wtorek, 30 grudnia 2014

Serca przyniesione na dłoni

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Są takie miejsca, które od pierwszej chwili zapadają głęboko w serce i sprawiają, że widząc je po raz pierwszy masz pewność, że do nich powrócisz. Są takie miejsca, w których od pierwszego momentu i spojrzenia twoje serce czuje się jak w domu, otwierając się na ludzi, którzy cię w tym miejscu przyjmują. Są takie miejsca, maleńkie miasteczka na końcu świata, gdzie nad Bugiem płynącym swoim wartkim nurtem, życie toczy się spokojniej niż w zapędzonych miastach i gdzie ludzie mają dla siebie czas. Ten czas znajdują również na spotkanie z literaturą i rozmowę o książkach, pisanych właśnie dla nich; dla ludzi, którzy przychodząc na spotkanie z Autorem, przynoszą w dłoniach swoje szczere serca, wypełnione życzliwością, i przy których chce się zostać, wsłuchując w ich opowieść. 
Takie miejsce, w którym pomimo późnolistopadowej aury, zakochałam się od pierwszego pobytu, są Świerże położone nad Bugiem, niedaleko Dorohuska. 

Powitanie wierszem, ułożonym przez Panią Beatę Soczyńską 
Pani Beata to kobieta o ogromnym sercu
Fot. Henryk Góral
Fot. Henryk Góral
Maleńka biblioteka powitała mnie ciepłem prawdziwego, kaflowego pieca i serdecznym objęciem pani Beaty Soczyńskiej, kierownik Filii w Świerżach Gminnej Biblioteki Publicznej w Dorohusku, do której ludzie lgną, bo ma im naprawdę wiele do zaoferowania. Nigdzie wcześniej nie spotkałam się z takim przyjęciem Czytelnika przychodzącego na spotkanie w bibliotece, jak tu, w Świerżach. Pani Beata podchodziła do każdego i z każdym witała się ciepło, wymieniając imię przychodzącej osoby. Z każdym zamieniła choć kilka słów, czując się w tym skromnym miejscu gospodynią. Filia Biblioteczna w Świerżach mieści się w niewielkim, starym i dawno już nieremontowanym, drewnianym domku, który z zewnątrz wygląda jak ciepła chatka, do jakiej zagląda się z ciekawością. Pani Beata nie ma tu nawet toalety, a stare regały, zapełnione książkami od góry do dołu, błagają o emeryturę i zastąpienie przez nowsze. To miejsce jak z bajki, lecz zaniedbane, bo pozostawione samo sobie. Ogromne serce pani Beaty nie sprawi, że pomieszczenie zmieni swoje oblicze, bo na to potrzebne są pieniądze, a Świerże nad Bugiem to przecież wioska na wschodnim krańcu Polski - tej części, która od lat była i jest Polską B.   

Każdy fragment moich książek w interpretacji Czytelników wzrusza mnie
Mój mąż jest przy mnie na większości moich spotkań
Fot. Henryk Góral
Obok mnie miły i najprawdziwszy piec kaflowy!
Fot. Henryk Góral
Fot. Henryk Góral
Ale nawet w takich warunkach, surowych i wymagających poświęcenia, ludzie potrafią stworzyć taki klimat, że łzy wzruszenia same napływają do oczu, a serce przytula się do tych którzy przychodzą, aby ogrzać się ich serdecznością. 
W Świerżach każdy z przybyłych przyniósł "coś" ze sobą. Moja imienniczka, pani Monika zatroszczyła się o ciasto, które dopieściło podniebienia i wniosło do biblioteki smak domu. Pan Henryk Góral, zawodowy fotograf, na stałe mieszkający w Lublinie, który przybył na spotkanie wraz z żoną Małgorzatą Góral, zadbał o profesjonalne utrwalenie tych chwil na zdjęciach. Jedni pomagali pani Beacie przygotować bibliotekę na ten wieczór, inni przyszli ze swoimi fragmentami moich książek i dzielili się nimi w nastrojowej atmosferze piątkowego wieczoru. Nikt nie przyszedł z pustymi rękami; każda z tych osób, które miałam ogromną przyjemność spotkać w Świerżach, przyniosła swoje serce w dłoniach, chcąc dzielić się nim z innymi. Oddane komuś ciepło, podobnie jak dobro, wraca. Serdeczność i życzliwość okazane drugiemu człowiekowi, nigdy nie zostają bez odpowiedzi. To takie proste, ale im większe miasto, tym trudniej to zrozumieć... 

Ciasta autorstwa Pani Moniki
Fot. Henryk Góral
Fot. Henryk Góral
Beata Soczyńska jest niesamowitą osobą. Jej biblioteka, podobnie jak ta w Koźminie Wielkopolskim czy bliska mojemu sercu biblioteka lubelska, pełna jest ciekawych inicjatyw i zajęć, związanych nie tylko z książkami, ale i z warsztatami artystycznymi dla młodszych i starszych. Pani Beata gromadzi przy sobie ludzi, dla których codziennie ma dobre słowo i którym nie skąpi swojej serdeczności i pogody z jaką podchodzi do życia, ceniąc je w każdej postaci. 
Prostota i serdeczność Świerży i jej mieszkańców urzekły mnie. Nigdy wcześniej, poza Nałęczowem, nie doświadczyłam takiego uczucia, że mogłabym tu zostać i właśnie tutaj wybudować dom, który na razie schowany jest w moich marzeniach, ale przecież siła tych marzeń i wiara w nie jest naprawdę ogromna, o czym już niejednokrotnie się przekonałam. Bliskość Bugu, tak różnego od Wisły, malowniczy krajobraz, cisza i panujący tu spokój ukoiły i sprawiły, że wróciłam do domu z innym spojrzeniem na życie, toczące się tak niedaleko. 

Artystki Eulalie ciągle na walizkach:)
Pani Małgorzata Góral i czytany przez nią fragment
Po dwugodzinnym spotkaniu czułyśmy, jakbyśmy znały się od zawsze
Pan Andrzej Suchecki, artysta rzeźbiarz 
Coraz więcej Aniołów czuwa nad moją twórczością... 
Artyści ze Świerży: Rafał Jankowski, Andrzej Suchocki i Piotr Soczyński

Wielkim zaskoczeniem były dla mnie dary przyniesione wraz z tymi ciepłymi sercami, na spotkanie. Po cieście pani Moniki zostały dobre i smakowite wspomnienia, ale prace lokalnych rzeźbiarzy - pana Rafała Jankowskiego (Anioł z piórem), oraz Andrzeja Suchockiego (niepełny słonecznik; mam go dopełnić kolejną wizytą w Świerży) znalazły swoje miejsce w moim domu, a do wiersza ułożonego przez panią Beatę przez cały czas się uśmiecham :) Natomiast Anioł Boży, mój patron, którego narysował dla mnie Piotruś Soczyński ( Anioł z piórem i kajecikiem!) przypomina mi, że w najgorsze dni, kiedy sprawy ludzkie przygniatają tak bardzo, że traci się nadzieję i nie można w sobie odnaleźć ani siły, ani prostej radości życia, nigdy nie jestem sama, bo mam właśnie tego Anioła, któremu powierzono mnie w opiekę i który nigdy nie odchodzi. 

Po drugą połówkę słonecznika mam powrócić do Świerży:) 
Powitalny wiersz autorstwa pani Beaty Soczyńskiej 
Mój Anioł Stróż, autorstwa Piotrusia Soczyńskiego

Za to niesamowite, ciepłe i tak inne od wszystkich poprzednich, spotkanie w Świerżach z serca dziękuję Beacie Soczyńskiej i wszystkim gościom, którzy 28 listopada przybyli tam, aby spotkać się ze mną i moją twórczością. Moi kochani, wrócę do Was na pewno, nie tylko po te drugą połówkę słonecznika :), ale i po to, aby znów wejść między to ciepło, z jakim mnie przyjęliście i aby podzielić się z Wami tym, co we mnie najlepsze. Po prostu sobą. 
Monika A. Oleksa  

Cudowni mieszkańcy Świerży
Ciężko się było z nimi rozstawać... 
Moje ulubione momenty... 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 28 grudnia 2014

Siła rodziny



"Życie jest wędrówką,
która dokądkolwiek by nie wiodła,
zawsze prowadzi do domu."  Herman Merville

Rodzina. Jedna z najtrwalszych wartości od powstania świata, a jednocześnie najbardziej krucha i zagrożona w XXI wieku. Jedność złożona z kilku osób, które wzajemnie mają w sobie oparcie, i potrafią uszanować własną odrębność i zaakceptować siebie wzajemnie. Rodzina, w której każdy pełni swoją rolę do jakiej został powołany, i gdzie nie odrzuca się nikogo, choćby zbłądził czy popełniał błędy. Jej siła tkwi w tworzących ją ludziach - rodzicach, dzieciach i dziadkach; i w miłości, która łączy te pojedyncze, odrębne światy, ucząc tolerancji, wybaczania, empatii i odpowiedzialności za siebie nawzajem. 
Potrzebujemy rodziny, bo właśnie w niej tak naprawdę uczymy się być sobą. Poprzez różne, często bolesne doświadczenia, kształtujemy swój charakter i zaczynamy być świadomi własnych potrzeb. W dorosłym już życiu poszukujemy swojego miejsca przy kimś, przenosząc wzorce zapamiętane z rodzinnego domu lub wybierając zupełnie inny model relacji, chcąc odciąć się od tego, co raniło. Często boimy się zatrzymać przy kimś na dłużej nie wierząc w siłę słowa "rodzina", i budujemy na piasku, zderzając się z kolejnym rozczarowaniem związkiem, który miał być "na zawsze", a okazał się "na chwilę". To daje kolejny powód do tego, aby zwątpić czy we dwoje w ogóle się da; a po jakimś czasie przyzwyczajamy się do tego, co narzuca nam współczesny świat promujący niezależność, niewłaściwie pojętą tolerancję i łatwe podejście do życia z "ja" postawionym na piedestale. Rodzina złożona z "ty" i "ja" zespolonego w "my", staje się niepotrzebna, staromodna i wymagająca zbyt dużo wysiłku. 
Opuszczając rodzinny dom nie wiedziałam, jaka ma być moja rodzina. Wiedziałam natomiast jaka ma nie być. I wiedziałam również, że to jaka będzie, zależy ode mnie, bo to ja będę ją tworzyć. Nie można oczekiwać ciepła tam, gdzie nie ogrzeje się domu, i nie można także stawiać samych wymagań, nie dając nic od siebie. Sztuki kompromisu uczyłam się długo i oboje z mężem przeszliśmy drogę wybrukowaną kamieniami, o które łatwo było się potknąć. Niejeden raz zdarzyło się nam upaść, niejeden raz z braku zrozumienia siebie nawzajem zdarzyło nam się zranić ostrymi jak kamienie słowami. W naszej drodze ważne jednak było to, że szliśmy w tym samym kierunku i nawet gdy jedno z nas spowalniało kroku, drugie czekało cierpliwie z wyciągniętą ręką, chroniącą od zabłądzenia. Dojrzewając do miłości zrozumieliśmy, że tylko skała, na której zbudowaliśmy naszą rodzinę, a którą w naszym życiu jest Pan Bóg i Jego przykazania, da nam prawdziwą siłę i pomoże sprawić, aby każdy wspólny dzień był prezentem jaki otrzymujemy, budząc się obok siebie. Te wszystkie proste, a jednak tak często niedostrzegane rzeczy, staramy się przekazać naszym synom, ucząc ich szacunku do każdego, miłości i troski o starszego człowieka, dla którego najprostsze czynności dnia codziennego są już wyzwaniem ponad siły naznaczonego wiekiem, niedołężnego ciała. 
Jesteśmy świadomi tego, że nie uchronimy naszych dzieci przed wszelkim złem tego świata, ale rozmawiamy z nimi o tym, dając im wolność podejmowania decyzji, ale jednocześnie będąc na tyle blisko, aby czuli się bezpiecznie dzięki naszej obecności, wsparciu i miłości, jaką każdego dnia ich i siebie nawzajem obdarowujemy. 
Siła rodziny tkwi w tym, że zarówno jako małżonkowie, jak i rodzice jesteśmy darem dla siebie wzajemnie - dając, ale wymagając; szanując, ale upominając; akceptując, ale równocześnie mówiąc o własnych potrzebach i pragnieniach, a przede wszystkim kochając, poprzez dawanie świadectwa życia i obecność w życiu mojego męża, żony i dzieci. Obecności zarówno fizycznej, jak i tej emocjonalnej, będącej bliskością, jakiej nie znajdziemy nigdzie indziej poza rodziną. 
Monika A. Oleksa 

"Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził. Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany. Kto szanuje ojca, długo żyć będzie, a kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce: Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie." (Syr 3,3-6.12-14)

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Żony bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu. Mężowie, miłujcie żony i nie bądźcie dla nich przykrymi! Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu. Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha." (Kol 3,18-21)

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

czwartek, 25 grudnia 2014

Zmarznięte serca

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


"I stało się w one dni, że wydany został dekret przez cesarza Augusta, aby spisano wszystek świat. Pierwszy ten spis odbył się, gdy Cyryn był wielkorządcą Syrii. Szli tedy wszyscy do spisu, każdy do miasta swego. Poszedł też i Józef z Galilei z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, jako że był z domu i pokolenia Dawidowego, aby zostać wpisanym wraz z Maryją, zaślubioną swą małżonką, brzemienną. I stało się, gdy tam byli, że wypełniły się dni, aby porodziła. I porodziła syna swego pierworodnego, i uwinęła go w pieluszki i złożyła w żłobie; nie było bowiem dla nich miejsca w gospodzie." Łk 2, 1-7

Te słowa wybrzmiewają w ciszy Wigilijnego wieczoru, który powoli się przemienia. Jaśnieje, jeszcze w milczeniu i zatrzymaniu, w którym człowiek nie zawsze potrafi się odnaleźć. Słowa proste, jak opowieść przekazywana przez pokolenia językiem zrozumiałym zarówno dla tych, którzy byli przed nami, jak i nam współczesnym. Słowa odczytywane co roku, do których część z nas po prostu się przyzwyczaiła, część w ogóle ich nie przyjęła, a jeszcze inni o nich po prostu zapomnieli. Jedynie garstka tych, co "nie widzieli, a uwierzyli" odnalazła w nich swoją drogę życia i głęboką prawdę, którą wyznają i dzięki której Maleńka Miłość - Święte Dziecię Jezus, rodzi się w sercu każdego dnia sprawiając, że Boże Narodzenie nigdy się nie kończy, bo jest po prostu w człowieku. W nas. W Tobie i we mnie, gotowych na jej przyjęcie. 
Dzisiejszy człowiek bardzo często sam skazuje się na samotność. To wybór jakiego dokonujemy wyziębiając serce i podejmując decyzje, które najbardziej krzywdzą nas samych, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy owijając serce w dźwiękoszczelną taśmę izolującą  od tych, którzy mogliby być blisko, gdybyśmy im na to pozwolili wysyłając sygnał dobrej woli. Tak łatwo przychodzi nam osądzanie innych i pielęgnowanie w sercu żalu za coś, czym nas zranili; a tak trudno stanąć ponad tym, odsunąć na bok zranioną dumę i powiedzieć: Dobrze, że jesteś. Pomimo wszystko, dobrze, że jesteś!
Świętość Wigilijnego wieczoru, jedynej i niepowtarzalnej w dziejach ludzkości Nocy Miłości, sprzyja pojednaniu. Pojednaniu przede wszystkim z sobą samym, a potem z tymi, od których się odwróciliśmy; dla których zamknęliśmy drzwi swojego domu i serca, i od których odeszliśmy - fizycznie bądź emocjonalnie. Nasze życie tutaj jest jedynie etapem, nie warto tracić pięknych chwil i dni, które dla każdego z nas są indywidualnie odliczone, na gorycz i rozpamiętywanie; na wypominanie i rozdrapywanie przyschniętych ran. Dostajemy ten czas i te dni na to, aby przystanąć, przyjąć prawdę o Bożym Narodzeniu i pomyśleć: Jednak warto żyć! W Wigilijnym żłóbku wraz z Miłością, rodzi się Nadzieja. Nie ta złudna, pochodząca z tego świata, w którą tak łatwo zwątpić i która odchodzi, gdy na nią liczymy; ale ta, która towarzyszyła spełnionej obietnicy i oczekiwaniu, by Słowo stało się Ciałem. Bóg naprawdę przyszedł na świat, by stać się jednym z nas i przejść przez to wszystko, czego tutaj doświadczamy. Nie patrzył z góry, ale wszedł w życie człowieka, ogrzewając te wszystkie zmarznięte serca, które zwątpiły, i chce w nim być - od samego początku do końca. We wszystkim. 
Podaruj sobie pokój serca w te święta. Spójrz na ten czas inaczej, nie jak tylko na przystanek i oddech od codzienności. Nie pamiętaj niepotrzebnych słów i wylanych przez kogoś łez. Utul swoje niespokojne serce Jego pokojem i ucz się przekazywać go dalej tym, którzy jeszcze tego nie potrafią. Wybacz i pomyśl życzliwie o ludziach, którzy bardzo Cię zawiedli. I uświadom sobie, że prawdziwe Boże Narodzenie może dokonywać się w Tobie nieustannie, jeśli tylko przyjmiesz tę Betlejemską Miłość i nauczysz się nią żyć każdego dnia, nawet tego nieświątecznego. 
Życzę Ci spokoju w sercu napełnionym Betlejemską Miłością. Życzę bliskości drugiego człowieka, który zawsze przywita Cię dobrym słowem i pożegna błogosławieństwem. Życzę nieustannego zachwytu Bożym Narodzeniem i tego, aby Nowonarodzony Jezus światłem swojej łaski przenikał życiowe ciemności i dopomagał w niesieniu dobra i ogrzewaniu zmarzniętych serc tych, którzy jeszcze Go nie poznali. 
Monika A. Oleksa 

26 grudnia - KLIK - Zapraszam na nastrojowe zatrzymanie!

Czas Bożego Narodzenia to czas bliskości
Po mojej prawej - moja Teściowa, po lewej - najukochańsza Ciocia (bliźniaczka Teściowej) 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bajkolandia: Magiczna podróż Wojtka



- Proszę Wojtku, oto pierniczki domowej roboty - powiedziała Pani Mikołajowa, podając chłopcu talerzyk z ciepłymi jeszcze, pachnącymi pierniczkami. 
Wojtek spróbował ciasteczko i przyznał, że jest nawet lepsze niż te, które piekła mama. Pani Mikołajowa była bardzo miła, a jej pierniczki po prostu wyśmienite.
Podczas wspólnego podwieczorku Mikołaj wyjawił Wojtkowi, gdzie pójdą dalej. 
- Za chwilę zaprowadzę cię do pewnego domku - powiedział Mikołaj. Pożegnali Panią Mikołajową, grzecznie podziękowali za poczęstunek i wyszli na skrzypiący i skrzący się drobnymi śnieżynkami śnieg. 
- Chodźmy tędy, Wojtku - Mikołaj wskazał w stronę rynku i wziął chłopca za rączkę. 
Idąc, mijali wiele ciekawych rzeczy, w które Wojtek wpatrywał się jak urzeczony, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tu jest. Mały niedźwiadek bawił się z krasnoludkiem, Elf Stasio lepił bałwana, a jeden z yeti przewoził kolorowe bombki. Mikołajowo było pięknym i radosnym miasteczkiem, i aż chciało się tu być! 
Droga była tak ciekawa, że Wojtek nawet nie zauważył, kiedy dotarli do małego domku, okrytego śniegiem. Kiedy weszli do środka, Mikołaj zdjął rękawiczki, zawiesił czerwony płaszcz na oparciu bujanego fotela i rozsiadł się wygodnie, dając chłopcu czas na rozejrzenie się dookoła.
Wojtka zaskoczyło to, że w całym domku stało wiele skrzyń, z których najbardziej zainteresowała chłopca ta stojąca na uboczu.
Skrzynia była ogromna. Wykonana z surowego drewna, z mosiężnymi okuciami, wyglądała raczej prosto i niezachęcająco, ale przyciągała wzrok, intrygowała i była tajemnicą, którą Wojtek bardzo chciał poznać. Nie mógł się powstrzymać, podszedł ostrożnie i dotknął zamkniętego wieka, które stało się pokusą. 
- Czy jesteś pewien, że chcesz zobaczyć, co jest w środku? - usłyszał tuż za sobą spokojny głos Mikołaja. 
Chłopiec odwrócił się powoli i spojrzał w smutne oczy Mikołaja. Nic nie odpowiedział, ale pokiwał głową dając do zrozumienia, że ciekawość dziecka jest silniejsza od wszystkiego. 
Mikołaj odsunął chłopca delikatnie, podszedł do skrzyni i dotknął jej z taką czułością, z jaką mama Wojtka dotykała jego czoła. Albo policzka. Z głębokiej kieszeni spodni wyjął pęk kluczy i odszukał wśród nich najbardziej niepozorny, a potem wsunął go do tajemniczego zamka, skrywającego przed Wojtkiem zawartość skrzyni. Kiedy przekręcał klucz, stary zamek zastękał, jakby wybudzony z głębokiego snu. Mikołaj zawahał się przez chwilę, a potem, bardzo powoli, otworzył wieko. 
- Co to jest? - Wojtek zajrzał do środka, po czym cofnął się i popatrzył zawiedziony na Mikołaja. Nie tego się spodziewał. Nic nie błyszczało, nic się nie świeciło, nie było tam również mega zestawów Lego, ani modeli samolotów, którymi Wojtek ostatnio zaczął się pasjonować. Zamiast tych cudowności, skrzynia wypełniona była pozwijanymi i poszarpanymi pergaminami i strzępkami czegoś, czego Wojtek nie potrafił nawet nazwać. Wszystko było jakieś takie smutne i szare, i chłopiec zupełnie stracił ochotę na dalsze oglądanie Mikołajowa.
- To są, Wojtku, porzucone marzenia - odpowiedział cicho Mikołaj, kładąc dłoń na krawędzi skrzyni. - Zobacz - pochylił się i wyciągnął pożółkły pergamin, który w jego rękach pojaśniał i zalśnił, odbijając się skrzącymi iskierkami, dzięki którym w smutnym pokoju zrobiło się nagle radośnie i wesoło. Wojtek wyraźnie usłyszał dziecięcy śmiech, dobiegający z przedziwnego pergaminu. 
- Widzisz, to listy pisane przez dzieci. Zbieram je wszystkie, zawsze czytam bardzo dokładnie i staram się spełniać dziecięce marzenia. Chłopiec, który napisał do mnie ten list, marzył o swoich własnych modelach samochodów resorowych. Wszystkie, które miał, należały do jego starszego brata. Były używane i często poniszczone. Ten chłopiec chciał mieć swoje własne. 
- Dostał je? - Wojtek słuchał z zapartym tchem. Los tego nieznajomego chłopca nagle zaczął go niezmiernie interesować. 
Mikołaj uśmiechnął się i pokiwał głową. 
- Dostał. Ale to był jego ostatni list. Rok później już nie wierzył w Świętego Mikołaja, i porzucił swoje marzenia. 
Wojtek ponownie zajrzał do skrzyni i wyjął z niej niebieską kulę, którą podał Mikołajowi. 
- Czy to jest porzucone marzenie? 
Mikołaj przytaknął. 
- Tak, Wojtku. To marzenie zabrałem z Krakowa. Należało do Kacpra Gąski i leżało porzucone na podłodze, tuż przy łóżku tego chłopca. Było takie smutne... Nie mogłem go tam zostawić. Zabrałem ze sobą i schowałem do tej skrzyni, w której jest wiele, wiele innych marzeń, porzuconych przez dzieci i dorosłych. 
- Dzieci myślą, że to rodzice dają im prezenty - powiedział chłopiec cicho. 
- Wiem, Wojtku - odpowiedział cicho Mikołaj. - I dlatego jest mi tak smutno, gdy każdego roku przywożę ze swoich podróży coraz więcej z nich. Zobacz - sięgnął po kolejną kulę, tym razem koloru zielonego. - To marzenie należało do pana Macieja. Nawet dorośli mogą zwątpić w magię świąt. Mam nadzieję, że ty nigdy nie stracisz tej swojej dziecięcej wiary i radości oczekiwania na święta, które można zatrzymać w sercu na całe życie. 
- Nigdy cię nie zapomnę, Mikołaju! - zapewnił chłopiec, wsuwając swoją małą rączkę w dłoń Mikołaja. 
- Masz ochotę na gorące kakao? 
Wojtek skinął głową i wybiegł z małego domku, podskakując wesoło przy boku nowego przyjaciela. W drodze do kuchni Pani Mikołajowej zauważył, że miś polarny wsadził nos w śnieg, a potem zaczął padać gęsty śnieg, przykrywając sobą całe Mikołajowo. Można powiedzieć, że Miasteczko Świętego Mikołaja to najweselsze miejsce na ziemi. Czy wy też tak sądzicie? 
Miłosz Oleksa, Monika A. Oleksa (fragment o skrzyni niespełnionych marzeń :D) 
cdn...     

Zapraszam serdecznie na nastrojowe spotkanie w Kazimierzu Dolnym  nad Wisłą - przepięknym miasteczku, w którym można się zakochać i w miejscu, do którego chce się wracać - Hotelu i Restauracji "Dwa Księżyce". 

Zapraszam również na krótkie, refleksyjne zatrzymanie TUTAJ

Jeden z pomocników św. Mikołaja:) 

       

czwartek, 18 grudnia 2014

Literacka kanapa - Spotkanie z Poetką

Fot. Gabrysia Kotas


"W drugiej połowie życia odkryłam czym jest piękno. Piękno to książki, piękno to muzyka, piękno to artystyczne zdjęcia - na widok których aż dech zapiera, piękno to poezja. Cudni są ludzie, których spotykam na swojej drodze. Ci którzy są teraz, którzy byli i którzy będą zawsze. Życie potrafi być piękne, trzeba tylko otworzyć oczy i uszy."
Takie słowa napisała Gabrysia Kotas na okładce swojego tomiku "Pogodna dojrzałość", który niedawno wydała. W dzisiejszy Literacki Czwartek mam ogromną przyjemność gościć Gabrysię na mojej Literackiej Kanapie. 



"Trzeba umieć przebaczać, kochać i mieć nadzieję." Piękne, mądre słowa, wypływające prosto ze szczerego serca. Co było impulsem do napisania pierwszego wiersza i opublikowania go na blogu, który powstał, aby tymi skrawkami serca schowanymi w wersach dzielić się z innymi?

Gabrysia Kotas: Słowa zawarte w pierwszym wierszu, który opublikowałam na blogu, były już we mnie jakiś czas. Po minionym, burzliwym okresie mojego życia coraz częściej odczuwałam chwile, kiedy serce zaczynało mi radośnie fruwać. To były takie ułamki sekund i sama nie wiedziałam co z tym zrobić. Pewnego dnia mój syn zapytał: „Czy to prawda że ty kiedyś pisałaś wiersze?". I wtedy właśnie  pomyślałam, że to fruwające ze szczęścia serce i te ulotne chwile mogę ubrać w słowa.
"Chwila... 
ułamka sekundy - jakby lśnienie
Wtedy przychodzi radosne zdziwienie
Jest dobrze...
 jest cicho...
 jest ciepło...
 bezpiecznie..."

Jak przychodzą słowa, z których splatasz swoją poezję, Gabrysiu?

Gabrysia Kotas: Słowa przychodzą różnymi drogami. Czasami jakiś temat, słowo piosenki, zdjęcie, wspomnienie - zaczyna mnie „prześladować” i słowa układają się same. Zostawiam wszystko, piszę i zamieszczam na blogu bez poprawiania. Wszystko trwa może pięć minut. Wtedy po napisaniu wiersza i opublikowaniu go na blogu, zastanawiam się, jak ja to napisałam, bo po prostu nie wiem :)
Najbardziej jednak lubię słowa, które słyszę w sobie.
Może prościej będzie, kiedy przytoczę fragment wiersza:) 

"Jest takie jedno miejsce...
Lubię tam wracać
po długiej podróży
dnia
Wtedy zmęczone oczy 
przymykam
powolnym zmierzchaniem 
A gwiazdami
oświetlone niebo,
bezchmurnie uśmiecha się
obiecując
długą, senną podróż...
Miękko zapadam się
w ogród mojej duszy..."

I  właśnie w tym ogrodzie  kiedy siedzę sobie sama w ciszy przychodzą słowa.
Może to będzie śmieszne, ale na wszelki wypadek trzymam na kolanach mojego niedużego laptopka. To jest moje „brązowe pióro”. 

Gabrysia jest bardzo ciepłą, serdeczną osobą. Takie same są jej słowa...

Która pora sprzyja pisaniu? 

Gabrysia Kotas: Zdecydowanie wieczór. Fotel, anielska półka nad głową, laptop na kolanach  i ciche ( no może nie całkiem) pochrapywanie Bogdana za drzwiami.  To jest Moniczko moja pora, nawet kosztem paru godzin  snu. 

Kiedy narodził się pomysł wydania tomiku i jak długo trwało od zamiaru do realizacji? 

Gabrysia Kotas: Pomysł wydania tomiku przyszedł z zewnątrz, bo ja Moniko do końca nie wierzyłam, że to co piszę może się podobać na tyle, by ktoś zechciał taki tomik nabyć dla siebie i jeszcze go czytać…
Nie pamiętam już kiedy to było. Kiedyś Kuzynka Basia - coś szepnęła i do tej pory nie wiem czy to był żart, czy już wtedy myślała o tym poważnie... Było to zaraz na początku mojej drogi. Ziarenko jednak zostało zasiane.
A potem coraz częściej na blogu w komentarzach, w rozmowach zaczęły się pojawiać słowa zachęty.
Myślałam  o przyszłym roku, żeby tych wierszy było więcej, ale delikatne słowa zachęty stały się bardzo niecierpliwe i to skłoniło mnie do decyzji, żeby tomik wydać przed Świętami.
Od decyzji do wydania minęło pięć miesięcy.

To jest najlepszy dowód na to, że naprawdę warto wierzyć w marzenia i wsłuchać się w pragnienia swojego serca. Jakie to uczucie trzymać w ręku spełnione marzenie?

Gabrysia Kotas: I tu się zdziwisz, kochana Moniczko. Wydanie tomiku wcale nie było moim marzeniem!
Pisząc wiersze pisałam je bardziej dla siebie, bo znalazłam w nich ujście dla fruwającego serca. Spodobało mi się pisanie ich na blogu, ozdabianie zdjęciami (za które wszystkim umożliwiającym mi korzystanie ze swoich bardzo dziękuję)
Przełomowy był Twój pierwszy komentarz pod wierszem o Tolibowskim :) „Wspomnienie”, w którym napisałaś, że mam nie wypuszczać pióra z ręki. Wtedy do mnie dotarło, że nie piszę tylko dla siebie.
Wydanie tomiku to tak jak Twoja Samotność, o której mówisz, że nie wiesz po co się napisała, ale się dowiesz. Bo jest w tym ukryty jakiś cel. 
To wszystko działo się jakby bez mojego udziału, sterowane gdzieś z góry.
Kiedy dotarła przesyłka z Wydawnictwa i dotknęłam tomiku, poczułam wielkie wzruszenie i wdzięczność, ale największe było zdumienie. Zdumienie, że to co napisałam za chwilę powędruje w świat i  ktoś zechce poświęcić swój czas na to by czytać moje wiersze.
Niewiara w to trwała dosyć długo. A teraz kończący się nakład woła do mnie gromkim głosem, że to wcale nie sen i czas w końcu w siebie uwierzyć.


Gabrysia zabrała mnie do miejsc, które pokochała

Jaka jest Gabrysia Kotas?

Gabrysia Kotas: Uczynna i przyjazna – to słowa mojego męża. 
A pierwsza myśl jest szczera – prawda?
A tak poważnie… Moniczko to ja nie wiem jaka jestem.
Ciągle się siebie uczę od nowa. I ciągle sama siebie zaskakuję, odkrywam coś, co przez lata nie istniało, albo nie miało prawa zaistnieć. 
Parę lat temu - jak ten Feniks z popiołów… więc jestem jeszcze bardzo niepewna, przestraszona i nieświadoma swojej wartości, ale dzięki ludziom których spotykam w tej „nowej rzeczywistości” robię postępy. 

Wiem, że oprócz pisania, masz wiele innych pasji. Możesz o nich opowiedzieć? 

Gabrysia Kotas: Ile mam czasu? Boję się, że mogę za bardzo się rozkręcić opowiadając o tym co kocham :) 
Moje pasje urodziły się także dopiero niedawno i są dowodem na to, że na nic nigdy nie jest za późno.
Szydełko, włóczka, wygodny fotel i „znikam” w świecie moich misiaczków .
Tworzę je zapominając o całym świecie. Robię też inne rzeczy, ale misiaczki to mój ukochany temat.
Ludzkie stopy, Moniczko, natomiast są tak fascynujące, że im dłużej zajmuję się refleksologią, tym moja fascynacja jest większa.
Każdy człowiek i jego stopy to osobna historia i inne dolegliwości, a ja wykorzystując fenomen budowy człowieka i powiązań „całego tego człowieka” z jego stopami, obserwuję jak powolutku wszystko - co rozchwiane wraca do równowagi.

Twoje słabości to... 

Gabrysia Kotas: Czekolada w każdej postaci.
Nowinki elektroniczne – mam słabość do dobrego sprzętu, który jest moim oknem na świat i moim „brązowym piórem” do pisania wierszy.
A kupowanie książek to słabość? Jeśli tak – to jest kolejna na liście :)
Mam jeszcze słabość to trzech facetów: męża, syna i Teodora - foksika:) merdającego nieustannie ogonem. 

Jedna ze słabości Gabrysi:) 

 
Wiem, że jedną z tych słabości jest Wisła:) Za co tak lubisz tę miejscowość i jak często ją odwiedzasz?

Gabrysia Kotas: Wisła, Moniczko, jest dla mnie tym – czym dla Ciebie Dąbki.
Pierwszy nasz wspólny wyjazd z Bogdanem – do Wisły. Potem wspólne wczasy z moim Tatą do D.W. Potok w Wiśle. Zawsze jeździliśmy we wrześniu, wtedy dom był cały do naszej dyspozycji i panie kucharki nas rozpieszczały.
Od kiedy Bogdan jest na emeryturze, narodziła się nowa „tradycja” i od czasu do czasu musimy wyskoczyć do "Janeczki" na kawę i ciacho, pochodzić nad zaporą, zjeść ciepłego oscypka pod skocznią i pokręcić się po wiślanym ryneczku.
Wielką miłością pokochałam Wisłę w czasie, kiedy w dzień po pogrzebie Taty pojechaliśmy na parę dni do Potoku, żeby otrząsnąć się po trudnym czasie Jego choroby i śmierci. Moja ławeczka nad szumiącą rzeczką i cudny życzliwy dom Potok dały mi takie ukojenie, że nigdy im tego nie zapomnę. 

Ukochane miejsce Gabrysi - Wisła
Pełen niespodzianek las to również miejsce, w którym Gabrysia lubi przebywać 

Długo się dojrzewa do przebaczenia? 

Gabrysia Kotas: Ideałem jest postawa wspomnianej już mojej kuzynki, cytuję „ Ja przebaczam od razu, żeby nie zaśmiecać głowy pamiętaniem do kogo i o co mam żal” cudne – prawda?
No cóż Moniczko, długo…
Czasem tak długo, aż zaczyna się buntować nasze ciało, bo noszone w sercu urazy do innych ludzi prędzej czy później wybuchają w postaci jakiejś choroby. Ciało nie lubi przedłużającego się napięcia. Tak już jesteśmy zaprogramowani.
Wtedy albo przebaczamy i zaczynamy oddychać pełną piersią, albo zmagamy się z coraz to dziwniejszymi chorobami. Wybór zawsze należy do nas.
Czasami przebaczenie nie przychodzi nawet z litości nad umierającym, który nie może sam już poprosić o litość. Odejść też nie potrafi , bo czeka… ale kiedyś przyjdzie z nim stanąć twarzą w twarz – prawda?
Jest też czas, leczący rany, który cierpliwie uczy pogody i czekania. W nim cała nadzieja, tylko… jak często piszę, zawsze jest strach czy tego czasu wystarczy, czy jutro nastąpi…
Odpowiem  tak Moniczko - jak by nie było – i tak za długo. 

"Ci co odeszli, wciąż blisko są." Niedawno usłyszałam, że są oni nawet bliżej nas niż ci, którzy wciąż z nami pielgrzymują w tym ziemskim życiu. Czujesz tę obecność nieobecnych, Gabrysiu?

Gabrysia Kotas: Kiedy mojego Tatę za rękę przeprowadziłam na „drugi brzeg” zdałam sobie sprawę, że z mojej pięcioosobowej rodziny – na tej ziemi zostałam sama.
Dwie siostry, mama i tata są już tam. 
Jednej siostry nie poznałam, z drugą spędziłam radosne lata dzieciństwa i sporo dorosłego życia.
Może to co teraz powiem – zabrzmi śmiesznie, ale nie raz kiedy sobie tak wieczorem dumam na moim fotelu, zamykam oczy i z nimi rozmawiam. A gdy mam jakiś problem to zwołuję „zebranie rodziny” i zawsze znajdzie się rozwiązanie. A co się jeszcze nie rozwiązało, czeka na lepszy czas. Oni, tam z góry widzą lepiej i szerzej. Ufam im. 

Serce przepełnione goryczą nie potrafi zaznać spokoju. O tym również piszesz i próbujesz pokazać tę jasną stronę życia, gdy pozbędziemy się żalu do ludzi, bez względu na to, jak bardzo nas zranili. Droga do takiej mądrości jest bolesna, ale chyba warto ją podjąć, prawda?

Gabrysia Kotas: Warto… nic nie urodzi się bez bólu. I to o czym już mówiłam, Moniczko  –  to ciało, które woła „litości!”
Nie da się żyć ze ściśniętym sercem i z „plecakiem bólu” na plecach. Nikt tego nie wytrzyma. Można wtedy podążać w stronę zawału serca, albo zlitować się nad swoim ciałem i duszą i dać im szansę na nowe życie.
Mam taki ulubiony cytat Paulo Coelho, który często wpisuję jako dedykacje w moim tomiku
Doskonale oddaje to co chciałabym powiedzieć
„Trzeba walczyć o swoje marzenia, ale trzeba też wiedzieć, które drogi są nie do przebycia i zachować siły na przejście innymi ścieżkami”. 
Zbyt dużo jest do stracenia, Moniczko, życie jest piękne, a mamy je tylko jedno.
Zostawiam drogi nie do przebycia, bo brakło by mi sił na poezję, na masowanie stóp. A to jest dobro, które idzie dalej – prawda? I kiedy tak dużo tego dobra pójdzie w świat, to może kiedyś zapuka do mnie ze zdwojoną siłą i wtedy wrócę tam gdzie zostało  coś do „zrobienia”...? 

Pięknie odnowiony Rynek w Lędzinach - miejsce obu nam bliskie
I cudna, Lędzińska Biblioteka


Jaki będzie kolejny tomik? 

Gabrysia Kotas: Wczoraj na spotkaniu w Lędzińskiej Bibliotece powiedziałam, że będzie dedykowany mojemu mężowi, takiemu sporemu w rozmiarach aniołowi :) 
Jednogłośnie wszyscy stwierdzili, że tomik  też musi mieć „odpowiednie rozmiary” :D
Z tego co już wiem, rozmiary obecnego są w sam raz – pod poduszkę i do torebki. A co do jego wnętrza… myślę że styl mojego pisania pozostanie już taki „pogodnie dojrzały” i wiele się nie zmieni. Myślę że moje „dobre duszki” i Anioły czuwające nade mną zadbają o to, by nic tej pogody nie zmieniło.
Jedynie bardziej podporządkuje się mijającym spokojnie porom roku, które tu na wsi „sielskiej anielskiej” są bardzo malownicze i same prowokują do podporządkowania im tematycznie moich wierszy.

Po jakie marzenie chciałabyś jeszcze sięgnąć?

Gabrysia Kotas: Mały pensjonacik, z zupą dyniową jako specjalność zakładu :D. 
Pachnący świeżym domowym chlebem na zakwasie, dający wytchnienie w ciszy, przywracający do równowagi zabiegane i nie mające czasu zadbać o siebie osóbki :) 
Kącik przeznaczony na relaks z masowaniem stóp, dłoni, głowy i twarzy ( tej reszty mam zamiar jeszcze się wyuczyć)! 
Biblioteczka zaopatrzona w dobra literaturę, w tym parę tomików moich wierszy...
Gdzie mogłabym wszystkich witać z otwartymi ramionami, gdzie każdy wracałby po „doładowanie”. 
I gdzie wpadałyby moje dzieci i wnuki… przytulić się i narobić trochę zamieszania, żeby nie było zbyt monotonnie:) 

Przecudna Bazylika w Panewnikach i jesień w tle

Gabrysiu, bardzo Ci dziękuję za tę szczerą i piękną rozmowę i za to, że mogłam Cię ugościć na Literackiej Kanapie. Podtrzymuję to, co kiedyś napisałam: Nie wypuszczaj pióra z ręki! Pisz, bo Twoje wiersze koją, dają nadzieję i są jak drogowskaz dla tych, którzy gdzieś tam, kiedyś się pogubili i próbują od nowa. Życzę Ci kolejnych tomików i spełnienia marzeń, poukrywanych w dobrym, pięknym sercu.
Monika A. Oleksa 

Gabrysia o sercu Anioła!
I anielski tomik:) 



wtorek, 16 grudnia 2014

Magia Biblioteki

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Biblioteka to magiczne miejsce. Wypełniona książkami przestrzeń przesycona jest mądrością spisanych słów i pewną tajemnicą, którą odkryć można sięgając po którąś z pozycji znajdujących się na półkach. Biblioteka to miejsce, w którym szanuje się książki i człowieka. Czują to wrażliwi ludzie, którzy zmęczeni zgiełkiem pędzącego świata, właśnie tutaj zatrzymują się przez chwilę, aby nabrać dystansu do życia i jego trudnych spraw i - poprzez spotkanie z człowiekiem, który jest w stanie wysłuchać - spojrzeć na pewne rzeczy przez inny pryzmat. Czasami takim szkłem filtrującym rzeczywistość jest książka, o której Czytelnicy rozmawiają z Autorem, w jakiś sposób poruszeni przez słowo, które zapadło w pamięć, może w serce; dając coś do przemyślenia. 
Taką przyjemność nastrojowej rozmowy z Czytelnikami, których przyciągnęła cisza Biblioteki w środku spieszącego nieustannie miasta miałam ostatnio w Lublinie i Warszawie. W listopadowe popołudnia zatrzymałam się razem z Czytelnikami, oddając swój czas ludziom, którzy chcieli mnie posłuchać i wymienić się słowami w rozmowie. 

Fot. Archiwum Biblioteki, Filia nr 33 w Lublinie 

Lubelska Biblioteka w Szpitalu Wojskowym przy Alejach Racławickich 23, Filia nr 33, zaskoczyła mnie swoim salonowym wnętrzem i spokojem, który otulił mnie, kiedy tylko zamknęłam za sobą drzwi. Czas zatrzymany między książkami i wśród kobiet, które pozwoliły zaprowadzić się wgłąb moich powieści, dając jednocześnie sobie szansę zajrzenia wgłąb siebie. Duża biblioteczna sala połączyła nas w jedności odczuć i myśli. Ciemne popołudnie za oknem sprzyjało refleksji, wnosząc nastrój, któremu wszystkie się poddałyśmy. W wypowiadanych słowach zatopiły się nawet moje Eulalie, które dzielnie towarzyszą mi w autorskich podróżach :) 

Dzielne Eulalie są ze mną na każdym spotkaniu:) 
Klimat sprzyjał zasłuchaniu i wymianie myśli w rozmowie 
Ogromnie cenię takie spotkania, blisko ludzi i ich wyjątkowości 

Lubię spotkania w lubelskich bibliotekach, bo w każdej z nich i wśród zebranych tam ludzi, Lublin obecny na kartkach moich powieści w sposób szczególny ożywa, a ulice tam wymienione kojarzą się z miejscami dobrze znanymi lublinianom. Dzięki temu rozmowa nabiera kolorów, a Czytelnicy chętniej dzielą się swoimi wspomnieniami i doświadczeniami, które zapisuję w swojej pamięci. Filia nr 33 MBP w Lublinie przyjęła mnie z wielką serdecznością, a za zaproszenie serdecznie dziękuję pani kierownik Ewie Honory, która czekała na mnie rok :). Myślę, że spotkanie, które się odbyło 18 listopada było równie miłe dla Czytelników, jak i dla mnie - bo ja wychodziłam w rozpędzony i zakorkowany w godzinach szczytu Lublin, pełna spokoju, który podarowały mi zarówno przybyłe Czytelniczki, jak i panie, które to urokliwe spotkanie przygotowały i którym za to z serca Dziękuję! 

Pani Katarzynie Kawskiej dziękuję za zdjęcia, którymi mogę się podzielić

To był dla mnie wyjątkowy czas, za który Pani Ewo serdecznie dziękuję!
Ten moment sam na sam z Czytelnikiem cenię najbardziej
Piękna, biblioteczna sala naprawdę robi wrażenie
Te chwile też bardzo lubię:)

Warszawska Biblioteka na Pradze Południe, przy ul. Rozłuckiej 11a (Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży nr 90), już po raz drugi otworzyła dla mnie swoje drzwi i kolejny raz przyjęła mnie szczerze i z sercem podanym na wyciągniętej w moją stronę dłoni. Pani kierownik, Bożena Kupiec, zadzwoniła do mnie jak tylko dowiedziała się o premierze najnowszej książki, i zaprosiła na spotkanie z Czytelnikami, do których z wielką radością powróciłam, rozpoznając niektórych z nich. 
Czas spędzony w Wypożyczalni nr 90 na ul. Rozłuckiej, był czasem szczególnym. Przybyłe panie mocno zaangażowały się w rozmowę, wynosząc z biblioteki dużo więcej niż książkę z dedykacją i wspomnienia. "Poruszyła Pani we mnie pewne struny. Nie mogę o tym opowiedzieć, ale bardzo Pani za to dziękuję. Mam teraz dużo do przemyślenia." - usłyszałam od jednej z Czytelniczek po długim spotkaniu, z którego nikomu nie spieszyło się wychodzić. 

Miło było powrócić do znajomej biblioteki
Warszawskie Czytelniczki podarowały mi niesamowity czas...
... i podzieliły się ze mną tym, co usłyszały w sercach

W Warszawie usłyszałam historię o moim rodzinnym mieście, Lublinie. Jedna z przybyłych pań przeniosła nas swoją opowieścią do Lublina tuż po wyzwoleniu. W Warszawie trwało jeszcze powstanie, w Lublinie działały już polskie szkoły i życie powoli wracało do normalności. Opowiadała o gimnazjum, do którego tutaj chodziła i o fragmentach Lublina, który zapamiętała wyraźnie, pomimo upływu lat. Fascynują mnie takie historie. Zawsze słucham ich jak zaczarowana wchodząc w ten przeszły, a przecież nie tak odległy świat i widząc to swoimi wewnętrznymi oczami wyobraźni. 
Długo rozmawiałyśmy. O życiu i Tolibowskim, którego każda z nas gdzieś tam, kiedyś skryła w sercu na dnie. O wyjątkowości kobiet, które są niepowtarzalne i tak często same siebie nie doceniają. O samotności, którą każdy z nas w życiu spotyka. Takim rozmowom sprzyjał kameralny klimat spotkania, na którym wprosiłam się do domu każdej z obecnych tam pań, mówiąc, że ilekroć sięgną po którąkolwiek moją książkę, chciałabym bardzo, aby poczuły się tak, jakbym siedziała obok i była przy nich ze swoim sercem i ciepłem, które chcę ofiarować każdemu, kto choć raz "wejdzie" w moją książkę i zechce się przy niej zatrzymać. 
Monika A. Oleksa       

Pani Bożenko, za możliwość powrotu na Rozłucką - serdecznie dziękuję! 
Wśród książek czuję się najlepiej

Żeby im się tylko w głowach nie poprzewracało :D