czwartek, 30 stycznia 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc.9

Fot. Marcin Oleksa


- No i co ty byś sobie, babciu, pomyślała? - Marta siedziała w kuchni Eulalii, z głową wspartą o ręce. Choć buzię miała smutną, Eulalia dostrzegła w jej oczach wściekłość, która jej samej też była w życiu nieobca. 
- Chcesz szczerości, czy mądrości starej babki? - spytała, podchodząc do Marty i dotykając jej miękkich włosów.
- A mogę prosić jedno i drugie? - spytała Marta, patrząc na babcię bezradnie. 
- Mądrość babki mówi ci, że nie ma się czym przejmować, bo Bartek jak kocha, to żadna Natalia nie jest w stanie tego zmienić. Poza tym, chłop też ma swój rozum i zdaje sobie sprawę z tego, że nie wszystko złoto, co się świeci.
- A jak się ma do tego szczerość? - dopytywała zaintrygowana Marta. 
- A no szczerze, to ci powiem, że jeszcze będą z tego kłopoty. Nie podoba mi się ta Natalia i lepiej, żebyś miała na Bartka oko. - Eulalia mrugnęła porozumiewawczo do wnuczki. 
Marta jęknęła. 
- No to teraz dopiero dałaś mi powód do niepokoju. 
- Nie martw się. - Eulalia pocałowała wnuczkę w czubek głowy. - Mądrość babki od czasu do czasu też się sprawdza. 
- Więc co mam robić? - spytała Marta, odrywając ociężałą głowę od rąk.
- Bądź nadal sobą, trzymaj rękę na pulsie i nie zadręczaj Bartka podejrzeniami, bo w końcu się wścieknie i naprawdę zrobi coś głupiego.
- Okey, czyli totalnie ignoruję Natalię?
- Zauważasz ją tylko w takim stopniu, w jakim jest to konieczne aby być miłą. Przyjaźnić się z nią nie musisz. 
Marta odetchnęła głęboko. 
- No to kamień spadł mi z serca, bo już myślałam, że karzesz mi się z nią zaprzyjaźnić i szczebiotać tak jak ona o rzeczach, o których nie mam kompletnie pojęcia - uśmiechnęła się do Eulalii. - A tak właściwie to co ty robisz? - spytała z ciekawością widząc, jak Eulalia zamaszystym ruchem miesza coś drewnianą łyżką. 
- Chlebek watykański - odpowiedziała Eulalia, nie odrywając się od mieszania. - A w zasadzie to takie bardziej ciasto watykańskie niż chlebek, bo smakuje bardziej jak drożdżowy keks. 
- Przywędrował do ciebie aż z Watykanu? - spytała Marta z niedowierzaniem. 
- Nie, przywędrował od Jadzi, która przyniosła mi zakwas i przepis. Nigdy wcześniej nie robiłam takiego śmiesznego ciasta - dodała, kończąc mieszanie i przykrywając miskę lnianą ściereczką. 
- Dlaczego śmiesznego? - spytała Marta.
- Bo robisz go przez siedem dni. Codziennie dosypujesz coś innego i nie mieszasz; a czwartego dnia tylko mieszasz - rano, w południe i wieczorem. Bardzo łatwe, mało pracochłonne i smaczne. 
- Ciekawe. - Marta podniosła ściereczkę i przyjrzała się ciastu dokładniej. - Ładnie pachnie. 
- Jak zakwas na naturalnych drożdżach - odpowiedziała Eulalia. - Przykryj go, bo zmarznie. To ciasto lubi temperaturę pokojową, nie toleruje przeciągów ani metalu. Dlatego nie można go mieszać metalową łyżką, ani robić w metalowym naczyniu. 
- A dlaczego chlebek watykański? 
- Może dlatego, że z każdego wyrobionego ciasta dzielisz się zakwasem z kimś innym. Dzięki temu, wychodzisz do ludzi. Najpierw obdzielasz przyjaciół, potem sąsiadów, i w końcu  po prostu znajomych.
- A jak już ich wszystkich obdzielisz wychodzisz z zakwasem do obcych ludzi - zażartowała Marta, ale Eulalia popatrzyła na nią poważnym wzrokiem, zamyślając się.
- A wiesz, że to wcale nie jest taki głupi pomysł? W końcu tak rodzi się bliskość, od człowieka do człowieka; więc żeby nie wychodzić z pustymi rękami, przychodzisz z zakwasem na chlebek watykański, który łączy ludzi. 
- No co ty, po Krakowskim Przedmieściu będziesz tak biegać ze słoiczkiem i będziesz go wciskać do rąk każdego napotkanego człowieka?    
- Każdego nie, bo masz tylko jeden zakwas do podarowania; ale do takiego, który ma w oczach pragnienie czyjejś obecności, ale nie ma odwagi o tym powiedzieć... - Eulalia zapatrzyła się na mroźną zimę za oknem. Mróz wymalował na skraju jej szyby skomplikowane wzory, którym lubiła przyglądać się jako dziecko. Dawno temu wyobrażała sobie w tym pejzażu tajemniczą, lodową krainę, do której chciała się przedostać będąc małą dziewczynką. Dziś już jej nie szukała, ale sentyment do zmrożonych obrazów pozostał. Myślała o tym, z czego zażartowała Marta, a co wcale nie było powodem do żartu. Ludzie dzisiaj tak bardzo pozamykali się w sobie i swoich światach, które przychodziły do nich z telewizją i internetem, że w zasadzie dalej im było do drugiego człowieka niż kiedykolwiek przedtem. Nie czuli w sobie pragnienia prostego pobycia z kimś i wyjścia poza to, co było znajome i bezpieczne. Gdyby nie Jadzia, Helena i Bogusia, które mobilizowały Eulalię do poszukiwań i wzbudzały ciekawość życia; sama Eulalia może też zamknęłaby się w swoim mieszkaniu i wychodziła jedynie do osiedlowego sklepu, na targ i do lekarza. Jedyną dalszą wyprawą byłaby misja - tania apteka przy Narutowicza i odwiedziny u córki i zięcia. Może więc ten chlebek watykański rzeczywiście niósł w sobie przesłanie, o którym wcześniej nie pomyślała? 
Oderwała się od okna i uśmiechnęła do Marty uspokajająco. 
- Nie martw się żadną Natalią. Nie ma przy tobie szans, maleńka. 
Marta uśmiechnęła się promiennie. 
- I za to właśnie kocham cię najbardziej, babciu! 
cdn. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
      
 

wtorek, 28 stycznia 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Miłość w stylu retro"



Książka "Miłość w stylu retro" Sophie Kinsella przyciągnęła mój wzrok swoją okładką i intrygującym tytułem. Wybierałam w księgarni książkę dla mojego syna z okazji zakończenia roku szkolnego. Od lat mamy taką tradycję, że zaraz po zakończeniu uroczystości w szkole i otrzymaniu świadectwa, wędrujemy na lody i do księgarni, aby książką rozpocząć letni czas wakacji. Uwielbiamy to i starannie celebrujemy tę tradycję. Nie planowałam zakupu książki dla siebie; moje zasłużone prezenty miał przynieść Pan Listonosz, który zawsze dzwoni do nas dwa razy:) Okładka tej książki jednakże przywołała mnie tak skutecznie, że wyszłam z księgarni razem z Sophie Kinsella. 
"Miłość w stylu retro" połknęłam z ogromną przyjemnością, bawiąc się przy tej książce jak przy mało której. Moja uczennica, z którą wymieniamy się książkami (pozdrawiam Cię Moniczko:)) po przeczytaniu tej powieści powiedziała tylko: "Po prostu ją zjadłam!" I w zasadzie tu mogłabym zakończyć moją opowieść:) 
"Miłość w stylu retro" nie cofa nas (niestety!) do lat, kiedy nosiło się pióra i długie perły; paliło cygaretki i tańczyło charlstona. Akcja książki toczy się we współczesnym Londynie, a główna bohaterka nawet nie pamięta tych czasów, za którymi jej ciocia babcia wzdycha nieustannie, zwłaszcza po własnej śmierci. Lara jest młodą singielką, z którą jakiś czas temu zerwał Josh. Lara wiązała z nim wielkie nadzieje na wspólną przyszłość i kilka miesięcy po zerwaniu nadal nie może sobie z tym poradzić, atakując ukochanego rozpaczliwymi esemesami, w których pisze, jak może być im razem cudownie. Skutek tych miłosnych wyznań jest taki, że Josh zmienia numer telefonu... Do tego firma, którą Lara założyła wraz ze swoją przyjaciółką popada w tarapaty, bo wspólniczka przedłuża wakacje w tropikach i wcale nie zamierza  stamtąd wracać. Same kłopoty, a tu jeszcze pojawia się niemiła perspektywa pogrzebu stupięcioletniej ciotki babki Sadie, której Lara praktycznie nie znała. Pogrzeb oznacza spotkanie z dalszą rodziną, która z wyższością spowodowaną posiadaniem znacznego majątku, patrzy zarówno na Larę jak i na jej rodziców. Scenariusz jak z kiepskiego filmu, do czasu jednak, kiedy podczas uroczystości pogrzebowych przed bohaterką staje młoda kobieta i nakazuje jej przerwać pogrzeb, dopóki nie odnajdzie się bezcenny naszyjnik. Co więcej, tę kobietę widzi i słyszy tylko Lara i tylko ona może pomóc Sadie, bo to jej niespokojny duch nawiedza Larę, wywracając życie dziewczyny do góry nogami. Szalona ciotka z epoki retro sprawi, że spokojne życie bohaterki zmieni się nie do poznania...
Tajemnica rodzinna, na której trop nieoczekiwanie wpadnie Lara szukając naszyjnika, i wielka miłość, która stanie przed nią trochę dzięki pomocy Sadie gwarantują znakomitą zabawę przy tej książce od pierwszej do ostatniej strony! Ja przepadłam i naprawdę z wielkim żalem odłożyłam skończoną lekturę i z wielkim uczuciem niedosytu. 
Polecam gorąco "Miłość w  stylu retro" na czas karnawału i zimowe wieczory. Rozgrzewa jak lampka grzanego wina, odstresowuje i sprawia, że chce się wejść w szalony świat Sadie, i poczuć tę atmosferę lat dwudziestych, którą pachnie tajemniczy naszyjnik i dziewczyna, która go nosiła...
Monika A. Oleksa 
 
                     "Miłość w stylu retro"
                       Autor: Sophie Kinsella
                       Wydawnictwo: Świat Książki
                       Rok wydania: 2011
                       Ocena: 6/6! 


   

"Miała na imię Sadie i w latach dwudziestych kochała niejakiego Stephena, znanego później światu jako wybitnego malarza Cecila Malory. Potem uznała, że to drań, który ją wykorzystał i zapomniał o niej. Ale on ją kochał. Kochał ją nawet po wyjeździe do Francji. Umieścił siebie na jedynym portrecie, który namalował. Na jej portrecie. Nigdy więcej nie chciał namalować nikogo innego, wypowiadając po francusku zdanie Namalowałem jedyną osobę, którą pragnąłem namalować. Sadie była piękna, promienna. Szczęśliwa. I miała na sobie naszyjnik, w koraliku którego Cecil Malory namalował swój autoportret. Po obejrzeniu tego naszyjnika wszystko nabiera sensu. On ją kochał, a ona do końca życia tego nie wiedziała. Dożyła stu pięciu lat, nie otrzymawszy odpowiedzi... "  (fragment książki) 

Sophie Kinsella
     

niedziela, 26 stycznia 2014

Poduszka w żółte słoneczniki

Fot. Marcin Oleksa


Dobre wspomnienia mojego dzieciństwa pachniały walerianą i lawendą. Ten zapach wypełniał warszawskie mieszkanie mojej Babci, która odeszła czternaście lat temu. Byłam już wtedy dorosłą kobietą i mamą dwutygodniowego synka, który urodził się czasie odchodzenia Babci. Zupełnie jakby jedno życie miało zastąpić to drugie, wezwane po trudach ziemskiego pielgrzymowania... 
Dom Babci wypełniony był spokojem i prostą radością dnia codziennego. Zwykłe rzeczy stawały się wielkie i wyjątkowe; pierogi z jagodami smakowały jak królewska uczta, a kuchnia, której okno wychodziło na przedwojenne podwórko zwane "studnią", skupiała przy stole całą rodzinę. Pomimo mrozu za oknem w tym wysokim mieszkaniu z grubymi murami było ciepło i bezpiecznie, a z każdego kąta wyglądała miłość, która bardzo dobrze się tam czuła. 
Jeździłam tam w każde wakacje i ferie, aby ogrzać się w tym cieple i przywieźć trochę ze sobą. Moja poduszka w żółte słoneczniki, która nie miała w sobie kamieni bezsennej nocy, przynosiła zawsze dobry i spokojny sen i radosne oczekiwanie na następny dzień. 
Babcia odeszła wiele lat temu, mieszkanie przy Marszałkowskiej też dawno zmieniło właściciela, ale zapach dobrych wspomnień wciąż odnajduję w Warszawie wśród tych, którzy mieszkali wraz z Babcią. Przyjeżdżając tutaj, gubię bagaż lat i znów czuję się jak dziewczynka, która spędzała tam letnie i zimowe miesiące. I pomimo tego, że waleriany nikt już tu nie używa, nadal czuję jej zapach; zupełnie tak, jakby Babcia wciąż tu była. Widzę ją, siadającą wraz z nami przy stole, z tym uśmiechem, który na zawsze pozostał w mojej pamięci. Przed nią stoi szklanka z mocną herbatą, a ona patrzy na każdego z nas z miłością i słucha naszej radosnej paplaniny z cierpliwością i bez spoglądania na zegarek. 
Potrzebujemy takich powrotów do miejsc, gdzie było nam dobrze i do ludzi, którzy otulają nas swoją miłością. Wracamy i poszukujemy chwil i dobrych wspomnień, aby mieć siłę do nieustannej walki z codziennymi zdarzeniami, życiowymi wyzwaniami i ponurymi myślami, które trzymają się nas kurczowo, szczególnie w czasie długich, zimowych nocy. Potrzebujemy od czasu do czasu poczuć znajomy zapach dzieciństwa i przytulić głowę do takiej poduszki w żółte słoneczniki, aby przypomnieć sobie, że życie ma też radosną stronę, którą kiedyś potrafiliśmy się cieszyć tak spontanicznie i zupełnie naturalnie. Czasami taki dwu lub trzydniowy urlop do miejsca, gdzie odnajdziemy wspomnienia dzieciństwa potrafi dać nam więcej spokoju i odpoczynku niż dwutygodniowy urlop w tropikach. Zamykamy oczy i widzimy kochające twarze tych, którzy mieli do nas cierpliwość i niczego od nas nie oczekiwali. Czujemy na podniebieniu smak szarlotki, drożdżowego ciasta, placków z jabłkami czy pierogów z jagodami, których potrafiłam pochłonąć 16 na raz! Do dziś nie wiem, jak mi się to udało:) 
Chwytamy czas i zatrzymujemy go przez chwilę, mając złudzenie, że się cofnął. Tak działa magia wspomnień i magia dobrych chwil, które mają ogromną moc. Nawet moc uzdrawiania nas samych z siebie samych dzisiaj. 
Pamiętasz ile kolorów miał dzień, który dostarczał długich godzin nieustannych doznań? Zima zawsze była zimą z mrozem i śniegiem, a wiosna była po prostu wiosną, bez szalonych letnich temperatur. Świat, pomimo tego, iż ogromny, wydawał się miejscem przyjaznym i pogodnie do nas nastawionym - tak jak my do niego. Życie smakowało jak najlepszy tort urodzinowy, a każdy wstający poranek miał w sobie zapowiedź Gwiazdki. Fragment bajki, w której graliśmy główne role i do której wchodziliśmy bez zdziwienia, że w ogóle się zdarzyła. 
Odnalazłam tę bajkę kilka dni temu. Na parę dni i wieczorów przeniosłam się w czasie i rozsmakowałam w dobrych wspomnieniach dzieciństwa, które na mnie czekały. Pomimo tego, że minęło tyle lat, one wciąż tam są. Wśród ludzi, którzy potrafią obdarowywać bezinteresowną miłością i dzielić się tym niewiele, które mają, a którego robi się tak wiele... 
Życzę Ci takich chwil zatrzymania i powrotu tam, gdzie wspomnienia mają tylko dobrą moc i gdzie poczujesz zapach tych, którzy patrzyli na Ciebie z miłością, której się nie wstydzili. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
  

czwartek, 23 stycznia 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiad odc.8

Fot. Marcin Oleksa
  
Jadzia przyszła na spotkanie spóźniona i mocno wzburzona. Gdy zdejmowała ośnieżone futro, ręce jej się trzęsły ze zdenerwowania i Helena, która była gospodynią tego czwartkowego obiadu, zaniepokoiła się.
- Jadzia, co się stało?- spytała z troską, odbierając od przyjaciółki futrzany płaszcz.
Jadzia cmoknęła ją zimnymi ustami w policzek i wyjęła z materiałowej siatki swoje kapcie.
- Zaraz wam wszystko opowiem. Przepraszam za spóźnienie, ale idę prosto z cmentarza. Pomyślałam, że tak ładnie biało się zrobiło, to zapalę Władkowi światełko.
- Chodź już, czekamy na ciebie z pierożkami i barszczykiem.
- Z torebki? - Jadzia spojrzała na przyjaciółkę z figlarnym uśmiechem w oczach, pomimo zmartwienia wypisanego na posmutniałej twarzy.
- Bój się Boga, Jadwigo! Do ust tego nie wezmę, a co dopiero gości tym częstować! - wykrzyknęła Helena. - Prawdziwy barszczyk, z buraczków, które Henio mi tak ładnie pokroił.
- No właśnie, miałam o to zapytać, co zrobiłaś z biednym Henrykiem? - w drzwiach największego z pokoi stanęła Bogusia, w nowej sukience, którą włożyła specjalnie na spotkanie  z przyjaciółkami.
- Henio pojechał do Kuby. Mają tam jakieś męskie sprawy, a że Kubuś ma teraz ferie i Renata nie ma co z nim zrobić, bo świetlica szkolna nieczynna, pomagamy jak możemy. 
- Ty to taka święta chyba się urodziłaś, Helena - Bogusia spojrzała na przyjaciółkę z lekkim podziwem. 
- No co ty opowiadasz, Boguniu - machnęła ręką Helena.- Przecież to naturalne, że najpierw ty opiekujesz się dziećmi i wnukami, dopóki masz siłę, a potem one opiekują się tobą, jak już zbraknie ci sił. 
Bogusia nic nie odpowiedziała, pomyślała tylko o swojej Nataszy, z którą wciąż nie potrafiły się dotrzeć i porozumieć tak, jak obie by tego oczekiwały. 
- Chodź, Jadzia, bo już głodne jesteśmy. - Bogusia nie lubiła się martwić, dlatego posępne myśli odsunęła daleko, cmoknęła Jadzię w zimny policzek i wróciła do stołu, przy którym spokojnie siedziała Eulalia. Powitała Jadzię szerokim uśmiechem i ciepłym uściskiem. 
Kiedy na stole pojawiły się pierożki okraszone rumianymi skwarkami, a w kamionkowych czarkach zakołysał się barszczyk, Jadzia jako pierwsza rozpoczęła swoją opowieść.
- Szłam do was z zupełnie czym innym, ale myślę, że ławeczka nie może czekać. Mam problem i nie wiem, co z tym zrobić. 
- Strasznie jesteś tajemnicza. - Bogusia nałożyła sobie kilka apetycznie wyglądających pierożków i nadziała jeden z nich na widelec.
- Odwiedziłam dziś Władka - zaczęła i umilkła na chwilę. W pokoju dało się słyszeć trzy westchnienia. Historia miłości Jadwigi była krótka i tragiczna. Jadzia poznała Władka, kiedy oboje mieli po dwadzieścia lat. To była miłość na zawsze; na dobre i na złe. Na pogodę i niepogodę. Cały świat Władka zamknął się w jednym imieniu- Jadwiga; a ona nie potrafiła bez niego oddychać, uśmiechnąć się, żyć. Dla Władka Jadzia przeciwstawiła się rodzicom, którzy dla jedynaczki z domu z tradycjami i herbowym nazwiskiem oczekiwali dobrze zapowiadającego się lekarza lub prawnika, a nie zwykłego chłopaka, który właśnie dostał pracę w fabryce samochodów. To był mezalians, który Jadwiga zdecydowała się popełnić, ale nie zdążyła. Smutna historia jak z Love Story, ale w odwrotnych rolach. Pod koniec lat 60-tych białaczka była wyrokiem, który dostał od życia Władek. Nikt nie mógł pomóc i nic nie było w stanie uciszyć rozpaczy Jadwigi, która została sama na świecie i nie potrafiła się nim cieszyć. Władek zabrał wszystko - zabrał nadzieje na wspólną przyszłość, radość z przeżywanych dni, zabrał serce Jadwigi i jej miłość. Z czasem nauczyła się na nowo uśmiechać i zauważyła, że jej serce bije tak jak dotąd, ale nigdy nikogo nie pokochała i nie wyszła za mąż. Poślubiła pamięć o Władku i tęsknotę za nim. Dziś już potrafiła z tym żyć, ale potrzebowała dużo czasu, aby to zrozumieć i pogodzić się z rzeczywistością, która ją przerosła.
- Zapaliłam światełko jemu i jego mamie, odgarnęłam śnieg i zauważyłam na ławce tę oto kartkę. - Jadzia sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej zafoliowaną korespondencję bez adresu zwrotnego: " W związku z wytycznymi Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków i Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta Lublin, Administracja Cmentarzy Komunalnych prosi i niezwłoczne usunięcie ławki."
- Przeczytałam, przestraszyłam się, że Władkowi ławkę zabiorą i pobiegłam do tego miłego pana z kiosku ze zniczami. Okazało się, że nie tylko moja ławka komuś przeszkadza. Takie karteczki pojawiły się na prawie każdej ławce przy grobie, z tym że niektórzy są proszeni o jej usunięcie, a inni o przesunięcie bliżej w stronę grobu. Sprawdziłam u sąsiada. Ona ma przesunąć ławkę bliżej, a ja swoją, która stoi na tej samej wysokości, na której ma się znaleźć ławka sąsiada, usunąć. I gdzie tu logika? I w ogóle o co chodzi?
- Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Płaciłaś za tę ławkę?- spytała rzeczowo Bogusia. 
- Niby jak? Abonament na ławkę powinnam wykupić, czy co? - obruszyła się Jadzia. 
- A co ci powiedział ten pan z kiosku?- spytała Eulalia, zaintrygowana tajemniczą sprawą ławeczki. 
- Spytał, czy ławka była zgłoszona.
- A była?- dopytywała Eulalia. 
- A skąd ja niby mam wiedzieć? - Jadzia była bliska łez. - Ta ławka stoi tam od czterdziestu lat, zrobiła ją świętej pamięci mama Władka i jak ją znam, nie popełniła samowolki budowlanej tylko ktoś jej wtedy na tę ławkę pozwolił. Wiecie jakie były czasy. Nie wiem, czy jest jakiś papierek zezwalający na tę problematyczną ławeczkę, ale jeśli stała tyle lat, znaczy że miała do tego prawo. 
- Czasy się zmieniły, ale Bareja nadal miałby pełne ręce roboty i mógłby kręcić jeden film za drugim. - Eulalia dokończyła swoje pierożki i popiła ciepłym barszczykiem.
- Słuchaj Jadzia, a może ta ławka przeszkadza w dojściu do innych grobów? - spytała rozsądna jak zawsze Helena. 
- No co ty, przecież sama widziałaś, że grób Władka jest przy głównej alei i do tego ta ławka jest na podwyższonej kostce, na równi z nagrobkiem. Nie przeszkadza nikomu z wyjątkiem... no właśnie, nawet nie wiem dokładnie, kto jest po drugiej stronie tej kartki. Konserwator zabytków? Urząd Miasta czy Administracja Cmentarzy Komunalnych? Do kogo niby mam się zwrócić z prośbą o wyjaśnienie? 
Helena spojrzała na talerz Jadzi i doszła do wniosku, że odgrzeje jej pierogi, bo Jadzia niczego nie tknęła i na pewno są już zupełnie zimne. 
- Ha, już wiem! - wykrzyknęła triumfalnie Bogusia. - Twoja ławeczka nie podoba się konserwatorowi zabytków. Widocznie ma swoją własną wizję cmentarza i twoja ławka do niej nie pasuje. 
- Ale przecież jest dość wiekowa, więc powinien ją traktować w kategorii zabytku - wtrąciła Helena, sięgając po talerz Jadwigi. - Przygrzeję ci je Jadziu. 
Jadwiga z wdzięcznością skinęła głową i upiła łyk barszczu, bo od tego opowiadania zaschło jej w gardle. 
- Właśnie że nie, Helu - sprostowała Bogusia. - Ławka ma być ładna i zadbana. Nagrobki są zabytkiem, nie ławki. 
- A jak nagrobek się sypie to też trzeba go usunąć? - spytała jękliwie Jadzia, którą sprawa ławki przerosła. 
Umilkły, bo żadna nie znała odpowiedzi na to pytanie.
- Gdybym miała talent Barei - westchnęła Bogusia.
- Żyjemy w czasach absurdu i sztucznie tworzonych przepisów - dodała Eulalia. - Masz rację, pan Stanisław miałby nadal pełne ręce roboty.
- To jak dziewczynki, dzisiaj nie licytujemy? - Helena postawiła przed Jadwigą talerz z ciepłym daniem. Jadzia podziękowała jej spojrzeniem.
- No, nie możemy Jadzi zostawić z tą ławeczką. Musimy coś wymyślić - odpowiedziała Eulalia.
- Gdzie diabeł nie może, tam baby pośle - zachichotała Bogusia.
- Gorzej, jak posłana baba trafi na opór innej baby - złośliwie zauważyła Eulalia.
- Wtedy ściera się słuszność z głupotą i racja, niestety, nie zawsze jest po stronie słuszności. - Bogusia poklepała Jadzię po ręku. - Nie martw się, dowiemy się co z tą ławeczką i będziemy jej bronić. Natasza się tym zajmie, ona lubi takie dziwne przypadki, a teraz ma dużo więcej wolnego czasu niż w Warszawie. A propos, byłyśmy ostatnio na zakupach i wybrała mi tę sukienkę, podoba się wam? - Bogusia dumnie wypięła pierś, prezentując granat sukienki i biel pereł na jej tle. 
- Piękna!
- Cudna! 
- Śliczna!
Rozmowa wróciła na tematy lżejsze i przyjemniejsze niż ławeczka. Ciepło przyjaźni otuliło Jadwigę, która pomyślała z wdzięcznością, że życie zaskakuje i daje po tyłku, ale obecność człowieka łagodzi wszystko, nawet te trudne do zabliźnienia rany.   cdn... 
Monika A. Oleksa  

wtorek, 21 stycznia 2014

Wtorkowe Spotkania Kulturalne: Janusz Radek koncertowo



Czas karnawału możemy przejść tanecznym krokiem w rytmie energetyzujących i porywających przebojów; możemy również zasłuchać się w brzmienia, które przenoszą nas daleko od miejsca, w którym akurat się znajdujemy, jeśli tylko damy się poprowadzić muzyce i artyście, który ją dla nas wykonuje. Muzyka jest nieodłączną częścią mojej codzienności i odświętności. Cenię ją i podziwiam ludzi, którzy ją tworzą i wykonują. Rozdzielając talenty między ludzi, Pan Bóg obdarował mnie słowem i wrażliwością na piękno. Dźwięki słyszę, ale nie potrafię ich odtworzyć:) Kołysanki moim chłopcom śpiewałam tylko wtedy, gdy nikt oprócz nich mnie nie słyszał. 
Muzykę słucham, chłonę i podziwiam; pod warunkiem, że jest dobra i nie jest papką, od której trzymam się z daleka. Szczególnie cenię sobie żywy kontakt z nią; twarzą w twarz z artystą i instrumentem. Na koncercie odpływam. Nie ma mnie i świata dookoła - jest tylko dźwięk, słowa i muzyka, która potrafi mnie zaczarować. 12 stycznia zrobił to Janusz Radek i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lubelskiej pod kierownictwem Tomasza Filipczaka; występując z koncertem karnawałowym, który dostarczył lawiny doznań. 
Janusza Radka słuchałam sporadycznie i prawdę mówiąc, idąc na koncert nie bardzo wiedziałam, czego mam oczekiwać. Zaprowadziła mnie tam ciekawość i zaproszenie bardzo przystojnego mężczyzny, któremu nie potrafię się oprzeć:) Już pierwsze moje spojrzenie na scenę i widok takiej ilości instrumentów w jednym miejscu, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie będzie zmarnowany wieczór. Pianino, skrzypce, wiolonczele, altówki, kontrabasy, bębny, talerze, perkusja, gitara, trąbki i elegancko ubrani muzycy, dotykający swoich instrumentów najczulej- widok robił wrażenie, ale słyszeć je wszystkie, współgrające ze sobą, przeplatające dźwiękami i wypełniające melodią ciszę, która zapadła na sali gdy pogasły światła; było doznaniem, które zaparło dech i zaczarowało od pierwszej nutki. Gdy w tło tych dźwięków włączył się głos Janusza Radka, odpłynęłam na całe półtorej godziny. Byłam tylko ja, muzyka i ten koncert karnawałowy, na którym czułam się tak, jak Kopciuszek na swoim balu. Radosna. Lekka. Zasłuchana i Zapatrzona. Zaczarowana. 
Janusz Radek zabrał publiczność w nostalgiczną wędrówkę po latach, gdy jeszcze pisało się listy, tańczyło walca i gdzie w przytulnych kawiarenkach można było usłyszeć dźwięki pianina (zupełnie jak w miejscu, do którego lubię powracać, bo czuję się tam jak w swojej epoce - w Dwu Księżycach w Kazimierzu:)). Wybrzmiały Czerwone Gitary i wielkie przeboje Seweryna Krajewskiego i Krzysztofa Klenczona; Wybrzmiał Tuwim, Lutosławski, Zygmunt Konieczny  i Jerzy Wasowski, przeplatani lirycznymi autorskimi piosenkami Janusza Radka. "Niech żyje bal" w jego wykonaniu poruszył całą salę, nie było ani jednej osoby, która pozostałaby obojętna na głos Janusza Radka i niesamowitą oprawę Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Lubelskiej, wśród której zachwyciłam się pierwszymi skrzypcami - Iriną Stukasziną-Gąsior, II koncertmistrzem Filharmonii Lubelskiej. Janusz Radek uwiódł nas tego wieczoru swoją cztero i pół oktawową skalą! i skromną osobowością człowieka, który nie uważa się za Gwiazdę. Ma przy tym fantastyczne poczucie humoru, którym łagodnie, ale chyba skutecznie zawstydził melomana, któremu w czasie koncertu odezwała się komórka.
Wychodziłam z koncertu z wielkim niedosytem pomimo dwukrotnego bisowania i krótkiego spotkania z artystą po wyczerpującym dla niego występie. W dłoniach ściskałam najnowszą, w całości autorską, płytę z autografem, na którą rzuciłam się zachłannie. I chociaż to ten sam Janusz Radek, którego słuchałam bojąc się poruszyć, płyta mnie rozczarowała. W "Gdzieś-Po-Między" zabrakło mi tej zadziwiającej skali, w którą wsłuchiwałam się na koncercie w zachwyceniu. Miałam wrażenie, jakby Janusz chciał przełamać jakiś stereotyp i wyjść poza samego siebie, zostawiając daleko za sobą to, do czego przyzwyczaił swoich odbiorców i fanów. Widać wyraźnie, że ta płyta jest poszukiwaniem. Nie jest zła, bo sam Janusz Radek jest bardzo dobry i wkłada całego siebie w to, co robi. Jest tylko nie dla każdego i nie każdy jest w stanie ją odebrać z takim zachwyceniem, jak poprzednie. Pomimo całego mojego szacunku do Janusza Radka i podziwu dla jego głosu, "Gdzieś-Po-Między", pomimo kilku fajnych kawałków, to zdecydowanie nie moja bajka. Ale posłuchać Janusza Radka polecam! Na innych płytach jest zdecydowanie lepszy.
Monika A. Oleksa 

         

niedziela, 19 stycznia 2014

W świetle prawa - obcy

Fot. Marcin Oleksa


Całkiem niedawno zeznawałam jako świadek w sprawie mojej siostrzenicy Madzi, której powrót do zdrowia i sprawności po wypadku, małymi kroczkami, ale do przodu, jest dla mnie oczywistym cudem i świadectwem Bożej miłości do człowieka. Pani sędzina zadała mi pytanie o stosunek do strony. Odpowiedziałam tak, jak dyktowało mi serce: Rodzina. Pani sędzina, dopytawszy o pokrewieństwo, sprostowała: "Według kodeksu i w świetle prawa - obcy." Moje serce jęknęło, a młoda protokólantka zapisała: Obcy. 
Jak skategoryzować i określić bliskość człowieka do człowieka? Jak mogę powiedzieć, że ten człowiek to obcy, jeśli moje serce wyrywa się do niego i otula sobą jak puchową pierzyną? Słowo "obcy" jest zimne i bezosobowe. Nie kryją się za nim żadne emocje, z wyjątkiem obojętności. A przecież Magda nie jest mi obojetna. Jest bliska, nawet nie ze względu na to, że to- dla mnie - rodzina; ale dlatego, że tę bliskość między sobą odkryłyśmy, pielęgnowałyśmy ją i dałyśmy jej szansę, aby rozkwitła. Dzięki temu łatwiej nam odnaleźć się teraz, gdy pobudzany do wysiłku mózg Magdaleny wyszukuje informacje na temat twarzy, które się przy niej pojawiają. Potrafiłyśmy się odnaleźć właśnie dzięki tej bliskości. Magda odnalazła "dane" o mnie i uśmiecha się do wszystkich wspomnień, na które krok po kroku natrafia; a ja potrafię być przy niej bez tego szpitalnego skrępowania, gdy brakuje nam słów bo tak naprawdę nie wiemy co mamy powiedzieć, i bez unikania rozmów na tematy trudne, ale ją w tej chwili nurtujące. Magda wciąż szuka swojej tożsamości i dzień po dniu odnajduje coraz więcej kawałków. Umie się już uśmiechać, potrafi zażartować, a nawet dociąć. Dopytuje i jest ciekawa świata i samej siebie. A przy tym jest w niej ogromny spokój, którego w jej życiu zabrakło po wypadku Pawła i odejściu Ani. 
Ostatnio zadała swojemu tacie pytanie, jak ma liczyć swoje urodziny - czy od dnia, w którym się faktycznie urodziła, czy od momentu, gdy po wypadku narodziła się na nowo? I poprosiła mnie, abym podziękowała wszystkim osobom, które pamiętały o niej w modlitwie i ciepłych myślach. Dziękuję, w imieniu Magdy. I swoim:) 
Bliskość. Zadziwia mnie to, jak blisko potrafimy dopuścić do siebie człowieka, o którego istnieniu jeszcze jakiś czas temu nie mieliśmy pojęcia. Był obcy i nagle staje się bliski. Moje serce troszczy się o niego, moje myśli biegną do niego, pamiętam o nim i co więcej, ubogacam się dzięki tej bliskości, bo ten drugi człowiek wchodzi w moje życie ze swoją bliskością i tym wszystkim, co jest w nim. Dopełnia mnie. Obdarowuje. Zmienia moje postrzeganie świata, który staje się piękny i przyjazny, dlatego, że moje wnętrze pięknieje, a ja zaczynam dostrzegać ludzi, którzy wcale nie są obcy. 
Człowiek potrzebuje bliskości drugiego człowieka. Potrzebuje akceptacji i zrozumienia, bo często sam siebie nie jest w stanie zrozumieć. Często gubimy się na pogmatwanych ścieżkach naszej psychiki, która prowadzi nas bardzo krętymi drogami i sami o sobie niewiele wiemy. Patrząc w lustro widzimy kogoś niewartego uwagi, z licznymi niedociągnięciami. A przecież lustro nie powie nam prawdy, bo jest obce. Bezosobowe. Nawet gdy widzimy w nim siebie. Prawdę o nas możemy zobaczyć w oczach, które patrzą na nas z czułością i miłością, której się nie wstydzę. Nie znajdziemy jej w oczach kochanka, bo tam często nie ma szczerości. Znajdziemy ją w oczach Przyjaciela, który akceptuje nas pomimo i który zatrzymał się przy nas nie dlatego, że możemy mu coś ofiarować, ale dlatego, że chce obdarować nas. Sobą. 
"Tylko na drodze przyjaźni można dobrze poznać człowieka." św. Augustyn.  Ale aby tego doświadczyć, trzeba się na to otworzyć. I wyjść mały krok naprzód, z wyciągniętą ręką, w której jest obietnica bliskości.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
 
 
Moje istnienie 
trwałe-nietrwałe
przypadkowe?
zaplanowane?
powołane
zaskakujące
fabułą, wątkiem
reżyserią
i efektami nie-specjalnymi
scenariusz zdarzeń
pisanych co dnia
zwyczajnych
ludzkich
powtarzalnych;
fascynujące
bogactwem twarzy
zdarzeń
i wątków
splecionych w jedno
zwyczajne życie.
Podarowane
uszanowane
przemijające.
I zatrzymane
w tej jednej chwili
kiedy człowieka 
moje spojrzenie obejmuje
"Dziękuję" szepcząc
za spotkanie
i twoje przy mnie
zachwycenie. 
Moje istnienie... 
Monika A. Oleksa - wszystkim, którzy ofiarowali mi swoją bliskość:) 

Fot. Marcin Oleksa

 

czwartek, 16 stycznia 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc.7

Fot. Marcin Oleksa


Marta stała na progu i skonsternowana zastanawiała się, czy nie pomyliła drzwi. Na progu mieszkania, które Bartek dzielił z kilkoma studentami, stała dziewczyna, zupełnie Marcie nieznajoma. Co więcej, zachowywała się tak swobodnie, jakby była tutaj u siebie, a do tego jej strój zupełnie wytrącił Martę z równowagi, gdyż dziewczyna miała na sobie jedynie czarną, bawełnianą koszulkę na ramiączkach i spodenki tak krótkie, że więcej odsłaniały niż zasłaniały. A miały co odsłaniać, bo długie i bardzo zgrabne nogi zatrzymały nawet wzrok Marty, która mogła tylko westchnąć z żalem, bo jej nie były ani tak długie, ani tak szczupłe.
- Cześć, jestem Natalia - dziewczyna uśmiechnęła się do Marty i wyciągnęła rękę. - Zakładam, że przyszłaś do kogoś z naszych. Do Alka, Bartka czy Dagmary? 
- Do Bartka. - Marta uścisnęła chłodną rękę Natalii i posłała jej coś w rodzaju uśmiechu. - Jestem Marta. Miło cię poznać. 
- Bartka nie ma. - Natalia stała w drzwiach, zastawiając wejście całym swoim pięknym ciałem, a Marta zastanawiała się gorączkowo, czy po prostu ją zignorować i natrzeć na Natalię, zmuszając ją do cofnięcia się, czy po prostu odwrócić na pięcie i odejść. Wybawił ją Alek, który pojawił się w przedpokoju i wyjrzał znad ramienia Natalii. Na widok Marty jego twarz rozświetliła się w szerokim uśmiechu. 
- Marta! Cześć. Wejdź proszę. Bartka chwilowo nie ma, ale niedługo powinien wrócić.
Natalia wydęła usta, wydała z siebie ciche prychnięcie i odkleiła się od framugi, a Marta pewnym krokiem weszła do środka i skierowała się od razu do pokoju Bartka. Tuż za sobą usłyszała kroki Alka. 
- Zrobić ci herbaty? - spytał, biorąc od niej kurtkę, którą próbowała z siebie zdjąć, walcząc z okręconym wokół szyi szalikiem. 
- Najlepiej zaparz mi melisy na uspokojenie - odpowiedziała, wyplątując się z szalika i wpychając go wraz z czapką do rękawa kurtki trzymanej przez Alka. - Skąd wytrzasnęliście to zjawisko? - wskazała wzrokiem na drzwi, za którymi krążyła Natalia, próbując odnaleźć swoje miejsce w nowym otoczeniu.
Alek przewrócił oczami, rozśmieszając tym Martę. 
- Weronika się wyprowadziła, ty nie chciałaś się wprowadzić, więc Dagmara gdzieś ją wynalazła. Studiuje socjologię i jest-po-prostu-urocza - odpowiedział Alek, ostatnie słowa artykułując wysokim, śpiewnym głosem. - Bartek nic ci nie powiedział? 
- No właśnie nie! - Marta założyła ręce przed siebie i stała teraz w pozycji obronnej, z zapaloną w głowie czerwoną lampką. 
- Widocznie stwierdził, że nie ma o czym mówić - zbagatelizował sprawę Alek. - Zobaczę co z tą melisą - puścił oko do Marty i zostawił ją samą w pokoju, w którym od dawna czuła się jak u siebie. 
Marta usiadła po turecku na dużym materacu Bartka i wyjęła z torby skrypt, z którego zamierzała się uczyć. Sesja zbliżała się milowymi krokami, więc Marta wykorzystywała każdą chwilę, aby sprostać postawionym przed nią wyzwaniom. Nie mogła się jednak skupić na czytaniu. Literki skakały jej przed oczami i zamiast zdań układały się w obraz pięknej Natalii, której obecność w tym domu trochę Martę zaniepokoiła. Jeszcze bardziej zaniepokoił ją fakt, że Bartek nie pisnął o niej ani słowa!
Alek zjawił się z herbatą, którą zrobił Marcie w jej ulubionym kubku pozostawionym we wspólnej studenckiej kuchni jakiś czas temu. W ręku trzymał paczkę Delicji, a na twarzy miał ten swój ciepły uśmiech, który Marta tak lubiła. 
- Melisy nie było, zrobiłem ci zieloną z opuncją figową. 
- Też lubię. - Marta uśmiechnęła się z wdzięcznością.
Alek był przyjacielem Bartka z rodzinnego Biłgoraja. Dwa lata starszy, kończył psychologię, która go fascynowała podobnie jak ludzie. Marta lubiła Alka. Spokojny i kulturalny, bardzo inteligentny, ale nie wymądrzający się, był doskonałym partnerem do rozmowy. Jego poczucie humoru i pogodne usposobienie sprawiały, że dobrze spędzało się czas w jego towarzystwie. 
- Jak idzie ci nauka? - spytał, wskazując na otwarty skrypt leżący na kolanach Marty. 
- Myślę, że tak samo, jak tobie zbieranie badań do pracy magisterskiej - odpowiedziała. 
Alek uśmiechnął się i przejechał z zakłopotaniem dłonią po krótkich włosach. 
- I tu mnie masz. Wiesz o mnie więcej niż Bartek - powiedział, patrząc w smutne oczy Marty. 
- Bo umiem słuchać - odpowiedziała i spuściła wzrok, bo spojrzenie Alka krępowało ją. - Od jak dawna ta syrena z wami mieszka? - zmieniła temat, sięgając po kubek z herbatą. Była gorąca i parzyła usta, ale Marta i tak upiła łyk. 
- Od czterech dni - głos Alka był miły i spokojny. Zupełnie jak sam Alek, którego mało co naprawdę wyprowadzało z równowagi. 
- Widzę, że bardzo szybko się zadomowiła - mruknęła z przekąsem. 
- Tak. - Alek wyglądał na rozbawionego. - Natalia nie ma problemu z nawiązywaniem znajomości. Jest bardzo bezpośrednia i... 
- Po-prostu-urocza - dokończyła Marta tonem, którego nie tak dawno użył Alek. 
- Hej, Marta, chyba nie jesteś o nią zazdrosna? 
Marta skrzywiła się. 
- Nie, zupełnie nie. Zważywszy na to, że lata po mieszkaniu w majtkach i to w obecności mojego chłopaka!
- Na mnie to jakoś nie robi wrażenia. - Alek próbował załagodzić wściekłość, która zaczynała się wylewać z Marty. 
- Oj, daj spokój! - Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Widziałeś jej nogi? I tyłek? Sylwetka jak u Barbie, długie włosy do pasa i ten słodki głos: "Cześć, jestem Natalia."
- Myślisz, że faceci tak właśnie was oceniają? - głos Alka spoważniał i stał się dużo cichszy niż poprzednio. Marta podniosła głowę i spojrzała mu prosto w piwne oczy. 
- Nie powiesz mi, że nie zwracacie na to uwagi. 
Alek pokręcił głową. 
-  Zwracamy, bo jesteśmy wzrokowcami i to zupełnie naturalne, że patrzymy. Ale to nie jest najważniejsze, Marta. 
Zamilkli, a Marta zawstydziła się nagle swojego ataku. Wylała na Alka, który nie był niczemu winny, całą swoją złość, i wcale nie poczuła się z tym lepiej. 
- Bartek musiałby być ślepy, żeby nie zwrócić na nią uwagi - dodała już ciszej, szukając u Alka zaprzeczenia. 
- Zgadzam się. - Alek przejrzał ją od razu. - Ale musiałby również być idiotą, gdyby wymienił ciebie na nią - dodał ciszej, a Marta poczuła, jak po jej ciele przebiegł dziwny dreszcz. 
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo do pokoju wsunęła się wdzięcznie głowa Natalii, która jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się słodko w stronę Alka i spytała: 
- Nie widziałeś może mojego czarnego, koronkowego stanika? Wydaje mi się, że zostawiłam go w łazience, ale nigdzie nie mogę znaleźć... 


Fot. Marcin Oleksa


- Nie, nie nie! Dziewczyny, te biodra nie mogą się kołysać na boki jak u kaczki! One muszą chodzić płynnie i uwodzić tym ruchem subtelnie! - Roberto Santos wyrywał sobie włosy z głowy, na której i tak niewiele już ich zostało, i za wszelką cenę próbował wytłumaczyć, że sambę trzeba poczuć, aby ja zatańczyć. Niestety, większość dziewczyn, które do niego przychodziły nie miało o niej bladego pojęcia, a czas tutaj traktowały jak spotkanie towarzyskie lub okazję do poznania kogoś ciekawego. Nie miał im tego za złe, on sam jeszcze tak niedawno miał dwadzieścia parę lat, ale sambę kochał jak najwytworniejszą kobietę i wymagał dla niej szacunku. 
- W zasadzie powinienem podziękować wszystkim za dzisiejsze zajęcia i wyprosić was z sali, z wyjątkiem jej - jego palec wskazujący zawisł w powietrzu i wycelował prosto w zdyszaną po wysiłku tanecznym Helenę. Na sali zapadła krępująca cisza, a Helena obejrzała się za siebie w poszukiwaniu tej "jej", która czuje sambę. Nikogo jednak za sobą nie znalazła, co więcej, ciemne oczy Roberto wpatrywały się w nią tak, że poczuła, jak uginają się pod nią kolana. 
- Jak ty się nazywasz? - spytał z tym swoim śmiesznym akcentem, który zdradzał, że jego dość dobra polszczyzna jest jednak językiem dla niego obcym. 
- Helena - wykrztusiła Hela, z trudem przełykając ślinę w ciszy, która zaczynała być nie do zniesienia.
- Zatańczysz ze mną, Helena? - Roberto podszedł do niej i ukłonił się grzecznie.
- Ale ja... - zająknęła się Helena, lecz Roberto nie dał jej dokończyć. Puścił do niej oko, wyprostował się i poprosił o muzykę, a kiedy zaczęli tańczyć, Helena odpłynęła. Była tylko ona, rytm i gorąca samba, która nikomu nie liczyła lat i nie zaglądała w metrykę. Dla samby nie było granicy między szaloną młodością, a dojrzałością; miała jednakowy apetyt na życie bez względu na liczbę dni, jakie upłynęły w życiu człowieka. Była energetyzująca i obiecywała prostą radość życia, po którą Helena sięgnęła. I nie żałowała ani minuty oddanej sambie i pasji, jaką w sobie odkryła. 
A, niech sobie Henryk mówi co chce; niech dzieci się uśmiechają i podkpiwają; ona i tak będzie robiła swoje. Będzie tańczyła sambę, bo po prostu ma na to ochotę. I już.  cdn...
Monika A. Oleksa        

Fot. Marcin Oleksa

 

wtorek, 14 stycznia 2014

Wtorkowe Spotkania Kulturalne: Literackie Duety - Tatiana i Aleksander



Tatiana
Za każdym razem, gdy Aleksander zamyka oczy, widzi Tatianę dokładnie taką, jak w dniu kiedy ją poznał. Był ciepły, czerwcowy dzień; ciężki i parny od atmosfery wojny, która zawisła nad Leningradem. Ludzie biegali w panice po mieście, próbując zdobyć w sklepach to, co jeszcze było do zdobycia; strach przed niewiadomym zawisł w powietrzu i paraliżował miasto, które zamarło; a na pustym przystanku siedziała młodziutka dziewczyna i jakby zupełnie nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje, jadła lody topiące się w promieniach grzejącego słońca. Miała na sobie czerwone sandałki, pożyczone od siostry, i białą sukienkę w haftowane purpurowe róże, która od tego dnia stała się dla Aleksandra talizmanem i która pozwoliła mu przetrwać nawet wtedy, gdy w nic już nie wierzył i stracił wszelką nadzieję. Ale to było później. Teraz, tego czerwcowego popołudnia 1941 roku, Aleksander stoi po przeciwnej stronie ulicy i nie może oderwać wzroku od niewinności obsypanej delikatnymi w dotyku, jasnymi włosami, przyklejającymi się do policzka, i od śmiesznych piegów, za którymi kiedyś będzie tak strasznie tęsknił i dla których tego dnia oszalał. Tania. Tatiana Mietanowa, drobna siedemnastolatka, która będzie w stanie udźwignąć na swoich drobnych ramionach tyle ludzkich boleści, o których w tej jednej chwili nie ma nawet pojęcia. Tego popołudnia Tatiana nie myśli o tym, że jej ukochane miasto może być dotknięte jakąkolwiek wojną. Cieszy się chwilą, smakiem ulubionych lodów i obecnością oficera, który wtargnął w jej życie tak gwałtownie, jak Niemcy do Związku Radzieckiego. Patrząc na nią, taką drobniutką, dziewczęcą i zatrzymaną w zachwycie nad tym dniem, który jeszcze nie przeminął; Aleksander nie miał pojęcia jak uparta i konsekwentna potrafi być dziewczyna, która rok później zostanie jego żoną i jak wielka może być siła jej miłości, która go ocali i to wielokrotnie. 
Jego żona. Tania, o którą musiał walczyć i miłość do której musiał ukrywać przed całym światem, bo tego od niego zażądała. Tatiana, która pomogła Aleksandrowi narodzić się na nowo i dzięki której stał się człowiekiem, którego zaczął szanować. Lwica w skórze owieczki, która przez całe ich wspólne życie nie przestała Aleksandra zadziwiać ani zaskakiwać. Uparta i stanowcza. Oddana i gotowa poświęcić samą siebie dla miłości, jaka zdarza się tylko raz i która tkwi tak głęboko, że bez niej nic już nie ma sensu; nawet wygodne życie w Ameryce, z bolesną świadomością, że bez niego nie potrafi tam oddychać. Dziewczyna , która postanowiła ocalić Aleksandra przed nim samym i przed lękami, które ze sobą przywiózł. 
- Moja żona - Aleksander uśmiecha się, myśląc o Tani. - Moja mała, wielka żona, która za nas dwoje uwierzyła w to, że nam się uda i że rany, jakie zostały w nas po koszmarze wojny zabliźnią się tak, jak te na moim ciele. Zostanie ślad, ale odejdzie ból, bo życie toczy się dalej, a świat w którym dorasta nasz syn nie ma nic wspólnego z tym, który zostawiliśmy za sobą w kraju, który nas tak pokaleczył. Pod Uralem. Jak to się dzieje, Taniu, że kiedy ty szukasz pociechy u mnie, to ja znajduję ukojenie w tobie? Tamtej chwili w Leningradzie, na opustoszałej ulicy zaczęło się dla mnie nowe życie. Przy tobie. Z tobą. Dla ciebie. 
- Mężu mój - Tatiana musi wysoko podnieść głowę, aby spojrzeć w ciemne oczy mężczyzny, który stał się jej początkiem i końcem. Aleksander jest dużo wyższy od niej. Jego silne ramiona zgniatają Tanię w uścisku, a dłonie nieustannie szukają jej bliskości. Aleksander boi się, że może ją stracić; tak jak kiedyś, gdy on umarł dla niej i rozdzieliły ich kontynenty. Ale Tania jest wymarzoną żoną dla żołnierza. Potrafi czekać. Jest cierpliwa, uparta i wierzy. Pomimo absurdu testamentu zostawionego jej przez Aleksandra i wszelkich dowodów na to, że on nie żyje, włącznie ze świadectwem zgonu; ona uwierzyła w jedno słowo szepnięte jej na pożegnanie przez jej żołnierza: Orbelli. Pamiętaj, Tatiasza, Orbelli. To słowo stało się dla Tatiany mostem, po którym wróciła z bezpiecznej Ameryki do opętanych wojną Niemiec, aby tam odszukać swojego męża. Swoją Miłość, w którą uwierzyła. 
Aleksander
Jego krótko ostrzyżone, czarne włosy, szczupłe ciało i wyprostowana sylwetka od razu nasuwają skojarzenie, że był żołnierzem i tak naprawdę nigdy nie przestał nim być. Walczył nawet długo po tym, jak skończyła się wojna. Staczał bitwy z sobą samym, próbując przetrwać w kraju, w którym się urodził, a w którym tak naprawdę po latach nie potrafił się odnaleźć. Walczył z ludzkimi uprzedzeniami i pochopnym ocenianiem człowieka. Walczył z Tatianą czując, że ją zawiódł, i z własnymi słabościami, których nie potrafił pokonać. Walczył o życie - zwyczajne, codzienne. Godne, bo przecież ono należy się każdemu człowiekowi. 
Oszalał dla Tatiany od dnia, w którym ją zobaczył. Dzięki niej dostrzegł w sobie coś, o czym już dawno zapomniał - że jest człowiekiem, który czuje i który potrafi zachować się honorowo do samego końca. Zrozumiał, że on też ma prawo do miłości, tak jak każdy człowiek, i że będzie walczył o Tatianę bez względu na to, jak bardzo go będzie odpychała. Gdyby nie Dasza, ich życie byłoby o wiele prostsze. Gdyby nie Dmitrij, wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale czy wtedy wartość ich miłości byłaby tak ogromna i czy Tatiana nie stałaby się dla Aleksandra kolejną przygodą w poszukiwaniu samego siebie?
Aleksander to twardy zawodnik. Nieprzewidywalny nawet dla samego siebie. Dawno temu był Amerykaninem; dumnym ze swojego kraju, beztroskim nastolatkiem. Miał najlepszych przyjaciół i jak Amerykanin sądził, że będą z nim do końca życia. Dawno temu miał ojca, zagorzałego komunistę, który uwierzył w idee obiecujące równość dla każdego. Miał też matkę, której śmiejącą się twarz o dużych oczach, zawsze starannie umalowaną, długo po jej odejściu oglądał we wspomnieniach. Ale to było dawno temu. W innym życiu, którego Aleksander już nie pamiętał. Pamiętał tylko swoją walkę o przetrwanie w zimnym kraju, w którym godność człowieka nie znaczyła zupełnie nic. W kraju, w którym każda wartość była zbeszczeszczona i podeptana. Kraju, który wyrzekł się Boga i Jego miłości. Nie sądził, że coś dobrego może go w tym kraju spotkać, a jednak poznał ją. Tatiana wyrwała go ze szponów czterech jeźdźców, którzy zjawili się po niego i na palcach rąk ukrytych w czarnych rękawicach liczyli jego dobre i złe uczynki. Tatiana, która na jeden moment w wieczności zatrzymała go w Łazariewie i ofiarowała coś, czego nie spodziewał się nigdy zaznać w swoim radzieckim życiu. Tatiana, jego żona. Kobieta, która do końca przy nim została i przez całe ich wspólne życie starała się, aby odnaleźli w sobie Łazariewo. 
"Aleksandrze, powiedz mi, od jak dawna kochasz moją siostrę?" - pytała Dasza, umierająca na gruźlicę, wtulona w ramiona Tani, którą to przecież ona miała się opiekować. Co mógł jej odpowiedzieć? Prawdę? Prawda była dla Daszy okrutna, ale dla Aleksandra był wszystkim co mu jeszcze pozostało w tym świecie pełnym okrucieństwa i w pozbawionym sensu kraju. Przed Tanią nie było nic. Po Tani zaczęło się wszystko. Zaczęło się Życie. 
"Idziemy przez świat samotnie, ale jeśli mamy szczęście, to przez jedną chwilę należymy do kogoś i ta jedna chwila pozwala nam przetrwać całe wypełnione samotnością życie." Paullina Simons "Tatiana i Aleksander"

Fot. Marcin Oleksa

Historia Tatiany i Aleksandra zamknięta jest w trzytomowej sadze Paulliny Simons: "Jeździec Miedziany", "Tatiana i Aleksander" oraz "Ogród Letni" wydanej przez Wydawnictwo Świat Książki. Może i nie jest to górnolotna literatura, ale wciąga i trudno mi się było oderwać od lektury. Polubiłam Tatianę i z zainteresowaniem śledziłam jej losy, od Leningradu, przez Ługę, Ładogę, Morozowo, wyspę Ellis, Sachsenhausen aż do Arizony, gdzie na pustyni Sonora odnalazła swój dom. Przy Aleksandrze. 
Monika A. Oleksa 

Chciałabym bardzo podziękować Pani Krystynie i Pani Agnieszce za to, że wzięły udział w licytacji Wielkiej Orkiestry, dzięki której wspólnie mogliśmy zrobić coś dobrego dla Fundacji Jurka Owsiaka. Pani Alicji dziękuję za to, że nadal chce licytować:) Cieszę się, że moje książki trafiają w dobre ręce szlachetnych serc :) Pozdrawiam serdecznie:) 
"Miłość w kasztanie zaklęta" z imienną dedykacją od autorki i moim autografem wykonanym piórem, które tę książkę napisało :) wystawiona jest na licytacji WOŚP jeszcze do niedzieli.
Monika A. Oleksa      

Fot. Marcin Oleksa
      

sobota, 11 stycznia 2014

Listy miłosne i nie tylko :)

Fot. Marcin Oleksa


No, lubię sobie tak od czasu do czasu porządzić! Poczuć się w końcu jak u siebie w domu, poodpoczywać na fotelu, z którego nikt mnie nie zgania; powylegiwać się na sofie bez obawy, że zostawię na niej swoją sierść i poprzeglądać szafki w poszukiwaniu poukrywanych tam skarbów. No, lubię to! Jestem stworzona do takiego życia! Cały dom dla mnie! Nie ma żadnych komend, ani zakazów; wszystko stoi przede mną otworem, nikt nie krzyczy: "Mattie! Fe!", totalny luz i samowolka:) I tylko... smutno i pusto, pomimo gadającego radia. Nikt mnie nie pogłaszcze, ani nie przytuli; nikt nie potarmosi i nikt ze mną nie porozmawia. A pies jest przecież zwierzęciem stadnym i bez tego stada żyć jakoś ciężko... nawet jeśli to tylko chwila. 
Zazwyczaj ta chwila dłuży się niemiłosiernie! Wypełniam sobie ten czas tak jak lubię najbardziej. Czasami pogrzebię w śmietniku, z czego nikt oprócz mnie nie jest zadowolony. Za ten śmietnik dostaje mi się najbardziej i najgłośniej, ale... jejku! jakie oni tam skarby trzymają! Co to za pomysł, aby wrzucać tam rybie ości, albo kruche kosteczki kurczaka?! Kawałek niedojedzonego kotleta. No, nie rozumiem! Że jest za bardzo przyprawiony? Ale mnie przyprawy nie przeszkadzają. Absolutnie nie, a mięso to mięso. Nic nie poradzę na to, że nie jestem wegetarianką. Potrzebę żywienia mięsem mam z natury:) 

Gdybym tylko rozpracowała, jak się otwiera lodówkę...

Zaraz po wybebeszeniu śmietnika i po polowaniu na poukrywane słodycze, jest okno. Uwielbiam okna! Mogę gapić się w nie godzinami i obserwować świat, który jest tak blisko, a jednak poza moim zasięgiem :( Tyle się tam dzieje, że aż trudno się oderwać. Świat wciąż mnie zaskakuje i lubię go poznawać dotykiem nosa. 
Ten mój nos... wie wszystko. Dokładnie wyczuwa, którędy przechodził pies i czy zostawił dla mnie jakąś wiadomość; bezbłędnie rozpoznaje, co pan przyniósł w siatkach ze sklepu i odkryje najmniejszą skórkę z szynki, którą Miłosz zgubił w drodze do kuchni. Mój nos odnajdzie niedojedzone kanapki w plecakach Michała i Miłosza; i cukierki, które pani nosi w swojej ogromnej teczce. Ciekawe po co? Lubię tę zabawę w szukanie skarbów. Moje "stado" chowa w przeróżnych miejscach pyszności, a moim zadaniem jest je wywąchać i wygrzebać :) Zawsze robię to bezbłędnie! Co jak co, ale węch mam bardzo dobry. 
Najbardziej jednak ze wszystkiego lubię wąchać zebrane w kupkę liście, które zalegają na osiedlowych trawnikach i odczytywać wiadomości zostawione przez moich czworonożnych braci. Normalnie - jedna kupka, to jak cała książka! Psia poczta, z której można dowiedzieć się wszystkiego. Kto się ostatnio zakochał i w kim; kto miał gorszy dzień; kto dostał nową karmę i kto jest takim szczęściarzem, że je z pańskiego stołu. Bez względu na pogodę, poczta musi być przeczytana i należy na nią odpowiedzieć, wybierając właściwe miejsce, co wcale nie jest takie proste jak się ludziom wydaje. Irytuje mnie totalny brak zrozumienia ze strony mojej pani, która przytupuje niecierpliwie i mówi do mnie: "No, zrób coś wreszcie! Nie mamy czasu tak spacerować i wąchać każde drzewko i krzaczek!" Przepraszam bardzo, jak to nie mamy? Ja tam mam czas, nawet bardzo dużo czasu i za każdym razem próbuję obrażonym spojrzeniem dać pani do zrozumienia, że na niczym się nie zna, a miejsce na potrzeby musi być specjalnie do tego przygotowane i nie da się tak po prostu tutaj i na zawołanie! Ludzie. Niby tacy inteligentni, do szkół chodzą, a prostych rzeczy nie są w stanie zrozumieć. A wystarczy tylko przestać się tak spieszyć i poobserwować... 
Ja lubię obserwować. Obserwuję i zapamiętuję. Pamiętam o tym, że łóżko służy do tego, aby się w nim wyciągnąć; najlepiej tak jak parówka, i przytulić do pani. Na stole są najlepsze rzeczy; trzeba się tam jedynie dostać (najlepiej stając na dwóch łapach!) - o tym też pamiętam. Natrętność się opłaca, bo wcześniej czy później dadzą ci coś z ręki w roztargnieniu, albo w końcu zaczną cię głaskać dla świętego spokoju. Nie należy tylko odpuszczać:) "Słodkie oczka" zawsze działają! Mięknie każde serce, nawet pana! 
Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli choć raz podrapiesz psa, będziesz miał stałe zajęcie do końca życia. Coś w tym jest :)
W imieniu Mattie - Monika A. Oleksa 

Nie potrzebuję wiele - tylko mnie kochaj...
  

Fajnie mieć rodzinę :)
  

czwartek, 9 stycznia 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc.6

Fot. Marcin Oleksa


Jadzia miała łzy w oczach. Mały Franuś, którym się opiekowała; dotąd złoty chłopczyk, bardzo grzeczny i spokojny; dziś przechodził samego siebie stając się rozdartym i zapłakanym trzylatkiem, z ustami i piąstkami zaciśniętymi jak mały buntownik. Odmawiał jedzenia, odmawiał zabawy, nic nie przyciągało jego uwagi na dłużej niż pięć minut; był marudny i Jadzia nie miała bladego pojęcia jak go uspokoić. Jedyne na co miała ochotę to usiąść i się rozpłakać. Nie zrobiła tego jednak; doszła do wniosku, że mądrzejszą rzeczą będzie zadzwonić do Helenki, która odchowała trójkę dzieci i kilkoro wnuków, i miała w tym znacznie więcej doświadczenia od Jadzi. Prawdę mówiąc, Jadzia nie miała tego doświadczenia wcale. 
- Słuchaj, może go coś rozbiera? - Helenka nigdy nie traciła zdrowego rozsądku. - Teraz bardzo dużo ludzi choruje, sprawdź czy nie ma ciepłej głowy.
Jadzia przyłożyła dłoń do Frankowego czoła, co bardzo nie spodobało się małemu, który ze złością odtrącił jej rękę. 
- No, gorące to ono nie jest. Może trochę ciepłe, ale jakbyś tyle płakała, też byś miała ciepłą głowę. 
- A może go brzuszek boli? Mówiłaś, że nie chce nic jeść. 
- No, nie chce. Franeczku, boli cię brzuszek? Zrobić ci herbatki?
Odpowiedzią był kolejny wrzask chłopca, który bardzo wyraźnie usłyszała nawet Helenka. 
- Nie jest dobrze, Jadziu. Coś mu najwyraźniej dolega i nie można tego zlekceważyć. Zadzwoń do rodziców. - Helenka była najwyraźniej zaniepokojona. 
- Nie mogę - jęknęła Jadzia. - Zachowam się nieprofesjonalnie i wyjdzie na to, że sobie nie radzę. 
- Jak sobie chcesz, Jadwigo - obruszyła się Helenka zła na siebie samą za to, że nie potrafi pomóc przyjaciółce. - Ale sprawdzaj, czy nie ma gorączki i nie ignoruj żadnych niepokojących objawów, bo tu już nie chodzi o twój honor, ale o zdrowie tego dzieciaka. 
Jadzia rozłączyła się z bezradnym westchnieniem i paniką w oczach. Telefon do Heleny zupełnie jej nie uspokoił; co więcej, jeszcze bardziej zdenerwował i wzmógł obawy oraz uświadomił bezsilność Jadwigi. Patrząc na Franka pomyślała, że chłopiec wygląda jak jeden wielki objaw, nie potrafiła tylko zdiagnozować dolegliwości. 
Kiedy usłyszała chrobot klucza w zamku sama nie wiedziała, czy bardziej się przestraszyła, czy odczuła ulgę. Widok nieznajomego, starszego mężczyzny nieco Jadzię speszył, jednak gdy Franek podbiegł do niego z wyciągniętymi rączkami, dość zdrowo jak na chorego wołając: "Dziadzio!"; Jadwiga odetchnęła i zdążyła nawet poprawić zmierzwione włosy, zanim mężczyzna wszedł do pokoju i stanął przed nią. 
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie, uśmiechając przyjaźnie.
Jadzia pomyślała, że ma bardzo miły głos. Niepewnie skinęła głową i cichutko odpowiedziała: 
- Dzień dobry. 
- Najmocniej przepraszam, że panią nachodzę, ale pomyślałem sobie, że może mieć pani dzisiaj z Frankiem kłopot, więc postanowiłem wpaść i sprawdzić. Pani pozwoli, że się przedstawię, Franciszek Skalski, dziadek tego oto kawalera - wskazał na chłopca, na którego buzi właśnie obsychała ostatnia łza. 
- Z nieba mi pan spadł- drżącym głosem powiedziała Jadzia. - Jadwiga Wilczopolska - podała rękę, nad którą pan Skalski skłonił się i którą pocałował, wprawiając tym Jadzię w lekkie zażenowanie. 
- Z nieba to może nie, raczej z Czechowa - odpowiedział Franciszek, wymieniając jedno z lubelskich osiedli, leżące na drugim końcu miasta. 
- Franuś dzisiaj od rana niespokojny, coraz to popłakuje i nic jeść nie chce. Martwię się, bo to zupełnie nie ten chłopczyk, którego zdążyłam już poznać - poskarżyła się Jadwiga, szukając w oczach Frankowego dziadka pomocy. 
Te oczy, niebieskie z wesołymi iskierkami, patrzyły na Jadwigę z nieukrywanym zainteresowaniem, a ona sama zaczynała żałować, że nie włożyła dziś tej samej sukienki, którą miała na sobie na ostatnim czwartkowym obiedzie. 
- Zaraz pani coś pokażę - dziadek Franka spojrzał na wnuczka z uśmiechem i sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Franuś, wyczarujemy coś? 
Jadzia patrzyła zadziwiona jak buzia chłopca rozświetla się w szerokim uśmiechu, a rączki wyciągają w stronę dziadka.
- Wycaruj cekoladę! - zatańczył Franuś, wspinając się na paluszki i próbując zajrzeć pod dziadkową marynarkę. 
Franciszek Skalski przez chwilę siłował się z czymś, a potem wyciągnął z kieszeni banana, który dopiero nabierał swojej żółtej barwy. 
Mały Franuś wyglądał na bardzo zawiedzionego. 
- Nie chce banana. Chce cekoladę!
- Kolego, dobrze wiesz, że moja zaczarowana kieszeń wyczarowuje różne rzeczy. Tym razem wyczarowała banana, a następnym razem może wyczaruje czekoladę. Ale znasz zasadę, czary nie działają, jeśli nie zjesz tego, co wyjąłem z kieszeni. 
Franuś pokiwał z powagą głową, wziął od dziadka banana i podał go Jadzi, sugerując, że powinna mu obrać owoc. Jadzia zrobiła to z radością, zajmując czymś ręce i oczy, które nie mogły się oderwać od Franciszka Skalskiego. Ten mężczyzna zaczynał Jadwigę coraz bardziej ciekawić. 
Kiedy Franuś zajął się bananem, siedząc przy stole w salonie i bawiąc się samochodzikiem, o który Jadwiga potknęła się dzisiaj już dwukrotnie, a którego Franuś nie pozwolił odłożyć do dużej skrzyni z zabawkami; Franciszek Skalski podszedł do niej i uśmiechnął się serdecznie. 
- Jak już mówiłem, pomyślałem sobie, że może mieć dziś pani z nim kłopot. Przyzwyczaił się do rodziców przez ten świąteczny czas i nawet ja miałem z nim wczoraj krzyż pański. Marudził i domagał się wyłącznie słodyczy; tak go te moje dzieci rozpuściły, a ściślej mówiąc - moja córka i zięć. Widzi pani, bardzo długo na niego czekali, a teraz nieba mu uchylają i rozpuszczają do granic możliwości. A ja tłumaczę, że tak nie można, bo to dzieciakowi na dobre nie wyjdzie. 
Jadzia spojrzała na obcego mężczyznę z wdzięcznością i odetchnęła czując, jak całe napięcie dzisiejszego dnia powoli z niej uchodzi. 
- A nie mógłby pan wyczarować z tej kieszeni tego? - spytała konspiracyjnym szeptem, wskazując na serek Danio. - Bo zakładam, że zupy pomidorowej nie da pan rady. 
Franciszek uśmiechnął się i puścił oko do Jadwigi.
- Na zupę pomidorową też znajdziemy sposób - wyszeptał tajemniczo, stając tak blisko, że Jadwiga poczuła zapach jego wody po goleniu. Ładnie pachniał, a ten zapach nasuwał tak miłe skojarzenia, że Jadzia zarumieniła się jak młoda dziewczyna, a Franciszek pomyślał sobie, że bardzo mu się podoba ta babeczka, która ujęła nawet jego córkę, którą trudno było zadowolić, i postanowił, że od czasu do czasu "powpada" do Franka między dyżurami, które dzielił razem z Jadwigą, tylko po to, aby po prostu na nią popatrzeć.  cdn... 
Monika A. Oleksa 

 
  
Fot. Marcin Oleksa