poniedziałek, 22 maja 2017

Nocna szafka


Nocna szafka to jedno z najbardziej magicznych miejsc w domu. Magicznych i bardzo intymnych. To miejsce - mebel, kojarzące się ze spokojem, wyciszeniem i odpoczynkiem. Stos książek, albo jedna, odłożona w trakcie zaczytania. Szklanka z wodą. Może jakiś zeszyt lub notatnik. Jakaś spinka do włosów, jakaś biżuteria. I lampka rozpraszająca światłem mrok, nadająca wnętrzu przytulność, odganiająca tym światłem lęki. Nocna szafka, trwająca na straży przy łóżku, towarzyszka nocnych koszmarów i niemy świadek słów wyszeptywanych nocy, która skłania do zwierzeń. 
Nie mam nocnej szafki, ale mam duże, solidne biurko, którego skraj przejął tę rolę. Na tym wydzielonym kawałku stoi duży, rozmarzony anioł z rozłożonymi skrzydłami i bukietem róż w splecionych dłoniach. Nie kolekcjonuję figurek aniołów, ale wierzę w potężną moc istot anielskich, a szczególnie w moc tego, który mnie strzeże i prowadzi przez życie, mojego Anioła Stróża. Tę figurkę kupiłam w Wiśle za honorarium autorskie, stawiając ją na biurku jako symbol twórczej płodności. Wena też ją lubi, tę anielską figurkę. Często przy niej przysiada, albo wpatruje się w nią z tym swoim tajemniczym uśmiechem, który zawsze wróży coś dobrego. Płodność anioła i bliska relacja z Weną sprowadza do mojego domu nowych bohaterów, podsuwając nowe tematy i pomaga dopieścić te, nad którymi pracuję. Płodny anioł stoi więc na swoim, przydzielonym mu miejscu i przypomina, że już pora wziąć do ręki pióro i rozpocząć nową opowieść... 


Obok anioła leży stos książek. Towarzyszą mi w mojej codzienności, odrywając od niej i wciągając w świat, z którego ciężko się wychodzi. Zazwyczaj czytam dwie książki w tym samym czasie. W zależności od mojego dnia i nastroju, sięgam po jedną albo drugą. Delektuję się słowami, wgryzam się w zdania i śledzę historię, dając się jej wciągnąć. Są takie książki, z których bohaterami zaprzyjaźniam się tak bardzo, że zostają we mnie na zawsze. Są również i takie, które odkładam wiedząc, że nie wrócę już do tego autora, bo nie spełnił moich czytelniczych oczekiwań i tylko zabrał czas, jaki mogłabym poświęcić innej książce i innemu pisarzowi, być może jeszcze przeze mnie nie odkrytemu. Wszystkimi jednak książkami się dzielę, i tymi dobrymi, i tymi, które były dla mnie rozczarowaniem, mając świadomość, że tyle jest gustów czytelniczych, ilu ludzi sięgających po ten sam tytuł. Przeczytane książki pożyczam przyjaciołom i znajomym wiedząc, że najbardziej nieszczęśliwa książka to ta, która leży przykurzona nieczytaniem na półce. A ja chcę, żeby moje książki były szczęśliwe :). 
Pod tymi, które czytam obecnie, leżą książki do których zamierzam sięgnąć w następnej kolejności. Lubię na nie patrzeć, przyzwyczajając się do tytułów i okładek. Lubię myśleć o tym, jaką tajemnicę w sobie skrywają i co chcą mi przekazać. Lubię radość oczekiwania przed sięgnięciem po następną książkę. To uczucie towarzyszy mi od dzieciństwa, świadomość, że najlepsze dopiero przede mną i ciekawość, jak bardzo nowa powieść wciągnie mnie w świat, do którego zajrzę. 


Już wkrótce skończą się moje spotkania z Marie-Laure i Wernerem, głównymi bohaterami powieści nagrodzonej Pulitzerem w 2015 roku, "Światło, którego nie widać" Anthony'ego Doerr'a. Dużo skrajnych emocji wzbudziła we mnie ta powieść, do wielu przemyśleń skłoniła. Momentami była tak ciężka, że musiałam od niej chwilę odpocząć, sięgając po inną. Emocjami pewnie się podzielę po skończonej lekturze :). 
Po "Śmierć nie istnieje" sięgnęłam po pogrzebie Mamy. Nie potrzebuję na to dowodów, bo po prostu w to wierzę, ale ta książka jest jednym z etapów przepracowywania żałoby. Każdy musi ją przeżyć po swojemu, mnie jest łatwiej z taką lekturą. 
Na nocnej szafce czekają na mnie dość niecierpliwie dwa tytuły. Biografia Ireny Jarockiej, o której na pewno tutaj napiszę, bo bardzo cenie tę artystkę, oraz "Lawendowy pokój" Niny George. Zachwyciłam się nią po przeczytaniu "Księżyca nad Bretanią". Piękna i mądra opowieść o tym, że życie może smakować w każdym wieku, i że naprawdę dla każdego  z nas ma przygotowane niespodzianki, należy tylko wyjść mu naprzeciw i czasami nawet zaryzykować. 


Na mojej nocnej szafce, gdzieś między aniołem a książkami, leży cichutko różaniec przywieziony z polskiej Fatimy. Mój talizman, a raczej tarcza i broń. Ukojenie i pocieszenie. Z niego czerpię siły, a modlitwa różańcowa jest mi najbliższa ze wszystkich. Nigdy nie zostaje bez odpowiedzi, a ja, przytulając się poprzez te paciorki do serca Maryi, wiem, że przytulam się po prostu do Matki. 
Na nocnej szafce jest jeszcze moja szkatułka niezapomnienia, dzieło rąk Natalii Michalak, wrażliwej duszy i artystki ceniącej piękno. Wkładam do niej wszystkie skarby i zapisane karteczki z ważnymi informacjami (nie potrafię zbierać informacji w jednym terminarzu, potrzebuję wielu małych karteczek, z nimi czuję się o wiele lepiej niż z uporządkowanymi notatkami, pomimo tego, że jestem karteczkową bałaganiarą :)). Wkładam tam również strzępki dobrych wspomnień, do których chcę wracać. Lawendowa szkatułka niezapomnienia gromadzi to wszystko skuteczniej niż twarde dyski i pamięć nowoczesnych gadżetów. I jest tak bardzo osobista, że dotykanie i otwieranie jej sprawia mi przyjemność, bo kojarzy się z czymś dobrym. 
Nocna szafka to przedsionek wyciszenia po zabieganym dniu. Dobre miejsce z bliskimi i potrzebnymi przedmiotami. 
Jak wygląda Twoja nocna szafka? Podzielisz się tym ze mną? 
Życzę Ci dobrego tygodnia, wypełnionego wiosennymi dniami :D. Monika A. Oleksa 

    

wtorek, 16 maja 2017

Śląskie serce jak poducha

Źródło: Biblioteka Lędziny

Świat się nie zatrzymał, a życie toczy się dalej. Wiem, że teraz Mama będzie obecna na każdym moim spotkaniu... zawsze... A moim wiernym Czytelnikom winna jestem relację ze spotkań autorskich na Śląsku... 

Źródło: Biblioteka w Chełmie Śląskim
Po raz kolejny Śląsk udowodnił mi, że ma naprawdę wielkie serce, do którego nie tylko można się przytulić, ale również takie, które pamięta i któryś już raz przyjmuje mnie z tak otwartymi ramionami, że to wzrusza. Miejsca i ludzie. To oni właśnie, ci ludzie, tworzą niepowtarzalny klimat, którym te miejsca przesiąkają, i właśnie dla tych ludzi chce się tam wracać ponownie, odkrywając za każdym razem coś nowego. Chełm Śląski, Bieruń, Lędziny, i tym razem Mysłowice Kosztowy. Cztery przystanki na mojej wiosennej trasie autorskiej po Śląsku, który pomimo wyczuwalnego w powietrzu smogu, jaśnieje serdecznością jego mieszkańców. 

Gościnna Biblioteka w Chełmie Śląskim

28 marca spotkałam się z Czytelnikami Gminnej Biblioteki Publicznej w Chełmie Śląskim, gdzie nowa pani dyrektor, Anna Kocur, chętnie zaprasza kulturę i sztukę do swojej biblioteki, starając się pokazać poprzez spotkania z pisarzami, poetami i ciekawymi ludźmi Śląska, że biblioteka to nie tylko miejsce, gdzie wypożycza się książki, ale przede wszystkim to przestrzeń spotkania człowieka z człowiekiem. Wychodząc temu naprzeciw, wspierana pomocą bardzo energetycznych współpracowników ( w tym miejscu pragnę podziękować pani Barbarze Wanot-Cyron i Monice Kupczak), pani Anna podejmuje wiele nowych inicjatyw, dzięki którym gminna biblioteka rozkwita wraz z wiosną, i myślę, że nie przekwitnie ani jesienią, ani nawet zimą, bo za dużo w tym miejscu energii, aby pozwolić jej "zwiędnąć" :). 

Pani Anna Kocur, dyrektor GBP w Chełmie Śląskim

Bardzo kameralne spotkanie w Chełmie Śląskim wprowadziło mnie w nastrój wyciszenia, z jakim weszłam już w kolejne spotkania w pozostałych bibliotekach. To było dobre, refleksyjne wyciszenie, potrzebne zarówno mnie samej, bym mogła się zatrzymać w codziennym zabieganiu, jak i gościom biblioteki, by mogli spojrzeć wgłąb siebie, dotykając najczulszych strun swojego wnętrza. Pani Aniu, serdecznie dziękuję za to zaproszenie i możliwość spotkania w Chełmie Śląskim, do którego wrócę z ogromną przyjemnością!

Źródło: GBP w Chełmie Śląskie 
Źródło: GBP w Chełmie Śląskim
Źródło: GBP w Chełmie Śląskim



Do Bierunia i do Lędzin nie trzeba mnie zapraszać, bowiem przyjeżdżam tam z tak wielką radością, jakbym wracała do kogoś bliskiego. I nic dziwnego, bo takich mam w tych miasteczkach Czytelników! Słowa jakimi mnie obdarowują w czasie moich tam pobytów, szczere i naprawdę przeze mnie doceniane, staram się zwracać w moich książkach. Sama zostając ubogacona poprzez spotkania , które unoszą moje skrzydła wysoko, oddaję i przekazuję to ciepło i serdeczność dalej, dzieląc się na kartkach moich powieści ludzką różnorodnością, z której mam okazję czerpać, wnikliwie obserwując, uważnie słuchając i zapamiętując - gesty, słowa, wydarzenia i szczerość, z jaką jestem w tych miejscach przyjmowana. Biblioteczna przestrzeń staje się czymś więcej niż jedynie miejscem wypełnionym książkami, a z pozoru zwyczajne spotkanie autora z czytelnikami zmienia się w rozmowę, w czasie której obie strony są jednakowo ważne i wzajemnie się uzupełniają. Nie byłoby pisarza bez czytelnika. Wiem o tym, i naprawdę jestem wdzięczna tym wszystkim ludziom, którzy sięgają po moje książki, pisane wyłącznie z potrzeby serca i pasji silniejszej niż cokolwiek innego. 

Źródło: MBP w Bieruniu

Bieruń przytulił mnie swoją serdeczną atmosferą sprawiając, że spotkanie w MBP, jakie odbyłam 29 marca, było dłuższą chwilą wyciszenia, docenioną również przez obecnego na spotkaniu radnego. Serce mi rosło, gdy mówiąc, widziałam przed sobą tak wiele roziskrzonych oczu i zamyślonych twarzy Czytelników, zatrzymanych nad słowami jakie padały. Ten wczesny wieczór miał w sobie prawdziwą magię. To był taki pochwycony i zatrzymany czas, który zarówno mnie, jak i moim słuchaczom podarował coś bezcennego. I myślę, że patron Bierunia, św. Walenty, miał w tym swój udział :). Bez wątpienia swój udział w przygotowaniu spotkania miały również cudowne kobiety, którym z całego serca dziękuję za to bieruńskie otulenie mnie tak ogromną serdecznością, z której do dziś czerpię i czerpać będę jeszcze długo. Na ręce pani Małgosi Janoty składam podziękowanie za trud podjęty w zorganizowaniu spotkania i za całe ciepło, które czuło się w tej przytulnej czytelnianej sali. Mam nadzieję, że choć w części będę mogła to "oddać" przy następnym spotkaniu!

Źródło: MBP w Bieruniu





Lędziny, pomimo załamania pogody, przywitały mnie wiosennie i z taką temperaturą, od której naprawdę zrobiło się gorąco. Lędziny to nie tylko miejsce najbliższe mi na Śląsku, ale to przede wszystkim ogromna energia ludzi, którą zarażają. Wracam tam jak do przyjaciół i sama jestem tam tak traktowana. I za każdym razem zaskakiwana czymś nowym, z każdą kolejną wizytą poznając bardziej  to miasteczko i wychodząc poza próg biblioteki, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia i pierwszego tam spotkania autorskiego. 
Tym razem zasmakowałam w kuchni "Bohemy", przytulnej restauracji, znajdującej się przy rynku, do której zaprosiła mnie prowadząca lędzińskie spotkanie Agnieszka Kucharewicz. Trudno powiedzieć, co smakowało bardziej - delikatna ryba z szafranowym ryżem czy rozmowa z Agnieszką :). 

Źródło: Biblioteka w Lędzinach
Agnieszka poprowadziła również moje spotkanie 30 marca, zmuszając mnie poprzez wymagające pytania do głębszych przemyśleń i odpowiedzi, które niekiedy mnie samą zaskakiwały. Podobnie jak zaskoczyły niektóre z pytań Czytelników, inne niż zawsze i tak ciekawe, że sama musiałam się dłużej zastanowić i zajrzeć w swoją duszę. "Kim byłaby Monika Oleksa, gdyby nie została pisarką?". "Skąd biorą się w taki sposób kreślone portrety psychologiczne bohaterów?". "Jak znaleźć w sobie tyle cierpliwości, ile Małgosia miała do Sylwii?". I w jaki sposób życie wplata się w kartki książki. 

Agnieszka Kucharewicz i ja - obie zasłuchane w pytania Czytelników
Długo jeszcze po skończonym spotkaniu autorskim nie opuściłam przytulnego wnętrza lędzińskiej biblioteki. To był czas dla moich cudownych Czytelników. Czas na intymne rozmowy, wypicie herbaty, wyciszenie emocji i podziękowanie tym, którzy włożyli swoją pracę i energię, z zaangażowaniem przygotowując to spotkanie. Agnieszce Kucharewicz i Teresie Jagodzie dziękuję za piękny wiosenny wystrój biblioteki, i za zadbanie o najdrobniejsze szczegóły, choćby o to, aby biblioteka pachniała świeżym drożdżowym ciastem z kruszonką, które podano do kawy. Agnieszko, dziękuję za tak dużo dobrej energii, którą emanujesz, za ciekawe poprowadzenie tego lędzińskiego spotkania, za zebranie tylu Czytelników i za propozycję przyjęcia mnie do swojego domu. Takich rzeczy się nie zapomina! 
Pani dyrektor MBP w Lędzinach, Joannie Wicik, dziękuję za to, że drzwi tej biblioteki są dla mnie zawsze szeroko otwarte! 

Moi cudowni lędzińscy Czytelnicy 


Chwile, które cenię najbardziej!
Agnieszka była bardzo dobrze przygotowana do spotkania


Mysłowice Kosztowy, podobnie jak Chełm Śląski, odwiedziłam po raz pierwszy. Pomimo tego, że to było spotkanie z zupełnie nowymi czytelnikami, którzy dopiero poznawali mnie i moje książki, prowadzącej to spotkanie Gabrysi Kotas udało się przybliżyć moją twórczość w taki sposób, że wciągnęłyśmy słuchające nas panie w ciekawą rozmowę o kobietach i ich wrażliwości, skłoniłyśmy do refleksji i podzieliłyśmy się kawałkiem siebie, przeplatając prozę wierszami. 
To było bardzo miłe, piątkowe popołudnie, któremu towarzyszyła piękna, wiosenna pogoda, zupełnie jakby zaciekawione promyki słońca chciały zajrzeć w okna biblioteki, chcąc się dowiedzieć, co też takiego zebrało tam ludzi. 

Biblioteka w Mysłowicach Kosztowach 

Wyjeżdżałam ze Śląska naładowana tak dobrą, pozytywną energią, że jeszcze dziś uśmiecham się, wspominając te dni i te spotkania. Śląskie serce przytuliło mnie poprzez ludzi, kolejny raz obdarowując ciepłem i serdecznością, oraz życzliwością, którą wraz z cudownymi wspomnieniami wkładam do mojej magicznej szkatułki niezapomnienia. 
Gabrysi i Bogdanowi Kotas dziękuję za gościnę i za zaopiekowanie się mną w czasie mojego pobytu na Śląsku. Bernadce Hibszer dziękuję za wspólną kawę i za zaproszenie mnie do prowansalskiego pokoiku na poddaszu, w którym nie sposób się nie zakochać, mając tak romantyczną naturę jak moja:). Oli Urbańczyk - KLIK dziękuję za ubogacającą - jak zwykle!, rozmowę i za czas, który dla mnie znalazła, a Basi Adamek z serca dziękuję za WSZYSTKO!, a szczególnie za długie rozmowy do późnej nocy, oraz ten spokój i wyciszenie, jakie w sobie przywiozłam, i dzięki którym udało mi się skończyć w terminie moją najnowszą książkę bez napięcia, tylko z wiarą, że mi się uda! :) Basiu - dziękuję! 
Śląskie serce jak poducha. Przytulam się do niego z obietnicą powrotu...
Monika A. Oleksa 


niedziela, 7 maja 2017

Wierzę, Panie...

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Kiedy człowiek zanurzony jest w cierpieniu, czas staje się bezczasem, a dzień zlewa się z nocą, stając się jednym trwaniem i walką życia ze śmiercią. Ale jak walczyć, skoro własne ciało wydaje się wrogiem, a każdy centymetr skóry i każda komórka sprawiają ból? I jak kibicować w tej walce stojąc z boku, kiedy serce rozrywa się na kawałki, bo nic zrobić nie można oprócz trwania i towarzyszenia w tej drodze przez mękę? 
Przychodzi taki moment przy szpitalnym łóżku bliskiej osoby, gdy słowa "bądź wola Twoja" nabierają głębszego sensu. Przychodzi taka chwila, gdy umęczony bólem człowiek pragnie już tylko jednego, odejść w pokoju i przerwać cierpienie, jakie staje się już nie do uniesienia zarówno dla cierpiącego, jak i współodczuwającego, czuwającego wraz z tym, który odchodzi. Przychodzi taki czas, gdy w ciszy szpitalnej sali możesz usłyszeć szept: "Czy wierzysz w Syna Człowieczego?". "A kim On jest, Panie?". "Jest Nim Ten, który teraz z tobą rozmawia. Ten, który jest z tobą od początku, najczulej jednocząc się z twoim bólem, obecny w tym cierpieniu, które nigdy nie jest na darmo. Tak jak na darmo nie był Krzyż, tak i wszystko czego doświadcza umęczony człowiek nigdy nie pozostaje jedynie cierpieniem w ziemskim i ludzkim wymiarze. Jest czymś głębszym. Czymś, czego żaden rozum pojąć nie potrafi, bo zrozumieć to można tylko wiarą. Czy wierzysz w to, że śmierć naprawdę została pokonana, i że ty też żyć będziesz?". 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wierzę, Panie. Wierzę, bo czymże byłaby Wielkanoc bez tajemnicy Zmartwychwstania, którą przyjąć może jedynie wiara, gdyż rozum potrzebuje wytłumaczenia popartego naukowymi dowodami.
Wierzę, Panie, że to wszystko, czego doświadczyła moja Mama, ma sens, i że jej cierpienie i nasze współcierpienie, wpisane jest w Twój Boży plan, który dla nas przygotowałeś. Wierzę, że te dni, które niepostrzeżenie przeszły w tygodnie, są potrzebne nam, nie Tobie, ale zrozumieć to będziemy w stanie dopiero wówczas, gdy staniemy twarzą w twarz z Tobą, odkrywając z zadziwieniem sens tego, co tutaj i teraz wydaje się zupełnie pozbawione sensu. 
Wierzę, Panie, i nie buntuję się widząc, jak nadzieja cichutko wychodzi z sali, ze smutkiem zamykając za sobą drzwi. Nie winię jej za to, bo wiem, że nasze życie tutaj jest tylko pewnym etapem, i przypominam sobie słowa świadomie wypowiedziane przez moją Mamę zaledwie tydzień temu: "Widziałam Światło, ale jak chciałam do niego podejść, ono ode mnie odchodziło.".  
Teraz jest blisko. Obie jesteśmy już na to gotowe. Dostałyśmy dla siebie czas, który był nam potrzebny, by na fundamencie miłości utrwalić to, co poobijało życie. 

Pragnienie

tak mi się już chce Nieba
idealnego Szczęścia 
wpisanego w Wieczność
miłości na zawsze
i bez końca
i Ciebie Boże
z Sercem
gotowym zaspokoić
wszystkie tęsknoty
Alina Dorota Paul z tomiku "Pod skrzydłami"
(www.alinadorota.tumblr.com)

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Tylko w ciszy można żeglować po oceanie wspomnień. Tylko w ciszy usłyszysz nieme wołanie drugiego człowieka. W ciszy można wymierzyć subtelną wagę słów." W ciszy odchodzi człowiek. 
Moja Mama odeszła cichutko. Podarowała mi jeden z najpiękniejszych prezentów imieninowych. Czekała na mnie. Odeszła czwartego maja, z dotykiem mojej dłoni na policzku, pożegnana słowami: "Jestem, mamo. Jestem.". Czekała na te słowa. I czekała na mnie. 
Odeszła, a świat się nie zatrzymał. Ale zatrzymał się oddział endokrynologi, w milczeniu pochylając się nad tajemnicą śmierci. Przystanęły godziny zwyczajnego dnia, na jakiś czas obejmując mnie bezczasem. Moje życie już nigdy nie będzie takie samo, bo tej dziury w sercu nie zalecza czas. I choć wiem, że Mama jest przy mnie, tylko w innym wymiarze, zawsze już będę czuła jej brak. I nie przestanę za nią tęsknić. 
I choć w ludzkim pojęciu przegraliśmy tę walkę, wierzę, Panie, że tak naprawdę została ona wygrana. Ty przyjąłeś wszystko, i te ostatnie tygodnie, dni i godziny jej bólu, i wszystkie lata, gdy Mama zmagała się z ludzkimi słabościami. Ty jesteś Drogą, Prawdą i Życiem. Wierzę w to, Panie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Z całego serca chciałabym w tym miejscu podziękować wszystkim lekarzom Kliniki Endokrynologi Szpitala Klinicznego przy ul. Jaczewskiego w Lublinie, za wielkie zaangażowanie i zawziętą walkę o moją Mamę. Szczególne podziękowania należą się doktor Ewie Obel, prowadzącej Mamę od początku, do samego końca mówiącej śmierci stanowcze: NIE!; oraz doktor Anecie Szafraniec za oddanie, wsparcie, dobre słowa i serce, tak bardzo potrzebne w tej szpitalnej rzeczywistości. 
Na ręce pani Anny Iwanek, pielęgniarki oddziałowej Kliniki Endokrynologi, składam ogromne podziękowania i wielkie wyrazy szacunku za trud pracy i poświęcenie cudownego zespołu pielęgniarek, którym kieruje. Dziękuję za łagodność i cierpliwość w stosunku do pacjentów i ich rodzin, za prawdziwą troskę, fachową opiekę i ciche bycie obok, kiedy po prostu brakuje słów. 
Dziękuję również paniom salowym za ich pracę, może i mniej spektakularną niż działania lekarzy, ale niezbędną, wykonywaną z pokorą i skromnością, a przy tym z poszanowaniem godności każdego pacjenta. 
Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia i za modlitwę, bez której nie dałabym rady unieść tych minionych i obecnych dni. O tę modlitwę proszę, bo dzięki niej obie jesteśmy silniejsze, każda po swojej stronie mlecznej mgły. 
Tak, wierzę, Panie. Tobie zaufałam. Prowadź mnie...    
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
    

niedziela, 30 kwietnia 2017

Szpitalny parapet

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Na drugim piętrze szpitala, na okiennym parapecie mieszka gołąb. Samotny i gruby, przesiaduje wtulony w kąt, odwrócony tyłem do szyby. W ciągu dnia czasami gdzieś odfruwa, ale wieczorem zawsze wraca do miejsca, które traktuje jak swój dom; na parapet szpitalnego okna, gdzie czuje się bezpiecznie. Oswoił szpitalną rzeczywistość, wpisując się w nią, i stając się pewną stałą jej częścią, rozpoznawalnym kawałkiem normalności. 
Wracając do domu każdej nocy, schodząc z czwartego piętra, przystaję na drugim, aby popatrzeć na samotnego gołębia, wtulonego we własne pióra. Wydaje się tak samo opuszczony jak każdy z pacjentów nocą, kiedy w oczy zagląda lęk. 


Szpital nocą jest zupełnie innym miejscem niż w ciągu dnia. Milknie, wycisza się i zostawia więcej przestrzeni na myśli, które wracają nieustannie, niepokorne i niepokojące. Nocą po szpitalu przechadza się lęk. Nie odpuszcza nikomu i przystaje przy każdym łóżku. Nawet jeśli odchodzi, pozostawia pytania i strach, z którym poradzić potrafi sobie tylko nadzieja. Ona też jest obecna w szpitalnej rzeczywistości. Nie opuszcza człowieka i nie odchodzi od łóżka do samego końca. Trzyma za rękę i szepcze kojące słowa. Otula dotykiem czyjejś dłoni i spojrzeniem. Współodczuwającym, współczującym, kochającym. Delikatnie dotyka ramienia tych, którzy czuwają, próbując znaleźć w sobie podwójną siłę. 
Przy szpitalnym łóżku tej siły potrzeba ogromnie dużo. Siły fizycznej i psychicznej. W chwilach, gdy stykamy się ze szpitalną rzeczywistością, marzenia nabierają innego kształtu. Marzymy o normalności. O wypełnionym rutyną dniu, dającym przewidywalność. O zaniedbanych obowiązkach, które wydawały się nużące, i o powtarzalności znajomych czynności, nie mających nic wspólnego ze szpitalną salą. 
Od dwóch tygodni moja rzeczywistość to monitor, w który wpatruję się bezmyślnie godzinami, śledząc na nim góry, doliny, zygzaki, linie i zmieniające się liczby. Wiem, jakie parametry są w normie, a jakie ostrzegają. Znam imiona pielęgniarek i salowych, oraz twarze zmieniających się lekarzy. Podobnie jak ten gołąb z parapetu na drugim piętrze, wrosłam w rzeczywistość, która wypełniła moją codzienność. Jestem zmęczona fizycznie i emocjonalnie, bo żaden z dni nie przynosi nic, oprócz cierpienia, na które patrzę bezradnie, i nie mogę poradzić sobie z tym, że nie jestem w stanie NIC zrobić. Nic więcej poza trwaniem w modlitwie przy mamie tak umęczonej bólem, że ucieka przed nim odgradzając się od świata. Jej otwarte oczy widzą coś więcej niż szpitalna sala. W chwilach świadomości powtarza mi, jak bardzo mnie kocha i że nieustannie czuje moją obecność przy sobie. Czasami jednak, pomimo pozornej świadomości, wydaje się być odłączona od swojego ciała, zupełnie jakby chciała przestać go czuć, bo ono sprawia jej tylko ból. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Moja mama ma 67 lat. Nie walczy z nowotworem, po prostu nie może sama oddychać. Lekarze nie znają przyczyny, nie wiedzą dlaczego z dnia na dzień wyłączyła świadomość, zaskakując nas każdym dniem. Bo były już takie noce, kiedy się z nią żegnałam, a lekarze po obchodzie tylko kręcili głowami, kładąc mi współczującą dłoń na ramieniu. A potem nastawał ranek, gdy mama wołała, że jest głodna, nabierała sił na tyle, że mogła przełknąć płynny jogurt i siedzieć wsparta poduszkami, i rozmawiała ze mną przytomnie, skarżąc się na ból spowodowany podłączonym do pompy drenem, osuszającym jej płuca. I gdy nabieram nadziei, że teraz już będzie tylko lepiej, i z każdym dniem mama zacznie odzyskiwać siły, przychodzi kolejne załamanie, i trzeba ją reanimować.
Wychodząc nocą ze szpitala, przystaję przy gołębiu i samej sobie zadaję pytanie, czy dam radę. Bo oprócz tej szpitalnej rzeczywistości, jest jeszcze ta codzienna. Nie wszystko można zaniedbać. Najbliżsi zrozumieją, ale przecież termin matur nie zmieni się tylko dlatego, że moja mama jest w szpitalu, a zobowiązując się wobec kogoś do dobrego przygotowania, biorę za to pełną odpowiedzialność. Dzielę więc siebie na kawałeczki, na zmianę z siostrą czuwając przy mamie. Oddaję to, co dostałam kiedyś od niej. Oddaję z miłością. 

Nasz wspólny Kazimierz...

Na tej trudnej drodze spotykam jednak ludzi, którzy pojawiają się jak dobre anioły. Takie dwa anioły, pacjentki- współlokatorki dzielące z mamą tę samą szpitalną przestrzeń, czuwały nad nią wtedy, gdy ja ani siostra nie mogłyśmy przy niej być. Ludzka solidarność i empatia obecna w miejscu, gdzie tej wrażliwości naprawdę potrzeba. 
Na drugim piętrze szpitala, na okiennym parapecie, mieszka gołąb. Dziś też przy nim przystanę i szepnę mu, że wciąż wierzymy, i walczymy, dopóki jest choć cień nadziei. 
Monika A. Oleksa  


niedziela, 23 kwietnia 2017

Krew potrzebna od zaraz


Wyobraź sobie, że najbliższa ci osoba, ktoś, kogo kochasz bezwarunkowo i dla kogo gotów jesteś poświęcić własne życie, trafia do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Życie tej osoby może uratować tylko jeden lek, najdroższy i najcenniejszy, którego nie da się wyprodukować w żadnym laboratorium. Lek, który jest darem człowieka dla człowieka. Ludzka krew. 
Wyobraź sobie, że z niecierpliwością odmierzasz minuty i liczysz sekundy, czekając kiedy krew dotrze do chorego czy potrzebującego, siedząc przy szpitalnym łóżku i zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Ale nie jest dobrze, bo krew nie dociera. Niecierpliwisz się, krzyczysz na lekarzy i zaczynasz wygrażać Panu Bogu, i jedyne co możesz usłyszeć to współczujące: "Przepraszam, ale nie mam już krwi w banku. To, co mieliśmy, już się wyczerpało, tej krwi po prostu nie mamy.".
"Jak to nie macie?! Zróbcie coś! Ściągnijcie skądś! Ratujcie!". 
"Przykro mi. Nie mamy więcej zapasów krwi. Wszystkie się wyczerpały. Jest wiele ludzi potrzebujących, a tak mało tych, którzy chcą się swoją krwią podzielić. Brakuje nam krwi, brakuje dawców. Przykro mi.". 


Tegoroczna Wielkanoc miała dla mnie szczególny wymiar. Spędziłam ją przy szpitalnym łóżku mojej mamy, uprzedzona przez lekarzy, że kolejnych wspólnych świąt najprawdopodobniej już nie będzie. Za słabe serce, niewydolność oddechowa, a do tego rzadki przypadek wykrzepicy, nie wiadomo skąd i dlaczego. I nerki, które nagle odmówiły pracy. Nie wiadomo jak leczyć, skoro nie ma jednoznacznej diagnozy. Błądziliśmy we mgle. I czekaliśmy. Na cud. Na koniec. Na słowa, trwając wraz z Nadzieją przy mamie podłączonej do tylu pomp i urządzeń, że samo patrzenie na to przeraża. 
To nieprawda, że w święta w szpitalu nie ma właściwej opieki. To nieprawda, że pacjenci zostawieni są sami sobie, i nikt się nimi nie zajmuje. Siedząc przy łóżku mamy widziałam z jakim zaangażowaniem zarówno dyżurni lekarze, jak i pielęgniarki i panie salowe czuwali nad pacjentami. Widziałam uśmiech na ich twarzach i bijącą od nich pogodę, a także prawdziwą chęć pomocy, pomimo zmęczenia. To nie jest łatwa praca, wymaga naprawdę ogromnego poświęcenia, cierpliwości i humanitaryzmu szanującego godność każdego człowieka, bez względu na to, jaki by nie był, jak by nie wyglądał i jak bardzo niedołężny w ludzkiej słabości by był. Patrząc na to wszystko i pomagając własnymi rękami tak, jak potrafiłam, chciałabym wykrzyczeć, że to cholernie niesprawiedliwe wynagradzać przerzucających papierki prezesów tak hojnie, a pielęgniarki, położne i salowe traktować tak, jakby były gorszym sortem człowieka, automatem do seryjnej opieki nad pacjentem, który tej opieki naprawdę potrzebuje. 
Od Wielkiego Piątku częściej przebywam w szpitalu niż w domu. Przez cały ten czas nikt nie dał mi do zrozumienia, że czegoś ode mnie oczekuje. Nikt nie zaniedbał czy gorzej potraktował mojej mamy dlatego, że nie dostał "wyrazu wdzięczności". Nie potrafię znaleźć słów uznania i ogromnego szacunku dla tych wszystkich wspaniałych ludzi, których tam spotkałam, i którzy naprawdę z oddaniem walczą o życie mojej mamy. 
Nie potrafię również znaleźć słów, którymi można by podziękować tym wszystkim cichym bohaterom, najczęściej anonimowym i niezauważalnym, dawcom krwi, dzięki którym czyjeś życie może być uratowane, bo dzieląc się, nie tracę, ale ktoś inny zyskuje. Życie. Tej krwi w bankach i stacjach krwiodawstwa wciąż jest za mało. A ludzie wciąż jej potrzebują. Codziennie. Codziennie ktoś ulega wypadkowi. Codziennie ktoś walczy o życie. Wyobraź sobie, że to ktoś bliski, dla kogo akurat tej krwi zabrakło...  


Owocem tych Świąt Wielkiej Nocy, spędzonych inaczej niż wszystkie dotychczas, jest decyzja podjęta przez naszą rodzinę. Nakłonił nas do niej mój prawie już pełnoletni syn. Chcemy spłacić dług zaciągnięty na ratowanie życia mojej mamy, bez względu na to, czy mama wygra tę nierówną walkę. Chcemy się podzielić tym, co najcenniejsze zaraz po sercu wiedząc, że to co podzielone, wraca zwielokrotnione. 
A ty, jaką decyzję podejmiesz? Nie musisz zostawać od razu honorowym dawcą krwi, ale choć raz podziel się tym, co nic cię nie kosztuje. Nie pozostawaj obojętny sądząc, że ciebie to nie dotyczy, bo nikt z nas nie wie, co życie nam przyniesie. Kiedyś wobec ciebie, ktoś też może pozostać obojętny, a ty możesz usłyszeć: Przykro mi... 


Krew potrzebna od zaraz! Podejmij "challenge krwiodawcy". Podziel się na moim facebookowym  profilu swoim "krwio-selfie" lub jakimś sygnałem, że przystąpiłeś do "krwio-wyzwania". Namów tych, z którymi spotykasz się codziennie i zapełnijmy razem banki krwi, tak, aby żaden szpital nie usłyszał nigdy: "Przykro mi, brakuje krwi..."
A jeśli czyjaś krew uratowała kiedyś ciebie lub kogoś ci bliskiego, napisz mi o tym i zostaw swój ślad w krótkim świadectwie gdziekolwiek - na facebooku, blogu lub przez maila: monicao.jesienna@gmail.com. 
Razem naprawdę możemy wiele, więc podaj to dalej i podziel się, bo krew potrzebna od zaraz, codziennie!
Monika A. Oleksa     




sobota, 8 kwietnia 2017

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak

Fot. Marcin Twardowski



Paweł Rosak, muzyk, wokalista, kompozytor i producent. Jego najnowsza płyta "Who Knows" to album doskonały, będący wielowątkową historią, która pozostawia w słuchaczu niedosyt i pragnienie kontynuacji tej przygody, do której zaprasza nas jej twórca. "Who Knows" - KLIK . Z wielką przyjemnością zapraszam na rozmowę z Artystą. 

Monika A. Oleksa: Urodzony w Warszawie, wychowany w Warszawie i Londynie, a obecnie mieszkający w Maladze, obywatel świata. Czy miejsca, którymi przesiąkamy, determinują w jakiś sposób pracę artysty, otwierając go na konkretne wzorce kulturowe, czy też ta różnorodna mieszanka, jaką można usłyszeć na Pana najnowszej płycie "Who knows", to wynik muzycznych fascynacji i poszukiwań, bez względu na miejsca, z którymi jest Pan związany?

Paweł Rosak: Z całą pewnością miejsca w których żyjemy ze swoim kolorytem, aurą, estetyką, historią, ludźmi, tradycją i energią mają przemożny wpływ na to kim jesteśmy, a więc i na naszą ekspresję i nasze kreacje. Ze szczególnym naciskiem na energię. Każde miejsce ma swoją specyficzną energię i to ona w znacznej mierze dostarcza paliwa i inspiracji i wpływa na stan naszego ducha, wrażliwość  i ogląd rzeczywistości. Jak myślę o wpływie miejsca na kreacje muzyczną, zawsze przywołuję przykład Nowego Jorku i Los Angeles. Dwa ogromne centra kultury muzycznej, między którymi wielkie różnice przypisuję właśnie bardzo różnej energii i aurze. Muzyka West Coast, czyli słonecznej Kalifornii, ma zupełnie inną energię od tej pochodzącej z Nowego Yorku. Mówi się o brzmieniu West Coast zarówno w jazzie jak i popie, czyli ponadgatunkowo. Zresztą nietrudno dopatrzeć się podobieństw w muzyce ciepłego i słonecznego południa w wielu krajach tej  samej szerokości geograficznej i nawet na różnych kontynentach, co tylko potwierdza tezę o przemożnym wpływie energii miejsca na kreację.  
Moje osobiste doświadczenie też pokazuje, jaką moc mają miejsca którymi przesiąkamy, bo sam widzę ewolucję, która się dokonała na przestrzeni lat w mej wrażliwości i myśleniu, które kształtują ekspresję i kreację. Oczywiście muzyka, jako język ponad barierami geograficznymi, dociera wszędzie i może inspirować każdego w każdym miejscu na świecie, ale jak nakłada się na to energia konkretnego miejsca, efekt jest o wiele bardziej intensywny i głęboki. Jestem świadomy, że do mojej wrażliwości, nazwijmy polsko-słowiańsko-romantycznej spod znaku płaczącej wierzby, doszlusowały po drodze elementy tradycji i wrażliwości brytyjskiej, celtyckiej i dalej północno-amerykańskiej, by domknąć się w ostatnich latach smakami południa, które chyba organicznie są mi najbliższe, a na pewno najcieplejsze. Dlatego postrzegam to co jest na ostatniej płycie jako fuzję wielu elementów, gatunków i inspiracji przetworzonych na własny język, własną opowieść. I to mnie cieszy i kręci najbardziej. 

Monika A. Oleksa: We współczesnym świecie przesytu, gdzie nowe albumy powstają w trzy miesiące, a książki pisze się w dwa tygodnie, poświęcenie tak dużo czasu na dopieszczanie jednej płyty wydaje się czymś zaskakującym i z pozoru niezrozumiałym. A jednak doskonałość wymaga tego czasu, o czym świadczy efekt. Kiedy powstała myśl o nagraniu tej autorskiej płyty, i w jaki sposób dojrzewała? 

Paweł Rosak: Płyta "Who Knows" to moja trzecia płyta solowa i autorska. Ale jest faktycznie najbardziej autorska i osobista z tych trzech, bo od początku do końca zrealizowałem na niej swoją wizję w każdym aspekcie, detalu i wymiarze jako producent, aranżer, kompozytor, autor i wykonawca, co wcale nie było tak proste i oczywiste jak mogłoby się wydawać. Tym razem udało mi się dopieścić każdy szczegół i element tej kreacji jak nigdy dotąd. Nie tylko dlatego, że zdołałem pozyskać wszystkich dodatkowych wymarzonych "aktorów", czyli genialnych artystów/muzyków. których wrażliwość tak bliska mojej tak piękne dopełniła moją wizję wyjściową, ale też dając sobie czas i przestrzeń bez ograniczeń na spełnienie tej wizji. Zdałem się całkowicie na swoją intuicję i wrażliwość i za nimi podążyłem. Nie oglądałem się na innych i nie wsłuchiwałem w żadne głosy z zewnątrz. Nie patrzyłem na mody i nie zerkałem na to co akurat jest na fali, by nie sprzeniewierzyć się swojej własnej maksymie, która brzmi "Rób swoje i mów swoją prawdę, jaka by ona nie była".  I tak właśnie się stało. Wielka satysfakcja ogarnąć ten projekt nie tylko artystycznie, ale i organizacyjnie, logistycznie. Klepię się tu po własnym ramieniu :).  
Sam proces nagrywania i realizacji trwał około roku, ale utwory wybrane na płytę były pisane na przestrzeni lat. Pisanie i komponowanie to praca, która nie ma początku ani końca, i odbywa się gdzieś w podświadomości, świadomości i pomiędzy nimi cały czas, więc można zaryzykować twierdzenie, że taka muzyka powstaje całe życie..., i wcale nie jest to słowne nadużycie...,  i nawet mi się zrymowało :).   
A co do wytworów współczesnej popkultury czy raczej produkcji fastfoodowych produktów, z indywidualizmem i kreacją twórczą nie mającymi wiele wspólnego, mogę tylko powiedzieć, że ubolewam nad tym bardzo, ale wpisuje się to w ogólny trend zubożenia kulturowego i merkantylizmu, który dotyka i przenika wszystkie sfery naszego życia.  Muzyka nie jest tu niestety chlubnym wyjątkiem. 

Fot. Michał Oleksa 

Monika A. Oleksa: W literaturze, niestety, też to widać, ze szkodą dla naprawdę dobrych książek, po które potem zniechęcony papką czytelnik w ogóle nie chce sięgać. Jaka muzyka Pana kształtowała i co wpłynęło na wybór takiej drogi życiowej? W jaki sposób pasja stała się sposobem na życie? 

Paweł Rosak: Muzyka, odkąd  pamiętam, była moją miłością, pasją i treścią wypełniająca każdy dzień życia. I tu nic się nie zmieniło. To bodaj jeden stały i pewny element mego życia, który nigdy nie zawodzi... Myślę, że dusza potrzebuje muzyki tak jak ciało chleba i wody, a tu, w Hiszpanii, wina czy sangrii. Muzyka to wysokie wibracje, które nas wypełniają i dotykając wszystkich strun naszej psyche, rezonują, wywołując emocje od najgłębszego wzruszenia i smutku do ekstatycznej radości.  Nic poza muzyką nie ma takiej mocy, by przenosić nas natychmiast w inne miejsca, w inny czas, i inne stany emocjonalne. To jest cudowne narzędzie, dzięki któremu wszędzie i zawsze mamy dostęp do mistyki i duchowości, którymi ona sama jest wypełniona. Jest też najlepszym remedium na wszelkie przypadłości duszy. 
Miałem szczęście od małego słuchać różnej muzyki, od klasycznej do popularnej. Jak sam zacząłem muzykować grając na pianinie, ciągnęło mnie bardziej do tej ostatniej. Jako nastolatek zacząłem komponować pierwsze piosenki, ale dopiero w Londynie, jako student, zacząłem muzykowanie traktować poważnie. Grywałem regularnie  i występowałem w wielu klubach i wine barach znanych z muzyki live. Poznawałem lokalnych muzyków i dawałem  się poznać innym. O całkowitym oddaniu się tej pasji zadecydowały ostatecznie propozycje współpracy od wielkich postaci świata muzyki, które ku mojemu ogromnemu zdumieniu pojawiły się nagle na mojej drodze. To były przysłowiowe oferty nie do odrzucenia :).  Myślę tu o legendarnym Ben E. King'u, wykonawcy i kompozytorze klasyka "Stand by me" i innych hitów, i brytyjskiej gwieździe Gerry Rafferty'm, twórcy nieśmiertelnego "Baker Street" czy "Stuck in the middle with you". Nawet w najśmielszych snach nie mógłbym wyśnić takiego scenariusza. 

Monika A. Oleksa: Jak wygląda codzienność Pawła Rosaka? 

Paweł Rosak: Bardzo trudno jest mi opisywać codzienność, gdy jest ona pozbawiona tzw. rutyny. Jeden stały element każdego dnia to coś, co nazywam przystankiem, zatrzymaniem myśli i świadomym skupieniu się na tym co pozytywne, piękne, frapujące i inspirujące, a co tak łatwo umyka nam gdy tylko biegniemy przed siebie realizując swój program i cele. Temu służy choćby codziennie wypita cafe poza domem, gdzieś w kafejce czy barze. Okazja na refleksje, wyciszenie i rodzaj medytacji,  w której samo picie kawy jest tylko pretekstem. Często łączy się z lekturą lokalnej prasy czyli darmową lekcją hiszpańskiego, i wzbogacenie się o wieści z dziedziny sztuki, polityki, sportu w formie, która jest mi bliższa i nieporównanie przyjemniejsza od przeglądania newsów w Internecie. Tu jestem bardzo oldschoolowy. 

Monika A. Oleksa: Odkrywam w Panu coraz więcej siebie :) Również jestem oldchoolowa i zupełnie nie pasuję do tej epoki :). Porozmawiajmy o muzycznych zachwyceniach i fascynacjach Pawła Rosaka, muzyka, wokalisty, kompozytora, i o tych, którzy stali się przewodnikami i mistrzami w świecie muzyki. Kto był na początku i jak te muzyczne gusta się kształtowały? 

Paweł Rosak: To temat rzeka i jako taki nie da się ująć i ogarnąć w paru słowach.  To rzeka, która nadal płynie i przynosi coś nowego i niech tak będzie zawsze. Fascynacji było wiele i niektóre z nich przetrwały próbę czasu. Tak jak dobra muzyka, która jest ponadczasowa, czy może istnieje poza czasem i poza geografią. Zawsze bardzo trudno jest mi dokonywać klasyfikacji i ocen w sztuce i to nie tylko w muzyce. Oceniać artyzm i jego owoce  to bardzo arbitralne, trochę aroganckie i najczęściej bardzo subiektywne zajęcie. Ale pewne postaci były oczywiście bliższe i bardziej wpływowe od innych. Myślę, że wiąże się to wyłącznie z rodzajem wrażliwości, która jest bliższa, a nie z żadnymi obiektywnymi kryteriami oceny. I tak pamiętam jak od dziecka poruszała mnie do głębi muzyka naszego Chopina, a potem nagle powaliły mnie dźwięki Ray Charlesa, śpiewającego "Georgia" z młodziutkim Stevie Wonderem, którego harmonijka trafiała w serce jak strzała Kupidyna. To była miłość od pierwszego "słyszenia". Był Hendrix, Led Zeppelin, Clapton, Genesis, Chicago... i nagle pojawił się w moim życiu jazz i już w nim został na zawsze. Pamiętam piorunujące wrażenie, gdy pierwszy raz usłyszałem niedawno zmarłego Al Jarreau.  To był inny wymiar, mój prywatny kosmos. Al stał się moim guru i maestro. Dołączyli do niego wkrótce później George Benson, Marvin Gaye, Michael Franks, Steely Dan, Stan Getz, Keith Jarrett, Miles Davis, Pat Metheny, ale i Sting,  Jonni Mitchell czy Michael McDonald. Długa lista bo wspaniała muzyka niejedno ma imię. I w tym również tkwi jej piękno. Dziś wiem, że najważniejsza w twórczości jest prawda i własny "głos". Mam na myśli własną indywidualną formę i treść przekazu. To najtrudniejsze, bo naśladowców i klonów jest bez liku. To chyba największy problem naszej cywilizacji i kultury, którą ona produkuje. Ale to już odrębny temat. 

Monika A. Oleksa: Aż mnie korci, żeby o tym z Panem porozmawiać, bo w zupełności się z Panem zgadzam. Wróćmy jednak do muzyki, jaki rodzaj jest Panu najbliższy?

Paweł Rosak:  Najbliższa jest mi muzyka, która porusza moje serce i rezonuje w mojej duszy. Nie jest to kwestia gatunku ani stylu, raczej czegoś, co nazwałbym prawdą, autentyzmem, głębią  i szczerością. Może być prosta lub bardzo wyrafinowana, ale musi płynąć ze źródła, z serca, duchowości, a nie tylko z umysłu. Nie potrafię tego inaczej ująć, bo to bardziej czuję niż ogarniam intelektualnie, ale tak właśnie jest. Słuchając dobrej  muzyki czuję ją każdą komórką ciała i każdym zakamarkiem duszy. Niejednokrotnie sprawia, że czuję się jakby lżejszy i lepszy, bogatszy i mądrzejszy. Chyba najlepszym sprawdzianem muzyki jest to jak opiera się upływowi czasu. On weryfikuje jej wartość i wagę jak nic innego. Sprawia mi niesłychaną radość słuchać dziś czegoś co, zachwyciło mnie lata temu i mówić sobie, hmmm... nie pomyliłem się wtedy, to po prostu genialna muzyka.  Naprawdę wielcy artyści są jak najlepsze wino, i czy jest to jazz, bossa nova, soul, pop pozostaje bez znaczenia. 
W kategoriach czystej estetyki najbliżej mi do bossa novy, smooth jazzu ( choć nie lubię tego określenia i niektórych jego konotacji), soulu  i brzmień West Coast. 

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa: Jak zaczyna się przygoda z taką wielowątkową historią jak ta, zapisana i utrwalona dźwiękami na płycie "Who knows"? 

Paweł Rosak: Każda płyta, którą nagrywam i wydaję jest próbą swoistego remanentu, podsumowania tego gdzie i kim jestem na danym etapie podróży przez życie, ze wszystkimi jego wątkami. Nowy album nie jest tu wyjątkiem. W czasach, kiedy jesteśmy zalewani banałem, kopiami lub podróbkami, stereotypami i zrecyklingowanymi frazesami, jeszcze bardziej warto i trzeba stawiać na jakość, szczerość, prawdę, indywidualizm i uczciwość. Tylko one się bronią. Mam nadzieję, że na "Who Knows" to mi się w jakimś stopniu udało. 

Monika A. Oleksa: Lulo Perez, Hugh Burns, Gary Meek, Oscar Castro Neves, i wiele innych. Jak pracuje się z takimi nazwiskami? 

Paweł Rosak: Za tymi znanymi i rozpoznawalnymi dla wielu nazwiskami kryją się wspaniali, wrażliwi ludzie i genialni artyści, których największą pasją, jak i w moim przypadku, jest muzyka. Oczywiście każdy ma swoją niepowtarzalna osobowość i styl bycia i pracy, ale w studio jedyne co się dla nich liczy, to wnieść swoją wrażliwość, kunszt i wirtuozerię w proces nagrywania tak, by nimi wzbogacić utwory, nad którymi pracują. Jestem niesłychanie wdzięczny i szczęśliwy, że wzięli udział w tym projekcie i zostawili swoje niepowtarzalne ślady już na zawsze w moich utworach. Myślę, ze ich piękna energia i entuzjazm emanują z tych nagrań. Po angielsku mówi się na to "labour of love", czyli praca z miłości i wykonana z miłością. I tak właśnie było. Prawdziwi przyjaciele nie zawodzą. 

Monika A. Oleksa: Pięknie powiedziane. Słuchając Pana, aż przeszedł mnie dreszcz. Poczułam tę energię! Zawsze mnie fascynowało to, jak powstaje utwór. Ja łapię odpowiednie słowo, Pan chwyta dźwięk. Jak on się pojawia i przez jaki proces prowadzi? 

Paweł Rosak: Tu nie ma reguł. Bywało, że utwory mi się literalnie przyśniły, i jak się obudziłem, słyszałem je w głowie... ale zwykle rodzą się przy klawiaturze, jak zasiadam przy niej i sobie improwizuję i nucę pod nosem. Czasem przychodzą w kawałkach czy fragmentach, a czasem jako całość. Teksty natomiast to zwykle mozolna, czasem wręcz syzyfowa praca, bo najczęściej piszę je do konkretnych melodii, więc musza mieć już konkretna formę, kształt i długość ( ilość sylab, etc). Bywa też, że piszę tekst lub jakieś linijki tekstu, do których potem powstaje muzyka. Ale to u mnie akurat rzadsze przypadki. Tzw. cyzelowanie tekstu trwa czasem całe wieki, a i tak podczas wgrywania wokalu nawet te ostateczne wersje jeszcze zostają zmienione. Słowem, każdy utwór/piosenka ma swoją niepowtarzalną historię, i jak dotąd, nie mam żadnego patentu na to, jak urodzić piękne dziecko-kompozycję wraz z cudownym tekstem. Ale może to właśnie urok tworzenia nowego od zera, wraz z jego niezgłębioną tajemnicą?

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa: Paweł Rosak to obywatel świata. Posługuje się Pan biegle polskim i angielskim. Jakimi jeszcze językami Pan mówi?  

Paweł Rosak: Myślę, że wszyscy jesteśmy obywatelami świata, tylko wielu z nas z różnych powodów nie chce, czy nie potrafi tego zaakceptować. Mnie akurat wyjątkowo pasuje takie określenie i podpisuję się pod nim obydwiema rekami :).  Słowo Europejczyk wcale nie brzmi w moich uszach gorzej niż Polak. Ale to już inne dywagacje. Jeśli chodzi o języki, znam obok angielskiego i polskiego, hiszpański i francuski. Komunikuję się też po rosyjsku i niemiecku, choć tu z większymi oporami materii...

Monika A. Oleksa: Skąd pomysł na Malagę? Co takiego to miejsce ma w sobie, że tam odkrył Pan swoją przestrzeń i zadomowił się na dobre?

Paweł Rosak: Od kiedy pamiętam, marzyły mi się zawsze lazurowe tafle morza z górami w tle i słońcem nad głową.  To jakaś atawistyczna potrzeba. I Malaga to wszystko ma. A oprócz tego ciepły klimat, przebogata historia, całoroczne ogrody pełne kwitnących kwiatów, palmy, owoce południa i morza, wino, sangria tapasy i... flamenco. No i ludzie pozbawieni uprzedzeń, którzy ponad wszystko cenią sobie "joie de vivre" i potrafią cieszyć się przysłowiowym  "tu i teraz". Chyba nie można prosić o więcej? Od lat 60-tych osiedliło się tu wielu artystów z północy wszelkiego autoramentu... od pisarzy, malarzy przez rzeźbiarzy do muzyków. Po wielu latach wypatrywania życiodajnego i energetyzującego słońca przez szarosine chmury północy, przyszedł czas na obcowanie z nim na co dzień. Viva Andalucia!!!

Monika A. Oleksa: Rozmarzyłam się... Idealna kobieta w życiu artysty to taka, która rozumie zmienne nastroje i potrzebę twórczej samotności, nie zadaje niepotrzebnych pytań i nie zmusza do dokonywania absurdalnych wyborów?

Paweł Rosak: Ha ha..., to na pewno pomaga. Ale tak serio jest to jak ze wszystkim, bardzo indywidualna kwestia. Przychodzą natychmiast do głowy głośne przykłady kobiet Picassa ,Dali'ego, Chopina, Stravinsky'ego czy Rivery....  Każda była inna, tak jak różni byli ci artyści jako osobowości i charaktery. W moim skromnym przypadku i bez wchodzenia w szczegóły mogę tylko powiedzieć, że lubię jak kobieta jest też inspirującą muzą, i kocha i czuje muzykę, bo to piękne dzielić wspólnie największe pasje. I może na tym poprzestańmy ... 

Monika A. Oleksa: Jakie wartości ceni Pan w życiu najbardziej? 

Paweł Rosak: Żyjemy w dziwnych czasach relatywizowania i podważania wielu, jeśli nie wszystkich wartości, i upadku czy deprecjonowania wszelkich autorytetów. To niebezpieczne i destrukcyjne trendy. Osobiście staram się kultywować pewne wartości i postępować w zgodzie z pewnym kodem norm i wartości, które uważam, stanowią podstawę humanizmu i człowieczeństwa bez względu na zapatrywania polityczne i ideologiczne. Do najważniejszych z nich zaliczam empatię, otwartość, lojalność, tolerancję, uczciwość, solidarność, bezinteresowność i pokorę.  Bez nich chyba niemożliwe jest budowanie jakichkolwiek zdrowych i głębszych relacji z innymi. 

Monika A. Oleksa:  Patrząc z perspektywy czasu na swoje życie, "If I had my life to live over...", czy zmieniłby Pan coś? Czy spróbował czegoś nowego, na co zabrakło czasu lub odwagi? 

Paweł Rosak: Myślę, że kluczem do szczęśliwego, spełnionego i zdrowego życia jest zaakceptowanie, że wszyscy mamy jakieś ograniczenia i popełniamy błędy, a nawet czasem błądzimy. Jedyne co możemy i powinniśmy robić to wyciągać lekcje i wnioski tak, by tych błędów nie powtarzać, dostrzegać i skupiać się na tym co piękne, dobre i pozytywne, i rozwijać świadomość i duchowość. Spekulowanie co mogłoby być gdybyśmy zrobili coś inaczej, nie ma żadnego sensu, bo nigdy naprawdę nie wiemy i nie dowiemy się jak nasze losy by się wtedy potoczyły. Dlatego właśnie życie "tu i teraz" nabiera jeszcze większej wartości, bo każdy moment przeżyty świadomie i w pełni nie pozostawi miejsca na takie spekulacje. Moja podróż przez życie była i jest niesamowitym doświadczeniem, i z perspektywy czasu jak na nie patrzę jak na film, mogę tylko skonstatować, że film ten wciąga, zaskakuje, wzrusza, cieszy, zachwyca choć i boli, ale z pewnością nie nudzi... i ma naprawdę piękną ścieżkę dźwiękowa... :).  A jeśli już miałbym się "użalić" nad sobą  to żałuję, że nie skorzystałem z zaproszenia Oscara Nevesa zanim przedwcześnie odszedł, by odwiedzić Rio i poznać z nim to miasto i jego wielkich muzycznych przyjaciół ...i że nie gram na saksofonie, obok głosu moim ulubionym instrumencie. 

Monika A. Oleksa:  Pana ostatnia, genialna płyta "Who Knows", dopieszczona w każdym szczególe i naprawdę uzależniająca, miała mieć początkowo tytuł innej piosenki, "Mysteries of of the heart". Dlaczego jednak "Who Knows"?  

Paweł Rosak: Ogromnie dziękuję za tak ciepłe słowa o tej płycie. Rzeczywiście myślałem, aby nadać jej tytuł "Mysteries of the Heart" czyli Tajemnice Serca, który jest też tytułem utworu dedykowanego mojemu nieżyjącemu już przyjacielowi o szalenie bogatej i skomplikowanej osobowości Gerry Rafferty'emu. Wydawało mi się, że właśnie tajemnica serca jest piękną metaforą tego, co próbujemy od setek lat rozgryźć i opisać, i na czym kruszyli sobie zęby najwięksi filozofowie, poeci i artyści na przestrzeni wieków.  
I nagle zdałem sobie sprawę, że zadaję sobie w życiu i na płycie więcej pytań niż znam odpowiedzi i... stąd "Who knows" wydało mi się bardziej odpowiednim tytułem. Poza tym jest też w tym drugie dno, a mianowicie gra słów w zestawieniu Who Knows Pawel Rosak. Nie będę ukrywał, że jest w tym zawarta pewna doza autoironii... zachowanie dystansu do samego siebie pozwala nierzadko zachować równowagę, spokój i nawet zdrowie w tym dość szalonym i rozedrganym świecie, w którym dziś żyjemy. 

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa:  Czy są już gdzieś dźwięki, słowa i pomysł na kolejną płytę, dopełniającą niedosyt jaki zostaje po setnym przesłuchaniu "Who Knows"? :D 

Paweł Rosak:  Dźwięki i słowa rodzą się codziennie... bo ta rzeka płynie stale, choć czasem wzbiera lub opada, ale nie wszystkie ostatecznie muszą ujrzeć światło dzienne i być utrwalone i upublicznione. Muszę tu wyjawić, że takie głosy jak choćby ten Pani, i tak ciepłe słowa które słyszę o płycie, ogromnie inspirują i motywują.... Pomysłów i chęci nie brakuje, ale kiedy i w jakiej formie i odsłonie.... who knows? 

Panie Pawle, serdecznie dziękuję za tę fascynującą rozmowę, która dopełniła to, co nasuwało mi się w czasie słuchania "Who Knows", nie zaspokoiła jednak niedosytu :). To była dla mnie ogromna przyjemność gościć Pana tutaj, i powiem, że nie zaskoczyła mnie Pana wrażliwość i te brzmienia w duszy, które brzmią podobnie jak w mojej :), słuchając bowiem Pana najnowszej płyty wiedziałam, że czegoś takiego nie mógł stworzyć człowiek obojętny na piękno świata i nie dostrzegający w nim tych szczegółów, które składają się właśnie na niepowtarzalność i smak Życia. Jestem cierpliwa, więc będę czekała na kolejną płytę wiedząc, że kiedy już do mnie trafi, rozsmakuję się w niej tak, jak w pozostałych... 
Monika A. Oleksa 

Paweł Rosak w obiektywie Marcina Twardowskiego