niedziela, 29 stycznia 2017

Sound Café: Paweł Rosak "Who knows"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Paweł Rosak oczarował mnie swoją najnowszą płytą "Who knows" od pierwszych dźwięków usłyszanego w radiu utworu "Love is a traveller". Nieznany mi dotąd muzyk i jego płyta z elementami bossanovy, poruszyła czułe struny wrażliwej duszy i otuliła rozgrzewającym ciepłem muzyki, w którą się wtopiłam cała, pozwalając jej wypełnić każdą cząsteczkę mnie swoim swingującym rytmem. 
Ta płyta uzależnia, i z każdym kolejnym przesłuchaniem otwiera we mnie coś nowego, pozostawiając pragnienie ponownego zanurzenia się w dźwiękach, które wyciszając energetyzują, a zabarwione głosem bardzo cenionej przeze mnie wokalistki jazzowej Ani Marii Jopek, dodatkowo stają się duchową ucztą dla melomana.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Paweł Rosak to muzyk, wokalista, kompozytor i producent, obywatel świata - urodzony w Warszawie, wychowany w Londynie, a obecnie mieszkający na Maladze. "Who knows" to album doskonały, będący wielowątkową historią, do której artysta zbierał materiał przez całe życie, dojrzewając do autorskiej płyty, takiej od początku do końca swojej. Paweł Rosak zaprosił do tego projektu wszystkich tych, których pracę ceni, i o których zawsze marzył, by zebrać ich na jednym krążku. To również płyta, która pozostawia w słuchaczu niedosyt i pragnienie kontynuacji tej przygody, do której zaprasza nas jej twórca. 
Wszystkie utwory składające się na płytę, począwszy od "Love is a traveller" a skończywszy na "Mysteries of the heart", zabierają słuchacza w podróż nie tylko między rytmami, które porywają, choć tak wiele w nich subtelności, ale również wgłąb siebie, stawiając wiele pytań, na które wraz z każdym przesłuchanym kawałkiem próbujemy sobie odpowiedzieć. W środku mroźnej zimy Paweł Rosak przenosi nas do miejsc, w których jest ciepło i bardzo przyjemnie, i w których nadzieja spogląda łagodnie zielonymi oczami sponad szklanki z kolorowym drinkiem, kołysząc się w rytmie bossanovy i zapraszającym gestem sugerując, aby się do niej przyłączyć. To podróż bez paszportu i bez wizy w świat, który nie stawia przed nami żadnych geograficznych granic, a językiem w jakim możemy się tam porozumiewać jest po prostu muzyka. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Album "Who knows" przesycony jest bliskością i zmysłowością, która aż elektryzuje, oraz dźwiękami, wobec których nogi i ciało nie pozostają obojętne, poddając się swingującemu kołysaniu, rytmom soulu i smooth jazzu, z elementami muzyki świata. 
Paweł Rosak zadbał o najdrobniejsze szczegóły, genialnie łącząc brzmienia vintage z nowoczesnością. Ta płyta jest esencją tego, co zagrało w duszy jego twórcy, z dodatkiem bogactwa jego doświadczeń oraz odbiciem kulturowych i muzycznych fascynacji. Obok wokalu Pawła Rosaka i Anny Marii Jopek usłyszymy tu naprawdę wielkich muzyków świata: Lulo Perez, Kubańczyk, sześciokrotny zdobywca Grammy, trębacz i multiinstrumentalista; Hugh Burns, gitara elektryczna; Gary Meek na saksofonie; nieżyjący już Oscar Castro Neves, legenda bossanovy i jazzu, wirtuoz saksofonu, który na płycie pojawił się z gitarą i pamięci którego, podobnie jak pamięci mentora artysty Bena E. Kinga została zadedykowana ta płyta; oraz wielu innych utalentowanych muzyków, których słucha się z prawdziwą przyjemnością. Marek Niedźwiedzki powiedział o niej tak: "Tylko największym artystom świata zdarza się cała dobra płyta i to raz na jakiś czas. Płyta Pawła właśnie taka jest. Długo nad nią pracował, ale warto było czekać. Dla mnie bomba!!!". 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Dla mnie też! Prawie 47 minut niezwykłej przygody, która przemyka zbyt szybko, nie dając się sobą znudzić, i pozostawia obietnicę, w którą chce się uwierzyć. "Who knows" to album, który mnie oczarował, zaczarował, wypogodził i pozytywnie uzależnił, i który gorąco polecam na tęsknotę i mrok duszy, na jeszcze uśpione ciemnością poranki i coraz później ciemniejące wieczory, na te dobre i gorsze dni. Na dzień dobry i dobranoc. Na prezent dla samego siebie, bo who knows... kto wie, dokąd jej dźwięki doprowadzą... Mnie doprowadziły do kolejnej muzycznej fascynacji, wzbudzając apetyt na więcej tak dobrej muzyki. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

piątek, 20 stycznia 2017

Smog

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Zawisł w powietrzu, oddzielając niebo od ziemi. Zlepek brudów tego świata, złączonych ze sobą, wciskający się drobinkami pyłu do naszego organizmu i oblepiający wszystko ciemną warstwą zabójczej masy. Kompozycja nieczystości, aktywowana pod wpływem arktycznego, mroźnego i suchego  powietrza, bezwietrznych dni i nasilonej aktywności człowieka. Przeszkadza cieszyć się pięknem świata pokrytego szadzią, uniemożliwia długie spacery, zagraża zdrowiu i życiu. Komplikuje. Przeraża, a na pewno niepokoi. I nie da się zlekceważyć, bo jest wszechobecny. 
Wymyka się spod kontroli, ale jesteśmy świadomi jego obecności. W przeciwieństwie do smogu, który oblepia naszą duszę. 
Niewidoczny dla oczu i często długo nie dający sygnałów, przyczajony jak rak, rozwija się i nabiera objętości, jednocześnie pozbawiając nas siły do życia i całkowicie odbierając jego radość. Namnaża się latami, kumulując zdarzenia, wyolbrzymiając problemy, podsuwając przed oczy czarne wizje i podszeptując usłużnie rzeczy, w które wsłuchujemy się z lękiem. Uaktywnia się w chwilach, gdy jesteśmy obnażeni bezsilnością, zagubieni w rzeczywistości, która zaczyna nas przerastać, utytłani życiem i nieoczekiwanymi wydarzeniami, spychając nas z drogi, która wydawała się stabilna i bezpieczna. 


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Nie można się uodpornić na smog, prędzej czy później odbije się  on na naszym zdrowiu i psychice. O ile jednak z tym zewnętrznym możemy coś zrobić, choćby przez minimalizowanie ryzyka jego wchłaniania, o tyle ten wewnętrzny, kiedy już zacznie się osadzać, wnika tak głęboko w duszę, wrażliwość i psychikę, że w pewnym momencie, gdy zaczyna brakować nam tchu i powietrza, godzimy się z tym myśląc, że tak po prostu musi być. Przestajemy filtrować zrzucany na nas brud, przestajemy pragnąć zmian, bo i tak już w nie nie wierzymy, i zapominamy, że jeszcze kiedyś nam się coś chciało, i coś cieszyło bardziej, a coś mniej, ale cieszyło, przynosząc radość. A teraz jest tylko obojętność. Bo to wszystko i tak nie ma sensu. Bo i tak nie dam rady, i tak sam niczego nie zmienię, nawet w sobie. Bo zabrakło mi wiary, sensu, motywacji, energii. I życia w życiu.

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Smog. Szara chmura ściągająca w dół. W dół i w dół. Czasami zadajesz sobie pytanie ile ich jeszcze będzie. Tych dołów. Tych obić, posiniaczeń i ran, które nawet zaleczone, nigdy nie zagoją się tak do końca. Ile jeszcze dasz radę udźwignąć, i z ilu jeszcze dasz radę wyjść w miarę cało, z ilu się podnieść i pozbierać?  I czy ten kolejny, w który wpadniesz, bo nie masz już nadziei, że w jakikolwiek sposób uda ci się go ominąć, czy on nie będzie tym ostatnim? Tym, po którym będzie już tylko ciemność i cisza. Bo teraz tej ciszy w tobie nie ma. Teraz, pomimo tego, że zatykasz uszy, wszystko w tobie krzyczy, a najgłośniej ty sam(a), choć tego już nie słyszysz.


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chronić siebie. Sztuka, do której dojrzewamy latami i doświadczeniami. Filtr minimalizujący wchłanianie duchowego smogu, niemożliwy do nabycia w żadnym sklepie, nawet tym internetowym. Chronić siebie poprzez stawianie granic, nawet samemu sobie. Chronić siebie poprzez umiejętność mówienia: NIE! To trudne, ale możliwe do wypracowania i w pewnym momencie życia po prostu niezbędne, nie tylko dla własnego dobra, ale i dla dobra naszych najbliższych. Bo oni też są w grupie ryzyka. Wewnętrznym smogiem można się zarazić. Można go, nawet nieświadomie, przekazywać tym, którzy dzielą z nami codzienność. Zło łatwo się rozprzestrzenia, podobnie jak depresja, bezsilność, zwątpienie, lęk. Dużo trudniej zarazić radością. Bo aby ją dostrzec, potrzeba wysiłku, a smog tego nie potrzebuje. Tworzy się samoczynnie, z naszym mniej lub bardziej świadomym przyzwoleniem.

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chronić siebie to również przejąć kontrolę nad własnym życiem, i nie pozwolić na to, aby inni decydowali za mnie, narzucając mi swoją słabość czy swoją pewność. Każdy z nas dostał jedno życie. Przed każdym pojawiają się możliwości na jego miarę. Jeśli ktoś inny wymaga od ciebie, abyś zajął się rozwiązywaniem jego problemów, bo sam nie ma na to ochoty, naucz się najpierw zrobić trzy kroki w tył, a dopiero potem jeden w przód. Dzięki tej drodze, nieco dłuższej niż zazwyczaj, być może zrozumiesz, że ktoś cię wykorzystuje, karmiąc się twoją energią, nadużywając twojej wrażliwości, spychając na ciebie odpowiedzialność za swoje błędy. I być może przyjdzie ci do głowy, że to co robisz, tak naprawdę nie jest dobre, bo niszczy ciebie.


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chroń siebie. Filtruj informacje narzucane ci z zewnątrz, szukaj pomocy, jeśli życie stało się ciężarem, przewartościuj relacje i wyjdź naprzeciw tym, które budują, a zerwij węzeł tych, które niczego twórczego nie wnoszą w twoje życie. Nie gódź się na bezwolność i narzucanie ci tego, przeciw czemu wszystko w tobie się buntuje, nie daj się wykorzystywać i szukaj wokół siebie ludzi, przy których poczujesz, że rozkwitasz po długim okresie hibernacji. Takich, którzy emanują prostą radością życia, cieszą się  z drobiazgów, nie stoją w miejscu, ale i nie biegną na oślep wraz z masą, aby mieć, posiadać, zdobyć.
Chroń siebie, bo jeśli ty sam(a) nie zatroszczysz się o swoje własne życie, nikt inny tego za ciebie nie zrobi...
Monika A. Oleksa  

Fot. Michał Andrzej Oleksa

niedziela, 15 stycznia 2017

Migawki z życia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

- Wyjdź stąd!
- Nie wyjdę, dopóki mi tego nie oddasz. 
- Wyjdź z mojego pokoju! Robię tak, jak ty. Też mnie ze swojego wyprosiłeś. 
- Ale zrobiłeś to specjalnie! Celowo mi to zabrałeś. Oddaj mi to! 
Krzyki dobiegające z pokoju mojego pierworodnego nasilają się, a wieczorne wyciszenie powoli zaczyna przeradzać się w nocne poruszenie, wkraczam więc w spór jak na rodzica przystało:
- Miłosz, wyjdź z pokoju Michała! 
- Ale on mi coś zabrał i nie chce oddać! - gniewnie odpowiedział dwunastoletni wojownik. 
- Zakładam, że to "coś" jest ludzikiem Lego. - Jako świadoma, aczkolwiek zapracowana matka, czynnie uczestniczę w życiu moich dzieci, dokładnie znam więc ich obecne fascynacje. - Miłosz, masz przynajmniej trzydzieści innych ludzików, koniecznie potrzebny ci w tej chwili właśnie ten?
- Mama, ty nic nie rozumiesz! - stały tekst moich dzieci. - I co z tego, że mam ich dużo? Ale każdy z nich ma swoją historię i każdy jest wyjątkowy! A w tej chwili potrzebuję właśnie tego, którego zabrał mi Michał! On nie dokończył jeszcze swojej misji, którą rozpoczął! 
Świat dwunastolatka nie jest prosty, choć nam, dorosłym, właśnie taki się wydaje. Dzieci patrzą na życie innymi oczami i odbierają świat bardziej emocjonalnie. My wszystko wartościujemy rozsądkiem, dzieci robią to sercem, dlatego więc ten mały ludzik, jeden z wielu innych poustawianych na Miłkowej półce i parapecie, miał w tej konkretnej chwili szczególne znaczenie, i nie był jedynie częścią masy, ale czymś z własną i odrębną indywidualnością, którą mój syn docenił. 

Trudno powiedzieć, o który toczył się spór...

To ja jestem mamą, ale paradoksalnie, sama uczę się od moich dzieci patrzenia na świat ich oczami. Dzięki nim zachwycam się drobiazgami i pielęgnuję w sobie wiarę w marzenia. I nie stawiam im granic, choć często rozsądek krzyczy, że to nierealne. Moje dzieci wierzą jeszcze w to, że dobro zwycięża i nie jest przereklamowane, i zachłystują się życiem przyjmując każdy dzień takim, jaki po prostu jest. A ja robię to wraz z nimi. 
- Mogę dzisiaj, w wyniku twojego protestu, nie pójść do szkoły? - Miłek, pachnący jeszcze snem i beztroskim dzieciństwem, przytula się do mnie, gdy budzę go rano, i patrzy "słodkimi oczkami", tak jak tylko on potrafi. 
- Nie, kochanie. Jeszcze tylko trzy dni szkoły, i ferie. 
- Ale w ferie przecież nie będę protestować przeciwko likwidacji gimnazjów - mówi z powagą mój szóstoklasista, bardzo rozczarowany niedobrą zmianą w szkolnictwie. 
- Wymyślimy coś.  
Lubię te chwile porannych i wieczornych "przytulanek". Miłosz od urodzenia budzi się z uśmiechem, i pomimo tego, że trochę pomrukuje i coraz częściej włącza mu się syndrom porannego piecucha, budzenie go jest przyjemnością. Z Michałem było zupełnie odwrotnie. Każdemu kto go budził dostawało się tak, że ciągnęliśmy losy na kogo kolej, albo wykorzystywaliśmy do tego naszą suczkę, Mattie. Na niej poranne marudzenie i nieuprzejmości naszego pierworodnego nie robiły wrażenia, po prostu wskakiwała na łóżko i dawała mu sygnał: Wstawaj! 
Teraz jest zasada, że albo wstajesz jak zadzwoni budzenie, albo na własną odpowiedzialność spóźniasz się do szkoły. Siedemnasto i osiemnastolatkowie bardzo walczą o swoją dorosłość, dlatego oboje z Marcinem szanujemy to i dajemy Michałowi wolność, stawiając jednak pewne granice, dzięki którym ma poczucie bezpieczeństwa, podejmując już jednak wiele decyzji samodzielnie. 

Kazimierz latem i wspomnienia, których nie zaciera czas... 

Nie jest łatwo być rodzicem, widząc ile zagrożeń niesie ze sobą współczesny świat. Ważne w rodzicielstwie jest jednak to, aby ta więź, która połączyła naturalnie rodziców i dziecko, była bliskością, w której nie ma zachłanności. Więź, która nie jest węzłem, tylko wolnością podarowaną dziecku ze świadomością, że dostaliśmy je tylko na chwilę i w pewnym celu, i że dzieci nie są naszą własnością, i musimy nauczyć się słuchać ich i uszanować ich odrębność jako człowieka. Związanego z nami, ale indywidualnego, z własnym postrzeganiem świata i decyzjami, jakie wielokrotnie nam się nie spodobają. 

Dwunastoletni Wojownik i jego marzenie, jego decyzje... 

"Dzieci są darem Boga dla rodziców, a nie ich własnością. Są przekazane rodzicom nie po to, aby je kształtowali wedle własnego uznania, ale aby ich strzegli i przygotowali je na to, czego Pan od nich zechce."      João Luís César Neves

Moje dziecko to już człowiek, który ma własną drogę powołania. Ja jestem po to, aby czuwać, otaczać troską, słuchać i odpowiadać na wnikliwe pytania, które często zdumiewają. Nie mogę jednak narzucać mojemu dziecku swoich decyzji, choć wymagam i do pewnego wieku uczę je patrzeć i oceniać świat przez pryzmat moich wartości. Uczę się jednak również tego, aby w pewnym momencie pozwolić mojemu dziecku rozwinąć swoje skrzydła, wycofać się i będąc w pobliżu, pozwolić mu doświadczać życia po swojemu, choć to trudne, bo jestem mamą, i jak najdłużej chciałabym strzec moich chłopców i ochraniać ich przed wszelkim złem i zagrożeniem tego świata. 
- Chciałem przypomnieć, że mam już dwanaście lat, jestem nastolatkiem i mam prawo do okazywania swoich emocji i  do walczących we mnie hormonów - zawiadomił mnie mój młodszy syn, a ja przyjmuję tę prawdę z westchnieniem, czasem utemperuję tę burzę hormonów, ugłaskam przytuleniem, ale przede wszystkim zatrzymuję te chwile, kiedy jeszcze mam ich wszystkich tak blisko siebie... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Z Kalendarza Dobrych Dni Roku 2017: 

" Mamy prawo popełniać błędy, bo to jest ludzkie. Ale każde życiowe potknięcie uczy nas czegoś cennego. Uważnego patrzenia, świadomego wyboru i nie wracania do tego, co zawiodło."
Monika A. Oleksa 

wtorek, 10 stycznia 2017

Styczniowe Anioły

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Styczeń, jak na styczeń przystało, mrozem skuł polne drogi  i miejskie deptaki, białym szronem pookrywał drzewa i na szybach wymalował zimowe obrazki, z zaszyfrowaną w nich wiadomością, którą odczytać mogą tylko ci, którzy noszą przy sobie klucz do dziecięcej krainy wyobraźni. Biały puch, sypiący się z nieba jak rozdarte pierze, pookrywał mokrym śniegiem jezdnie i chodniki, przytulając się do dachów i zagłębień, otulając przemarznięte gałązki i ludzi, którzy narzekali na brak miłości. Przytulał, nie pytając czy może i czy powinien, i obdarowywał bielą, z którą światu było naprawdę do twarzy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zimowy miesiąc, który jako pierwszy z braci wyciągał do ludzi rękę na pojednanie. Z czasem i samymi sobą. Z tymi, którym wybaczyć nie potrafili, i z przeszłością, do której nie chcieli wracać. 
Wraz ze Styczniem przybyły Styczniowe Anioły. Rozumiały, że ludzie potrzebują nadziei na to nowe, które nadchodziło. Wraz z podmuchem mroźnego wiatru zaglądały anioły ludziom w oczy, pragnąc, aby uwierzyli, że to nowe może być dobre, lepsze, nie gorsze. Tej wiary ludziom brakowało. Ubywało jej z biegiem lat. Porzucona gdzieś na rozdrożach, obrastała mchem, zapomniana, i już coraz trudniej było ją dostrzec i zaufać. Bo jak można zaufać czemuś, co niczego krzykliwie z daleka nie obiecywało, i nad czym trzeba było się pochylić, przystając w zamyśleniu i zadumie?

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Styczniowe Anioły przybywały wraz z początkiem nowego roku, aby tę wiarę pomóc ludziom w nich samych odnaleźć. Jak gołębie przysiadały na domowych parapetach, zaglądając w okna, za którymi wciąż jeszcze migotały światełka na choinkach, choć o Wigilijnej bliskości ludzie często już pozapominali. Łagodnym spojrzeniem obejmowały tych, którzy na nowo zaczynali potykać się o swoją samotność, i bezradnie kręciły głowami, gdy człowiek uparcie szedł drogą pomyłek, popełniając te same błędy, od których uciekał. I choć bardzo chciały zatrzymać to błędne koło, wskazując zaślepionemu życiem człowiekowi właściwe wyjście, wiedziały, że nie mogą tego zrobić, bo naruszyłyby wolność, którą ludzie dostali w darze wraz z miłością. Jedyne co mogły zrobić to delikatnie musnąć piórem, szepnąć coś do ucha, a czasami nawet podstawić nogę, aby człowiek spojrzał na tę błędną drogę z innej perspektywy. Mogły posyłać też tych, którzy je słyszeli i zauważali. Tych, którzy przyjmowali każde nowe z wdzięcznością, i widzieli w nim szansę na głębsze poznanie samych siebie poprzez pryzmat zdarzeń, jakich doświadczali. Tych, którzy zaufali wbrew i pomimo, i byli z tym naprawdę szczęśliwi. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wtapiając się w zimową aurę, Styczniowe Anioły wyciągały do ludzi dłoń i przytrzymywały na śliskich drogach ludzkich wędrówek. Wraz z płatkami mokrego śniegu opadały na maski samochodów, prowadząc bezpiecznie do celu wszystkich, którzy nauczyli się nie przeceniać własnych możliwości. W mroźnym skrzypieniu pod nogami przesyłały swoje pozdrowienia, dając znać, że czuwają i są blisko, przynosząc bożonarodzeniowe przesłanie. Pokój i dobro! Każdemu, kto zechce je przyjąć. Każdemu, kto zechce się tym podzielić. Każdemu, kto nie postawi wokół siebie muru, za którym sam siebie uwięzi w kolejnym rozczarowaniu tym, co błyszczy tylko przez chwilę... 
Przemierzając wyludnione przez zimno ulice miast, Styczeń uprzejmym skinięciem pozdrowił anioły chwytające strzępy ludzkich rozmów, z których między słowami były w stanie wyczytać jak bardzo dalecy są ludzie od pragnienia głęboko wpisanego przed wiekami w ich serca. Słaby człowiek potrzebował wsparcia anioła, choć nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Anioły to wiedziały i dlatego trwały przy ludziach, zadziwione, że ci tak łatwo rezygnowali z tego, co najprostsze, a jednocześnie tak potężne. Z miłości. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

   

piątek, 6 stycznia 2017

Kalendarz dobrych dni

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Lubię styczeń. Obok października jest moim ulubionym miesiącem roku. Może dlatego, że w styczniu się urodziłam, i jestem dzieckiem zimy, którą naprawdę kocham, i na którą rokrocznie czekam z niecierpliwością dziecka z nadzieją, że świat stanie się miasteczkiem Pana Andersena, a trochę też dlatego, że styczeń jest tym umownym początkiem nowego, dając mi możliwość ponownego podjęcia tych dobrych postanowień, które gdzieś na wyboistej drodze Starego Roku pogubiłam i porzuciłam. Każdego stycznia zbieram je na nowo, spisuję na kartce i w ulotnej pamięci, i podobnie jak Trzej Mędrcy, którzy podjęli długą i mozolną drogę, aby złożyć pokłon Dziecięciu, tak i ja podejmuję drogę pracy nad sobą, mając świadomość, że człowiek potrzebuje jej nieustannie, aby dążyć do tej doskonałości, do której zostaliśmy powołani. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zawsze jest dobry moment na to, aby dzielić się tym, co dobre, dlatego od stycznia chciałabym dzielić się z Tobą dobrymi dniami, układając je w Kalendarz Dobrych Dni. Chciałabym, aby była to taka prywatna przestrzeń dla Ciebie, z krótką refleksją, zdaniem - może drogowskazem, a może z czymś, z czym się nie zgodzisz i będziesz chciał i chciała o tym porozmawiać. Dobre słowa, które odczarują złą rzeczywistość, pomogą złapać sprzyjający wiatr w żagle, spojrzeć na pewne sprawy inaczej i zobaczyć je w innym świetle. A może będzie to jedynie spotkanie, moje i Twoje tutaj, taka nasza wspólna krótka chwila zatrzymania, głęboki oddech przed wskoczeniem w codzienność. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Kalendarz dobrych dni, z tym co w nich najlepsze wyłuskanym i zachowanym w pamięci, pozwoli spojrzeć na rok, który się rozpoczął z przychylnością. Nie na wszystko co dzieje się w naszym życiu mamy wpływ, ale wiele zależy od nas i od tego, jak sami nastawimy się do sytuacji, które zaistnieją, i do wydarzeń, jakie przyniesie poszczególny dzień. To zupełnie tak, jak z tą szklanką - w zależności od tego, jak na nią spojrzymy, może być wciąż do połowy pełna lub już w połowie pusta. Nasza codzienność, w którą wkroczyliśmy jeszcze rozleniwieni po świętach, też będzie taka, jaką sami będziemy chcieli ją zobaczyć. Jeśli lubimy narzekać i wyszukujemy dziury w całym, nie stanie się nagle radosna ani bez zarzutu, bo po prostu nie będziemy umieli tak na nią spojrzeć. Jeśli żyjemy w ciągłym lęku, że coś pójdzie nie tak jak powinno, każdy dzień będzie tym lękiem naznaczony, bo ten strach wpisaliśmy głęboko w siebie i trudno się od niego oddzielić. Podobnie jest z niechęcią. Jeśli traktujemy każdy poniedziałek jak zło konieczne i z góry się do niego uprzedzamy, nie jesteśmy w stanie przywitać go z uśmiechem, bo to jest sprzeczne z naszym przyzwyczajeniem, które staje się drugą naturą. Tak naprawdę, wszystko jest w nas samych, a dobre dni nie pojawią się ot tak, bez naszego w nich udziału. 
Dlatego chcę tu, w Kalendarzu Dobrych Dni, zostawiać dla Ciebie te, które mogą stać się dobre, jeśli tylko im na to pozwolisz. Ja daję Ci słowa, które możesz przyjąć lub odrzucić; przeczytać w przelocie i kliknąć kolejną stronę, aby zobaczyć, czym żyje sieć, albo chwilę przy nich przystanąć; skomentować lub nie; wyczytać coś pomiędzy albo przeczytać tylko spisane zdania, może wzruszając ramionami lub uśmiechając się ironicznie. Możesz wszystko, bo masz do tego prawo. Dokonujesz wyborów, które zawsze mają wpływ na Twoje życie, bo takie są wybory. Ale Ty sam możesz o wiele więcej, niż ja zostawiając Ci słowa;  możesz samemu sobie sprawić noworoczny prezent i uczynić swoje życie pięknym przez przyjęcie każdego dnia bez narzekania, bez uprzedzania się do niego i bez oceniania, zanim się nie skończy, pamiętając, że naprawdę to Ty kształtujesz każdy z nich, w każdym z nich zostawiając swój ślad. Pytanie tylko, czy taki, którym nadal chcesz podążać. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Z kalendarza dobrych dni roku 2017: 

"Chwytaj dzień!
Nie narzekaj, że nie przyniósł Ci tego, czego oczekiwałeś, 
lub przyniósł to, czego nie pragnąłeś. 
Przyjmij go takim, jaki jest, z wdzięcznością za każde dobro, 
które stało się twoim udziałem."
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


niedziela, 1 stycznia 2017

Dokąd tak pędzisz, Życie?

Kazimierz w Sylwestrową noc... 

Dokąd tak pędzisz, Życie, gubiąc w pośpiechu dni i godziny? Dokąd biegniesz, nie mając nawet czasu, aby rozejrzeć się dookoła i przystanąć w zadziwieniu nad tym, jak pełna cudowności jest zwyczajna codzienność? Dokąd gnasz, narzucając człowiekowi rytm, do którego stara się dostosować, choć w sercu nosi tęsknotę za niespełnieniem? 
Żyjemy szybko, ze świadomością, że to co najważniejsze, jest niedoścignione, i że dopiero wówczas gdy dobiegniemy do wyznaczonego sobie celu, doświadczymy szczęścia i zaznamy spokoju; i tak trudno nam stanąć w prawdzie z samym sobą i przyznać, że to, tak naprawdę, tylko złudzenie i kolejne kłamstwo, jakim sami siebie oszukujemy. Bo aby być szczęśliwym, nie potrzebujemy kolejnego czegoś ani dotarcia gdzieś. Nie potrzebujemy tracić lat i czekać na coś, co w tym momencie wydaje nam się niezbędne do zbudowania definicji własnego szczęścia. Jedyne czego potrzebujemy to zatrzymania, przystanięcia, obejrzenia się za siebie i zadania samemu sobie pytania: Czy to wszystko naprawdę warte było tego kawałka życia, jakie na to poświęciłem? I czy doprowadziło mnie tam, gdzie naprawdę chciałem się znaleźć? Bo jeśli nie, to może warto znaleźć inną drogę, spokojniejszą, wyciszoną, mniej spektakularną, ale prawdziwą, z całą głębią tego, czego w biegu nie jesteśmy w stanie spróbować i przeżyć. Czasami to, czego szukamy, znajduje się w miejscu, które codziennie mijamy obojętnie. Czasami zupełnie niepozorne zdarzenie czy spotkanie jest właśnie tą wskazówką, której latami wypatrywaliśmy, nie zdając sobie sprawy, że wcale nie trzeba szukać daleko, aby odnaleźć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Początek Nowego Roku jest zawsze niewiadomą. I jak każde nowe i jeszcze nieodkryte, niepokoi, ale równocześnie przynosi nadzieję. Nadchodzące dni są jeszcze białą, niezapisaną kartą w naszych kalendarzach, a Życie wkłada nam do ręki pióro, do którego atrament musimy znaleźć w sobie. Bo to tym, co wyjmiemy z głębi nas samych, zapiszemy te kartki, kolorując je takimi barwami, jakie odbiją się w naszych oczach. 
W życiu dziecka czas jest pojęciem względnym. Najczęściej jest oczekiwaniem, któremu towarzyszy spontaniczna radość, pełna ufności. W życiu dorosłych czas wyznacza pewne ramy, w których się poruszamy. Narzuca tempo i zakreśla obszary, do których docieramy w ciągu określonych jednostek czasowych. W pewnym sensie ogranicza nas, ale jednocześnie systematyzuje codzienność i pozwala na rozrysowanie pewnego planu, z którym mamy się zmieścić w wyznaczonym na to czasie. Z biegiem lat czas staje się naszym nauczycielem. Uczy nas pogody i zrozumienia, pomaga zaakceptować trudne sprawy i spojrzeć na nie z dystansu minionych dni. Wycisza i zatrzymuje nad refleksją swojego upływu, leczy życiowe skaleczenia i opatruje rany. Budzi nas i usypia, starając się skłonić człowieka do tego, aby nauczył się go doceniać ze świadomością, że nie został mu dany bez limitu, i że kiedyś się zatrzyma na dobre, a my wraz z nim. I wtedy czas da nam czas na odpowiedź, czy dogoniłeś to szczęście, za którym tak goniłeś przez całe życie? Czy miałeś czas na to, aby podzielić się sobą z tymi, którzy twojego czasu potrzebowali? I czy nie zapomniałeś w tym wszystkim żyć, skupiając się na iluzjach i złudzeniach, a zaniedbując siebie w relacjach z tymi, którzy tworzą twoją codzienność, i w relacji z Tym, który do tego życia cię powołał? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Nowy Rok, jak co roku, przynosi Ci nowe szanse i możliwości. Wraz z nim, nieodmiennie, w życie człowieka wkracza Nadzieja, być może wielokrotnie odtrącana i odrzucona. I choć życie to nie bajka, a Stary Rok nie zabierze od nas tego, czego chcielibyśmy się pozbyć, wraz z nadzieją nowego dostajemy nowe siły na to, aby uporządkować te wszystkie sprawy, które pozaśmiecały nasze wnętrze, odsunąć niepotrzebne rozterki i przestać roztrząsać to, co minęło. Najtrudniejszą drogą jest zawsze ta, którą podejmujemy z wysiłkiem, ale trud jej podjęcia i wytrwanie w niej warte są wyrzeczeń i niełatwych wyborów, bo bez względu na to, dokąd nas doprowadzi, i bez względu na to, czy osiągniemy wstępnie zamierzony cel, spotkamy na niej ludzi i doświadczymy zdarzeń, które pomogą nam dostrzec inny wymiar rzeczywistości, i odnaleźć najprawdziwsze szczęście, za którym nie trzeba gonić, bo ono samo przychodzi do tych, którzy potrafią patrzeć szeroko otwartymi na życie oczami. 
"Dobre i piękne dni zawsze powracają, jeśli klucz do nich człowiek nosi w kieszeni.". Phil Bosmans

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nowym 2017 Roku życzę Ci dobrych i pięknych dni. Życzę szeroko otwartych na życie oczu, dzięki którym dostrzeżesz, że to, co niepozorne, przynosi najczęściej największą radość, a szczęście wcale nie jest tym, czym początkowo może się wydawać. Życzę Ci tego, abyś w każdym z nadchodzących dni znalazła i znalazł choć jeden powód do uśmiechu, i aby Nadzieja była nieprzerwanie obecna w Twojej codzienności, trwając przy Tobie wraz ze swoimi siostrami Wiarą i Miłością. Dobrego 2017 Roku!
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa