piątek, 30 grudnia 2016

Czas jest wszystkim

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czym jest czas i czy można go dotknąć? Co znaczy odzyskać stracony czas? I czy można go złapać? 
Przed ostatnim odliczaniem zapraszam na chwilę zatrzymania przy dźwięku i na refleksję nad czasem... 
Monika A. Oleksa 
montaż: Michał Andrzej Oleksa
Fot. Marcin Piotr Oleksa 


niedziela, 25 grudnia 2016

Wtedy jest Boże Narodzenie...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czasami bywa tak, że przy Wigilijnym stole nie pada ani jedno słowo. W ciszy wieczoru milknącego wobec tajemnicy Bożego Narodzenia, słychać jedynie trzask łamanego opłatka. I nie ma słów, jedynie spojrzenia, i, być może, bezgłośnie wyszeptane: "przepraszam" czy "wybacz"; a może nic, tylko to spojrzenie i łza, która oczyszcza i wyrazi więcej niż to, co moglibyśmy powiedzieć. 
Czasami bywa również i tak, że w noc, kiedy wszystko milknie w zadziwieniu i zapatrzeniu na mizerną betlejemską stajenkę wypełnioną najczystszą Miłością, pada zbyt wiele słów. Słów miałkich i zbędnych, zupełnie niepotrzebnych, niekiedy gniewnych, niekiedy zbyt leniwych, by wypowiedzieć do końca myśl, którą nasunęła świetlista jasność gwiazdy wskazującej tylko jedno miejsce i jeden punkt - Betlejem, objawiające Boga, który przychodzi do człowieka w najbardziej nieprawdopodobny sposób, z niewinnością dziecka, i z całą dziecięcą ufnością i ludzką bezradnością. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W świątecznym gwarze, rozkrzyczani i podekscytowani oderwaniem od codzienności, wymieniamy pomiędzy sobą nie tylko dobre życzenia. Wśród wypowiadanych zbyt szybko słów, w niezręcznej sytuacji bliskości dzielimy się też wzajemną goryczą, pamiętliwym wypominaniem, czy niedopowiedzeniami, które prowokują niezdrową dyskusję, i szukając spokoju, nie potrafimy go odnaleźć w świątecznej atmosferze, gdyż wchodzimy w nią z całym chaosem, który jest w nas. Zostawiamy niepozamykane sprawy z nadzieją, że przez kilka świątecznych dni pozwolą o sobie zapomnieć, ale świadomość, że one są, i że nic się w nich nie zmieni bez naszych działań i decyzji powoduje, że niepokój, którym ogarnięty jest cały świat, wciska się jak nieproszony gość i zasiada wraz z nami przy stole, od czasu do czasu przypominając o sobie lękiem, który nie chce odejść pomimo rozświetlonej migoczącymi światełkami choinki, i kolęd, płynących z radia czy telewizora. A przecież nie z tym przychodzi do ludzi Bóg, rodząc się w niepozornej stajence. Maleńka Miłość, która rozpaliła świat i sprawiła, że ciemna noc zajaśniała blaskiem potężniejszym niż najbardziej słoneczny dzień, przynosi ze sobą pokój i dobro. I tym chce obdarować każdego z nas bez wyjątku. I robi tak od ponad dwóch tysięcy lat, tylko nie każdy wyciąga po to ręce, i nie każdy chce to przyjąć...

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

A przecież Boże Narodzenie dokonuje się w człowieku, który już tu, na ziemi, nosi w sobie Niebo. Bo wtedy jest Boże Narodzenie... 

"Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata 
i wyciągasz do niego ręce, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, 
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", 
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,

Zawsze wtedy, 
jest Boże Narodzenie.

Matka Teresa z Kalkuty

Życzę Ci, aby radość Bożego Narodzenia rozpaliła w Tobie pragnienie świętowania każdego dnia. Życzę Ci zachłanności w poszukiwaniu dobra i pokoju; wiary w moc najczystszej miłość, którą dostajesz zupełnie bezinteresownie, i która jest tak potężna, że żaden mrok ludzkiej duszy nie jest w stanie jej pokonać; życzę nadziei tak silnej, że wierzy wbrew ludzkiej logice i rozumowi, oraz światła, dzięki któremu zawsze, nawet wtedy kiedy zgubisz drogę i zabłądzisz w ciemnych uliczkach i zaułkach rozkrzyczanego świata, próbującego odwrócić Twoją uwagę od tego, co najważniejsze, odnajdziesz tę ścieżkę, która zaprowadzi Cię do betlejemskiej stajenki i pozwoli stanąć twarzą w twarz z Tym, który nigdy w Ciebie nie zwątpił, i który w zamian za wszystko co Mu przyniesiesz, zawsze odpowie Ci miłością. 
Monika A. Oleksa 




czwartek, 22 grudnia 2016

Literacka Kanapa: Wioletta Leśków-Cyrulik

Fot. Pozytyw. Edyta Kurłowicz


W przedświątecznym zabieganiu i pośpiechu, który tak naprawdę zawsze prowadzi donikąd, zapraszam na chwilę zatrzymania i odpoczynku przy ciepłej rozmowie z Wiolettą Leśków-Cyrulik, autorką książki "Sezon zamkniętych serc", wydanej nakładem Wydawnictwa Zysk  i S-ka w 2016 roku. 

"(...)Bez miejsca i czasu na spotkanie z własnymi myślami żyje się naprawdę trudno." Wioletta Leśków-Cyrulik 

Napisałaś „Sezon zamkniętych serc” jakby na przekór całej sytuacji, która unieruchomiła Cię w domu i dała czas na przewartościowanie swojego życia i postawienie sobie pytania, czy rzeczywiście zmierza ono tam, gdzie chciałabyś się znaleźć.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Na początku chciałam Ci bardzo podziękować za zaproszenie na Twoją literacką kanapę. To dla mnie niezwykła przyjemność i zaszczyt, ponieważ gościsz u siebie wiele fantastycznych pisarek. Zresztą sama taką właśnie pisarką jesteś. Dziękuję!
A jeśli chodzi o Twoje pytanie, tak naprawdę ostatnią kropkę w „Sezonie” postawiłam na chwilę przed tym, jak sytuacja, czyli po prostu ciąża, unieruchomiła mnie w domu, to jest połowie 2012 roku. Choć pisałam go od końca 2009, a jeszcze wcześniej przez dwa lata nosiłam gotową historię w głowie. Ale faktycznie, gdyby nie owa wymuszona zmiana trybu funkcjonowania, pewnie nigdy nie doszłoby do publikacji kilku zapisanych dość nieczytelnie zeszytów formatu A4 – z braku czasu i tak naprawdę motywacji. Podczas pisania chodziło mi o znalezienie sobie takiej zupełnie prywatnej przestrzeni, do której nikt nie miałby dostępu. Było to spowodowane natłokiem obowiązków i potrzebą zmiany. Intensywna praca wśród ludzi i rodzina to źródło satysfakcji, jednak bez miejsca i czasu na spotkanie z własnymi myślami żyje się naprawdę trudno. Potrzebowałam tego jak powietrza. Na tym etapie nie zastanawiałam się, gdzie chciałabym się znaleźć. Aby nie wypalić się do cna, musiałam po prostu zacząć robić coś wyłącznie dla siebie, oddalić się od rzeczywistości, która po tak wielu latach naprawdę mnie swoją intensywnością przytłaczała. Pewnego wieczoru, leżąc w łóżku, sięgnęłam po długopis i taki stary, w połowie zapisany blok listowy, który dostałam na jednym ze szkoleń Fundacji „Cała Polska czyta dzieciom”, z notatkami na temat mojej pracy fundacyjnej, imprez związanych z promocją czytania dzieciom, z jakimiś namalowanymi na całą stronę punktami przyznawanymi drużynom podczas jednej z imprez, chodziło chyba o odgadnięcie wartości obecnych w przedstawionych graficznie baśniach. I pomiędzy te zapiski, pomiędzy te sprawy zaczęłam wciskać tekst „Sezonu”, dosłownie. Dziś myślę, że była to chyba podświadoma próba umiejscowienia w życiu czegoś naprawdę własnego, nie szkolnego, nie fundacyjnego, nie rodzinnego, choć przecież w każdej z tych sfer funkcjonowałam ja, nie ktoś inny. I to być może stanowi początek, nie do końca uświadamianego procesu przewartościowania życia, próba częściowej zmiany jego biegu, bo chyba o to właśnie pytasz, Moniko. Prawdopodobnie udana próba, choć nie wiadomo, czy trwała.

Twoja książka jest szczera. Jest przesycona ludzkimi uczuciami, nieprzerysowanymi, nieprzesłodzonymi. I chyba właśnie dlatego czyta się ją z taką zachłannością, chcąc więcej takiej literatury.

Wioletta Leśków- Cyrulik: Dziękuję, bo Twoją opinię traktuję jako duży komplement. Z wyrażaniem uczuć jest tak, że nie każdy potrafi to robić w sposób swobodny, niektórzy, choć ich uczucia są głębokie i autentyczne, kiedy próbują je okazać – gestem lub słowem – osiągają efekt sztuczności. Albo przynajmniej tak im się wydaje. Ja przez całe życie mam wrażenie, że właśnie do takich ludzi należę. Jakkolwiek intensywnie coś przeżywam, kiedy przychodzi mi to wyrazić, pojawia się wrażenie braku autentyzmu z mojej strony, uczucie zażenowania, a ono z kolei rodzi dystans, który nie sprzyja powstaniu owej przysłowiowej chemii. Pisanie o uczuciach bohaterów literackich w takiej sytuacji nie należy do spraw łatwych. Ale może to dobrze, bo dzięki temu udało mi się uniknąć owego przerysowania, o którym wspominasz. Być może właśnie dlatego mówisz, że jest to książka szczera. Masz rację, jako jej autorka mogę Ci odpowiedzieć – tak, „Sezon zamkniętych serc” to powieść szczera. W tym sensie, że jej bohaterowie, choć fikcyjni, zostali, pewnie nie do końca świadomie, obdarzeni moimi własnymi emocjami. Każdy z nich. Nie wyobrażam sobie innego pisania. Nie potrafiłabym stworzyć ich w inny sposób.

Wioletta Leśków-Cyrulik. Fot. Archiwum własne Autorki

"(...)Pewnie bym nie umiała stworzyć powieści obyczajowej, która pełniłaby funkcję balsamu dla duszy. „Sezon” to po prostu obraz pewnego fragmentu życia umiejscowionego w kontekście przeszłości, niełatwej i traumatyzującej, z wszelkimi tego konsekwencjami." Wioletta Leśków-Cyrulik

Twoi bohaterowie nie są łatwi, mają swój niepowtarzalny charakter. Miałaś z nimi konflikt, próbując narzucić im coś, czemu nie chcieli się podporządkować? I kto kogo prowadził – Ty ich, czy oni Ciebie?

Wioletta Leśków-Cyrulik: To prawda, są chyba dość skomplikowani, ale prawdopodobnie właśnie stąd wzięło się Twoje wrażenie, że to książka szczera. Nie pisałam „ku pokrzepieniu serc”, pewnie bym nie umiała stworzyć powieści obyczajowej, która pełniłaby funkcję balsamu dla duszy. „Sezon” to po prostu obraz pewnego fragmentu życia umiejscowionego w kontekście przeszłości, niełatwej i traumatyzującej, z wszelkimi tego konsekwencjami. Być może obraz pobudzający do pewnego rodzaju refleksji, również optymistycznej, choć niekoniecznie w sposób oczywisty. A jeśli chodzi o drugą część Twojego pytania – kto kogo prowadził w tej historii – prawdopodobnie oni mnie. Ja wiem, jak to brzmi, dziwnie lub nawet śmiesznie, a jednak tak właśnie jest, kiedy się podczas pisania zanurzy w historii, wejdzie w wykreowany świat, a potem przejmie perspektywę któregoś z bohaterów, tylko po to zresztą, by już po chwili przenieść się do głowy, do wnętrza następnej, i jeszcze następnej postaci. Co do konfliktów między nami – z reguły żyliśmy w zgodzie, choć przyznam, że niekiedy próbowali za bardzo wyrywać się na wolność i ujawniać zbyt wiele ze mnie, a wtedy musiałam reagować stanowczo, by powściągnąć te niepodległościowe ambicje, osadzić ich w ramach powieści, a zatem utworu z definicji fikcyjnego.

Doskonale wiem, o czym mówisz! Jako autor, z pokorą przyjęłam świadomość, że tak naprawdę to nie ja, ale bohaterowie prowadzą historię, którą ja tylko zapisuję swoim stylem i językiem.  W swojej powieści dotykasz, Wiolu, trudnych tematów, a jednak robisz to w taki sposób, że czytelnik jest w stanie to unieść, zrozumieć i w pewien sposób zaakceptować. Jednocześnie też nikogo nie oceniasz i nie moralizujesz, zostawiając każdemu, kto sięgnie po „Sezon…”, własną przestrzeń i ocenę.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję Ci za piękny komplement. Rzeczywiście kilka trudnych wątków pojawia się w mojej książce. Po pierwsze kontekstem wydarzeń jest gwałt, który przeżyła główna bohaterka kilka lat wcześniej. Sądzę, że właśnie to masz na myśli, mówiąc o „trudnym temacie”. Jednak dla mnie o wiele ważniejsze było w czasie pisania przyglądanie się śladom pozostawionym przez to dramatyczne wydarzenie, które nawiasem mówiąc, nie zostało przeze mnie bezpośrednio opisane. Przyglądanie się śladom, temu, jak przeszłość wpływa nie tylko na nią samą, ale również na ludzi, których spotyka ona na swojej drodze, nawet na tych, którzy nic o niej nie wiedzą, a mimo to dotykają ich skutki owego wydarzenia. To już nawet nie jest jak lawina, bo lawina wyrządza wielkie szkody, ale jej zejście trwa krótko, a potem zaczyna się odbudowa. Tego rodzaju trauma bardziej przypomina kręgi na wodzie, czyli fale powstałe po wrzuceniu do niej kamienia. Mimo że są to fale coraz mniej wyraźne, to jednak ich promień wydłuża się z każdym następnym kręgiem – i zagarnia w swój obręb coraz więcej, wpływa na wciąż nowych ludzi, na bieg kolejnych, bardzo już odległych w czasie wydarzeń. To drugi trudny motyw. Natomiast trzeci to nierealne oczekiwania otoczenia bohaterki, konkretnie jej pierwszego (i wieloletniego) partnera, że uda jej się traumę „przepracować” i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło, zapomnieć. Że skoro otrzymała tak wiele pocieszenia i wsparcia, to powinna szybko uporać się z problemem. Darek uosabia postawę często spotykaną w społeczeństwie. Tymczasem psychologowie twierdzą, że wsparcie w takich sytuacjach polega przede wszystkim na pozostawieniu osobie poszkodowanej przestrzeni do przeżycia własnego cierpienia, ponieważ to jedyna droga do zaakceptowania tego, co było, do uczuć z tym związanych, i w konsekwencji do dalszego życia z nimi – na tyle normalnie, na ile to tylko możliwe. W przeciwnym razie osobie poszkodowanej nie tylko nie uda się podnieść, ale jeszcze będzie rozdawać ciosy pomagającym, ponieważ zrodzi się w niej poczucie winy, że nie potrafi z pomocy skorzystać. Poczucie winy to frustracja, a ta rodzi agresję, stąd te ciosy. Jeden z bohaterów „Sezonu”, trochę z niewiedzy, trochę z egoizmu, daje głównej bohaterce taką przestrzeń i to właśnie od niego Agnieszka dostaje właściwe wsparcie. Mówiąc prosto i bez zbytniego zdradzania treści – on się zakochał i już :D. Dlatego chce ją taką, jaka jest, nie zamierza się nią opiekować, sprawować pieczy, czyli w sumie – tak też powiedziała jedna z czytelniczek – ubezwłasnowolniać. I tak naprawdę to ten trzeci element był dla mnie najważniejszy, ponieważ jest to szerszy, choć praktycznie nienagłaśniany, problem społeczny – wszechobecna presja na ofiary przemocy, narzucająca im wręcz obowiązek „przepracowania” traumy, motywujące artykuły w prasie kobiecej, bardzo optymistyczne, choć kompletnie nierealne, obrazki odbudowy życia w literaturze obyczajowej, mające podnieść na duchu ludzi, którzy tak naprawdę nigdy nie mieli z traumą do czynienia, co najwyżej ze zwyczajnymi problemami, jakich doświadcza każdy. Trauma to coś więcej, tu schemat „przepracuję i żyję jak gdyby nigdy nic” się nie sprawdza, jest krzywdzący dla ofiary. Przede wszystkim o tym jest „Sezon”, ale bez pouczania, bez moralizowania, bez psychologicznych analiz, to po prostu obraz kawałka życia – z przestrzenią na własną ocenę czytelnika, jak powiedziałaś. I z zakończeniem pozwalającym mieć nadzieję. A oprócz tego motyw miłości ojca i syna, syna i matki, trudnej miłości homoseksualnej i zalążek wątku, który rozwijam w kolejnej części, czyli historia Tomiego i jego byłej żony, Evy.

Fot. Mirella Wojacka 

Twoja bohaterka, Agnieszka, jest bardzo pozamykana. Naznaczona trudnym doświadczeniem z przeszłości, doskonale wkomponowuje się w chłodny klimat Islandii. Wtapia się w niego, wraz ze swoimi skomplikowanymi emocjami i w pewnej chwili staje się częścią tego miejsca. Celowy zabieg czy przypadek?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Wybór Islandii na miejsce akcji to nie przypadek. Niewielka wyspa na granicy dwóch wielkich oceanów, częściowo położona za kołem podbiegunowym, chłodna, ale nie za bardzo, o stosunkowo umiarkowanym klimacie, za to deszczowa i wietrzna, zimą prawie cały czas ciemna, za to rozświetlana zorzą polarną. W pewnym sensie odizolowana od świata, co jedni nazywają wyzwoleniem z zależności, zaś inni przeciwnie – uwięzieniem. Prawie bezdrzewny ląd o praktycznie niedostępnym, niebezpiecznym interiorze. Który zresztą odgrywa w powieści rolę – bohaterowie dość beztrosko, a może desperacko, jeżdżą sobie po nim, jakby nie bali się, że zgubią drogę, że nagle pośrodku niczego zepsuje im się samochód, a pomoc nie nadejdzie, bo poza łącznością satelitarną brak jest zasięgu, że bez ostrzeżenia skończy się droga, która jeszcze kilka dni temu istniała. Pokonują szutrowe lub kamieniste drogi sezonowo dostępne i tak właśnie oznaczone. Pierwotny tytuł mojej książki brzmiał zresztą zupełnie podobnie – Seasonally available hearts. To było pierwsze, co mi się nasunęło, kiedy przeglądałam zdjęcia z islandzkiego interioru, a na nich znaki z taką treścią: seasonally available road. Pomyślałam, że właśnie ze względu na „pozamykanie” Agnieszki, o którym mówisz, idealnie pasowała tu zamiana słowa „droga” na „serca”, ale wersja „Serca sezonowo dostępne” raczej nie nadawała się na tytuł powieści, stąd „Sezon zamkniętych serc”, który chyba też oddaje istotę rzeczy. Agnieszka, ze swoim pokiereszowanym, choć powoli otwierającym się sercem, Darek z sercem, jak mu się wydaje, otwartym, Jón z „sercem na dłoni”, Kamil, zmuszony zamknąć własne serce na miłość, dwie wyglądające na szczęśliwe pary: starsza, czyli Małgorzata i Michel, oraz młodsza – Rinke i Hanna. Wszyscy oni stanowią w jakiś sposób ilustrację tytułu, tylko że dla jednych sezon zamkniętych serc trwa tak długo, że już do niego przywykli, inni desperacko starają się go zakończyć, a jeszcze inni dopiero w niego wkraczają. Agnieszka i Islandia, z całą swoją symboliką, surowością, oddaleniem, to w moim odczuciu jedno. Choć oczywiście prawdziwa Islandia jako kraj jest miejscem fantastycznie otwartym na odmienność, na wielokulturowość. Ale może, paradoksalnie, jest tak właśnie dlatego, że azylu poszukują w niej podobni do bohaterki outsiderzy z całego świata, może z tego wynika ich wzajemna akceptacja. Ktoś zresztą napisał o bohaterach „Sezonu”, że tworzą oni w Vopnafjörður swoistą wieżę Babel. Tak właśnie jest, i nie ma w tym nic dziwnego, jak na warunki islandzkie, wystarczy zajrzeć na strony instytucji publicznych w poszczególnych miejscowościach, wioskach – one, oprócz islandzkiego, są redagowane w kilku różnych językach: od angielskiego, przez polski, niemiecki, po rosyjski, a nawet arabski.

Wioletta Leśków-Cyrulik, zupełnie nieznane nazwisko i tak ciekawy debiut. Cenię Cię, Wiolu, ogromnie, bo nie tylko napisałaś naprawdę dobrą książkę, ale jednocześnie zrobiłaś to sobą, szczerze, nie kopiując żadnego trendu i wchodząc w ten trudny wydawniczy świat z tym, co jest po prostu w Tobie.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję, Moniko, za Twoje słowa. Cieszę się, że tak myślisz o „Sezonie”, bo rzeczywiście starałam się pisać zgodnie z tym, co jest we mnie, nie wzorować się na nikim, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, bym jakoś celowo siliła się na oryginalność. Było dla mnie oczywiste, że nie powinnam pisać „jak ktoś”, bo ten ktoś już wydał swoje książki i czytelnicy już je przeczytali. Nie starałam się także wstrzelić w jakikolwiek popularny na rynku nurt, ponieważ, jak już powiedziałam, w momencie pisania nie myślałam o publikacji. Tu zapewne niejeden z czytelników uśmiechnie się z przekąsem, powie, że to niewiarygodne, bo jest tak wielu piszących i starających się o wydanie, jednak do mnie ta myśl przyszła dopiero wtedy, gdy rękopis przeleżał w szafie dwa lata, czyli w 2014 roku. Mniej więcej rok trwało przepisywanie go na komputerze, poprawianie, aż w końcu, w lutym 2015 roku wysłałam plik do pierwszego wydawcy, czyli do Zysk i S-ka, a potem również do innych oficyn, ale to już nie miało większego znaczenia, gdyż bardzo szybko pozytywnie odpowiedział właśnie ten wydawca. I dopiero wtedy założyłam konto na Facebooku, poznałam świat pisarek, autorek literatury obyczajowej, wcześniej znałam kilka blogów książkowych, bo sama od 2013 roku prowadziłam własny blog o slow life. Zatem nie miałam pojęcia, jak to funkcjonuje i co trzeba robić, jak pisać, żeby zaistnieć – oprócz tego, że trzeba pisać wystarczająco dobrze. Właśnie dlatego w ogóle nie wierzyłam, że ktokolwiek kiedykolwiek zechce opublikować moją książkę. Uważałam swoje pisanie za „takie tam” hobby, odskocznię, sposób na zrzucenie emocji na papier, co najwyżej za jakieś wprawki warsztatowe – to był 2010, 11 i 12 rok, a więc naprawdę dawno, kiedy ja zwyczajnie nie miałam czasu udzielać się na Facebooku, w blogosferze, nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że można to robić, uważałam to za głęboką niszę, rozrywkę nielicznych, a kiedy po kilku latach zorientowałam się, jak to naprawdę wygląda, bardzo się zdziwiłam. Dlatego bardzo, bardzo się cieszę, że tak odbierasz moją książkę – jako rzecz osobną, niekoniecznie wpisującą się w jakiś trend.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Pisanie uzależnia. Dopowiesz historię Agnieszki i Janka? Osobiście czuję niedosyt, choć jako wymagający czytelnik bardzo szanuję autorów pozostawiających mi furtkę i niedopowiedzenie. Nie ukrywam jednak, że chciałabym powrócić do surowej Islandii… 

Wioletta Leśków-Cyrulik: Nie ma większego komplementu dla autora książki niż usłyszeć, że czytelnik, zwłaszcza taki jak Ty, czyli doświadczony, wymagający i sam piszący, czuje niedosyt i chce więcej moich książek. Powiem Ci, że mnie także nie chce się opuszczać Islandii, poza tym czuję, że postacie drugoplanowe, które – jak ktoś ku mojej satysfakcji napisał – „wcale takie nie są”, domagają się więcej uwagi, niż ze względów kompozycyjnych mogłam im poświęcić w „Sezonie zamkniętych serc”. A zatem tak, powstaje nowa książka poświęcona moim uciekinierom (tak o wszystkich postaciach myślę, ponieważ każdy z nich przybył do Vopnafjörður, przed czymś uciakając, albo właśnie z niego ucieka), ich wewnętrznym motywacjom, dalszym losom. Trochę się u nich zmieniło, zapowiedź tych zmian znalazła się już w „Sezonie”, a nowa część opowiada właśnie o nich. Jeden z czytelników, to znaczy prowadzący spotkanie autorskie w Bibliotece Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy Adam Wierzbanowski, powiedział mi, że „Sezon” przypomina mu prozę skandynawską, nie tylko przez umiejscowienie akcji, ale głównie z powodu warstwy psychologicznej, a także obyczajowej. Trochę się przestraszyłam, ponieważ w czasie pisania, a także wcześniej, bardziej fascynowała mnie literatura Południa lub na temat Południa, Muratow, Iwaszkiewicz, także dwudziestowieczna powieść północnoamerykańska, natomiast współczesna proza skandynawska majaczyła mi gdzieś na horyzoncie, ale zbytnio się w nią nie zagłębiałam. A tu niespodzianka, okazuje się, że pisząc własną książkę, weszłam w zupełnie inny klimat niż ten panujący w moich ówczesnych lekturach. Kiedy mi to powiedział, od razu rzuciłam się do czytania, żeby sprawdzić, w czym rzecz. I pomyślałam, że coś w tym jest, klimat literatury skandynawskiej bardzo mi odpowiada, to chłodne spojrzenie na psychologię postaci, bez zbyt narzucającego się wykładania motywów ich działań, bez oceniania ich, po prostu przedstawianie sytuacji i pozostawienie czytelnikowi pola do własnych refleksji. To chyba chłodny styl pisania, pewnie także dlatego, gdy wybierałam miejsce akcji, padło na Islandię, z jej wiatrem, księżycowym krajobrazem, zimnym oceanem i czarnymi, skalistymi plażami. Powstająca obecnie książka zachowuje ten surowy klimat, więc myślę, że gdyby została opublikowana, spełniłaby Twoje oczekiwania, przynajmniej pod tym względem :). 

My Slow Nice Life to Twój blog, gdzie naprawdę nie ma pośpiechu. Lubię tam odpoczywać. Prowadzisz go z charakterystyczną dla Ciebie subtelnością i tą błyskotliwością, która jest w Tobie. Magia liter… jest dla mnie terapią, której potrzebuję, aby się wyciszyć i nie zwariować w tym pędzie, jaki narzuca współczesny świat. Czym jest dla Ciebie My Slow Nice Life?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję Ci za tak miłe słowa. Blog powstał, kiedy urodziłam moje trzecie dziecko, które, po etapie kolki niemowlęcej, okazało się bardzo spokojne i pogodne, niewymagające ciągłego noszenia na rękach, w dodatku starsze rodzeństwo chętnie się z nim bawiło. Paradoksalnie miałam o wiele więcej czasu niż przed zajściem w ciążę, kiedy naprawdę dużo pracowałam i ogólnie żyłam w sporym stresie. A potem nagle rozkosz bezstresowego życia rodzinnego, kojący widok z okna, leżak na tarasie, lektura, dziecko śpiące w wózku… Nie do przecenienia dla kogoś, kto przez wiele lat żył w napięciu, w pędzie i w pewnej chwili zwyczajnie się wypalił. Już w niecałe dwa miesiące po narodzinach córki zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze mogłabym przyjemnego dla siebie zrobić, co sprawiłoby, że miałabym poczucie spełnienia, przynajmniej w tym momencie. No i wymyśliłam blog. Ale wiesz, to był czas szczególny, bo kiedy pracujesz, to po urodzeniu dziecka masz prawo do zasiłku macierzyńskiego, więc ja naprawdę znalazłam się nagle na bardzo długich wakacjach, nie musiałam zarabiać, mogłam skoncentrować się na przyjemnościach płynących z mojego nowego życia. To był najprzyjemniejszy okres w czasie tych trzech i pół roku prowadzenia bloga. Ale w pewnym momencie się skończył i trzeba było zacząć pracować zarobkowo, dziecko podrosło na tyle, że także wymagało już więcej uwagi, a więc czas na pisanie bloga gwałtownie się skurczył. Do tego doszły obowiązki związane z promocją książki, bardzo przyjemne i uskrzydlające, ale jednak pochłaniające czas. Minęło kilka lat, a po moim powolnym i bezstresowym życiu w zasadzie nie pozostał już nawet ślad. Jednak bardzo się staram, żeby mimo wszystko znaleźć go trochę dla siebie – właśnie na blogu, ponieważ mam do niego ogromny sentyment. Przy okazji chciałabym podziękować Tobie, a także wszystkim Czytelnikom, którzy z czasem stali się moimi blogowymi przyjaciółmi, za to, że wciąż, mimo rzadszych wpisów, pojawiają się u mnie, komentują, wspierają mnie, piszą mejle. Dziękuję Wam bardzo :). 

"Kreując postać literacką, nie możesz tak do końca wyjść z własnej skóry, porzucić swojego sposobu myślenia, odseparować od siebie.". Wioletta Leśków-Cyrulik

Czy charakterologicznie masz coś wspólnego z Agnieszką? Jaka jest Wioletta Leśków-Cyrulik?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Pewnie mam, podobnie jak z pozostałymi bohaterami, ponieważ kreując postać literacką, nie możesz tak do końca wyjść z własnej skóry, porzucić swojego sposobu myślenia, odseparować od siebie. Można oczywiście obserwować ludzi, podsłuchiwać, co mówią, jakie wykonują gesty, jak motywują swoje działania, jak się zachowują, reagują w różnych sytuacjach. Ale tak naprawdę, gdzieś na najgłębszym poziomie, w każdej postaci zapisuje się siebie, ponieważ poczynione na zewnątrz obserwacje, zanim znajdą się w książce, zostają przefiltrowane przez sposób myślenia, przez wyobraźnię, wrażliwość osoby piszącej. Nie mówiąc już o takich detalach, jak to, że jedna bohaterka nie lubi zgrzytu stalowych łyżek o dno stalowych garnków, druga pasjami wypieka szarlotki, trzecia wzdycha do sukienki w kwiaty i to wszystko ja, a czterej bohaterowie męscy to nikt inny, jak mój mąż, pocięty na paseczki wplecione pomiędzy moje wyobrażenia na temat idealnego mężczyzny, czyli tego, w jaki sposób taki ideał przyrządza kawę, jak prowadzi samochód i czyści szybę ściereczką z mikrofibry – zatem znów w pewnym sensie ja. Tak chyba jest w każdej książce, nawet jeśli postać wydaje się być przeciwieństwem autora. Poza tym już po wydaniu powieści dotarło do mnie, że przecież oni wszyscy piją kawę z wielkich białych filiżanek! :D Kto bywa na moim blogu, ten już wie – spore białe filiżanki to jedno z moich spełnionych marzeń, jeden z drobnych elementów mających na celu umilanie życia :D. A wracając do tematu – wielu spośród tych, którzy czytali „Sezon” i mnie znają, mówi, że przypominam Agnieszkę.

Nie mogę nie zapytać o Lublin, który pojawia się w „Sezonie zamkniętych serc”! :D Dlaczego to miejsce i czy w jakiś sposób jest dla Ciebie szczególne?

Wioletta Leśków-Cyrulik: W Lublinie spędziłam kiedyś kilka niezapomnianych dni. Miałam wtedy dziewiętnaście lat i znalazłam się w tym mieście zupełnie niespodziewanie. Czuję w związku z tym ogromny sentyment, chciałam, żeby Małgorzata, matka Jóna, pochodziła właśnie stamtąd.

Fot. Rafał Kłujszo

Jak wyglądają święta Bożego Narodzenia w Waszym domu? I co chciałabyś znaleźć w tym roku pod choinką? 

Wioletta Leśków-Cyrulik: Od kilku lat Boże Narodzenie w naszym domu wygląda zupełnie inaczej niż przed urodzeniem najmłodszego dziecka, kiedy to, jako instruktorka teatru szkolnego, poza zwykłymi obowiązkami nauczycielki i wychowawczyni, już od września przygotowywałam spektakl bożonarodzeniowy. Atmosfera związana z kolędami, szykowaniem szopki, te wszystkie diabły, anioły, zły Herod, dobrzy trzej królowie, klimatyczna muzyka do przedstawienia, nagłośnienie… Kiedy nadchodził grudzień, stres i pośpiech sięgały już apogeum, bo początek tego miesiąca to czas wszystkich konkursów, dużych i małych, także wyjazdowych, a tu koniec semestru, wywiadówki, konferencje, załatwianie spraw, również finansowych, związanych z wyjazdami, kostiumy, do tego aktorzy chorują, bo poszli na sanki i się przemoczyli… Uwielbiałam to, teatr z dziećmi jest naprawdę fantastyczną sprawą, to wzruszenie podczas premiery, dosłownie dreszcze. Ale druga strona medalu to zmęczenie i totalny brak czasu na cokolwiek, także na własną rodzinę. I tak u nas na święta był kupny makowiec z przeceny, kawałek piernika dorwany w Wigilię w piekarni razem z chlebem, ulepione przez mojego tatę pierogi. Do tego smażona na ostatnią chwilę ryba, jakaś szybka i z gotowych składników sałatka, zero świątecznych porządków. Pomimo to, a może właśnie dlatego – święta wspaniałe, bo przeżyte ze świadomością, że brak tych wszystkich tradycyjnych atrybutów nie jest w stanie zabić ich ducha. Ale to było dawno, natomiast ta świadomość została w nas do dziś, kiedy już od kilku lat mamy czas na spokojne, rozłożone na cały Adwent, przygotowania do świąt, na wielokrotne pieczenie pierniczków, lepienie uszek (pierogi wciąż lepi mój tata!), gotowanie kapusty z grzybami i budowanie chatki z piernika. A także na zaplanowanie i przygotowanie z wyprzedzeniem świątecznego obiadu. Obecnie wrzesień nie kojarzy mi się z wyborem scenariusza jasełek, tylko z szelestem żółknących liści, zatem już od połowy listopada wyczekuję początku Adwentu, aby zacząć powoli wprowadzać się atmosferę Bożego Narodzenia. Aha, i w żadnym razie jakoś specjalnie, świątecznie nie sprzątamy! Poprzestajemy na zwykłych, takich jak co tydzień, porządkach. Te generalne odkładamy na jakieś mniej nastrojowe miesiące.

Korzystając z okazji, że jesteśmy przy temacie świąt, pozwolisz, Moniko, że złożę Tobie i Twoim Czytelnikom gorące, płynące z jak najbardziej otwartego serca, życzenia – niech Światło, które symbolicznie rodzi się w betlejemskiej stajence raz do roku, nigdy w Was nie gaśnie, niech, pomimo tak trudnych czasów, pozwala zachować wiarę w dobro, w człowieka, w siebie. Dobrych świąt! A co bym chciała znaleźć pod choinką? Z marzeń nierealnych – prawdziwy automatyczny, czyli sam mielący, spieniający i czyszczący się ekspres do kawy :D. Żartuję, świetnie radzę sobie bez niego. A z realnych – książki, ich nigdy nie wydaje mi się zbyt wiele. Jeśli natomiast chodzi o marzenia górnolotne – niech zapanuje spokój. Stale myślę też o dzieciach, na których ratowanie życia za granicą muszą zbierać fundacje i zrozpaczeni rodzice, ponieważ brakuje dla nich pieniędzy, najwidoczniej bardziej potrzebnych u nas gdzie indziej. To trudna świadomość. Ale zawsze można podzielić świąteczne zakupy przez dwa i resztę wrzucić do wirtualnej skarbonki na Siepomaga.pl lub gdziekolwiek indziej. Nasze święta i tak się odbędą, i z całą pewnością będą przez to jeszcze piękniejsze. Mówię zupełnie poważnie. 

Fot. Edyta Kurłowicz

„Agnieszka pozwoliła się ponieść wydarzeniom, choć była trochę zażenowana w obliczu tego, jak bardzo kiczowate jest zakończenie jej ucieczki „na koniec świata”. Pomyślała jednak, że to, co żenująco ckliwe w książkach, w prawdziwym życiu stanowi o szczęściu i spełnieniu. A ona czuła się naprawdę szczęśliwa.”. 
Czy w tym miejscu i momencie swojego życia, w jakim jesteś w tej chwili, czujesz się, Wiolu, szczęśliwa i spełniona?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Tak, myślę, że mogę tak powiedzieć. Przy czym mam świadomość, że dziś zupełnie inaczej rozumiem szczęście i poczucie spełnienia niż na przykład dwadzieścia lat temu. Ale to chyba naturalne, ponieważ z wiekiem nabywa się wiedzy, że nie ma czegoś takiego jak szczęście absolutne, na każdym polu, w każdym najdrobniejszym fragmencie życia, że warto pielęgnować w sobie poczucie harmonii pomimo różnych zgrzytów i nieprzyjemności szczęście zakłócających. Gdyby nie one, nie byłoby widać różnicy pomiędzy tym, co przynosi radość, a tym, co wręcz przeciwnie. Na tym właśnie polega harmonia – to równowaga różnych elementów. A jeśli chodzi o Agnieszkę, ona w kolejnej książce (o roboczym tytule „Długo i szczęśliwie”) bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę i jest szczęśliwa, mimo że coś uporczywie próbuje w niej to poczucie zgnieść, zakłócić. Myślę, że to takie realne szczęście – ja je nazywam „szczęściem pomimo”. I nie, nie jest to w żadnym wypadku ersatz.

Wiolu, bardzo dziękuję Ci za rozmowę i za to, że znalazłaś w tych zabieganych, przedświątecznych dniach czas na spokojne wypicie ze mną piernikowej kawy na Literackiej Kanapie :D . Życzę Ci, aby ta przygoda z Życiem, które zaskakuje, zaprowadziła Cię tam, gdzie Twoje skrzydła będą zawsze wysoko podniesione, i gdzie będziesz potrafiła odnaleźć  w sobie spokój i właściwe słowa, które Cię poprowadzą w kolejnej historii, z zadziwiającą surowym pięknem Islandią w tle :D. 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  









\








J








niedziela, 18 grudnia 2016

Every picture tells a story

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Every picture tells a story", says one of English proverbs. That is undoubtedly true, but I would go further saying that every human's face tells a story, as well as every single man has their own history written deeply in their hearts. Human's life is the most incredible story we could ever imagine. No scriptwriter would be able to tell it better, and no director would make a better film. Even someone who seems to lead the dullest and the most mundane life, is in fact worth being focused on, because we never know what is hidden deeply inside. 
That is why we should respect people, remembering that everyone is unique, and that all that glitters is not gold. We are different and this is the most fascinating thing about people. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Don't judge a book by its cover means don't judge people by their appearance. And don't make a judgement before you understand someone's intentions. 
We, as people, are very willing to criticize others and create illusions that our own ways of lives are better. And even if we are not satisfied with our lifestyle, and we do feel that something is missing, very often we distract attention from ourselves, paying too much of it to those who we are eager to judge. Because it's simplier. It doesn't need an effort. That is not my life which is to be improved. I don't need any changes, particularly in myself. Others need, not me. This is what we think. And this way we cheat and hurt ourselves. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Every picture tells a story. Quite soon such a story will be told in our living rooms, at the Christmas table. During those very special days - Christmas Eve and Christmas Day, we will meet our relatives and the closest family members. Sitting at the table and tasting various Christmas dishes, we will be sharing special moments together. 
What does your picture show? Individuals leading separate lives and joined together only by the same surname or place of living, or people who are always there for one another, being able to forgive weaknesses and mistakes, no matter how much their consequences have hurt them? Will you be able to fix all the knots that block you or will you let bad emotions lead you? What kind of story are you going to tell this year, waiting for Christmas to come? 
I wish you really magic time and the most beautiful picture you have ever had, drawn by your life together with those who are an integral part of your life. Love and peace to all of you for Christmas....
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Rozmyślania w zatrzymaniu i oczekiwaniu

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Pogubiły mi się dni. W mroku ciemnych, lecz jakże radosnych poranków oczekiwania, pochowały się po kątach i porozbiegały, zostawiając mnie z poczuciem brakujących elementów, które muszę pozbierać. 
Mam wrażenie, że zbliżając się do umownie wyznaczonej mety, jaką jest koniec roku, czas przyspieszył. Dopiero co były październikowe broadwayowskie emocje, w czasie których listopadowa mgła wydawała się czymś odległym, a potem tak subtelnie rozpoczął się listopad, swoją miękką szarością łagodząc kanty ostrej rzeczywistości. Zanim zdążyłam wsłuchać się z zadumą w dobiegający zza mlecznej mgły szept, stanęłam twarzą w twarz z uśmiechniętym grudniem, zadając mu z zaskoczeniem pytanie: "Ty już tutaj?". 

Fot. Beata Soczyńska 
  
Czas przesuwa się na swojej osi z płynnością paciorków różańca, obdzielając kolejnymi dniami, a ja oglądam się za siebie z niedowierzaniem kręcąc głową, że tak szybko minęły. Mam jednak poczucie, że żaden z nich nie był bezowocny, i tak myślę, że o to właśnie w tym życiu chodzi. Aby mieć to poczucie, że bez względu na to, ile czasu dostaniemy, wykorzystać go tak, aby zostawić w każdym z dni kawałek czegoś od siebie. Swój uśmiech, skierowany do kogoś kto się zupełnie tego nie spodziewa; swoją obecność tam, gdzie nic za to nie dostaniesz, z wyjątkiem "dziękuję", albo "dobrze, że jesteś", szepniętym gdzieś w półmroku pokoju; dotyk, przytulenie, rozmowę i bezcenny czas, który ma największą wartość w czasach, gdy życie tak goni od mroku świtania do zmroku zmierzchania. 

Fot. Beata Soczyńska 

Zostawić swój ślad w każdym z dni, których doświadczamy to nie zaistnieć i wyeksponować swoje "ja", narzucając je innym, ale być tuż obok drugiego człowieka, na wyciągnięcie ręki, bez krzykliwości, lecz z czujnością i troską, i bez lekceważenia kogoś tylko dlatego, że nie może mi nic dać w zamian. To nie spektakularne osiągnięcia stanowią o wielkości człowieka, i nie liczba "lajków" na facebooku, lecz drobne gesty, których nie zobaczymy w Internecie, a które wpiszą się nieścieralnym atramentem pamięci i wdzięczności w życie tych, przy których się tak po prostu zatrzymamy, dając im do zrozumienia, że w swojej zwyczajności są kimś niepowtarzalnym. 

Chwile zatrzymania z przyjaciółmi - bezcenne! Ślad wpisany w grudniowe dni

Mój ślad w każdym z przemykających dni to budowanie dobrych relacji z tymi, którzy wchodzą w moją codzienność. To docenianie tego, co w każdym z tych dni odnajduję i zauważenie tych drobiazgów, którymi - często niezauważalnie, obdarowują mnie najbliżsi. To również dobre słowa, które rozgrzeją od środka i zostawią nadzieję, i które nie będą narzekaniem na codzienność, jaką przecież sami wokół siebie tworzymy. Żyjemy na tym świecie nie po to, aby przebiec przez miesiące i lata, chwytając bez zastanowienia to, co jest po drodze, ale po to, żeby doświadczyć go wszystkimi zmysłami z poczuciem, że nie przeoczyliśmy tego, co najważniejsze. 

To, co najważniejsze... 

Pogubiły mi się dni. W sobotni poranek obudziłam się wyrwana z głębokiego snu dźwiękiem telefonicznego alarmu, i przez dobrą chwilę zbierałam myśli, zupełnie nie mogąc sobie przypomnieć jaki jest dzisiaj dzień tygodnia, i jakie obowiązki na mnie czekają. 
Pochowane po kątach w grudniowym półmroku poranka dni uśmiechały się do mnie figlarnie, migocząc dobrymi wspomnieniami minionych chwil. I chociaż jeszcze, w sennej półświadomości, nie potrafiłam ich rozróżnić, wiedziałam, że wszystkie wypełnione są pokojem i spełnieniem, które jest we mnie. Bo przecież w każdy z dni składających się na naszą codzienność, wkładamy to, co jest w nas samych. Jeśli nosimy w sobie rozedrganie i rozkrzyczenie, to samo odnajdziemy w dniu, w który wejdziemy o poranku; pustka w nas odbije się pustką na zewnątrz, a przygnębienie, które niczym pajęczyna zasłania nam światło, zdeterminuje działania, jakie podejmiemy. 
Bliskość świąt Bożego Narodzenia i cichy żłóbek emanujący najczystszą miłością i pokojem to dobry moment, aby przystanąć w zasłuchaniu w to, co jest we mnie. Bo jeśli coś przeszkadza, właśnie teraz jest czas, który dostajemy, aby w oczekiwaniu na coś więcej niż rozmigotane światełka, choinkę i zastawiony stół, uświadomić sobie własne braki lub nadmiar złych emocji, które frustrują i przygnębiają, i aby zrobić choć jeden mały krok ku przemianie tego, wypływa ze mnie i dotyka moich dni, nie przynosząc radości. Pogubiły mi się dni, ale je odnajdę, pozbieram starannie i zachowam z nich to, co w sobie poukrywały... 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

wtorek, 6 grudnia 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Grażyna Jeromin-Gałuszka "Magnolia"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Kiedy na dworze robi się zimno, za oknem mrozi i wieje, a ciemne popołudnia nie zachęcają do długich spacerów i spędzania czasu na zewnątrz, lubię wejść w ciepło książki, która potrafi nie tylko oczarować od pierwszych stron, ale i przypomnieć o nadziei, zwracając jednocześnie uwagę na ludzkie losy i niezwykłość tych, którzy sami uważają się za najzwyklejszych. 
Książką, która ogrzewała mnie przez ostatnie zimowe wieczory, i która przyniosła mi wiele radości czytania, jest "Magnolia" Grażyny Jeromin-Gałuszki. Nie mogło jednak być inaczej, bowiem to nazwisko nigdy mnie nie rozczarowało. Ilekroć sięgam po powieść pani Grażyny wiem, że nie będzie ona przypadkowym zlepkiem miałkich słów, tylko kolejną perełką i prawdziwą duchową ucztą, zaskakującą i nieprzewidywalną jak bohaterki "Magnolii". 

"Trzy wzgórza utonęły w bielutkiej mgle. Czwartego, tamtego z tyłu, w ogóle nie było widać. Tak czasem bywało po długotrwałych opadach. Wzgórza, parując, wyłaniały się z delikatnych welonów mgły. Uśpione monotonią deszczu bardzo nieśpiesznie poddawały się słońcu, które powoli zaczynało je odsłaniać, rozjaśniając każde swoim światłem, jakby chciały sobie jeszcze podrzemać, pośnić."

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kiedy Filip Spalski kupił Magnolię, pensjonat w dalekich Bieszczadach piękny jedynie z nazwy, nie przypuszczał, że jego życie, które po odejściu żony i utracie pracy pozbawione zostało jakiegokolwiek sensu, nabierze go w tak bezsensownym miejscu niemalże na końcu świata, z drogami donikąd. Oderwany od wszystkiego co dotąd znał i kochał - zgiełku tętniącego życiem miasta, uporządkowanej codzienności, komfortu i przewidywalności oraz poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę, Filip przyjmuje swoją nową drogę jak zesłanie, na jakie sam się skazał w bezsilności udźwignięcia istnienia, które go przerosło. 
Nic w Magnolii nie jest takie, na jakie wygląda i nikogo z osób odwiedzających to miejsce regularnie nie da się jednoznacznie określić ani scharakteryzować. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę, choć początkowo Filip ma to wszystko w nosie. Magnolia jest mu potrzebna jedynie po to, aby zabić czymś nadchodzące dni, wyciszyć ból pojawiający się z każdą myślą dotykającą przeszłości, i nauczyć się wstawać rano z łóżka pomimo tego, że wcale nie ma no to ochoty. Najpierw ucieka więc od życia które znał, i które go dotkliwie zraniło; potem wybiera drogę upodlenia i alkoholu znieczulającego  jedynie na chwilę. Chcąc skończyć z tym, co boli, jednocześnie trzyma się kurczowo marnej ludzkiej egzystencji, tak naprawdę nie znajdując pociechy w niczym i w nikim. 

Fot. Beata Soczyńska 

Pogrążając się w otchłani półistnienia, Filip sam sobie wymierza karę za złudzenia, jakimi dotąd się otaczał, i za pychę, która zmyliła czujność. Magnolia, knajpa z hotelikiem w budynku po starym więzieniu, była najbardziej odpowiednim miejscem, na jakie Filip w tej chwili zasługiwał. Zginąłby tam z głodu, albo zapił się na śmierć, gdyby nie kobiety, które go irytowały i były dla Filipa absurdem całej tej nowej rzeczywistości. 
Czesia Gawlińska, najskuteczniejsza broń Magnolii i motor, dzięki któremu to miejsce nadal funkcjonowało, wyśmienita kucharka i najbardziej upierdliwa osoba, z jaką Filip kiedykolwiek miał do czynienia. Marlena, wpadająca do Magnolii regularnie dwa razy dziennie na kawę z ekspresu, czytająca nieaktualne gazety, które kupowała od obwoźnego sprzedawcy, Zenka Jaszczuka, w Bieszczadach szukająca ucieczki od zgiełku rozkrzyczanego świata, który drażnił tak bardzo, że z niego zrezygnowała. Kolorowa jak ptak Doris, dziewczyna, która przyjechała na chwilę i została na dłużej, pełna skrajności i z tajemnicą odkrytą z niemałym zaskoczeniem. Tuśka opowiadająca nieustannie historię miłości Luizy i Rudolfa, plącząca się wiecznie pod nogami dziewczynka, która wszystkich w Magnolii próbowała przekonać, że jest najbardziej beztroskim dzieckiem na świecie, choć żołądek ściskał się z głodu, o czym nikomu nie powiedziała ani słowa. I Olga z uśmiechem, który ogrzewał, i z łagodnością, jaką obdarowywała wszystkich wszędzie tam, gdzie się znalazła. Codziennie w sezonie przywoziła na rowerze świeże warzywa i owoce, aby zarobić choć parę groszy, a potem, z tym samym łagodnym uśmiechem odjeżdżała do sparaliżowanego i dużo starszego od siebie męża, którym troskliwie się opiekowała, a Filip długo odprowadzał wzrokiem jej drobną sylwetkę, w twarzy Olgi odnajdując jedyne ukojenie.  

"Może jest tak, że człowiek musi mieć kogoś, kogo kocha. Lub coś. Może to konieczne, by czuć, że się w ogóle żyje, należy do jakiegoś świata." 

Fot. Beata Soczyńska 

Magnolia staje się dla Filipa rzeczywistością, w jakiej powoli uczy się odnajdywać. Codziennością, w której ma pewne stałe punkty odniesienia, potrzebne każdemu człowiekowi. Uczy go na nowo czegoś chcieć. I trwa wraz z Filipem, na przekór wszystkiemu. 
"Magnolia", opowieść Grażyny Jeromin-Gałuszki, jest jedną z tych historii, z których nie chce się wychodzić. Czytelnik tak bardzo zżywa się z bohaterami, że ma ochotę pozostać z nimi i zajrzeć poza to, czego autorka już nie dopowiedziała. 
Grażyna Jeromin-Gałuszka jest mistrzynią w kreśleniu bardzo wiarygodnych, a przy tym złożonych postaci kobiecych. Stopniowo odkrywa przed czytelnikiem całą gamę emocji towarzyszących kreowanym przez nią bohaterkom i zawsze zaskakuje pokazując, że nic nie jest tak oczywiste, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Dodatkowo autorka przyprawia swoje powieści taką dawką ciepła, że w zimowe dni rozgrzewają lepiej niż koc i herbata z malinami. Jeśli dodam do tego przewrotne poczucie humoru i piękny język, w którym czytelnik zanurza się z podobną przyjemnością jak w snutej na kartkach książki opowieści, wychodzi obraz całości - powieść do smakowania, zdanie po zdaniu i strona po stronie. 
Szukając gwiazdkowego prezentu, warto zatrzymać się przy książce, a te, które wyszły spod pióra Grażyny Jeromin-Gałuszki, polecam najbardziej, bo naprawdę nie rozczarują, i pozostawią z uczuciem niedosytu, jaki ja osobiście czuję po przeczytaniu "Magnolii", pięknej i mądrej opowieści o życiu. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 



piątek, 2 grudnia 2016

Ukryte za mleczną mgłą - Spotkanie Autorskie w Jedlinie-Zdrój i Szczawnie -Zdrój

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Jedlina Zdrój i Szczawno Zdrój, dwie urokliwe miejscowości na mapie Polski, w województwie dolnośląskim, obie malowniczo położone i z serdecznością witające każdego przybysza, dzieląc się z nim tym, co w nich najpiękniejsze. 24 i 25 listopada miałam ogromną przyjemność gościć ze spotkaniami autorskimi w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Jedlinie Zdroju i Domu Zdrojowym w Szczawnie Zdroju, zostawiając tam swoje słowo i czerpiąc z bogactwa tego, czym te miejsca i ich mieszkańcy mnie obdarowali. 

Wśród książek wypełniających półki jest zawsze najprzytulniej
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Cudowna pani kierownik jedlińskiej biblioteki, Dorota Romanowska

MBP w Jedlinie Zdroju i jej cudowna i bardzo operatywna pani kierownik, Dorota Romanowska, czekały nam mnie prawie trzy lata. Jeśli jednak czegoś się bardzo pragnie, znajdzie się sposób, aby to osiągnąć. Pani Dorota znalazła drogę, która doprowadziła ją do mnie i do naszego spotkania, na które przyjechałam z tak wielką radością w sercu, że trudno to nawet opisać słowami. I pomimo tego, że sama Jedlina Zdrój powitała mnie mleczną mgłą, za którą zazdrośnie poukrywała wszystko, co miałam nadzieję zobaczyć, w progu biblioteki zostałam powitana tak wielkim ciepłem i oczekiwaniem, że to naprawdę wzruszyło, ale jednocześnie spowodowało ogromną tremę, czy sprostam oczekiwaniom tych ludzi, którzy w to listopadowe mgliste popołudnie przyszli tutaj, aby się ze mną spotkać i posłuchać tego, z czym do nich przyjechałam. 



Zatrzymani w zasłuchaniu...  

Moje bardzo osobiste spotkanie z Jedliną tak naprawdę zaczęło się od przyjaźni przywiezionej z Dąbek. To dzięki Marzence Kałwak, której między innymi zadedykowałam "Ciemną stronę miłości", pani Dorota usłyszała o mnie i moich książkach, a ja usłyszałam o Jedlinie Zdroju. Marzenka, tak naprawdę, była matką chrzestną spotkań w jedlinie Zdroju i Szczawnie Zdroju, i właśnie jej chcę najserdeczniej podziękować w tym miejscu za wiarę, że wcześniej czy później tutaj przyjadę, jak i za przyjaźń, która trwa pomimo odległości i która otwiera dla mojej rodziny bardzo szeroko drzwi jej domu. 

Przyjaźń, która trwa, pomimo odległości...
Nastrojowa herbaciarnia w Szczawnie Zdroju


Obecność Pani Basi, Mamy Marzenki,  była dla mnie dużą radością
Wyciszone chwile po spotkaniu...

Jesień, która w tym roku jakoś za szybko mi umknęła, przywitała mnie w Jedlinie mnóstwem zebranych specjalnie na ten wieczór kasztanów, przechowanych z taką starannością, że ich wypolerowane, brązowe i zupełnie niepomarszczone główki, rozłożone na tle kolorowych liści, przyciągały wzrok i wprowadziły w refleksyjny nastrój, który towarzyszył nam przez cały długi wieczór, umilony smakiem domowo wypieczonych przez panią Karinę jabłkowych muffin, które będę długo wspominała, podobnie jak całe to magiczne popołudnie otulone mgłą. 
Słowa, które nas prowadziły, przystawały w zadziwieniu nad zasłuchaniem Czytelników. Wobec tych słów nawet moi bohaterowie pochowali się po kątach, bo tak naprawdę nie przyjechałam do Jedliny, aby opowiadać o nich czy o sobie, ale aby zatrzymać przy słowie, które jest wartością. Przy słowie, które umacnia i buduje, uskrzydla i popycha do działania i zostawienia za sobą bierności. 

Dobre słowo ma moc... 
Złe zawsze powróci...
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Jedlińscy Czytelnicy dopisali, a ciepło pani Doroty i pań pracujących wraz z nią w bibliotece, rozgrzało i pozostawiło po sobie tyle dobra w sercu, że wyjeżdżałam ze łzą ukrytą w kąciku oka, i dziękowałam Jedlinie za tę mgłę, za którą poukrywała to, czym mogłaby się pochwalić, bowiem został we mnie tak duży niedosyt, że wrócę tu na pewno! A pani Dorocie i tak bardzo wrażliwym jedlińskim Czytelnikom najserdeczniej dziękuję za życzliwość i gościnność, z jaką zostałam przyjęta w Jedlinie Zdroju, i za niespodziankę artystyczną, która wyszła z rąk pana Z. Żyłka - fenomenalną karykaturę, oddającą z prawdziwą precyzją całą mnie! Dziękuję!

Fenomenalna niespodzianka!
I pierwsza w moim życiu karykatura :D 
Najmłodsza uczestniczka jedlińskiego spotkania :)
Chwile, które cenię ogromnie!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kolejnym przystankiem na mojej trasie autorskiej było Szczawno- Zdrój. Nastrojowe spotkanie w Domu Zdrojowym przygotowała tam pani Elżbieta Wcisło, która zatroszczyła się o wystrój uroczego miejsca i zaangażowała w stworzenie plakatu, wkładając w to po prostu serce. Cudowna, wrażliwa i bardzo artystyczna dusza, której spotkanie było dla mnie ogromną przyjemnością. Pani Elżbieto, serdecznie dziękuję za możliwość tego wspólnego obcowania ze słowem i za Pani pomoc i zaangażowanie! 
Szczawno Zdrój wypełniło mnie spokojem i zachwyciło swoją osobowością uzdrowiskowego miasteczka. Pomimo wieczorowej pory, pokazało mi trochę więcej szczegółów niż zasnuta mgłą Jedlina, i zauroczyło herbaciarnią, do której zabrała mnie Marzenka. 

Lubię piękno zamknięte w szczegółach
Pani Elżbieta jest cudowną, bardzo artystyczną i wrażliwą duszą...
... czującą podobnie... 
Dom Zdrojowy w Szczawnie Zdroju, niesamowite miejsce
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Spotkanie w Domu Zdrojowym było podobnie nastrojowe i zasłuchane jak to w jedlińskiej bibliotece, najcenniejsze jednak zawsze są rozmowy tuż po, kiedy padają nieoczekiwane i pełne refleksji pytania. "Dlaczego tak wielu twórców sięga po temat samotności?", zapytał mnie jeden z obecnych na spotkaniu panów. 
Może dlatego, że jest wszechobecna? I że nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby samotności... I może dlatego, że oddzielając się od siebie niewidzialnymi ścianami ekranów współczesnych smartfonów i laptopów, nawet w domu pełnym ludźmi czujemy się samotni, i szukamy wypełnienia tej luki w nas w sieci i wśród tych, którzy tak naprawdę pojawiają się przy nas tylko na chwilę, zbyt zajęci sobą, aby spojrzeć głębiej. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, bo to wymaga wysiłku i naszej uwagi, nie umiemy słuchać, bo podążając za trendem tego świata, jesteśmy skupieni na sobie i na własnym, egoistycznym "ja", a człowiek siedzący naprzeciwko jest mi potrzebny tak długo, jak długo widzę podziw dla siebie w jego oczach. I może właśnie dlatego twórcy sięgają po temat samotności, bo patrząc wrażliwymi oczami duszy, widzą dużo więcej...  
Dwa magiczne spotkania na Dolnym Śląsku pozostawiły we mnie wiele refleksji, cieniutkie niteczki przędzy, z której być może splotą się nowe tematy na kolejne powieści, i wiele tajemnic ukrytych za mleczną mgłą, dzięki której - zasmakowawszy niepowtarzalności Jedliny Zdrój i Szczawna Zdrój, na pewno tam wrócę, by odkryć więcej... 
Monika A. Oleksa 

Szczawno Zdrój nocą