Czwartkowe Spotkania z Kulturą i Sztuką: "Nim odleci" Teatr Współczesny w Warszawie

Fot. Dorota Korobiejnikow 
"Pośród największej burzy / zawsze jest jakiś ptak, by nas uspokoić. / Ten nieznajomy ptak / śpiewa nim odleci."

Ludzka pamięć jest bardzo zwodnicza. Wyolbrzymia pewne zdarzenia, zacierając inne. Wybiórczo czerpie ze wspomnień, litościwie przyciemniając to, co niewygodne lub trudne do przyjęcia, a utrwalając obrazy, po które najchętniej i najczęściej sięgamy. Ludzka pamięć w zadziwiający sposób szatkuje przeszłość człowieka, wypychając na plan pierwszy to, co w danej chwili uznaje za najistotniejsze. Podpowiada obrazami, albo mąci mgłą, w której człowiek po prostu błądzi. 
W takiej mgle zabłądził Andre po zdarzeniu, którego jego świadomość zupełnie nie przyjęła. Zagubiony stary człowiek i rzeczywistość - obca, kąsająca, niezrozumiała. W tę trudną emocjonalnie rolę wcielił się Krzysztof Kowalewski, który zagrał Andre tak przekonująco, że żaden widz na widowni Teatru Współczesnego w Warszawie nie został nieporuszony. Towarzysząca mu Marta Lipińska, czyli Madeleine, żona Andre, nieustannie obecna, pomimo fizycznej nieobecności, z właściwym sobie wdziękiem, z pozoru banalnymi rzeczami, takimi jak przygotowywanie obiadu czy wyjście do ogródka po szczypiorek, koncentruje na sobie uwagę widza gubiącego się w zdarzeniach pozbawionych chronologii i pytaniach wyświetlanych w głowie w czasie trwania spektaklu. Kto tak naprawdę jest tutaj obecny, a kto pozostał na scenie jedynie jako wspomnienie? Gdzie jest granica pomiędzy światem, który uważamy za ten jedynie właściwy, a tym, gdzie wszystko jest kompletnie inne od naszego o nim wyobrażenia? 


"Człowiek może być święcie przekonany, że jakaś osoba nie żyje, ale to nie musi być prawda.". 
Co jest prawdą w świecie Andre; świecie, który nagle zaczyna się zmieniać, rozmywać i gubić swoją uporządkowaną znajomość, stając się niepokojącą rzeczywistością, do której od czasu do czasu docierają jeszcze przebłyski świadomości? 
Marcie Lipińskiej i Krzysztofowi Kowalewskiemu towarzyszą na scenie ich sceniczne córki - odpowiedzialna Anne, przekonująco zagrana przez Monikę Krzywkowską, i nieustabilizowana emocjonalnie Elise ( w tej roli Barbara Wypych). W pewnym momencie dołącza do nich Agnieszka Pilaszewska, jak zawsze znakomita, intrygująca i zostawiająca widza z kolejnym niedopowiedzeniem, którego widownia może się tylko domyślać. Cień przeszłości w rodzinie, w której, wydawałoby się, nie ma żadnych tajemnic czy nierozwiązanych życiowych zagadek. A jednak w każdej szafie poupychane są niewygodne, często niedokończone i niewyjaśnione sprawy sprzed lat, z którymi wcześniej czy później trzeba będzie się zmierzyć. Tylko czy Andre będzie jeszcze potrafił przyjąć prawdę, bez względu na to jak trudna ona będzie? 

Fot. Magda Hueckel, Teatr Współczesny
"Nim odleci" to sztuka Floriana Zellera, współczesnego francuskiego powieściopisarza i dramaturga. To z pozoru prosta historia o małżeństwie z niemal pięćdziesięcioletnim stażem i ich dorosłych córkach, o których życiu wiele się dowiadujemy gdzieś między słowami i dialogami. Autor niejako bawi się widzem, grając na jego emocjach i domysłach. Nie zachowuje chronologii wydarzeń, myli tropy, podsuwa różne warianty zdarzeń i skłania do skupienia i refleksji nad życiem, starością i międzyludzkimi relacjami. Bardzo sprytnie przeplata świat realny z metafizycznym, prowadząc widza z pozoru błędnymi ścieżkami, spośród których można jednak wybrać tę, na której łączą się poplątane losy bohaterów sztuki. Poprzez dramatyczne sceny zakończone retorycznymi pytaniami Andre, Zeller buduje napięcie, łagodząc jego ładunek rozmowami rozgrywającymi się przy kuchennym stole. Cztery kobiety i jeden zagubiony mężczyzna, uwięziony w niepamięci, najłaskawszej towarzyszce starości. 

Fot. Magda Hueckel, Teatr Współczesny

Na scenie nie dzieje się niby nic szczególnego. Na pierwszym planie kuchnia i okno, będące symboliczną granicą pomiędzy tu i teraz, a gdzieś tam w innym wymiarze. Stół, cztery krzesła i mnóstwo drobiazgów, dzięki którym jest tam przytulnie i domowo. Fantastyczna scenografia, za którą odpowiada Marcin Stajewski, daje widzowi możliwość podglądania, bo pomimo tego, że to kuchnia jest tym najważniejszym pomieszczeniem skupiającym całą rodzinę, widz może zajrzeć do pełnego ciekawych rzeczy gabinetu Andre lub obserwować to, co dzieje się w przedpokoju czy w połączonym z kuchnią salonie. Ogarniając to wszystko wzrokiem można poczuć atmosferę starego domu z duszą, który nagle jednak staje się problemem, podobnie jak zamieszkujący go stary człowiek. 

Fot. Magda Hueckel, Teatr Współczesny

"Nim odleci" w reżyserii Macieja Englerta to sztuka, która porusza istotny współcześnie problem starzejących się rodziców i opieki nad nimi w chwili, gdy takiej opieki będą potrzebować. To sztuka, która stawia widzowi trudne pytania i nie daje gotowych odpowiedzi. Zmusza do zastanowienia i zatrzymania się w biegu, uświadamiając, że nie zawsze magiczne zdanie Scarlett O'Hara: "Pomyślę o tym jutro.", zadziała. Są takie sytuacje, kiedy decyzję trzeba podjąć już, w tym konkretnym momencie, najczęściej najmniej odpowiednim i zawsze niewygodnym. Poprzez zwykłość i niemal codzienność ukazanych zdarzeń, widz nie czuje się emocjonalnie obciążony, choć jednocześnie, dzięki mocnym i mądrym tekstom wplecionym w niby zwyczajną rozmowę, dotyka głębi, o którą coraz trudniej we współczesnym teatrze (nie mylić z Teatrem Współczesnym!). 


Słabszym elementem sztuki jest to, że spektakl grany jest dziewięćdziesiąt minut bez przerwy, przez co nie daje widzowi ani chwili oddechu na "przetrawienie" pewnych treści i przygotowanie się na kolejne. Zbyt wiele rodzących się pytań i gubiących się w czasie zdarzeń pod koniec sztuki powoduje rozkojarzenie widza, próbującego skupić się na zbyt wielu rzeczach naraz. Również epizodyczna rola Michała Mikołajczaka, który pojawia się w zasadzie pod koniec spektaklu, jest zagrana zbyt sztucznie, wręcz denerwująco, i zbyt prześmiewczo. Wielki ukłon dla Krzysztofa Kowalewskiego i Marty Lipińskiej, oraz znakomitej Agnieszki Pilaszewskiej, jak również przekonującej w swojej roli Moniki Krzywkowskiej, dzięki którym ta sztuka wnika w widza głęboko i porusza, długo nie dając o sobie zapomnieć. 
Polecam "Nim odleci" w Teatrze Współczesnym w Warszawie. To sztuka wartościowa i ponadczasowa, za którą Maciejowi Englertowi i wszystkim występującym tam aktorom dziękuję! 
Monika A. Oleksa 


Komentarze

  1. "A jednak w każdej szafie poupychane są niewygodne, często niedokończone i niewyjaśnione sprawy sprzed lat..." Trzeba coś więcej, aby zachęcić? Jeszcze kilka dni ferii zimowych zostało... może wybrać się do Warszawy? Dziękuję za tak piękną recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś zajrzeć do tego miejsca...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy takie spotkania są jeszcze organizowane? Jak wygląda kwestia kwarantanny?

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem przerwa jest konieczna, chociażby na wyjście do toalety, oderwanie oczu i przemyślenie tego, co się wydarzyło na scenie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

Z wizytą u... Karolci :)

Miłość, czym jest...?