piątek, 28 marca 2014

Obecność

Fot. Marcin Oleksa


Witaj!
 Cieszę się, że zatrzymałaś i zatrzymałeś się ze mną na moment, aby przystanąć w tym zapędzeniu i po prostu pobyć sam na sam z tą chwilą; ze mną; z czasem, który przestał się spieszyć, tylko ofiarował nam siebie, byśmy mogli się tutaj spotkać. Ty i ja. W trudnym momencie mojego życia, z którym jednak wiem, że sobie poradzę. Bo nie jestem z tym sama. Wierzę w to. Wierzę, że uniosę to, co w tej chwili wydaje mi się być ponad moje siły i ludzkie możliwości. 
Żyjąc z dnia na dzień i podążając utartym schematem i szlakiem, który przetarliśmy, zaczynamy przyzwyczajać się do naszej codzienności. Wyruszamy w nią każdego ranka - czasami bez słowa; czasem z narzekaniem; rzadko kiedy z uśmiechem; i nie zastanawiamy się nad tym, że często jeden krok może zmienić wszystko. Jeden krok, jedno wydarzenie, jedno spotkanie, jedno zaniedbanie może wywrócić nasz uporządkowany świat do góry nogami i spowodować, że poczujemy się zagubieni jak dzieci w życiu, którego nie poznajemy. Coś, co do tej pory było bezpieczne i dobrze znajome, nagle wydaje się zupełnie obce. Trudne. pogmatwane. Cięzkie do udźwignięcia. Pojawia się bezsilność i dni, w których już nic nie jest pewne ani znajome. Pojawia się rozżalenie i potrzeba samotności, aby to "nowe" przepracować; ujarzmić; poznać i zmierzyć się z tym, choć po ludzku brakuje sił. Są łzy, które oczyszczają; jest złość, bo ciężko nam przyjąć nową rzeczywistość; na początku jest niezgoda na przyszłość, której nie chcemy; na końcu pojawia się zaufanie, że nie dostaniemy więcej niż jesteśmy w stanie udźwignąć. I wreszcie przychodzi pokora, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu i musimy zaakceptować rzeczywistość, która się pojawiła taką, jaka jest. Bez gdybania i oglądania się wstecz. Bez rozpamiętywania i ubolewania, bo to doprowadzi nas jedynie do żalu, który zaleje serce. A serce wypełnione żalem widzi wszystko w krzywym zwierciadle, które zniekształca rzeczywistość, rozmywa kontury otaczającego świata i zaciera piękno, które pomimo wszystko ten świat chce nam ofiarować. 
Staram się więc nie oglądać zbyt daleko za siebie, ani nie wybiegać w przyszłość, bo jej nie znam i nie poznam przewidywaniem. Przyjmuję każdy dzień z tym, co mi przynosi; czasami pozwalam sobie na słabość; czasem na łzy, ale idę przed siebie, starając się nie pochylać przed życiem, tylko udźwignąć to, z czym muszę się zmierzyć. Mam wybór; każdy z nas go ma; ale nie pójdę na skróty tylko dlatego, że tak mogłoby być wygodniej. Bo "łatwiej" zazwyczaj nie oznacza "lepiej". 
Dziękuję Ci za to, że jesteś tu ze mną. Dziękuję za ciepłe myśli i słowa, których być może nie usłyszę, ale które w swoim sercu kierujesz do mnie. Dziękuję za Twój czas, który oddajesz mi w tej chwili zatrzymania ze mną i za świadomość, że nie jestem sama, bez względu na to, z czym będę musiała się zmierzyć i jak trudne dla mnie to będzie. 
Dziękuję za to, że jesteś!
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Oleksa

wtorek, 25 marca 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Poduszka w różowe słonie"




Długo obserwowałyśmy się nawzajem, mierząc się zaciekawionym spojrzeniem; ona - ze sterty książek na najwyższej półce odłożonych do przeczytania; a ja z drugiej strony biblioteczki, zerkając na nią za każdym razem, gdy przechodziłam obok. Przeleżała tak ponad dwa lata, chociaż jej tytuł kusił mnie bardzo: "Poduszka w różowe słonie", Joanna M. Chmielewska. Usłyszałam o niej w Radiowej Jedynce. Dorota Koman tak pięknie opowiadała o tej książce, że zapragnęłam ją mieć. Kupiłam i odłożyłam na półkę. Na chwilkę, która mocno się przeciągnęła. Sięgnęłam po nią, bo uśmiechnęła się do mnie tym różowym słoniem, a ja odwzajemniłam ten uśmiech i pozwoliłam Joannie M. Chmielewskiej zaprowadzić się w świat Hanki. 
Hanka. Bardzo atrakcyjna, pewna siebie trzydziestolatka. Silna i niezależna. Singielka. Ambitna, odpowiedzialna, dopracowana do perfekcji; a jednocześnie, gdzieś głęboko w środku, zagubiona jak mała dziewczynka. Wypierająca z własnej świadomości potrzebę miłości, o której serce jednak zapomnieć nie potrafi. I chce Hankę nauczyć - prostych gestów, paru słów, które tak ciężko wypowiedzieć i bliskości, której Hanka potwornie się boi. Uporządkowany świat młodej kobiety wywraca się do góry nogami wraz z pojawieniem się Ani. Pięcioletnia dziewczynka to spełniona obietnica, którą Hanka złożyła swojej jedynej przyjaciółce, Ewie, wspierając ją w walce z podstępną chorobą. Wtedy jeszcze nie wierzyła, że mogą przegrać i wypowiedziała to zdanie z niezachwianą pewnością, że im się uda; Ewa wyzdrowieje, a Hanka wróci do swojego życia, nad którym panuje. Życie jednak napisało inny scenariusz i kobieta musi się zmierzyć z czymś, co do tej pory było dla niej całkowitą abstrakcją; bo co innego pobyć z małą dziewczynką raz na jakiś czas; a co innego mieć ją przy sobie na codzień i pamiętać o tysiącach drobiazgów, które dla Hanki są kompletnie obce i z którymi nie do końca potrafi sobie poradzić. Nie ułatwia tego również milcząca ściana, którą zagubiona w nowej i niezrozumiałej rzeczywistości Ania, wzniosła między nimi. Hanka po kilku próbach odpuszcza, rezygnując z wszelkich prób dotarcia do Ani i po prostu bierze na siebie każdy kolejny dzień i stara się dotrwać do zmroku, który przynosi chwilowe ukojenie. Do tego jej i tak pogmatwane życie komplikuje jeszcze Łukasz, nowy kolega z pracy, który stara się pokazać Hance, że bliskość nie musi ranić... 
"Poduszka w różowe słonie" zaciekawia Czytelnika od pierwszego zdania, a potem strona po stronie prowadzi przez wciągający świat Hanki, jej relacji z ludźmi i uczuć, które jej w tym wszystkim towarzyszą. Zderzymy się z rozterkami dziewczyny, które tak naprawdę są bliskie życiu każdego człowieka. Wraz z Hanką zajrzymy do jej wspomnień, które wyjaśnią wiele jej decyzji i dziwnych zachowań. 
Zachwycił mnie język Joanny M. Chmielewskiej; w swoich pięknych porównaniach i umiejętności uchwycenia szczegółów podobny do języka Hanny Kowalewskiej. Piękne opisy jesieni bardzo obrazowo ukazują tę dynamiczną porę roku, która na naszych oczach przemienia świat - najpierw strojąc go w ciepłe barwy kolorowych liści, a potem ogołacając ze wszystkiego. Joanna M. Chmielewska widzi drobiazgi, które pięknie ubiera w słowa i potrafi zatrzymać Czytelnika w rozpędzonym biegu, zwracając jego uwagę na rzeczy naprawdę ważne, a często zaniedbane. 
Książka jest pełna głębi - zarówno tej literackiej, jak i życiowej; przez co zbyt często podejmowany temat trzydziestoletnich singli nie jest nudny, ani powielony. Zarówno Hanka, jak i Ania przedstawione są bardzo przekonująco; czytając tę książkę czujemy ich skomplikowane emocje, których nie ukrywają. Relacja osoby dorosłej i dziecka opisana jest bardzo sugestywnie i między słowami Czytelnik może wiele z niej wyczytać. 
"Poduszka w różowe słonie" nie jest przyjemnym czytadełkiem, ale lekturą, która niewątpliwie pozostawi w Czytelniku głębokie emocje, dotykając zakamarków duszy, w której często poukrywane są nierozwiązane supły, z którymi; podobnie jak Hanka; nie mamy odwagi się zmierzyć. Jedynym drobiazgiem, który nie pasuje mi zupełnie do książki jest jej okładka, której wybór jest zupełnie niezależny od autora i niestety autor nie ma na nią wpływu, co jest niejednokrotnie z wielką szkodą dla książki. Autor okładki, pan Maciej Sadowski, albo treści książki nie czytał, albo zrozumiał ją po swojemu, bo nastoletnia buzia pokazana na okładce nie kojarzy się Czytelnikowi ani z pięcioletnią Anią, ani z Hanką w żadnym wieku. Okładka, która powinna zachęcać Czytelnika, w tym przypadku jest zupełną porażką, co jednak nie stoi na przeszkodzie, aby z serca i gorąco polecić tę książkę Czytelnikowi w każdym wieku, a pani Joannie M. Chmielewskiej podziękować za mądrość przekazaną w "Poduszce w różowe słonie" i podjęcie trudnych tematów, z którymi nie bała się zmierzyć. Pani Joanno, wiem, że to jest dopiero początek mojej przygody z Panią; a za "Poduszkę..." - dziękuję! 
Monika A. Oleksa 

Joanna M. Chmielewska
 

czwartek, 20 marca 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc. 14

Fot. Marcin Oleksa


W pierwszy wiosenny literacki czwartek zapraszam serdecznie na rozmowę ze mną przeprowadzoną przez Sabinkę w ciekawej formie ABC - KLIK


27 MARCA o godz. 18:00 zapraszam na spotkanie ze mną w POZNANIU, w gościnnych progach Księgarni Zysk i S-ka, ul. Wielka 10 (przy Starym Rynku)



Fot. Marcin Oleksa


Czwartkowe obiady, odc. 14 

Telefon zadzwonił zdecydowanie za wcześnie. Eulalia z trudem otworzyła zapuchnięte powieki i poszukała dłonią awanturującą się komórkę. Nie musiała patrzeć na wyświetlacz, aby wiedzieć, że po drugiej stronie usłyszy Bogusię, którą ciekawość wygnała z łóżka tak wcześnie rano. 
- Halo? - wychrypiała, zastanawiając się, dlaczego nie może wydobyć z siebie głosu, a opuchnięte gardło nie pozwala na artykułowanie słów. 
- No opowiadaj! - głos Bogusi był radosny jak trele słowika o poranku. Czy ona w ogóle potrzebowała snu? Czasami Eulalii wydawało się, że Bogusia jest jak żołnierz - zawsze gotowa i czujna, z instynktem zwiadowcy. 
- Nie rozumiem czego ode mnie żądasz - wyszeptała Eulalia, opadając na poduszkę ze słuchawką przy uchu. 
- Szczegółów żądam! - wysyczała Bogusia. - Szczegółów! Wyszłaś razem ze Strojewskim i tyle cię widziałam. Chcę wiedzieć co robiłaś od momentu wyjścia aż do teraz.
- A ty co, śledztwo prowadzisz? - wścibstwo Bogusi czasami bywało mocno irytujące. - Spałam do teraz. Spałam, a ty mnie obudziłaś!
- Sama spałaś? - Bogusia drążyła coraz głębiej i nie zamierzała odpuścić. 
- No a z kim miałam niby spać? - Eulalia powoli przytomniała, ale nadal musiała szeptać i to ją bardzo denerwowało, bo szeptem nie mogła krzyczeć. Nie mogła nawet podnieść głosu, aby dać Bogusi do zrozumienia, że jej pytania są bardzo nie na miejscu. 
- No... - Bogusi nagle zabrakło słów. - Na pewno nie sama. Z Adamem? 
- Bój się Boga, za kogo ty mnie uważasz? - oburzyła się Eulalia. 
- No, na pewno nie za dziewicę - odpowiedziała natychmiast Bogusia. 
- Chciałam cię poinformować, że mamy z Martą umowę, iż żadnych chłopów na noc sprowadzać nie będziemy i pilnujemy tego, aby się z niej wywiązywać. A poza tym w moim wieku to...
- Co w twoim wieku? - Eulalia usłyszała wyraźne rozdrażnienie w głosie przyjaciółki. - Nie mów mi tylko, że w naszym wieku serce nie może nam już zabić mocniej, bo w to nie uwierzę. I powiem ci więcej, Lalka; nie tylko serce może zabić mocniej, ale nogi nadal miękną w obecności mężczyzny, który wciąż patrzy na ciebie jak na kobietę; i mokro się robi nie powiem gdzie. I nie próbuj mi wmówić, że największe emocje, jakie mnie w tym wieku czekają to w kolejce do lekarza, bo zupełnie się z tobą nie zgadzam, słyszysz? ZUPEŁNIE! 
Eulalia westchnęła. Głowa jej pękała, a krzyki Bogusi tylko jeszcze pogarszały jej i tak nie najlepsze samopoczucie. 
- Czy możemy o tym porozmawiać kiedy indziej? - spytała rozpaczliwym szeptem. 
- Możemy - zgodziła się łaskawie Bogusia, powoli wyciszając wzburzone emocje. - Ale nie myśl sobie, że ci odpuszczę. Opowiesz mi ze szczegółami o tym, jak bardzo byłaś wczoraj niegrzeczna, bo sądząc po tym, co wyrabiałaś na parkiecie... 
Eulalia jęknęła. 
- Nie kończ już, proszę. Miej nade mną trochę litości przez wzgląd na wieloletnią przyjaźń. 
Bogusia westchnęła i z niechęcią, która Eulalia usłyszała w tym westchnieniu, rozłączyła się. 
W pokoju zapanowała błogosławiona cisza, w której słychać było przesuwające się po tarczy zegara wskazówki i ich tykanie. Eulalia zamknęła oczy, ale wiedziała, że i tak już nie zaśnie. Telefon Bogusi całkowicie ją rozbudził. Pomimo zmęczenia przetańczoną i prześpiewaną nocą, trzeźwość umysłu Eulalii rozbudziła się razem z nią. Nie umiała ukryć zdumienia, które ogarnęło ją na widok Adama Strojewskiego. Nie potrafiła tez zrobić nic, aby oprzeć się jego magnetyzującemu spojrzeniu, które przyciągało Eulalię do niego jak ćmę światło. Nie pamiętała, czy w ogóle z nim rozmawiała, ale pamiętała doskonale jego dotyk, który parzył i to, że nie wypuścił jej z objęć aż do końca ostatniej piosenki. Po skończonym balu odwiózł ją do domu i pożegnał przed samą klatką pocałunkiem w dłoń, od którego Eulalii zakręciło się w głowie. Teraz też tej głowy nie umiała uspokoić, ale szumiało w niej bynajmniej nie od pocałunków Adama Strojewskiego, ale od nadmiaru alkoholu, z którym przesadziła. Jeden kieliszek za dużo nigdy nie wychodził jej na zdrowie. Szkoda, że nie pamiętała o tym w sobotę.
Eulalia wiedziała, że przespanie całego dnia niewiele zmieni, więc chcąc czy nie chcąc, zwlekła się z łóżka z postanowieniem, że następnym razem będzie dużo mądrzejsza i świadoma tego, co robi i w czyich ramionach spędza wieczór, choćby ostatkowy.  cdn...
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

   
  

niedziela, 16 marca 2014

Powołanie

Fot. Marcin Oleksa


Rzadko używamy tego słowa i na codzień nie kojarzymy go ze swoim życiem. Najczęściej zamykamy to słowo za ciężkimi drzwiami kościołów, wiążąc je głownie z powołaniem kapłańskim; czasami używamy go w kontekście lekarzy czy nauczycieli mówiąc, że są ludźmi z powołaniem, lub zupełnie odwrotnie - że tego powołania w nich zabrakło, a pozostał jedynie sposób na życie. Używamy sformułowania, że ktoś się minął z powołaniem; ale nie zdajemy sobie sprawy z tego, że życie każdego z nas jest powołaniem. Powołaniem do Miłości. 
Różnimy się od siebie charakterem, zdolnościami, wyglądem, umiejętnościami. Wykonujemy różne zawody i każdy z nas ma swoje własne obowiązki, które wyznaczają codzienność. Nie ma dwóch jednakowych osób, nawet w tej samej rodzinie. Każdy z nas jest inny i każdy na swój sposób wyjątkowy. Niepowtarzalny. Dzielimy się na umysły ścisłe i te, którym nauki ścisłe są zupełnie obce. Mamy inne oczekiwania, marzenia i plany; ale jeden szczegół łączy wszystkich ludzi - miłość, głęboko wpisana w nasze serca. Pragnienie jej doświadczenia i dotknięcia, ale również pragnienie obdarowywania nią, do czego każdy z nas jest powołany. Nie - zobowiązany przepisami prawa lub regulacjami wewnętrznymi; ale właśnie powołany, od samego momentu naszego stworzenia i przyjścia na świat.
Łatwo kochać tych, którzy potrafią tę miłość odwzajemnić. Potrafimy kochać ludzi miłych i pełnych wdzięczności; okazujemy miłość naszym bliskim i przyjaciołom. Czy jesteśmy jednak w stanie  kochać człowieka, który nie chce lub nie potrafi tej miłości docenić? Przyjąć? Oddać podwojonej? Umiemy kochać dzieci za ich naturalną spontaniczność, uściski i pocałunki, których się nie wstydzą i za słowa, które wypowiadają, czując po prostu potrzebę obdarowania kogoś swoim dziecięcym serduszkiem pulsującym miłością. Dzieci się jej nie wstydzą i mają w sobie odwagę, aby o niej mówić i ją okazywać. Jesteśmy ich nauczycielami i przewodnikami przez życie; pokazujemy im świat widziany naszymi oczami, a tak trudno nam przystanąć i poobserwować je, wyciągając wnioski, że i one mogą nas czegoś nauczyć, póki jeszcze nie zepsuł ich do końca rozpędzony świat, stawiający na młodość, zewnętrzne piękno, doskonałość, dyspozycyjność i przydatność. Dzieci kochają spontanicznie i spontanicznie uśmiechają się do ludzi mijanych na ulicy. My już mamy z tym większy problem, bo przez dorosłe lata naszego życia owijamy nasze serca wełnianymi szalikami z obawy przed zimnem, zapominając, że tylko człowiek może je ogrzać. Bywa i tak, że to serce oplątujemy kolczastym drutem, aby odstraszyć tych, którzy mogliby podejść za blisko. Czy dzisiejszy, współczesny i tak bardzo nowoczesny świat potrafi jeszcze kochać? Tak po prostu, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian; bez prowadzenia bilansu zysków i strat; czasami pomimo; czasami wtedy, gdy brakuje już sił i cierpliwości, ale pozostaje uczucie dużo silniejsze niż ludzka bezsilność czy uprzedzenia - miłość, która leczy. Nie tego, kogo nią obdarowuję, ale mnie samego. Leczy mnie z egoizmu; zapatrzenia w siebie i w mój własny kawałek świata; leczy z bezduszności, poranienia, żalu i goryczy. Umacnia w podjętej drodze, daje siłę i pozwala człowiekowi przekraczać granice włsnych możliwości. Odmienia i sprawia, że można odetchnąć głęboko, bez ciężaru, który zalegał w sercu jak skamielina, w której zastygły żywe kiedyś uczucia. 
Miłość - żywa i obecna w sercu każdego człowieka, ale bardzo często tam uwięziona. Uśpiona. Przygnieciona ciężarami, które ludzie sami na siebie nakładają. Łagodna i potrafiąca dostrzec wewnętrzne bogactwo i piękno w każdym spotkanym człowieku. 
Jesteśmy do niej powołani. Bez względu na to, ile mamy lat i doświadczeń za nami. Bez względu na to, ile posiadamy i czego nam brakuje. Jesteśmy powołani do miłości, która potrafi uszanować godność każdego człowieka; wlać w jego serce przyniesioną przez nas nadzieję i być obok wtedy, gdy wszyscy inni poodchodzili. Powołani do miłości, która trwa pomimo wszystko i która pragnie, by się nią dzielono. Każdego dnia. 
Monika A. Oleksa  

fot. Marcin Oleksa
   

wtorek, 11 marca 2014

Między miłością a cierpieniem

Fot. Marcin Oleksa


"Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne... 

Tylko dziś jest twoje." bł. Jan Paweł II


Oswajam miejsca, których oswoić się nie da. Wypełniam słowami ciszę, próbując zbudować z nich świat dźwięków, które dają poczucie bezpieczeństwa i sprawiają, że cisza nie boli ani nie przeraża. W obcej, szpitalnej przestrzeni staram się ofiarować choć odrobinę normalności i uszanować godność człowieka, który jest wszystkiego świadomy, a nie jest w stanie nawet sięgnąć po kubek z wodą, czy utrzymać ten kubek w ręce.
Niemoc. Mierzę się z nią spojrzeniem, ale ona nic sobie z tego nie robi. Nie odpuszcza. Drwi z bezsilnej woli człowieka i przerażonej świadomości, która chce - a nie może; ze wszystkiego zdaje sobie sprawę, a mimo to wciąż zadaje pytanie: Dlaczego? Dlaczego nie mogę ruszyć ręką? Dlaczego nie mogę usiąść? Dlaczego nie potrafię wykonać tak prostej czynności jak przekręcenie się na bok, czy samodzielne zjedzenie czegokolwiek? Dlaczego...
Szpitalna sala wypełniona jest cierpieniem. Biernym poddaniem się rzeczywistości, przeciwko której wszystko się buntuje. A jednak, pomimo tego buntu i łez spływających cichutko po pomarszczonych policzkach, człowiek bierze ten krzyż na swoje ramiona i niesie go, bo nic innego zrobić nie jest w stanie.
Ze znajomej ramki fotografii przyniesionej z domu, patrzą roześmiane oczy moich synów. Prawnuki, które wypełniły światłem samotność i sprawiły, że lata starości, która nadeszła bez pytania, złagodziła dziecięca radość życia i drobne sprawy dziecięcego świata, obecne na codzień w życiu mojej Babci. Drżąca, lewa ręka gładzi zimne szkło fotografii, a biedne serce rozgrzewa się od miłości, która jest obecna nawet w tej bezosobowej sali. Moje imię w ustach Babci brzmi tak samo jak od lat. Zawsze je zdrabnia i chyba wciąż widzi we mnie tę małą dziewczynkę, którą dawno temu otoczyła swoją miłością. Powtarzalność. Gestów; zabiegów; pewnych zachowań i zdarzeń. Jest znajoma i sprawia, że człowiek czuje się z nią bezpieczniej. Spokojniej. Zupełnie jak dziecko, które dobrze się czuje z regularnością i powtarzalnością czynności w ciągu dnia. Każdy poranek to moja obecność. Nasz rytuał przedpołudniowej "pogawędki" i wspólnie wypitej - kiedyś kawy- dziś łyczka wody, podawanej przez słomkę. Potem toaleta, koniecznie z lusterkiem, grzebykiem i kremem do twarzy. W międzyczasie mniej lub bardziej skuteczne próby przełknięcia czegokolwiek - gotowane jabłko, jeszcze ciepłe; waniliowy serek, który ma smak i nie jest tylko papką podtrzymującą funkcje życiowe; banan; czerwony barszczyk, ugotowany  w domu, który Babcia bardzo lubi. Każdy przełknięty kęs to wielki sukces dla nas obu. Każdy moment zapomnienia o bólu to nasza mała wygrana z cierpieniem, niedołęstwem, uwięzieniem, poddaniem się. Walczymy, chociaż ja już mam świadomość, że nigdy nie będzie tak jak jeszcze tydzień temu; Babcia natomiast nie przyjmuje tego do wiadomości. Pamięta moment, gdy mogła wszystko - usiąść, wstać, umyć się, zjeść, usłyszeć, odebrać telefon, otworzyć drzwi. Jedna chwila, jeden krok i jeden upadek zmieniły całą rzeczywistość w obcy, nieprzyjazny świat, którego nie poznaje i nie dopuszcza. Potrzeba dużo cierpliwości, wytrwałości i miłości, aby codziennie przynosić uśmiech, nadzieję i poczucie, że człowiek nie jest na tym świecie sam, pomimo starości, niemocy i niedołęstwa. Ta miłość wpleciona w cierpienie, przemienia wszystko. Nam obu daje siłę i sprawia, że nie wybiegamy myślami w przyszłość. "Dość ma dzień swojej biedy." Mt 6,34  Tu i teraz w tej chwili jest najważniejsze. Ten dzisiejszy dzień, który należy do mnie i na który w jakiś sposób mam wpływ. Jutro... nadejdzie wraz z porankiem. Być może słonecznym; być może zachmurzonym. Jeszcze mroźnym, ale z obietnicą ciepła w ciągu dnia ogrzanego słońcem. 
Ja też ogrzewam tę zimną atmosferę szpitala i jestem tuż obok, bo tylko tyle mogę zrobić. Trwać i kochać, mówiąc o tej miłości bez słów. Moje osobiste rekolekcje... rozpoczęły się dokładnie w Środę Popielcową. Wytrwam, bo wiem, że nie jestem sama. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
   
 

sobota, 8 marca 2014

Piękno jest w Tobie

Fot. Marcin Oleksa


"W każdym z nas ukryte są niewidzialne nuty. 
Odkryj je i zagraj najpiękniejszą melodię świata. 
Twoją melodię." Renata Bocian

Kobieta. Nieprzewidywalna nawet dla samej siebie. Skomplikowana i często sama zagubiona we własnych emocjach. Zagadka trudna do rozwiązania dla każdego mężczyzny. Fizycznie i siłowo słaba, a jednak potrafiąca przenieść góry i podtrzymać je na swoich ramionach. Złożona z uczuć, które potrafi nazwać. Tajemnicza, bo nie ujawnia wszystkiego i pozostawia sobie cząsteczkę prywatności, która jest tylko jej i której nie podzieli z nikim. Każdego dnia inna, często humorzasta, lecz nikt tak jak ona nie potrafi ukoić, uspokoić, ugłaskać, złagodzić. Wzburzone emocje. Napiętą sytuację. Wojowniczy testosteron. Umiejętnie używa swojej broni i potrafi zachować ją na długo. Łagodna. Delikatna. Wrażliwa. We wszystkim chce być doskonała i nie daje sobie prawa do porażki. W jednym małym sercu potrafi zmieścić tak wiele i tak wiele osób obdarować sobą. Logistyk i strateg, a jednocześnie puch, do którego można się przytulić i który ogrzewa. 
Kobieta. Czy patrząc w lustro i licząc niedoskonałości swojego ciała, zdajesz sobie sprawę z tego, jak jesteś piękna? I zupełnie nieważne jest to, ile masz za sobą przeżytych lat i jak wiele trudnych momentów życie wyrzeźbiło na twojej twarzy. Jesteś piękna, bo taka zostałaś stworzona w zamyśle Bożym. Doskonała, pomimo naszego wiecznego niezadowolenia, że tu za dużo, tam za mało; pomimo niteczek i linijek pojawiających się jak nieproszeni goście na naszych twarzach i pomimo, być może, ociężałości kroków, które nie niosą już tak lekko jak kiedyś. Wciąż jednak jesteś kobietą, a Twoje imię ma w sobie melodię, którą tylko Ty potrafisz zagrać najpiękniej na świecie. Nie pozwól aby zgorzknienie, które często oplątuje serce i wykrzywia kąciki ust do dołu, przesłoniło Ci radość jaką każdego dnia chce obdarować nas świat. Wyciągnij ręce po to, czego nie możesz w nich zamknąć, ale co możesz dotknąć i spróbować. Uśmiechnij się sama do siebie, bo uśmiech naprawdę odmienia - zarówno tych, którzy są wokół Ciebie, jak i Ciebie samą. Uwierz, że jesteś wyjątkowa i że pomimo tego jak wielki żal nosisz w sercu dla ludzi, którzy Cię zawiedli, w Twoim życiu jest choć jedna osoba, dla której jesteś WAŻNA. Może tego nie czujesz w taki sposób, w jaki byś chciała, ale uwierz mi - tak jest. W życiu każdej z nas jest ktoś, kto o nas myśli, wspiera i kto nam błogosławi; tylko nie zawsze jesteśmy w stanie to dostrzec, oczekując dużo więcej lub zupełnie czego innego, a nie doceniając prostych gestów i okruchów miłości, która jest cicha i skromna, i nie zawsze chce się rzucać w oczy, bo nie jest na pokaz. Ona po prostu jest, a my bardzo często umiemy ją dostrzec i docenić dopiero w najtrudniejszych momentach życia.
Dziś przyszedł czas, abym i ja zdała swój egzamin. Egzamin z Miłości do człowieka uwięzionego w ciele, które odmówiło współpracy i posłuszeństwa. Miłości do kobiety, która jest Epoką w moim życiu. To ona uczyła mnie kobiecości i tego, jak do końca dbać o siebie dla samej siebie. To ona mnie kształtowała, ubierała, rozpieszczała i była dumna z tego, kim jestem. Moja Babcia. Kobieta. Jeszcze kilka dni temu samodzielna, dziś tylko lewa ręka potrafi wykonać polecenia przesyłane przez mózg. Reszta ciała zbuntowała się po udarze, który przyszedł niespodziewanie jak złodziej. Zabrał sprawność i radość życia, zostawił pamięć i świadomość. I ból złamanego przez upadek biodra. Gdy patrzę na nią, bezbronną i zagubioną jak dziecko, szukającą mojej twarzy, która kojarzy się z bezpieczeństwem, widzę w tym skurczonym i bezwładnym ciele kobietę, która mnie przez to życie prowadziła. Prosi mnie o lusterko i grzebień, który próbuje utrzymać w sprawnej, ale słabej ręce i do końca chce się czuć kobietą świadomą swojej wartości. Jej melodia wygrywa swoje nuty cichutko, ale dla mnie jest jedną z najpiękniejszych utworów, za który do końca swojego życia będę wdzięczna. Potrzebuję tylko siły, aby to wszystko unieść...
Cudowna Kobieto, życzę Ci, abyś umiała wsłuchać się w swoją melodię i nigdy nie zapomniała o tym, że kobietą jesteś każdego dnia, a prawdziwe piękno jest w Tobie, a nie w tym co na zewnątrz. 
Bo "jakże piękny jest człowiek, gdy jest człowiekiem", prawda? 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Oleksa
   

wtorek, 4 marca 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: The Beatles



"Wczoraj
Wszystkie moje problemy wydawały się tak daleko
Dziś wydaje się, jakby były tutaj i zamierzały pozostać
Wierzę we wczoraj...
Nagle
Nie jestem nawet w połowie takim człowiekiem, jakim byłem
Jakiś cień wisi nad emną
O, wczoraj nadeszło niespodziewanie..." 

Piosenka, którą zna każdy, bez względu na to z jakiego pokolenia pochodzi. Pięknie wyśpiewana opowieść o nieszczęśliwej miłości, nagrana przez grupę The Beatles w 1965 roku do albumu "Help!". Napisana i wykonana przez Paula McCartney'a tak wiele lat temu, wciąż pozostaje popularna, pomimo zmieniających się trendów i gustów muzycznych, podobnie jak nieśmiertelne hity: "Yellow submarine", "Hey Jude", "Let it be", 'Oh! Darling!", "I need you" i wiele, wiele innych. 
Grupa The Beatles, którą kochały miliony fanów na całym świecie i której fenomen do dziś pozostaje zagadką, pozostawiła po sobie niezatarty muzyczny ślad i nieśmiertelne przeboje, do których lubimy wracać. Doskonale napisaną biografię niezapomnianej grupy The Beatles możemy przeczytać w wydanej niedawno książce Huntera Davies'a. Dziś, we wtorkowych spotkaniach kulturalnych, zapraszam w gościnne progi Michała, który z wielkim zainteresowaniem przeczytał tę książkę i zrecenzował tak, że nabrałam na nią ochoty:) Wielkiej! 

"The Beatles - o tym zespole słyszał niemalże każdy. Chłopcy z Liverpoolu porywali cały świat takimi piosenkami jak "Yesterday", czy "Hey Jude". Ja sam jestem ich ogromnym fanem i nie mogłem się obejść bez okazji przeczytania biografii, autorstwa Huntera Daviesa. Tak jak w przypadku książki "Queen. Nieznana historia", autor ten to nie jest najzwyklejszy fan, kierowca autobusu, którym raz jechał John Lennon, czy też hotelowa sprzątaczka posiadająca ręcznik do rąk Paula McCartneya. Davies to jedyny autoryzowany biograf Beatlesów. Zebrał wszystkie notatki i wywiady, które w całości prezentują się jako niezwykła historia, dzieło sztuki.

W latach 1967 - 1968 Hunter Davies spędził osiemnaście miesięcy z Beatlesami, którzy wówczas definiowali gusta nowej generacji i tworzyli podstawy współczesnej muzyki popularnej. To on, jako ich jedyny autoryzowany biograf miał nieograniczony dostęp nie tylko do Johna, Paula, George'a i Ringo, ale również do ich przyjaciół, rodzin i znajomych. Podczas współpracy z zespołem zebrał pokaźnie bogactwo materiałów - często intymnych i odsłaniających nieznane dotąd fakty. To czyni z tej książki biografię - matkę, na której pozostali biografowie opierają swoje własne teksty... czytaj dalej"

Monika i Michał Oleksa

 

niedziela, 2 marca 2014

Odgłosy domu

Fot. Marcin Oleksa


Pod moją wanną mieszka krokodyl. Jest z nami już tyle lat, że zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i przyzwyczaić do odgłosów bulgotania, które wydaje, gdy woda z wanny ucieka do odpływu, a potem biegnie przez rury powodując wielką aktywność naszego krokodyla. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że jest to pani krokodylowa, bo mój synek po wieczornej kąpieli usłyszał małego krokodylka. Prawdopodobnie mamy więc pod wanną całą rodzinę:) 
Krokodyla wymyślił Miłosz. Dzieci boją się nieznanych i niepokojących dźwięków, szczególnie gdy przebywają same w jakimś pomieszczeniu. Aby złagodzić ten strach, oswajają przerażające dla nich odgłosy; podobnie jak my, kobiety, oswajamy przestrzeń wokół siebie. Nazywając coś nieznajomego i identyfikując to po swojemu, zarówno dzieci jak i my, dorośli; czujemy się z tym pewniej. Krokodyl pod wanną jest zdecydowanie mniej przerażający niż nieznane bulgotanie z rur, które może być wszystkim - potworem, którego podsuwa bogata wyobraźnia dziecka; skrzydlatym smokiem; złośliwym trollem czy pająkiem gigantem, który zdecydowanie nie jest przyjacielem dziecka. Ani kobiety:) Oswojony krokodyl, którego da się nazwać po imieniu sprawia, że czujemy się w jego obecności bezpiecznie, a strach zamyka wielkie oczy i zasypia. 
We własnym domu, wypełnionym pozorną ciszą, czujemy się bezpiecznie, podobnie jak mój synek w łazience, bo potrafimy nazwać każdy dźwięk, który nas otacza. Gorzej jest w obcych miejscach, z którymi zostajemy sam na sam. Pamiętam jak wiele lat temu opiekowałam się mieszkaniem mojej cioci i wujka podczas ich wakacyjnej nieobecności. Dźwięki obcego domu, który bez bliskich ludzi tuż obok, nagle stał się wrogi i niechętny do przyjęcia kogokolwiek, nie pozwalały mi zasnąć w nocy. Ciemność przerażała, bo za dużo w niej widziałam i za dużo słyszałam w odgłosach, których nie umiałam zidentyfikować. Dom, który zawsze witał mnie ciepłem bliskich osób i przyjmował z radością, nagle zaczął na mnie warczeć, jakby chciał mi uświadomić, że nie należę do tego miejsca i jestem tu intruzem. Do dziś pamiętam ten strach, który towarzyszył mi każdej nadchodzącej nocy, kiedy sen nie nadchodził, a ja zaciskałam mocno powieki udając, że mnie tam nie ma. 
Podobny strach towarzyszy nam przed każdym nowym doświadczeniem, którego nie znamy i po którym nie wiemy, czego oczekiwać. Życie nieustannie stawia przed nami wyzwania, z którymi chcąc czy nie chcąc, musimy się zmierzyć. Każda nowa i nieznana sytuacja powoduje strach, bo nie wiemy, czego się po niej spodziewać. Boimy się tego, jak to będzie i czy sobie z tym poradzimy. Czasami strach przed nowym jest tak wielki, że tracimy szanse, które podsuwa nam życie. Nie wykorzystujemy ich, bo się ich boimy. Boimy się odrzucenia; porażki; ośmieszenia. Boimy się niepowodzenia; tego, że nasz uporządkowany świat wywróci się do góry nogami, a my stracimy pewność powtarzalności i przewidywalności zdarzeń, nad którymi lubimy mieć kontrolę. A przecież nowe nie musi oznaczać złe. Poza tym mamy wolną wolę i prawo wyboru, dzięki czemu możemy podjąć wyzwanie, lub z niego zrezygnować, jeśli nie czujemy się na siłach je unieść. Jeśli nawet coś obejdziemy, bojąc się podejść do tego zbyt blisko, życie i tak nas obdaruje kolejną niespodzianką, mniej lub bardziej pożądaną, nieoczekiwaną, nową. Warto wyciągnąć po nią rękę, bo nigdy nie wiadomo co, lub kogo znajdziemy po drugiej stronie. Jeśli tylko damy się poprowadzić życiu i zawierzymy swojemu sercu i intuicji, czasami wbrew rozsądkowi, pokonując strach, który nam towarzyszy; możemy zostać obdarowani czymś niepowtarzalnym. warto więc w każdym nowym wyzwaniu i doświadczeniu dostrzec krokodyla, którego udomowimy i pamiętać, że strach przed tym, czego się boimy jest silniejszy niż sama sytuacja, która nas przeraża. Wskazówka doskonałości: "To, czego się boisz jest mocniejsze od ciebie, w przeciwnym razie nie obawiałbyś się tego. Czyń więc zawsze to, czego się boisz." 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Oleksa