czwartek, 18 grudnia 2014

Literacka kanapa - Spotkanie z Poetką

Fot. Gabrysia Kotas


"W drugiej połowie życia odkryłam czym jest piękno. Piękno to książki, piękno to muzyka, piękno to artystyczne zdjęcia - na widok których aż dech zapiera, piękno to poezja. Cudni są ludzie, których spotykam na swojej drodze. Ci którzy są teraz, którzy byli i którzy będą zawsze. Życie potrafi być piękne, trzeba tylko otworzyć oczy i uszy."
Takie słowa napisała Gabrysia Kotas na okładce swojego tomiku "Pogodna dojrzałość", który niedawno wydała. W dzisiejszy Literacki Czwartek mam ogromną przyjemność gościć Gabrysię na mojej Literackiej Kanapie. 



"Trzeba umieć przebaczać, kochać i mieć nadzieję." Piękne, mądre słowa, wypływające prosto ze szczerego serca. Co było impulsem do napisania pierwszego wiersza i opublikowania go na blogu, który powstał, aby tymi skrawkami serca schowanymi w wersach dzielić się z innymi?

Gabrysia Kotas: Słowa zawarte w pierwszym wierszu, który opublikowałam na blogu, były już we mnie jakiś czas. Po minionym, burzliwym okresie mojego życia coraz częściej odczuwałam chwile, kiedy serce zaczynało mi radośnie fruwać. To były takie ułamki sekund i sama nie wiedziałam co z tym zrobić. Pewnego dnia mój syn zapytał: „Czy to prawda że ty kiedyś pisałaś wiersze?". I wtedy właśnie  pomyślałam, że to fruwające ze szczęścia serce i te ulotne chwile mogę ubrać w słowa.
"Chwila... 
ułamka sekundy - jakby lśnienie
Wtedy przychodzi radosne zdziwienie
Jest dobrze...
 jest cicho...
 jest ciepło...
 bezpiecznie..."

Jak przychodzą słowa, z których splatasz swoją poezję, Gabrysiu?

Gabrysia Kotas: Słowa przychodzą różnymi drogami. Czasami jakiś temat, słowo piosenki, zdjęcie, wspomnienie - zaczyna mnie „prześladować” i słowa układają się same. Zostawiam wszystko, piszę i zamieszczam na blogu bez poprawiania. Wszystko trwa może pięć minut. Wtedy po napisaniu wiersza i opublikowaniu go na blogu, zastanawiam się, jak ja to napisałam, bo po prostu nie wiem :)
Najbardziej jednak lubię słowa, które słyszę w sobie.
Może prościej będzie, kiedy przytoczę fragment wiersza:) 

"Jest takie jedno miejsce...
Lubię tam wracać
po długiej podróży
dnia
Wtedy zmęczone oczy 
przymykam
powolnym zmierzchaniem 
A gwiazdami
oświetlone niebo,
bezchmurnie uśmiecha się
obiecując
długą, senną podróż...
Miękko zapadam się
w ogród mojej duszy..."

I  właśnie w tym ogrodzie  kiedy siedzę sobie sama w ciszy przychodzą słowa.
Może to będzie śmieszne, ale na wszelki wypadek trzymam na kolanach mojego niedużego laptopka. To jest moje „brązowe pióro”. 

Gabrysia jest bardzo ciepłą, serdeczną osobą. Takie same są jej słowa...

Która pora sprzyja pisaniu? 

Gabrysia Kotas: Zdecydowanie wieczór. Fotel, anielska półka nad głową, laptop na kolanach  i ciche ( no może nie całkiem) pochrapywanie Bogdana za drzwiami.  To jest Moniczko moja pora, nawet kosztem paru godzin  snu. 

Kiedy narodził się pomysł wydania tomiku i jak długo trwało od zamiaru do realizacji? 

Gabrysia Kotas: Pomysł wydania tomiku przyszedł z zewnątrz, bo ja Moniko do końca nie wierzyłam, że to co piszę może się podobać na tyle, by ktoś zechciał taki tomik nabyć dla siebie i jeszcze go czytać…
Nie pamiętam już kiedy to było. Kiedyś Kuzynka Basia - coś szepnęła i do tej pory nie wiem czy to był żart, czy już wtedy myślała o tym poważnie... Było to zaraz na początku mojej drogi. Ziarenko jednak zostało zasiane.
A potem coraz częściej na blogu w komentarzach, w rozmowach zaczęły się pojawiać słowa zachęty.
Myślałam  o przyszłym roku, żeby tych wierszy było więcej, ale delikatne słowa zachęty stały się bardzo niecierpliwe i to skłoniło mnie do decyzji, żeby tomik wydać przed Świętami.
Od decyzji do wydania minęło pięć miesięcy.

To jest najlepszy dowód na to, że naprawdę warto wierzyć w marzenia i wsłuchać się w pragnienia swojego serca. Jakie to uczucie trzymać w ręku spełnione marzenie?

Gabrysia Kotas: I tu się zdziwisz, kochana Moniczko. Wydanie tomiku wcale nie było moim marzeniem!
Pisząc wiersze pisałam je bardziej dla siebie, bo znalazłam w nich ujście dla fruwającego serca. Spodobało mi się pisanie ich na blogu, ozdabianie zdjęciami (za które wszystkim umożliwiającym mi korzystanie ze swoich bardzo dziękuję)
Przełomowy był Twój pierwszy komentarz pod wierszem o Tolibowskim :) „Wspomnienie”, w którym napisałaś, że mam nie wypuszczać pióra z ręki. Wtedy do mnie dotarło, że nie piszę tylko dla siebie.
Wydanie tomiku to tak jak Twoja Samotność, o której mówisz, że nie wiesz po co się napisała, ale się dowiesz. Bo jest w tym ukryty jakiś cel. 
To wszystko działo się jakby bez mojego udziału, sterowane gdzieś z góry.
Kiedy dotarła przesyłka z Wydawnictwa i dotknęłam tomiku, poczułam wielkie wzruszenie i wdzięczność, ale największe było zdumienie. Zdumienie, że to co napisałam za chwilę powędruje w świat i  ktoś zechce poświęcić swój czas na to by czytać moje wiersze.
Niewiara w to trwała dosyć długo. A teraz kończący się nakład woła do mnie gromkim głosem, że to wcale nie sen i czas w końcu w siebie uwierzyć.


Gabrysia zabrała mnie do miejsc, które pokochała

Jaka jest Gabrysia Kotas?

Gabrysia Kotas: Uczynna i przyjazna – to słowa mojego męża. 
A pierwsza myśl jest szczera – prawda?
A tak poważnie… Moniczko to ja nie wiem jaka jestem.
Ciągle się siebie uczę od nowa. I ciągle sama siebie zaskakuję, odkrywam coś, co przez lata nie istniało, albo nie miało prawa zaistnieć. 
Parę lat temu - jak ten Feniks z popiołów… więc jestem jeszcze bardzo niepewna, przestraszona i nieświadoma swojej wartości, ale dzięki ludziom których spotykam w tej „nowej rzeczywistości” robię postępy. 

Wiem, że oprócz pisania, masz wiele innych pasji. Możesz o nich opowiedzieć? 

Gabrysia Kotas: Ile mam czasu? Boję się, że mogę za bardzo się rozkręcić opowiadając o tym co kocham :) 
Moje pasje urodziły się także dopiero niedawno i są dowodem na to, że na nic nigdy nie jest za późno.
Szydełko, włóczka, wygodny fotel i „znikam” w świecie moich misiaczków .
Tworzę je zapominając o całym świecie. Robię też inne rzeczy, ale misiaczki to mój ukochany temat.
Ludzkie stopy, Moniczko, natomiast są tak fascynujące, że im dłużej zajmuję się refleksologią, tym moja fascynacja jest większa.
Każdy człowiek i jego stopy to osobna historia i inne dolegliwości, a ja wykorzystując fenomen budowy człowieka i powiązań „całego tego człowieka” z jego stopami, obserwuję jak powolutku wszystko - co rozchwiane wraca do równowagi.

Twoje słabości to... 

Gabrysia Kotas: Czekolada w każdej postaci.
Nowinki elektroniczne – mam słabość do dobrego sprzętu, który jest moim oknem na świat i moim „brązowym piórem” do pisania wierszy.
A kupowanie książek to słabość? Jeśli tak – to jest kolejna na liście :)
Mam jeszcze słabość to trzech facetów: męża, syna i Teodora - foksika:) merdającego nieustannie ogonem. 

Jedna ze słabości Gabrysi:) 

 
Wiem, że jedną z tych słabości jest Wisła:) Za co tak lubisz tę miejscowość i jak często ją odwiedzasz?

Gabrysia Kotas: Wisła, Moniczko, jest dla mnie tym – czym dla Ciebie Dąbki.
Pierwszy nasz wspólny wyjazd z Bogdanem – do Wisły. Potem wspólne wczasy z moim Tatą do D.W. Potok w Wiśle. Zawsze jeździliśmy we wrześniu, wtedy dom był cały do naszej dyspozycji i panie kucharki nas rozpieszczały.
Od kiedy Bogdan jest na emeryturze, narodziła się nowa „tradycja” i od czasu do czasu musimy wyskoczyć do "Janeczki" na kawę i ciacho, pochodzić nad zaporą, zjeść ciepłego oscypka pod skocznią i pokręcić się po wiślanym ryneczku.
Wielką miłością pokochałam Wisłę w czasie, kiedy w dzień po pogrzebie Taty pojechaliśmy na parę dni do Potoku, żeby otrząsnąć się po trudnym czasie Jego choroby i śmierci. Moja ławeczka nad szumiącą rzeczką i cudny życzliwy dom Potok dały mi takie ukojenie, że nigdy im tego nie zapomnę. 

Ukochane miejsce Gabrysi - Wisła
Pełen niespodzianek las to również miejsce, w którym Gabrysia lubi przebywać 

Długo się dojrzewa do przebaczenia? 

Gabrysia Kotas: Ideałem jest postawa wspomnianej już mojej kuzynki, cytuję „ Ja przebaczam od razu, żeby nie zaśmiecać głowy pamiętaniem do kogo i o co mam żal” cudne – prawda?
No cóż Moniczko, długo…
Czasem tak długo, aż zaczyna się buntować nasze ciało, bo noszone w sercu urazy do innych ludzi prędzej czy później wybuchają w postaci jakiejś choroby. Ciało nie lubi przedłużającego się napięcia. Tak już jesteśmy zaprogramowani.
Wtedy albo przebaczamy i zaczynamy oddychać pełną piersią, albo zmagamy się z coraz to dziwniejszymi chorobami. Wybór zawsze należy do nas.
Czasami przebaczenie nie przychodzi nawet z litości nad umierającym, który nie może sam już poprosić o litość. Odejść też nie potrafi , bo czeka… ale kiedyś przyjdzie z nim stanąć twarzą w twarz – prawda?
Jest też czas, leczący rany, który cierpliwie uczy pogody i czekania. W nim cała nadzieja, tylko… jak często piszę, zawsze jest strach czy tego czasu wystarczy, czy jutro nastąpi…
Odpowiem  tak Moniczko - jak by nie było – i tak za długo. 

"Ci co odeszli, wciąż blisko są." Niedawno usłyszałam, że są oni nawet bliżej nas niż ci, którzy wciąż z nami pielgrzymują w tym ziemskim życiu. Czujesz tę obecność nieobecnych, Gabrysiu?

Gabrysia Kotas: Kiedy mojego Tatę za rękę przeprowadziłam na „drugi brzeg” zdałam sobie sprawę, że z mojej pięcioosobowej rodziny – na tej ziemi zostałam sama.
Dwie siostry, mama i tata są już tam. 
Jednej siostry nie poznałam, z drugą spędziłam radosne lata dzieciństwa i sporo dorosłego życia.
Może to co teraz powiem – zabrzmi śmiesznie, ale nie raz kiedy sobie tak wieczorem dumam na moim fotelu, zamykam oczy i z nimi rozmawiam. A gdy mam jakiś problem to zwołuję „zebranie rodziny” i zawsze znajdzie się rozwiązanie. A co się jeszcze nie rozwiązało, czeka na lepszy czas. Oni, tam z góry widzą lepiej i szerzej. Ufam im. 

Serce przepełnione goryczą nie potrafi zaznać spokoju. O tym również piszesz i próbujesz pokazać tę jasną stronę życia, gdy pozbędziemy się żalu do ludzi, bez względu na to, jak bardzo nas zranili. Droga do takiej mądrości jest bolesna, ale chyba warto ją podjąć, prawda?

Gabrysia Kotas: Warto… nic nie urodzi się bez bólu. I to o czym już mówiłam, Moniczko  –  to ciało, które woła „litości!”
Nie da się żyć ze ściśniętym sercem i z „plecakiem bólu” na plecach. Nikt tego nie wytrzyma. Można wtedy podążać w stronę zawału serca, albo zlitować się nad swoim ciałem i duszą i dać im szansę na nowe życie.
Mam taki ulubiony cytat Paulo Coelho, który często wpisuję jako dedykacje w moim tomiku
Doskonale oddaje to co chciałabym powiedzieć
„Trzeba walczyć o swoje marzenia, ale trzeba też wiedzieć, które drogi są nie do przebycia i zachować siły na przejście innymi ścieżkami”. 
Zbyt dużo jest do stracenia, Moniczko, życie jest piękne, a mamy je tylko jedno.
Zostawiam drogi nie do przebycia, bo brakło by mi sił na poezję, na masowanie stóp. A to jest dobro, które idzie dalej – prawda? I kiedy tak dużo tego dobra pójdzie w świat, to może kiedyś zapuka do mnie ze zdwojoną siłą i wtedy wrócę tam gdzie zostało  coś do „zrobienia”...? 

Pięknie odnowiony Rynek w Lędzinach - miejsce obu nam bliskie
I cudna, Lędzińska Biblioteka


Jaki będzie kolejny tomik? 

Gabrysia Kotas: Wczoraj na spotkaniu w Lędzińskiej Bibliotece powiedziałam, że będzie dedykowany mojemu mężowi, takiemu sporemu w rozmiarach aniołowi :) 
Jednogłośnie wszyscy stwierdzili, że tomik  też musi mieć „odpowiednie rozmiary” :D
Z tego co już wiem, rozmiary obecnego są w sam raz – pod poduszkę i do torebki. A co do jego wnętrza… myślę że styl mojego pisania pozostanie już taki „pogodnie dojrzały” i wiele się nie zmieni. Myślę że moje „dobre duszki” i Anioły czuwające nade mną zadbają o to, by nic tej pogody nie zmieniło.
Jedynie bardziej podporządkuje się mijającym spokojnie porom roku, które tu na wsi „sielskiej anielskiej” są bardzo malownicze i same prowokują do podporządkowania im tematycznie moich wierszy.

Po jakie marzenie chciałabyś jeszcze sięgnąć?

Gabrysia Kotas: Mały pensjonacik, z zupą dyniową jako specjalność zakładu :D. 
Pachnący świeżym domowym chlebem na zakwasie, dający wytchnienie w ciszy, przywracający do równowagi zabiegane i nie mające czasu zadbać o siebie osóbki :) 
Kącik przeznaczony na relaks z masowaniem stóp, dłoni, głowy i twarzy ( tej reszty mam zamiar jeszcze się wyuczyć)! 
Biblioteczka zaopatrzona w dobra literaturę, w tym parę tomików moich wierszy...
Gdzie mogłabym wszystkich witać z otwartymi ramionami, gdzie każdy wracałby po „doładowanie”. 
I gdzie wpadałyby moje dzieci i wnuki… przytulić się i narobić trochę zamieszania, żeby nie było zbyt monotonnie:) 

Przecudna Bazylika w Panewnikach i jesień w tle

Gabrysiu, bardzo Ci dziękuję za tę szczerą i piękną rozmowę i za to, że mogłam Cię ugościć na Literackiej Kanapie. Podtrzymuję to, co kiedyś napisałam: Nie wypuszczaj pióra z ręki! Pisz, bo Twoje wiersze koją, dają nadzieję i są jak drogowskaz dla tych, którzy gdzieś tam, kiedyś się pogubili i próbują od nowa. Życzę Ci kolejnych tomików i spełnienia marzeń, poukrywanych w dobrym, pięknym sercu.
Monika A. Oleksa 

Gabrysia o sercu Anioła!
I anielski tomik:) 



wtorek, 16 grudnia 2014

Magia Biblioteki

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Biblioteka to magiczne miejsce. Wypełniona książkami przestrzeń przesycona jest mądrością spisanych słów i pewną tajemnicą, którą odkryć można sięgając po którąś z pozycji znajdujących się na półkach. Biblioteka to miejsce, w którym szanuje się książki i człowieka. Czują to wrażliwi ludzie, którzy zmęczeni zgiełkiem pędzącego świata, właśnie tutaj zatrzymują się przez chwilę, aby nabrać dystansu do życia i jego trudnych spraw i - poprzez spotkanie z człowiekiem, który jest w stanie wysłuchać - spojrzeć na pewne rzeczy przez inny pryzmat. Czasami takim szkłem filtrującym rzeczywistość jest książka, o której Czytelnicy rozmawiają z Autorem, w jakiś sposób poruszeni przez słowo, które zapadło w pamięć, może w serce; dając coś do przemyślenia. 
Taką przyjemność nastrojowej rozmowy z Czytelnikami, których przyciągnęła cisza Biblioteki w środku spieszącego nieustannie miasta miałam ostatnio w Lublinie i Warszawie. W listopadowe popołudnia zatrzymałam się razem z Czytelnikami, oddając swój czas ludziom, którzy chcieli mnie posłuchać i wymienić się słowami w rozmowie. 

Fot. Archiwum Biblioteki, Filia nr 33 w Lublinie 

Lubelska Biblioteka w Szpitalu Wojskowym przy Alejach Racławickich 23, Filia nr 33, zaskoczyła mnie swoim salonowym wnętrzem i spokojem, który otulił mnie, kiedy tylko zamknęłam za sobą drzwi. Czas zatrzymany między książkami i wśród kobiet, które pozwoliły zaprowadzić się wgłąb moich powieści, dając jednocześnie sobie szansę zajrzenia wgłąb siebie. Duża biblioteczna sala połączyła nas w jedności odczuć i myśli. Ciemne popołudnie za oknem sprzyjało refleksji, wnosząc nastrój, któremu wszystkie się poddałyśmy. W wypowiadanych słowach zatopiły się nawet moje Eulalie, które dzielnie towarzyszą mi w autorskich podróżach :) 

Dzielne Eulalie są ze mną na każdym spotkaniu:) 
Klimat sprzyjał zasłuchaniu i wymianie myśli w rozmowie 
Ogromnie cenię takie spotkania, blisko ludzi i ich wyjątkowości 

Lubię spotkania w lubelskich bibliotekach, bo w każdej z nich i wśród zebranych tam ludzi, Lublin obecny na kartkach moich powieści w sposób szczególny ożywa, a ulice tam wymienione kojarzą się z miejscami dobrze znanymi lublinianom. Dzięki temu rozmowa nabiera kolorów, a Czytelnicy chętniej dzielą się swoimi wspomnieniami i doświadczeniami, które zapisuję w swojej pamięci. Filia nr 33 MBP w Lublinie przyjęła mnie z wielką serdecznością, a za zaproszenie serdecznie dziękuję pani kierownik Ewie Honory, która czekała na mnie rok :). Myślę, że spotkanie, które się odbyło 18 listopada było równie miłe dla Czytelników, jak i dla mnie - bo ja wychodziłam w rozpędzony i zakorkowany w godzinach szczytu Lublin, pełna spokoju, który podarowały mi zarówno przybyłe Czytelniczki, jak i panie, które to urokliwe spotkanie przygotowały i którym za to z serca Dziękuję! 

Pani Katarzynie Kawskiej dziękuję za zdjęcia, którymi mogę się podzielić

To był dla mnie wyjątkowy czas, za który Pani Ewo serdecznie dziękuję!
Ten moment sam na sam z Czytelnikiem cenię najbardziej
Piękna, biblioteczna sala naprawdę robi wrażenie
Te chwile też bardzo lubię:)

Warszawska Biblioteka na Pradze Południe, przy ul. Rozłuckiej 11a (Wypożyczalnia dla Dorosłych i Młodzieży nr 90), już po raz drugi otworzyła dla mnie swoje drzwi i kolejny raz przyjęła mnie szczerze i z sercem podanym na wyciągniętej w moją stronę dłoni. Pani kierownik, Bożena Kupiec, zadzwoniła do mnie jak tylko dowiedziała się o premierze najnowszej książki, i zaprosiła na spotkanie z Czytelnikami, do których z wielką radością powróciłam, rozpoznając niektórych z nich. 
Czas spędzony w Wypożyczalni nr 90 na ul. Rozłuckiej, był czasem szczególnym. Przybyłe panie mocno zaangażowały się w rozmowę, wynosząc z biblioteki dużo więcej niż książkę z dedykacją i wspomnienia. "Poruszyła Pani we mnie pewne struny. Nie mogę o tym opowiedzieć, ale bardzo Pani za to dziękuję. Mam teraz dużo do przemyślenia." - usłyszałam od jednej z Czytelniczek po długim spotkaniu, z którego nikomu nie spieszyło się wychodzić. 

Miło było powrócić do znajomej biblioteki
Warszawskie Czytelniczki podarowały mi niesamowity czas...
... i podzieliły się ze mną tym, co usłyszały w sercach

W Warszawie usłyszałam historię o moim rodzinnym mieście, Lublinie. Jedna z przybyłych pań przeniosła nas swoją opowieścią do Lublina tuż po wyzwoleniu. W Warszawie trwało jeszcze powstanie, w Lublinie działały już polskie szkoły i życie powoli wracało do normalności. Opowiadała o gimnazjum, do którego tutaj chodziła i o fragmentach Lublina, który zapamiętała wyraźnie, pomimo upływu lat. Fascynują mnie takie historie. Zawsze słucham ich jak zaczarowana wchodząc w ten przeszły, a przecież nie tak odległy świat i widząc to swoimi wewnętrznymi oczami wyobraźni. 
Długo rozmawiałyśmy. O życiu i Tolibowskim, którego każda z nas gdzieś tam, kiedyś skryła w sercu na dnie. O wyjątkowości kobiet, które są niepowtarzalne i tak często same siebie nie doceniają. O samotności, którą każdy z nas w życiu spotyka. Takim rozmowom sprzyjał kameralny klimat spotkania, na którym wprosiłam się do domu każdej z obecnych tam pań, mówiąc, że ilekroć sięgną po którąkolwiek moją książkę, chciałabym bardzo, aby poczuły się tak, jakbym siedziała obok i była przy nich ze swoim sercem i ciepłem, które chcę ofiarować każdemu, kto choć raz "wejdzie" w moją książkę i zechce się przy niej zatrzymać. 
Monika A. Oleksa       

Pani Bożenko, za możliwość powrotu na Rozłucką - serdecznie dziękuję! 
Wśród książek czuję się najlepiej

Żeby im się tylko w głowach nie poprzewracało :D 

niedziela, 14 grudnia 2014

Droga donikąd

Fot. Marcin Piotr Oleksa  


Lubię mgłę. Mleczna pani, która przykrywa ziemię, ukrywając wszystkie niedoskonałości, słabości i brzydotę. Tajemnicza, bo tak naprawdę nie widać co skrywa, i za sprawą naszej wyobraźni można zobaczyć w niej dużo więcej niż w rzeczywistości. Mgła jest piękna, ale niebezpieczna. Zaciera granice, wodzi na manowce i zniekształca obraz świata, przekłamując to, co prawdziwe. Aby się w niej nie zgubić, często zbyt intensywnie wpatrujemy się w to, co tuż przed nami, zupełnie ignorując istotę i głębię spowitą przez mgłę.
Współczesny świat ze swoim zgiełkiem, pędem i jazgotem, zbyt często narzuca na nas taką mgłę, w której widać tylko kolorowe, migające światła, szybko się zmieniające aby intrygować, i z którego dobiegają radosne i skoczne dźwięki amerykańskich piosenek świątecznych, nie mających nic wspólnego z ciszą oczekiwania, jaką nosimy w sercach. 
Błądzimy w niej, zatracając poczucie rzeczywistości i zatrzymując się przy tym, co powierzchowne i tak naprawdę, nieistotne. Mylimy wartości, sprowadzając czas Adwentu do pośpiechu, zamartwiania się czy starczy na wszystko i skupiając na listach zakupów, porządkach, a często również kłótniach powodowanych przez przedświąteczne napięcie. Biegamy po sklepach, stając się częścią wszechobecnego tłumu, a na pytanie: "Czy widać już u ciebie święta?", odpowiadamy: "A gdzie tam! Jeszcze okna nie pomyte, firanki nie zmienione, mieszkanie nie posprzątane, i do tego nie mam jeszcze prezentów świątecznych!". 
Rzeczy ważne i ważniejsze. Biały śnieg nie tworzy atmosfery świąt, choć umila ten bożonarodzeniowy czas. Uginający się stół również nie jest w tym wszystkim najważniejszy, podobnie jak liczba podanych dań czy sianko pod obrusem. Owszem, to jest ważne i przywiązujemy do tego uwagę, celebrując ten święty czas, ale nawet najbardziej wysprzątany dom i zastawiony stół z gośćmi zebranymi dookoła, nie będą miały sensu, jeśli nie przygotujemy się na ten cudowny czas duchowo. 
To nie nasze mieszkania, ale serca potrzebują porządku. To tam gromadzimy niepotrzebne żale, pretensje, zranienia i rozpamiętujemy je, aż urastają do rangi zadawnionych i bolesnych konfliktów, które wpływają na nasze relacje z innymi ludźmi. To serca uzbrajamy w zasieki i druty kolczaste, akceptując tych, którzy przyjmują nas bez zastrzeżeń, a odrzucając te relacje, które wymagają od nas pokory i odsunięcia dumy i pychy, nieobcej żadnemu człowiekowi. 
Dostaliśmy czas Adwentu również i po to. Aby zajrzeć w swoje własne serce i obiektywnie ocenić, czy jest gotowe na Boże Narodzenie, które będzie miało prawdziwy sens tylko wtedy, gdy dokona się w każdym z nas indywidualnie. To w nas, w każdym z osobna ma się narodzić Zbawiciel, i to my mamy zanieść tę Miłość betlejemskiego żłóbka dalej, do tych co zgorzknieli, zwątpili czy gdzieś po drodze się zagubili. Nawet jeśli nas odtrącą, warto podjąć tę próbę, bo miłość i serce na wyciągniętej dłoni naprawdę czynią cuda. 
Każdy z nas sam wybiera drogę własnego życia i sam dokonuje wyborów. Czasami ta droga prowadzi również przez mgłę, i aby się w niej nie pogubić, warto patrzeć głębiej, przenikając to, co znajduje się za mleczną zasłoną i dając się poprowadzić sercu, które dobrze jest wybudzić z uśpienia, aby nie przespało cudu Bożego Narodzenia.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


sobota, 13 grudnia 2014

Bajkolandia - Magiczna podróż Wojtka

Autor: Miłosz Oleksa 

Sanie leciały ponad obcymi i nieznanymi Wojtkowi krajami, a chłopiec przyglądał się im z otwartą ze zdziwienia buzią. Z góry ogromne kontynenty wyglądały jak zabawki Wojtka, a morza i oceany były tylko ciemnymi plamami, zupełnie jak na mapie, którą pokazywał mu tata. Na myśl o tacie Wojtek posmutniał. 
- Mikołaju, moi rodzice będą się martwić jak zobaczą, że mnie nie ma. - Chłopiec był naprawdę zaniepokojony. Bardzo chciał zobaczyć tajemniczą krainę Mikołaja, ale nie chciał również, aby mama była smutna i aby płakała. Mama zawsze była smutna, jak Wojtkowi coś się działo. Czasami, nawet jak Wojtka bardzo coś bolało, uśmiechał się dzielnie chcąc pokazać mamie, że wszystko jest w porządku. Nie lubił, gdy mama była smutna. Chyba żadne dziecko tego nie lubi.
Mikołaj podał chłopcu kubek z gorącym kakao i poklepał go uspokajająco po ramieniu. 
- Nie będą się martwić, bo nawet nie zauważą, że cię nie ma. Czas na Biegunie biegnie zupełnie inaczej niż czas ludzi. Wrócisz, zanim skończy się noc. 
Wojtek uśmiechnął się radośnie czując, jak od ciepłego kakao robią mu się kakaowe wąsy. 
Ukołysany łagodnym galopem reniferów i rozgrzany ciepłym kubkiem napoju, Wojtek zasnął. Obudził się na ziemi całej pokrytej śniegiem i lodem. 
- Widzę, że się trochę zdrzemnąłeś. - Mikołaj podał chłopcu rękę i pomógł wysiąść z wysokich sań. - Oto mój Biegun. Witaj w Mikołajowie. 
Wojtek chwycił ciepłą dłoń Mikołaja i poszedł wraz z nim w stronę całkiem dużego miasteczka. W małych piernikowych domkach paliły się kolorowe światełka, na lodowej ślizgawce elfy jeździły na łyżwach, machając w stronę przechodzącego Mikołaja i uśmiechając się do chłopca, a dwa małe polarne niedźwiadki ganiały się dookoła bałwana, któremu króliczek zabrał marchewkowy nos. Było tu wesoło, kolorowo i tak radośnie, że Wojtek miał ochotę przyłączyć się do niedźwiedzich figli i zostać tu na zawsze! 
Ale oto przed nimi pojawiła się wielka budowla, cała w kolorze czerwonym i w kształcie Mikołajowej czapki. 
- Pilnuj się teraz Wojtku, bo tutaj łatwo się zgubić - powiedział Mikołaj, gdy wchodzili po niedużych schodkach, przystosowanych do małych elfich i krasnalowych nóżek.
Mikołaj otworzył duże, ciężki drzwi, a tam... chłopiec zobaczył naprawdę niezwykły widok.  Maszyny, pracujące na pełnych obrotach, bo przecież sezon prezentów już się rozpoczął i trzeba było zdążyć ze wszystkim, aby każda dziecięca buzia rozjaśniła się uśmiechem; mnóstwo zabawek, o jakich Wojtek nawet nie marzył, elfy, krasnoludki i yeti, uwijające się przy pracy, która najwyraźniej sprawiała im przyjemność, bo wszyscy uśmiechali się radośnie, patrząc przyjaźnie na małego, przechodzącego chłopca. Wojtek był tak zafascynowany tym, co zobaczył, że zupełnie nie zauważył, kiedy puścił dłoń Mikołaja i zawędrował za daleko. Stanął i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu znajomego pana w czerwonym płaszczu, ale Mikołaja nigdzie nie było! 
Najpierw Wojtek chciał się rozpłakać, ale przypomniał sobie, że ma już prawie pięć lat i jest już dużym chłopcem, który poradzi sobie nawet wtedy, gdy się zgubi. Co prawda był w zupełnie obcym miejscu, ale nucąc sobie pod nosem piosenkę, którą śpiewali z mamą, rozpoczął poszukiwania Mikołaja w pracowni i hali z zabawkami. Kiedy nigdzie go nie znalazł, zaczął się lekko niepokoić, i wtedy zobaczył drzwi z napisem: "Gabinet św. Mikołaja". 
- Na pewno tam go znajdę! - Wykrzyknął uradowany, zapukał grzecznie i wszedł do środka. Zaskoczyło go to, co zobaczył. Na bujanym fotelu siedział uśmiechnięty Mikołaj i czekał na Wojtka z założonymi na piersiach rękami. 
- Mikołaju! Szukałem cię wszędzie! - Wykrzyknął chłopiec z wyrzutem. 
- Mówiłem, żebyś się mnie pilnował - odpowiedział Mikołaj. - Ale ty byłeś tak zajęty oglądaniem, że zapomniałeś o moich słowach. Na przyszłość pilnuj się dorosłych, Wojtku, bo świat nie jest takim przyjaznym miejscem jak Mikołajowa Kraina. Myślę, że wyciągnąłeś z tego cenną lekcję. 
- Pewnie tak - odpowiedział zawstydzony chłopiec. 
- Chodź, napijemy się herbaty malinowej - zaproponował Mikołaj i mrugnął porozumiewawczo do Wojtka. - Pani Mikołajowa przygotowała już na pewno pachnące pierniczki. 
Na myśl o pierniczkach chłopiec poczuł, że jest głodny, dlatego podskoczył radośnie i obiecał sobie, że od dziś będzie się pilnował i nie zgubi się więcej. cdn... 
Miłosz Oleksa  (we współpracy z Mamą:D)

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

czwartek, 11 grudnia 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.28

Eulalia autorstwa Gabrysi Kotas:) 

- Zdecydowanie nie nadaję się do życia w XXI wieku - zmęczona Eulalia przysiadła na jednej z wolnych ławek w olbrzymim centrum handlowym, do którego dała się wyciągnąć Marcie w poszukiwaniu gwiazdkowych prezentów. - Kiedyś był mniejszy wybór i człowiek nie miał problemu, tylko brał to, co było. A teraz popatrz - przeszłyśmy trzy piętra i nie znalazłam niczego, co spełniłoby moje oczekiwania. 
- Bo patrzyłaś na wszystko zbyt krytycznie. - Marta usiadła obok babki, wyciągając przed siebie obolałe nogi. Ona też czuła w nich zmęczenie, a poza tym irytowało ją to, że z powodu przepełnienia w szatni musi nosić swój płaszcz ze sobą, co bardzo przeszkadzało w zakupach. 
- Moja droga, jak mam już zostawić tutaj znaczną część swojej wdowiej emerytury, to wolałabym, aby oferowany mi towar był oryginalny, zrobiony ze smakiem i aby miał w sobie to "coś". Kiedy to dostrzegę, zakochuję się w rzeczy i muszą ją mieć bez względu na to, czy mi się przyda, czy nie. Podobnie jest z prezentami. Nie lubię obdarowywać bliskich mi ludzi tandetą, jakiej wiele w naszych polskich galeriach.
- No, nie przesadzaj, ja tam parę rzeczy wybrałam, a drugie tyle wypatrzyłam. - Marta wyciągnęła z torebki lusterko i przyjrzała się uważnie czy jej makijaż nadal jest nadal na właściwym miejscu i czy nie wymaga jakichś poprawek. 
- No, nie powiem, ja też znalazłam kilka niezłych szmatek, ale ich cena przyprawiła mnie niemal o zawał. Kto to widział, aby płacić tyle pieniędzy za metkę! - Eulalia pokręciła z niedowierzaniem głową, wyrażając tym swoją dezaprobatę. 
- Dobra jakość kosztuje, babciu. - Marta schowała lusterko do torebki i rozejrzała się dookoła. 
Tłum ludzi, jak nieprzerwany żywy potok, płynął w jedną lub drugą stronę galerii, przepychając się nieuprzejmie. Ponad gwarem towarzyszącym tej wędrówce ludów, wznosiła się iskrząca srebrnymi śnieżynkami, duża biała choinka jak z bajki, a nad nią migotały gwiazdy rozświetlone jasnymi światełkami. Świąteczna atmosfera sprzyjała sięganiu do portfela i hojnemu wydawaniu pieniędzy choć w ten jeden szczególny czas w roku. 
- Babciu, chodźmy na kawę. Zmęczyłam się i chyba potrzebuję zastrzyku kofeiny. 
- A wiesz, że ja chyba też - ożywiła się Eulalia. - Moje starcze serce też chętnie uraczy się filiżanką kawy, pod warunkiem jednak, że nie dostanę jej w papierowym kubku, bo tego wprost nie znoszę!
- Dobrą kawę w filiżance dostaniemy u Grycana, a z tym starczym sercem, babciu, to nie przesadzaj, bo mieszkam z tobą od roku i zapewniam cię, że niektórzy z moich rówieśników mają bardziej starcze serca niż ty.
Eulalia uśmiechnęła się i podniosła z ławki z pewnym ociąganiem. Męczył ją tłum i hałas, a do tego w galerii było duszno. Nic dziwnego, nie było tu ani jednego okna, tylko boksy ze sklepami, z których dużymi literami krzyczało: "Sales", jakby polskie słowo: "Wyprzedaż" nie istniało.
 To już nie był jej świat i nie czuła się tutaj najlepiej, ale obiecała Marcie te wspólne zakupy i widziała, jak bardzo dziewczynę to cieszyło. Dla samej Eulalii było to również zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy nie miała wspólnego języka z własną córką i prawdę mówiąc, z Martą dogadywała się dużo lepiej niż z Joanną. Ona i jej córka nie chodziły nigdy na wspólne zakupy, bo Eulalia wiecznie gdzieś wyjeżdżała z operetką, albo miała próby czy występ. Joanna o wiele bardziej związana była emocjonalnie z ojcem niż z matką, która była po prostu artystką i Joanna to rozumiała. Dopiero teraz Eulalia uświadomiła sobie, jak wiele straciła ciesząc się dojrzałością córki, która w wieku Marty była już samodzielna, i spędzając z nią tak mało czasu na babskich czynnościach, które naprawdę łączyły.
Piła kawę małymi łyczkami, łagodniejąc. Wiedziała, że czasu już nie cofnie i nie sprawi, aby relacja między nią a córką nagle przerodziła się w przyjaźń między kobietami, które dzieli całe pokolenie. Doceniała jednak to, co miała teraz i miała zamiar wykorzystać te chwile, które podsunął jej los wraz z Martą, najpełniej jak potrafiła. 
- To już drugie nasze wspólne święta, babciu. - Marta wydawała się czytać w myślach Eulalii. - Mam pewną propozycję, ale musisz mnie w tym wesprzeć. 
Eulalia patrzyła na wnuczkę z miłością. Oczy Marty błyszczały podekscytowaniem, zupełnie jak wtedy, gdy Eulalia pozwalała jej przymierzać swoje operetkowe suknie i okręcać się szalami, za którymi obie przepadały. 
- Coś knujesz, a ja mam ci niby w tym pomóc? - spytała przekornie, z góry zakładając, że i tak zgodzi się na wszystko, co zaproponuje wnuczka. 
- Zróbmy Wigilię u nas, a nie jak zawsze u rodziców. Damy radę, a mama i tak na pewno honorowo przygotuje swoje popisowe potrawy. 
Eulalia poczuła jak robi jej się ciepło w okolicy serca. Ile to już lat jej dom w ten wyjątkowy dzień ział pustką, do której wracała po wspólnej wieczerzy z córką i zięciem? Zimno wyglądało ze ścian pomimo ogrzewania i zapalonej lampki, którą zawsze zostawiała włączoną, aby nie przychodzić do ciemnego domu. Dzięki Marcie jej serce ogrzewało się obecnością człowieka tuż obok, a życie, nawet w tak szare dni jak te grudniowe, naprawdę miało kolor tęczy. 
- Pomysł mi się bardzo podoba, kupuję go i biorę na siebie przekonanie twoich rodziców. Jestem w końcu seniorką rodu i raz na jakiś czas mogę tupnąć porządnie nogą i pokaprysić, prawda? 
Marta przytuliła się do babki mocno, zupełnie nie zważając na zaciekawione spojrzenia, które się na nich zatrzymały. 
- Babciu, kocham cię!
Eulalia dotknęła czubka nosa wnuczki i uśmiechnęła się do niej ciepło. 
- Jesteś trzpiotką, wiesz? 
Marta odwzajemniła uśmiech i dopiła swoją kawę. 
- Babciu, nadal nie mam pojęcia co kupić tacie na Gwiazdkę. Mama jest zdecydowanie mniej problematyczna. 
- Co ty powiesz? - Eulalia znała Martę i wiedziała, że w obecności wnuczki może od czasu do czasu pozwolić sobie na sarkazm w stosunku do jej ojca. - A podobno mężczyźni są nieskomplikowani. 
- Pomożesz mi? - Marta zamrugała długimi rzęsami, rozbrajając tym całkowicie swoją babkę. 
- Woda toaletowa, nowa koszula i krawat, albo portfel, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Cokolwiek wybierzesz, będzie to wymagało ode mnie wysiłku wejścia z powrotem w ten dziki tłum, w którym dostaję duszności i klaustrofobii, ale czego się nie robi dla jedynej wnuczki. 
Nie musiała nic więcej dodawać, bo uśmiech jaki dostała w zamian, rozświetlił szary, grudniowy dzień i sprawił, że szczęście zawirowało wokół Eulalii zupełnie jak płatki śniegu, spadające z nieba.  cdn... 
Monika A. Oleksa 

Eulalia z Jadzią przy wspólnym czwartkowym obiedzie
  
 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Rozmowy przy kominku

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Każda kobieta nosi w sobie melodię. Życie każdej z nas to historia, którą tworzymy codziennie. Radosna, tragiczna; zaskakująca, banalna; dobra, czasem wyszczerbiona, ale nasza. Wyjątkowa, bo opowiada o mnie. O Tobie. O Niej. O Kobiecie. Kobiecie, która zawsze jest pięknem, ale nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę.
W nowym cyklu: Kobieta jest melodią, przedstawiam zwykłe-niezwykłe kobiety, które codziennie biorą swoje życie na ramiona i niosą je, pomimo przeciwności i kłód rzucanych pod nogi przez los, który nie zawsze jest łaskawy. Rozmawiamy, siadając przy kominku ogrzewanym ciepłem moich słów, którym chcę Cię otulić, przytulić, ogrzać. Każda z nas jest wyjątkowa, a jak bardzo... zapraszam do lektury... 
Natalia. Połączyły nas książki i podobny gust czytelniczy. Długo przedzierałam się przez nieufność, podchodząc małymi kroczkami do kobiety, której wrażliwość i osobowość mnie urzekły. Pamiętam jak napisałam jej kiedyś, że chciałabym razem z nią wejść do Czerwonego Namiotu, miejsca do którego wstęp miały tylko kobiety i w którym były ze sobą blisko, bez względu na to, czy łączyło je jakiekolwiek pokrewieństwo - ZAJRZYJ :) Udało się to nam rok temu, gdy spędziłyśmy wspólnie letni czas nad Bałtykiem, w którym obie z Natalią jesteśmy zakochane. 


Natalia prowadzi bloga recenzenckiego, na którym, oprócz bardzo dobrych i obiektywnych recenzji, pojawiają się ciepłe wpisy ukazujące delikatną i wrażliwą duszę - ŚLADAMI KSIĄŻKI 

Jak się rozpoczęła Twoja przygoda z blogiem?

Blog powstał z potrzeby serca. Książki towarzyszą mi odkąd pamiętam. Wczuwam się w przeczytane historie, zaprzyjaźniam z bohaterami, ale bywa też, że nie jestem w stanie ich polubić. Jednym słowem – książka to emocje – emocje, które nie zawsze miałam z kim dzielić. Stąd już prosta droga do założenia bloga.

Książki to - pasja, recenzencki obowiązek czy odwzajemniona miłość? Czym jest książka w Twoim życiu?

Zdecydowanie pasja, a może i po trochu odwzajemniona miłość. Czasem mam wrażenie, że to one mnie wybierają, a nie odwrotnie. Wołają, kuszą, przyciągają, by potem podzielić się ze mną największymi tajemnicami, nauczyć czegoś nowego, dać lekcję życia. Dlatego nie wyobrażam sobie czytania książek tylko z obowiązku.

Pięknie to powiedziałaś... Moje wieczory to... Którą porę dnia lubisz najbardziej?

Staram się aby wieczory (te późne niestety) należały do mnie. Wtedy dopiero mam czas na książkę i gościnę w wirtualnym świecie.

Co cenisz w polskiej literaturze? Co Ci przeszkadza?

Książki polskich autorów goszczą u mnie zdecydowanie najczęściej. Lubię nasze rodzime realia. Moim zdaniem polska literatura jest na bardzo wysokim poziomie. Zdecydowanie nie mamy się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie. Dobrze by było, gdyby ten poziom został utrzymany. Ostatnio jednak mam wrażenie, że wydaje się zbyt wiele książek. Ubiera się je w piękne okładki, pisze przyciągający uwagę opis, a tak naprawdę są niewiele warte. Oczywiście wszystko jest rzeczą gustu. Dla mnie książka musi mieć to „coś”. Coś, co sprawia, że powieść na długo zostaje w mojej pamięci i z niecierpliwością wypatruję innych książek tego autora. Czasem zdarza się, że książka napisana jest językiem, który aż kłuje w oczy i zupełnie nie pasuje do opisywanych postaci. Nie przepadam za przysłowiowym laniem wody, nie lubię też wulgaryzmów. Z przymrużeniem oka patrzę także na historie, w których wszelkie problemy rozwiązują się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cenię prostotę. Czasem nie trzeba wiele pisać, aby oddać sedno sprawy.

Jestem... Jaka jest Natalia - Diunam? 

Jaka jestem? To chyba najtrudniejsze pytanie, jakie można zadać drugiej osobie. Tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych, a nad samym sobą zastanawiamy się rzadko. Diunam to jedynie nick, który powstał dawno temu na użytek poczty elektronicznej. Wykorzystałam go również zakładając bloga, ale gdy byłam zmuszona połączyć bloggera z Google+, zniknęła Diunam i jest Natalia. Jaka więc jest Natalia? Zdecydowanie zbyt ambitna, ciągle podnoszę sobie poprzeczkę, a potem złoszczę się na siebie, że nie jestem w stanie jej przeskoczyć. Trudno zdobyć moje zaufanie, a łatwo je stracić. Czasem bywam spontaniczna, a czasem wręcz przeciwnie … muszę wszystko dobrze przemyśleć i dopiero podjąć decyzję. Zazwyczaj ciągle dokądś biegnę, za czymś gonię i marzę o tym aby doba trwała co najmniej 48 godzin. Choć bardzo staram się być rozsądna, to jednak często górę biorą emocje.



Moje miejsce na ziemi to... 

Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie mój mąż i dzieci. Lubię swój dom. Taki jakim jest. Idealny nieidealny, z wiecznie hałasującymi dziećmi znaczącymi teren porozrzucanymi zabawkami, z szalejącym psem, którym z dumą przynosi z ogrodu patyki i liście (zdarzyła się też mysz nie pierwszej świeżości), z ciągłym rozgardiaszem i chaosem, nad którym czasem trudno zapanować. Cieszę się, że mam  własny kawałek świata, swoją oswojoną przestrzeń, mury oddychające przeszłością, cicho szeptające dawno zapomniane tajemnice, drzewa sadzone jeszcze ręką dziadka, którego czasem można jeszcze zobaczyć, choć zmarł dawno temu.... Czy mogłabym zamieszkać w innym miejscu? Czasem wydaje mi się, że tak. Sądzę jednak, że moja sentymentalna dusza zostałaby tu, w starym domu pod lipami. 

Każda kobieta ma swoją niepowtarzalną i wyjątkową melodię, którą często same w sobie zagłuszamy. Jaka jest melodia Natalii?

Czy każda kobieta to melodia? Jeśli tak to ja byłabym pomieszaniem różnych stylów i epok. Czasem jest we mnie coś z klasyki, a czasem ujawnia się rockowy demon. Czasem jest we mnie prostota disco polo, ale bywam też skomplikowana, jak muzyka poważna. Cóż … mam nadzieję, że dałam się lepiej poznać:)

Czym jest Przyjaźń? Jak rozróżnić ją od zwykłej znajomości, i jak rozpoznać w zgiełku tego świata?

To chyba nie jest trudne. Przyjaźń to zaufanie. Pewność, że druga osoba jest za mną szczera, dobrze mnie zna, ma odwagą powiedzieć mi prawdę, a jednocześnie jest w stanie zaakceptować moją odrębność. Wolę mieć przy sobie jedną zaufaną osobę niż krąg ludzi, którzy będą mówić mi to, co chciałabym usłyszeć, tylko dlatego, że mają w tym jakiś cel. Nie potrzebuję wokół siebie tłumu. A znajomość? To miłe spotkanie, rozmowa, maska na twarzy i utwierdzanie drugiej osoby w przekonaniu, że jest najlepsza na świecie. Kilka razy zdarzyło mi się uwierzyć, że oto właśnie zyskałam nową bratnią duszę. Upadek za każdym razem był bardzo bolesny.

W Twoim życiu są sami mężczyźni - mąż i dwóch cudnych synów, bardzo dobrze wychowanych. Jaka jest Twoja relacja z kobietami? Potrafisz się wśród nich odnaleźć?

Mężczyźni są znacznie prostsi. Tak to znaczy tak, a nie to nie. Z nami – kobietami różnie bywa. Nie znoszę fałszu i plotkarstwa, a to niestety jedne z największych kobiecych przywar. W tej chwili nie ma w moim życiu kobiet, które odgrywałyby jakąś istotną rolę. Ale czy to oznacza, że się wśród pań nie odnajduję? Nie, z całą pewnością nie. Chyba z nikim tak dobrze się nie rozmawia, jak z drugą kobietą, dlatego uwielbiam spotkania w typowo babskim gronie.

Warto wierzyć w marzenia?

Kiedy człowiek przestaje wierzyć w marzenia to coś w nim umiera. Trudno tę wiarę odzyskać. Dzieciom przychodzi to znacznie łatwiej. Szkoda, że na pewnym etapie dorastania ta wiara przygasa. Przestajemy już ślepo wierzyć, że wszystko jest możliwe. A przecież wystarczy mocno chcieć i twardo dążyć do celu. Marzenia dodają życiu barw. Sprawiają, że świat pod powiekami staje się kolorowy. Dzięki nim nasze myśli krążą nie tylko wokół obowiązków, pracy i rachunków, ale wznoszą się wyżej. Czy warto marzyć? Tak, choćby to były najbardziej nierealne marzenia.

Wiem, że jesień to Twoja ulubiona pora roku. Za co ją lubisz? Co przyniosła Ci jesień i w czym tkwi jej magia?

Trzeba dojrzeć do tego aby polubić jesień. Kiedyś, podobnie jak większość z nas czekałam z utęsknieniem na wiosnę, a jesień kojarzyła mi się jedynie z nostalgią i smutkiem. Wraz z upływem czasu coś się jednak we mnie zmieniło. Wiosna wraz ze swymi krzyczącymi, jaskrawymi barwami, zaczęła mnie drażnić. Czuję się wtedy tak, jak większość ludzi jesienią. Lubię jesień w każdej jej postaci. Tą sypiącą liśćmi, tą deszczową i tą późną, kiedy przyroda szykuje się do zimy, zasypia, zwalnia, tylko człowiek zapomina o odwiecznych prawach natury i ciągle pędzi naprzód. To jest właśnie dla mnie magia jesieni.

Co sprawia, że czujesz się szczęśliwa?

Cóż … nie będę oryginalna, i odpowiem, że moja rodzina. Cieszę się, że są obok mnie. Wiem, że nic nie jest w życiu dane na zawsze. Wystarczy chwila aby świat wywrócił się do góry nogami. Wiem, że kiedyś dzieci dorosną i odejdą z domu. Dlatego staram się cieszyć z każdego dnia. Z sukcesów starszego syna, z zabawnych powiedzonek młodszego, z chwil spędzonych sam na sam mężem, z ciszy, z psot naszej psicy. Takie właśnie drobiazgi nadają życiu sens.

Czy czujesz się kobietą spełnioną? Po co jeszcze chciałabyś sięgnąć w życiu?

W zasadzie mam wszystko to, co było zawsze dla mnie najważniejsze. Nie mam powodów do narzekań. Jak jednak wyglądałoby życie człowieka, gdyby nie wyznaczał sobie ciągle nowych celów? Moim planem na najbliższą przyszłość jest rozwijanie pasji, jaką jest dla mnie rękodzieło. Uwielbiam coś robić. Nie potrafię siedzieć z założonymi rękami. Odpoczywam z pędzlem, papierem, ściernym i farbami. Maluję, ozdabiam i wymyślam nowe wzory. W każdą wykonaną przez siebie pracę wkładam całe serce. Przedmioty stają się poniekąd częścią mnie i dlatego czasem trudno jest mi się z nimi rozstać. Mimo tego ogromnie cieszę się, gdy ozdobiona przeze mnie rzecz znajduje nowy dom. Czy będę się kiedyś czuła kobietą spełnioną? Myślę, że w moim przypadku to niemożliwe :). Ciągle czuję twórczy niedosyt, rzadko bywam z siebie zadowolona i mam zbyt wiele pomysłów, a zbyt mało czasu na ich wykonanie.

Przepiękne, ręcznie robione prace Natalii można zobaczyć TUTAJ. Można się nimi nie tylko zachwycić, ale zapragnąć je mieć w swoim domu. Ja nie potrafiłam się oprzeć:) 






Natalio, dziękuję Ci za to, że pozwoliłaś mi poznać choć fragment Twojej pięknej melodii. 



Droga Kobieto, naprawdę jesteś melodią. Niepowtarzalną i wyjątkową. Nie znajdziesz drugiej takiej, która będzie brzmiała identycznie jak ty. Może mieć w sobie tę samą nutę i być podobna w tonie; ale nigdy nie będzie identyczna. Tak samo jak ty nigdy nie zabrzmisz jak ta, którą chciałabyś być. Możesz ją naśladować, ale nigdy nie uda ci się odtworzyć jej dokładnie w taki sam sposób. Bo każda z nas dostała swoją niepowtarzalność i brzmienie, którego nie da się podrobić .Doceń to i uwierz - jesteś WYJĄTKOWA! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa