sobota, 26 lipca 2014

Tobie, Aniu...

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Ania" to najdelikatniejsze imię, jakie może nosić kobieta. Jest melodią, którą chce się słuchać, i która tak wiele ma do opowiedzenia. Ta melodia ma w sobie ciepłą nutę, którą chce się dzielić, i robi to najpiękniej jak potrafi.
"Ania" to lipcowy dotyk słońca, które zagląda w okno od wczesnego rana, i szumiący między liśćmi letni wiatr, szepczący drzewom przynoszone im opowieści. To również symfonia letnich dźwięków, rozbrzmiewająca w rozłożonych i wyciągających swe główki i łodygi ku słońcu, kwiatach; w wysokiej, rozkołysanej trawie, i między konarami drzew. "Anna" to również muzyka, płynąca łagodnie w  lipcowym wieczorze, do której świerszcze dostrajają swoje instrumenty, i przy której człowiek milknie, zasłuchany w koncert, skomponowany przez naturę.
Ania, pomimo kruchości tego imienia, ma w sobie siłę kobiety, która wiele jest w stanie unieść. Jest jak piękny kwiat, z wrażliwymi na dotyk płatkami, ale łodygą, którą niełatwo zgiąć czy złamać. Czułe serce Anny potrafi objąć sobą nie tylko tych, którzy są bliscy; jest otwarte i szczere. Łatwo je zranić, choć się z tym nie obnosi, krzywdę i smutek zamykając w sobie; światu ofiarowując uśmiech. Przyjaźń z Anną nie ma w sobie podstępu, ani fałszywej nuty; jest szczera i ubogacająca, ba sama Anna jest wielkim bogactwem, i umie się nim dzielić. Ma w sobie obietnicę, której dotrzymuje, i troskę, która jest prawdziwym zainteresowaniem.
Anna ma w sobie tak wiele do odkrycia...
Anno, Aniu, Aneczko, Anulko, Anko... w dniu Twojego święta życzę Ci, abyś zawsze zachowała w sercu dziewczęcość tego imienia, i abyś nie bała się odczytywać pragnień swojego serca, które - wolne od narzucanych przez świat ram - najwłaściwiej Cię poprowadzi. Życzę Ci, droga Aniu, abyś zawsze w swoim życiu umiała dostrzec to słońce, które tak pięknie Cię obdarowuje w dniu Twoich imienin; i abyś kończyła każdy dzień spełniona i w zgodzie z samą sobą. 
Wszystkim Annom, a szczególnie tym bliskim mojemu sercu - najpiękniejsze i słodkie jak miód :) życzenia imieninowe - 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

środa, 23 lipca 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Barbara Smal "Wędrowiec"

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Czekanie jest zawsze drogą. Prowadzi do czegoś, albo kogoś. Warto mu się poddać wbrew wyrywającej się z głębi niecierpliwości. Wbrew wszystkiemu. Warto iść."

"Wędrowiec" Basi Smal idzie właśnie w taki sposób. Przemierza ulice dużego miasta, do którego kiedyś przyjechał, słuchając pragnienia własnego serca. Pragnienia miłości, po którą odważył się wyciągnąć rękę. Zaufał jej i uwierzył w to, że go poprowadzi. I że nie zawiedzie, i nie opuści. 
"Tylko miłość warta jest tego, by za nią iść. Gdziekolwiek. Bo jest sensem i pełnią. Wypełniając sobą, nadaje sens życiu."
Przewrotny los napisał scenariusz, którego człowiek nie potrafił przyjąć. Jednym wydarzeniem spowodował, że cały świat mężczyzny rozpadł się na drobne, ostre kawałki, raniąc go boleśnie. Ucieczką było zapomnienie i znieczulenie, po które sięgnął, tracąc wszystko. Również swoją godność i człowieczeństwo. Ucieczka donikąd i całkowity upadek, z którego jednak ktoś postanowił go podnieść. Ktoś zupełnie obcy, kto uwierzył, że warto walczyć o każdego, bez względu na to, jak bardzo się pogubił. Tą wiarą dał słabości siłę, która pomogła mężczyźnie powstać z upadku i rozpocząć wędrówkę, przemieniającą z każdym krokiem całe jego życie. 
"Wędrowiec" to książka, która dotyka ludzkiego serca. Krótkie, proste, a jednocześnie tak pełne włożonej w nie treści zdania, zapadają głęboko w pamięć i nie dają się z niej wyrzucić. Skłaniają do zatrzymania i refleksji, do głębokiego zamyślenia nad sensem własnego życia i do zadania samemu sobie pytania: Dokąd zmierzam? I gdzie doprowadzi mnie ta droga, którą wybrałem?
Poprzez spotkania z ludźmi, których Wędrowiec-filozof uważnie obserwuje, sam doświadcza wewnętrznej przemiany, prowadzącej go do "obudzenia serca". Podążając za nim, nie jesteśmy w stanie przejść obojętnie obok zdarzeń, których jest świadkiem. Wędrowiec otwiera nam oczy na proste prawdy i na piękno życia, które nie zawsze dostrzegamy. On patrzy uważnie i widzi szczegóły. Łapie chwilę i właściwie ją definiuje. Podpowiada, niczego nie narzucając. Daje wskazówki, wybór drogi pozostawiając jednak każdemu z nas. 
Przemierzając samotnie ulice miasta, nie jest sam. I nie czuje się samotny ani opuszczony przez ludzi, którzy niekiedy zerkają na niego ze współczuciem, a niekiedy z wyższością i pogardą. Jest z nim wszystko to, czego doświadcza, i co głęboko zapisuje w sercu, uśpionym przez wiele lat jego życia. Gubiąc pośpiech i rezygnując z pogoni za wiecznym niespełnieniem, odkrywa, że życie, pomimo tego, że boli, jest tak naprawdę  cudem. Każde istnienie ma w nim przeznaczone mu miejsce i czas. Zwykły przypadek ma zawsze ukryty w sobie sens i przeznaczenie, a ludzie obdarowani są z natury pierwiastkiem dobra, zagłuszanym jednak przez uśpienie leniwych serc. 
"Miłość jest siłą. Potęgą, która zmiata, która ratuje, ocala i obdarza. Cud kochania, któremu nic nie jest straszne i któremu nie sposób się oprzeć. I dla którego warto żyć. Cud życia."
Idąc za Wędrowcem, i z każdą przekręcaną stroną poznając go coraz lepiej, miałam wrażenie, jakbym jego oczami zajrzała głęboko w siebie, prześwietlając swoje życie poprzez pryzmat miłości w najczystszej jej postaci. 
"Wędrowiec" Basi Smal nie jest łatwą lekturą na upalne, leniwe, letnie dni. Skłania do zastanowienia, nasuwa wiele pytań i wchodzi czytelnikowi pod skórę, pozostając tam jeszcze długo po skończonej lekturze. Mimo to polecam tę książkę każdemu, a w szczególności tym, którzy poszukują sensu życia lub wątpią w miłość, której mają wiele do zarzucenia.
Tej książki nie można przeczytać jednym tchem; można się nią za to delektować, wydzielając sobie, kawałek po kawałku i rozdział za rozdziałem, zapisaną w niej treść i czekając, dokąd nas zaprowadzi. Niewątpliwie wędrówka z "Wędrowcem" jest wyzwaniem, ale również niesamowitą  przygodą, do której zachęcam każdego, i za którą dziękuję Basi Smal, czekając na jej kolejne, pełne życiowej i ponadczasowej mądrości książki. 
Monika A. Oleksa 
Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Wędrowiec"Barbary Smal.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
       

środa, 16 lipca 2014

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Odwieczny rytm przemijania i odrodzenia, przypływów i odpływów, nocy i dnia. Zmieniające się  pory roku; słońce i deszcz; śnieg i mróz. Wiatr, przynoszący codziennie swoje historie, podpatrzone i porwane silnym podmuchem. I morze. Tajemnicze, nieujarzmione, zmienne. Potężne. Każdego dnia inne i nieprzewidywalne. 
Obserwuję to wszystko, będąc częścią natury, stworzonej z miłości do człowieka. Jestem kamieniem. Maleńką częścią większej całości, która roztrzaskała się kiedyś na wiele drobnych kawałków, tęskniących jeden za drugim i pozostawionych z tą tęsknotą na wieki. 
Nie jestem sam. Jest nas wiele, skupionych przy sobie, lub porozrzucanych. Każdy inny. Różnimy się kolorem, kształtem, chropowatością  i minerałem. Różni nas czas, który każdego z osobna kształtuje. I pomimo tego, że jesteśmy tylko stwardniałym kawałkiem bryły, potrafimy zachwycić ludzi na tyle, aby przy nas przystanęli, pochylili się i ogrzali ciepłem swojej dłoni. Na chwilę krótszą lub dłuższą. Odmierzaną minutami, lub latami. Bo bywa tak, że zamykają taki kamyk w dłoni, i zabierają  ze sobą tam, skąd przybyli. Jako wspomnienie, czasami talizman. Jak zatrzymaną w nim chwilę, do której wracają w szare, jesienne, słotne dni. 
Zdarza się jednak i tak, że kamyk, który błyszczy w słońcu wilgocią słonych kropelek, przestaje zachwycać po wyjęciu z morza. Na suchej dłoni staje się szarym kształtem, pozbawionym swojej magicznej mocy, z wiarą w którą ktoś  po niego sięgnął. Cała jego tajemniczość ulatuje, jak wyparowująca z jego powierzchni woda, i tak kamyk wraca z powrotem tam, skąd został wyciągnięty. I znów zachwyca, iskrząc się w słońcu i składając obietnice komuś innemu. Odwieczny błąd człowieka polega na tym, że nie umie patrzeć sercem. Widzi to, co chce widzieć, i osądza. Po okładce, po pozorach, z wierzchu. Widzi drzazgę, nie potrafiąc dostrzec belki. Zamyka się w swoich, lub czyichś, stwierdzeniach. Nie poszukuje. Nie dowierza. Nie potrafi zaufać. 
Widzę to wszystko, po prostu patrząc. Choć jestem tylko nadmorskim kamykiem, umiem obserwować i zapamiętywać. Umiem czekać, nie walcząc niecierpliwie z wiatrakami. Wiem, że czekanie również do czegoś prowadzi. A poddanie się temu, przynosi nieoczekiwane

Fot. Marcin Piotr Oleksa
    
Trwam, poddając się rytmowi natury i uznając potęgę morza, które z każdym rokiem, coraz piękniej mnie szlifuje. Nadaje mi swój własny, wyjątkowy kształt i blask, który oddaję. Są dni, kiedy muska mnie łagodnie, zupełnie jak letni wietrzyk, przynoszący pieszczotę chłodnego dotyku na rozgrzanej słońcem skórze. Bywa jednak i tak, że morze szaleje, odsłaniając całą swoją potęgę i moc. Wtedy szarpie mnie dotkliwie i przewraca, we wściekłym ryku fal, obijając boleśnie i hartując. I choć przychodzą chwile, gdy tracę wiarę, że kiedykolwiek będzie lepiej; że wiatr ustanie i przestanie dyrygować falami, stojąc na podwyższeniu jak dumny kompozytor, to jednak wiem, że wszystko ma swój sens i nawet sztorm do czegoś prowadzi. Odkrywam to powoli, ale z mocą. I wiarą, że wszystko jest po coś. Dziś już to wiem.
Ułożony pośród innych, podobnie twardych kamyków jak ja, czekam, aż kaprys morza wyrzuci mnie na brzeg. Lubię dotyk maleńkich ziarenek piasku, które od razu się do mnie przytulają, zupełnie jak spragnione ciepła dzieci. Otulają mnie sobą, witając i zapewniając, że nie jestem tutaj sam. Zaraz obok pojawia się muszelka. Maleńka biała skorupka; krucha i delikatna. Szepcze do mnie przyjaźnie swoje powitanie i dziękuje za to, że przysiadłem obok niej. Leżę we wgłębieniu, które jest śladem czyjejś stopy, i chłonę otaczający mnie, piękny świat, tak bardzo bogaty w szczegóły. Przez moment przysłania mnie cień mewich skrzydeł, Zaraz potem jednak znów iskrzę w słońcu, rozsyłając do ludzi słoneczne uśmiechy. 
Czekam. Na czyjeś zatrzymanie. Na ciepło ludzkiej dłoni. Na opowieść, którą gromadzę w swoim zupełnie nieskamieniałym sercu...
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa
   

sobota, 12 lipca 2014

Ucieknijmy stąd

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Potrzebujemy urlopu i odpoczynku od codzienności. Przychodzi taki moment, kiedy staje się ona nieznośna i przygniata tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie postawić już w niej ani kroku dalej. W takich chwilach chcemy uciec jak najdalej, aby zapomnieć o tym wszystkim, z czym się zmagamy, co nam ciąży, i co przeszkadza dostrzec w szarości dnia kolorów lata. Potrzebujemy urlopu od pracy, obowiązków i siebie samych, uwikłanych w te wszystkie sprawy codzienności; choćby po to, aby nabrać dystansu i spojrzeć na to inaczej. Z wyciszonymi emocjami i z perspektywy pewnego czasu. 
Nawet kilka dni może pomóc nam naładować życiowe akumulatory, dostrzec piękno ukryte w drobiazgach i zachłysnąć się tajemnicą życia. Tego wszystkiego doświadczamy jednak tylko wówczas, gdy nie będziemy starali się uciec od samych siebie; tych prawdziwych i tak często spychanych w kąt; i gdy nie przestraszymy się konfrontacji "ja" z "ja" i z tym, co nosimy w sobie. 
Urlop to czas odnowy i umocnienia, lecz aby przeżyć go dobrze, nie możemy skupiać się tylko na tym, co na zewnątrz; co miłe i przyjemne. Ucieczka i zapomnienie poprzez szukanie przyjemności i próbę "zagadania" problemów, które są w życiu każdego z nas, nie pomogą, tak naprawdę, odpocząć. Pomogą się jedynie zrelaksować na krótki czas, ale zaraz po powrocie przynoszą tęsknotę za beztroską, zniechęcenie i syndrom pourlopowej depresji. Wolne dni stają się jedynie wspomnieniem, a my nie jesteśmy ani trochę silniejsi, i o wiele trudniej wejść nam w utarte schematy i rzeczywistość, którą na jakiś czas zostawiamy za sobą. 
Aby urlop umocnił, musimy się zatrzymać i wyciszyć. Zajrzeć w siebie i dotknąć czasami tego, co bolesne. I dopuścić do głosu serce, które często, na codzień, próbujemy zakrzyczeć. 
Czas, który otrzymujemy na odpoczynek, powinniśmy potraktować jak dobrą lokatę w banku, z której będziemy czerpać tak długo, jak dużo tam zainwestujemy. Taką "inwestycją" będzie odnowienie relacji, zarówno z samym sobą, jak i tymi, z którymi dzielimy codzienność. Poznanie na nowo siebie i naszych bliskich. Posłuchanie tego, co chcą nam powiedzieć, a na co zazwyczaj nie starcza nam czasu, bo doba w XXI wieku skurczyła się niemiłosiernie. Taki czas zbliża i wiąże. Pozwala dostrzec w sobie to, co innym w nas przeszkadza i czym, czasami nieświadomie, ranimy.
Zatrzymanie i dotknięcie w nas samych tego, co boli i od czego uciekamy, pozwoli na poluzowanie uciskających supłów i znalezienie drogi, prowadzącej do ich rozwiązania. Czas wsłuchania się w siebie i odnalezienia tego, co w naszej życiowej wędrówce pogubiliśmy, to czas ukojenia, poprzedzonego oczyszczeniem, któremu często towarzyszą łzy, i uwolnieniem - jeśli będziemy mieli w sobie tyle odwagi, aby stanąć w prawdzie przed samym sobą i samemu sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy naprawdę ta droga, którą zmierzam, ma sens? I dokąd ona mnie doprowadzi? I jeszcze, czy idąc nią, żyję w zgodzie z sobą samym, czy też wcale nie zmierzam tam, gdzie chciałbym się znaleźć. 
Nie uciekniemy od niepokoju, rozterek, niemocy i zwątpienia, jeśli nosimy je w sobie. Chwilowa zmiana miejsca nie pomoże, jeśli nie zrobimy porządku z samym sobą, wyrzucając z nas to, co uwiera. Nie naprawimy relacji z innymi, zakrzykując rzeczywistość i wypełniając czas atrakcjami i szumem wokół siebie. Prawdziwą siłę urlop przyniesie nam wtedy, gdy pozwolimy na to, by cisza w nas przyniosła nam odpowiedź na pytania, które w sobie nosimy, i gdy dostrzeżemy to, co dotąd umykało naszej uwadze, zajętej rzeczami zupełnie nieistotnymi, z czego nie do końca zdajemy sobie sprawę. 
Posłuchaj ciszy, która chce cię otoczyć i postaraj się poznać samego siebie na nowo, dogłębnie, inaczej. Odkryj to, czego się lękasz i przed czym uciekasz. Zatrzymaj się i przyjrzyj temu. Wyciszając emocje i patrząc na znaki, jesteśmy w stanie zmierzyć się z tym i nazwać to po imieniu. I zapragnij żyć - prawdziwie, zachłannie, pięknie. 
Monika A. Oleksa

"Spokój i czas, który da sobie człowiek, owocuje porządkiem wewnętrznym". Barbara Smal "Wędrowiec"

Fot. Marcin Piotr Oleksa
      

sobota, 5 lipca 2014

Dźwięki słów

Fot. Marcin Oleksa

Czy wiesz, że każde słowo - wypowiedziane lub napisane, ma swój dźwięk? Zapisaną w sobie melodię, w którą układają się tworzące je litery. Zazwyczaj jej nie słyszymy, bo wypowiadamy te słowa szybko, często bez zastanowienia, wyrzucając je z siebie zanim jeszcze zrozumiemy ich treść. Rzadko kiedy przy nich przystajemy, jeszcze rzadziej wsłuchujemy się w ich dźwięk, który jest esencją tego, co to słowo chce nam przekazać; co opowiedzieć, i przy czym zatrzymać.
Dźwięki słów. Jest ich tak wiele, jak wiele jest nut łączących się ze sobą w przeróżne kombinacje, z których rodzi się muzyka. Łagodna lub ostra; relaksująca lub energetyzująca; wyśpiewana poezją lub porywająca do tańca. Stworzona z dźwięków, podobnie jak słowa. 

Fot. Marcin Oleksa

Słowo "wiatr" przynosi szum. Łagodny wiatr ten szum wycisza, dodając jeszcze dźwięk kryształowych dzwoneczków, uderzających jeden o drugi. Wiatr gwałtowny, porywisty, to już nie szum, ale świst - złowrogi i przynoszący ze sobą niepokój, zupełnie jak ścieżka dźwiękowa w filmie grozy. 
"Niedźwiedź" jest groźnym pomrukiem, podobnie jak burza w oddali; "misio" natomiast, to miękkość łap stąpających po mchu i cichutkie posapywanie. "Książka" to szelest papierowych stron, a "pośpiech" to przeciągły klakson, alarmujący wszystkich dookoła.  Każde słowo, bez względu na to, jaką jest częścią mowy, ma swój własny dźwięki i przypisaną sobie treść, którą chce przekazać.
Są słowa, które mają w sobie wiele dźwięków i potrafią opowiedzieć nimi całą, zapisaną w nich, historię. 
"Kobieta". Słyszysz tę melodię? To już nie jest jeden dźwięk, ale cała gama przebogatych utworów na każdą porę roku. Spokojny, szemrzący potok i spadający kaskadą wody, wodospad. Cisza budzącej się doliny, i huk wulkanu, wyrzucającego z siebie rdzawą lawę. Trawa, kołysząca się łagodnie na wietrze i odgłos łamanych w czasie burzy gałęzi starych drzew. To wszystko w jednym słowie. Ona. Kobieta. Dziewczyna, bez względu na to, ile ma lat. 
Podobnie bogaty wachlarz dźwięków mają słowa, w których zamknięte są nasze emocje i uczucia. Miłość. Przyjaźń. Zazdrość. Pożądanie. Przywiązanie. Życie. Tęsknota. Te słowa szeleszczą, drżą, krzyczą, szepczą, nucą, tupią, śmieją się lub cichutko popłakują. Dźwięczą, zaznaczając swoją obecność w naszym życiu i prosząc, by ich nie lekceważono. Bo one są, mają w sobie treść i pragną, byśmy tę treść poznali. I zrozumieli, nie prześlizgując się po nich w pośpiechu, ale zatrzymując się nad dźwiękiem, który możemy w nich usłyszeć. Jeśli tylko im na to pozwolimy, aby opowiedziały nam zapisaną w sobie historię...            
Słowo "niedziela" to dla mnie rozświergotany ptasim śpiewem poranek i bicie kościelnych dzwonów w oddali. To radosny śmiech moich dzieci i rozmowa przy stole, który łączy. To stuk łyżeczki, opartej o talerzyk i miłe uchu mlaskanie, towarzyszące delektowaniu się kawałkiem letniego ciasta. To również ciche poskrzypywanie pióra, sunącego po papierze i utrwalającego ulotne słowa, które chcę zatrzymać na dłużej. Dla siebie. Dla Ciebie. Dla każdego, kto będzie chciał przy nich przystanąć i posłuchać dźwięku, który mają w sobie zapisany.
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Oleksa

wtorek, 1 lipca 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Bella Toscana

Fot. Marcin Oleksa


"Rzędy oliwkowych drzew porastają czerwone ziemie Toskanii, pną się po kredowych zboczach albo niczym stada owiec obejmują w posiadanie łąki, pola i wzgórza. Ale nawet gdy rosną blisko siebie, wydają się opuszczone i samotne. Starsze, wykręcone cierpieniem, wyglądają ociężale i nieporadnie. A i te młode, gibkie i nie poranione, od samego zarania kryją w sobie tęskną żałość. Może z samej swej natury drzewa oliwne wiedzą nazbyt wiele..." 
Tak pisze o Toskanii, którą się zachłysnęła, Marlena de Blasi, w swojej kolejnej książce o Italii - "Tysiąc dni w Toskanii". Jest to moje drugie spotkanie z tą autorką, z którą spędziłam "Tysiąc dni w Wenecji", zakochując się we Włoszech tak, jak Marlena. I podobnie jak Marlenie de Blasi, mnie również, zarówno Wenecja z jej książęcym klimatem, jak i nieujarzmiona Toskania, głęboko wpisały się w sercu, którego okruszek na zawsze pozostał w kraju oliwek, suszonych pomidorów i espresso. 

Florencja nawet w marcu potrafi zauroczyć...


Florencja i jej dostojeństwo

Marlena de Blasi w przepiękny sposób opisuje Toskanię, zabierając czytelnika do miejsc, które dzięki opisom autorki widzimy tak wyraźnie, jakbyśmy tam byli. Razem z nią dotykamy prostych ludzkich spraw i codziennego, niespiesznego życia ich mieszkańców. Przyglądamy się z bliska winobraniu; wspólnie z mieszkańcami San Casciano dei Bagni zbieramy oliwki i siadamy do wielkiego ucztowania, które zaczyna się spontanicznie, od skromnego posiłku, a przeradza w świętowanie życia wśród grona znajomych i sąsiadów. 
Każda ze stron książki Marleny de Blasi pachnie tak smakowicie, że czytelnik po prostu czuje smak przygotowywanych i degustowanych tam potraw. Bruschetta, cukinia smażona w głębokim oleju, chlebowy placek wypiekany w specjalnym piecu, duszona wieprzowina o smaku dziczyzny, castagnaccio (kasztanowe ciasto), winogrona z gęstym sokiem, ściekającym po palcach i najprawdziwsza oliwa z oliwek, którą skrapia się podpieczone kromki chleba. Ta książka pachnie, a każda jej strona zadziwia bogactwem myśli, potraw i celną obserwacją życia. Marlena czyni to w mistrzowski sposób, związując czytelnika tak emocjonalnie z opisywanymi miejscami i ludźmi, że odkładając tę książkę kręci mu się w głowie, a dzięki spostrzeżeniom autorki, zaczynamy na nowo odkrywać radość prostych czynności i wykwintności nieskomplikowanych dań, od wieków sporządzanych według tej samej receptury.
"W pogoni za szczęściem nie dostrzegamy, że najkrótszą drogą wiodącą ku niemu jest zwyczajne życie".

Dostojna Florencja...

... i skromny Asyż

Białe miasto - Asyż

Toskańskie życie to prostota i przejrzystość, a pojęcia ubóstwa i bogactwa nabierają tu zupełnie innego znaczenia. Marlena de Blasi pokazuje nam, że można być szczęśliwym, niezależnie od tego, "czy czasy są ciężkie, czy też opływamy w dostatki". Cała sztuka bowiem polega na tym, by słowo "abbondanza" - dostatek, umieć odpowiednio zdefiniować. Sama pisze o swoim życiu: "Dla nas dostatek to, na przykład, pełna świeżo wytłoczonej oliwy giara, mniej rzeczy, ale za to nieco więcej czasu dla siebie". Bogactwo Toskanii przejawia się w plonach ziemi, które wydaje, a każdy posiłek, choćby najskromniejszy, stanowi dla jej mieszkańców coś w rodzaju mszy. Nie ma dla nich ważniejszego tematu niż jedzenie. Wszystko kręci się wokół niego, czemu nie powinniśmy się dziwić, bo przecież znaczna część Toskańczyków zajmuje się rolnictwem, zbieractwem (na przykład trufli, kasztanów, ziół czy dzikich owoców) i myślistwem.
Wspólne celebrowanie posiłków nie wynika dla Toskańczyków jedynie z miłości do jedzenia. Jest to przede wszystkim, okazja do spotkań towarzyskich w większym gronie. W dawnych czasach "la veglia" syciła głód zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni - poza apetytem zaspokajała również potrzebę bycia wśród ludzi i dzielenia się z nimi nie tylko przyniesionymi produktami, ale przede wszystkim sobą.
Marlena i jej mąż, Fernando, zupełnie naturalnie wtapiają się w rytm życia mieszkańców małej, toskańskiej wioski, znajdując tu nie tylko pomysł na życie, wolne od schematów, ram i konsumpcjonizmu; ale przede wszystkim oddanych przyjaciół. Bezcenny skarb, który potrafią docenić i za który umieją być wdzięczni.

W drodze do św. Franciszka
        
Asyż zachwyca swoim pięknem i skromnością

Bazylika św. Franciszka

Warto sięgnąć po "Tysiąc dni w Toskanii", bo ta książka po prostu zachwyca. Przepełniona pogodą ducha, miłością i magią codziennego życia, na każdej stronie raczy czytelnika bogactwem myśli, obok których nie sposób przejść obojętnie. Ta książka koi i uspokaja. Wycisza i pozwala spojrzeć na swoje życie przez pryzmat toskańskiej prostoty i definicji szczęścia. I budzi w sercu tęsknotę za jednym z najpiękniejszych zakątków świata; krainą wina i pieczonych kasztanów. Za Toskanią, która każdemu z nas ma wiele do opowiedzenia.
"Czas pędzi przed siebie na zlamanie karku, odwraca się i patrzy kpiąco w naszą stronę, gdy nie nadążamy. Próbujemy zamknąć go w słoiku, upchnąć na zawsze pod łóżkiem, wcisnąć do czerwonego satynowego pudełka. Nawlec na sznurek jak perły. Jak tyle pereł, ile trzeba, by powstało życie". Marlena de Blasi  "Tysiąc dni w Toskanii"
Monika A. Oleksa 

Bella Toscana
  
Miejsca, w których zostawiliśmy okruszki naszych serc

... i do których pragniemy powrócić...

czwartek, 26 czerwca 2014

Lublin - miasto inspiracji

Fot. Michał Oleksa

Lublin inspiruje. Lublin co tydzień toczy bitwę o kulturę. Lublin szeptem opowiada swoją historię -KLIK. Lublin czyta Jana Pawła II. Lublin daje świadectwo. 19 maja, w dzień Bożego Ciała, na Placu Litewskim, znajdującym się w samym centrum mojego rodzinnego miasta, po raz dwunasty odbył się Koncert Chwały. Wydarzenie, które przyciągnęło wieczorem tysiące lublinian, pragnących w ten sposób oddać chwałę Panu. Poprzez zasłuchanie, wspólne uczestnictwo i chęć bycia w tym właśnie miejscu, pośród ludzi, którzy czują i myślą podobnie. 
W tym roku gwiazdą koncertu był Mieczysław Szcześniak, który wystąpił obok Gospel Rain, hip-hopowego Full Power Spirit, Chóru dla Jezusa, Olgi Szomańskiej i Iwony Dreger. Całe wydarzenie poprowadził Krzysztof Ziemiec, dając świadectwo, że być wielkim - to znaczy nie wstydzić się swojej wiary i otwarcie się do niej przyznawać. Żyć nią na codzień i w swoim życiu dokonywać wyborów, zgodnych z wolą Tego, który nas do tego życia powołał. Wszyscy artyści obecni na scenie pokazali, że wielbić Boga można na wiele sposobów i każdy czyni to tak, jak potrafi. Śpiewem, tańcem, milczeniem, uniesioną dłonią lub wyciągniętymi wysoko ramionami; słowem, gestem, uśmiechem lub po prostu swoją obecnością na takich wydarzeniach jak Koncert Chwały. 

Fot. Michał Oleksa

Fot. Michał Oleksa

Lubelski koncert porywał swoją radością, którą zarażali artyści. Ta iskierka radości szła od człowieka do człowieka, i dzielili się nią wszyscy, bez względu na wiek. Małe dzieci, nastolatki, młodzież, rodziny i starsi ludzie, stojący tłumnie ramię przy ramieniu, w jedności, która połączyła. Dumny Marszałek Piłsudski spoglądał na to wszystko z pytaniem, jak potężny musi być Ten, który zgromadził tylu ludzi w tym miejscu i zjednoczył ich bez wzniosłych haseł i obietnic, z których nawet wielcy ludzie historii często nie mogli się wywiązać. I jakież było jego zdziwienie, gdy o godzinie dwudziestej pierwszej, ten różnorodny, kilkutysięczny tłum ucichł i oddał chwałę klękając, jeden po drugim, w milczeniu, przed Tym, który ukrył się w delikatnej białej hostii i przyszedł do zebranych w Przenajświętszym Sakramencie. Jezus Chrystus, królów Król i panów Pan. Przyszedł cichutko, wniesiony rękami kapłana po to, aby być z tymi, którzy zgromadzili się tam dla Niego. Nie powiedział ani słowa, ale przechodząc, swoim światłem rozpraszał noc i zabierał żal, smutek, zwątpienie, rozgoryczenie, bezradność, samotność, niezrozumienie, odrzucenie, rozpacz. W tym milczącym marszu Krakowskim Przedmieściem, dotknął ludzkich serc. Jego moc uzdrowienia spłynęła łaską na tych, którzy się na Niego otworzyli i którzy uwierzyli, że tylko On ma moc przemienić i uleczyć wszystko. Naprawdę wszystko.
Wiara, Nadzieja i Miłość - temat przewodni tegorocznego Koncertu Chwały, stanęły obok siebie, ramię w ramię. Każda z nich silna Jego siłą i niepokonana, dzięki Jego mocy. Trzy siostry, wzajemnie się uzupełniające i wskazujące sens życia tym, którzy zbłądzili. Trzy obietnice, które zostały dotrzymane. To, co z nimi zrobisz, zależy od ciebie. Możesz im zaufać i wyjść naprzeciw, pomimo wszystko. Możesz je również odrzucić, wciąż szukając szczęścia, które wydaje się tylko złudzeniem. Bo ono, tak naprawdę, przychodzi przez Niego. Przez Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa
  Lubelski Koncert Chwały - KLIK