesteś genialna! Dzięki temu i wilk syty, i owca cała! 
- Twój ojciec i tak będzie wściekły, ale przynajmniej zachowasz się jak dobrze wychowana córka. 
Marta cmoknęła babcię w policzek. Nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo w jej torebce rozdzwonił się telefon. Próbując go odnaleźć zachowywała się zupełnie jak Eulalia, w której torebce było tak wiele rzeczy i drobiazgów, że aż sama się temu dziwiła. Niecierpliwa ręka Marty wyławiała przeróżne przedmioty, z których żaden nie był awanturującą się komórką. 
- Najlepiej będzie, jak włożysz głowę do środka - podpowiedziała Eulalia.
Odpowiedziało jej skrzywienie Marty, która z triumfem wyciągnęła z torebki telefon, który właśnie zamilkł. 
- To Bartek - powiedziała dziewczyna, patrząc na wyświetlacz i wybierając przycisk "Połącz". 
Eulalia usiadła przy stole, odsunęła talerzyk z niedojedzonymi przez Martę resztkami szarlotki i zapatrzyła się na młodość wnuczki, która domagała się swoich praw. Piątkowy wieczór to nie był czas, który młody człowiek spędza w domu. Młodość potrzebowała się wyszumieć i pędziła tam, gdzie głośno, gwarno i radośnie. Dwadzieścia dwa lata to nie był czas, kiedy docenia się zacisze domu i spokój, którego człowiek szuka przez całe życie. Dwadzieścia lat to czas wiecznego niespełnienia, snutych marzeń; układanych planów i pragnień, które wydają się w zasięgu ręki. Eulalia też miała kiedyś dwadzieścia dwa lata, ale wtedy świat wyglądał zupełnie inaczej. 
Westchnęła, wstała od stołu i wstawiła talerz i kubek po kawie Marty do zlewu. 
Za chwilę jej dom ucichnie, bo wnuczka pobiegnie do Bartka i znajomych, aby dać młodości się wyszaleć; a Eulalia zostanie sama ze wspomnieniami, które podobnie jak ona, dobrze się czuły w tym domu. 

Fot. Marcin Oleksa
 

- Pieczarkowa! Mamo, jesteś wielka! - Natasza zajrzała do garnka stojącego na kuchence Bogusi i wciągnęła w nozdrza zapach swojej ulubionej zupy, która od zawsze kojarzyła jej się ze świętowaniem. 
- No przecież wiem, że lubisz. - Bogusia nigdy nie była wylewna w stosunku do nikogo; nawet wobec jedynej córki, którą wychowywała surowo, ale z miłością poukrywaną chociażby w takim garnku z ulubioną zupą Nataszy. 
- Wiesz, stęskniłam się za Lublinem - westchnęła Natasza, wyglądając przez okno ze znajomym widokiem na ulicę, przy której się wychowała. - To miasto ma klimat, którego nie potrafię odnaleźć w żadnym innym.
- Po tylu latach mieszkania w Warszawie nie odnalazłabyś się tutaj. - Bogusia sięgnęła do szuflady po łyżkę wazową, a z szafki wyjęła talerze dla siebie i dla córki. 
Natasza milczała. Usiadła przy stole i podparła brodę rękami. 
Bogusia nalała zupę i postawiła przed córką pachnący pieczarkami talerz. 
- Zjedz, a potem porozmawiamy. - Bogusia obserwowała Nataszę z niepokojem. Dziewczyna nie była sobą. Posmutniała. Zabrakło jej tej charakterystycznej dla niej pewności siebie i energii, z którą zabierała się do wszystkiego. Bogusia wyczuwała problemy, nie wiedziała tylko jeszcze jakiego kalibru. 
- Co u Jagody? - spytała o wnuczkę, z której była tak dumna, jak Eulalia z Marty. 
- Wszystko okey. Podoba jej się studiowanie w Londynie. Tamtejsze życie wciągnęło ją do tego stopnia, że czuje się tam jak u siebie. Jest już dorosła i sama podejmuje decyzje. Ja mogę tylko stać z boku i wspierać na odległość. 
- Jest mądra. Poradzi sobie. Tak jak ty. - Bogusia zerknęła na córkę. Jej uwadze nie uszło zmieszanie Nataszy. 
- No właśnie, chyba ta mądrość nie wychodzi na dobre, mamo. 
Bogusia sięgnęła po pusty talerz Nataszy, odstawiła go do zlewu razem ze swoim i usiadła naprzeciwko córki. 
- Co się dzieje?
Natasza pokręciła głową i ukryła twarz w dłoniach. 
- Zawsze uczyłaś mnie tego, że mam we wszystkim być najlepsza. Sięgałam po to, co najwyżej i za wszelką cenę realizowałam siebie. Nie byłam dobrą żoną i nie jestem dobrą matką, bo tego nie potrafię. Najpierw zawsze liczyłam się ja. Moje studia, moja praca, mój awans, moje stanowisko, moja samorealizacja i doskonalenie siebie, aby być w tym wszystkim jeszcze lepszą, niż byłam. Abyś mogła być ze mnie dumna i nie abyś nie wyrzucała mi, że zmarnowałam swoje życie przy garnkach, pieluchach i dogadzaniu mężowi i dziecku. 
Bogusia milczała, porażona słowami córki. Nie miała odwagi się odezwać, nie miała nawet odwagi spojrzeć na córkę, zastanawiając się, w którym miejscu popełniła błąd?
- Najpierw robiłam to dla ciebie - ciągnęła Natasza - a potem tak się zatraciłam w tym pędzie, że wciągnęło mnie to chore życie, bez którego już nie umiałam funkcjonować. Nie zauważyłam, kiedy zlekceważyłam męża, który po prostu zapragnął innego życia. On mnie zostawił, mamo. Radek odszedł, bo spotkał kobietę, która stworzyła mu dom, jakiego zawsze pragnął. Tylko ja zlekceważyłam te pragnienia, bo nauczyłam się od ciebie, że nigdy nie mogę być niczyją niewolnicą. A teraz zostałam sama w apartamencie, w którym potykam się o własne rzeczy i w którym jest potworna cisza, jakiej nie jestem w stanie zagłuszyć włączonym telewizorem czy radiem. 
Natasza umilkła, a cisza, która zapadła, była jak kolec włożony w serce Bogusi. 
- Co postanowiłaś? - jej głos zazgrzytał, zupełnie jakby nie mógł wydobyć się ze spierzchniętych warg. 
- Wracam do Lublina, mamo. Mam już dość tego wielkomiejskiego pędu i życia w nieustannym biegu, bez rodziny, bez przyjaciół, bez czasu dla siebie. Muszę zwolnić, bo zwariuję, a nie uda mi się tego osiągnąć w Warszawie. 
Bogusia wyciągnęła rękę i nieśmiało, nieporadnie, po raz pierwszy od wielu lat, dotknęła dłoni córki i zamknęła ją w swojej. 
- Zawsze byłam z ciebie dumna - powiedziała cicho - tylko nigdy nie potrafiłam ci tego powiedzieć...  cdn.
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
 

sobota, 7 grudnia 2013

Spotkania, spotkania... :)

Kochani, do środy zamilknę tutaj, ale będę opowiadać o swoich książkach i nie tylko na warszawskich spotkaniach autorskich. Jeśli ktoś z Was chciałby się tam ze mną spotkać, serdecznie zapraszam:) Miłego dnia:)



czwartek, 5 grudnia 2013

Święty ma głos:)

Wykonali: Miłosz i Michał Oleksa


Pozwólcie, że dzisiejszy literacki czwartek oddam Świętemu, który od kilku lat zostawia moim chłopcom listy. Dostałam  pozwolenie od moich synów, abym podzieliła się tymi słowami z Wami:)


Mój drogi przyjacielu Michałku!
Minął już kolejny rok, a Ty już masz ich 11... Taak, czas zdecydowanie biegnie za szybko, nawet dla takiego sędziwego staruszka jak ja. Stęskniłem się za Tobą mój drogi przyjacielu i powiem Ci, że w tym roku miałem nie lada problem z Twoim prezentem. Już nie jesteś chłopcem, którego można obdarować dziecięcymi zabawkami; wybranie dla Ciebie prezentu było nie lada wyczynem, zarówno dla mnie, jak i moich przyjaciół: elfów, reniferów i polarnego niedźwiedzia. No, ale sądzę, że spełniliśmy Twoje marzenia, już nie dziecięce, a chłopięce... Tutaj muszę sobie westchnąć, bo wciąż Cię pamiętam jako małego chłopca, który z niecierpliwością wypatrywał pierwszej gwiazdki i za wszelką cenę chciał mnie poznać. Pamiętam, jak Twoją buzię rozjaśniał uśmiech, gdy znalazłeś swój prezent pod choinką. Pamiętam wszystko... i smutno mi, że tak szybko rośniesz.
A wiesz, mieliśmy tu, na Biegunie małe zamieszanie z niedźwiedziem polarnym. Nasz ciekawski misio chciał po kryjomu spróbować pierniczków pani Mikołajowej, wypiekanych specjalnie na święta. Zakradł się więc do kuchni i wsadził swój nos łakomczucha wprost w dopiero co wyjęte z pieca ciasteczka. Możesz sobie wyobrazić, że nieco sobie go poparzył :) Do tego narobił strasznego bałaganu, bo jak złapał się łapami za bolący nos, niezdarny miś wylał na siebie dzbanek z mlekiem przygotowanym dla mnie przez panią Mikołajową. Dzbanek rozbił się z hukiem, pierniczki rozsypały się po podłodze, a nasz biedny niedźwiedź dostał jeszcze po głowie ścierką od pani Mikołajowej, która jak się rozgniewa, potrafi być naprawdę straszna! Krzyczała tak głośno, że słychać ją było w całej mikołajowej krainie. Biedny niedźwiedź. Siedzi teraz na lodowcu z nosem wsadzonym w śnieg. Tylko pierniczków szkoda... 
Michasiu, pomimo tego, że w swojej paczce gwiazdkowej znajdziesz grę komputerową (wiesz, że za nimi nie przepadam, jestem Mikołajem starej daty), znajdziesz tam również i książkę, o którą prosiłeś. Pamiętaj, mój przyjacielu, że w książkach zaklęta jest cała magia tego świata. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał odnaleźć czar Bożego Narodzenia z dzieciństwa, tylko książka Cię tam zaprowadzi. Nie wszystkie cuda techniki są błogosławieństwem, czasami potrzeba tak niewiele, żeby być naprawdę szczęśliwym i przeżyć dobrze życie. 
Bywaj zdrów, mój drogi przyjacielu! 
 Święty Mikołaj  




Witaj Miłoszku!
Wiem, że lubisz kolor morski, więc mój list do Ciebie będzie w takim właśnie kolorze. Jesteś już dużym chłopcem, ho, ho, a jeszcze tak niedawno byłeś maleńkim dzidziusiem... Czas płynie za szybko, szkoda, że nie można go zatrzymać... 
Przynoszę Ci worek pełen prezentów. Część wkładam pod poduszkę, a reszty szukaj pod pachnącą choinką. Myślę, że udało mi się spełnić Twoje dziecięce marzenia. Mam do Ciebie tylko jedno pytanie, dlaczego nie śpisz w pokoiku chłopców, tylko co noc wędrujesz do rodziców? Jesteś już dużym chłopcem, bawisz się lego, grasz w gry komputerowe, nie możesz spać z rodzicami. Tylko maluchy śpią z mamą i tatą, a Ty przecież już nie jesteś maluchem, prawda? 
Rośnij zdrowy i duży, słodki Miłoszku, kochaj swoją mamę, tatę i braciszka, sprzątaj zabawki po każdej zabawie, nie można ich zostawiać rozsypanych na wieczór, bo moje elfy zabierają wszystkie zabawki leżące nieporządnie na podłodze. Uważaj więc! Życzę Ci, kochany Miłoszku, pięknych i zdrowych świąt oraz zawsze uśmiechniętej buzi. Ho, ho, ho... 
Wesołych Świąt mój mały przyjacielu!!! 
Święty Mikołaj, 2009 rok

Miłoszek już nie wędruje w nocy do rodziców, bo jest naprawdę dużym chłopcem, ale z tymi zabawkami to niewiele się zmieniło... 
Na koniec przytoczę jeszcze pewną anegdotę. Mój uczeń, Krzysio, bardzo chciał zobaczyć Świętego Mikołaja i być tym pierwszym dzieckiem, któremu się to uda. Postanowił więc przygotować w swoim pokoju pułapki na Mikołaja. Krzysio jest bardzo inteligentnym i pomysłowym chłopcem, więc pułapki były przemyślane i Święty w ciemności niestety wpadł w jedną z nich, robiąc przy tym duużo hałasu. Krzysio co prawda Mikołaja nie zobaczył, bo gdy się obudził było ciemno; usłyszał natomiast kwieciste: "K...!" (słowo, które nie nadaje się do publikacji:)); i ze smutkiem stwierdził, że Mikołaj jest raczej mało uprzejmy i źle wychowany:) 
Miłego dnia:) 
Monika A. Oleksa 



  

wtorek, 3 grudnia 2013

Spotkanie autorskie w Lublinie:)

Fot. Michał Oleksa


Dla tych, dla których książka to coś więcej niż zwykłe kartki papieru zadrukowane czarnymi literami, osiedlowa biblioteka jest miejscem, w którym można poczuć się jak w domu. Wypełnione półkami książek wnętrze ogrzewa. Tutaj zawsze jest miło i przytulnie, bez względu na pogodę za oknem. Przyjazny uśmiech pań Bibliotekarek sprawia, że w tym miejscu aż chce się pobyć, wymienić się refleksją po przeczytanej książce; zasięgnąć porady czy po prostu porozmawiać. O życiu i jego krętych ścieżkach. O ludziach. O pasjach. O pogodzie. Biblioteka to miejsce, gdzie zawsze ktoś znajdzie dla ciebie czas i nie odwróci się w stronę włączonego ekranu komputera wtedy, gdy będziesz chciał tylko tego, aby ktoś cię wysłuchał. Zauważył. Potraktował z szacunkiem. 

Basia i Maria tak pięknie ubogaciły sobą to spotkanie, czytając fragmenty moich książek

Wiele lat temu zaprowadziłam swoich synów do osiedlowej biblioteki, którą widzę z okna mojego mieszkania. Pisząc, patrzę na bibliotekę. 
Pomimo tego, że w naszym domu jest mnóstwo książek, a pokój moich chłopców jest nimi wypełniony, chciałam, żeby obaj poznali zapach i klimat tego miejsca, którego nie da się porównać z żadnym innym. Pragnęłam przekazać im te uczucia, które towarzyszyły małej Monice, gdy przekraczała przyjazny próg biblioteki, w której był spokój, jakiego w dzieciństwie szukałam, i magia zaklęta w uwięzionych na pożółkłych kartkach zdaniach. Każda moja wizyta w bibliotece była wydarzeniem, a każdy powrót - triumfem, ze ściskanymi w objęciach książkami, które zawsze traktowałam jak najlepszych przyjaciół. One wiedziały o mnie wszystko, a ja mogłam w nie tak po prostu wejść i przenieść się do świata, który wciągał, czarował i udzielał schronienia przed rzeczywistością, która bolała i przerastała mała dziewczynkę. Kochałam moją osiedlową bibliotekę tak, jak kochałam zgromadzone tam książki. To wszystko chciałam przekazać moim chłopcom i myślę, że mi się udało. Patrząc na ich książkowy głód i pasję, z jaką czytają wiem, że podarowałam im coś najcenniejszego. 


Basi i jej Mamie, Marysi dziękuję za to, że zawsze mogę na nie liczyć:)


Osiedlowa biblioteka zawsze jest najbliższa sercu


Fot. Michał Oleksa

Mojej cudownej sąsiadce, Marysi, dziękuję za piękną interpretację fragmentu "Ciemnej strony miłości"

Ta osiedlowa biblioteka, bliska mojemu sercu (nie tylko ze względu na odległość:)), otworzyła swoje gościnne drzwi dla mnie i dla Czytelników, którzy chcieli się tam ze mną spotkać 28 listopada, w szare, przykryte mgłą popołudnie. Filia nr 28 w Lublinie wypełniła się ciepłem ludzi, z którymi z wielką radością się spotkałam. Każde takie spotkanie jest dla mnie duchową ucztą; każde jest inne i każde - wyjątkowe. 
O przepiękny wystrój biblioteki w moich ulubionych kolorach jesieni zadbały Panie - Magda, Iwona i Beata, którym z całego serca dziękuję! Dzięki Paniom, nasza biblioteka wyglądała bajecznie. Ja dokładnie tak się w niej poczułam, jakbym weszła do zaczarowanej krainy baśni. 


Moi przemili Czytelnicy, których liczbą byłam oszołomiona!

Fot. Michał Oleksa
Spotkanie było prawdziwą rozmową z ludźmi, z których każdy był wyjątkowy

Spotkanie umiliła herbata i kawa podana w filiżankach, oraz domowe ciasto, upieczone ze szczyptą miłości:) specjalnie na tę okazję. Omawiając szczegóły tego spotkania z Panią Marią Porębą, kierownikiem Biblioteki, chciałyśmy, aby każdy kto tu zajrzy i zechce przysiąść i posłuchać choć przez chwilę, poczuł się jak wyczekiwany i mile widziany gość. I myślę, że nam się to udało:) 
Dwie Marie i moja Basia; duchowa siostra i pokrewna dusza, pięknie zinterpretowały fragmenty mojej prozy. Słuchałam jak zaczarowana, zresztą nie tylko ja, bo w bibliotece, pomimo tak wielu przybyłych gości, panowała cisza. W interpretacji Basi i jej Mamy, a mojej serdecznej sąsiadki Marysi, wybrzmiały fragmenty mojej najnowszej książki, która jest już na ukończeniu. Pytania, rozmowy, dialog; to wszystko sprawia, że spotkanie autorskie jest prawdziwym spotkaniem - moim, z drugim człowiekiem, a nie jedynie monologiem, czy przedstawieniem. Nie ma scenariusza ani rozpisanych ról, każdy tutaj ma swój czas i każdego słucham z niesamowitą uwagą, bo dzięki takim rozmowom wychodzę ze spotkania bogatsza o nowego człowieka i nowe doświadczenie. I bogatsza o słowa, które uskrzydlają i dają wielką motywację do dalszej pracy twórczej. 


Jedna z moich najwierniejszych Czytelniczek:) 

 
Dedykacje, podpisy i osobista rozmowa z Czytelnikami - coś bezcennego!


Aż trudno uwierzyć, że to synowa z teściową :D


Dwie godziny minęły jak mgnienie oka; przy rozmowie, herbatce, zasłuchaniu w melodyjne głosy Basi, Marii i Marysi, i przy wspólnym, niespiesznym pobyciu ze sobą. Ciepło, które wypełniło wnętrze biblioteki wynieśliśmy w sercach, a to listopadowe popołudnie zajaśniało uśmiechami, dobrym słowem i wzajemną życzliwością ludzi, których zgromadziło to spotkanie. 
Było pięknie i zapadło tak głęboko w pamięć, że będę czekać na kolejne w mojej osiedlowej bibliotece. 
Serdeczne podziękowania chciałabym złożyć na ręce Pani Marii Poręby za zaproszenie do bliskiej mi biblioteki i za tak piękne zorganizowanie tego popołudnia. Dziękuję wszystkim Paniom Bibliotekarkom z Filii nr 28 w Lublinie - Pani Iwonie, Pani Marii, Pani Beacie i Pani Magdalenie; za piękne przystrojenie biblioteki, uśmiech i serdeczność. I za to, że swoimi osobami wprowadzają w naszej bibliotece atmosferę ciepła, z którego nie chce się wychodzić. 
Dziękuję Pani Grażynie Hryniewskiej, redaktor naczelnej magazynu Uroda Życia, i jej ekipie za obecność, wnikliwe pytania i ożywioną dyskusję.
Dziękuję mojej Mamie i Teściowej za to, że byłyście ze mną. To wiele dla mnie znaczy i wzrusza. Mojemu synowi, Michałowi, dziękuję za zdjęcia i rolę fotoreportera w zastępstwie taty; a Miłoszkowi za to, że się nie nudził i wytrwał na spotkaniu do końca, z dumą bijąc mamie brawo:)
Moim kochanym SĄSIADOM dziękuję za poświęcony czas i za ogromną serdeczność i życzliwość. Naprawdę jestem szczęściarą, bo sąsiadów mam po prostu cudnych! 
Wszystkim Czytelnikom dziękuję za to spotkanie. Każdego chciałabym wymienić z imienia, każdemu powiedzieć coś osobistego; każdemu podziękować za to, że sięgacie Państwo po moje książki i z niecierpliwością wyczekujecie kolejnych. Jesteście prawdziwym skarbem dla pisarza i za to wszystko Wam DZIĘKUJĘ! 
Basi, Marii i Marysi dziękuję za wszystko. 
Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa
      
Fot. Michał Oleksa

Mój syn nazwał to zdjęcie: "Autorskie ręce":)






niedziela, 1 grudnia 2013

Nierówna walka

Fot. Marcin Oleksa


Zmroziło i wyziębiło świat za oknem. Jesień starła się z Zimą, walcząc jeszcze o swoje prawa do pozostania z ludźmi, choćby na krótki czas. Podnosiła nieznacznie temperaturę w ciągu dnia, oddając Zimie noce z przymrozkami; rozganiała chmury, aby choć jeden promień słońca wyjrzał i dał nadzieję; przemieniała śnieg w deszcz, który Zima mroziła i starała się jeszcze rzucić pod nogi wyblakłe już liście, z których nieliczne dotąd trzymały się drzew. Nie chciała odchodzić, i choć ludzie jej nie lubili i nie chcieli docenić jej piękna, z którym do nich przychodziła, Jesień była ludźmi zafascynowana. Obserwowała ich zachłannie, obdarowując czym mogła. Splatała warkocze z mgieł i otulała świat miękką, białą przędzą; wystroiła w błyszczące piórka kawki i gawrony, a sikorki i gołębie przysyłała do ludzkich okien. Rankiem, pomimo ciemności, rozbudzała rześkim powietrzem i rysowała baloniki z pary nad ludzkimi głowami. Wieczorami zaglądała w okna rozświetlone sztucznymi światłami i przytulnymi lampkami, przypominającymi kolor letniego słońca. Ogrzewała się wśród ludzi, do których lgnęła i od których nie chciała odchodzić. Wdychała zapach pieczonych jabłek i podziwiała szarlotki i serniki z brzoskwiniami wyjmowane z piekarnika. Świerszcze już dawno zakończyły swoje koncerty i spakowały instrumenty, a Jesień trwała w zachwyceniu nad człowiekiem i jego życiem. 
Obserwowała zabieganą codzienność, a między troski wkładała blade, ale radosne promienie, aby rozświetlić szary dzień i ocieplić go choć przez chwilę. Człowiek miał w sobie niesamowitą siłę, która była w stanie przeprowadzić go przez życiowe wyboje i podnieść z upadków, które się zdarzały. Czasami nie radził sobie z problemami, wątpił i załamywał się, ale zazwyczaj zjawiał się obok niego ktoś, kto wyciągał dłoń. Drugi człowiek. 
Jesień zazdrościła ludziom przyjaźni. Spośród wszystkich czterech pór jednego roku, czuła się najbardziej odrzucona. Nie pasowała do nikogo. Zima starała się przegonić ją jak najprędzej, zamieniając świat w sopel lodu. Nie potrzebowała Jesieni i jej kolorów; wolała biel i minimalizm - nagie konary drzew i krzewów; brunatne trawniki pozbawione rabatek i grube, puchate chmury panoszące się po niebie. Jesień przeszkadzała Zimie tym swoim wiecznym zachwytem nad człowiekiem i podarunkami, które mu składała. Zima lubiła królować niepodzielnie i każdego roku zaskakiwała, pojawiając się wtedy, gdy ludzie jej nie oczekiwali. Nie, z Zimą Jesień nie potrafiła się zaprzyjaźnić. 
Lato, najbardziej rozpieszczone i humorzaste, ale paradoksalnie, najbardziej przez ludzi lubiane i wyczekiwane; zawsze chodziło swoimi drogami. Drwiło z Jesieni i jej delikatności i zostawiało niezatarte wspomnienia i tęsknotę. Za Jesienią nikt nie tęsknił (no, może z wyjątkiem Diunam, Gabrysi i Moniki :D)
Jedynie Wiosna miała z Jesienią trochę wspólnego. Obie ubierały się w kolory i obie miały w sobie wrażliwość, jakiej brakowało Zimie i Latu. Wiosna lubiła Jesień, ale ludzie woleli Wiosnę, bo przynosiła nadzieję. Budziła do życia. Dodawała energii. Wydłużała dni, a ludzie snuli plany, jak je wypełnić i zagospodarować godziny, które zabierała im Zima. 
Wiosna budziła kwiaty do życia, Jesień je usypiała. Wiosna pielęgnowała małe pączki na drzewach i sprawiała, że świat się zielenił; a Jesień domalowywała swoje barwy, sycąc oczy intensywnością i ciepłem palety, jakiej nie powstydziłby się największy i najsławniejszy malarz. Zima zabierała wszystko. Ogołacała drzewa z liści, żądając od ludzi podziwu. To ona miała być w centrum uwagi, a nie przyroda, która trzymała się od Zimy z daleka. Kapryśna Królowa Śniegu i Lodu na dobre spychała Jesień ze sceny, która przez najbliższe miesiące miała należeć do niej. I Jesień nic na to nie mogła poradzić. 
Czuła, że pora odejść i wiedziała, że będzie tęsknić. Za ludźmi i ich uśmiechami. Za lasami pełnymi grzybów. Za kuchnią pachnącą szarlotką i przetworami z warzyw i owoców, które przynosiła. Za koncertami świerszczy i mgłą spowijającą pola. Za niteczkami babiego lata i pieczonymi ziemniakami. Za ciastem drożdżowym ze śliwkami. Za życiem, które od wieków toczyło się niezmiennym kołem, od Wiosny do Zimy, drwiąc sobie z przewidywań, spekulacji i wynalazków człowieka, któremu dotąd nie udało się zatrzymać czasu i tak trudno było się pogodzić z przemijaniem. 
"Wrócę", pomyślała Jesień i uśmiechnęła się do siebie, otulając mocniej płaszczem i uchylając przed podmuchem mroźnego wiatru. A potem odeszła, oddając Zimie świat i niepodzielne królowanie. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa

Tydzień temu zakończył się Rok Wiary. Dokładnie w niedzielę Chrystusa Króla Magda, moja siostrzenica potrącona 28 października przez samochód, odzyskała przytomność i  świadomość, wygrywając swoją nierówną walkę z obrażeniami własnego ciała. Powoli wraca do siebie, jeszcze z lukami w pamięci, ale z wielką wolą życia. Z całego serca dziękuję za modlitwę w jej intencji, której wciąż potrzebuje; za wszystkie ciepłe słowa, za wsparcie, za Waszą obecność, kochani, w tym wszystkim, przez co przechodziła nasza rodzina. Każde słowo, każdy esemes, każdy e-mail czy komentarz dodawały sił, których potrzebowaliśmy. DZIĘKUJĘ! Tak dobrze, że jesteście... 
M. 

Fot. Marcin Oleksa


Na relację ze spotkania autorskiego w lubelskiej bibliotece zapraszam we wtorek:) 
M. 

Fot. Marcin Oleksa