czwartek, 29 maja 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc.20

Fot. Marcin Piotr Oleksa


- No, ja przecież jestem stworzona do takiego życia! - Eulalia leżała na brzuchu, oddając swój zmęczony życiem kręgosłup i spięty kark w silne ręce masażysty. Bogusia, która odpoczywała na specjalnym fotelu z brunatną maseczką na twarzy, uniosła plasterek ogórka spoczywający na jej oczach i leniwie otworzyła jedną powiekę. 
- W takich rękach też bym się czuła jak w niebie - rzuciła mimochodem, zatrzymując na chwilę spojrzenie jednego oka na zgrabnych pośladkach młodego masażysty. 
 - Miałaś już swoje pięć minut, więc teraz pozwól mi zażyć tej odrobiny luksusu - stęknęła Eulalia, gdy masażysta zdecydowanym ruchem nadusił węzeł blokujący jej spięty kark. - A nie można tak troszkę delikatniej?
- Strasznie pani zaniedbała ten kręgosłup. Przepraszam, ale musi trochę poboleć - odpowiedział uprzejmie mężczyzna. 
- Gdybyś była o trzydzieści lat młodsza, pan z pewnością muskałby twoje ciało delikatniej - dorzuciła Bogusia, próbując rozciągnąć usta w czymś, co miało przypominać uśmiech. Utrudniała jej to jednak zastygła skorupa na twarzy, która w cudowny sposób regenerowała i dotleniała jej skórę.
Nie otwierając oczu usłyszała jak masażysta roześmiał się.
- Nie wiesz dlaczego Jadzia nie dała się namówić na taki masaż? - spytała, zastanawiając się, czy ta sztywność na twarzy już jej tak zostanie, czy minie wraz ze zmyciem lub zdrapaniem maseczki.
- Nie... mam... pojęcia - wyjęczała Eulalia zastanawiając się, czy ten masaż był rzeczywiście dobrym pomysłem i jak ona będzie się czuła jutro. Czy aby na tyle dobrze, aby samodzielnie wstać z łóżka?
- Myślisz, że ona nikomu, oprócz Władka, swoich wdzięków nie pokazywała? - dociekała Bogusia. 
- Lekarzowi pokazywała - odsapnęła Eulalia.
- Drogie panie, zaczyna mnie krępować ta rozmowa - masażysta chrząknął znacząco.
- Drogi panie, jeśli taka rozmowa pana krępuje, to niewiele pan jeszcze słyszał - odpowiedziała Bogusia, unosząc oba plasterki ogórka i podnosząc się w stronę mężczyzny. Niepewny wyraz jego twarzy uświadomił jej jednak, że nie powinna się raczej pokazywać, zwłaszcza młodemu mężczyźnie, z czymś takim na twarzy, więc grzecznie położyła się z powrotem, a plasterki powróciły na swoje miejsce. 
- Powinna pani pouprawiać pilates; to pomoże na bóle kręgosłupa i wzmocni mięśnie - młody człowiek pochylił się nad Eulalią i nieco delikatniej rozmasował jej obolałe plecy. - Ja już pani dziękuję, za chwilę zajmie się panią koleżanka. Miłego wieczoru życzę szanownym paniom.
- Dziękuję - odpowiedziała Eulalia, próbując odetchnąć pełną piersią, a Bogusia dorzuciła: 
- Wzajemnie - i poczuła, że nie wypowie już ani słowa więcej, dopóki ta gliniana skorupa nie odpadnie i nie uwolni jej mimiki, za którą zaczynała już tęsknić. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

 Helena siedziała wygodnie rozparta na fotelu kosmetycznym, oddając swoje stopy w ręce masażystki, która poprzez refleksoterapię starała się przywrócić równowagę całego organizmu na stopach. Helena czuła się wyjątkowo. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz ktoś tak bardzo ją dopieścił. I chociaż zarówno Henryk, jak i synowie uśmiechali się pobłażliwie kiedy im zakomunikowała, że wybiera się do spa; Helena ani przez chwilę nie żałowała tej decyzji. Czuła się po prostu wspaniale. Jej nawilżona i dobrze odżywiona skóra nabrała blasku, a Helena patrząc w lustro doszła do wniosku, że podoba się sama sobie. A to już było coś. 
- Refleksologia nie jest magią - odezwała się uśmiechnięta, zadbana kobieta, która dopieszczała stopy Heleny. - Proszę sobie wyobrazić, że stopa to taka mapa całego organizmu. Na niej rozmieszczone są  miejsca zwane refleksami, które w odpowiedni sposób uciskane regenerują nasz organizm, oczyszczają go z toksyn i komunikują, gdzie jest problem. Dzięki temu pacjent wie, do jakiego lekarza specjalisty się zgłosić. 
Helena słuchała jak zafascynowana, a jej stopy w rękach tej eleganckiej kobiety nabrały nowego życia. 
- Nasze stopy są jak korzenie drzewa - gdy korzenie uschną, drzewo nie przetrwa. Stanie się martwe. Zabieg refleksologii przywraca równowagę całego organizmu, ale aby był skuteczny, musi być regularnie powtarzany. Proszę sobie wyobrazić, że masaż stóp, zwany właśnie refleksologią, pomaga pozbyć się zmęczenia, łagodzi bóle głowy i kręgosłupa, poprawia krążenie krwi i przepływ impulsów nerwowych, gwarantując tym utrzymanie zdrowia i prawidłowego funkcjonowania organizmu. Pomaga również zlikwidować ból, uruchamiając naturalne systemy obronne organizmu. Odblokowuje zatoki, z którymi wiele dzieci i młodzieży ma problemy. Łagodzi również bóle artretyczne i reumatyczne.
- I to wszystko można osiągnąć poprzez takie masowanie i uciskanie stóp? - Helena pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Owszem, ale jak już wspomniałam, zabieg powinien być wykonywany regularnie - odpowiedziała pani refleksolożka, uśmiechając się do Heleny. Miała bardzo miły i szczery uśmiech, który od razu budził do niej sympatię. - My kobiety - ciągnęła - przez całe życie zabiegamy o to, aby wyglądać ładnie i atrakcyjnie. Biegamy do kosmetyczki, do fryzjera, kupujemy nowe sukienki i szpilki, które, nota bene, robią więcej krzywdy niż dobrego, a swoje stopy zupełnie zaniedbujemy. Lekceważymy odciski i ból, nosimy źle dopasowane obuwie i same siebie skazujemy nie tylko na złe samopoczucie, ale i zmiany, które często, z biegiem lat, są już nieodwracalne. Przez stały ucisk na jakąś część stopy powodujemy zmiany w danym organie, za jaki ten konkretny punkt na stopie odpowiada. Dlatego tak ważne jest rozmasowywanie tego i powierzenie również swoich stóp, jakiekolwiek by one nie były, w ręce specjalisty. Proszę uważać, teraz trochę zaboli - powiedziała masażystka i ucisnęła mocniej stopę, a Helena zawołała "au!" i złapała się za bok.
- Co to było? - spytała, czując jeszcze specyficzny ból w stopie. 
- Jajniki. Na naszych stopach naprawdę jest każdy organ, proszę mi wierzyć; a refleksologia to fascynująca rzecz, nie mająca bynajmniej nic wspólnego z czarami. Proszę sobie kupić lawendowy krem do stóp i potraktować je z większą miłością, bo są naprawdę ważne - kobieta popatrzyła ciepło na Helenę i uśmiechnęła się. - A teraz panią trochę zrelaksuję na koniec. Tę część moje pacjentki lubią najbardziej, z aromatycznym olejkiem i muzyką relaksacyjną w tle. 
Po trzech minutach delikatnych muśnięć Helena poczuła, że świat pięknieje, a ona sama odpływa. Zamknęła oczy i wsłuchała się w szum morza...

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Jadzia leżała w czymś, co przypominało tubę. Jej ciało, obłożone okładem borowinowym i sztywno okręcone płótnem, miało się odżywiać, nawilżać i dotleniać, a odpowiednia temperatura tuby miała temu dodatkowo sprzyjać. Kosmetyczka zostawiła Jadzię samą w pokoju zabiegowym, włączając jej relaksującą, spokojną muzykę, która miała wyciszyć niepokoje i pozwolić odpocząć ciału i duchowi. Jadzia jednakże nie potrafiła się wyciszyć i zrelaksować w czymś, co przypominało trumnę. Ciasno owinięta płóciennym materiałem czuła się jak mumia, i w żaden sposób nie umiała się pozbyć sprzed oczy obrazu egipskiego grobowca, do którego zapraszał ją gościnnie któryś z faraonów.  Do tego powoli zaczęła narastać w niej panika zbyt ciasnego pomieszczenia, w którym Jadzia nigdy nie czuła się komfortowo. 
- Przepraszam - zawołała niepewnie, mając nadzieję, że kobieta, która ją tu wsadziła, znajduje się gdzieś w pobliżu i usłyszy jej wołanie. - Halo, przepraszam! 
Odpowiedział jej tylko śpiewny głos Sade i cisza pustego pokoju. Jadzia wyrzucała sobie, że dała się namówić na ten zabieg borowinowy w czasie gdy jej przyjaciółki poszły na masaż. Wiedziała, że ten zabieg wykonuje kobieta i to ją przekonało. Nie wyobrażała sobie nawet, że jakiś obcy mężczyzna mógłby jej dotykać, nawet jeśli był masażystą. Do tego wizja odżywionego i ujędrnionego ciała bardzo jej się podobała, i tylko dlatego dała się wpakować w to coś, co w tym momencie ją więziło.
- Halo, jest tam ktoś? - spróbowała raz jeszcze, czując falę gorąca, która wspinała się od stóp i wędrowała poprzez całe ciało w stronę purpurowych policzków. - Czy ktoś tu może przyjść? 
Odpowiedziała jej tylko Sade. 
Jadzia poczuła, jak zaczyna ogarniać ją atak paniki. Gorąco podpełzło już pod samą szyję i dusiło. Jadzi zaczęło brakować tchu.
- Ratunku! - krzyknęła, tym razem bardziej zdesperowana. - Niech mi ktoś pomoże, ratunku! Niech mnie ktoś uwolni!
Owinięte płótnem ręce i nogi nie mogły jej pomóc, więc Jadzia wiła się jak wąż, próbując wyswobodzić się z ciasnego materiału. Wykonując te dziwne ruchy obijała się o tubę, która wydawała głuche dźwięki, wprawiając tym Jadzię w irytację i podsuwając jej obrazy pochowanych i przebudzonych. 
- Ratunku! - wrzasnęła ostatkiem sił, czując że jeszcze chwila, i zabraknie jej powietrza. - Ratunku! 
Zamknięte drzwi otworzyły się z impetem, a kosmetyczka, która w nich stanęła, przez kilka sekund nie mogła się poruszyć. Stała z otwartymi szeroko ustami i patrzyła, jak jej klientka w zwinnych ruchach piskorza próbuje się wytoczyć i uciec, pomimo skrępowanych ruchów i obietnic piękna, które Jadzia stanowczo odrzuciła.  cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
Za informacje na temat refleksologii dziękuję Gabrysi Kotas; refleksolożce, która dopieściła moje stopy i pokazała, jak bardzo są ważne i dlaczego warto o nie zadbać.           
          

wtorek, 27 maja 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Literacka kanapa


"Wędrowiec" to opowieść o bezdomnym, który nie jest typowym lumpem. Pozornie zwyczajna historia życia, która dzieli się na "przed" i "po" życiowym zakręcie. Bohater książki wędruje ulicami dużego miasta i obserwuje jego życie. Na trasie wędrówki spotyka ludzi, z którymi jego losy łączą się lub nie, ale których zawsze zauważa. W czasie od świąt Bożego Narodzenia do Wielkanocy (o tym czasie opowiada książka) przechodzi, ku swemu ogromnemu zaskoczeniu, przemianę, którą sam określa jako "obudzenie serca". W niej niewątpliwy udział mają ci, których w swojej wędrówce spotkał.
Tak o swojej najnowszej książce, której premiera już w czerwcu, pisze Basia Smal. Felietonistka, pisarka, pedagog i bardzo ciepły człowiek, a prywatnie moja przyjaciółka, którą życie postawiło na mojej drodze zupełnie nieoczekiwanie. 
Zaprosiłam Basię na moją literacką kanapę, aby przy wspólnej sypanej herbacie i w półmroku oświetlonym ciepłem lampy, porozmawiać o jej najnowszej książce. O Wędrowcu. 

Fot. Marcin Oleksa

"Czterdziestka to nie grzech", "Droga po miłość" (powieść w odcinkach, którą można przeczytać TUTAJ ), i "Wędrowiec". Trzy zupełnie różne książki, które jednak łączy wspólny mianownik - nazwisko autora. Barbara Smal. Co Cię skłoniło do napisania "Wędrowca"? Skąd w ogóle taki pomysł i od jakiej myśli się zaczęło?
Barbara Smal:    Z "Wędrowcem" zaczęło się od tego, że tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2012 roku pojawiło się we mnie pragnienie, żeby na moim blogu (W środku życia) zamieścić oprócz życzeń coś jeszcze. Myśli mi się poślizgnęły w tym kierunku i "zobaczyłam" oczami wyobraźni te nasze święta, przygotowania do nich, przeżywanie ich oczami kogoś z zewnątrz, kto to widzi, ale w tym nie uczestniczy. Dlaczego nie uczestniczy? No właśnie - bo nie ma domu, jest sam i idzie w wigilijny wieczór ulicami miasta obserwując świąteczną krzątaninę. Napisałam opowiadanie pt. "Wędrowiec", które wówczas opublikowałam na blogu, a które w książce stanowi jej początek, pierwszy rozdział.


Czym różniła się praca nad tą książką od pracy nad "Czterdziestką..." czy "Drogą po miłość"? 
Basia Smal:  Zacznę od tego, że żadnej mojej książki nie piszę o sobie. Każdą piszę sobą - tym, jaka jestem. A jestem jak każdy człowiek pełna różności - bogactwa wewnętrznego, które mnie w innych tak bardzo zachwyca.
"Czterdziestkę..." pisałam w 2009 roku. Wtedy tak umiałam, tak właśnie patrzyłam na ludzką kondycję, na to jak reagujemy na nasze życiowe zakręty - mocne chwile, które potrafią wywrócić świat do góry nogami. Poza tym była to moja pierwsza powieść. Nigdy wcześniej nie pisałam beletrystyki. Czułam się jak ktoś, kto stoi na środku dżungli i próbuje wycinać sobie drogę wyjścia z niej. Dlatego w "Czterdziestce..." , w pisaniu jej popełniłam tak wiele błędów, których już się ustrzegłam pisząc dwa lata później "Drogę po miłość" i kolejny rok potem "Wędrowca", czyli nie zakreśliłam sobie ram, nie wtłoczyłam się sama do "klatki", w której jak się okazało zupełnie nie umiem tworzyć. Tą "klatką" w "Czterdziestce..." było określenie celu - tych, do których, a raczej dla których książkę pisałam. No i stąd reszta błędów - sposób w jaki przekazałam to, co chciałam przekazać. W "Drodze..." jest już bardzo mało dialogów. To efekt mojego odnajdowania własnego stylu pisania. W "Wędrowcu" nie ma już ani jednego dialogu. Ta książka jest już w pełni "moja". Pisząc ją myślałam tylko i wyłącznie o tym, co i jak chcę przekazać.
 
Fot. Michał Oleksa
 
"Wędrowiec" porusza niełatwy temat wędrówki człowieka ku samemu sobie. Czy miałaś taki moment, w którym poczułaś, że ta książka pisze się sama i że również Ciebie ma gdzieś doprowadzić? 
Basia Smal:  Każda książka "pisze się sama" i dobrze o tym wiesz :) Wszystko polega na otwieraniu w sobie wewnętrznych drzwi do świata, który zainteresował, zaciekawił. Pisząc, właściwie opisuję to, co "widzę" oczami wyobraźni - usiłuję nadążyć z zapisaniem tego :)
Nie wiedziałam, zresztą tego nigdy nie wiem zaczynając pisać powieść, jak książka się zakończy, dokąd zaprowadzi. Tworząc świat nieistniejący, ten zewnętrzny i ten wewnątrz wymyślonych postaci, idzie się za głosem intuicji, za tym, co podpowiada empatia. A że w miarę pisania pojawiają się nowe wątki, nowe sprawy, to nigdy nie wiadomo dokąd autora to zaprowadzi. To jest właśnie ten brak ram zakreślonych sobie samemu wokół serca i umysłu, który daje szansę na pełną otwartość tak jednego, jak i drugiego.
 
Fot. Marcin Oleksa
 
Kim jest Barbara Smal?
Basia Smal:  Barbara Smal jest sobą :) Nie boję się tego, nigdy się nie bałam, chociaż wiele razy doświadczyłam niezrozumienia przez innych, co czasem rodziło odepchnięcie mnie albo odsunięcie się ode mnie. Przykre, ale dla mnie zrozumiałe - nie można być blisko obok kogoś, kto nie jest z "mojej bajki". Mam parę spraw dobrze przemyślanych. Parę w trakcie zmagania się z nimi i wiele takich, co do których jestem "znakiem zapytania". Nie sądzę bym różniła się tym od kogokolwiek. Poza tym szczerze i naprawdę lubię siebie, co bardzo ułatwia mi sympatię i życzliwość wobec innych. Znam swoje mocne strony i znam słabe. A to daje mi siłę, także w relacjach z innymi. I pozwala otworzyć się na to, by kochać zarówno w rozumieniu "amor" jaki i "caritas". Problemy ze mną mają ci, którzy na siłę próbują nakazać mi, bym była jakaś - zgodna z czyimś oczekiwaniem. Ja już jestem "jakaś" :)
 
Fot. Marcin Oleksa
 
W pracy niemal każdego autora pojawia się niejednokrotnie zastój twórczy podczas pisania książki. Nagromadzenie emocji, czasami brak zgody na kierunek, w którym zmierza książka, a często po prostu zmęczenie powodują, że od pisania trzeba odpocząć, bo żadne sensowne zdanie nie przychodzi do głowy, a pusta kartka straszy. Czy doświadczyłaś tego przy "Wędrowcu"? 
Basia Smal:  Widzę to w ten sposób - pisanie jest aktem twórczym, a ten nie podlega żadnym schematom. Nie wiem czym jest tak zwana "wena twórcza". Wiem, że czasem pisze mi się łatwiej, a czasem trudniej. Kiedy następuje ten drugi moment, wiem że czas na odpoczynek, bo jak rzeźbiarzowi w pewnym momencie zmęczą się mięśnie, tak pisarzowi jego "narzędzie" pracy, czyli serce i umysł. I jest to zupełnie naturalny stan. Nie doświadczyłam nigdy tego, by mnie biała, pusta kartka "straszyła". Wręcz przeciwnie. Lubię wyzwania, dobrze się czuję, gdy mam zapełnić jakąkolwiek pustkę - czy to białej kartki na ekranie laptopa, czy pokoju, który mam urządzić czy czegokolwiek innego. Jednak pisanie - tworzenie świata, który nie istnieje - wymaga dużej koncentracji, skupienia na tym, co czuje mój bohater, co ja czuję w związku z tym, co "widzę" oczami wyobraźni. Po pewnym czasie można się poczuć, a raczej na pewno poczuje się zmęczonym. Bywa i tak, że pójdę w książce w jakimś kierunku i w pewnym momencie czuję, że to jeszcze nie pora albo że nie tędy droga. Zatrzymuję się, daję sobie chwilę oddechu i za jakiś czas odnajduję właściwy rytm.
Myślę natomiast, że jeśli jest moment całkowitego zatrzymania, stagnacji, bezruchu w tworzeniu, to znak, że nie ma sensu brnąć dalej w temat, w tę konkretną książkę. Trzeba sobie dać spokój i nie pisać na siłę. Tworzenie jest jak latanie - skrzydła same niosą.
"Wędrowiec" wymagał ode mnie sporo. Miałam kilka przerw, ale wiedziałam, że bez nich się nie da. To jak z miłością - czasem trzeba dać temu, kogo kocham odpocząć od siebie, czasem muszę odpocząć od niego, ale to nie oznacza, że między nami miłość zamiera. Wraca się z tęsknotą i radością. Takie były moje powroty do "Wędrowca" :)
 
Fot. Marcin Oleksa
 
Każda książka wyczerpuje, szczególnie taka, która podejmuje niełatwe tematy. Jak odpoczywasz po skończonej książce i jak dużo czasu musi upłynąć, zanim zaczniesz kolejną?
Basia Smal:  Moje studia (Basia jest pedagogiem) wyposażyły mnie w różne umiejętności. Także taką, że mam bardzo dobry kontakt ze sobą, z tym, co czuję. Dlatego, gdy jestem zmęczona, a zawsze po zakończeniu pisania powieści jestem, odpoczywam. Nie odstawiam bohatera :) tylko słucham się siebie. Wtedy mój organizm dyktuje mi, co mam robić. Przez jakiś tydzień, półtora więcej śpię. Tak po prostu, samo mi się więcej śpi :) Poza tym zwalniam ze wszystkim, więcej spaceruję dla samego spacerowania, słucham muzyki, którą lubię, spotykam się na kawce ze znajomymi i w ogóle pozwalam sobie na jak największe psychiczne lenistwo. A przede wszystkim nie piszę. Tylko to, co konieczne. I po takiej swoistej terapii, która trwa kilka tygodni - dwa, trzy, miesiąc - zaczyna mi brakować świata fikcji :) Wiem wówczas, że znów mogę pisać. I czekam, aż coś poruszy moje serce do tego stopnia, że stanie się to zaczątkiem kolejnej książki.
 
Fot. Marcin Oleksa
 
Nad czym teraz pracujesz? 
Basia Smal:  Obecnie zapełniam kartki obrazami ze świata małego miasta, w którym pojawił się ktoś, dla kogo ten świat nie jest znany i kto jak na razie czuje się trochę obserwatorem, a nie uczestnikiem tego życia. Wiem już, że pewne spotkanie zaowocuje w tym kimś zmianą i w ogóle zaowocuje :) To książka o przyjaźni i jej sile. O tym, jak bardzo jest potrzebna i jak wiele może - wesprzeć, podnieść, wskazać właściwą drogę i nieść pomoc, by nią iść.
Proszę, dokończ zdania: Lubię ciszę, ale też muzykę, górskie wędrówki, włoskie jedzenie (oprócz pizzy), usłyszeć co ktoś ma do powiedzenia i patrzeć ludziom w oczy :)
Potrzebuję ciepła, także tego płynącego z ludzkich serc.
Spotkanie bywa darem, a zawsze jest czymś znaczącym, czego nigdy nie lekceważę.
Ranek to dla mnie początek, wstęp do dalszej części dnia, jak start samolotu. 
Wieczorem piszę, słucham muzyki, "spotykam się" z bliskimi przez maile, telefon, SMS-y, odpoczywam. 
Czytam  tylko takie książki, które mnie zainteresują.
Potrafię zatrzymać się przy kimś, kto tego potrzebuje. 
 
Fot. Michał Oleksa
 
Dokąd doprowadził Cię "Wędrowiec"?
Basia Smal: "Wędrowiec" utwierdził mnie po raz kolejny w tym, w co wierzę - na nic nigdy nie jest za późno, nie ma rzeczy niemożliwych i to, że najważniejsza w życiu każdego człowieka jest miłość. I to ta miłość, którą się w sobie nosi wobec...
Cały czas, gdy pisałam tę książkę towarzyszył mi wewnętrzny pokój - coś wspaniałego! I on jako dar od "Wędrowca" pozostał we mnie :) Wiem, że bardzo warto robić to, do czego nakłania nas i prowadzi nasze serce. Warto go słuchać. I po prostu warto żyć. Niekoniecznie w określony sposób, w zapamiętany czy wyuczony, który jawi nam się jako ten jedynie właściwy. Każde życie, każde istnienie ma sens tylko i wyłącznie z powodu tego, że jest.
 
Trzy Gracje:)
 
Czy lubisz swojego bohatera? 
Basia Smal:  Odpowiem w taki sposób - bardzo chciałabym, by taki człowiek istniał naprawdę i bym mogła z nim porozmawiać. Myślę, że by mnie zafascynował - ma ciekawą osobowość. Jest silny i mądry, spokojny i dobry - piękny człowiek.
A jak zobaczyłam jego "portret" na okładce książki to... dech mi zaparło z wrażenia! Te niezwykłe, mądre oczy... (na to jaka będzie okładka nie miałam wpływu, więc stąd mój zachwyt).
Tak, lubię Wędrowca. Lubię w nim to, jaki jest.
Basiu, bardzo dziękuję za rozmowę, która była dla mnie wielką ucztą konesera. Z niecierpliwością czekam już na moment, kiedy wezmę do rąk "Wędrowca" i pozwolę się mu poprowadzić... 
Z Barbarą Smal rozmawiała Monika A. Oleksa
 
Fot. Marcin Oleksa
 



sobota, 24 maja 2014

Dziękuję, u mnie maj!

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Co u ciebie?" "Dziękuję, u mnie maj!" 
Maj. Rozpachniony bzem i konwaliami; rozkwiecony; rozkładający pod stopami dywan soczystej zieleni przeplecionej stokrotkami, fiołkami i żółtym mleczem. Maj, który brzmi muzyką rozśpiewanych ptaków, brzęczeniem owadzich skrzydełek i szumem wiosennego deszczu, po którym świat pachnie tym jedynym w swoim rodzaju zapachem budzącego się życia. 
Maj cieszy każdym dniem. Jest nadzieją i nieśmiałym słonecznym uśmiechem, który dużo obiecuje i na który czekamy z tęsknotą po długich zimowych miesiącach. Maj jest prostą radością, którą zamykamy w sercu i pielęgnujemy, aby sięgnąć do niej wtedy, gdy w naszym życiu się zachmurzy, a nad nami zbiorą się burzowe chmury. Maj jest prezentem, który otrzymujemy każdego roku i na który czekamy z niecierpliwością dziecka. Rozpieszcza nas, odurza, zawraca w głowach, budzi uśpione zmysły i maluje świat na kolorowo. Powoduje, że ludzie się uśmiechają - do samych siebie; do siebie nawzajem; do bliskich i do tych zupełnie nieznajomych. Uśmiechają się do maja, który przyprowadził ze sobą Wiosnę, bo wraz z nią nadeszła Nadzieja. Na cokolwiek. Na jakąkolwiek zmianę po zimowym bezruchu; po wczesnowiosennej depresji i po zimowym przesileniu i zniechęceniu, w które wpadamy podczas tych szaro-burych miesięcy pozbawionych słońca. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Maj otwiera okna naszych domów i wchodzi do środka, nawet bez zaproszenia. Wyciąga do nas rękę i zaprasza, abyśmy wyszli poza mury, którymi w czasie zimy się otoczyliśmy. Maj popycha w naszą stronę ludzi, abyśmy mogli się spotkać, wymienić uścisk dłoni i spojrzeć w oczy, zaczynając rozmowę. Maj ukwieca działki, ogrody i balkony, przynosząc piękno w delikatnych płatkach i maleńkich różyczkach kwiatów. Cieszy oczy i wnosi w serce człowieka tęsknotę za drugim człowiekiem. Za jego spojrzeniem, dotykiem i słowem. Za przytuleniem i bliskością. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Maj, nawet burzowo-deszczowy, potrafi cieszyć. Po każdej burzy uśmiecha się do nas słonecznymi promieniami wiosennego słońca, a po każdym deszczu syci oczy pachnącą zielenią. 
Maj splata dłoń kobiety z dłonią mężczyzny i sprawia, że spojrzenie człowieka łagodnieje. Przynosi Mamie słodkie pocałunki, wraz z bukietem majowych kwiatów i uściskiem, często już nieśmiałym, bo bliskość krępuje. Maj sprowadza do pustych gniazd ptaki, które w tych gniazdach zakładają swoje rodziny. Jest poszukiwaniem życia i jego pochwałą. Wielkim dziękczynieniem dla Stwórcy za dzieło, którego dokonał. Pieśnią pochwalną na Jego cześć i prostym zachwyceniem, że nie trzeba wiele, aby życie nabrało barw i ucieszyło. 
Maj przychodzi do Ciebie i tak wiele chce Ci podarować. Czy potrafisz to dostrzec i przyjąć? 
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 

czwartek, 22 maja 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc. 19

fot. Marcin Piotr Oleksa

- Naprawdę musiałyśmy przyjechać aż tutaj, żeby zjeść obiad? - Bogusia spojrzała czujnie na uśmiechniętą Nataszę, która z zainteresowaniem studiowała menu. 
- A co, nie podoba ci się tutaj? - Natasza rozejrzała się po eleganckiej i bardzo klimatycznej restauracji. 
- Owszem, podoba - odpowiedziała Bogusia. - Ale mogłyśmy przecież zjeść obiad u mnie, a nie wydawać majątek na jakieś skomplikowane dania. 
- Lubię skomplikowane dania. - Natasza, podobnie jak jej matka, na wszystko miała zawsze gotową odpowiedź. - A poza tym powiedz mi, kiedy ostatni raz byłaś w Kazimierzu? 
- No... - zająknęła się Bogusia. - Jakiś czas temu.
- Jeśli nie podajesz mi konkretnej daty to znaczy, że było to wieki temu! - Natasza zamknęła kartę i spojrzała wyczekująco na matkę. - Wybrałaś już, czy mam to zrobić za ciebie? 
- Wybierz coś, bo ja bez okularów takich małych literek nie widzę. Tylko żebym wiedziała jak to jeść!
Natasza roześmiała się. 
- Nie obawiaj się, to dobra polska kuchnia. 
- Dobra polska kuchnia to jest u mnie w garnku. - Bogusia zawsze starała się postawić na swoim.
- Znalazłam się w bardzo niezręcznej sytuacji - w oczach Nataszy zamigotały wesołe iskierki. - Cokolwiek bym teraz nie odpowiedziała, będzie źle przyjęte. Jeśli powiem, że obiad tutaj jest lepszy niż ten w twoim garnku, obrazisz się. A jeśli powiem, że żadna potrawa nie dorówna twoim, zadasz mi pytanie co tu robimy i po jaką cholerę cię tutaj przywiozłam. Jak mam ci odpowiedzieć, żebyś dostrzegła sens przyjazdu tutaj?
- Wymyśl coś. Jesteś przecież prawnikiem. - Bogusia po raz pierwszy od przyjazdu do Kazimierza, uśmiechnęła się. 
- Przy tobie to żaden prawnik nie ma szans - odpowiedziała Natasza, dając wzrokiem znać kelnerowi, że są gotowe złożyć zamówienie. 
Elegancki kelner pojawił się natychmiast, a Natasza, spoglądając w otwartą kartę Bogusi, poprosiła o dania, które wybrała. 
- Patrzył na ciebie z wyraźnym zainteresowaniem. - Bogusia obejrzała się za kelnerem oceniając, czy nadawałby się na randkę z jej córką. 
- Mamo, był po prostu uprzejmy. To jego praca.
- Nie mogłabyś tak choć trochę zaszaleć i przestać być tak oficjalna? Czy ty w ogóle się z kimś spotykasz, czy żyjesz tylko tą swoją pracą? 
- Chciałam zauważyć, że formalnie nadal jestem mężatką. - Natasza zapatrzyła się na Wisłę widoczną z okna restauracji. Niełatwo było o tym rozmawiać z kimkolwiek, a szczególnie z własną matką. 
- No to najwyższa pora to zmienić. - Bogusia patrzyła na córkę wyczekująco. - Jak długo będziecie tkwić w tym chorym układzie? On z inną kobietą, a ty samotnie. Życie ci ucieka, a ty się na to godzisz. 
- Mamo, to wszystko nie jest takie proste... 
- Owszem, jest proste. - Bogusia dotknęła zimnej dłoni córki. Natasza drgnęła. Nie była przyzwyczajona do prostych gestów, które w wielu rodzinach są po prostu czymś naturalnym. - Rozwiedź się z nim i nie pozwól, aby takie trwanie w fikcji niszczyło cię. Sama powiedz, co z ciebie za mężatka, skoro twój mąż wybrał inną kobietę i własny sposób na życie, w którym dla ciebie zabrakło miejsca? 
Natasza nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo przystojny kelner z czarującym uśmiechem skierowanym w stronę obu kobiet, postawił przed nimi smakowicie pachnące dania.
Natasza spojrzała na apetycznie wyglądającego dorsza i odwzajemniła uśmiech kelnera. 
- Dziękuję.
- Proszę bardzo - jego głos był równie miły jak uśmiech. - Czy życzą sobie panie do tego dania lampkę wina? Polecam cuvee blanc de blancs. 
- Ja dziękuję, jestem kierowcą. Ale dla ciebie zamówię, mamo. 
- Wiesz, że po winie jestem jeszcze rozmowniejsza niż zwykle? - Bogusia uśmiechnęła się jak dziecko, które ma zamiar coś nabroić. 
- Jakoś to przeżyję - odpowiedziała Natasza i zwróciła się do kelnera. - Jedną lampkę wina, poproszę i jedną czarną herbatę.
- Oczywiście, proszę pani. 
- I numer pana komórki - dorzuciła Bogusia, a zaczerwieniona Natasza spojrzała na własną matkę tak, jakby za chwilę miała ją udusić. 
- Oczywiście, proszę pani - odpowiedział kelner miłym i jakby bardziej zmysłowym głosem, spojrzał na Nataszę z błyskiem w oku i odszedł, zostawiając obie panie sam na sam z dorszem. 
- Mamo, jak mogłaś?! - syknęła Natasza, upewniając się, że mężczyzna oddalił się na tyle, że ich nie usłyszy. 
- Jakbym czekała, aż sama się tym zajmiesz, umarłabym ze starości. Czasami nie wierzę, że jesteś moją córką. Zaszalej trochę, mała.
- Wystarczy, że jedna z nas w tej rodzinie to potrafi - mruknęła Natasza, nadziewając na widelec opieczonego ziemniaczka.
- Powiem ci, że nie żałuję ani jednej decyzji, którą w życiu podjęłam, więc sama widzisz, że szaleństwo też  jest potrzebne. 
Natasza milczała, zajęta swoim obiadem. Życie uczuciowe jej matki było rzeczywiście szalone i burzliwe, ale czy przez to była ona szczęśliwsza? A sama Natasza? Czy przez to, że za wszelką cenę starała się być rozsądna i odpowiedzialna za każde powierzone jej zadanie, nie zapłaciła za wysokiej ceny? 
- Jagoda przylatuje na krótki urlop na początku czerwca - przerwała panującą przy stole ciszę, chcąc zmienić krępujący temat jej życia uczuciowego. 
- Powiedziałaś jej o wszystkim? 
Natasza skinęła głową. 
- Ona nie jest już dzieckiem, mamo. Jest mądrą kobietą, która czasami wydaje mi się bardziej zaradna niż ja. 
- Oboje z Radkiem daliście jej wszystko, czego potrzebowała, łącznie z miłością i uwagą. A poza tym ma dobre geny babki, więc ona w życiu sobie poradzi. Bardziej martwię się o ciebie.
Natasza westchnęła.
- Czy możemy porozmawiać o czymś innym i bardziej interesującym? 
- Oczywiście. - Bogusia odsunęła od siebie pusty talerz i wytarła usta serwetką. - Podoba ci się ten kelner?
Natasza pokręciła głową i roześmiała się. 
- Trudno z tobą wytrzymać, wiesz? 
- Wiem. I dlatego Staszek mieszka oddzielnie. Dzięki temu jeszcze się dobrze ze sobą czujemy, a czasami nawet za sobą tęsknimy. 
Natasza dokończyła swoje danie i złożyła sztućce razem, komunikując kelnerowi, żeby zabrał puste talerze. Nie do końca mogła w to uwierzyć, ale miała wrażenie, że coraz lepiej czuje się w Lublinie. Czasami tęskniła jeszcze za Warszawą, szczególnie za jej życiem kulturalnym i nieustannym pędem, który zmuszał do działania; ale ciepła atmosfera Lublina otulała ją sobą, jak polarowy koc zmarznięte stopy. Jej relacja z matką też się poprawiała. Obie wciąż jeszcze szukały drogi do siebie, ale coraz więcej rzeczy były w stanie sobie powiedzieć i chętnie spędzały czas ze sobą. Natasza wierzyła, że jej życie ma jeszcze wiele do przekazania, musi się tylko wsłuchać uważnie w to, czego tak naprawdę pragnęła kobieta, która każdego wieczoru spoglądała na nią z lustra smutnym wzrokiem.   cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
   
Serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną 25 maja, niedziela, w godzinach 11.00 - 12.00, na Warszawskich Targach  Książki (Stadion Narodowy) przy stoisku Wydawnictwa Zysk i S-ka :D                      

wtorek, 20 maja 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Urszula Jaksik "Zaułek szczęścia"



Lubię książki, które od pierwszej strony otulają mnie swoją ciepłą atmosferą, w której jest mi dobrze i w której chcę się zatrzymać jak najdłużej. Lubię, jak w miarę czytania mój apetyt na książkę rośnie. Delektuję się wtedy każdym zdaniem i traktuję ten mój czas sam na sam z zadrukowanymi stronicami jak wielką, duchową ucztę. Taką książką, którą skończoną odłożyłam z wielkim żalem, niedosytem i apetytem na więcej, jest "Zaułek szczęścia" Urszuli Jaksik. Książka ta została wyróżniona w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Świat Kobiety 2012. Piękna, mądra i poruszająca. Napisana językiem, który nie rani i nie obraża czytelnika, i wypełniona zdaniami do których się wraca i przy których aż się chce zatrzymać na dłużej. 
Julia jest dojrzałą kobietą, którą postępująca choroba uwięziła we własnym ciele. Dom, stworzony przez nią z miłością dla jedynego, ukochanego syna, jest jej schronieniem i miejscem, gdzie czuje się bezpiecznie. Każdy dzień Julii rozpoczyna się walką z ograniczeniami nieposłusznego ciała, a potem wypełniony jest krok po kroku drobnymi przyjemnościami, które pomagają zagłuszyć ból i choć przez chwilę zapomnieć o chorobie. Codzienne rytuały - śniadanie, herbata, papieros, internet. Dobre perfumy, których nigdy sobie nie odmawiała, książki i muzyka, dzięki której Julia przenosi się do świata gdzie jest błekit nieba, słońce, ukwiecone ogrody, a ona sama ma lekkośc motyla. Gdy każdy dzień staje się coraz bardziej nieporadną walką z drobnymi, codziennymi czynnościami, a Julia nie chce być ciężarem dla syna, któremu poświęciła wszystko; kobieta decyduje się zatrudnić opiekunkę. Niezdarna Rita, która pojawi się w życiu Julii, stanie się zarówno dla niej, jak i dla siebie samej zaskoczeniem, a życie po raz kolejny pokaże, jak mądre i piękne scenariusze potrafi pisać. 
"Zaułek szczęścia" to mądra, ciepła opowieść o tym, jak ważna w naszym życiu jest samoakceptacja i wybaczenie. Historia o prawdziwej sile miłości, wartości rodziny i poszukiwaniu samego siebie. Historia, która opowiada o tym, że bez względu na to, jak bardzo los nas doświadcza, zawsze jest nadzieja i że nie należy się godzić na to, z czym nam źle i co na nas spadło, ale szukać znaków i wychodzić poza obronny mur i skorupę, w jakiej się w trudnych chwilach chowamy. 
Pomimo tego, że tematem przewodnim książki jest choroba Julii, ta opowieść nie jest smutna ani sentymentalna. Jest pogodna, tak jak mała Natalka, która pojawia się w książce jak mały aniołek; jest również zaskakująca i stawiająca czytelnikowi pytania, na które sam sobie musi odpowiedzieć. "Zaułek szczęścia" to również lekcja, że nigdy nie należy lekceważyć człowieka, bez względu na to, kim nam się wydaje, i nie należy oceniać nikogo tylko dlatego, że wygląda i zachowuje się nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali. 
Pani Urszula Jaksik przedstawiła zwyczajne, a jednak wyjątkowe kobiety, pokazując, jak wiele każda z nas jest w stanie poświęcić dla wartości takich jak rodzina i potrzeba bliskości drugiego człowieka. W tej książce po prostu chce się być i nie chce się jej opuszczać. Mnie ta mądra opowieść zauroczyła i dziękuję pani Urszuli za to, że posłuchała głosu swojego serca i utrwaliła na kartkach papieru historię, do której chce się wrócić i o której czytelnik tak łatwo nie zapomni. Polecam, bo to prawdziwa perełka i naprawdę warto ją przeczytać! 
Monika A. Oleksa 

Autorka - Urszula Jaksik
  Urszula Jaksik "Zaułek szczęścia"
  Wydawnictwo Replika, 2012  


Serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną na Warszawskich Targach Książki. Będę tam w niedzielę, 25 maja, od godz. 11.00 do 12.00, przy stoisku Wydawnictwa Zysk i S-ka:) Stadion Narodowy.

Monika A. Oleksa

niedziela, 18 maja 2014

Siedem dni tygodnia

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Witaj! Jak dobrze, że jesteś... Chociaż przez chwilę, na krótki moment zatrzymania, bo przecież życie pędzi, a my próbujemy dotrzymać mu kroku. Nie mamy czasu na tak wiele rzeczy; tak dużo odkładamy, odsuwamy, obiecując sobie, że kiedyś; że może; że przyjdzie odpowiedni czas i moment. Tak wiele sobie odmawiamy, często ignorując nasze tęsknoty i pragnienia serca. Tak łatwo zapominamy o tym, co kiedyś było ważne, przedkładając czyjeś potrzeby nad nasze własne. Tak wiele spraw, tak krótki dzień i nieustanny bieg. Za czymś, lub przy kimś. Dla kogoś. 
Jeśli dziś tu jesteś, dziękuję Ci za to. Za ten czas, w czasie którego chcesz przystanąć ze mną. Czas, który dajesz samemu sobie w prezencie, aby przez chwilę przymknąć drzwi i odgrodzić się od zgiełku świata. Chcę w czasie tej krótkiej chwili oddechu od codzienności przynieść Ci spokój. Poszukujemy go, często przemierzając daleką drogę i nie uświadamiając sobie, że przede wszystkim musimy odnaleźć go w sobie. W naszym sercu, które wypełnione niepokojem, nie dostrzega tego co cenne, istotne i czasami tak proste. 
Chcę Ci dziś podarować siedem myśli na siedem dni tygodnia. Niech Ci towarzyszą wtedy, gdy ramiona przygarbią się od nawału codziennych obowiązków, trosk i problemów. Niech Cię napełnią spokojem, z którym lżej iść przez życie, jakiekolwiek by ono nie było. Zawsze jest darem, a ja chcę o tym pamiętać. I nieustannie za nie dziękować...     


Poniedziałek...
 
Czas płynie wciąż przed siebie, a my nie możemy zrobić nic, aby go zatrzymać czy cofnąć. Nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło, ani wprowadzić poprawek w sprawy, które się zapętliły; ale możemy wyciągnąć wnioski i zdobyte życiem doświadczenie wykorzystać w tym momencie swojego życia, w którym się obecnie znajdujemy.
Monika A. Oleksa


Wtorek...

Nasze życie składa się z posklejanych kawałków codzienności. Wszystkie z nich układają się w mozaikę, która nie zawsze jest idealna. Ale jest prawdziwa, bo składają się na nią ludzkie uczucia i zdarzenia. Nasze noce i dnie. Przypływy i odpływy. Radość i rozpacz. Słabość i siła. Po prostu - my. 
Monika A. Oleksa


Środa...
  
To z małych tęsknot, które nosimy w sobie, rodzą się marzenia.
Monika A. Oleksa 


Czwartek...

Każdego poranka dostajemy tylko jeden dzień, przeznaczony dla nas. Warto przeżyć go tak, aby był niepodobny do innych.
Monika A. Oleksa


Piątek...

 W drobnych szczegółach zamknięte jest całe piękno życia. To, co najważniejsze.
Monika A. Oleksa 


Sobota...

Pamiętaj, że nikt nie przeżyje twojego życia za ciebie. Ono naprawdę jest w twoich rękach, a kiedy zrobisz pierwszy krok i zapragniesz pójść za swoją tęsknotą; dostaniesz swoją szansę, bo wszechświat sprzyja tym, którzy sięgają po marzenia.
Monika A. Oleksa 


Niedziela...

 Piękno jest skromne i ciche. Nie od razu chce się ujawnić, choć jest w stanie nas zachwycić, gdy tylko przyjrzymy się dokładniej.
Monika A. Oleksa  


Siedem dni tygodnia. Życzę Ci, aby każdy z nich był dla Ciebie wyjątkowy. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

czwartek, 15 maja 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc.18

fot. Marcin Oleksa

- No więc sama widzisz, Jadzia znowu nas wszystkie znokautowała. Cicha woda, a brzegi rwie... oj, jak rwie! - Eulalia przysunęła do siebie miskę, do której wrzuciła świeżo pokrojoną rzodkiewkę. Zachciało im się z Martą wiosennej sałatki na kolację, siedziały więc obie w kuchni; Marta z brodą podpartą o wsparte na łokciach dłonie, a Eulalia naprzeciwko niej, z deską do krojenia na której leżał opłukany szczypiorek. 
- Babciu, ale to opowieść jak z bajki! - Marta westchnęła. - Całe życie poświęciła jedynej prawdziwej miłości, a teraz urodzaj jak na polskie jabłka. Opowiadaj, bo zaraz przekręcę się z ciekawości!
- No, wyobraź sobie, że Jan Wesołkowski oświadczył się Jadzi jeszcze w taksówce, gdy odwoził ją do domu po tamtym pamiętnym dancingu. Wtedy jednak Jadzia nie potraktowała go poważnie, no wiesz, był pod wpływem alkoholu; taniec i śpiew uderzyły mu do głowy, zresztą Jadzi wdzięki również, sądziła więc, że to chwilowe i nie przyjęła jego propozycji. Jan Wesołkowski jednak nie odpuszczał. Kilkakrotnie zaprosił Jadwigę do kawiarni, raz zabrał ją na festyn do Parku Saskiego i za każdym razem przynosił czerwoną różę. Jadwiga zawróciła mu w głowie na amen! - Eulalia zamaszystym gestem zgarnęła posiekany szczypiorek do miski, w której czekała już na niego zarumieniona rzodkiewka. 
- Akcja się rozwija. - Marta oderwała brodę od dłoni i patrzyła na Eulalię wyczekująco. - Miał odwagę powtórzyć oświadczyny na trzeźwo? 
Eulalia roześmiała się. 
- Miał, chociaż tremę z pewnością miał również. Wyobraź sobie, że wynajął kapelę cygańską, zaprosił Jadwigę na obiad do wykwintnej restauracji i z wielkim przejęciem wręczył jej pudełeczko z pierścionkiem. 
- Brylant? - Marta poczuła przyjemny dreszczyk. Wciągnęła ją ta historia i mocno kibicowała Janowi Wesołkowskiemu na tej trudnej drodze zdobywania kobiety. 
Eulalia rozłożyła bezradnie ręce. 
- No właśnie nie wiem czy brylant, bo Jadzia nie potrafiła odpowiedzieć nam na to pytanie. 
- To nie pokazała wam pierścionka? - spytała zaskoczona Marta. 
- Nie przyjęła go i odrzuciła oświadczyny po raz kolejny, tym razem świadomie. Jan był niepocieszony, ale zapowiedział Jadzi, że do trzech razy sztuka i że poczeka na odpowiedni moment, a pierścionek przechowa. 
- Dlaczego dała mu kosza? - Marcie zrobiło się żal biednego Jana Wesołkowskiego, który tak bardzo się starał zdobyć względy Jadwigi, i wszystko na darmo. 
- Nie uwierzysz, ale Jadzia powiedziała, że nie czuła przy nim motyli w brzuchu. 
- Słucham?! 
- No, komu jak komu, ale chyba tobie nie muszę tego tłumaczyć! - Eulalia popatrzyła na wnuczkę z wyrzutem. 
- Ale babciu, tylko dlatego, że nie czuła tych motyli, woli żyć samotnie niż u boku mężczyzny? 
Oczy Eulalii złagodniały.
- Martusiu, a nie pomyślałaś o tym, że może ten mężczyzna nie jest jej zupełnie potrzebny, bo Jadwiga potrafi cieszyć się życiem bez niego? I tylko dlatego, że ktoś się jej oświadczył, ma zrezygnować ze wszystkiego, co dotąd było dla niej ważne? Ona go nie kocha i zachowała się uczciwie. Oszukiwałaby go, gdyby przyjęła te oświadczyny, a przede wszystkim oszukałaby samą siebie, gdyby się na to zgodziła. 
- To ma do końca życia pielęgnować w sobie niespełnioną miłość do... jak mu tam było...?
- Władek - podpowiedziała Eulalia. 
- No właśnie, do Władka?
- Jeśli nikogo nie pokocha i nie spotka kogoś, przy kim poczuje te motyle, to ta pamięć o miłości wystarczy jej, Martuniu, aby odejść z poczuciem, że doświadczyła tego w życiu. 
Marta pokręciła głową niezdecydowana. 
- A ty nie tęskniłaś za kimś po śmierci dziadka? - niebieskie oczy patrzyły na Eulalię z całą swoją młodzieńczą szczerością. 
Eulalia odgarnęła nadgarstkiem opadające na policzek włosy. Cóż miała wnuczce odpowiedzieć? Marta była jeszcze taka młodziutka i całe życie miała przed sobą. Wiedziała, że to o czym rozmawiały jest zbyt poważne, aby mogła wnuczkę zbyć żartem lub odpowiedzią, która nie byłaby prawdą. 
- Tęskniłam - powiedziała łagodnie, patrząc na Martę z czułością. - Tak zupełnie nagle zabrakło człowieka, z którym dzieliłam troski na pół, więc ciężko mi było zaakceptować to, że odszedł. Dzięki Bogusi, Jadzi i Helenie przeszłam przez to bez rzucania się na oślep w ramiona przypadkowego mężczyzny. Kobieta ma w sobie ogromną siłę, Martuniu. Potrafi sama unieść swoje i nie tylko swoje, życie. Wielki błąd popełniają te kobiety, które nie wierzą w siebie i wolą być z kimkolwiek, aby tylko zagłuszyć samotność. A samotność, tak naprawdę, jest w nas. W naszych sercach i głowach. W naszym sposobie myślenia i odbierania świata. Można być z kimś i czuć się potwornie samotnym w domu pełnym ludzi; a można też żyć samemu i tej samotności nie doświadczać. Tak naprawdę wszystko zależy od ciebie samej. Pamiętaj o tym, zanim podejmiesz decyzję, od której będzie zależało twoje życie, kochanie.
- Powinnaś udzielać porad sercowych na swoim blogu. - Marta wstała, podeszła do Eulalii i mocno się do niej przytuliła. - Mam wielkie szczęście, wiesz? 
- A to niby dlaczego? - Eulalia poczuła, że jeszcze chwila, a wypuści tę łzę, która zebrała się w kąciku prawego oka. 
- Bo jesteś moją babcią i nigdy nie ukrywałaś przede mną niczego. Ty jedna zawsze traktowałaś mnie jak partnera w rozmowie, a nie jak małą dziewczynkę, którą dla rodziców jestem nawet teraz. 
- Bo ja nie musiałam ciebie wychowywać, tylko kochać. Rodzice wytyczają granice, a ja zawsze chciałam przekazać ci życiową mądrość, którą nabyłam wraz z wiekiem. - Eulalia pocałowała wnuczkę w gładkie i jeszcze takie dziewczęce czoło. - Podaj mi śmietanę z lodówki, doprawimy tę sałatkę, a potem siadamy do kolacji. 
- Kocham cię, babciu, wiesz? 
- Wiem. 
Dwa odcienie błękitu spotkały się w pół drogi i objęły z czułością. Nie potrzebowały słów, aby tak wiele sobie opowiedzieć i zrozumieć się, pomimo różnicy pokoleń i spotkania gdzieś pomiędzy... cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
 
  

wtorek, 13 maja 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Spotkanie poetyckie

Fot. Marcin Oleksa

Proza życia niejednokrotnie zniechęca i przygnębia. Codzienność traci barwy i staje się rutyną. W takich momentach potrzebujemy w życiu odrobiny liryzmu, który może zabłysnąć w majowych promieniach słońca, oświetlających soczystą zieleń drzew i traw; może pojawić się wraz z pierwszymi kwiatami w naszym ogrodzie lub odmienić monotonię prozaicznych dni spotkaniem. 
"Chwila poezji w prozaicznym życiu" to spotkanie autorskie, które odbyło się w lubelskiej bibliotece (Filia nr 28 Miejskiej Biblioteki Publicznej) przy ul. Nadbystrzyckiej 85 w ramach nocy bibliotek. Bardzo miła i refleksyjna chwila wieczornego zatrzymania przy domowym ciastku i kawie lub herbacie podanej w delikatnych filiżankach. Majowy wieczór pachniał bzami i konwaliami, a ich zapach od progu witał miłych gości, którzy przybyli, aby razem ze mną i moimi słowami spędzić ten czas. Zatrzymała nas magiczna chwila i kilka wierszy, które gdzieś tam, kiedyś się posplatały. Były różne - wiersze dla dzieci, które powstały dla moich synów pod wpływem chwili - o dżdżownicy Magdzie, która wyruszyła na wiosenny deszcz; o Michale, który kichał cały ranek, i o owczarku Rexie, napisany dla Miłka, wielbiciela czterech łap. :) Moi chłopcy stanęli na wysokości zadania i godnie te wierszyki zaprezentowali, za co im bardzo dziękuję!

Moje magiczne chwile z książką i dedykacjami...

Moje iskierki radości, które dzielnie mnie wspierały:)

Jestem z nich bardzo dumna! Zresztą, jak każda mama:)

O przepiękną wiosenną dekorację zadbały Panie pracujące w "mojej" bibliotece:)


Po tych figlarnych wierszykach przyszła chwila refleksji i zasłuchania w ciszy, za którą z serca moim słuchaczom dziękuję! To spotkanie było zupełnie inne od wszystkich poprzednich nie tylko ze względu na jego tematykę i późną, wieczorną porę; ale również ze względu na atmosferę, w której przybyli goście poczuli się po prostu dobrze. Spotkanie zintegrowało Czytelników z różnych pokoleń i wciągnęło w interesującą rozmowę, a także otworzyło na tyle, że sami zaczęli się dzielić swoimi wierszami, wspomnieniami i doskonałym poczuciem humoru. Zrobiło się miło, przytulnie i tak przyjemnie, że nikomu nie spieszyło się do domu pomimo późnej pory. 

Basi bardzo dziękuję za to, że przyjechała, aby być tego dnia ze mną:)
 
Najlepsze ciocie to wybrane sercem!

W oczekiwaniu na nową książkę...

Hmm, powinnam być zazdrosna, czy nie...?

Na niezwykły klimat tego spotkania złożyły się oprócz słów - obrazy. Kwiaty i piękne, naturalne pejzaże namalowane przez Panią Bożenę Wysok - Gańską, która tego samego dnia miała w bibliotece swój wernisaż. Obraz i słowo. Sztuka i poezja. I jedno i drugie zatrzymuje chwile i zwraca uwagę na szczegóły życia, które łatwo przeoczyć i nie zauważyć. Pędzel daje nam obraz, który widzimy i podziwiamy. Liryka opisuje świat słowami i skłania do przymknięcia oczu i "zobaczenia"  opisywanej rzeczywistości pod powiekami, oczami naszej wyobraźni. Dwie siostry - poezja i malarstwo, przysiadły obok siebie tego wieczoru, kusząc przybyłych gości szeptem i zadumą.  KLIK

Gospodyni spotkania, Pani Maria Poręba, kierownik "mojej" biblioteki

Miłek i jego Owczarek Rex:)

Zasłuchani, mili goście

Zawsze mogę liczyć na kochaną Marysię, która przepięknie interpretuje zarówno prozę, jak i poezję

Wieczór w bibliotece, pełen zadumy i refleksji

Chciałabym bardzo serdecznie podziękować pani kierownik Filii nr 28 MBP, Marii Porębie za zaproszenie i wyreżyserowanie tego niezapomnianego wieczoru. Pani Beacie, Iwonie i Magdzie dziękuję z serca za atmosferę, którą stworzyły i za piękny majowy wystrój, a także za domowe wypieki, przy których mój sernik zbladł:) Cudownym Czytelnikom dziękuję za to, że jesteście i że słowa, które piszę są dla Was ważne. Basi i Marysi dziękuję za wsparcie, na które zawsze mogę liczyć w każdej sytuacji. Marcinowi, Michałowi i Miłkowi dziękuję za to, że jesteście! Bez Was nie byłabym tym, kim jestem - mamą, żoną , przyjacielem. Moniką, którą lubię. 
Monika A. Oleksa 

Maj rozpachniony bzami i niezapomniany wieczór w bibliotece
     
Pani Marii dziękuję serdecznie za zaproszenie i atmosferę, do której chce się wracać!

Atmosfera na spotkaniu była tak przyjemna, że goście nie mieli ochoty wychodzić

Takich sąsiadów jak pani Jola i pan Zbyszek życzę każdemu!

Fot. Marcin Oleksa