czwartek, 30 kwietnia 2015

Otwarcie Kawiarenki Literackiej w Lędzinach

Fot. Gabrysia Kotas 

W dniu 19 marca 2015 roku odbyło się w Lędzinach uroczyste otwarcie Kawiarenki Literackiej "U Eulalii", którą to miałam przyjemność objąć honorowym patronatem, czując się jednocześnie Matką Chrzestną przedsięwzięcia, którego mocą sprawczą stały się cztery niesamowite kobiety: Elżbieta Mrowiec, Gabrysia Kotas, Joanna Wicik i Agnieszka Kucharewicz. 
Pomysł Kawiarenki narodził się pod wpływem lektury "Czwartkowych obiadów", a cztery sympatyczne, starsze panie - Eulalia, Bogusia, Jadzia i Helena tak podbiły serca lędzińskich Czytelników, że postanowili, idąc przykładem charakternych seniorek, stworzyć swoje własne czwartkowo-literackie miejsce, aby pobyć razem; posiedzieć przy kawie, herbacie i domowym cieście, i dzielić się sobą - ubogacając innych. Pomysł cudny, a ja czuję się zaszczycona będąc Ambasadorką Kawiarenki. 

Na otwarcie Kawiarenki moje Eulalie dostały nowe sukienki!
Eulalii towarzyszył tego wieczoru Adam Strojewski:) 

Pierwsze spotkanie, będące jednocześnie otwarciem, było bardzo doniosłe. Rozpoczęło się oficjalnym przecięciem niebieskiej wstęgi i przemową pani Agnieszki Kucharewicz, która razem z panią dyrektor Biblioteki w Lędzinach, Joanną Wicik, była gospodynią spotkania. Przedstawicieli prasy reprezentowali - pan Mirosław Leszczyk, dokumentujący wieczór zdjęciami i pan Bogusław Żogała, który bardzo starannie i ciekawie opisał całe wydarzenie w lokalnej gazecie. O przytulny wystrój Kawiarenki zadbała pani Teresa Jagoda, starając się, aby było ciepło i wiosennie.

Jak w prawdziwej kawiarence... 
Przemiłe popołudnie upłynęło w atmosferze wspólnych rozmów, dzielenia się swoimi pasjami i otwarciem na drugiego człowieka, o którym w codziennym zabieganiu tak często zapominamy. Nastrojowe wiersze Gabrysi Kotas w wykonaniu Agnieszki Kucharewicz wplotły się w to niecodzienne spotkanie, skłaniając do chwili refleksji i rozmowy. Swoje pięć minut miały również moje Eulalie - radosny fragment "Czwartkowych obiadów" został odczytany z podziałem na role, przy czym wszyscy "aktorzy" tak bardzo zaangażowali się w swoje role, że mnie - jako narratorowi - trudno było utrzymać powagę, a słuchając tych wykonań, widziałam stworzone przeze mnie bohaterki, które były obecne wśród nas, żyjąc własnym życiem, niezależnym już ode mnie. 

Uroczyste przecięcie wstęgi... 
Aktorzy w akcji!
Pomysłodawczynie Kawiarenki i szanowny przedstawiciel prasy
Fot. Mirosław Leszczyk
Dobre humory dopisywały:) 
Fot. Mirosław Leszczyk
Fot. Mirosław Leszczyk
Pani Joasia Wicik zawsze przyjmuje mnie z otwartymi ramionami
Fot. Mirosław Leszczyk

Kolejne spotkanie Kawiarenki już w maju, z tematem przewodnim listów pisanych ręcznie, na papierze być może nie czerpanym, ale mającym duszę, której brakuje bezosobowemu ekranowi komputera i oficjalnemu wydrukowi z czarnymi jak mrówki równymi literami. Cieszę się, że powstało takie miejsce w Lędzinach, w którym spragnieni siebie ludzie mogą się spotkać i porozmawiać o czymś więcej niż codzienne problemy czy prozaiczność życia, w którym przecież chodzi o coś więcej niż podejmowanie pojedynczych dni i kończenie ich o zmierzchu, z poczuciem jedynie zmęczenia. Kawiarenka Literacka "U Eulalii" w Lędzinach daje coś więcej - poczucie, że człowiek złożony jest z pragnień i potrzeby rozwijania siebie nawet poprzez ciekawą rozmowę na tematy, których nie porusza się przy przyjacielskiej pogawędce. To miejsce, które dopieszcza nie tylko podniebienie domowym ciastem, ale również nakarmi duszę, spragnioną pewnej duchowości, kultury na wyższym poziomie i wejścia głębiej w tematy trudniejsze, ale warte zatrzymania. 
Jestem dumna, będąc Ambasadorką tego przedsięwzięcia, a o tym, co się dzieje w Lędzinach i tamtejszej Kawiarence, będę uprzejmie donosić:)
Monika A. Oleksa   

Widać, że atmosfera na kawiarnianym spotkaniu była wyśmienita:) 
Pani Joasia ma w sobie dużo ciepła i serdeczności
Uczestniczki pierwszego spotkania Kawiarenki
Wpis do Księgi Pamiątkowej
One muszą mieć zawsze ostatnie słowo!

sobota, 25 kwietnia 2015

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Olga Bończyk




Moim dzisiejszym gościem na Literackiej Kanapie jest Olga Bończyk, kobieta niebanalna i bardzo wyjątkowa. Aktorka, piosenkarka, Artystka, która zachwyciła mnie dawno temu swoją subtelnością i osobowością; i której bardzo kibicuję we wszystkich projektach i zamierzeniach. Zapraszam na rozmowę, która była dla mnie ogromną przyjemnością i jednocześnie wyzwaniem. 

Patrząc na Panią, zarówno na scenie, jak i w tych migawkach prywatności poza sceną, uderza i zadziwia Pani ogromna pokora wobec Życia. Nie robi Pani niczego wbrew sobie i pozostając od początku do końca Olgą, przyjmuje życie z tym, co przynosi. Długo się do tego dojrzewa?

Olga Bończyk: Po przekroczeniu magicznej 40-tki mój świat zaczął inaczej  wyglądać. Złapałam dystans do siebie, do pracy i ludzi którzy mnie otaczają. Zaczęłam patrzeć na wszystko spokojniej i bez naciskania i przyspieszania. Wszystko zwolniło. Nie wiem czy to dobrze, ale żyję dziś bez zadyszki. Potrafię w święta się wyłączyć i nie  myśleć o pracy, wyjechać na wakacje i wpatrując się w morze medytować. Czas nie przecieka mi przez palce i  nie boję się,  że coś stracę, gdy nie odbiorę dzwoniącego telefonu. Czas działa tylko na moją korzyść i pracuje dla mnie. Doceniam wszystko co udało mi się zrobić do dnia dzisiejszego,  nie przeliczam i nie kalkuluję co mogłam zrobić więcej. Może mogłam, ale jest jak jest i mam ogromną osobistą satysfakcję, że jestem tu gdzie jestem.

Fot. Maria Winek

Jest w Pani wielka subtelność, która wybrzmiewa również w Pani piosenkach. Artystka z wrażliwą duszą i spojrzeniem na świat jakby nie z tej epoki. Za to wszystko tak ogromnie Panią cenię, choć wiem, że nie jest łatwo z tym żyć w dzisiejszych czasach - krzykliwych i gotowych sprzedać wszystko, aby tylko zaistnieć. Jak w takich trudnych i niesprzyjających prawdziwemu Artyście warunkach realizować swoje marzenia i podążać własną drogą?

Olga Bończyk: Niełatwo jest w dzisiejszych czasach być wiernym sobie, gdy dookoła tyle pokus i propozycji, które przyciągają łatwym i szybkim zyskiem. Na szczęście włącza mi się wtedy mój wewnętrzny alarm i zaczynam spokojnie wsłuchiwać się w siebie. Moja intuicja podpowiada mi wtedy, żebym nie rezygnowała z siebie i szła swoją własną drogą, którą kiedyś sobie wymarzyłam. Żebym się nie dała skusić na szybką i spektakularną karierę, bo często taki wzlot kończy się  często szybkim spadaniem po jednym sezonie. To nie są łatwe wybory, bo są chwile gdy nie umiem dobrze oszacować zysków i strat. Czasem muszę zapłacić sporą cenę za rezygnację z jakiejś propozycji. Wiele razy słyszałam „wyluzuj się”, „nie bądź sztywniarą", „zaszalej, pokaż że  potrafisz mieć do siebie dystans”. Ja jednak  konsekwentnie trzymałam się swoich zasad i szłam do wymarzonego celu. To dziś procentuje. Zapracowałam na szacunek wielu ludzi, którzy są dla mnie wzorem i ikoną dobrej sztuki, stylu, klasy i profesjonalizmu. To nagroda nie do przecenienia. 

Pani piosenek się nie słucha; w Pani wykonaniu one po prostu żyją i je się widzi. Wszystkie słowa ubiera Pani w tak piękne wykonanie, że poruszają coś głęboko w słuchaczu i nie można nie pochylić się nad ich sensem. Którą płytę nagrywało się trudniej - tę osobistą, w której tak wiele można odnaleźć z Olgi Bończyk, czy "Listy z daleka", na której przepięknie interpretuje Pani piosenki Kaliny Jędrusik?

Olga Bończyk: Każdy projekt jest inny, i każdy ma swoją osobną historię tworzenia. Piosenki Kaliny Jędrusik były spełnieniem moich marzeń. Bardzo chciałam je zaśpiewać i móc odnaleźć w nich samą siebie. Czułam, że dojrzałam do tych tekstów i że w zderzeniu z moimi życiowymi doświadczeniami, będę mogła stworzyć nową opowieść. Orkiestra Radiowa dodała temu projektowi genialnego, pełnego, symfonicznego brzmienia, a koncerty które przyszło mi później grać w wielu filharmoniach w Polsce pozostawiły cudowne wspomnienia. To jest przepiękny projekt i jestem dumna, że znalazłam w sobie determinację by go stworzyć. 
„Piąta Rano” - to już zupełnie inna historia. Piosenki zbierane cierpliwe przez lata i teksty z drżeniem serca pisane po nocach, skreślane, wyrzucane i znów od nowa pisane. Tworząc autorski materiał jest się w nieustającym lęku  czy droga,  którą się idzie jest właściwa. Czy piosenki które dla mnie są piękne, spodobają się słuchaczom? To nieustający kompromis pomiędzy naszym wyobrażeniem ideału, a tym co zrozumie z tego przekazu odbiorca.
Po raz pierwszy odważyłam się skomponować swoje piosenki i zaśpiewać je publicznie. Wprawdzie w przeszłości często komponowałam różne melodie, ale zawsze lądowały w szufladzie z braku wiary w sukces. Tym razem pomyślałam, że tworząc płytę autorską nadarza się niepowtarzalna okazja, żeby napisać piosenkę z własnym tekstem, w której będę mogła podziękować moim rodzicom za to, ze dzięki nim jestem tym kim jestem. To było dla mnie niezwykle oczyszczające przeżycie. Bardzo tego potrzebowałam. Piosenka „Moja Mama” wzrusza niemal każdego, a na koncertach widzę kątem wycierane łzy. Ta płyta  była moim prezentem dla samej siebie na 45 urodziny. To był wielki wysiłek ale wart swojej ceny.

Do większości piosenek na tej płycie słowa ułożyła Pani sama. Przepięknie zinterpretowała Pani i przełożyła piosenkę "Klucz do życia", a hołd oddany Pani Mamie nie pozwala mi wysłuchać tego przepięknego wyznania bez łez spływających po policzkach. Mam wrażenie, że w tę płytę włożyła Pani całe swoje serce i całą siebie, Pani Olgo.

Olga Bończyk: To prawda. Teksty, które piszemy samodzielnie zawsze będą miały szczególną energię,  bez względu na to jakiego tematu dotyczą. Pomimo tego, że był  to mój niemal debiut tekstowy ( mam kilka tekstów na swoim koncie ale nie chwaliłam się tym zbytnio do tej pory, traktując to raczej jako „wypadek przy pracy”) to wiem, że każdy z nich powstawał w określonej sytuacji życiowej i na swój sposób oddaje stan emocjonalny, duchowy tamtych chwil. Klucz do życia był inspirowany oryginalnym tekstem, ale nie dosłownie i nie tak wprost. Nieco przetworzyłam go przez własne doświadczenia a sam autor - Ola Onabule, nie wyraził sprzeciwu. Tekst „Moja Mama” jest moim podziękowaniem dla Rodziców którym zawdzięczam tak wiele. Dzięki nim jestem tym kim jestem i gdy nadarzyła się okazja by napisać dla Nich piosenkę wiedziałam, że nie mogę takiej okazji zmarnować.  

Fot. Maria Winek

Fantastyczna i w szczegółach dopracowana płyta "Piąta rano" to jedno ze spełnionych marzeń. Po jakie marzenia chciałaby Pani jeszcze sięgnąć?

Olga Bończyk: Marzy mi się nowy projekt muzyczny ale z kimś,  kto zainspirowałby mnie do rozwijania się w nowym kierunku. Na przykład, mogłabym znów zagrać na fortepianie. Jestem przecież pianistką. Dziś już nie gram, raczej komponuję lub aranżuję w zaciszu swojego gabinetu. Moja technika po 20 latach niećwiczenia jest już tak słaba, że nie odważyłabym się dziś niczego publicznie wykonać. No ale gdybym poćwiczyła, przygotowała jakiś projekt, a przy tym zaśpiewała, to kto wie? Mogłoby to być bardzo inspirujące. Mam też chrapkę na zagranie w  nowym spektaklu. Projekty teatralne w których biorę udział powoli się zgrywają więc zaczynam rozglądać się za jakimś ciekawym scenariuszem. No i jeszcze film. Troszkę o mnie zapomniano, a ja się chyba też za mało przypominałam w produkcjach. Może w nowych projektach filmowych znajdzie się dla mnie jakaś ciekawa rola?

Ciekawą rolę, Pani Olgo, napiszę specjalnie dla Pani, i razem poszukamy producenta, a potem zdobędziemy Złote Lwy i Złote Globy!

Fot. Andrzej Świetlik

"Listów z daleka" - "sentymentalnej kalinowej podróży wyśpiewanej sercem", najbardziej lubię słuchać jesienią. Widzę te wirujące na wietrze w rytm walczyka liście i lekką melancholię "Kawiarenki Sułtan", w której lubię przysiadać, obserwując "tę panią z żółtą różą, a obok pana, co miał tę różę i pani dał"...  Jaka jest Pani ulubiona pora roku? Czy lubi Pani jesień, a jeśli tak, to za co?

Olga Bończyk: Dziś chyba już tylko w poezji lub w piosenkach jesień jest piękna i kolorowa. Niestety,  gdy przychodzi październik wyciągam ciepłą bieliznę, parasol, gumowe botki i próbuję przetrwać ten niezbyt optymistyczny czas do wiosny. Nasza polska jesień coraz mniej przypomina tę piękną złotą i szeleszcząca liśćmi pod nogami, dlatego wolę wiosnę i lato. Uwielbiam słońce i wiatr we włosach, ciepły, delikatny… Jednak Pan Jeremi Przybora w każdej ze swych jesiennych czy zimowych piosenek potrafi zaczarować nas swym słowem. Kunszt mistrza czuć w każdym wersie, w każdej strofie. Dlatego z wielką radością na swych koncertach przekonuję widzów, by spróbowali znaleźć gdzieś na ulicach swego miasta ciepłą wdówkę na zimę, lub poszukali jesiennej dziewczyny z chryzantemami:) 

Czy potrafi Pani walczyć o siebie?

Olga Bończyk: Uczę się od lat brać w swoje ręce sprawy, które zależą ode mnie. To nie jest proste i nie zawsze mi się to udaje. Bywa tak, że  gdy coś mnie przerasta, wycofuję się, tracę wiarę i czuję,  że grunt usuwa mi się spod nóg. Bardzo łatwo podciąć mi skrzydła i zniechęcić do działania. Nie umiem na oślep i „po trupach” dopinać swoich interesów. Czasem, gdy widzę że komuś innemu bardzo zależy na wygranej w wyścigu, bez walki oddaję pole przeciwnikowi. Bywa jednak i tak, że  potrafię niezwykle trudne projekty poprowadzić szybko, sprawnie i do końca z wielkim sukcesem. Od czego to zależy? Determinacja i wiara w siebie jest tu kluczowa. 

Poranek zaczyna Pani od kawy, herbaty, soku czy wody? Jeśli kawa, to jaka - biała, czarna, latte, cappuccino... A jeśli herbata, jaką Pani lubi najbardziej? I w czym smakuje najlepiej? 

Olga Bończyk: Uwielbiam pić gorącą wodę z cytryną. Mam poczucie,  że rozgrzewa jelita, żołądek i pobudza je do pracy. Cytryna fantastycznie odkwasza organizm, więc na dzień dobry robimy coś dobrego dla siebie. Kilka osób podchwyciło ten rytuał i dziś mi za to bardzo dziękują, bo organizm szybko się odwzajemnił dobrym samopoczuciem. Kawę polecam, ale raczej w towarzystwie, na spotkaniu, czy babskich plotkach.

Każda z nas ma w sobie niepowtarzalną Melodię, która opowiada o kobietach, jakimi jesteśmy. Jaka jest Melodia Olgi Bończyk?

Olga Bończyk: Określiłabym siebie jako Kobietę Romantyczno -Balladową, ze swingująco - jazzującym zacięciem. Blisko mi do pięknych melodii, sączących się delikatnie dźwięków, które bezinwazyjnie wprowadzają w dobry nastrój. Kunsztowne solówki saksofonowe lub  ciepłe brzmienia trąbki, dopełniane kwintetem smyczkowym, a na ich tle altowe lub barytonowe głosy czule pochylające się nad każdą frazą. Jak to dobrze, ze jest się jeszcze dziś od kogo uczyć tej klasy i wyrafinowania w muzyce.

Fot. Maria Winek

Czy warto pomagać? Często włącza się Pani w akcje charytatywne i pomoc innym. Na co pójdzie, lub poszedł 1% Pani podatku? 

Olga Bończyk: Pomaganie zaczyna być w Polsce „trendy”, co bardzo mnie cieszy. Pomaganie nas wzbogaca,  niezależnie od tego czy mamy osobisty powód czy też robimy to z odruchu dobrego serca. Każda pomoc ma sens jeśli trafia do osób, które na nią czekają. Jak łatwo wyśledzić, wiele razy w ciągu roku biorę udział w charytatywnych imprezach, więc siłą rzeczy każdego miesiąca mam swoją prywatną cegiełkę,  by czyjś los mógł ulec poprawie. Najczęściej pomoc taka dociera do chorych dzieci, osób niepełnosprawnych ruchowo lub umysłowo. Ostatnio odbył się koncert na rzecz osób bezdomnych,  o których mówi się najmniej i niezbyt chętnie przygląda się ich problemom, dlatego z wielką przyjemnością dołączyłam do grona znakomitych artystów biorących udział w tym wydarzeniu. Jednak gdy przychodzi rozliczyć się co roku z fiskusem i podjąć decyzję komu przeznaczyć swój 1% od lat mam żelazną zasadę - mój 1% przekazuję na wybraną fundację, która pomaga zwierzętom. Co roku moje pieniądze trafiają do innej fundacji, ale zawsze wspomagają ratowanie zwierząt.

"Świat po czterdziestce" to taki niesamowity czas, w którym ja odnalazłam najprawdziwszą siebie, i w którym poczułam się spełniona i autentycznie szczęśliwa. Jaki jest "świat po czterdziestce" Olgi Bończyk?

Olga Bończyk: Jest spokojniejszy i wypełniony nieustannym budowaniem wiary w siebie. Mam przekonanie, ze ta mała Oleńka sprzed 35 lat uporała się już ze swoim lękiem, bezsilnością, wątpliwościami, strachem, kompleksami i brakiem wiary w sens istnienia. Nie boję się  dziś stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „Olu, dumna jestem z Ciebie”. Nie boję się bo wiem,  jaką przeszłam drogę i ile sobie zawdzięczam. Ile popełniłam błędów, ile zakrętów przeszłam, ile razy podnosiłam się z kolan i ile razy spadałam w pustą otchłań. To uczy, otrzeźwia i jest siłą napełniającą życiowe turbiny. Wiem, że jeszcze nie raz przyjdzie mi się zderzyć ze ścianą, jeszcze nie raz upadnę na kolana, ale ponieważ znam te stany, wiem, że potrafię się podnieść i iść naprzód. To jest bezcenne!

Co jest większym wyzwaniem - spektakl, czy recital - koncert?

Olga Bończyk: Każdy występ przed publicznością jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Każda publiczność jest inna dlatego zawsze mam tremę niezależnie od tego, czy będę śpiewać koncert czy grać w sztuce teatralnej. Nie rozumiem artystów którzy potrafią jeszcze na minutę przed wejściem na scenę wysyłać sms-y, rozmawiać o wczorajszych zakupach czy omawiać sprawy niezwiązane z tym,  co zaraz wydarzy się  na scenie. Mam wielki szacunek i pokorę wobec swojej pracy ale również wobec ludzi którzy kupili bilet i mają prawo oczekiwać występu na najwyższym poziomie. Uwielbiam stać na scenie,  tworzyć swój świat i zabierać tam swoich widzów. To ma dla mnie mistyczną aurę i czuję się wyróżniona przez los, że to ja mogę ten świat tworzyć. Uwielbiam śpiewać, więc koncertowanie sprawia mi wielką radość. Kontakt jaki udaje mi się stworzyć z publicznością  sprawia, że mam wielką satysfakcję gdy po ponad godzinnym występie publiczność domaga się bisów. 
A teatr to z kolei inna porcja doznań. Tu spełniam marzenia małej Oleńki która uciekała w swej wyobraźni w inny świat i wcielała się w postaci, które pozwalały oderwać się od dnia codziennego. Teatr to moja ucieczka od rzeczywistości. Życie w iluzji pozwala mi wyrwać kilka godzin ze swojego życia i zamienić się w kogoś innego. Dzieciom się na to pozwala, u dorosłych to raczej przejaw niezrównoważenia emocjonalnego. A zatem bezkarnie mogę sobie uciekać w inny świat, założyć kostium, przez kilka godzin wcielać się w kogoś innego, a potem bezkarnie wrócić do swojego świata i otrzymać za to brawa. Czyż to nie piękne? Jak można tego nie lubić?

Gdzie będzie można spotkać Panią w tym roku? Na jakich scenach?

Olga Bończyk: Na scenie Teatru Capitol w Warszawie - wznawiamy spektakl „Pomalu, a jeszcze raz!”. Widzowie od kilku lat tak się tego domagali,  że dyrekcja teatru postanowiła wrócić do tego tytułu. Poza tym na wiosnę w tym samy Teatrze Capitol planujemy nową premierę. Będzie to kontynuacja lubianego spektaklu ZUP czyli jego druga część. Mogę zdradzić tylko tyle, ze do składu podstawowego czyli: Kasia Zielińska, Kasia Żak i Ja, dołączy jeszcze mężczyzna. Poza tym wciąż eksploatujemy spektakl „Za rok o tej samej porze”. Planuję też małą niespodziankę teatralno - muzyczną, ale ponieważ to są plany wolałabym póki co nie zdradzać szczegółów żeby nie zapeszyć.

Jak Pani odpoczywa, Pani Olgo, po długim męczącym dniu lub projekcie? Jak pozbywa się Pani napięcia i nagromadzonych emocji i jak się wycisza?

Olga Bończyk: Nauczyłam się leniuchować. Kiedyś to było w zasadzie niemożliwe, nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że mam kilka dni wolnych i mogę nie robić nic. Mój mózg nie potrafił się zatrzymać. Wciąż myślałam co będzie jak się skończą wolne dni, jak zaplanować dni pracy i jakie projekty mnie czekają. Leżałam na plaży, a mój umysł wciąż pracował. Dziś  nie mogę uwierzyć że tak było. Po wielu latach zrozumiałam, ze wypoczywanie jest taką samą ważną rzeczą w życiu jak praca. Odpoczywanie to zbieranie energii, ładowanie akumulatorów by po powrocie do domu praca była bardziej efektywna. A moje leniuchowanie to nic innego jak robienie sobie przyjemności, niezaplanowanych wypadów za miasto, odwiedzanie znajomych i niepatrzenie na zegarek. Czasem gdy nawet nie chce się wyjść z domu, zwykłe siedzenie przed telewizorem sprawia mi dużą frajdę. Latem w wolnych chwilach nadrabiam zaległości książkowe, ale przyznaję że na czytanie niemal zawsze znajduję czas w łóżku przed snem i staram sie tego rytuału sobie nie zabierać. 

Czy w dzisiejszym świecie, który zwariował i sam już nie wie dokąd zmierza, warto pielęgnować jeszcze takie wartości jak Przyjaźń, Rodzina, uczciwość i wierność sobie?

Olga Bończyk: To wartości, które rzeczywiście w dzisiejszych czasach dość mocno wyblakły. Jednak mam wielu znajomych, którym udało się w małżeństwie przetrwać 30 i więcej lat.  To tylko dowód, ze warto się starać. Jest taka anegdotka: „Wnuczek zapytał dziadka: „Dziadku, jak to jest, ze dziś małżeństwa rozpadają się jedno po drugim, a ty z babcią żyjecie ze sobą ponad 50 lat. Jest na to jakaś recepta? Dziadek spokojnie odpowiedział: Dziś młodym się wydaje, że jak coś się psuje, to można to wyrzucić i znaleźć nowe, a  mnie nauczono, że jak się coś psuje, to trzeba to naprawiać”. Mądrość ponad wszystko. A przyjaźń? Uczciwość? Zawsze powtarzam, że trzeba w życiu być, żyć i zachowywać się tak, jak chcielibyśmy żeby inni nas traktowali. Zacznijmy w sobie pielęgnować te wartości, a będziemy przyciągać ludzi nam podobnych. Łatwo jest powiedzieć „dziś nie ma przyjaźni” „ludzie są nieuczciwi”, „każdy myśli tylko o sobie”. Spójrzmy zatem na samych siebie. Czy my nie mamy sobie nic do zarzucenia? Czy gdy widzimy, że świat nam dookoła blednie, sami nie zaczynamy żyć i zachowywać się jak inni? Wystarczy zacząć naprawę świata od samych siebie - bo to możemy zrobić, to jest  w naszej mocy, a szybko okaże się, że dookoła ludzie są życzliwi, uczciwi, serdeczni i zawsze pomocni. Oni są, tylko trzeba ich chcieć zauważyć:)

Fot. Andrzej Świetlik


Pani Olu, bardzo dziękuję za ten niesamowity czas, który mogłam spędzić wraz z Panią. Dziękuję za to wspólne zatrzymanie, głębokie refleksje nad życiem i rozmowę, dzięki której stała mi się Pani jeszcze bliższa. Życzę Pani wielu sukcesów w życiu zarówno zawodowym, jak i prywatnym, a sobie, trochę egoistycznie - kolejnej autorskiej płyty, bo Pani teksty nie powinny leżeć w szufladzie, tylko wychodzić do ludzi i otulać ich tak, jak Pani dotychczasowe płyty. Za Pani piękną melodię, niezwykłą wrażliwą duszę i człowieczeństwo godne naśladowania - serdecznie dziękuję! 
Monika A. Oleksa

Zapraszam na Fan Page mojego gościa - Olgi Bończyk - KLIK












czwartek, 23 kwietnia 2015

Magnoliowe spotkania wielkopolskie, cd.

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Lubię odwiedzać nowe miejsca i poznawać ludzi, którzy poprzez spotkania stają mi się w jakiś sposób bliscy; jeszcze bardziej jednak lubię wracać do miejsc, w których zostawiam ludzi "od Józefa", jak mawiała Ania Shirley, aby choć przez chwilę poczuć tę "harmonię dusz", jaką odkryliśmy przy pierwszym spotkaniu. W poszukiwaniu tej harmonii, w drodze do Rawicza, wstąpiliśmy - ja i moja druga połówka:), do Jutrosina. Zaproszeni przez panią dyrektor Biblioteki w Jutrosinie, Kamilę Malechę, chcieliśmy podelektować się wielkopolską kuchnią, w której moje podniebienie podbiły kluski parowane - w wykonaniu pani Marylki Malechowej - poezja smaku na talerzu! 
Rodzinna specjalność - zupa selerowa, deser z podaną na ciepło gruszką i dodatkami, oraz rozmowa przy wspólnym stole; to wszystko razem sprawiło, że Jutrosin stał się jeszcze bliższy i zaznaczony serduszkiem na mapie podróży po Wielkopolsce:). 
Za rozpieszczenie naszego podniebienia serdecznie dziękuję obu paniom Malecha - pani Marylce i Kamilii:)

Po lewej - Kamila Malecha; w środku - autorka poezji na talerzu!

Rawicz odurzył mnie magnoliami i serdecznością Czytelników i cudownych Bibliotekarek. Miałam również przyjemność poznać niezwykłą osobowość - rawickiego Artystę, pana Włodzimierza Jędrzejczaka, który troskliwie, jak dobry gospodarz, zaopiekował się mną zaraz po przybyciu do Rawicza, zajął rozmową przed spotkaniem i prowokował ciekawy dialog, stawiając intelektualne wyzwanie, dzięki któremu spotkanie było żywe i nie poddane żadnym ramom czy sztywnym scenariuszom. Przyprawione jak dobra potrawa światem bohemy, który już coraz rzadziej można spotkać, dlatego tym bardziej cenię takie niebanalne osobowości i cieszę się, że miałam możliwość poznania i rozmowy z panem Włodzimierzem. 

Włodzimierz Jędrzejczak, Artysta z niebanalną duszą 
Rawiccy Czytelnicy postawili wysoką poprzeczkę, którą z ich pomocą, dzięki bardzo interesującej rozmowie, refleksjom i pytaniom, udało mi się - mam taką nadzieję! - przeskoczyć. O klimat spotkania zadbały panie z rawickiej Biblioteki: pani dyrektor Mirosława Potkowska, pani kierownik Danuta Szyszka, pani Aurelia Maksajdowska, której w sposób szczególny dziękuję za przepiękny plakat:), pani Felicja Konat, Adrianna Kaczmarek, Maria Celka i Alina Małecka; którym serdecznie dziękuję za zaproszenie, ciepłe przyjęcie, zadbanie o szczegóły oraz oprowadzenie po Rawiczu i wskazanie zakątka z magnoliami, z którymi już zawsze będzie mi się kojarzyła Wielkopolska. 

Pani Adrianna bardzo intrygująco mnie przedstawiła...
... i ciekawymi pytaniami pomagała w prowadzeniu spotkania

Biblioteka rawicka ma cudownych Czytelników, do których bardzo chciałabym powrócić. Za wszystkie chwile i osobiste rozmowy po części oficjalnej spotkania, każdemu z Państwa z serca Dziękuję! Poruszyliście we mnie delikatne, czułe struny, które wpisały  we mnie tęsknotę za Rawiczem i tutejszymi ludźmi z wielką klasą i serdecznością. 

Zawsze ze wzruszeniem słucham fragmentów mojej książki czytanej przez uczestników 
Rawicz bardzo żywiołowo włączył się w rozmowę, słuchając i dopytując


Pani dyrektor rawickiej biblioteki, Mirosława Potkowska 
Te chwile cenię najbardziej!
Dedykacje to również jedna z moich ulubionych chwil:)


Podobną serdeczność, szczerość i podobne emocje odnalazłam w Wysocku Wielkim, Filii Biblioteki w Gorzycach Wielkich, nad którymi swoje opiekuńcze skrzydła roztacza pan dyrektor Dariusz Pryczak, niezwykle zorganizowany i bardzo "ludzki" człowiek, mocno zaangażowany w wielkie sprawy niewielkich bibliotek, których ma pod sobą aż dziesięć! Pan Darek bardzo sumiennie stara się rozdzielać każdej po równo, dbając również o te najmniejsze. 
Wysocko Wielkie to miejsce, w którym króluje pani Ewa Klawińska. To ona i jej osobowość nadaje klimat temu miejscu, ściągając czytelniczki, które czują się tutaj dobrze. Ja poczułam się równie dobrze, kiedy tylko przekroczyłam próg tej biblioteki. To miejsce otuliło mnie swoim spokojem, wyciszyło i pozwoliło wejść w nastrój, w jakim pozostaliśmy przez kolejne dwie i pół godziny. 

Kasztany wiosną - w prezencie dla mnie od pani Ewy!


Wysocko Wielkie obdarowało mnie dobrymi chwilami, wielkim zasłuchaniem i wzruszeniem, za które z serca dziękuję! Ten czas z Wami, drogie Czytelniczki, był dla mnie bezcenny, a Wasza obecność dowodem na to, że wybrałam drogę swojego powołania i będę nią podążała, kierując się Waszymi wskazówkami, słowami i opiniami, aby nie zbłądzić i pozostać taką, jaką mnie poznałyście i przyjęłyście. 
Panu Darkowi Pryczakowi dziękuję za to, że dał mi szansę spotkania z takimi Czytelniczkami, a Sabince - za przekonanie pana Darka, że będzie warto:). 
Pani Ewo, drobny kasztanowy gest był dla mnie bezcenny! Brakuje mi słów, aby wyrazić to wszystko, co poczuło moje serce, powiem tylko skromnie: Dziękuję! Jest Pani cudownym i bardzo dobrym człowiekiem. 

Cudowni ludzie na bardzo ciepłym spotkaniu
Pan Darek Pryczak, dyrektor Biblioteki w Gorzycach Wielkich 

To miejsce emanowało spokojem, który mnie otulił
Artystki jak zawsze - w gotowości!
Cudowne Czytelniczki w Wysocku Wielkim
"Przyłapana" obiektywem:)

W moich wielkopolskich powrotach nie mogło zabraknąć Koźmina Wielkopolskiego, który poprzednio tak gościnnie nas przyjął. Kawa przy puszystym serniku i rozmowa z panią Elżbietą Rychlik ubogaciła tą wielkopolską trasę, a koźmiński park, w którym biały paw na moją uprzejmą prośbę, rozłożył dla mnie swój przepiękny ogon i okręcił się dookoła, abym mogła się nim zachwycić z każdej strony, zaczarował mnie wiosennym pięknem i magnoliami. Już z Lublina przesyłam do Koźmina, dla Ani, serdecznego buziaka, a pani Romce dziękuję za zdradzenie kulinarnych tajników i za obiecany w listopadzie sernik!
Z pozdrowieniami
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Zza krat, ale piękna nic nie ukryje... 

Moja druga połówka, bez której nie byłoby mnie takiej, jaką jestem