czwartek, 27 lutego 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc.13

Fot. Marcin Oleksa


- Pić! - Jadzia opadła zdyszana na krzesło, jedną ręką wachlując przed twarzą, a drugą wyciągając w stronę szklanki z wodą. Siedząca naprzeciwko niej Bogusia od razu podsunęła jej kieliszek wypełniony przezroczystym płynem. 
- Co ty mi tu dajesz? - spytała Jadzia, patrząc z naganą na uśmiechającą się do niej Bogusię. 
- Chciałaś przecież pić.
- Wody mi się chce! Wody, ale nie ognistej. - Jadzia zignorowała uśmiech Bogusi i jednym duszkiem opróżniła szklankę. 
- A pani Jadwiga to tak pląsa na parkiecie, że nadążyć za nią nie można - równie zasapany, potężnie zbudowany i niezwykle elegancki mężczyzna z czerwoną różą wsuniętą w butonierkę, opadł bez tchu na krzesło obok Jadwigi. 
- Ależ co pan Jan opowiada, przecież dotrzymywał mi pan kroku nawet przy "Walentynie" - odpowiedziała Jadzia, powoli odzyskując równy oddech. 
Jan nie odpowiedział tylko uśmiechnął się szeroko spod wąsa i brody zakrywającej pół jego twarzy, i sięgnął po stojącą przy krześle, dużą walizkę w kolorze srebrnym. Odkąd tylko się pojawił Jadwiga zachodziła w głowę co on tam ma i dlaczego wkroczył na bal karnawałowy w towarzystwie tej właśnie walizki, z której nawet podczas tańca nie spuszczał  oczu. 
Jan Wesołkowski był przyjacielem Bogusinego Stanisława i został zaproszony do przyłączenia się do ich towarzystwa, aby uzupełnić męskie braki. Był bardzo sympatycznym, lecz nieco zdziwaczałym starszym panem. Kobiety go krępowały i nie potrafił z nimi rozmawiać dopóki nie "zmiękczył" się dwoma kieliszkami polskiego alkoholu, który dodał mu animuszu i sił witalnych. Po godzinie spędzonej w towarzystwie Jadwigi miał już nawet na tyle odwagi, aby przytulić ją do siebie delikatnie w tańcu i krokiem walca poprowadzić po parkiecie. 
- Skąd Lala ma tyle siły? - spytała Jadzia, patrząc na parkiet, skąd przed chwilą zeszła, i na którym Eulalia tańczyła solo tuż obok Nataszy. 
- Nie zapominaj, że Lalka całe życie tańczyła. Taniec to jej pasja, a na parkiecie czuje się równie dobrze jak na scenie. 
Jadwiga pokiwała głową i przeniosła wzrok na Helenę, przytuloną w tańcu do swojego Henryka. Pomimo upływu lat wciąż byli ładną parą. Żyli w symbiozie, rozumiejąc się bez słów i uzupełniając jedno drugiego. Jadzia niejednokrotnie zastanawiała się, czy z nią i z Władkiem byłoby podobnie? Czy gdyby przeżyli ze sobą tyle lat co Helena z Henrykiem, nie przytłoczyłaby ich codzienność i nie przybiły obowiązki, z którymi w rodzinie trzeba się nieustannie siłować? Czy po tylu latach razem, znając wszystkie swoje słabości, nadal patrzyliby na siebie z uczuciem, którego nie trzeba było wypowiadać, tak jak to robiła Helena zerkająca na Henryka? Jadzia bardzo chciała wierzyć w to, że tak właśnie by było, bo przecież jej uczucie do Władka było wyjątkowe.
-  Pani Jadwiga tak się zamyśliła, a ja chciałem czekoladą obdarować, tak zamiast kwiatka - kątem oka Jadzia dostrzegła, jak Jan otwiera swoją walizkę i wyciąga z niej dużą czekoladę z czerwoną różą na opakowaniu, dokładnie taką samą jaką miał w butonierce. Położył ją przed Jadzią, patrząc na nią rozanielonym wzrokiem. 
Jadzia zarumieniła się i podziękowała nieśmiałym uśmiechem i skinieniem głową. 
Bogusia nie mogła skupić się na rozmowie ze Stanisławem. Raz po raz zerkała na zegarek i na drzwi wejściowe. Dwa miejsca przy ich stoliku były jeszcze wolne. Jedno miał zająć kolejny przyjaciel Stanisława, który ze względu na obowiązki zawodowe (prowadził swoją firmę i ani w głowie mu była emerytura) uprzedził, że może się spóźnić. Drugie przeznaczone było dla niespodzianki, którą przygotowała Bogusia. Sporo nerwów ją to kosztowało i do tego musiała poprosić Martę o współudział, bo jej samej niezręcznie było grzebać w torebce Eulalii w poszukiwaniu zawieruszonej gdzieś tam wizytówki Adama Strojewskiego. Po kilku nieudanych próbach, spowodowanych czujnością Eulalii i jej nieprawdopodobnym bałaganem w torebce, udało się uzyskać numer telefonu, potrzebnego Bogusi do spięcia całej intrygi i doprowadzenia do finału, którego oczekiwała. Ale finał, pomimo zapewnień, że przybędzie, zwlekał z pojawieniem się, a Eulalia dostała głupawki przy boku Nataszy, zachowując się zupełnie jak jej własna wnuczka, a nie jak na elegancką damę w towarzystwie przystało. Jeśli Adam Strojewski wkroczyłby teraz na salę, zobaczyłby zupełnie inne oblicze wielbionej Eulalii - zziajanej, zaczerwienionej, próbującej przekrzyczeć zespół i do tego z długą spódnicą zadartą dużo powyżej kolan. Fakt, nogi Lala miała wciąż rewelacyjne, ale w pewnym wieku pewne rzeczy nie przystoją!
- A Bogusia to jakaś markotna dzisiaj. Może ananasa? - Jan spojrzał na przyjaciółkę kolegi z troską i wskazał na puszkę ananasów, którą wydobył właśnie ze swojej przepastnej walizeczki. Jadzia była nią coraz bardziej zafascynowana i spekulowała, co jeszcze Jan w niej ma i ile rzeczy jest w stanie się tam zmieścić? 
- Będzie, będzie zabawa! Będzie się działo; i znowu nocy będzie mało! Będzie głośno! Będzie radośnie! Znów przetańczymy razem całą noc!
Eulalia darła się tak głośno, że Bogusia słyszała ją nawet siedząc przy stole. 
- Ona zupełnie oszalała! - Bogusia wskazała Jadwidze roztańczoną i rozśpiewaną Eulalię. - Obie z Nataszą zachowują się skandalicznie. Lepiej się do nich nie przyznawać. 
- Bogusiu, a co nam zostało? Przecież nie będzie siedzieć za stołem i szydełkować. - Jadzia broniła przyjaciółki, patrząc na nią z pewną zazdrością.
- Ona nawet nie umie szydełkować - odburknęła Bogusia. Żałowała, że nie umiała dać się ponieść emocjom tak, jak Eulalia. Stanisław nie był dobrym tancerzem, zresztą miał problemy z kręgosłupem, więc zdecydowanie bardziej wolał ożywioną rozmowę, którą prowadził z Janem; śledzika i mocny alkohol w umiarze. Nogi Bogusi przytupywały pod stołem w rytm skocznej muzyki, ale trzeźwy rozsądek rozkazywał jej trwać przy Stanisławie. Jedyną atrakcją było obserwowanie roztańczonej sali i wypatrywanie Adama Strojewskiego. 
- A może pani Jadwiga ma ochotę na winogrona? - Bogusia usłyszała głos Jana i ze zdumieniem zauważyła jak Jan wyjął ze swojej przepastnej walizeczki elegancki talerzyk i winogrona, na których jeszcze odpoczywały sobie kropelki wody. Widok Jana dogadzającego Jadzi frykasami, które naznosił w walizce był tak frapujący, że Bogusia straciła czujność i odwróciła wzrok od sali. Słyszała zmianę muzyki na spokojniejszą i rozpoznała nawet jedną ze swoich ulubionych piosenek Anny Jantar "Przetańczyć z tobą chcę całą noc", ale nie zauważyła, jak od jednej z okrągłych kolumn ozdabiających salę odrywa się mężczyzna, który stał tam niewidoczny już od dłuższego czasu i podchodzi wolno do Eulalii, która na jego widok staje bezradnie jak mała zagubiona dziewczynka, a  potem bez słowa  wchodzi prosto w wyciągnięte w jej stronę ramiona i daje się poprowadzić melodii i Adamowi Strojewskiemu, którego zielone oczy znów nie mogą się od niej oderwać.  cdn...
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Oleksa
      

wtorek, 25 lutego 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Jazzowe opowieści

Fot. Marcin Oleksa


Kiedy na jednej scenie pojawia się trzech tak znakomitych muzyków jak Krzysztof Herdzin, Cezary Konrad i Robert Kubiszyn, jeszcze zanim odezwie się pierwszy z instrumentów wiadomo już, że będzie się działo. Jeśli do tego koncert odbywa się w takim miejscu jak Teatr Stary w Lublinie; z niesamowitą akustyką, kameralną atmosferą i wystrojem wnętrza zupełnie jak z lat dwudziestych ubiegłego wieku; to naprawdę można się zasłuchać, bo wszystko wokół temu sprzyja. W takim miejscu odbiór dobrej energii płynącej od artystów, dla których muzyka jest prawdziwą pasją, jest wyjątkowy; a sam koncert jest w stanie tak naładować, że słuchacz wychodzi w zimną noc rozgrzany i rozbudzony lepiej niż po herbacie z imbirem czy potężnej dawce czarnej kawy. 
Krzysztof Herdzin Trio... , z koncertem zapisanym na płycie "Capacity", to wielka uczta dla konesera dobrej muzyki jazzowej, doprawiona niepowtarzalną osobowością każdego z trzech występujących obok siebie muzyków. 
"Jazzowy omnibus"; pianista, kompozytor, aranżer i band leader. Człowiek orkiestra, którego nazwisko pojawia się na każdej dobrej płycie polskich wykonawców. Krzysztof Herdzin. Otwarty, wielki, a jednocześnie skromny; człowiek, który robi tyle rzeczy naraz, nie sprzedając siebie i swojego talentu, tylko podążając za głosem swojego serca. Wyczuwa dźwięki, które układają się w jego głowie w opowieść, jakiej słucha się z zapartym tchem, czekając na finał. Krzysztof Herdzin interpretuje świat dźwiękami. Opowiada nutami historie zebrane z życia; zamyka je w czarno-białych klawiszach fortepianu i bawi się nimi, wprawiając słuchaczy w zadziwienie, euforię, podniecenie i oczekiwanie, zostawiając przy tym ogromny niedosyt, gdy wybrzmi ostatnia nuta utworu. Krzysztof Herdzin nie potrzebuje słów, aby przekazać to, co zagrało mu w duszy. Wystarczy mu muzyka, w którą wchodzi; zatapia się cały i obdarowuje nią każdego, kto się w niej zasłucha. "Capacity" to płyta składająca się jedynie z sześciu utworów, ale zapisanych w 53 minutach dźwiękowej uczty, od której nie sposób odejść przed końcem ostatniego z nich. Sześć utworów, w których jest wszystko - emocje, głęboko wpisane w życie każdego człowieka; poszukiwanie, towarzyszące nieustannie każdemu z nas; radość z przeżywanych chwil zamkniętych w tu i teraz; groza i mrok ludzkiej duszy, opisana w dźwiękowej interpretacji bajki Sleeping Beauty (Śpiąca Królewna), której słucha się z niespokojnie bijącym sercem i oczekiwaniem na to, jak zakończy się ta historia, w której widać wszystko. Bez słów i obrazów. Sama muzyka i nasza wyobraźnia, która wyświetla w naszej głowie film, a my podążamy za bohaterami i widzimy wszystko. Jak w kinie. Magia. Magia dźwięku i muzyków, którzy bardzo subtelnie tymi dźwiękami się bawią, pokazując jednak pazura, po który po prostu brakuje słów. "Timebreakaparter"; utwór, który łamie wszelkie standardy, wykracza spoza ram i nie daje się nazwać, ale przy którym ja osobiście odpadłam. Siłę tego utworu odda jedynie koncert, w czasie którego jesteśmy świadkami zabawy między muzykami, w której uczestniczymy. Pourywane dźwięki, wydawałoby się początkowo, że bez ładu i składu, a jednak układające się w tak potężną dawkę energii, że wbija w fotel i zapiera dech. 

Fot. Marcin Oleksa

Cezary Konrad potrafi uczynić takie cuda ze swoją (prześliczną!) perkusją, emanując przy tym spokojem i opanowaniem, że słuchacz długo nie może się po takim występie otrząsnąć. Mnie nie udało się to do dziś:) Cezary Konrad i jego perkusja oraz to, co potrafi na niej zagrać, to wirtuozeria na talerze i pałki. Lekceważony dotychczas przeze mnie instrument, kojarzony głównie z metalowymi "zwierzakami", w rękach Czarka Konrada całkowicie zmienił swój charakter, nie tracąc jednak nic ze swojego "pazura". Odpadłam, przepadłam. Dałam się zaczarować i trwam w tym stanie, a samo spojrzenie na okładkę płyty powoduje u mnie przyspieszone bicie serca. Pisząc o Czarku Konradzie, nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć, że całkiem niedawno, zaledwie parę tygodni temu otrzymał nagrodę GRAMMY! za płytę "Night in Calisia" Włodka Pawlika, w nagraniu której brał udział; jest to pierwszy jazzowy zespół z Polski uhonorowany tą nagrodą!
Jazzowe Trio Krzysztofa Herdzina to również basowe dźwięki i rewelacyjne solówki gitary basowej Roberta Kubiszyna, z którego talentem zdążyłam się już "zaprzyjaźnić" słuchając Anny Marii Jopek. Niezwykle skromny człowiek, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy i ogromną wrażliwością zadziwia delikatnością, z jaką dotyka swojej gitary czy kontrabasu i siłą czystego dźwięku, jaki potrafi z tych instrumentów wydobyć. Robert Kubiszyn - kompozytor, aranżer, multiinstrumentalista, również producent projektów, w których tradycyjny kontrabas zastępuje właśnie gitarą basową, eksperymentując z jazzem, który w tej wersji fusion brzmi inaczej niż zwyczajny, mainstreamowy jazz; ciekawie i zaskakująco. Robert Kubiszyn występuje m. in. u boku takich artystów jak Anna Maria Jopek, Grzegorz Turnau, Marek Napiórkowski czy Henryk Miśkiewicz, a ja za każdym razem odkrywam coraz większą przyjemność w poznawaniu nowych oblicz Roberta Kubiszyna. 

Fot. Marcin Oleksa

Jazzowe trio Krzysztofa Herdzina i płyta "Capacity" sprawiły, że uzależniłam się od muzyki jazzowej, która weszła we mnie głęboko i krąży mi w żyłach, a moje serce przyspiesza i wystukuje jazzowe dźwięki. Moja miłość do tej muzyki jest tak wielka, że jeżdżę Hondą Jazz słuchając w niej jazzu:) Zamykam oczy i widzę niesamowitą energię i spokój muzyków, którzy tak świetnie bawią się na scenie że słuchacz daje się wciągnąć w tę grę pełną lekkości, radości i pasji. Pomimo świadomości, że to koncert, który zapełnił całą widownię w Teatrze Starym, ja mam wrażenie, że jestem w amerykańskim klubie, a ci niesamowici muzycy siedzą sobie przy swoich instrumentach i eksperymentują z dźwiękami, bez napięcia, że coś pójdzie nie tak; że ktoś ich źle oceni; bez tremy; bo to co robią sprawia im ogromną przyjemność i wkładają w to całe swoje serce, a doprawiają pasją. 
Trzej wielcy muzycy i trzy nazwiska, które warto zapamiętać - Krzysztof Herdzin, Robert Kubiszyn i Cezary Konrad, których z przyjemnością wysłuchała
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
    
     Teatr Stary w Lublinie; miejsce, które warto odwiedzić... KLIK


TEATR STARY W LUBLINIE




Magiczne miejsce na Starym Mieście
 

niedziela, 23 lutego 2014

Bogactwo

Fot. Marcin Oleksa


Do mojej kuchni zagląda gawron. Siedzi na nagim konarze rosnącego przed moim oknem drzewa napuszony, z dumnie uniesionym łebkiem. Jego czarne, małe oczka zdają się patrzeć prosto na mnie z oczekiwaniem, czy wyjdę i go nakarmię? Karmi go mój mąż, który codziennie rano wyprowadza psa i wynosi ptakom ich codzienną porcję, na którą czekają. Dziękują nam za to swoją obecnością i głośnym "kra, kra", które odbieramy jako dobre słowo:) 
Czarne gawrony, szare kawki i lśniące pięknymi, biało-czarnymi piórkami sroki, ozdabiają nam ogołocone z liści drzewo, które dzięki tym skrzydlatym mieszkańcom żyje i czuje się potrzebne. Nie jest szarym kikutem nagich gałęzi, ale ma w sobie ogromne bogactwo życia i obietnicę, którą już pachnie spulchniona deszczem ziemia. 
Bogactwo. Pierwsze skojarzenie, które nasuwa nam się z tym słowem to przepych; coś, co można zobaczyć, zauważyć; coś, co przyciąga wzrok i niejednokrotnie powoduje ukłucie zazdrości w sercu. Bogactwo, czyli mnogość. Rzeczy, przedmiotów, przeżyć. Czegoś, co dla większości z nas jest poza zasięgiem możliwości, jeśli spojrzymy na to jedynie z tej materialnej strony. A przecież na bogactwo naszego życia składa się tak wiele, i ono wcale nie musi oznaczać majętności i posiadania. 
Człowiek staje się bogaty nie przez to, co posiada; ale dzięki ludziom, których w swoim życiu spotyka i przy których potrafi się zatrzymać. Każdy człowiek ma w sobie tak ogromną różnorodność cech, zdolności, uczuć i emocji; że z łatwością może obdarować tym innych, czerpiąc jednocześnie z ich różnorodności i bogactwa. Jedni drugich wzajemnie ubogacamy, dając im to, co w nas najlepsze i bez obawy, że oddamy wszystko. Im więcej dajemy, tym więcej do nas wraca i to w tym całym bogactwie życiowych zdarzeń jest zupełnie niesamowite, zadziwiające, ale prawdziwe. Dar z samego siebie, który składamy drugiemu człowiekowi to największe bogactwo, jakie sami otrzymujemy. Pomimo tego, że nie mam wiele, zawsze jest coś, czym mogę się podzielić, ofiarować, podać na wyciągniętej dłoni lub przesłać wraz z ciepłem, które potrafię w sobie odnaleźć. I nawet jeśli mam świadomość, że człowiek przy którym się zatrzymałam nic mi w zamian nie ofiaruje, bo sam posiada niewiele; radość w jego oczach i wdzięczność za to, że ktoś potraktował go po ludzku pomimo życia jakie prowadzi i sytuacji w jakiej się znalazł ze swojej lub nie swojej winy; potrafi ścisnąć serce i sprawić, że świat choć trochę pojaśnieje dzięki drobnym gestom i okruchom miłości, które można odnaleźć w sercu. 
Bogactwo. Słów. Myśli. Gestów, splatanych ze sobą w czasie rozmowy, spotkania, chwili zatrzymania. Wnosimy wzajemnie w swoje życie tak wiele; wymieniamy się doświadczeniami, zdaniami, wiedzą; obdarowujemy przyjaźnią, miłością, zaufaniem; jesteśmy na tym świecie nie po to, aby zatrzymać wszystko dla siebie i na sobie tylko skupić uwagę, ale aby sprawić, by czyjeś życie ubogaciło się właśnie dzięki nam. Dzięki temu co jest we mnie. Żeby jednak dać coś z siebie komuś drugiemu, sam muszę się nieustannie ubogacać. Poszukiwać. Rozwijać w sobie to, co we mnie najlepsze; czym zostałem obdarowany, uzdolniony; w co zostałem wyposażony. Nieustannie odkrywać bogactwo we mnie i zaskakiwać samego siebie tym, jak mogę go pomnażać - dzieląc; jak zachować - oddając, i jak dostrzec - słuchając serca, w którym jest dość miejsca, aby gromadzić tam te wszystkie skarby, jakie dostaję każdego dnia poprzez ludzi i zdarzenia, które nieustannie ubogacają moje zwykłe - niezwykłe życie. Życie człowieka. 
Monika A. Oleksa  


Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 20 lutego 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc. 12

Fot. Marcin Oleksa


Eulalia weszła do mieszkania i zastała Martę stojącą bezradnie na środku kuchni i wpatrującą się w opakowanie czegoś, co wyglądało jak kopytka z supermarketu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo miały przecież umowę, że gotują na zmianę obiad wtedy, kiedy im się chce i gdy mają czas; gdyby nie wyraz twarzy Marty - mocno skonsternowany. Wnuczka Eulalii wyglądała na zagubioną i to Eulalię zaniepokoiło najbardziej. 
Powiesiła na wieszaku futro, zrzuciła kozaki i z ulgą wsunęła stopy w wygodne kapcie, a potem szybkim krokiem, jakby zupełnie nie czuła przemierzonych przed chwilą zakupowych kilometrów, podeszła do wnuczki i zajrzała jej przez ramię. 
- Coś nie tak z tymi kopytkami? - spytała, odgarniając pieszczotliwie włosy z twarzy dziewczyny.
- Instrukcja obsługi - odpowiedziała Marta słabym głosem. 
- A to do podgrzania gotowych kopytek potrzeba instrukcji obsługi? - zdziwiła się Eulalia. 
- W dzisiejszych czasach, babciu, do wszystkiego potrzeba instrukcji obsługi - odpowiedziała Marta, wskazując palcem na wyróżnione na czerwono zdanie. - Ale to mnie po prostu zastrzeliło.
- Możesz mi przeczytać? Nie mam okularów, a ten druk jest już dla mnie za drobny. - Eulalia odsunęła się od Marty i oparła o kuchenny blat. 
- Uwaga, czytam. "Przed przygotowaniem wyjąć z opakowania." - przeczytała Marta głośno i wyraźnie. 
Eulalia zamrugała powiekami. 
- No i czego tu nie rozumiesz? - spytała przekornie. 
- Zasadniczo tego zdania. Babciu, to przecież logiczne, że nie wrzucę tych klusek owiniętych plastikiem na wodę ani na patelnię, no proszę cię! 
- A słyszałaś to sławne zdanie, przez które jedna z amerykańskich sieci fast foodowych straciła grube dolary? 
- Masz na myśli: "Uwaga! Kawa jest gorąca!" i to, że wrzątek parzy? 
- Dokładnie. - Eulalia uśmiechnęła się do wnuczki, otworzyła szufladę i podała jej nożyczki, które stamtąd wyjęła. - Przecież o tym wie każdy, a jednak dla kogoś nie było to oczywiste. Żyjemy w XXI wieku, kochanie. Ludzie pędzą przez życie, a niektórzy z nich nie mają nawet czasu myśleć, więc wszystko musi być podane jak na tacy. Dlatego producent musi napisać, że kopytka przed przygotowaniem należy wyjąć z opakowania, żeby nie przyszło ci przypadkiem do głowy wsadzić to w całości do mikrofalówki. 
- Naprawdę sądzisz, że ktoś mógłby to zrobić? - jęknęła Marta z niedowierzaniem. 
- Wiesz, Martuniu, zbyt wiele lat już żyję i dużo widziałam, więc zaręczam ci, że tak. Ale cieszę się, że moja wnuczka jest inteligentna i że rzeczy oczywiste są dla niej po prostu oczywiste. 
- Bardzo ci dziękuję, babciu, za uznanie. - Marta dygnęła jak grzeczna pensjonariuszka. 
- Proszę bardzo. Inteligencję odziedziczyłaś oczywiście po mnie! - Eulalia uśmiechnęła się szeroko. 
- Oczywiście! - odpowiedziała natychmiast Marta, po czym obie wybuchnęły śmiechem. - Gotować wszystkie, czy jadłaś coś na mieście? - Marta spojrzała na Eulalię, nalewając przy okazji wody do garnka. 
- Nic nie jadłam i jestem głodna jak wilk, więc z przyjemnością dotrzymam ci towarzystwa i zjem nawet te kopytka z supermarketu. Następnym razem kupuj w garmażerce; dostaniesz na wagę z pewnością, że są świeże, i nie będziesz miała problemu z opakowaniem. 
- He, he, bardzo śmieszne. - Marta postawiła rondelek na kuchence i zapaliła pod nim gazowy palnik. 
Eulalia patrzyła na wnuczkę z miłością. Dobrze im się razem mieszkało. Nie wchodziły sobie w drogę i starały się szanować swoją prywatność. Eulalia lubiła szczególnie wieczory z Martą, kiedy obie siadały przy stole w kuchni, każda ze swoją herbatą, i rozmawiały. O tym, jak minął dzień. O życiu. O planach i marzeniach, które spełniają się według własnego scenariusza i nie zawsze wtedy, gdy tego pragniemy. O przyszłości. O przeszłości. O wszystkim, o czym mogą rozmawiać dwie kobiety, które rozumiały się doskonale pomimo różnicy wieku i tego, że pochodziły z zupełnie innego pokolenia. 
- Jak sprawy z Natalią? - spytała Eulalia z ciekawością. 
- Spokojnie. Raczej się unikamy, a zresztą w trakcie sesji uczyła się nawet ona, więc nie miałyśmy okazji zbyt często się spotykać. Mam wszystko pod kontrolą. Poza tym to ja dostałam od Bartka bukiet czerwonych róż na walentynki, a nie ona.
Eulalia uśmiechnęła się, wspominając swoje walentynkowe spotkanie z przyjaciółkami. To był bardzo miły wieczór, któremu pikanterii dodało jeszcze spotkanie z Adamem Strojewskim. Eulalia przyjęła wizytówkę, którą jej wręczył, ale to było wszystko. Niczego mu nie obiecała i nie zamierzała się z nim spotykać na kawie, choć ją o to poprosił. Chcąc jak najszybciej wybrnąć z krępującej ją sytuacji obiecała, że zadzwoni i to było wszystko. Wrzuciła wizytówkę do torebki i próbowała zapomnieć o wpatrzonych w nią, zielonych oczach Adama, ale to wcale nie było takie proste... 

Fot. Marcin Oleksa
  
 - Dlaczego twoje buty chodzą po całym mieszkaniu? - Bogusia patrzyła ze zgrozą na porozrzucane po podłodze buty Nataszy, których ilość nieco ją przeraziła. Rozumiała, że są kobiety, które wielbią buty i torebki, ale żeby mieć dziewięć par kozaków, kozaczków i botków to już jej się w głowie nie mieściło. Sama doskonale radziła sobie z dwoma - jedną na mroźną zimę, a drugą na okres przejściowy i nieodmiennie zadziwiał ją fakt, że jej córka potrzebowała aż tyle, aby poczuć się kobietą.
- Bo ja mam za mały przedpokój i się w nim po prostu nie mieszczę - odpowiedziała Natasza, potykając się o rude botki, które przesunęła nogą nieco na bok. 
- A naprawdę potrzebujesz ich aż tyle? - spytała z ciekawością Bogusia? 
- Wolę wydawać na buty, niż na rozmowę z psychoanalitykiem. To przynajmniej sprawia mi przyjemność, a poza tym buty nie zadają niewygodnych pytań. 
- Ale w końcu będziesz musiała sama sobie na te pytania odpowiedzieć. 
- Mamo! - jęknęła Natasza. - Przyszłaś tu po to, aby mi grzebać w głowie i prawic kazania? 
- Nie. Przyszłam z propozycją. 
- Mam się bać? - Natasza spojrzała na matkę nieufnie. 
- Ależ skąd! - zaprzeczyła Bogusia. - Chciałam ci tylko zaproponować bal karnawałowy. W doborowym towarzystwie, oczywiście. 
- Masz na myśli siebie i moje szalone ciotki?
- Uhm - przytaknęła Bogusia, uśmiechając się szeroko do córki. 
- A która niby będzie moją parą? Bo rozumiem, że bal oznacza, że muszę być sparowana. 
- Możesz wybierać między Jadzią a Lalką. W dzisiejszych czasach gender nikogo to nie zdziwi. 
- Ty chyba nie mówisz poważnie? - Natasza patrzyła na Bogusię z niedowierzaniem. 
- Ależ jak najbardziej poważnie - odpowiedziała szybko Bogusia. - W swoim dorosłym życiu nie miałaś okazji zabawić się razem z matką i może warto spróbować?
- Naprawdę uważasz, że powinnam? - Natasza zrobiła tak żałosną minę, że Bogusia nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem. 
- Myślę, że ci się to spodoba, bez względu na to, co teraz o tym sądzisz.
- Jasne! Bal w towarzystwie seniorów. O niczym innym po prostu nie marzę! - odpowiedziała sarkastycznie Natasza. 
- Pomyśl o tym w ten sposób, że będziesz tam gwiazdą, o którą każdy z panów będzie zabiegał i jednocześnie będziesz miała tę pewność, że nic ci z ich strony nie grozi, oprócz adoracji w starym, dobrym stylu. 
- Robisz to wszystko po to, abym nie spędziła tego wieczoru przed telewizorem, w towarzystwie moich butów i nieśmiertelnego "Pretty woman", przy którym jak zwykle się poryczę i rozżalę nad własnym losem, któremu sama jestem sobie winna?
Bogusia wyciągnęła rękę i dotknęła delikatnie policzka córki. Robiła to jeszcze nieudolnie, trochę niezdarnie, ale starała się i Natasza potrafiła to docenić. 
- Zobaczysz, że się upiję na smutno i narobię ci wstydu w towarzystwie - mruknęła Natasza. 
- Nie będę się do ciebie przyznawać - odpowiedziała szybko Bogusia czując, że Natasza mięknie. 
- A gdzie jest w ogóle ten bal?
- W kasynie wojskowym. 
- Chodziłaś tam jeszcze razem z tatą... 
- Chodziłam... - szepnęła Bogusia, wracając wspomnieniami do czasów, o których Natasza nie miała w ogóle pojęcia.  
- Będę musiała kupić nowe buty. - Natasza odzyskała swoją pewność siebie i dobry humor, a Bogusia jęknęła cicho i popukała się palcem w czoło.   cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
 

wtorek, 18 lutego 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Tego lata w Zawrociu"



Od tej książki wszystko się zaczęło - moja fascynacja słowami i twórczością Hanny Kowalewskiej, która niepodzielnie zakrólowała w moim sercu jako ulubiona polska autorka. Jej powieść "Tego lata w Zawrociu", nagrodzona w 1997 roku jako najlepsza polska powieść, rozpoczęła przygodę, która trwa do dziś. To po tej książce, przeczytanej tak wiele lat temu, a jednak tak bliskiej do dzisiaj, każdą kolejną książkę, po którą sięgałam oceniałam już inaczej. Już nie liczyła się fabuła i treść, choćby nie wiem jak fascynująca; ale bogaty język, nastrój i klimat, oraz szacunek do czytelnika składany przez autora w słowach, które nie są słowotokiem, ale czymś, co zachwyca samo w sobie. Hanna Kowalewska rozsnuła swoją opowieść pięknym, poetyckim językiem, od którego trudno się oderwać i dzięki któremu Czytelnik wchodzi w świat Matyldy z ciekawością, i podąża za nią, śledząc losy jej babki i skomplikowanych relacji rodzinnych, do których główna bohaterka powoli dojrzewa. 
"Tego lata w Zawrociu" to opowieść o wyprawie w nieznane, w pełną tajemnic i niedopowiedzeń, przemilczeń i konfliktów, przeszłość rodzinną, z którą musi się zmierzyć główna bohaterka - Matylda. Pewnego dnia, po śmierci babki, z którą nie łączyła ją żadna bliskość, Matylda otrzymuje w spadku dom, położony w malowniczej, zaściankowej prowincji. Dla wychowanej w Warszawie i całe życie mieszkającej w blokowisku Matyldy, ta zaskakująca decyzja babki Aleksandry staje się kłopotem, z którego nie do końca wie jak wybrnąć. "Śmieszny kaprys starej, złośliwej kobiety - tej suchej czarownicy, która w ostatnich latach życia odrzuciła elegancką laskę i podpierała się wygrzebanym z leśnej podściółki, mocnym, brzozowym kosturem." Matylda nie rozumie dlaczego to ją babka wybrała jako tą, która powinna odziedziczyć Zawrocie. Widziały się tylko raz w życiu - Matylda była wtedy małą dziewczynką; Aleksandra zaś starzejącą się kobietą, zbyt dumną na to, aby wybaczyć córce podjętą kiedyś decyzję. Dlaczego babka pominęła w testamencie tych, którzy byli przy niej nieustannie - ciotkę Irenę, oraz jej dzieci - Pawła i Emilię? Czym miał być ten spadek, który przeraził Matyldę? Darem nienawiści? Bo nie mógł być darem miłości, z czego Matylda doskonale zdawała sobie sprawę. 
Wraz z poznawaniem starego domu Matylda czuje, że babka Aleksandra wraz ze swoją śmiercią przyszła, a nie odeszła. Zostawione przez nią zapiski, które Matylda odnajduje w domu dziadków, krok po kroku odkrywają przed dziewczyną  zaskakujące szczegóły z ich życia, a cała powieść zaczyna się czytelnikowi układać jak mozaika złożona z różnorodnych i doskonale pasujących do siebie puzzli, po które sięga kartka po kartce. Dom babki Aleksandry i dziadka Maurycego wciąga Matyldę w swoją dziwną, intrygującą przeszłość i sprawy nie do końca rozwiązane, a w miarę jak poznaje złożone relacje między ludźmi związanymi z dziejami domu w Zawrociu, Matylda zaczyna zmieniać się sama i inaczej patrzy na siebie i swoje życie.
"Tego lata w Zawrociu" wciąga i zaprasza Czytelnika do swojego świata, którego nie sposób opuścić, zanim nie dotrze się do końca. Powieść pozostawia ogromny niedosyt i apatyt na więcej, i tutaj dobrą wiadomością dla Czytelnika jest to, że może znów spotkać się z Matyldą w kolejnych częściach Zawrocia: "Góra śpiących węży"; "Maska Arlekina"; "Inna wersja życia" oraz "Przelot bocianów". 
Powieści Hanny Kowalewskiej zachwycają bogatym, poetyckim językiem i wszechobecnym w jej książkach  liryzmem, którym można się delektować zdanie po zdaniu, bez pośpiechu - pomimo ciekawości. Hanna Kowalewska potrafi zgrabnie uchwycić i subtelnie nakreślić obserwacje relacji międzyludzkich, zwłaszcza tych między bliskimi sobie ludźmi, którzy tę bliskość gdzieś zagubili; oraz przedstawić wewnętrzny świat bohatera, pełen emocji, które poruszają. Polecam gorąco "Tego lata w Zawrociu" i dalsze części tej innej od wszystkich powieści, która oczaruje Czytelnika od pierwszego zdania i na zawsze już pozostawi w nim tęsknotę za dobrą literaturą. 
Pani Hanno, za wszystkie te słowa, które tak pięknie Pani splata w swoich książkach i za to drżenie w duszy, które Czytelnik czuje, wchodząc w bogaty powieściowy świat Zawrocia - DZIĘKUJĘ! 
Monika A. Oleksa   

Hanna Kowalewska
   
Cały cykl o Zawrociu, po który naprawdę warto sięgnąć!

niedziela, 16 lutego 2014

Niewidzialne

Fot. Marcin Oleksa


Świat poszarzał i zbrzydł tą najbrzydszą z brzydot, kiedy brunatne trawniki pokryte są plackami szarego śniegu lub błotem wdzierającym się na świeżo wypastowane buty; ulice straszą wyrwami i odpryskującym spod kół asfaltem, a szare drzewa wyciągają bezbronnie w górę swoje nagie konary, czekając cierpliwie na zmianę. Jakąkolwiek. Tęsknią za zimowymi czapami, których w tym roku zabrakło; i za zielonymi listkami, które przyniesie im wiosna, zapowiadana już przez czaple i budzące się do pracy pszczoły. 
Patrząc na tę szarość i brzydotę za oknem, łatwo wpaść w depresyjny nastrój, oceniając to, co nas otacza powierzchownie, bez wpatrzenia się w szczegóły i odszukania drobiazgów piękna, które są nawet w tej zachlapanej brzydocie; trzeba jedynie się nad nimi pochylić, aby je zauważyć. Wychwycić. Poczuć. I częściej oceniać sercem niż oczami. Bo to, co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. "Dobrze widzi się tylko sercem." Tak powiedział kiedyś Mały Książę. I miał rację, choć często o tym zapominamy. 
Invisible. Niewidoczne. Niewidzialne. Ale istniejące. jak uczucie, które łączy dwoje ludzi. Miłość. Przyjaźń. Szacunek. Coś, co nie zawsze można nazwać słowami i czego być może nie widać, gdy przyglądamy się temu z zewnątrz. Ale to jest. Otacza nas, choć nie możemy tego dotknąć i zamknąć w garści. Niewidoczne. 
Jak myśli, których nie jesteśmy w stanie usłyszeć, jeśli nie są nasze. Usłyszymy słowa; przeczytamy sformułowane i spisane zdania, ale nie zobaczymy myśli, która potrafi otoczyć nas swoim ciepłem nawet bez naszej wiedzy i świadomości. Nie zobaczymy dobrego życzenia, wypowiedzianego przez kogoś pod naszym adresem. Błogosławieństwa, udzielonego nam przez kogoś w sercu. Czyjejś życzliwości, wysłanej do nas przez kogoś nawet zupełnie nieznajomego. I serca człowieka, którym chce się z nami podzielić, choć my nie zawsze jesteśmy w stanie to dostrzec. 
Widzimy brzydotę świata i zło, które wytyka się palcami, bo to jest łatwo dostrzec. Zło rzuca się w oczy, podobnie jak szpetota. A piękno jest skromne i ciche. Nie od razu chce się ujawnić, choć jest w stanie zachwycić. 
Pod tym rozłożonym na trawnikach błotem jest ziemia, która zaowocuje. Zazieleni się soczystym kolorem trawy, która pojawi się, bo taka jest kolej rzeczy. Przyroda obudzi się do życia bez naszego w tym udziału i choć teraz trudno w to uwierzyć, już całkiem niedługo świat odurzy nas swoim zapachem i pokaże piękno, którego teraz starannie strzeże. 
Tak samo jest z ludźmi, których mijamy, często obojętnie, każdego dnia. Być może tak samo jest z nami. Wytykamy innym to, co w nich złe i zwracamy uwagę na niedociągnięcia i potknięcia, bo umiemy patrzeć wyłącznie oczami. W kimś, komu się powiodło i kto żyje inaczej od nas widzimy tylko widoczną powierzchowność - sukces, zadowolenie z życia; ludzi, którzy go otaczają; inność, która niejednokrotnie nas drażni. Irytuje. Nie potrafimy dostrzec wyrzeczeń; osobistych porażek, chowanych głęboko w sercu; łez, wypłakiwanych w samotności i rozpaczliwego krzyku, który ma zagłuszyć ból towarzyszący istnieniu. Życiu. Nie jesteśmy w stanie tego współodczuć, bo widzimy tylko to, co chcemy zobaczyć. Oceniamy po swojemu, nie dając sami sobie szansy na to, aby dostrzec coś więcej ponad to, co oczywiste. Po prostu człowieka i jego słabości. I tego, co niewidoczne. Schowane. Ukryte. Invisible. 
Monika A. Oleksa       

Fot. Marcin Oleksa

piątek, 14 lutego 2014

Dar Miłości

Fot. Andrzej Jaksim



"Jeśli ktoś, choć jeden, Ciebie kocha, jesteś już potrzebny. 
Jeśli kochasz kogoś jednego, potrzebny Ci cały świat, byś mógł go dawać temu jednemu." 

Droga Przyjaciółko! Drogi Przyjacielu! 
Miłość to dar. Dostajemy go po to, by uświadomić sobie, jak wyjątkowymi ludźmi jesteśmy i jak wiele mamy w sobie piękna, którego być może nie dostrzegamy. Pielęgnujmy go, bo tak łatwo można go stracić... 
W dniu Św. Walentego, którego imię wymawiają nawet ci, którzy twierdzą, że Bóg nie istnieje; życzę Ci odrobiny miłości. Nie od mężczyzny. Nie od kobiety. Od człowieka. 
Monika A. Oleksa 
Miłość to nie tylko słowa, ale ogromne zaufanie i dar z samego siebie, który codziennie składamy drugiemu człowiekowi. Ona jest ponad wszystko, o czym tak pięknie potrafiła opowiedzieć niesamowita, silna kobieta - Jola Drozd. 




Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 13 lutego 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc. 11.

Fot. Marcin Oleksa


Suknia Eulalii mieniła się złotą nitką, a jej włosy, starannie ułożone i spryskane specjalnym lakierem, migotały brokatowymi drobinkami informując, że czas karnawału wciąż trwa i jest czasem radości i świętowania. Dzisiejszy czwartek był inny od pozostałych, bo wszystkie cztery wychodziły na koncert do Filharmonii, a potem na kolację przygotowaną przez Bogusię.
- Z okazji walentynek - poinformowała Bogusia przyjaciółki. - Nam też, pomimo lat, które może i doskwierają, a może nie, bo ja się tam nimi nie przejmuję; należy się święto zakochanych i przyjaciółek, nie uważasz, Lalu? 
- Uważam - odpowiedziała Eulalia. - Dlatego użyłam całego mojego wdzięku, jaki mi jeszcze pozostał i załatwiłam wejściówki na ten czwartkowy koncert dla naszej czwórki. Tylko ubierz się porządnie, żebym nie musiała się za ciebie wstydzić! 
- No wiesz! - obruszyła się Bogusia. - Za kogo ty mnie masz? Jeszcze potrafię zachować się w towarzystwie, a poza tym będę miała okazję włożyć tę nową sukienkę, którą kupiłyśmy z Nataszą i oczywiście perły! 
- Puścisz kiedyś parę skąd je masz? - spytała z ciekawością Eulalia.
Bogusia przez chwilę milczała. Historia jej pereł była tylko jej i nigdy jej nikomu nie opowiedziała. Zamknęła ją w sercu i strzegła, pomimo tego, że tak wiele lat upłynęło od czasu, kiedy je dostała...
- Rozumiem, że twoje milczenie oznacza, że do grobu zabierzesz ze sobą tę tajemnicę - westchnęła Eulalia. 
- No wiesz, muszę mieć coś, co będzie tylko moje. Choćby historię i tajemnicę - odpowiedziała Bogusia, zwinnie wykręcając się od odpowiedzi. 
-  A zdradzisz przynajmniej co będzie na kolację? 
- Szampan i truskawki. Ma być przecież romantycznie! - Odpowiedziała Bogusia, a Eulalia pomimo że jej nie widziała, poczuła jak przyjaciółka się uśmiecha. 
- Nie spóźnij się! - przypomniała jeszcze, odkładając słuchawkę, dlatego nie słyszała zirytowanego parsknięcia Bogusi i jej komentarza w stylu: "Przecież ja się nigdy nie spóźniam!", co nie było do końca prawdą i obie dobrze o tym wiedziały. 
Eulalia spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do swojego odbicia. Podobała się sobie, a to już gwarantowało udany wieczór. 

Fot. Marcin Oleksa

Wypełniona instrumentami i muzykami scena hipnotyzowała. Eulalia nie mogła oderwać od niej wzroku i choć wiedziała, że jest to tylko scena zastępcza, bo budynek Teatru Muzycznego i Filharmonii kolejny raz był w budowie; to jednak oświetlone miejsce, z którego widać było wypełnione widzami fotele, przyciągało wzrok, fascynowało i przywoływało wspomnienia, które wciąż były świeże i za którymi Eulalia po prostu tęskniła. Skrzypienie desek pod nogami; zapach starych, zakurzonych rekwizytów i kostiumów, które niejednokrotnie wkładało się w pośpiechu; to wszystko napływało falami, uświadamiając nostalgię upływającego czasu. To już nie był jej świat, choć do końca jeszcze się z nim nie pożegnała. 
- Lala, spójrz na Jadzię - usłyszała nagle, tuż przy swoim uchu, dyskretny szept Heleny. - Boję się, że skoczyło jej ciśnienie. Jest cała czerwona, łącznie z szyją i dekoltem. 
Eulalia odwróciła się i spojrzała na Jadzię, siedzącą tuż za Bogusią, przy przejściu. Rzeczywiście, Jadzia poczerwieniała i wyglądała tak, jakby pomimo wieczorowej sukni było jej duszno. 
- Myślisz, że nie wzięła leków na nadciśnienie? - odszepnęła Helenie. 
- Nie będę jej przecież teraz o to pytać! - syknęła Helenka. 
- A jak dostanie udaru? 
- Ty, Lala, to zawsze musisz pisać taki czarny scenariusz? - Helena spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem i odsunęła się, spoglądając jednak na Jadzię z niepokojem. 
Eulalia nie mogła usiedzieć na miejscu. Najpierw scena, a potem Jadzia, i cała jej koncentracja odpłynęła jak unoszona wiatrem bańka mydlana. Szturchnęła Bogusię, która siedziała po jej lewej stronie, i syknęła jej do ucha: 
- Spytaj Jadzię, czy dobrze się czuje. 
Bogusia oderwała od sceny zachwycony wzrok, którym wpatrywała się w muzyków i instrumenty, i spojrzała na Eulalię tak, że aż jej ciarki przeszły po plecach. 
- Po kim jak po kim, ale po tobie spodziewałam się tego, że umiesz się zachować w filharmonii - szepnęła, świdrując Eulalię oskarżycielskim spojrzeniem. 
- Martwię się o Jadwigę - próbowała się bronić Eulalia. 
- Zupełnie niepotrzebnie. Jakbyś była bardziej spostrzegawcza i nie wpatrywała się w te skrzypiące deski takim cielęcym wzrokiem zauważyłabyś, że Jadwiga spąsowiała po tym, jak ukłonił jej się przystojny i elegancki mężczyzna, który nota bene, wciąż zerka na nią ukradkiem; więc nie rób jej wstydu i zajmij się koncertem. Aha! I gdybyś nie miała tej mgły na oczach, patrząc na scenę, zauważyłabyś również, że od początku koncertu kontrabasista po prawej nie spuszcza z ciebie oczu. Zachowuj się więc jak na damę w filharmonii przystało i przestań się tak kręcić, bo zakłócasz mi odbiór. - Bogusia wyprostowała się i zwróciła twarz w stronę muzyków i dźwięków wypływających z instrumentów. 
- Melomanka jedna! - rzuciła Eulalia i rozejrzała się po scenie, nie wierząc w słowa, które usłyszała od Bogusi. 
Dlaczego miałby ją obserwować jakiś kontrabasista? Nie przypominała sobie, aby znała w tej chwili kogoś z orkiestry; wszystko tutaj się tak pozmieniało jak świat wokół niej. Dyskretnie poszukała wzrokiem kontrabasistów, próbując rozpoznać któregoś z nich. Większość z tych mężczyzn i kobiet zupełnie zatopiła się w świecie dźwięków, odgradzając się od publiczności niewidoczną dla oka zasłoną. Byli tylko oni, dyrygent i instrument, który musiał płynnie dopasować się do całości. Przenosiła spojrzenie z jednego muzyka na drugiego; omijając kobiety, bo doszła do wniosku, że o kobiecie Bogusia raczej nie mówiła. Zielone spojrzenie, na które się natknęła, oparzyło. Jego rysy wydały się Eulalii znajome, ale nie potrafiła dopasować do nich żadnego imienia. Zauważyła nieśmiały uśmiech, który odwzajemniła, a potem uciekła spojrzeniem dochodząc do wniosku, że w tej chwili musi wyglądać dokładnie tak samo jak Jadwiga. 

Fot. Marcin Oleksa

Odszukał ją w holu, gdzie ubierała się w ulubiony futrzany płaszcz, czekając na Jadwigę, która zatrzymała się przy mężczyźnie, którego przedstawiła jako "Pan Franciszek Skalski". Dobrze, że przed imieniem pojawiło się to "pan", bo w przeciwnym wypadku ani Bogusia, ani Eulalia nie odeszłyby od pąsowej Jadzi, która próbowała prowadzić konwersację bez słów. W zasadzie był to monolog pana Franciszka, a nie rozmowa, bo Jadzia słowa z siebie nie mogła wydobyć tak była zaskoczona tym spotkaniem, i to jeszcze w obecności wścibskich przyjaciółek! 
- Dobry wieczór, pani Eulalio. Pani pewnie mnie nie pamięta - ukłonił się grzecznie i z szacunkiem pocałował dłoń, podaną przez Eulalię. - Adam Strojewski. Pamiętam panią ze sceny operetki. Przepięknie pani wygląda. 
Eulalia uśmiechnęła się, podobnie jak jej mile połechtane ego. 
- Rozumiem, że miał pan na myśli to, że nie posunęłam się jeszcze w latach tak bardzo, jak można tego oczekiwać po kimś w moim wieku - zauważyła sarkastycznie Eulalia. 
- Nie, pani Eulalio. - Adam Strojewski wciąż wpatrywał się w nią tak, że Eulalii zapierało dech i czuła się tym spojrzeniem skrępowana. - Miałem dokładnie na myśli to, co powiedziałem - przepięknie pani wygląda. Powiem więcej, na całej sali nie było piękniejszej kobiety od pani. 
- Rozumiem, że chce pan być miły, ale nie musi pan...
- Ja nic nie muszę, pani Eulalio - przerwał jej. - Ja po prostu chcę to pani powiedzieć, bo tak czuję. Zawsze panią podziwiałem i nigdy nie miałem odwagi, aby zaprosić panią na kawę.
- Panie Adamie, to było tak dawno temu... - Eulalia rozpaczliwie pragnęła towarzystwa którejś ze swoich przyjaciółek, ale Jadzia była zbyt przejęta spotkaniem; Helena zbyt zajęta zapinaniem płaszcza i przeszukiwaniem kieszeni w celu odnalezienia rękawiczek, a Bogusia stała perfidnie za Adamem i wyciągała w górę podniesiony kciuk, wyraźnie dając Eulalii do zrozumienia, że podoba jej się Adam Strojewski i powinna coś z tym zrobić. 
Eulalia jęknęła w duchu, a potem otworzyła usta, próbując ułożyć w zdanie właściwe słowa po tym, jak Adam zapytał.
- Czy teraz, gdy los pozwolił nam się spotkać po latach, zgodzi się pani na tę kawę?  cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
 
   

wtorek, 11 lutego 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: P.S. Kocham Cię



Holly i Gerry; główni bohaterowie filmu P.S. I love you


Jak to się dzieje, że dwoje ludzi - zupełnie dla siebie obcych, staje się sobie tak bliskimi, że z dwóch odrębnych światów tworzą jeden, w którym decydują się żyć wspólnie, dzieląc swoją codzienność na pół? Na pozór dzieli ich wszystko - dwa różne kontynenty, charaktery i styl życia; oczekiwania i marzenia; a jednak mimo to decydują się uwierzyć Przeznaczeniu i temu, co poczuli, i przeżyć razem życie, które oprócz szaleństwa młodości, ma również wiele gorzkich pigułek do przełknięcia i wyzwań, na które do końca nie byli gotowi.
Holly poznała Gerry'ego wędrując po urokliwych drogach Irlandii; zielonej wyspy, która ją zachwyciła podobnie jak nieznajomy chłopak, którego nieoczekiwanie tam spotkała. Żadne z nich tego nie planowało, ale to co się między nimi splotło z dwóch różnych rzeczywistości, skłoniło Gerry'ego do zostawienia wszystkiego, wokół czego toczyło się jego życie i wyjechania do Nowego Jorku z najbardziej kolorową dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkał. 
Dziesięć lat małżeństwa Holly i Gerry'ego dzień po dniu przynosiło im dowody, że nie pomylili się idąc za głosem serca. I chociaż ich życie było zwyczajne, normalne - z rachunkami do zapłacenia, niepokojami o pracę, codziennymi dylematami, potknięciami i marzeniami, które wciąż są poza zasięgiem; to doceniali ten czas razem i cieszyli się nim pamiętając o miłości, którą wzajemnie sobie podarowali i w którą uwierzyli. I kiedy wydawało się, że teraz w końcu zaczną żyć pełnią życia; z finansową stabilizacją i pragnieniem powiększenia rodziny; los rozpisał dla nich kolejny nieoczekiwany dla żadnego z nich scenariusz - chorobę, która okazała się silniejsza od Gerry'ego i która zabrała Holly wszystko. I tak naprawdę w tym miejscu dopiero zaczyna się ich opowieść, spisana w książce "P.S. Kocham Cię" przez Cecylię Ahern i sfilmowana przez Richarda LaGravenese'a, z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych. I chociaż film powstał na podstawie książki, i w zasadzie rzadko się zdarza, aby ekranizacja powieści była tak rewelacyjna jak dobra książka; w tym jednak przypadku to właśnie film podbił moje serce, natomiast książka lekko znudziła. Pomimo słów, które mają niezwykłą moc w rękach autora i mogą przekazać wszystko, o ile tylko autor da się im poprowadzić; Cecylia Ahern zrobiła to w sposób, który nie rzucił mnie na kolana, natomiast film tak! Przepadłam, jak tylko obejrzałam go po raz pierwszy i na dobre zamieszkał na półce z ulubionymi płytami DVD i w moim sercu. Sięgamy po niego razem z M. kiedy potrzebujemy przypomnienia, jak ważna jest zwyczajna codzienność, nawet z problemami, o ile potrafimy dźwigać je wspólnie. Ten film odnalazł mnie w momencie, gdy bardzo potrzebowałam takiego przypomnienia i potraktowałam tę opowieść jak terapię, o której pamiętam do dziś. 

Holly i jej przyjaciółki - Sharon i Denise
  
Harry Connick, Jr - w filmie przyjaciel Holly Daniel, wypowiadający wzruszające zdanie: "Chciałbym być czyimś Gerrym."
 
Pierwsze spotkanie na drogach Irlandii...


Holly próbuje odnaleźć się w nowym życiu bez Gerry'ego. Ma ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół, którzy nie pozwalają jej na izolację i depresję, tylko starają się delikatnie pokazać, że życie biegnie nieustannie naprzód i nie przystanęło w dniu, kiedy odszedł Gerry. I pomimo tego, że boli nawet powietrze, którym nie tak dawno jeszcze we dwoje oddychali; że podwójne łóżko nagle zrobiło się za duże dla jednej osoby i tak trudno go ogrzać i że codzienne czynności wcale nie są takie proste, jak się wcześniej wydawały; trzeba postawić krok naprzód, a po nim kolejny i kolejny, i uczyć się na nowo każdego dnia w pojedynkę, ze wspomnieniami, które jeszcze przynoszą ból. 
Nie udałoby się jej przetrwać tego ciężkiego czasu, gdyby nie listy, które zostawił dla niej jej dowcipny mąż. Dziesięć listów, które przychodzą nie wiadomo skąd, a w nich dziesięć poleceń, które Holly musi wykonać i dzięki którym uda jej się przejść przez najtrudniejsze chwile, których nie umiałaby unieść w pojedynkę. Dzięki listom Gerry wciąż jest przy niej i otacza ją swoją miłością, która nie umarła wraz z nim. Bo miłość nigdy nie umiera. 

 Jeffrey Dean Morgan w roli przyjaciela Gerry'ego

Ciara, filmowa siostra Holly - Nellie Mckay





Wielkim atutem filmu są przepiękne zdjęcia kręcone m. in. w Irlandii, pokazanej jako prawdziwie zielona wyspa i kraj wrzosowisk, oraz rewelacyjna obsada aktorów, którzy doskonale wpisali się w swoje role grając je bardzo przekonująco. Hilary Swank jako Holly i Gerard Butler w roli Gerry'ego wystarczyliby na cały film. Gdy dodamy do tego jeszcze utalentowaną Kathy Bates w roli matki Holly, Nellie Mckay, która prześlicznie zaśpiewała tytułowy utwór "P.S. I love you" oraz dwóch przystojniaków -  Jeffrey'a Dean'a Morgana oraz Harrego Connicka Jr. - w zasadzie nie trzeba dodawać nic więcej. Film jest naprawdę warty obejrzenia, szczególnie w tygodniu, w którym na pierwsze miejsce wysuwa się Miłość:) Ścieżka dźwiękowa i utwory dobrane do filmu to kolejny powód, dla którego warto sięgnąć po film i płytę, od której jestem uzależniona. Jest po prostu piękna. 
A ciekawym porównania polecam również książkę, od której wszystko się zaczęło:) 
Monika A. Oleksa 

   


niedziela, 9 lutego 2014

Spacer dobry na wszystko:)

Fot. Marcin Oleksa


Spacer! Spacerek! Jak ja to lubię! Szczególnie zimą, gdy cztery łapy zapadają się w śniegu; białe kule latają w powietrzu, a patyk wpada tak głęboko w biały puch, że musisz wsadzić cały pysk, aby się do niego dokopać. Ale na tym przecież polega zabawa! Na walce ze śniegiem, w którym można kopać do woli; tarzać się do upadłego i schłodzić, gdy zabraknie tchu po radosnej gonitwie. Jak dla mnie śnieg mógłby leżeć przez cały okrągły rok:) Uwielbiam to! Spacery w śniegu od razu nabierają kolorów i są o wiele ciekawsze i zabawniejsze. A już najfajniej jest, gdy spotkasz kogoś, kogo znasz. Na przykład Tysona. No i co z tego, że jest tyle ode mnie starszy? Dziesięć lat? I co z tego? Jaka to różnica, czy masz lat trzy, czy trzynaście, skoro i tak jesteś psem z charakterem? Lubię Tysona. no, może za bardzo mu się narzucam, ale... podoba mi się! Biała krótka sierść, świetna sylwetka, nienaganne maniery i ta czarna łata na oku. Nie ma takiego drugiego i chyba dlatego tak się podoba nie tylko mnie :) Tyson jest dobrze wychowanym amstafem, choć nie powiem, ostatnio zwrócił mi dwukrotnie ostrzegawczo uwagę, gdy skakałam na niego rozpędzona. Ojej, no czy ja muszę pamiętać, że go stawy bolą? Mnie tam nic nie boli, a o tym, że bolało już dawno nie pamiętam. Zapominam się, że dzieli nas różnica pokoleń i próbuję zaprosić go do mojej zabawy, która przyznaję, jest dynamiczna (tak jak ja :D); ale przecież trzeba gdzieś zużyć tę energię, która cię roznosi i rozsadza. Miłosz to rozumie, i choć nie jest psem, zachowuje się identycznie jak ja :D

Fot. Marcin Oleksa


Piłeczka i śnieg to najlepszy spacer na świecie!


No więc Tyson wymięka; małe psy uciekają ode mnie (zupełnie nie wiem dlaczego? Przecież ja tylko chcę się bawić!) i wskakują na ręce swoich właścicieli, którzy warczą na moją panią całkiem jakby byli psem; a moja energia szaleje we mnie, tak jak ja za patykiem lub piłką. Jeju, jak to dobrze, że na dworze są patyki! Gdyby ich nie było, spacer byłby po prostu nudny. tak jak czekanie na to, aż ktoś wróci do domu... 
Najlepsza zabawa jest jednak wtedy, gdy idziemy do wąwozu. Tam to jest dopiero psi raj... Każdy czterołapy, który biega tam luzem to kumpel, bez względu na rodowód, rasę czy kolor i długość sierści. Żaden mnie jeszcze nie przegonił, grunt to umieć robić dobre uniki i skręcać w najmniej oczekiwanych momentach. Mam do tego talent:) A poza tym, mam długie łapy, które dają mi przewagę nad tymi, którzy te łapy mają nieco krótsze i mniej zwinne. Lubię spacery w wąwozie. Tam dopiero można poszaleć! W ogóle świat jest niesamowicie ciekawy. Tyle w nim różnych stworzeń, zapachów i smaków; tyle rzeczy do poznania, na które jeden spacer zdecydowanie nie starcza. I tylko... śniegu mi zbrakło! Po prostu zniknął! Czy ktoś może z tym coś zrobić? 
W imieniu Mattie - Monika A. Oleksa 

No dobra, kto się ze mną pobawi?

Psy kochają śnieg...    


czwartek, 6 lutego 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc.10

Fot. Marcin Oleksa

Styczniowy mróz zaglądał w okna, za którymi świat otulił się białą, śniegową pierzyną. Nałęczów odpoczywał w kojącej ciszy sobotniego popołudnia. Zasypana śniegiem Aleja Lipowa wyglądała jak wyjęta z bajki Pana Andersena, w migoczącym blasku ulicznych latarni. Nałęczowska "Ewelina" rozświetlona była lampkami, które jak drogowskazy prowadziły zbłąkanego wędrowca na filiżankę gorącej herbaty i jedyne w swoim rodzaju ciastko, którego smak na długo pozostawał w pamięci. 
Natasza siedziała we wnętrzu kawiarni, przy małym stoliku pod oknem. Obserwowała zasypany śniegiem ogród, z otulonymi śniegowymi poduszkami ogrodowymi krzesełkami i stolikami nakrytymi śniegowym obrusem. Przed nią, na delikatnym białym talerzyku leżała delicja nałęczowska, którą Natasza uwielbiała, a tuż obok oblany lukrem i posypany pomarańczową skórką pączek, któremu nie mogła się oprzeć. Nie przeszkadzało jej, że przyjechała tu sama. Potrzebowała wyciszenia Nałęczowa, aby zebrać rozkołatane myśli i poradzić sobie z emocjami, które zaczęły ją przerastać. 
Jej niezależność w Lublinie wcale nie była taka prosta jak Natasza początkowo sądziła. Przyzwyczajona do życia w pędzie i pośpiechu Warszawy, nie mogła się tu odnaleźć. Miała zbyt dużo czasu, którego nie potrafiła w żaden sposób wypełnić do granic możliwości, tak jak to robiła w dawnym życiu. 
Natasza czuła się samotna i obca w mieście, z którym nie łączyło ją nic oprócz wspomnień. Tęskniła za Radkiem i za życiem wypełnionym nieustannymi spotkaniami. Powierzona jej filia firmy, za którą Natasza miała być tu, w Lublinie, odpowiedzialna, rozkręcała się powoli i znajdowała na razie na etapie rekrutacji, więc Natasza nie miała zbyt dużo do roboty; a przynajmniej nie na tyle, aby wypełniło jej to całe dnie. Puste i samotne. Nie miała tutaj żadnych znajomych. Całe życie zostało w Warszawie, zupełnie tak jak jej plany i marzenia, które kiedyś snuła. Czasami wpadała wieczorami do Bogusi, albo jadła z nią razem obiad, ale przyzwyczajona do warszawskiego lunchu Natasza miała problem z dostosowaniem się do lubelskiego stylu życia, gdzie wszystko było takie jak za czasów jej dzieciństwa, tylko mamie przybyło lat. Bogusia łagodniała, choć nadal była w niej ta niepokorność, której trzymała się mocno przez całe swoje życie. Docierały się powoli. Odnajdywały na nowo, tak naprawdę dopiero się poznając. Jako dorosła kobieta Natasza nie spędzała z matką zbyt dużo czasu. Widywały się najczęściej z okazji świąt lub innych rodzinnych uroczystości, ale nie miały okazji, aby pobyć ze sobą tak po prostu, jak matka z córką w zwyczajnej codzienności. Dlatego teraz próbowała pokazać Bogusi trochę swojego świata, który przywiozła z Warszawy zamknięty w sobie. Zabrała Bogusię na zakupy i namówiła ją na kupno nowej sukienki, której każda kobieta, bez względu na wiek, od czasu do czasu potrzebuje. Nie było to łatwe, bo musiała pokonać wewnętrzny opór Bogusi, nieprzywykłej do obdarowywania siebie bez okazji i wydawania pieniędzy bez potrzeby. Zgodziła się na tę sukienkę tylko dlatego, że była z wyprzedaży i że Natasza podszepnęła jej, że fantastycznie będzie wyglądała w tym sznurze pereł, które tak lubiła i wyciągała z takim sentymentem, choć Natasza do dziś nie wiedziała dlaczego.
Niedaleko Nataszy, przy pianinie, usiadła para starszych ludzi. Wyglądali na tutejszych kuracjuszy; dość pewnie czuli się w "Ewelinie", jakby byli tu częstymi bywalcami. Mężczyzna zamówił dla siebie kremówkę, która wyglądała tak samo apetycznie jak delicja Nataszy; kobieta zdecydowała się na kruchą babeczkę wypełnioną smakowitym nadzieniem. Między nimi stał imbryczek z herbatą i dwie jednakowe filiżanki. Nie trzymali się za ręce i nie patrzyli sobie głęboko w oczy, tak jak to bywa w romantycznych filmach, ale było między nimi coś takiego, co nie pozostawiało wątpliwości, że przeżyli ze sobą wiele lat i rozumieją się bez niepotrzebnych słów. 
Natasza wiedziała, że zachowuje się nieładnie obserwując tę parę, ale nic nie mogła poradzić na to, że ci ludzie przyciągają jej wzrok jak magnez żelazo. Patrzyła na ich siwe głowy i łagodność wypisaną na twarzy i zastanawiała się, jak udało im się przeżyć wspólnie tyle lat? Czy ona i Radek też by tak wyglądali, gdyby... Czy umieliby ze sobą rozmawiać skoro przez wspólne lata małżeństwa tak mało mieli sobie do powiedzenia? Czy potrafiliby spędzać razem czas na emeryturze i dzielić wspólny dzień na pół, skoro przez całe życie się mijali? Czasami Natasza zastanawiała się, czy problem nie tkwi gdzieś głębiej. Jej matka też nie potrafiła spędzić życia u boku jednego mężczyzny; wciąż ją gdzieś nosiło i wciąż czegoś szukała. Może prawdziwej miłości? Czy znalazła ją przy Stanisławie, z którym w tej chwili była - nie była w dziwnym związku na odległość? Spotykali się, kiedy mieli na to ochotę, ale oboje zbyt cenili swoją niezależność, aby zamieszkać razem. Czy jej matka uciekała od odpowiedzialności, czy po prostu zbyt bała się zranienia, aby zaangażować się w związek całą sobą, poświęcając wszystko? 
W tej jednej magicznej chwili  i w miejscu, gdzie chciało się zostać na zawsze Natasza uświadomiła sobie, że tak naprawdę chyba nigdy Radka nie kochała, bo nie potrafiła poświęcić dla niego samej siebie. Owszem, potrzebowała go. Było jej z nim wygodnie i w ciągu tych lat wspólnego życia wypracowali system porozumienia bez skakania sobie do oczu i bez namiętności, której tak naprawdę w ich małżeństwie nigdy nie było. 
Łagodny półmrok w kawiarni oświetlonej jedynie ciepłym światłem lampy otulał i łagodził ostre krawędzie bolesnej rzeczywistości. Natasza odwróciła wzrok od pary starszych ludzi i postanowiła osłodzić sobie życie polukrowanym pączkiem, który był namiastką szczęśliwych momentów w życiu, które zupełnie wymknęło jej się spod kontroli.  cdn... 
Monika A. Oleksa     

Dzisiejszy odcinek Czwartkowych obiadów chciałabym zadedykować pani Ani Bartosiewicz, która tak ciepło wita każdego gościa w "Ewelinie", gdzie naprawdę można poczuć się jak w bajce; oraz Kasi i Michałowi Świderskim, dziękując za spotkanie właśnie tam, w "Ewelinie" i za jasne promyczki, którymi wypełnili moje życie:) 

Fot. Marcin Oleksa - "Ewelina" otulona białą pierzynką


Wszystkim moim cudownym Czytelnikom i Przyjaciołom, którzy tu zaglądają chciałabym donieść, że skończyłam pisać "Samotność..." i oddałam ją w ręce Wydawcy:)