czwartek, 26 lutego 2015

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.31

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Delikatny brzęk filiżanki odstawionej na porcelanowy spodeczek zakłócił ciszę panującą w dużym jasnym pokoju, pachnącym świeżością upranych firanek i umytych okien. Helena, nie zważając na luty za oknem, wpuściła już wiosnę do domu i pozwoliła rozgościć się jej w czystym mieszkaniu, w którym po zimie nie zostało już śladu. 
Eulalia zawsze podziwiała przyjaciółkę za gospodarność i dobrą organizację. Ona sama działała chaotycznie i zdecydowanie brakowało jej systematyczności. I choć po każdej wizycie u Heleny obiecywała sobie, że coś z tym zrobi - zawsze kończyło się tak samo. Jej artystyczna dusza lubiła twórczy bałagan, nad którym Eulalia starała się panować, ale jej mieszkanie dalekie było od obrazu świątyni czystości, jakim było mieszkanie Heleny. 
Dzisiejsze czwartkowe przedpołudnie spędzały tylko we dwie. Bogusię rozłożyło jakieś paskudne przeziębienie i zabroniła komukolwiek zbliżać się do siebie. Jedyną osobą, która złamała ten zakaz była Natasza, ale ona już coraz lepiej radziła sobie z własną matką i jej humorami. Jadzia wyjątkowo zajmowała się małym Franiem, co sprawiło jej więcej radości niż skłonna była to przyznać. Każda chwila z chłopcem była dla Jadzi cenna i z drżeniem serca czekała na marzec i decyzję rodziców Frania, dotyczącą podjęcia przez chłopca edukacji przedszkolnej. 
Eulalia umówiła się z Heleną na przedpołudniową kawę i ciastko, którym pachniał cały dom Helenki. Lubiła tu przychodzić. Panujący w tym miejscu spokój koił, a ciepło otulało każdego gościa już od progu. 
- Oszalałam, Helu. - Eulalia bawiła się małym uszkiem filiżanki, gładząc go ostrożnie i próbując zająć czymś ręce. - Zakochałam się jak nastolatka. Znów czuję się tak, jakbym miała dwadzieścia parę lat i wiem, że nie wyjdzie mi to na dobre, ale... nie chcę już inaczej. 
W niebieskich oczach Eulalii było tyle szczęścia, że Helena aż jej pozazdrościła przeżyć, o których ona czytała już tylko w książkach.
- Wiesz, Lala, im dłużej żyję, tym częściej dochodzę do wniosku, że nie warto w życiu być takim ostrożnym i robić wszystko z rozsądkiem. Czasami po prostu trzeba skoczyć z wysokiej skały, bez względu na to, jak głęboka jest przepaść przed tobą. 
- Naprawdę tak sądzisz, czy mówisz to tylko po to, aby mnie pocieszyć? - spytała Eulalia, z nadzieją wpatrując się w przyjaciółkę. 
- Mówię to najzupełniej poważnie - odpowiedziała Helena. - Widzisz Lala, z nami, kobietami, to jest tak, że jak wyjdziemy za mąż i gdy pojawią się w naszym życiu dzieci, to zapominamy o sobie i o tym, co kiedyś było dla nas ważne. Cały swój czas oddajemy innym i definiujemy siebie poprzez męża albo dzieci, uważając za grzech egoizm i zawalczenie o siebie. A potem kończy się tak, że mąż dostrzega tylko telewizor, dzieci się wyprowadzają, a ty stajesz się niezbędna tylko wtedy, gdy trzeba zająć się wnukami. Smutna prawda, Lala, do której dojrzałam trochę za późno. - Helena umilkła, zapatrzona w okno, za którym czarno-biała sroka podskakiwała śmiesznie po balkonowej balustradzie. 
- Helenka, z nas wszystkich ciebie jedną uważałam za szczęściarę. - Eulalia pokręciła głową, czując wzruszenie, które wilgocią pchało się do oczu. - Masz udane małżeństwo i cudowne dzieci, które nie umoralniają cię za każdym razem, jak cię widzą. Z waszego domu nie chce się wychodzić, tak dobrze każdy się tutaj czuje dzięki temu, że ty i Henio jesteście fantastyczni, a ty mi mówisz o pogrzebanych żywcem marzeniach? 
- A bo to jest tak, Lala, że zawsze nam się wydaje, że inni mają lepiej, a to czasami jedynie pozory. - Helena oderwała wzrok od rozbawionej sroki i sięgnęła po swoją filiżankę z kawą. - To nie tak, że nie kocham swoich dzieci, czy Henia. Nie wyobrażam sobie innego życia bez któregokolwiek z nich, ale... chciałabym, aby Henio spojrzał na mnie znowu jak na kobietę, a nie tylko jak na żonę i matkę swoich dzieci. I zazdroszczę ci tych motyli w brzuchu. Ja już ich nie pamiętam... 
Piwne oczy Heleny skrzyżowały się z niebieskim spojrzeniem Eulalii. Każda z nich nosiła w sercu swoje sekrety, które niejednokrotnie ukrywała przed samą sobą, aby życie było znośniejsze i nie wyrzucało zdradzonych pragnień i dziewczęcych marzeń, którym dorosła kobieta nie umiała dotrzymać kroku, pozwalając ulecieć jak zwiewnym motylom w letnie popołudnie. 
Figlarna sroka usiadła na parapecie i przeglądała się w czystej szybie, podziwiając swoje lśniące piórka. Zapach kawy uniósł się znad kruchych filiżanek i owinął wokół dwóch kobiet, które złączone wspólnym milczeniem, odnalazły drogę wgłąb siebie, i zaskoczone odkryły, jak wiele obrosłych pajęczyną złudzeń nazbierało się przez lata w zakamarkach serc, które wciąż jeszcze chciały poczuć, że żyją.   cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   

niedziela, 22 lutego 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Luty przykucnął nad brzegiem rzeki, zapatrzony na szare wrony spacerujące dostojnie po oszronionej trawie. Wielkie ptaki z czarnymi skrzydłami poruszały się dostojnie i majestatycznie, jakby świadome tego, że ktoś je obserwuje. Luty zastanawiał się, czy wrony szare zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są różne od jednolitych czarnych gawronów czy szarawych kawek, i jak piękne są w tej swojej inności, niepodobnej do niczego innego.
Luty lubił obserwować ptaki. Zachwycały go swoją radością życia, prostotą i brakiem złośliwości, tak typowej dla ludzi. Były częścią natury, którą szanowały i starały się zrozumieć. Nie przeszkadzały sobie nawzajem, i choć wchodziły sobie w drogę, nie zabijały się z tego powodu i nie warczały na siebie ostrzegawczo, pokazując siłę. Tak, ptaki były bardzo mądrymi stworzeniami i Luty podziwiał ich delikatność, mądrość natury wpisaną w bynajmniej nie ptasie móżdżki, oraz grację z jaką się prezentowały, pokazując swoje piękno tym, którzy - tak jak on, potrafili się przy nich zatrzymać.
Z rosnącego tuż nad rzeką drzewa zaskrzeczała sroka. Podskakując zabawnie, puszyła się dumnie swoimi błyszczącymi piórkami. Luty uśmiechnął się do niej, a potem wstał i podszedł do rozłożystego drzewa, wyciągającego swoje ramiona na cztery strony świata. Te nagie gałęzie na tle nieba wyglądały jak misternie utkane koronkowe wzory, połączone niepowtarzalnym splotem. Cieniutkie gałązki splecione z grubymi konarami, zachwycały prostotą i nie rzucającą się w oczy skromnością. Luty kochał takie drzewa najbardziej. Dla niego nie musiały przystrajać się w zielone listki i ukwiecone ozdoby. Nie musiały również zasłaniać się śnieżną pierzynką, bo przyjmował je takimi, jakimi były; nagie, ale nadal zachwycające, jeśli tylko ktoś poświęcił im chwilę bezcennego czasu i przyjrzał się dokładniej. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Do takich zimowych drzew Luty lubił się przytulać. Czuł ich pulsującą energię i potęgę natury zapisaną w korzeniach i grubych pniach. Dawały mu siłę i szeptały obietnice, które Natura potrafiła dotrzymać. Przyroda potrafiła być wdzięczna, jeśli człowiek umiał ją szanować i żyć obok niej, przestrzegając praw od wieków ustalonych, i coraz częściej, niestety, łamanych przez ludzi. 
W dole rzeki coś plusnęło, odwracając uwagę Lutego od drzewa. Kiedyś po tej rzece płynęła gruba kra, a wszystko wokół pokryte było białym śniegiem. Ostatnio jednak Zima kaprysiła, a Luty, choć tęsknił za mrozem i śniegiem, rozumiał ją, podobnie jak Styczeń. Z każdym dłuższym dniem, który Luty przynosił, ludzie coraz niecierpliwiej wyglądali Wiosny, a ptaki poszukiwały promieni słońca, stęsknione za ich ciepłą pieszczotą. Już niedługo Marzec wniesie ze sobą wiosenną zapowiedź radości, a zimowe miesiące odejdą w zapomnienie na cały długi rok. "Czy ktoś będzie za nimi tęsknił?", pomyślał smutno Luty, wędrując wzdłuż rzeki wąską, wydeptaną ścieżką, na której zostawały błotniste ślady stóp. 
Szara wrona uniosła swój czarny łepek i spojrzała za nim z życzliwością. Podobnie jak Luty, ona też powróci tu wraz z nadejściem chłodnych dni, gdy zmęczony Rok będzie myślał już o odejściu, robiąc bilans dobrych i gorszych dni. I tak jak Luty, odnajdzie te drobne zachwycenia, które zimą umykają tak wielu, a które mają zamknięte w sobie piękno, które tylko zatrzymanie może dostrzec i uwolnić. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wraz z Lutym, ślę najcieplejsze życzenia wszystkim urodzonym w tym miesiącu, a najmocniej ściskam Beatkę, i Duśkę - dziękując za piękną, trzydziestosiedmioletnią Przyjaźń, która przetrwała już niejedną próbę, i która wciąż niezmiernie ubogaca moje życie. Aga - dziękuję Ci za to, że jesteś! I właśnie taka, jaka jesteś! 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
     

wtorek, 17 lutego 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Carte blanche"



Co czujesz, budząc się w środku zimowej nocy, otoczony ciemnością, która niepokoi? Mrok wokół ciebie rozmywa świat, za dnia oswojony i bezpieczny, nocą niepokojący i zabierający sprzed zasięgu twojego wzroku wszystko to, co w ciągu dnia jest tak oczywiste, proste, przewidywalne. Ciemność. Rozmyte kontury mebli, zarys bliskiej twarzy, której szczegóły bardziej pamiętasz niż dostrzegasz, droga wymacana rękami i poznawana dotykiem, dopóki nie trafisz na włącznik światła. Światło rozprasza mrok i pozwala ujrzeć wszystko inaczej. Wyraźniej. Ale czy możesz sobie wyobrazić, że nawet światło nie jest w stanie sprawić, że świat wokół ciebie wyostrzeje i nabierze swoich codziennych kolorów? Czy potrafisz poczuć ten lęk towarzyszący każdemu krokowi w nieznane, gdy dzień i noc wyglądają tak samo i gdy przed oczami widzisz tylko ciemność? 
"Carte blanche" w reżyserii  Jacka Lusińskiego przedstawia taką właśnie historię. Historię człowieka uwikłanego w niemoc, chwytającego się nadziei i walczącego do końca o swoją godność i poczucie pełni człowieczeństwa. 

Andrzej Chyra jako Kacper Bielik

Bohaterem tej dramatycznej opowieści jest Kacper Bielik (znakomita kreacja Andrzeja Chyry), oddany swojej pracy nauczyciel historii w jednym z lubelskich liceów. Pedagog z pasją, którego świat jednego dnia wali się, roztrzaskując z głośnym brzękiem jak szyba samochodu uczestniczącego w wypadku. Kacper dowiaduje się, że traci wzrok, a postępująca choroba spowoduje, że cały jego świat, który przez lata dorosłego życia budował, nagle przestanie istnieć. Jedna diagnoza i wyrok na resztę życia. Jak udźwignąć takie skazanie na nieuchronne, jednocześnie nie rezygnując z siebie i tego, co dla człowieka ważne? 
Kacper nie godzi się z chorobą i nie zamierza odejść z pracy. Co więcej, zataja ten fakt przed pracodawcą i kolegami, sprytnie wykorzystując umiejętności swoich uczniów, którzy nieświadomie mu pomagają. Wielkie uznanie należy się młodziutkiej Elizie Rycembel, która zagrała w filmie postać zbuntowanej Klary. Z niezwykłym przekonaniem i naturalnością wcieliła się w niełatwą bohaterkę, która tak jak potrafi radzi sobie z trudną rzeczywistością, przyjmując ją pomimo tego, że jej nie rozumie. Eliza Rycembel zachwyciła mnie swoją dojrzałością i doskonałym wyczuciem dzikiej natury Klary. Pomimo tak młodego wieku zagrała swoją rolę na równi z mistrzostwem Andrzeja Chyry, Urszuli Grabowskiej czy Arkadiusza Jakubika. 

Eliza Rycembel jako filmowa Klara

Obsada filmu przyciąga i nie zawodzi. Przejęty widz śledzi rozwijającą się akcję, doceniając wkład pracy, jaki aktorzy - zwłaszcza Andrzej Chyra, włożyli w przygotowanie się do roli. 
Film "Carte blanche" oparty jest na prawdziwej historii Macieja Białka, nauczyciela historii uczącego właśnie w lubelskim liceum. I choć nie jest wiernym oddaniem życia Macieja Białka, bo nie o to chodziło reżyserowi, Jackowi Lusińskiemu, który chciał bardziej pokazać walkę człowieka z samym sobą i własną słabością, i jego pokonywanie barier, zdawałoby się nie do pokonania; to jednak postać Kacpra Bielika przedstawiona jest z tak mistrzowskim kunsztem, że Andrzejowi Chyrze należą się za to najwyższe wyrazy uznania. Kolejny raz aktor udowodnił, że jeśli czegoś się podejmuje, robi to całym sobą i nie uznaje rozwiązań połowicznych ani bylejakości.  
Bardzo ciekawą kreację stworzyli również Urszula Grabowska, grająca nauczycielkę polskiego i bliską koleżankę z pracy Kacpra; oraz Arkadiusz Jakubik, który wcielił się w postać najbliższego przyjaciela Bielika, czasem irytującego, ale wspierającego go w postępującej chorobie. Oboje są bardzo przekonujący w swoich rolach, przedstawiając grane przez siebie postaci wiarygodnie, bez zbędnego sentymentalizmu i przesadzenia, o które tak łatwo w kinie. 
Postać Magdy (wcieliła się w nią Ewa Bakalarska), żony Wiktora, przyjaciela Kacpra, również zasługuje na uwagę. Pomimo tego, że jest to bohaterka drugoplanowa, Ewa Bakalarska przedstawiła złożone emocje Magdy w taki sposób, że widz może sobie łatwo wyobrazić co czuje ta kobieta, skazana na czekanie i dostająca czas męża między jego pracą a przyjacielem. 
Wisienką na torcie wśród obsady jest aktor starej dobrej szkoły, Wojciech Pszoniak, który zagrał rolę profesora okulistyki i zrobił to w tak wymowny sposób, że mnie, jako widza, zaczarował.   

Kacper i Ewa, z którą Bielik związał nadzieję na nowe i lepsze... 
Filmowy Wiktor, przyjaciel Kacpra
Wybitny Wojciech Pszoniak jako wybitny okulista

Film "Carte blanche" zachwycił mnie również zdjęciami mojego rodzinnego miasta. Lublin pokazany okiem kamery jest tak samo klimatyczny, jak w rzeczywistości i po prostu chce się w tym miejscu być choćby przez chwilę. Mam szczęście, bo tu mieszkam i codziennie przemierzam uliczki i osiedla pokazane w najnowszym filmie Jacka Lusińskiego "Carte blanche", który naprawdę warto obejrzeć, do czego gorąco zachęcam! Jackowi Lusińskiemu dziękuję za to, że podjął się tak niekomercyjnego tematu i przekazał go mocno, ale bez zbędnego rozczulania czy przejaskrawienia, i bez banału, którego reżyserom trudno się ustrzec na ekranie. 
"Carte blanche", naprawdę dobry film polskiego kina! 
Monika A. Oleksa 

Andrzej Chyra i Maciej Białek
Andrzej Chyra w moim rodzinnym Lublinie:) 
Maciej Białek

sobota, 14 lutego 2015

Miłość, czym jest...?

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Żałuję, że nie dorastałem wśród kochających się ludzi. Nawet gdyby nie kochali mnie, to już sama świadomość, że wokół panuje miłość, byłaby taka kojąca." - takie słowa wypowiada Fernando, jeden z bohaterów książki "Tysiąc dni w Toskanii", a prywatnie mąż Marleny de Blasi. 
Czym jest miłość, że człowiek o nią tak zabiega i tak bardzo jej potrzebuje? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłość. Szukamy jej. Tęsknimy za nią. Pragniemy jej i potrzebujemy. Robimy dla niej miejsce z nadzieją, że wypełni nasz dom i zwyczajną codzienność przemieni w odświętność.
Wokół niej wirują roziskrzone iskierki, które Miłość pozostawia w oczach tych, przy których przystaje i wśród których chce się rozgościć na dłużej. Na dobre, bywa, że na zawsze. 
Miłość. Często wyklęta i niezrozumiana. Prosta, a jednak tak przez ludzi komplikowana. I często postrzegana w krzywym zwierciadle, bo widziana tak, jak człowiek chce ją widzieć. Bez głębi i prawdy, którą Miłość w sobie zawiera, dopowiadana przez pryzmat egoizmu i odbierania jej tego, co w niej najcenniejsze. Miłość nie rani, choć ludzie jej to zarzucają. Rani człowiek składający obietnicę, której nie potrafi dotrzymać. Ranią słowa nie pochodzące od Miłości, a wypowiadane przez tych, którym zaufaliśmy. Rani odrzucenie człowieka przez człowieka, bo to nie Miłość odmawia swojej obecności i nie ona odrzuca, ale człowiek zaślepiony własnym egoizmem i pragnieniem bycia w centrum, bez umiejętności dawania. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłość ma w sobie pokorę i mówi językiem codzienności. Miłość to trwanie pomimo. To również dawanie i umiejętność przyjęcia. W miłości nie ma "ja" ani "ty"; jest w niej "my" - jedność, złączona uczuciem, które nie odchodzi, gdy zgaśnie namiętność i minie zauroczenie. Miłość jest komunią dusz ludzi, którzy wzajemnie się szanują i sobie ufają. Jest prostym codziennym gestem i spojrzeniem pełnym czułości. Jest też potrzebą troszczenia się o drugą osobę, bez ograniczania jej wolności. 
Miłość to spotkanie wpół drogi i rezygnacja z udowadniania swojej racji, bez względu na to, jak prawdziwa by była. To poszukiwanie wspólnych portów, w których dwoje bliskich ludzi może się spotkać, ucząc się siebie nawzajem. 
Miłość dojrzewa wraz z tymi, którzy ją przyjmują. Uczy cierpliwości i łagodności, która przychodzi z wiekiem. Pozwala docenić najprostsze czynności i zobaczyć w nich to, czego słowa nie muszą opisywać, bo Miłość tak naprawdę ich nie potrzebuje. Ona nie wymaga nieustannego zachwytu nad sobą, tylko wychodzi naprzeciw uśmiechem na powitanie, kubkiem pachnącej herbaty po ciężkim dniu, odśnieżeniem samochodu, napaleniem w kominku, wyrzuceniem śmieci bez proszenia, czy wspólnym pomilczeniem, w którym jednak jest bliskość i porozumienie dusz, wzajemnie ze sobą połączonych, wszczepionych w siebie i odnajdujących siebie w całości dwóch istnień, a nie pojedynczych osób żyjących obok siebie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłości dojrzałej uczymy się latami. Dorastamy do niej, z każdym dniem wspólnej drogi dostrzegając tak wiele szczegółów, które dotąd omijaliśmy obojętnie. Słodycz słów, która w końcu może zemdlić, zostaje przyprawiona szczyptą nieuszczypliwej zrzędliwości; poczuciem humoru, bez którego życie stałoby się śmiertelnie poważne; a nawet uniesieniem kończącym się wybuchem, uwalniającym nagromadzone złe emocje. W tym wszystkim jest jednak zrozumienie i dialog, bez którego Miłość nie dojrzeje. 
Miłość. Ma wiele imion, wplecionych w życie każdego człowieka. Tak delikatna, że łatwo ją uszkodzić, ale jednocześnie tak silna, że staje się fundamentem, na którym dwoje bliskich sobie ludzi buduje dom, który nie rozpadnie się jak domek z kart. 
Życzę Ci pięknego odkrycia dojrzałej Miłości i umiejętności pielęgnowania jej w zwyczajnej codzienności.
Monika A. Oleksa 

Fot. Zbyszek Krukowski

czwartek, 12 lutego 2015

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 30.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kazimierz zimą nieodmiennie zachwycał i nawet bez śniegowej pierzynki miał w sobie taki urok, że po prostu chciało się tu być i chłonąć atmosferę tego miejsca, jedynego i niepowtarzalnego. 
Eulalia patrzyła na Wisłę, płynącą spokojnie swoim nurtem, i próbowała uspokoić rozkołatane serce, które zachowywało się przy Adamie jak serce nastolatki. Emocje, które nie tak łatwo było wyciszyć przy mężczyźnie pachnącym dobrą wodą toaletową, dalekie były od obojętności i Eulalia nawet się zastanawiała, czy damie przystoi spacerować tak blisko nieznajomego w końcu mężczyzny, doświadczając przy nim tak skomplikowanych uczuć. Bo nie potrafiła nazwać tego, co czuła przy Adamie. Czekała na ten wyjazd z podekscytowaniem własnej wnuczki, ale jednocześnie bała się konfrontacji wyobrażenia Adama o niej, z nią samą i tym, jaka była naprawdę. Wiedziała, że jest od niej młodszy i choć być może nie była to szokująca różnica lat, nie można było ukryć, że Eulalia jest już starszą panią z dolegliwościami typowymi dla wieku seniora, natomiast Strojewski był jeszcze sprawnym i czynnym zawodowo mężczyzną, na widok którego Eulalii fruwały w brzuchu kolorowe motyle, a jej myśli dalekie były od przyzwoitych. 
- O czym myślisz? - podszedł tak blisko, że jego oddech załaskotał ją w ucho. 
- Myślę o tym, co robisz tu właśnie ze mną. - Odpowiedziała szczerze, odwracając się w stronę mężczyzny i zatapiając w spojrzeniu, w którym za dużo wyczytała.
- Dlaczego tak trudno ci uwierzyć w to, że można się tobą zachwycić, Lala? 
- Zachwycać się mną można było trzydzieści lat temu, teraz opakowanie się nieco przymarszczyło i pomięło.
- Ale to, co masz w środku pozostało wciąż takie same, i przecież nie osądza się książki po okładce, prawda? 
Nie odpowiedziała, tylko odwróciła się i ruszyła nadwiślańską promenadą, chłonąc Kazimierz całą sobą. W powietrzu czuć było już powiew wiosny, na drzewach pojawiły się nieśmiałe pączki z pytaniem, czy już im wypada, a kaczki rozpoczęły swoje zaloty, pusząc się dumnie w poszukiwaniu partnera. Wisła nie przystawała, niestrudzenie biegnąc do przodu i nie oglądając się za siebie. 
Eulalia tak nie umiała. Nie potrafiła nie powracać do wspomnień, których w czasie dość burzliwego operetkowego życia trochę się nazbierało w szkatułce zdarzeń minionych, zatrzymanych wspomnieniem, czasem fotografią lub pamiątką z życia, które odeszło bezpowrotnie. 
- Wiesz co w tobie lubię najbardziej? 
Zatrzymała się i czekała. Na słowa i chwile, za które być może zapłaci tęsknotą i goryczą, ale których nie można już było powstrzymać, zupełnie jak tej rzeki, płynącej ku nieznanemu. 
- Twoje szaleństwo i nieprzewidywalność. I tę energię, którą zarażasz i którą mogłabyś obdzielić niejedną dwudziestolatkę. 
- Adam, czy ty wiesz, że ja mam sześćdziesiąt osiem lat? - rzuciła mu wyzwanie, które podjął. 
- A czy ja cię pytam o wiek? Ja mam pięćdziesiąt dziewięć i oszalałem, Lala, bo budzę się z myślą o tobie i zasypiam, mając cię pod powiekami. Na scenie gram tylko dla ciebie, bez względu na to, czy to słyszysz, czy nie, i dość już mam samotności i malkontenctwa, o które czasami siebie podejrzewam. Może byś więc dała mi w końcu szansę i przestała budować ten mur nie do pokonania, bo i tak go sforsuję, tylko... szkoda życia, Lala. - Ostatnie słowa powiedział już ciszej i tak blisko, że Eulalia poczuła przyjemny dreszcz, przebiegający po plecach. Świat wokół zawirował, a mocne ramiona Adama stały się stabilnym i bezpiecznym oparciem. Dojrzały pocałunek smakował jak czerwcowe truskawki, słodkie i soczyste, rozpieszczone przez słoneczne promienie. Było w nim wspomnienie lata i obietnica pogodnej jesieni, która nie zacina ostrym deszczem i nie mrozi chłodem. Eulalia poczuła się tak lekko, jakby miała odfrunąć. W tej krótkiej chwili bagaż lat i doświadczeń przestał ciążyć, a ona sama chciała, aby ten stan trwał jak najdłużej, i aby Adam pozostał blisko tak długo, jak tylko będzie chciał. 
- Wieczorem zapraszam cię na kolację i tańce w "Dwóch Księżycach", a potem... nie pozwolę ci już, Lala, schować się za tym murem. Zobaczysz, że świat pojaśnieje, jak tylko go zburzysz. 
Wisła zaszemrała cichutko, a kaczor głośnym nawoływaniem zawtórował Adamowi. Widoczny z promenady nadwiślańskiej Hotel "Dwa Księżyce" zamrugał z serdecznym pozdrowieniem światełkami w pokojach, a dostojna Fara objęła parę dojrzałych ludzi swoim błogosławieństwem. Baszta wyprostowała się dumnie, świadcząc swoją obecnością o latach świetności, a w ruinach zamku nastało poruszenie duchów przeszłości, tych którzy żyli tu przed wiekami i również doświadczali skomplikowanych uczuć, przeżywanych przez współczesnych. Miłość i niespełnienie. Tęsknota i obecność. Zachwyt i rozczarowanie. Upadki i powstania. To wszystko już było, pomimo mijających lat i dekad, panującej mody i zmieniającego się świata. Ludzie kochali i nienawidzili, pragnęli i wątpili, zdradzali i trwali w wierności.
Kazimierz otulił Eulalię i Adama miękkim i coraz później zapadającym mrokiem, zapisując rodzącą się historię w nurcie rzeki, która morzu znosiła opowieści o ludziach i ich pragnieniach. O życiu, które biegło i przemijało, zostawiając jednak swój ślad w pojedynczych dniach, które były prawdziwym cudem istnienia.  cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
     

wtorek, 10 lutego 2015

Zimowa opowieść nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Morze zimą nie zasypia. Nie zapada w uśpienie i przeczekanie, i nie wygładza swej tafli, znudzone monotonią zimowych dni, ale każdego poranka podejmuje swoją falującą wędrówkę, wciąż od nowa od wieków tak samo, bez względu na zmieniające się pory roku i mijające lata. 
Morze. Nieujarzmiony żywioł. Potęga, przy której człowiek widzi swoją małość, przed którą staje z pokorą wiedząc, że w starciu z żywiołem nie ma żadnych szans. Tę potęgę po prostu trzeba przyjąć i uszanować. Mądrość dana człowiekowi to rozumie; głupota naiwnie wierzy, że może być równym przeciwnikiem. 
Obserwuję to od dziesiątek lat. Pycha i zuchwałość ludzi, którzy nie potrafią przyjąć prawdy oczywistej i sięgają po to, co do nich nie należy, wcześniej czy później gubi. Tak jest stworzony ten świat, siły natury są potężniejsze i człowiek nie jest w stanie ich ujarzmić i kontrolować, choćby bardzo tego pragnął, a nawet próbował. Każde działanie wbrew naturze kończy się porażką człowieka. 

Mewy szanują potęgę żywiołu. Kochają morze, ale znają swoje miejsce.

Zimowe morze jest groźne. Jego stalowy kolor narzuca dystans, jednocześnie przyciągając swoim pięknem, które nieodmiennie zachwyca. Nieśmiałe promienie słońca zaglądają pod wybrzuszoną taflę wody, zmieniając jej krople w iskrzące diamenciki. Ciężkie, skłębione chmury rozrywają się gdzieniegdzie, strzępiąc się od podmuchów wiatru uderzającego gwałtownie. Niebo w swoich odcieniach błękitu prześciguje się z morzem, odbijając swoją nieskończoność w morskiej głębi. Ciężki piasek, wilgotny i nabrzmiały, ugina się pod stopami ludzi spacerujących poszarpanym brzegiem. Morze jest zachłanne i nie zawsze chce się dzielić swoją plażą. Przychodzą i takie dni, gdy rozwścieczony żywioł wdziera się na wydmy i zajmuje las, siłą uderzenia uginając sosny i zabierając wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Przerzuca kamienie z jednego miejsca na drugie, niektóre zabiera ze sobą, inne rozsypuje daleko, układając swoje własne wzory, za każdym razem inne. Czasami zapłacze, a wtedy złote łzy wplątane w wodorosty błyszczą na brzegu bursztynowymi grudkami, po które ludzie sięgają w zachwycie. 

Wzór ułożony przez morze. Codziennie inny, za każdym razem zachwycający. 

Rozkrzyczane mewy szybują ponad wyskakującymi w morze bałwanami fal, spoglądając na piękny świat, stworzony z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Przysiadła na gałęzi wrona szara przygląda się im z zazdrością. Jej skrzydła nie mają takiej siły przeciwstawiania się sile wiatru jak skrzydła mew. Trzyma się więc w oddali, ale patrzy z tęsknotą, bo morze magnetyzuje. Jest w nim coś, czego nie da się nazwać, i od czego nie można oderwać wzroku. Piękno wymalowane ręką Stwórcy. 
Puchate szare wróble, pochowane między gałązkami choinki, ożywiają uśpione nadmorskie miasteczko swoim szczebiotaniem, One też tu, nad morzem, odnalazły swój dom. Nie zazdroszczą mewom i umieją żyć obok, zadowalając się małymi okruszkami i tym, co potrafią zimą upolować. Zwinne i sprytne, przemykają pomiędzy kaczymi nogami, świergocąc radośnie i ciesząc się każdą chwilą, którą cenią. Małe, szare kuleczki z czarnymi oczkami. 

Mewy, moje przyjaciółki. Lubię na nie patrzeć i z nimi rozmawiać. 
Morze wyrzuca na brzeg swoje historie wraz ze spienionymi falami
Wrona szara z oddali z zazdrością przygląda się mewom
Małe szare kuleczki z czarnymi oczkami

Morze zimą nie zasypia. W pozbawionej ludzkich głosów ciszy wczesnych wieczorów snuje swoją opowieść, której przysłuchuję się od lat z tą samą ciekawością. Opowiada i trwaniu i przemijaniu. O zachłanności i darowaniu. O zwątpieniu i przychodzącej do ludzi nadziei. O życiu, które człowiek nie zawsze docenia, wiecznie z czegoś niezadowolony. 
Morze wychodzi mi naprzeciw. Dotyka chłodem lekko chropowatej powierzchni i zapewnia o swojej bliskości. A opowieść nadmorskiego kamyka wciąż się splata z pochwyconych chwil, które zatrzymuję. Dla Ciebie. 
Monika A. Oleksa    

Z wielką ciekawością wysłuchałam zimowej opowieści kamyka
Poszarpana sztormem wydma 
Bliscy memu sercu...
Dwoje najbliższych mi ludzi na świecie
Magiczne chwile nad zimowym morzem
Dąbki, mój drugi dom. Tam wracam do ludzi, za którymi tęsknię, bo są najbliżsi.  
Zimowe morze... tajemnicze i niebezpieczne, nieodmiennie piękne

środa, 4 lutego 2015

Magiczny Poznań

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czy można wstrzymać wskazówki zegara i dotknąć chwili zatrzymanej w czasie? Czy można w tej zatrzymanej chwili poczuć czyjąś bliskość i doświadczyć tu i teraz w obecności drugiego człowieka, który przychodząc na spotkanie jest nieznajomym, ale wychodząc z niego staje się kimś dużo bliższym? Czy można rozsypać słowa, które uwolnione, rozbiegają się po pomieszczeniu odnajdując tych, do których są kierowane, i przytulają się z nadzieją, że zostaną przygarnięte i zabrane? 
Można, bo doświadczyłam tego w magicznych miejscach Wielkopolski - Luboniu i Poznaniu. Dwa wieczory, w czasie których czas przystanął, a słowa były czymś więcej niż słowami, łącząc ludzi wzajemnie ofiarowujących sobie czas i uwagę. 

Galeria na Regale Miejskiej Biblioteki w Luboniu 
Pięknie przystrojona sala aż prosi, aby ją zapełnić
 Uśmiech przeznaczony dla mojego męża:) 
Nastrojowo i refleksyjnie

Pięknie przystrojona, jak teatralna scena, Galeria na Regale gościnnej Biblioteki Miejskiej w Luboniu, przyjęła swoich gości kawowym zapachem i ciepłem aż bijącym od pani dyrektor Elżbiety Stefaniak. Pani Ela i jej współpracownicy z wielką starannością przygotowali to spotkanie, które zaczarowało wszystkich tam obecnych. Rozmowa, którą pani Elżbieta poprowadziła, była ciekawa, dowcipna, ale jednocześnie pełna ważnych spraw i poważnych tematów, które skłoniły do dyskusji i refleksji. Wszystko przy tym odbywało się z taką naturalnością, że zarówno ja, jak i cudowni Słuchacze, których miałam przyjemność w Luboniu spotkać, czuliśmy się wzajemnie sobie potrzebni, ważni i wysłuchani. 

Powitanie przez panią dyrektor Elżbietę Stefaniak 
Galeria na Regale zapełniona... 
... zasłuchana... 
... zaczarowana

Bardzo cenię wszystkie pytania Czytelników, na które zawsze staram się odpowiadać wyczerpująco, jak i chwile tuż po spotkaniu, gdy skraca się dystans i można porozmawiać tak od serca, zatrzymując się przy sobie wzajemnie i ofiarowując sobie uwagę i czas, i kiedy tyle historii zbieram z zasłyszanych fragmentów i gromadzę, zachowując w sobie. To właśnie takie zasłyszane w przeróżnych miejscach i sytuacjach fragmenty powodują, że staje przede mną nowy bohater i składa przede mną swoje losy z prośbą, abym o tym napisała... Na spotkaniu w Luboniu zachwyciły mnie koronkowe rękawiczki i kapelusz. Przemówiło do mnie lusterko i zatrzymały się chwile w poezji pani Elżbiety Garczyńskiej. 

Rozmowa z panią Elą Stefaniak była bardzo naturalna i przyjemna 
Elżbieta Stefaniak, kobieta z niezwykłą energią i zasobami ciepła, które czuć
Moje artystki jak zwykle ze mną:) 
Beata Witoń poświęciła mi swój czas i zaopiekowała się mną serdecznie 
To był prawdziwy uścisk od serca!

Za ten piękny czas z serca dziękuję pani dyrektor Elżbiecie Stefaniak z zapewnieniem, że za rok, również w styczniu, który jest dla mnie miesiącem wyjątkowym, bo właśnie on był świadkiem moich narodzin, wrócę do Lubonia, aby wymienić się z cudownymi Czytelnikami tym, co przez ten rok nagromadzimy w sercu. 

Dobrze jest mieć takie kobiety obok siebie:) 
Chwile na osobiste rozmowy...
... i osobiste dedykacje
Pani Elżbieta Garczyńska i jej słowa "Jak zatrzymać chwile...?" 
Bardzo ciekawa kobieta z bogatą osobowością
Spokojne chwile, opadłe emocje, ogromna serdeczność
Eulalie bardzo dobrze się czuły w Galerii na Regale:)
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zimowy Poznań przyjął mnie równie gościnnie i z otwartymi ramionami ludzi, którzy są dla mnie ważni i wyjątkowi. Pomimo niskiej temperatury na dworze, wokół mnie było ciepło i serdecznie, a mój dzień w stolicy Wielkopolski wypełniony był od rana po brzegi! Przedpołudniowa audycja Babie Lato w Radiu Merkury, w której na antenie porozmawiałyśmy chwilę z panią Kaliną Olejniczak o moich książkach i pisaniu, była nowym doświadczeniem w moim życiu. Podobną, bardzo miłą rozmowę, przeprowadziła ze mną po południu pani Ania Jasińska na antenie Radia Emaus. Rozmawiałyśmy o samotności i jej odcieniach; i o tym, czy potrafimy sobie z nią radzić, i dlaczego nosi ona zawsze czyjeś imię... Ania bardzo ciekawie poprowadziła tę rozmowę w audycji na żywo i jestem jej ogromnie wdzięczna za rozładowanie napięcia, tak ciepłe przyjęcie i zjawiskowy uśmiech, którym na wejście roztopiła wszystkie lody :D. 

Radio Merkury w Poznaniu 
Zgrana załoga starała się rozładować moje napięcie:) 
Radio Emaus i zjawiskowa pani Ania Jasińska
Poznański wieczór w Księgarni Zysk i S-ka
Michał Fijałkowski w niesamowity sposób poprowadził to spotkanie
Dobrze jest przebywać w otoczeniu książek i ciepłych ludzi

Wieczorne spotkanie z Czytelnikami w Księgarni Zysk i S-ka na Starym Mieście w Poznaniu było wisienką na torcie, której smak pozostał we mnie do dziś sprawiając, że wciąż się uśmiecham do wspomnień tego wieczoru. Było magicznie i zjawiskowo, a niesamowitą atmosferę tego spotkania zbudował prowadzący Michał Fijałkowski, który zaczarował mnie i Słuchaczy swoim aksamitnym głosem i tak głębokimi refleksjami po lekturze "Samotności...", że rozmowa z nim była dla mnie nie lada wyzwaniem. 
"Kim jestem? Czy potrafię sam siebie zdefiniować? Stworzyć twierdzenie proste, jasno określające mnie tu i teraz. Jestem taki to a taki. Jedyny i wyjątkowy. Kompletna bzdura. Bez mianownika w postaci innych ludzi całe powyższe postępowanie razi ułomnością. Licznik spada na cztery litery, boleśnie się obijając. Lwia część naszej wiedzy o nas opiera się o drugiego człowieka. W lustrach ich twarzy oglądamy siebie najpełniej. Jedyny problem jest taki, by zechcieli nam na to pozwolić. W tej zgodzie zawarta jest według mnie cała tajemnica naszego świadomego bytu tu teraz. Jej brak, jak to w naturze, która nie znosi pustki, wypełnia mała, z czasem coraz większa spersonifikowana cisza. Nosimy ją w sobie, pielęgnujemy jak największy skarb. Ona podąża za nami krok w krok, dzień za dniem, rok za rokiem. W końcu, bo ona jak to cisza cały czas milczy, poznajemy jej nazwisko – Samotność. Imienia jej, chociaż też je znamy, boimy się wypowiadać. Dźwięk układających się w słowo liter boleśnie nas rani. Mam głębokie przekonanie, że my tę formę masochizmu lubimy. Podobno uszlachetnia. On lub ona mnie nie kocha…..a przecież musi. Zaczynamy żywić się bólem pochodzącym z tego co było, karmić strachem przed tym co by być mogło. Przestajemy dostrzegać magię teraźniejszości, która składa się z odcinków mniejszych niż sekunda. Zatrzaskujemy nie te drzwi co powinniśmy. Zbyt późne przecięcie pępowiny, łącznika z naszą jedyną towarzyszką, stopniowo alienuje nas ze świadomego życia. Masz mnie, codziennie sączy nam do ucha. Oni mogą cię zranić. Tyle lat jestem z Tobą i co, nic złego ci nie zrobiłam. A oni, sama/sam wiesz. Każdy/a z nich jest taki/a sam/a. Chcesz znów to przeżywać. Zapomniałaś jak to boli. W tym miejscu potrzebny jest cud. I on się wydarza. Jego opis znajduje się na kartach książki „Samotność ma twoje imię” autorstwa Moniki Oleksa." Michał Fijałkowski.

Michał Fijałkowski, wielki erudyta i radiowy głos
Księgarnia Patronacka Wydawnictwa Zysk i S-ka ma swój klimat
Lubię słuchać swojej książki w interpretacji Czytelników:) 
Tutaj też nie mogło zabraknąć Eulalii:) 
Michał Fijałkowski i jego głos zaczarowały mnie! 
To był dobry czas spędzony z wyjątkowymi ludźmi...
Dla takich Czytelników warto przyjechać na drugi koniec Polski!
Pani Maria swoją obecnością zrobiła mi przemiłą niespodziankę!

Towarzyszące spotkaniu zasłuchanie świadczyło o wyjątkowości słów, które padały i wrażliwości tych, którzy przyszli do Księgarni, aby tych słów wysłuchać. Głębokie zamyślenie na twarzy zebranych Czytelników i wilgotne wzruszenie, które zalśniło w oczach, były dla mnie najpiękniejszą nagrodą za wieczór, na który czekałam wiedząc, że spotkam tu nieprzypadkowych ludzi. Bardzo ciekawa dyskusja wywiązała się po skończonej oficjalnej części. Samotność przysłuchiwała się temu w zdumieniu, bo pytania, które padały, były ciekawe, ale jednocześnie trudne. Czy samotność jest stanem, który "przykleja" się do człowieka na pewnym etapie jego życia, czy też jest z nami od początku, od chwili narodzin? Nie ma jednej odpowiedzi, każdy postrzega ją inaczej i każdy doświadcza jej po swojemu. W każdym wzbudza jednak poruszenie i uczucia, które nie do końca jesteśmy w stanie nazwać. 
"Temat trudny. Stary jak świat. Bardzo łatwo go strywializować. Przegadać. Ubrać w tanią psychologię. Doprawić melancholią i zostawić czytelnika z powracającymi falowo nudnościami. Pisarka powyżej wymienionych raf uniknęła. Okręt fabuły z gracją przepłynął po mapie narracji. Bohaterka dojrzewała z każdą przewracaną stroną. Stopniowo powracając do świadomego bycia w jej tu i teraz. W końcu przejrzała się w lustrach otaczających ją mężczyzn. Zdiagnozowała to co sprawia jej ból i powoduje strach. Zatrzasnęła drzwi do wypełnionych nimi pokoi. Wybrała nowe życie we wszystkich jego barwach i przejawach. Cud się wydarzył. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Bo mu na to pozwoliła. Według mnie Pani Oleksa napisała książkę o odwadze bycia szczęśliwym. O zaufaniu drugiemu człowiekowi. O ponownym otwarciu, które każdemu z nas się należy i na każdego z nas czeka. I jeszcze jedno. Nie ma literatury pisanej tylko dla Kobiet lub tylko dla Mężczyzn. Jest po prostu albo dobra albo zła. Ta jest dobra. Jako nawrócony męski szowinista, przyznaję się, w kliku miejscach mnie ta książka wzruszyła. A przecież chłopaki nie płaczą. Poważnie? Z pełną odpowiedzialnością za poświęcony tej lekturze czas, polecam. To opowieść dla tych, którzy mają jeszcze siłę marzyć o cudzie nowego otwarcia na drugiego człowieka. Oleksa da wam siłę i nadzieję a nie gotowy przepis. I w tym według mnie tkwi moc jej twórczości.  W uniwersalizmie przekazu, nienacechowanego płciowo." Michał Fijałkowski "Rzecz o cudzie, czyli potędze teraźniejszości – Monika A. Oleksa „ Samotność ma twoje imię”

Dedykacja dla Pana Michała i jego rodziny:) 
I kolejne, osobiste... 
Lidko, dziękuję za to, że razem z Mamą byłyście tam ze mną... 
... i za magiczny wieczór, którego nie zapomnę! 
Bardzo ważne dla mnie spotkanie z panią Aldoną Zysk
Bordowe pióro zawsze ze mną

Poznańskie spotkanie stanęło na bardzo wysokim poziomie, który zawdzięcza prowadzącemu - Panie Michale, wielki ukłon w Pana stronę za niesamowitą atmosferę i profesjonalizm, z jakim poprowadził Pan naszą rozmowę. Była to dla mnie ogromna przyjemność i bardzo chciałabym przeczytać to, co wyjdzie spod Pana pióra i nad czym Pan teraz pracuje! 
Nie byłoby jednak tego spotkania i nie wyglądałoby właśnie tak, gdyby nie pani Sylwia Zysk i Beata Witoń, której w sposób szczególny chcę podziękować za opiekę nade mną w czasie mojego pobytu w Poznaniu i ogromną pracę włożoną w promocję "Samotności...". Pani Beatko - dziękuję! Za wszystko!
Szczególne podziękowania składam pani prezes Aldonie Zysk za tak ciepłe przyjęcie mnie w Poznaniu, rozmowę, której czuję niedosyt i obecność na spotkaniu, którą doceniam i za którą z serca dziękuję! Moim cudownym Czytelnikom, przybyłym na to spotkanie (ciepło pozdrawiam moje drogie Wędrujące Czytelniczki:D) bardzo dziękuję za te wspólne chwile, które dla mnie były czymś bardzo cennym, i które schowam w szkatułce dobrych wspomnień, do której lubię zaglądać gdy życie dokuczy. 
Magiczny Poznań zamknęłam w sercu. Wywiozłam z niego wiele dobrych chwil zatrzymanych przy wspólnej kolacji z przyjaciółmi, przy kawie w Gołębniku i spacerach po zimowych uliczkach poznańskiego Starego Miasta przy boku mężczyzny, bez którego mnie takiej, jaką jestem, by nie było. To był dobry czas, a szczęścia dzielonego na dwoje nigdy nie ubywa... 
Z zimowymi pozdrowieniami
Monika A. Oleksa          

Beatka Witoń zadbała o szczegóły spotkania i audycje radiowe
Dużo nas łączy i dlatego tak dobrze czujemy się w swoim towarzystwie
Kawa i wielkie ciastko w "Gołębniku" z wyjątkowym mężczyzną
Najważniejszy mężczyzna w moim życiu