sobota, 29 października 2016

Sobotnie zapiski licealistki, odc. 2

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Poniedziałkowe zachlapane przedpołudnie zupełnie nie nastrajało optymistycznie, a dzisiejsza lekcja matematyki dłużyła się niemiłosiernie. Sor Jaworski, odwrócony do nas plecami, tańczył na tle tablicy objaśniając jakieś skomplikowane zadanie, którego większość klasy nie rozumiała, ale skrzętnie wszystko notowaliśmy, żeby nie było, że nie uważamy. To jednak, że notowałam, nie oznaczało, że cokolwiek z tego rozumiałam, a szczególnie dzisiaj, w poniedziałek, który nadszedł po takim pięknym i prawie wakacyjnym weekendzie. Totalnie nie mogłam się skupić i widziałam, że Tośka ma ten sam problem. Zresztą wcale się jej nie dziwiłam. Po niedzieli spędzonej z Karolem na kręglach, zakończonej długim spacerem po Starówce, poniedziałek był ostatnią rzeczą, jakiej Tosia pragnęła. Reszta klasy też nie oczekiwała go zbyt radośnie, sądząc po smętnych minach moich koleżanek i kolegów.
Patrząc w okno na spływające po szybie smutne krople deszczu, gdzieś między funkcją liniową a kwadratową, o których z takim zapałem opowiadał sor Jaworski, totalnie odpłynęłam. Zamiast ponurej sali lekcyjnej, zobaczyłam znajome oczy, ciemno-brązowe, takie jak kasztany, gdy ściemnieją. Doskonale pasowały do opalonej twarzy Kacpra, jego ciemnej karnacji i krótko ostrzyżonych włosów. Pamiętam ich szorstki dotyk pod dłonią i zapach jego skóry po wyjściu z morza. Pachniał jak Bałtyk, którego słony smak poczułam na ustach Kacpra. Mój pierwszy w życiu pocałunek. Tajemnica, której nie wyjawiłam nikomu, nawet Tosi. Sekret należący tylko do mnie i do Kacpra. Ciekawe czy Kacper jeszcze o tym pamięta? Ten pocałunek i nasze spacery brzegiem morza, aż do przekopu, magicznego miejsca, gdzie plaża pustoszeje, a morze łączy się z jeziorem. 
I nagle, w to deszczowe przedpołudnie, tak strasznie zatęskniłam za Dąbkami, latem, Kacprem i nami z tamtych wakacyjnych tygodni, zupełnie oderwanych od rzeczywistości i nie liczących czasu. Szkoła wydawała się wtedy abstrakcją, a dzieląca nas geograficzna odległość nie miała żadnego znaczenia. Było tylko lato, wakacje, beztroska i nasza paczka, od lat przyjeżdżająca do tego samego miejsca, maleńkiego nadmorskiego miasteczka i pensjonatu pani Marii. Kasia, Michał, Błażej, Max i Honorata. Czekaliśmy na ten czas i tęskniliśmy do lata, ciepła i siebie nawzajem, aby na nowo odkrywać wszystkie ścieżki wydeptane razem i to, co zmieniło się przez rok naszej tutaj nieobecności. 
- Wiesz, że masz oczy koloru morza? - pamiętam ten szept Kacpra zaraz po tym, jak słone krople odbiły się na moich ustach, powodując zawrót głowy, który do dziś mi nie przeszedł. - Już zawsze Bałtyk będzie mi się kojarzył z tobą. 

Fot. Monika Anna Oleksa

Dzień, w którym to usłyszałam, zmienił wszystko. Zauroczenie Kacprem, nad którym dotąd jeszcze panowałam, zmieniło się w tak silne przyciąganie, że w tej chwili tęsknota za nim bolała aż fizycznie. Jak zdołam przeżyć te miesiące bez niego? I czy jak się spotkamy, nadal będzie to ten sam Kacper, którego zapamiętałam?
- Obudź się, księżniczko! - usłyszałam tuż nad sobą głos sora Jaworskiego i podskoczyłam, przerażona i zupełnie nieświadoma tego, że w pewnym momencie tej mało pasjonującej lekcji matematyki po prostu się wyłączyłam i odpłynęłam w marzenia, nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół mnie. - Rozumiem, że dla klasy humanistycznej matematyka jest złem koniecznym, ale chciałem wam bezlitośnie przypomnieć, że matura z tego przedmiotu jest obowiązkowa, i bez względu na to, jakim uczuciem darzycie królową wszystkich nauk, nie macie wyboru. Wakacje się skończyły, panno Bednarska, i najwyższy czas zaakceptować ten fakt i zacząć czynnie uczestniczyć w lekcji. 
Dąbki odpłynęły jak obłoki poganiane wiatrem, a ja w bolesny sposób przy tablicy odczułam, że koszmar szkolnych dni z matematyką na czele rozpoczął się na dobre i nie jest jedynie snem, który minie gdy otworzę oczy. 
- Witaj w świecie, w którym nie ma sprawiedliwości i gdzie nikt, z wyjątkiem przyjaciółki, nie jest w stanie cię zrozumieć - wyszeptała Tosia, gdy zawstydzona swoją niewiedzą wróciłam do ławki, marząc tylko o tym, aby nakryć się kocem i zapomnieć, że istnieje szkoła i wrzesień, który nadszedł zdecydowanie za szybko! A mógł się chociaż trochę poociągać...
- Myślisz, że nauczyciele wracają do pracy po wakacjach z przyjemnością? - spytała mnie już na przerwie Tosia, która od rana wypatrywała w tłumie rozkrzyczanych licealistów na korytarzu Karola. 
- Matematycy niewątpliwie tak - mruknęłam. 
- Strasznie jesteś cięta na tych ścisłych. Wyluzuj, Werka!
- Kurczę! Dwa spotkania z chłopakiem z mat-fizu i już cały punkt widzenia ci się zmienia. 
Tosia wydęła wargi, obruszona. 
- Bo ty nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak fascynujące mogą być algorytmy albo kwanty. 
- Tośka, czy tobie naprawdę odbiło? - spojrzałam na swoją przyjaciółkę z lekkim przerażeniem. Nie zdążyłam jednak usłyszeć odpowiedzi, bo po jednym esemesie, którym zawibrowała moja komórka, świat przed oczami zatańczył, a w mojej głowie pojawił się jeden wielki znak zapytania. Bo jak niby miałam rozumieć jedno zdanie, napisane przez Kacpra i wysłane z jego telefonu: "Niedługo się zobaczymy, Czarodziejko z wód Bałtyku :D."? cdn...
Monika A. Oleksa 

Ukochany przekop Weroniki i mój :) 
    

czwartek, 27 października 2016

Rush

Photo by Marcin Piotr Oleksa 

These days it seems that people forget how to celebrate moments. 
They are all the time in a hurry. Since the early morning we don't have time for anything. We put everything off until the weekend, holiday or a day we will have fewer duties and more hours for ourselves, but in fact even then we lack the time. 
We can't eat proper breakfast, because we are already late. We are not able to have a word with a neighbour, because we must be somewhere on time. "Sorry, I don't have time.", "I've run out of time.", "No time, sorry." Time. The most frequent word nowadays. The most needed. Precious. Impossible to regain when we've wasted it. And the truth is that we are not able to buy it anywhere. 
But we can use it wisely. It's up to me and you how we live our lives, but it's really worth to stop for a while and look around. What can you see? Fluffy clouds in the sky, which has mysterious, misty colour; trees stretching their branche as though they were waving to you sending their greetings. Nice cottages, high skyscrapers or cosy terraced houses and lights glittering in their windows. Children laughing and enjoying every moment, just for the pleasure of the moment. Elderly people with their wisdom in experienced eyes and fading smile on their faces. A stray cat or dog wandering along a busy street which doesn't know how to slow down. Bustle and hustle of everyday life and we, involved in the rush. 
Why are we running through the life? What for? Do we really need everything we are chasing for? 

Photo by Marcin Piotr Oleksa 

A few years ago I had an accident. It was winter and the road was slippery. Although I was driving carefully, I skidded and lost control over my car. I hit the tree and damaged my car, but I survived. 
Today I know that I have a very strong and powerful Angel, who guards me. And I've learnt my lesson. Since that day I started to value my life more. I stopped, looked around and delighted the life. I realised that my life doesn't mean possesing, collecting or getting promoted. It's something more; something deeper and more subtle. 
If I had my life to live over... If I had... But I won't have. I live my life now and here. I won't get it once again. So, don't waste the chance. Try to celebrate your magnificent life and enjoy it as much as you can. 
Monica A. Oleksa 

Photo by Marcin Piotr Oleksa 






niedziela, 23 października 2016

Deszczowa melodia

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Mokra kropla deszczu zatrzymała się na kołnierzu jesiennego płaszcza, jakby zdziwiona swoją tam obecnością i tym, że pomimo wilgoci nie wsiąka, tylko błyszczy przezroczystą wypukłością jak szklany koralik, przyszyty niczym guzik do ubrania. Szarość dookoła rozpraszała jej uwagę. Zupełnie nie kojarzyła się z jesienią i październikiem, który zawsze był zachwycająco kolorowy, pełen wielobarwnych liści zdobiących osiedlowe alejki, i lśniąco brązowych kasztanów, mrugających spod drzew swoim białym oczkiem. Dziś wszystko to utonęło w szarości i wilgoci, a jesienny chłód wdzierał się pod każdy niedokładnie zapięty guzik. 
Jesienność była stanem, który oddziaływał na ludzi dokładnie tak, jak go postrzegali. Dla jednych był przygnębiającą melancholią i tęsknotą za ciepłem, słońcem i jasnością długiego dnia; dla innych ciepłem przytulnego pokoju, oświetlonego światłem lampy rzucającej cienie skrywające tajemnicę. Jesienność ludzie nosili w sobie. Byli wśród nich tacy, którzy nawet w środku upalnego lata czy rozkwitającej wiosny narzekali niezadowoleni, bo wciąż coś im przeszkadzało. Życiowi malkontenci, nie potrafiący dostrzec żadnego z kolorów tęczy. Ubodzy i często nie zdający sobie sprawy z braku genu prostej i spontanicznej radości, wszczepionej w serce człowieka. 

Moja jesienność... 

Przezroczysta kropla stoczyła się z kołnierza i zatrzymała na rękawie. Podskakiwała wraz z zamaszystymi wymachami rąk mężczyzny, którego zaczepiła. Spieszył się. Szedł przed siebie rozpryskując kałuże i przepychając między ludźmi. Był tak skupiony na sobie i na zadaniu dotarcia tam, gdzie dotrzeć musiał lub zamierzył, że zupełnie nie zwracał uwagi na to, co było dookoła niego. Sylwetki, które mijał, zlewały się w ścianę pleców, a rozłożone parasole przeszkadzały, zaczepiając go i spowalniając drogę, która i tak trwała za długo. Gdyby choć na chwilę zwolnił i podniósł głowę, zobaczyłby radosny taniec parasoli, rozradowanych swoim występem pod wysokim niebem, i dumnie prezentujących ciemne garnitury lub wielobarwne sukienki. Deszczowe melodie były dla nich jedyną okazją do przedstawienia wzorów i kolorów, którymi w czasie szarych dni zdobiły świat. Szeroko rozkładając druciane ramiona wirowały w walcu, do którego zapraszały każdego, kto ich mijał. Tylko deszczowe krople doceniały to przedstawienie, wyreżyserowane tak, aby nie przeoczyć żadnego szczegółu, bo właśnie te szczegóły były w tej deszczowej opowieści najistotniejsze. 

Fot. Maria Sawicka

Lśniące od deszczu, mokre i pokolorowane liście opadały pod stopy zagonionych ludzi z nadzieją, że ktoś doceni ich piękno. Zaczepiały, przyklejając się do butów i spoglądając na tych, którzy mijali je obojętnie, zamyśleni i zajęci swoimi sprawami. Same deszczowe krople układały się we wzory, w których można było wyczytać przesłanie jesieni. Nie tylko ta wczesna, ciepła i złota była piękna. W deszczowym telegramie od jesieni był melodyjny, śpiewny szept: Spójrz! Późna jesień, pomimo wilgotnej szarości, również ma Ci coś do zaoferowania. Wycisza i skłania do refleksji. Znosi granice i przy akompaniamencie deszczowych nutek, układających się w liryczną melodię uwalnia tęsknoty, które mają szansę przerodzić się w marzenia. Narzuca płaszcz z mgły, za którym ukryty jest inny świat. Taki, jaki można poznać patrząc głębiej, przyglądając się uważniej i wsłuchując w to, o czym opowiadają krople deszczu. 

Taki prezent dostałam nieoczekiwanie od zapłakanej jesieni... 
... wyjeżdżałam z Lublina w szarości i strugach deszczu...
... a stęskniony Kazimierz powitał mnie pocałunkiem słońca... dawno się nie widzieliśmy... 

Późna jesień jest pełna rozmarzenia. Brak słońca wynagradza pomarańczem dorodnej dyni i niepowtarzalnymi smakami, które rozgrzewają, zatrzymując ciepło, jakim jesień również potrafi obdarować. Bo to ciepło wpisane jest w jej naturę pomimo chłodu dni i przymrozków nocy. 
Jesień zaskakuje tych, którzy przyjmują ją taką, jaka jest. Przebłyskiem słońca tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. Lawiną liści układających się w szeleszczący dywan pod stopami. Nieoczekiwanym pojawieniem się motyla, zupełnie nie zdziwionego tym, że znalazł się w tym właśnie miejscu i o tej porze. I kolorem nieba, ciekawie wyglądającego zza szarych, spierzonych chmur. Dostojna jesień, z bukietem zaskoczeń i zachwytów, melancholijnym uśmiechem i walcem, zapisanym w deszczowej melodii... 
Monika A. Oleksa 

"Dwa Księżyce" jak zawsze gościnne...
Fot. Monika A. Oleksa 
Aż trudno uwierzyć, że dzień wcześniej tonął w deszczu...

czwartek, 20 października 2016

Jesienna magia liter - Spotkanie autorskie na lubelskiej Starówce

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zapachniało babim latem i zaiskrzyło kolorami jesieni w przytulnej i bardzo klimatycznej bibliotece na Starym Mieście w Lublinie, w piątkowy wieczór 30 września. Obok dobrych, mądrych książek rozłożyły się rumiane i roześmiane jabłuszka, przypominając o tym, że jesień to również czas przetworów, które pozamykane w słoikach, przechowują dla nas smak lata; i czas pachnących szarlotek i drożdżowego ciasta ze śliwkami, i z obowiązkową kruszonką! 
W wyjątkowo ciepły wrześniowy wieczór Pani Jesień usiadła obok zasłuchanych czytelników w Filii nr 21 MBP w Lublinie, uśmiechając się lekko melancholijnie i przysłuchując rozmowie, którą w bardzo subtelny i liryczny sposób poprowadziła pani Anna Rafalska, kierownik bibliotecznej Filii nr 21 na Starym Mieście. 

Anna Rafalska, nieoceniona kierownik Filii nr 21 w Lublinie

Słowa okręcały się wokół Słuchaczy niczym pajęcza przędza, zaczepiając o drżące struny serca i prowokując do refleksji i zatrzymania przy skomplikowanych niejednokrotnie emocjach i uczuciach poukrywanych głęboko w sobie. Pytania pani Ani były mile zaskakujące i nieoczywiste, dzięki czemu nasze spotkanie stało się żywą i interesującą rozmową, w czasie której dotknęłyśmy nieba codzienności, doceniając wyjątkowość zwyczajności. 


Fot. Marcin Piotr Oleksa
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Dlaczego piszę o miłości? Niby zwyczajne pytanie, a ile w nim ładunku emocjonalnego. Piszę, bo jej potrzebuję, jak każdy z nas. Piszę o niej, bo jest mi bliska, podobnie jak ludzkie sprawy, których dotykam w mojej codzienności. Żyję blisko ludzi. Nie zamykam się w swoim świecie pisarza i nie izoluję od drugiego człowieka, ale współodczuwam go wchodząc w jego codzienność. Obserwuję. Rozmawiam. Jestem. Nie wymyślam swoich postaci i ich problemów w ciszy pokoju, w którym nikt mi nie przeszkadza, ale wchodzę w życie, doświadczając go całą sobą. W ten sposób rodzą się moje postaci, głęboko zakorzenione w życiu, którego nie stwarzam wyobraźnią, a jedynie podpatruję i nieco ubogacam swoim współodczuwaniem. 


Fot. Marcin Piotr Oleksa 



Która forma literacka jest mi bliższa - powieść czy opowiadanie? Zaczęłam od opowiadań, ale od kilku lat skupiam się głównie na powieściach. Która z tych form jest trudniejsza? Która stawia pisarzowi wyzwanie? O tym wszystkim opowiadałam w bibliotecznej czytelni pachnącej jesiennymi jabłkami. To motyw, który doskonale wkomponował się w moją najnowszą książkę, nad którą obecnie pracuję, a w której jabłonie odegrają ważną rolę, podobnie jak miłość, której w "Niebie w kruszonce" nie poświęciłam tyle miejsca co w poprzednich powieściach, i za którą moje Czytelniczki zatęskniły :). 
Cała kompozycja, podobnie jak i niepowtarzalny klimat Filii Stare Miasto to dzieło cudownych i ciepłych kobiet "A": Ani i Agnieszek. Z całego serca dziękuję Annie Rafalskiej, Agnieszce Cholewa i Agnieszce Małysz za przygotowanie spotkania, jak zwykle magiczną atmosferę, serdeczność którą otaczają już od wejścia, za wspierający uśmiech i to "coś", dzięki czemu nie chce się stamtąd wychodzić. Dobrze, że są takie miejsca w Lublinie jak to, w sercu Starego Miasta. Niby niewielka biblioteka, ale jakże wielka dzięki tym, którzy do niej zaglądają, i dzięki kobietom z pozoru zwyczajnym, ale jakże kreatywnym i współodczuwającym tych wszystkich, którzy przychodzą do Filii nr 21 nie tylko po książkę, ale po coś więcej. Po dobre słowo. Po bliskość. Po to, aby ktoś ich wysłuchał, coś doradził lub podpowiedział. I również po to, by pouczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych, które z takim zaangażowaniem organizują niesamowite kobiety "A", chcąc czegoś więcej dla Lublina i szeroko pojętej kultury. 


Pani Ania Rafalska i jedna z jej cudnych Agnieszek. I ja :) 
Chwile po spotkaniu cenię najbardziej! 
Lubię wracać do magii tego miejsca... 

Tak ciepłe wieczory jak ten wrześniowy już nie powrócą w tym roku. Jednak to ciepło, które udało nam się zgromadzić poprzez ludzi w jednej, niewielkiej bibliotecznej sali, pozostanie nie tylko jako rozgrzewające wspomnienie, ale żar, który będzie tlił się w sercu i wypełni sobą te wszystkie dni chłodu jakich doświadczamy, poprzez życzliwą obecność ludzi takich jak pani Ania i jej Agnieszki, poprzez takie miejsca jak Filia Stare Miasto w Lublinie, i poprzez książki, które w magiczny sposób łączą czytelnika z autorem, tworząc nierozerwalną więź, jakiej nie zastąpi żaden serial ani portal społecznościowy. A jesień sprzyja czytaniu i takim osobistym relacjom jak człowiek i książka, do sięgania po które gorąco zachęcam, bo nic tak nie rozgrzewa i nie wlewa w wątpiące serce człowieka i jego naturę poddającą się jesiennej depresji tyle nadziei, ile dobre słowo, zamknięte na kartkach książki, która może stać się niecodziennym przyjacielem w codziennym zabieganiu. 
Monika A. Oleksa 









wtorek, 11 października 2016

Wtorkowe Spotkania Kulturalne: Broadway in Lublin

Fot. Marcin Piotr Oleksa

W sobotę, 8 października 2016 roku, w Lublinie odbyło się niecodzienne wydarzenie. Centrum Spotkania Kultur, do którego tego dnia wchodziło się po czerwonym dywanie, stało się na jeden wieczór nowojorskim Broadwayem, a artystów występujących na scenie gali "Broadway in Lublin", Nowy Jork naprawdę mógł nam tej nocy pozazdrościć. 
Ogromna Sala Operowa mieniła się od wieczorowych strojów i powabnych toalet, a zgromadzona publiczność miała możliwość obejrzeć i wysłuchać jedynego w swoim rodzaju wyboru przebojów z musicali i filmów muzycznych, zaprezentowanych przez gwiazdy polskiej i światowej sceny. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Galę rozpoczął pokaz kolekcji sukien wieczorowych, zaprojektowanych przez bardzo utalentowaną, a jednocześnie niezwykle skromną projektantkę mody, Ewę Pieczykolan, która przeniosła widzów w świat eleganckich i zmysłowych kreacji, dostarczając już na samym początku niezwykłych emocji zanurzonych w tiulach, muślinach, krepach i delikatnych koronkowych aplikacjach. Prawdziwej magii na wybiegu towarzyszyła niepowtarzalna choreografia Agustina Egurroli oraz niesamowita i wprost bajeczna scenografia multimedialna Piotra Szablińskiego, z projektem i realizacją światła Michała Puchacza Parzycha. 
Na scenie pojawili się znani artyści w niecodziennym repertuarze - Beata Kozidrak rozpoczęła broadwayowski występ utworem z Evity, "Don't Cry for Me Argentina", a zaraz po niej Kayah w skocznym rytmie przeniosła nas do Nowego Jorku piosenką "New York, New York". Obie piosenkarki sprawdziły się doskonale w musicalowych rolach, serwując zgromadzonej publiczności potężną dawkę wzruszeń i rozgrzewających nut.
Prawdziwy aktor Broadwayu i wybitny amerykański tenor, Franc D'Ambrosio, uświetnił galę sprowadzając Broadway do Lublina. "The Music of the Night", "All I Ask of You", kawałek z "Upiora w Operze", która to rola stała się popisową rolą Franca, przynosząc mu nagrodę "Worlds Longest Running Phantom", czy "By My Love", obok kilku innych znanych musicalowych i filmowych przebojów, pozwoliły widzom posmakować prawdziwego broadwayowskiego klimatu i poczuć atmosferę miasta, które nigdy nie zasypia. Jednak niekwestionowaną gwiazdą wieczoru stali się trzej mężczyźni, którzy podbili serca nie tylko pań, ale i panów znajdujących się na widowni - Piotr i Wojtek Cugowscy z zespołem "Bracia", oraz Jakub Gąska, solista Teatru Muzycznego w Lublinie i zapierający dech w piersiach tenor, który najpierw poruszył emocje w duecie z Piotrem Cugowskim, wykonując "El Tango De Roxanne" z musicalu "Moulin Rouge", potem wywołał dreszcz sprowadzając ducha Freddiego Mercury'ego genialnym wykonaniem "Who Wants To Live Forever", by w końcu wzruszyć do łez piosenką "Le Temps des Cathédrales".  
"Bracia" natomiast zaskoczyli publiczność mocno rockowym repertuarem z filmu muzycznego "Rock of Age", nie pozostawiając nikogo na sali w pozycji siedzącej. Chłopaki - byliście niesamowici i jesteście nie do podrobienia! A Lublin jest z Was dumny!
Aby nie było jednak tak słodko i bezkrytycznie, niezbyt mocną stroną lubelskiego Broadway'u okazała się Iwona Sawulska, dyrektor Teatru Muzycznego w Lublinie, której występ znacznie obniżył wartość artystyczną wydarzenia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

We wszystkich utworach artystom towarzyszyła fenomenalna Orkiestra Teatru Muzycznego w Lublinie, pod dyrekcją Łukasza Sidoruka (Uwertura do "Balu w Savoy'u" długo brzmiała w uszach publiczności, powodując, że w głowie kręciło się nie tylko od szampana), a galę poprowadziła zjawiskowa Ewa Tutka i Marcin Prokop, oboje bardzo naturalni, profesjonalni i doskonale współpracujący nie tylko ze sobą, ale i z publicznością.  

Fot. Michał Pańszczyk

Musical "Broadway in Lublin" był nie tylko wydarzeniem artystycznym, ale również zakończeniem kongresu Pacific Voice Conference, organizowanego corocznie od 24 lat, podejmującego zagadnienia zastosowania nowoczesnej technologii w specjalistycznej medycynie klinicznej. Po gali miałam przyjemność poznać profesora Krzysztofa Izdebskiego, założyciela The Pacific Voice nad Speech Foundation, uznanego na świecie badacza, klinicystę i specjalistę w dziedzinie patologii głosu i mowy, na stałe mieszkającego w San Francisco i tam prowadzącego praktykę. 
Organizatorem całego wydarzenia byli Fundacja The Pacific Voice, R-SOFT STUDIO, dynamicznie rozwijająca się lubelska firma IT działająca zarówno na rynku krajowym,  jak i międzynarodowym, oraz Katedra i Klinika Otolaryngologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Dla mnie jednak najjaśniejszą i jednocześnie najskromniejszą gwiazdą był Trevor Edmands, brytyjski malarz, rzeźbiarz, pisarz i poeta. Jego prace wystawione w Foyer Centrum Spotkania Kultur, spotkały się z żywym zainteresowaniem odbiorców, a większość z nich trafiła w ręce ludzi, dla których Trevor Edmands okazał się prawdziwym odkryciem. Artysta osobiście przyleciał na galę, a jego życzeniem było przekazanie całości honorarium i wpływów ze sprzedaży dzieł na rzecz trzyletniej Amelki Dobek, chorującej na złośliwego siatkówczaka oka. Dzięki ludziom dobrej woli Amelka dziś wyleciała do Stanów Zjednoczonych na bardzo drogie leczenie, które - mocno w to wierzymy, uratuje jej życie. Przelot dziewczynki i jej rodziców spontanicznie w czasie gali zaproponowała i zasponsorowała Beata Kozidrak, a Amelka nikogo w Lublinie nie pozostawiła obojętnym. 
Trevor Edmands zaskoczył mnie swoją niesamowitą skromnością. Jego jakże bogata osobowość przyciągała, a artysta był bardzo otwarty i przystępny, odpowiadając na każde pytanie tych, którzy docenili jego sztukę i niespotykany na co dzień gest. Na fascynującą rozmowę z Trevorem Edmandsem zapraszam już wkrótce. Na Literackiej Kanapie porozmawiamy o życiu wplatanym w sztukę i o sztuce, która tworzy życie. W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Agnieszce i Sławkowi Grześ, dzięki których nieocenionej pomocy Trevor mógł przylecieć do Polski, spełniając tym jedno ze swoich największych marzeń.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Sławomir Grześ
Rozmowa z Mistrzem - bezcenne! 

"Broadway in Lublin" to wydarzenie jakiego jeszcze w Lublinie nie było. Realizacją tego pomysłu i jego produkcją zajęła się Ewa Tutka E.T. CONSULTING. Ewa przygotowała również scenariusz i bardzo mocno zaangażowała się w sprowadzenie na scenę Sali Operowej w Lublinie cenionych artystów. To ona wyszukała Trevora i jego dzieła, nawiązując współpracę, która zaowocowała w nieprawdopodobny sposób. 
W najbliższą niedzielę, w programie Co za tydzień telewizji TVN, o godz. 11.25 będzie można obejrzeć migawki lubelskiego wydarzenia "Broadway in Lublin", które na długo pozostanie w pamięci zarówno gwiazd, które wzięły w nim udział, jak i publiczności. 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa

czwartek, 6 października 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.43

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Pierwszy dzień niemal cały przespała. Drugi przepłakała, wtulona w poduszkę, która nie dawała ukojenia. Trzeciego zdecydowała się powierzyć wszystko morzu, wychodząc naprzeciw temu, co życie dla niej przygotowało. W końcu ten pobyt tutaj, nad Bałtykiem, to miał być prezent jaki Natasza podarowała samej sobie. Było to zupełnie nowe doświadczenie w jej życiu, podobnie jak całe półtora roku, odkąd Radek podjął decyzję o odejściu. 
Nigdy dotąd nie spędzała urlopu sama. Zawsze wyjeżdżali gdzieś oboje z Radkiem, a gdy nie mogli wziąć wolnego w tym samym czasie, towarzyszyła jej Jagoda. Teraz była tu sama i odkrywała ze zdumieniem, że samotność niekoniecznie musi oznaczać wycofania i odrzucenia; mogła być równie dobrze twórcza, dając czas na przepracowanie życiowych złogów i przyjrzenie się bliżej sytuacjom z pozoru bez wyjścia, które z pewnego dystansu wyglądały nieco inaczej, niż Nataszy początkowo się wydawało. 
Była sama i ten fakt już zaakceptowała. Nauczyła się żyć z myślą, że Radek naprawdę wybrał inną kobietę i nową rodzinę. Niezaprzeczalny dowód w postaci orzeczenia rozwodowego leżał zamknięty, jak cały ten długi rozdział ich wspólnego życia, w papierowej teczce, w szufladzie biurka stojącego w wynajętym mieszkaniu. Jeden papierek powiadamiający, że to, co przez tyle lat wspólnie budowali, rozsypało się jak zamek z piasku. Kilka podpisów i pieczęci przekreślających wszystko. Rodzinę, wspólne plany, marzenia, wspomnienia i jedność, której zabrakło. A może nigdy jej nie było? 

Fot. Monika A. Oleksa 

Natasza zeszła po wysokich, drewnianych schodach i bosą nogą dotknęła piasku. Był aksamitny w dotyku i ciepły. Wrześniowe dni mile zaskoczyły pogodną końcówką lata, obdarowując słonecznymi uśmiechami i wysoką temperaturą jak na ten miesiąc, bardziej kojarzący się już z jesienią niż z latem, które powoli i na dobre odchodziło. 
Czując miękki piasek pod stopami, Natasza zbliżyła się w stronę morza. Przyciągało i wzbudzało pokorę. Było takie potężne, a ona przy nim taka malutka. Ono miało w sobie siłę, która w chwilach gniewu przewracała statki i upominała się o swoje, zagarniając dla siebie plażę i podchodząc pod same wydmy, a Nataszy tej siły zabrakło. Ona, twarda kobieta i perfekcjonistka, której wydawało się, że nic jej nie złamie, uległa wobec tego, co przyszykował jej przewrotny los i skapitulowała, nie potrafiąc walczyć o swoje. Zbyt łatwo się poddała, zaniedbując wszystko, a najbardziej samą siebie. Przypomniała sobie słowa Reginy, swojej warszawskiej przyjaciółki. Poznała ją przez Radka, którego łączyły jakieś interesy z mężem Reginy. Spotykały się raz albo dwa razy w miesiącu, piły razem kawę albo umawiały się na obiad, i zwierzały jedna drugiej, poruszając często bardzo głębokie tematy. Regina nie pracowała zawodowo. Zajmowała się domem, mężem i dziećmi, które dorastały i budowały swoje własne światy. Kilka lat temu, w "poszukiwaniu siebie", jak to określiła przyjaciółka, Regina zaczęła pisać ikony. Najpierw zapisała się na kurs ikonopisania, a potem zaczęła uczestniczyć w wykładach i warsztatach Akademii Ikon, poświęcając się pasji, której Natasza jej zazdrościła. Czy ona sama miała jakąś pasję oprócz pracy? Fascynowało ją prawo, jego zawiłości i kruczki, do każdej powierzonej sprawy podchodziła bardzo osobiście, rozpracowując nawet najbardziej skomplikowane i niejednoznaczne przepisy, ale czy to mogło być odskocznią po ciężkim i wyczerpującym dniu? 
"Doszłaś do zakrętu, za który boisz się wyjrzeć. Utknęłaś w martwym punkcie wiedząc, że nie wrócisz do tego, co zostało za tobą, ale jednocześnie nie chcesz zobaczyć, co życie jeszcze dla ciebie przygotowało, i bronisz się przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Żyjesz w zawieszeniu, Natasza. Tak, jakby na niby, a przecież ty jesteś prawdziwa! I twoje życie też. Zrób coś z tym i nie marnuj kolejnych dni, bo ani się obejrzysz, po prostu ci ich zabraknie.". 
Patrząc na morze, które falowało i marszczyło się, zupełnie jakby chciało dać Nataszy do zrozumienia, że ono też ma swoje zmartwienia, ale nauczyło się z nimi radzić, kobieta poczuła, jak powoli zaczyna wypełniać ją spokój. Słońce porozsypywało na powierzchni swoje diamenty, skrzące się i mrugające do Nataszy radośnie. Ich pozdrowienie odebrała jak komunikat, który chciały jej przekazać: Doceń ten dzień! Wybierz z niego to, co sprawia ci przyjemność i zapamiętaj tę chwilę, abyś mogła z niej czerpać, gdy przygniecie cię codzienność. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
   
Usiadła na piasku, blisko brzegu, i przesypując w dłoniach drobniutkie ziarenka, po prostu patrzyła. W oddali dostrzegła żaglówkę przesuwającą się na tle błękitnego nieba jak łabędź. Przelatujące ponad nią mewy i rybitwy dopełniały tego zachwycającego widoku, w prostocie pozwalając dostrzec wyjątkowość. I piękno. 
Potrzebowała tego. Oderwania od przytłaczających zdarzeń i nowego spojrzenia. Ciszy, która koiła i bezczynności, która tak naprawdę była pracą nad sobą. Bo Natasza z samą sobą prowadziła długą rozmowę, stawiając sobie niewygodne pytania, od których do tej pory uciekała. Wiedziała, że ten czas nad morzem jest właśnie po to, aby w końcu poszukała odpowiedzi i odważyła się wyjrzeć za ten zakręt, o którym mówiła Regina. 
Podniosła się, otrzepała z piasku i ruszyła brzegiem morza, uśmiechając się do fal, które bezwstydnie ją zaczepiały, dotykając nie tylko bosych stóp, ale i ud Nataszy, do których od razu przylgnęły wilgotne, materiałowe spodnie. Szła, lżejsza o nadbagaż, który tu ze sobą przywiozła, czując pod stopami chropowaty od drobnych kamyków nadmorski brzeg. Wsłuchiwała się w krzyk mew, który dla Nataszy był ich opowieścią o tym wszystkim, czego te duże ptaki z potężnymi skrzydłami doświadczały każdego dnia, a w pewnej chwili zaczęła biec, próbując dogonić wiatr i uciec przed wybiegającą jej naprzeciw spienioną falą. 
Żyła i próbowała zapamiętać ten moment i odnalezioną w sobie spontaniczną radość, aby sięgnąć do niej wówczas, gdy wróci do rzeczywistości w jakiej utknęła, i którą postanowiła odmienić drobnymi krokami i decyzjami, do których dojrzewała. I chociaż nadal bała się tego, co zastanie za zakrętem, postanowiła zbliżyć się do niego, aby kiedyś nie żałować, że choćby nie spróbowała... cdn...
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Piotr Oleksa