czwartek, 31 grudnia 2015

Czwartkowe Obiady Sylwestrowo, odc.39

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Marta okręcała na palcu pierścionek, wpatrując się w niego przymrużonymi oczami. Wtopiona w złoto, biała perła, prezentowała się dostojnie na serdecznym palcu dziewczyny i przypominała chwilę, kiedy Bartek, mocno zmęczony ich wspinaczką na Czerwone Wierchy, sięgnął do plecaka i zamiast butelki z wodą, o którą poprosiła Marta, wyjął czerwone, obite pluszem pudełeczko. Zupełnie odebrało jej głos, gdy na Ciemniaku, z tatrzańskimi szczytami na wyciągnięcie ręki spytał, czy zechce za niego wyjść. Nie spodziewała się tego. Zaskoczył ją, ale nawet przez chwilę się nie zawahała, gdy odpowiedziała, że piękniejszej scenerii nie mogłaby sobie wymarzyć. Spontaniczność i nieprzewidywalność Bartka, które często Martę drażniły i irytowały, teraz stały się najmilszym akcentem w całym jej życiu i Marta wiedziała, że zapamięta tę chwilę do końca życia. 
"Narzeczona". Tak o sobie myślała za każdym razem, gdy patrzyła na pierścionek. Lubiła to słowo. Narzeczona. Już nie dziewczyna, którą w każdej chwili można zmienić, ale ktoś ważniejszy. Ktoś, z kim jesteś gotowy spędzić życie, decydując się na wyłączność tej osoby w stosunku do ciebie i do wszystkiego, co ciebie dotyczy. 
Marta wiedziała, że ten rok będzie wyjątkowy. Co prawda daty ślubu jeszcze nie ustalili, i raczej w nadchodzącym roku nie było na to szans, zważywszy na jakieś irracjonalne terminy oczekiwania na sale w popularnych restauracjach, ale pierwszy i najważniejszy krok został już zrobiony, reszta była już tylko działaniem według schematu, na który - Marta musiała to przyznać, czekała z równą niecierpliwością jak na Gwiazdkę, gdy była małą dziewczynką.
Słońce, które wścibsko zajrzało przez czyste okno, zatrzymało się zaciekawione na złotym pierścionku i przejrzało w delikatnym krążku, gładząc pieszczotliwie jego gładką powierzchnię. Ciepło, które Marta poczuła, rozlało się również w jej sercu, napełniając ją spokojem i przynosząc oczekiwanie na spełnienie dobrych życzeń w Nowym Roku. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Natasza stała przy oknie, wpatrując się w wyludniające się powoli miasto. Ostatnie zakupy i przygotowania przed sylwestrowym szaleństwem powodowały widoczną nawet z szóstego pietra nerwowość, która udzielała się każdemu, kto się z nią zetknął. 
Natasza wykrzywiła się do szyby, którą przed świętami tylko pobieżnie przetarła. Nie miała ochoty dopieszczać wynajmowanego mieszkania, tym bardziej, że nie miała dla kogo. Jagoda zdecydowała się spędzić w tym roku święta z Radkiem i jego nową rodziną, przepraszając Nataszę i prosząc ją o wyrozumiałość, że to w końcu jej ojciec i bez względu na to, co się stało, i że nie do końca potrafi zrozumieć jego decyzję, tęskni za nim i chce z nim pobyć wierząc, że Natasza to zrozumie. Rozumiała, a przynajmniej starała się, nie mogąc jednak zapanować nad rozgoryczeniem, że pomimo tego, iż to Radek zniszczył ich rodzinę przekreślając te wszystkie przeżyte wspólnie lata, tak naprawdę to ona ucierpiała najmocniej zostając w pustce, którą niczym nie umiała na dobre wypełnić. 
Dlatego patrząc na tych wszystkich rozbieganych ludzi w dole, czuła irytację, że świat narzucił jej obowiązek zabawy i świętowania dnia, który tak naprawdę nie miał dla niej większego znaczenia. Był tylko umowną granicą pomiędzy starym a nowym. Chwilą, która zmuszała do rozliczeń, podsumowań i bilansu, choć ona zupełnie nie miała na to ochoty. Podobnie jak na zabawę i sylwestrowy bal, z którego bez żalu zrezygnowała, bo niby z kim miałaby pójść? Mariusz pracował, zresztą dawno się już nie widzieli, ją wciągnęła praca, a on rzadko ruszał się z Kazimierza, ceniąc tamtejszy spokój małego miasteczka, jaki panował tam w dni powszednie. Nie było między nimi chemii ani iskrzenia, jedynie fajna koleżeńska relacja. Bogusia powiedziałaby, że to i tak dużo, ale Natasza wiedziała swoje i szczerze mówiąc, nie wierzyła, aby takie iskrzenie jeszcze się w jej życiu pojawiło.
Westchnęła, myśląc sobie, że jej jedynym postanowieniem na ten Nowy Rok będzie kupno własnego mieszkania, bo już dość miała tułania się po cudzych kątach, gdzie do tej pory nie była tak naprawdę u siebie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

- Myślisz, że nie będzie zbyt strojna? - Eulalia trzymała przed sobą mieniącą się złotem suknię, patrząc na nią bez przekonania. 
- Zbyt strojna? - Bogusia prychnęła, zakładając przed sobą ręce. - Filharmonia zobowiązuje, a tegoroczny bal jest naprawdę wielkim wydarzeniem. To cud, że Strojewskiemu udało się zdobyć te zaproszenia. 
- Mam nadzieję, że doceniasz to, że trafiły właśnie do ciebie i do Staszka? - Eulalia rzuciła Bogusi znaczące spojrzenie. 
- A do kogo, niby, miałyby trafić? - Bogusia zupełnie nie przejęła się spojrzeniem przyjaciółki. - Strojewski wie, kto najbardziej na ciebie naciskał w jego sprawie. Poza tym Jadzi i tak byś nie wyciągnęła z domu, kiedy ma w perspektywie dwa dni z małym Frankiem, dla którego oszalała bardziej, niż dla dużego Franciszka. Swoją drogą, co ona takiego widzi w tym dzieciaku? 
- A przypomnij sobie, co ty widziałaś w małej Jagodzie? - odpowiedziała Eulalia, przykładając sukienkę do siebie i patrząc na swoje odbicie w lustrze.  
- Co widziałam? Małego, rozpuszczonego bachora, nad którym nikt nie potrafił zapanować. To nie była twoja Marta, moja droga, już nie pamiętasz? 
Pamiętała. Jagoda od małego zawsze brała to, na co miała ochotę i działała bez namysłu i zastanowienia. Nawet Bogusia nie potrafiła jej ujarzmić. Aż dziw, że wyrosła na taką rozsądną dziewczynę. 
- Do tej sukienki, Lala, będą ci pasowały te atłasowe złote szpilki. Strojewski padnie z wrażenia, jak cię zobaczy. 
Eulalia uśmiechnęła się do siebie samej w lustrze, podejmując decyzję o włożeniu złotej kreacji. 
- Pamiętasz, Lala, te nasze bale z czasów, kiedy żadna z nas nie wiedziała jeszcze co to jest reumatyzm i ból stawów? - Bogusia westchnęła, zapatrzona we własne wspomnienia. - Nie było ważne to, że na sklepowych pólkach jest pusto, a wokół tylko szarość, którą Operetka choć trochę rozpraszała. My potrafiłyśmy cieszyć się każdą chwilą i wybierać z życia to, co najlepsze. Takich balów już dzisiaj nie ma...
- Wszystko się zmienia, Bogusiu. My też.- Odpowiedziała łagodnie Eulalia. 
- Wizualnie na pewno. Patrząc w lustro zastanawiam się dość często, kim jest to stare pudło, które tak na mnie patrzy ze zdziwieniem, jakby zapomniało wziąć tabletek na pamięć. 
Eulalia popukała się palcem w czoło, a potem odwiesiła suknię i podeszła do przyjaciółki, mocno się do niej przytulając. 
- Nie wiem kto ci tak zaczarował to lustro, i kogo ty tam widzisz, ale dla mnie jesteś wciąż tą samą Bogusią, z którą przeżyłam najpiękniejsze chwile swojego życia, i która była przy mnie zawsze wtedy, gdy rozpaczliwie potrzebowałam przyjaciela. I mam nadzieję. że będziesz jeszcze jak najdłużej, bo siebie bez Adama jestem sobie w stanie wyobrazić, ale siebie bez ciebie - zupełnie nie.
Bogusia odwzajemniła uścisk, a potem , zawstydzona swoją własną słabością i mokrymi oczami, nad którymi zupełnie nie umiała zapanować, wybiegła z pokoju, zostawiając Eulalię sam na sam z sukienką, która puściła do niej mieniące się złotem oczko.  cdn... 
Monika A. Oleksa 

 
          

wtorek, 29 grudnia 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Grudzień przystanął zmęczony i oparł się o drzewo. Jego wędrówka dobiegła końca i w zasadzie odliczał już nie dni, ale godziny do przekazania władzy Styczniowi, z jego energią, świeżością i nieustającymi postanowieniami, z których Grudzień już nawet nie rozliczał. Patrzył jedynie na tę młodzieńczą radość Stycznia, kiwając nad nią siwą głową, w której było zbyt wiele myśli, aby mógł za nimi nadążyć. Nigdzie się już nie spieszył. Taki miał przywilej jako ostatni miesiąc Roku. Nie pędził przed siebie i za niczym nie gonił. Po prostu był, a wraz z nim spokój, którym się dzielił, i zachwycenie nad życiem, w którym co roku odkrywał cud istnienia. I cud Miłości, która wychodziła z niepozornego żłóbka i promieniowała na cały świat, okrywając go jak delikatny tiul ślubną suknię. 


Jako najstarszy ze wszystkich dwunastu braci, Grudzień miał w sobie wyciszenie i pogodzenie z tym, na co nie miał już wpływu. Czas. Upływał niesiony życiem, zupełnie jak kawałek spróchniałego drzewa na rzece. Czasami tylko przystawał, na nieuchwytną chwilę, czymś zadziwiony, ale trwało to tak krótko, że nikt nawet tego nie zauważał. Czas był grudniowym przyjacielem. Dobrze się obaj czuli w swoim towarzystwie. Tak dobrze, że to właśnie Grudzień został tym czasem najhojniej obdarowany. Był jednocześnie początkiem i końcem. Końcem roku, który odchodził z godnością; i początkiem Tajemnicy, której pamiątkę Narodzenia obchodzono od wieków właśnie w tym miesiącu. Przynosił nadzieję, głosił potęgę miłości i umacniał wiarę. Szary, niepozorny miesiąc, skłaniający do refleksji nawet tych, którzy na co dzień nie umieli się zatrzymać i zadumać. 


Grudniowe poranki miały w sobie zamyślenie, a długie wieczory sprzyjały bliskości, skupionej w ogrzewanych płomykami świec domach. Grudniowe oczekiwanie nie było niecierpliwością, lecz wyglądaniem obietnicy, która zawsze się spełniała, gdy człowiek nie ograniczał się tylko do tego, co na powierzchni. 
Grudzień łączył w sobie równocześnie dziecięcą radość, z jej spontanicznością i zachłyśnięciem życiem, jak i stateczną dojrzałość, gotową na przyjęcie tego wszystkiego, czym został obdarowany czy obarczony. Pomimo tej dojrzałości, nie było w nim surowości, tylko łagodność, poprzez którą chciał opowiedzieć ludziom o zwyczajnym życiu, którego tak często nie doceniają. O życiu, które nieodmiennie go zachwycało, i o jego barwach, jakie odbijały się w pozornej szarości. 
Grudzień nie smucił się tym, że odchodził, prowadząc wsparty na sobie Stary Rok, który już nigdy miał nie powrócić. Smucił się tym, że ludzie, oczekując tak wiele, przegapiali to niewiele, w którym więdły niewykorzystane szansy i marnowały się okazje podsuwane przez los. Z bólem serca patrzył na zapędzonych ludzi, których tak wiele omijało, bo nie umieli się pochylić nad tym, co często leżało tuż pod ich nogami. Zapominali, że w pośpiechu gubi się szczęście, bo ono przychodzi w drobiazgach codzienności, i że nie można mieć wszystkiego od razu, bo właśnie te małe kroczki są w życiu najważniejsze i to one nadają mu jedyny i niepowtarzalny smak. Dlatego w świecie było tak wiele rozgoryczenia i rozczarowania, bo pomimo tego, że człowiekowi udawało się osiągnąć tak dużo, tak naprawdę niewiele cieszyło, i człowiek wciąż stawiał przed sobą kolejne szybkie cele do zdobycia wierząc, że jak już do nich dotrze, będzie szczęśliwy. I tak niewielu z ludzi naprawdę zrozumiało, że być szczęśliwym trzeba się po prostu nauczyć, i że nie jest to lekcja łatwa, ale warta odrobienia. 


Grudzień dmuchnął w stronę zwisających nad jego twarzą gałązek, a one natychmiast pokryły się srebrnym szronem, iskrząc się diamentowymi drobinkami. Uśmiechnął się, patrząc na swoje dzieło. Lubił zostawiać po sobie piękno, skłaniające do zachwytu. Wiedział, że wciąż jeszcze są tacy, którzy to doceniają. 
Schylił się i podniósł ze zmarzniętej ziemi gruby kij, na którym się podparł. Ruszył, zmierzając do umówionego miejsca, w którym czekał na niego Stary Rok. Nie mógł się spóźnić wiedząc, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nawet odchodzenie, nieodłącznie wpisane w życie. 
Monika A. Oleksa 

        

niedziela, 27 grudnia 2015

Świąteczna Bajkolandia - część trzecia

Mikołaj i jego elf :)

Razem z Mikołajem weszliśmy przez okno do starej, opuszczonej fabryki. Roiło się tam od zakurzonych pudeł i dziwnych rur na suficie. Schowaliśmy się za jednym z tekturowych pudeł i... oto co ujrzeliśmy.  
Na środku pomieszczenia stały metalowe klatki, w których leżały zmartwione i bardzo słabe elfy. Obok klatek ktoś stał. Ów "ktoś" to słynny Nick Salefens, główny wróg Mikołaja oraz przeciwnik świąt Bożego Narodzenia. Stał, wykrzywiając się w złośliwym uśmieszku do biednych pomocników Mikołaja.
- W te święta wszyscy przestaną w was wierzyć. Nikt już nie dostanie prezentów. Będzie tylko smutek i rozgoryczenie! 
Żaden elf nie zdołał wykrztusić ani jednego słowa. Nawet ich dowódca, elf Kapitan, leżał trzęsąc się ze strachu. 
- I co teraz będzie? - zapytałem brodacza. - Przecież tamten kolo jest uzbrojony! 
Zauważyłem nóż przypięty do jego pasa. 
- Hmm... - zamyślił się Mikołaj. - Może zdołamy przemknąć niepostrzeżenie, kiedy on będzie spał w najlepsze. Jest jednak obawa, że nas zauważy. 
- Proszę, nie mów mi o obawach, Mikołaju. To mnie bardzo stresuje. 
- Już nic nie mówię! 
Przemknęliśmy za kolejną skrzynią, zza której widzieliśmy lepiej tron Nicka, zbudowany z drzewa dębowego. Usadowiwszy się na nim, chwilę zerkał w stronę klatek, lecz potem... ogarnął go sen. 
- Poczekajmy chwileczkę. Zaraz pójdziemy ich odbić. 
Czas przedłużał się niemiłosiernie. Jedna minuta to jakby cała wieczność. Wreszcie Mikołaj zarządził odbicie przyjaciół. Włosy mi się zjeżyły na samą myśl o tym, że Nick teraz wstanie i ... chyba wiecie, co będzie dalej. 
Dreptaliśmy małymi kroczkami. Postanowiliśmy, że pójdziemy za tronem Nicka. Gdy przechodziliśmy już na drugą stronę, mężczyzna nagle drgnął. 
- Mamo! Daj mi jeszcze pięć minut snu, dobrze? - odezwał się. - Potem zjem obiadek i pójdziemy na spacerek. 
- OK, ale zaraz wstajesz. Nie lubię się spóźniać, przecież wiesz o tym. - To zdanie Nick wypowiedział zupełnie innym głosem, jakby nie swoim. Nastąpiła chwila ciszy. 
- Nie spóźnimy się. Wstanę, jak chciałaś - przekręcił się na bok i zaczął chrapać. 
Mikołaj dał znak, byśmy szybko uratowali elfy. Trzeba było być bardzo cicho, żeby nie obudzić wroga.
Gdy podeszliśmy do Kapitana, ten z trudem wstał, a jego błagalny wzrok mówił: "Pomóżcie mi!". Święty Mikołaj wyjął dziwny, kanciasty klucz i włożył go do zamku klatki. Ta skrzypnęła lekko i... otworzyła się. 
- Ten klucz otwiera każdy zamek albo kłódkę - wyjaśnił mi brodacz. - Teraz czas odbić elfy. 
Z resztą klatek nie było problemu. Wszyscy pomocnicy Mikołaja milczeli po otwarciu klatek. Z ostatnim elfem był kłopot. Zaprzyjaźnił się ze swoim więzieniem i nie chciał wyjść! Potrzeba było aż sześciu elfów, aby go stamtąd wyciągnąć. W końcu wszyscy byliśmy razem. Podszedłem do drzwi, żeby je otworzyć (zawsze jestem miły i kulturalny), lecz... coś było nie tak. Tron Nicka Salefensa był pusty. 
- No, no, no! Ktoś próbował uciec. Tym razem ci się to nie uda, Mikołaju. 
W tym momencie zza drzwi wyskoczył Nick i... złapał mnie mocno za ramiona. 
- Puszczaj! Puszczaj!!! - krzyknąłem. Serce biło mi jak szalone i ledwo łapałem oddech. Nick wykrzywił swoją twarz w podłym uśmieszku. 
- Teraz musisz wybrać, Mikołaju. Albo dzieciak, albo przyjaciele... 
Ten moment był najtrudniejszy. Święty Mikołaj musiał wybrać, i to wybrać dobrze... cdn...
Miłosz Oleksa 

       
 

piątek, 25 grudnia 2015

Noc Jasności

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Pod niebem pełnym cudów znieruchomiała ziemia. Wraz ze zbliżającym się wieczorem, cisza obejmuje świat. Ulice pustoszeją, pośpiech przystaje, a zgiełk uspokaja się i wycofuje, ustępując miejsca Tajemnicy, która dziś dotyka ziemi, chcąc wejść do każdego domu i otrzeć się o każdego człowieka. 
Pod niebem pełnym cudów mrok ustępuje jasności, zamknięte dotychczas drzwi otwierają się szeroko, a łaska, zsyłana wraz z nowonarodzonym Bogiem, który przychodzi do ludzi z miłością, dotyka każdego, kto zechce ją przyjąć i uwierzyć w to, co do dziś, dla tak wielu pozostaje po ludzku niewyjaśnione i niezrozumiałe. 
Ta jedna, cudowna noc jest początkiem wszystkiego. W swojej łagodności ma moc przemienić to, co po ludzku niemożliwe; naprawić błędy, których sam człowiek wybaczyć nie potrafi; uleczyć otwarte i niezabliźnione rany; umocnić, gdy wokół już tylko zwątpienie. Jedna noc, która dała światu szansę na odkupienie. 
Wigilijna noc to nie tradycja, świętowana od pokoleń. To również nie pamiątka, obchodzona co roku o tej samej porze. Wigilijna noc, zwiastująca Narodzenie Jezusa Chrystusa, jest darem, który dostajemy wraz z Jego przyjściem. Darem przez tak wielu niedocenionym i niezauważonym. Darem, który dostajemy za nic. Bezinteresownie. Z miłości. 
Czy masz tego świadomość, siadając do Wieczerzy Wigilijnej? Czy wiesz, że tej nocy nie jesteś i nigdy nie byłeś sam? Pustka wokół nas jest odbiciem pustki, jaką nosimy w sobie. Bezbronny jak nowonarodzone dzieciątko, Jezus przychodzi po to, aby tę pustkę wypełnić. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, to my, ludzkim myśleniem, stawiamy Mu granice, tracimy wiarę i wątpimy. A On wciąż jest, tuż obok. Niejednokrotnie odrzucony i opuszczony, ale zawsze wpatrzony w ciebie oczami pełnymi miłości. Autentycznej, niewyczerpanej. Niepojętej dla człowieka. Uzdrawiającej. 


Czas Bożego Narodzenia to czas niezwykły. Tej Nocy Jasności Niebo łączy się z ziemią, a Bóg przychodzi do człowieka, szukając dla siebie miejsca nie przy zastawionym stole, ale w ludzkich sercach. Tej nocy dzieją się cuda, a łaska Boża dotyka wszystkich, którzy się na nią otworzą sprawiając, że dla tych, którzy uwierzyli w Narodzenie i Zmartwychwstanie, święta Bożego Narodzenia nie kończą się wraz z powrotem do codzienności, ale trwają, towarzysząc nieustannej adoracji Bożego Dzieciątka. 
Boże Narodzenie to coś więcej niż lukrowane święto, tak pięknie przedstawiane w obrazkowych reklamach. To coś o wiele głębszego niż rodzinne spotkania przy stołach i wyszukane prezenty. Przystrojona choinka, kolędy, odświętne ubranie - to wszystko jest ważne i potrzebne do świątecznej oprawy, nadając klimat wyjątkowości dniom, w czasie których świat przystaje. Ale w tym wszystkim rozgrywa się również dramat. Dramat Boga, który w Jezusie przychodzi do człowieka. Dramat Boga, który coraz częściej we współczesnym świecie jest po prostu odrzucony. Bo stawia wymagania. Bo nie akceptuje wszystkiego. Bo kochając, oczekuje tego samego od ludzi, do których przychodzi z niewinnością dziecka, wyciągając swoje maleńkie rączki z wiarą w człowieka i w to, że otrzymawszy dar wolnej woli, wybierze Miłość, która nie przemija i zawsze dotrzymuje złożonych Obietnic.
Zanurzeni w tajemnicę Bożego Narodzenia, trwajmy w niej, uświęcając zwyczajną codzienność adoracją Jezusa Chrystusa w Dzieciątku, w którym przyszedł na świat z miłości do każdego z nas. Z miłości do mnie. Do Ciebie. Z miłości do tych, którzy Go odrzucili i nie przyjęli. Z miłości, której my, ludzie, nie jesteśmy w stanie pojąć. 


Fot. Marcin Piotr Oleksa

Życzę Ci, aby magia tych Świąt Bożego Narodzenia pozostała w Tobie nie tylko przez najbliższe dni, ale przez kolejne, te zwyczajne, w które wkrótce wejdziemy, i aby światło Gwiazdy Betlejemskiej wyprowadziło Cię z tych wszystkich dolin, w których tak często błądzimy, i doprowadziło tam, gdzie On, Jezus Chrystus, czeka na Ciebie pod wieloma postaciami, ale zawsze z tymi samymi, wyciągniętymi ramionami. Niech Boże Narodzenie będzie w nas prawdziwe, i pomoże na nowo odkrywać piękno Miłosierdzia.
Monika A. Oleksa 

Życzę Ci pięknych Świąt Bożego Narodzenia

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Zamyślenie

Fot. Monika A. Oleksa 


Lubię przyglądać się miastu otulonemu jesienno-zimową szarością. Lubię tę miękką mgłę, będącą jak kurtyna, za którą jest tajemnica. Wchodzę w nią wiedząc, że i tak nie odkryję wszystkiego co w sobie chowa, strzegąc zazdrośnie. Ale i tak dotykam jej wszystkimi zmysłami, czując jej wilgoć na twarzy i rześki chłód, który nie ziębi. Zapadający wcześnie, grudniowy zmrok nie przeszkadza mi. Lubię wpatrywać się we wplecione w niego światła mojego miasta, migoczące do mnie tak, jakby chciały mi coś powiedzieć. 
Grudniowe wieczory skłaniają do zamyślenia. Nad codziennością, która upływa swoim własnym rytmem, każdemu odmierzając czas sprawiedliwie, nikomu nie dodając ani nie ujmując, dzieląc dobę na dwadzieścia cztery godziny, które człowiek wykorzystuje lub marnotrawi. 
Rozpędzony świat rzadko się zamyśla. Zamyślenie jest niewygodne. W zamyśleniu człowiek zadaje sobie pytania i zaczyna analizować swoje życie i drogę, którą zmierza. Pędząc przez codzienność nie mamy na to czasu, a gdy go dostajemy, zabijamy czynnościami, które odbierają naszą uwagę. Dzień podobny do dnia daje nam złudne poczucie ustabilizowanej rzeczywistości, w której bardzo często gubimy siebie, a po pewnym czasie w ogóle przestajemy dostrzegać to, co ważne, zajmując się sprawami mniej lub bardziej pilnymi, i skupiając na dopięciu wszystkiego przed północą. 
W tym nieustannym pędzie zatrzymuje nas grudzień. Przez chwilę potrafi sprawić, że spowalniamy, a nasze myśli mają wtedy szansę, aby nas dogonić i skłonić do zamyślenia.

Mój sobotni spacer po Łazienkach sprzyjał zamyśleniu...

Grudniowe zamyślenie ma w sobie oczekiwanie, ale jednocześnie dotyka wspomnień o tych, którzy z jakiś powodów odeszli z naszego życia. W to zamyślenie wplata się pytanie o sens istnienia i o to, czy dni, którymi wypełniam życie, nie mijają bezszelestnie, nic po sobie nie zostawiając. Jakiś ślad, który wpisze się w pamięć moją lub tych, których życie postawi na mojej drodze; mgnienie zatrzymanej chwili, będącej jak szczypta przyprawy, ubogacającej mdły smak bezbarwności. 
Świadomość marnotrawionych dni zawsze mnie przygnębia. Mając świadomość, że czas nieubłaganie posuwa się do przodu, wiem, że żadna godzina nie powróci i nic nie zdarzy się powtórnie. W podobieństwie dni możemy mieć złudzenie, że wszystkie są takie same, a odróżnia je tylko dzień tygodnia, ale tak naprawdę to każdy z nich jest inny i każdy na swój sposób wyjątkowy. I żaden z nich nie jest w stanie się powtórzyć, bo dla każdego z osobna zostały oddzielnie policzone. Ten, który minie, nie narodzi się na nowo, i choć przyjdzie inny, niemal bliźniaczy, poczucie straty pozostanie. Wiedzą to ci, którzy budząc się pewnego dnia i patrząc w lustro, zadają sobie pytanie: Co się stało z minionymi latami? Kim jestem ten ja, po drugiej stronie, i dlaczego jest we mnie rozgoryczenie i żal za bezpowrotną utratą, choć tyle jeszcze było przede mną? 

Żaden dzień nie jest bliźniaczym odbiciem kolejnego... 

Każdy dzień ma w sobie wyjątkową wartość, i nie można myśleć o tym, że ten jest byle jaki, bo jest - na przykład, poniedziałkiem, ale za to ten, co nadejdzie, będzie dużo lepszy. Każdy z nich trzeba cenić, bo nikt z nas nie ma zagwarantowanej polisy na ich dokładną liczbę, a życie potrafi zaskakiwać, odbierając zarówno to, czego nie doceniamy, jak i to, co cenimy najbardziej. 
Myślę o tym, przemierzając ulice mojego miasta w grudniowej szarości. Myślę o dniach, które mi przeciekły i o tych, które zatrzymałam pamięcią. Myślę o szansach wykorzystanych i przegapionych i wiem, że wszystko czego doświadczyłam, dokądś mnie doprowadziło, ale wiele z przykrych doświadczeń mogłam uniknąć, gdybym uważniej wsłuchała się w ciszę i w serce, które zagłuszałam lub oszukiwałam, dając się zwieść temu, co podszeptywał świat. Uświadomiłam sobie również, że potrzebujemy tych listopadów i grudniów w naszym życiu po to, aby dać się poprowadzić ich szarości w zamyślenie, potrzebne w tej końcówce roku na wyciągnięcie wniosków i zmianę kierunku dryfowania po oceanie życia, jeśli nasz okręt zboczył z kursu i stracił z oczu port, z którego wypłynął. 
Monika A. Oleksa 

Nigdy nie jest za późno na zmianę i docenienie życia, jakiekolwiek by ono nie było...

         

piątek, 18 grudnia 2015

Świąteczna bajkolandia - część druga

Fot. Marcin Piotr Oleksa
    Mikołaj znalazł mi wolny pokój i powiedział, że chce zostać chwilę sam. Pokój był obszerny, z renesansowymi meblami uwydatniającymi jego piękno. Na półkach stały przytulanki i samochodziki, a na ścianie tykał kolorowy zegar. Święty Mikołaj wrócił po kwadransie i zaproponował byśmy poszli do jego pracowni zabawek. Po drodze nie spotkaliśmy nikogo, tylko pustkę i samotność.
   Pracownią okazał się duży, czerwony budynek ozdobiony światełkami dookoła. Weszliśmy przez szare drzwi. Troszkę skrzypnęło, i po chwili ukazało nam się miliony mechanizmów, toreb i przepięknych zabawek dla dzieci płci obojga. 
- Przepięknie tutaj! - wyznałem. Mikołaj nie odpowiedział. Podszedł do maszyny z numerem 2 i wcisnął pewien guzik. Maszyna zaczęła działać!
- To twoje zadanie - rzekł spokojnym głosem - Musisz pod nieobecność elfów pakować prezenty.
- To bardzo łatwe Mikołaju! Tylko pakujesz prezent i już!
- Nie powiedziałbym. Co więcej mówić... zaczynaj!
- Co?! Ju... ale... - nie dokończyłem, bo Święty Mikołaj już zniknął za drzwiami pracowni. Zacząłem więc pakować. Okazało się, że to wcale nie jest takie proste, jak mi się początkowo wydawało. Spociłem się niemało przy tej robocie, aż w końcu odpuściłem. Poczekałem z 5 minut i zacząłem dalszą pracę. Wkrótce Mikołaj wrócił z worem pełnym prezentów.
- No! Mam nowy ładunek, więc może będziesz się sprężał? Święta już tuż tuż!
- Ale Mikołaju... to jest za trudne. Użyj swoje magii i wszystko będzie zrobione w mig!  
- O nie, Franciszku! Tak nie mogę zrobić. Do tego właśnie są moje elfy. Gdybym wszystko robił mocą, straciłbym siły, a magia Bożego Narodzenia straciłaby radość i harmonię.
- Rozumiem - odparłem z żalem i znowu rozpocząłem pakowanie prezentów w ładne torebki i siatki z wizerunkami reniferów, Mikołaja i Śnieżynek. Dalsza część to same nudy, więc opowiem co się stało po tym. Otóż Święty Mikołaj przedstawił mi swoje renifery.
- Oto Bzyczel, Gwiazda, Choinka, Kometa, Alfa, Beta, Fala i mały Rudolf. Prawda, że wyglądają słodko? 
Potem pobawiłem się w chowanego z reniferami, które trochę nauczyły mnie swojego języka. Było świetnie dopóki... Mikołaj nie powiedział żebym poszedł z nim wkładać do wora prezenty. Robiliśmy to trochę za długo (może z przemęczenia?), dlatego Mikołaj zawołał mnie na odpoczynek do mojego tymczasowego pokoiku. Dzień na Biegunie Północnym trwa o wiele godzin dłużej niż w Polsce. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
  
   W moim pokoiku było bardzo mało rzeczy do robienia. Moją uwagę przyciągnęła tajemna szafa, postawiona na końcu pomieszczenia. Wyjrzałem przez okno. Mikołaj właśnie napajał renifera, więc miałem czas. Podszedłem do szafy. Lekko pociągnąłem za klamkę i ujrzałem... listy. Listy do Świętego Mikołaja! Ustawione były alfabetycznie, więc poszukałem litery "F". Ale... coś było nie tak. Co chwilę znikały pojedyncze listy, jakby ktoś lub coś je zabierało.
- Muszę powiedzieć o tym Mikołajowi! I to szybko!
Lecz Mikołaj był tuż obok.
- Dzieje się już tak od tygodnia. Bez elfów dzieciaki na całym świcie przestają wierzyć. 
- To bardzo smutne Mikołaju! Ja nigdy nie przestanę wierzyć! Obiecuję!
- Właśnie to mnie niepokoi...
Dalszą część rozmowy przerwał nam donośny głos reniferów. Szybko tam pobiegliśmy. Renifer "Gwiazda" pokazał Mikołajowi holograficzny obraz pewnej opuszczonej fabryki. Na dole obrazu widniał adres: Nowy Jork, Brooklin. Obraz holograficzny zniknął, a Mikołaj rzekł:
- Już czas ich uratować. Kometa! Zawołaj wszystkich do sań! 
Potem zerknął na mnie i zdecydował, byśmy wzięli większe sanie. Tak też się stało. Wyruszyliśmy w nocy, kiedy rzadko ktoś wygląda za okno. Prawdę mówiąc to... ja nigdy nie byłem za granicą, a aż do Nowego Jorku?! Trochę daleko... Lecieliśmy pod chmurami. Zobaczyłem między innymi Empire State Building, wytwórnię komiksów Marvela, Zoo, Statuę Wolności i inne cudowne miejsca Ameryki. W końcu dotarliśmy na Brooklin. Ujrzałem tam ogromny, stary, wymalowany graffiti budynek. Czytałem w "Księdze pięknych miast" o Manhattanie. Była tam też wzmianka o Brooklinie. Ale nikt nie wspomniał, jak wielkie zło się tam czai i ile krzywdy może zrobić światu i wszystkim dzieciom.
Cdn. 
Miłosz Oleksa  

Czy dzieci dostaną prezenty na czas?

wtorek, 15 grudnia 2015

Kasztanowy Zaułek - Spotkanie Autorskie w Lublinie

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Jest takie miejsce na Starym Mieście w Lublinie, gdzie można przysiąść i zanurzyć się w kojącej ciszy, wdychając zapach książek i pozamykanych w nich słów, oraz zagrzać się w cieple uśmiechu kobiet, które właśnie tam - na Starym Mieście, stworzyły zaułek, w jakim wielu lublinian lubi się zatrzymywać ze względu na niepowtarzalną atmosferę tutaj panującą. Biblioteka na Starym Mieście, Filia nr 21, pod opiekuńczymi skrzydłami pani Anny Rafalskiej i dwóch uroczych Agnieszek, przyciąga nie tylko powagą starej kamienicy i tajemniczością po drugiej stronie drzwi, ale przede wszystkim ciepłem, ogromną sympatią dla czytelnika, którego zawsze traktuje się tu jak gościa, oraz uśmiechem, który rozświetla nawet najbardziej pochmurny i mroczny dzień. 

Królestwo pani Ani Rafalskiej 
Moje Eulalie jak zawsze w wyśmienitych humorach:) 
Gospodyni spotkania, Anna Rafalska 
...i niepowtarzalny klimat Biblioteki na Starym Mieście

7 października 2015 roku właśnie tutaj, w Filii nr 21 na lubelskim Starym Mieście, odbyło się moje spotkanie autorskie, na którym obie z panią Anią zatrzymałyśmy Czytelników i Słuchaczy przy słowie. Tym słowem rozgrzałyśmy jesienne popołudnie i otuliłyśmy jak zwiewnym szalem. Tym słowem również obdarowałyśmy, mając świadomość, że "dobre słowo ma moc przemiany życia". Każde swoje spotkanie z Czytelnikami zaczynam z nadzieją, że słowa, które w czasie tych wspólnych chwil skieruję do każdego z nich z osobna, zostawią jakiś ślad po sobie. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nie będą one miały w sobie takiej mocy, aby przemienić czyjeś życie, ale być może pozostawią choć cień radości, która będzie w stanie rozjaśnić mroki codzienności, odsunie zwątpienie i pozwoli spojrzeć na swoje życie inaczej, łagodniej, bez tej surowości, jaką często nosimy w sobie. Bo słowa naprawdę mają moc, a ja w to mocno wierzę. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
To spotkanie od samego początku miało klimat...
... a poprowadzona rozmowa była dla mnie jak odkrywanie siebie na nowo
Przytulność... 
I zasłuchanie...

Październikowe spotkanie na Starym Mieście było takim jesiennym przystankiem, przenoszącym z prozy życia w zupełnie inny świat - wyciszony, liryczny, subtelny i łagodny. Świat bez pośpiechu i bez nerwowości; bez pretensji i bez polityki. Życzliwy każdemu, kto się w nim zatrzyma. 
Pani Anna Rafalska, w rozmowie, którą poprowadziła, pomogła mi przenieść Czytelników w inną rzeczywistość, do kasztanowego zaułka, w którym Jesień poukrywała swoje dary i ozdobiła niepowtarzalnymi kolorami. Wszyscy ją poczuliśmy nie tylko dzięki słowom, ale przede wszystkim dzięki przepięknym dekoracjom z jesiennego parku i ogrodu, o którą zatroszczyła się pani Ania i jej Agnieszki. 

Kompozycja pani Anny Rafalskiej 
Pierwsze słowa są zawsze najtrudniejsze - jak nimi zaczarować? 
Jak zachęcić do zasłuchania i podążenia za Autorem? 
Fragmenty książek pomagają...


Dlaczego lubię kasztany? Dlaczego to właśnie jesień stała się moją ulubioną porą roku? Dlaczego Piotr szukał tego jednego, jedynego kasztana, który to właśnie Marta znalazła? Dlaczego słowo "miłość" pojawia się w moich książkach najczęściej i jak próbuję je odczarować, przekonując czytelnika, że to uczucie nie ma nic wspólnego ze współczesnymi bajkami o Kopciuszku? Na te i inne pytania próbowałam odpowiedzieć, podążając za panią Anią, której pytania były niczym nić Ariadny - idąc za nimi i szukając odpowiedzi, odkrywałam nie tylko tajniki mojego pisania, ale i samą siebie, wchodząc coraz głębiej, dotykając skrajnych emocji i analizując. 

Słoneczniki to jedne z moich ulubionych kwiatów:)

Indywidualne rozmowy po spotkaniu cenię ogromnie! 


W ciągu tego całego wieczoru towarzyszyło nam słowo ukryte nie tylko w wypowiedziach i przytaczanych fragmentach, ale i w tym, czym cudowni Czytelnicy przybyli na to spotkanie, mnie obdarowali. Tymi słowami wzajemnie się podzieliliśmy. W każdym znalazło się jakieś dobre przesłanie, które zamknięte w przyjmującym je człowieku, rozświetliło jesienną ponurość, dodało energii i naprawdę rozgrzało, podobnie jak uśmiech gospodyni, Anny Rafalskiej i serdeczność obu Agnieszek. Do tej niezwykłej atmosfery dołożyli się też Słuchacze, których obecność, wilgotne spojrzenia, uśmiechy, uściski i słowa spowodowały, że wyniosłam w sobie tyle ludzkiego dobra i ciepła, że karmię się nim do dziś. 

Ten czas wspominam bardzo miło.
Dobrze było powrócić do października...
Na spotkaniu nie zabrakło Przyjaciół... Ewuniu i Zbyszku, dobrze, że jesteście!

Jest takie miejsce na Starym Mieście w Lublinie, gdzie warto zabłądzić, wędrując wąskimi uliczkami prawie siedemsetletniego już miasta. Przytulny zaułek, który 7 października zatrzymał tak wielu z nas przy kasztanach i słowie, które nabrało w tym miejscu prawdziwej mocy. Filia Stare Miasto MBP w Lublinie. Zupełnie inna czasoprzestrzeń, za możliwość pobycia w której pani Annie Rafalskiej najserdeczniej dziękuję, obiecując, że będę tam wracać z największą przyjemnością.
Monika A. Oleksa 

Najprzyjemniejsze momenty każdego spotkania:) 
Wpis moim magicznym piórem do księgi pamiatkowej
Imienne dedykacje...
Kasztanowy Zaułek:)

sobota, 12 grudnia 2015

Świąteczna Bajkolandia

Mikołaj i Śnieżynka

Te święta były dla mnie wielką przygodą. A wiecie dlaczego? Pewnie nie, dlatego opowiem Wam tę historię od początku... 
Nazywam się Franciszek i mieszkam w Lublinie. Jestem pasjonatem książek fantasy i ciekawych filmów, ale im jestem starszy (a mam już dziesięć lat!), coraz częściej zastanawiam się, kto i po co wymyślił szkołę...
Ale do rzeczy. Wierzę w Świętego Mikołaja, ale coś już podejrzewam... Dnia 20 grudnia rankiem, wybrałem się z tatą kupić choinkę. W naszej rodzinie to tradycja - żywe i pachnące lasem drzewko, kupowane przed samą Wigilią. Po południu wspólnie z mamą i tatą oraz moim bratem ją ubraliśmy w kolorowe bombki i iskrzące światełka. Dalszej części przygotowań nie będę w tym miejscu opowiadał, bo ta historia ma być ciekawa, a nie nudna jak opwiadanki wujka Heńka.
Gdy położyłem się do łóżka, zmęczony po całym dniu pełnym przedświątecznych wrażeń, czułem, że nie zasnę. Doskwierało mi jakieś dziwne uczucie, coś jakby radość i smutek równocześnie. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Nagle, w ciszy nocy, usłyszałem ciche dzwoneczki za oknem. Gdy spojrzałem tam zaciekawiony, ktoś złapał mnie za ramię i... zobaczyłem tylko ciemne plamy. Wszystko zniknęło w mroku. 

Tajemniczy Gość zawsze potrafi zaskoczyć, niespostrzeżenie zostawiając prezenty pod choinką

Obudziłem się, leżąc na mokrym materacu. Tym materacem okazał się śnieg! Najprawdziwszy! Nade mną stał... Mikołaj? Również najprawdziwszy! Tak, to na pewno był on! Wszędzie rozpoznałbym jego gęstą, srebrną  brodę, nie taką jak tych podrobionych Mikołajów z centrum handlowego. 
Nic nie mówiłem. Mikołaj pomógł mi wstać, wziął mnie za rękę i zaprowadził do chaty, stojącej na pobliskim wzniesieniu. 
W środku chata wyglądała normalnie, jak proste, zwyczajne mieszkanie. Jedna rzecz tylko się wyróżniała - duży obraz, powieszony nad sofą, który przedstawiał Mikołaja i mnóstwo małych ludków ze spiczastymi uszami. 
"Pewnie elfy", pomyślałem. Mikołaj westchnął. Podszedł pod obraz i lekko go przytulił. 
- Jeszcze wczoraj wszyscy byli ze mną, a dzisiaj nie ma żadnego - powiedział św. Mikołaj, spoglądając na mnie smutno. Nie mogłem się powstrzymać i zapytałem: 
- Gdzie są wszystkie elfy? Nie tak wyobrażałem sobie Biegun Północny i Miasteczko Świętego Mikołaja. 
- Podły Nick Salefens porwał wszystkie moje elfy i uwięził je w swojej pracowni. Chce zepsuć wszystkim dzieciom święta i pozbawić je magii, dzięki której przez te kilka dni, świat staje się lepszym miejscem na ziemi. - W tym miejscu Mikołaj zamilkł i położył rękę na moim ramieniu. - Franciszku, jesteś moją jedyną nadzieją!  CDN...
Miłosz Oleksa 

Czy Franek pomoże Mikołajowi? Cd już wkrótce...