niedziela, 29 marca 2015

Anielskie siedlisko

Fot. Gabrysia Kotas

Czy Śląsk może zachwycić? Czy można go za coś pokochać i w szarej chmurze pyłu i szarości kopalnianego zagłębia dostrzec kolory i urok, który jest w stanie zaczarować? 
Zachwyciłam się Śląskiem rok temu, kiedy po raz pierwszy wpadłam w ramiona Gabrysi Kotas, które objęły mnie z taką serdecznością, jakiej na codzień się nie spotyka. Przepadłam zupełnie po spotkaniach z ludźmi, których życie postawiło na mojej drodze w miejscowościach, o których wcześniej nie słyszałam, lub nawet jeśli słyszałam, to nie potrafiłam wskazać na mapie. Lędziny, Mysłowice, Kobiór, Bieruń, Tychy, Siemianowice, Imielin i Ławki, które najmocniej zawładnęły moim sercem; wszystkie te miejsca stały mi się tak bliskie, że wsiadając do pociągu z Lublina do Katowic wiem już, że jadę do przyjaciół, a ich grono powiększa się z każdą wizytą. 

Wykład na UTW w Lędzinach
Opowiadałam o miłości i trudnych życiowych wyborach...
... a moi słuchacze bardzo mi pomogli swoim zasłuchaniem i komentarzami

Anielskie Siedlisko Gabrysi zawsze wita mnie swoim ciepłem i spokojem, a pokój z kominkiem i aniołami przyjmuje gościnnie. Dom Gabrysi i Bogdana to dom z duszą, po którym przechadzają się ci, którzy w nim zamieszkiwali. Od pierwszej wizyty czuję ich obecność i akceptację, i dobrze mi tam, wśród ścian, które pamiętają tak wiele, i wśród ludzi, którzy przyjęli mnie taką, jaka jestem, i nie chcą niczego we mnie zmieniać (no, może z wyjątkiem nawyków żywieniowych :)). Zaakceptowały mnie również Gabrysine zwierzęta - foksterier Teodor traktuje mnie jak część wyposażenia domu, machając w przelocie ogonem i zezwalając na wspólne zamieszkanie; sarenka Kuba przychodzi już na odległość ręki, jest jednak zbyt płochliwa, aby pozwolić się pogłaskać, za to kury... kochają mnie! Z wzajemnością :D
Podczas ostatniej wizyty adoptowałam kurę! Nazwałam ją Rozalia i oswoiłam chyba za bardzo, bo z tej wielkiej miłości nie tylko biegła do mnie jak szalona, ale do tego dziobała moje nogawki i sznurówki, kiedy wychodziłam jej naprzeciw z pustymi rękami. Problem wylewnej miłości urósł nieco, gdy na wołanie: "Rozalkaaa!", zaczęło przybiegać dziewięć kur, do tego tak energetycznych, że w żaden sposób nie byłam w stanie odróżnić, która jest "moja". Wszystkie zachowywały się podobnie, zapewniając mnie o swoim przywiązaniu i informując o wiecznym głodzie! Ostatniego dnia wszystkie odprowadziły mnie wiernie do bramy, żegnając głośnym gdakaniem. Czułam się wzruszona:)

Kurza mama... :) 
Moja rodzina powiększyła się nie tylko o kurę, ale i o Kuzynkę Basię:)
Gabrysia na stałe wpisała się już do mojej rodziny, przyjęta jako "Ciocia":) 

Moja wiosna na Śląsku to spotkania z Czytelnikami w bibliotekach, które gościnnie otworzyły dla mnie swoje drzwi. 
Mysłowicka Biblioteka Publiczna, Filia nr 7 zaskoczyła mnie liczną frekwencją młodzieży licealnej, dla której jestem pełna uznania za wytrwanie w ciszy i skupieniu przy prozie i poezji. Spotkanie z młodymi ludźmi to zawsze wyzwanie dla pisarza z pokolenia tak różnego od współczesności. Nigdy nie wiadomo jak poprowadzić spotkanie autorskie, aby nie znudzić i nie wbić się w ton patosu i monopolu na wiedzę i mądrość. Z młodzieżą szuka się porozumienia na nieco innej płaszczyźnie niż ta, w której odnajduje się drogę do starszego pokolenia, i nie jest łatwo pozostać sobą, bez podlizywania się i chęci przypodobania za wszelką cenę. Młody człowiek potrafi wyczuć fałsz i brak szczerości; potrafi również docenić to, że traktuje się go z szacunkiem, na jaki zasługuje. 
Mysłowicka młodzież spisała się na szóstkę z plusem, a paniom, które czuwały nad spotkaniem i go przygotowały, serdecznie dziękuję, składając te podziękowania na ręce pani kierownik Bożenki Omastka, dzięki której mogłam być obecna w kolejnej mysłowickiej bibliotece.  

Proza i poezja usiadły zgodnie przy jednym stole... 
Mysłowicka młodzież bardzo mile mnie zaskoczyła swoim zasłuchaniem
Gabrysia przepięknie wplotła swoje wiersze w spotkanie...
... a zasłuchane Mysłowice weszły w ten nastrój wyciszenia i zatrzymania... 
... pozostając w nim do końca spotkania poetycko-prozatorskiego
Gospodynie mysłowickiego spotkania, Pani Dyrektor Centrali i Pani Kierownik 

Biblioteczne zatrzymanie w Kobiórze to wieczorna baśń, w której wszystkie się zasłuchałyśmy. Serdeczność pani Jadwigi Kumor, kierownika Gminnej Biblioteki Publicznej w Kobiórze sprawiła, że od progu poczułam się w tym miejscu dobrze. Wypełnił mnie spokój, który towarzyszył mi do końca spotkania i którym, mam nadzieję, otuliłam moje Czytelniczki, zasłuchane i biorące udział w dyskusji. Moja proza, przeplatana poezją Gabrysi Kotas, pochowała się po przytulnych kątach biblioteki, zostawiając tam cząsteczkę siebie; a otaczające nas ze wszystkich stron książki wchłonęły dobrą energię, którą - jestem tego pewna - będą oddawać bibliotece w Kobiórze i jej cudownym Czytelnikom. 
Za ogrzewający uśmiech i otwarte ramiona z serca dziękuję pani kierownik, Jadwidze Kumor, która mi zaufała i zaprosiła do Kobióra. Dziękuję za wspólną herbatkę w zaczarowanym kwiatowym kubku i za ciepłą rozmowę, która zbliżyła i pokazała mi maleńki Kobiór w słonecznym cieple zwyczajnych, a jednak wyjątkowych kobiet. To ciepło zabrałam ze sobą i wiem, że wrócę do Kobióra jak do bliskich ludzi, za którymi się tęskni. 

Gabrysia, Pani Jadwiga i ja - przy wspólnej herbatce i cieście... 
... i w bardzo dobrych humorach:) 
Zwyczajne, a jednak wyjątkowe kobiety, którym z serca dziękuję za ten wieczór!
Obie z Gabrysią bardzo dobrze się czułyśmy w Kobiórze

Cudowne Czytelniczki w Kobiórze otuliły mnie i Gabrysię niesamowitą serdecznością  
Pani Jadwiga przyjęła mnie bardzo gościnnie... 
... a jej słoneczny uśmiech ocieplił całą bibliotekę i nasze serca
Niezwykłość Kobióra uchwycona w zatrzymanej chwili

O Bieruniu nigdy wcześniej nie słyszałam, ale jedna wizyta tam sprawiła, że to miasteczko urzekło mnie, a z bieruńskiej biblioteki Gabrysia musiała mnie wyciągać:) To miejsce mnie zaczarowało i wciągnęło w swoją historię, nad którą swój patronat objął sam św. Walenty, który jest również stróżem małżeńskiej miłości. Bieruńskie sanktuarium pod wezwaniem św. Walentego to jedno z takich miejsc w Polsce, które naprawdę warto obejrzeć, aby zachwycić się tym, jak piękne zabytki mamy w naszym kraju i jak wiele możemy się dzięki nim nauczyć o bogatej historii Polski.  
Niesamowite ciepło płynące z serdecznego uścisku ramion pań tutaj pracujących ogrzało, a słoneczne promienie wpadające przez okna rozświetliły pomieszczenie biblioteki, podobnie jak uśmiechy , które porozświetlały nasze twarze. Od progu można było poczuć ogromną serdeczność bieruńskiej biblioteki, przemiłych pań i Czytelników, którym z serca dziękuję za wszystkie słowa, jakie tutaj usłyszałam - i te w trakcie spotkania, i te tuż po, gdy miałyśmy okazję osobiście wymienić się uwagami, ciepłem i wielką życzliwością. Dziękuję za chwile wzruszeń i łzy, które ukradkiem popłynęły; za szczerość i wszystkie pytania, dzięki którym to spotkanie było dialogiem, w którym zarówno ja, jak i moi Czytelnicy wyszliśmy do siebie w pół drogi, wymieniając się doświadczeniem, zaspokajając ciekawość siebie nawzajem, i obdarowując się czymś bezcennym - po prostu sobą. 
W sposób szczególny chcę podziękować pani Basi Suchomskiej za ogromny wkład pracy i serca w przygotowanie biblioteki na ten wyjątkowy dla mnie wieczór, i za profesjonalne przedstawienie mnie i Gabrysi Czytelnikom. Dziękuję pani kierownik Małgorzacie Janocie za tak serdeczne przyjęcie mnie w Bieruniu i za rozmowę, której czuję niedosyt. Drogie Panie - wszystkie, pracujące w bieruńskiej bibliotece - jesteście wielkie, a czas spędzony u Was był dla mnie wyjątkowy. Dotrzymam obietnicy powrotu, bo wiele z siebie wśród Was zostawiłam, podobnie jak w Kobiórze, Lędzinach i Mysłowicach. 

Miejsce, do którego z pewnością wrócę, bo mnie zachwyciło!

Wpis do Księgi Pamiątkowej i dedykacje
Wielkie wyrazy uznania dla pani Basi Suchomskiej i jej przygotowania do spotkania
I znów poezja pięknie splotła się z prozą, skłaniając do refleksji
Wszystkim Czytelnikom z Bierunia bardzo dziękuję za obecność i włączenie się do rozmowy
Wróciłam z Bierunia wraz ze św. Walentym
Spotkanie w Bieruniu na zawsze we mnie pozostanie

Moja kolejna przygoda na Śląsku dobiegła końca. Pozostały przepiękne wspomnienia i nowi ludzie, wpisani w moje serce. Pozostała świadomość, że gdzieś tam, w niepozornych miejscowościach, są takie miejsca, które obdarowują ciepłem, koją spokojem, i których nigdy bym nie poznała, gdyby nie moje książki i pasja pisania, dzięki której ja też mogę podarować innym coś, czego nie da się przeliczyć materialnie - siebie zaklętą w słowach. 
Monika A. Oleksa 


Gabrysi Kotas dziękuję z całego mojego serca za wszystko, czym mnie obdarowała, za przyjaźń, którą mi ofiarowała, za obecność w moim życiu, i za gościnę w czasie mojego pobytu na Śląsku.

Film Gabrysi z mojej śląskiej wiosny można obejrzeć tutaj: KLIK

wtorek, 24 marca 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Jego oczami" Szymon J. Wróbel

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Czy można tęsknić za człowiekiem, którego się nie znało osobiście?". Czy można czuć niedosyt rozmów, w których się nie uczestniczyło i głód słów trafiających do ludzkich serc? Czy można w końcu czuć bliskość z kimś, kogo dotąd znało się tylko z nazwiska, a kto - pomimo przekroczenia progu ziemskiej śmiertelności, stał się tak drogi, że to aż zdumiewa? 
Książka Szymona J. Wróbla "Jego oczami" odpowiada na wszystkie te pytania. Publikacja została wydana przez Wydawnictwo M, i jest najnowszym dokumentem o księdzu Józefie Tischnerze, dopowiadając to, co nie zostało dopowiedziane o wielkim człowieku ogromnej skromności. 
Księdza Józefa Tischnera nie trzeba przedstawiać, bo nie ma chyba w Polsce człowieka, który by o nim nie słyszał. Był niezwykły poprzez swoją  zwyczajność i ogromny szacunek do każdego, przy kim się zatrzymywał. Jego życie było powołaniem do drogi, poprzez którą w prosty sposób tłumaczył zawiłe teksty filozoficzne, i w czasie której pokazywał drobne znaki Bożej miłości i cuda, jakie człowiek dostał w prezencie od Pana Boga. 
"Życie to coś wspaniałego" - pisał ks. Tischner. "Gdzie jest życie, jest też i droga. Stąd rozmaite doświadczenia dróg. Świadectwa dróg, metafory dróg - niekiedy nawet dróg zamkniętych, nieistniejących. Droga jest bardzo ważna, droga dokądś prowadzi. Droga wyraża doświadczenia nadziei. Kiedy człowiek traci nadzieję, znikają drogi."
Ksiądz Tischner był człowiekiem, który miał dar trafiania do ludzi poprzez szacunek i ciekawość. Prowokował pytania i zachęcał do dyskusji, wciągając w nią tak sprytnie i tak ją prowadząc, że zwykli ludzie czuli się w niej dowartościowani, dostrzeżeni, zauważeni. 
"Człowiek stwarza wokół siebie płaszczyzny bycia z innymi. każdy człowiek niesie ze sobą jakąś przestrzeń, na której mogą się znaleźć inni ludzie. Co oni potem na niej zrobią, to już jest ich sprawa." ks. J. Tischner do Jerzego Turowicza, "Tygodnik Powszechny" 1987, nr 50.
Ksiądz Adam Boniecki mówi o Tischnerze, że "był on nieustanną lekcją Kościoła. Kościoła, który jest Kościołem ze swoimi wymaganiami, ze swoją dyscypliną, ale jednocześnie życzliwego każdemu człowiekowi.", a sam ks. Tischner w rozmowie z Markiem Barańskim dodaje, że "istotną wartością religii nie jest to, że proponuje etykę, ale to, że pokazuje człowiekowi sens w życiu. Że życie w ogóle ma sens, że sens ma ofiara. Co więcej, że człowiek jest wtedy człowiekiem, kiedy zachowuje się w życiu wspaniałomyślnie i bezinteresownie".
Msze odprawiane przez księdza profesora ściągały zawsze tłumy ludzi, i bez względu na to, czy był to Kraków i kościół Świętego Krzyża lub św. Anny, czy też jego ukochany Turbacz, kazania które wygłaszał zawsze trafiały do ludzkich serc, bo ksiądz Tischner był po prostu ludzki i bliski zarówno prostemu człowiekowi, jak i wielkim filozofom i intelektualistom. Był kapłanem formującym całe pokolenia, z dużym poczuciem humoru, zakochanym w góralszczyźnie filozofem o niesamowitej inteligencji i intelekcie. Przy tym wszystkim jednakże był człowiekiem niezmiernie skromnym i pokornym wobec woli Bożej i cierpienia, które znosił z godnością, dając świadectwo podobne temu, jakie pokazał nam św. Jan Paweł II. Miał niezwykły dar rozumienia drugiego człowieka. Kiedy zatrzymywał się przy ludziach, wydobywał z nich pokłady dobra, które potrafił dostrzec, bez względu na to z kim rozmawiał.
W swoich kazaniach nie strofował i nie upominał, ale starał się ukazać piękno świata wpisane w otaczającą przyrodę, oraz to piękno, które nosimy w sobie, choć często tego nie chcemy dostrzec. Uczył otwarcia na bliźniego i przyciągał tych poszukujących, wątpiących, poranionych i zagubionych, za co był mocno krytykowany i niezrozumiany nawet przez tych, którzy zostali powołani do głoszenia prawdy o miłości i Dobrej Nowinie.
Wielką serdecznością obdarzał Tischnera Jan Paweł II. Cenił swojego krajana za otwarcie na godność człowieka i za filozoficzne przemyślenia przekładane na zrozumiały dla każdego język i za drogę Tischnerowego  myślenia, która zawsze prowadziła do człowieka. 
"Niebo nie przychodzi znikąd. Coś z nieba mamy w sobie. Coś z nieba przekazujemy innym. Człowiek dla drugiego człowieka może być częścią nieba. Niestety, także może być częścią piekła." 
Ksiądz Józef Tischner zmarł po długiej chorobie 28 czerwca 2000r, pozostawiając po sobie tęsknotę i tysiące pytań, na które nie zdążył odpowiedzieć. Adam Michnik powiedział o Tischnerze, że "był empirycznym dowodem na istnienie Boga". Pomimo upływu prawie już piętnastu lat od jego śmierci, wciąż uświadamiamy sobie, jak wielkim był darem i jak bardzo brakuje jego mądrego słowa we współczesności. 
Kazimierz Tischner, brat księdza profesora, tak mówi o jego odejściu: "...im Józia dłużej nie ma, tym jest go więcej. On był siewcą, siał ziarna. Jeżeli padły na dobry grunt, wyrosło drzewo. Dziś zbieramy owoce. Józiu wyszedł tylko na chwilę..."
Wzruszające rozmowy i wspomnienia czyta się z zachłannością, która wzrasta, im bliżej końca i która zwiększa apetyt na słowa, które ksiądz Józef Tischner nam pozostawił. "Jego oczami - czyli to, co nie zostało dopowiedziane" to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć, bo jak żadna inna, może zmienić życie człowieka i jego postrzeganie świata. Co więcej, czytając ją czułam przy sobie obecność tego wielkiego człowieka, za którym - nie znając go osobiście - naprawdę zaczęłam tęsknić, ujrzawszy swoją drogę jego oczami. 
Monika A. Oleksa 

"Na końcu naszego rozumienia świata, rozumienia dramatów ludzkich, a także własnego dramatu, patrzysz na samego siebie, coś przeżył, coś przecierpiał, ile rzeczy przegrałeś, widzisz to wszystko, coś wygrał, i nagle - może pod koniec życia - oświeca cię ta świadomość, że 'dobre było'. Wtedy dochodzisz właśnie do sedna całej naszej wiary. Powtarzasz słowa Boga, mówisz 'dobre było'. Może właśnie o to naprawdę chodzi, może jesteśmy na tym świecie po to, żeby na końcu powtórzyć najpiękniejsze słowa, jakie Pan Bóg wypowiedział w dniu naszego stworzenia: Dobre było. I niech tak zostanie." ks. Józef Tischner 



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu M.     

  Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo m

niedziela, 22 marca 2015

Tęczowy most

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Biegnąc przez życie tak często zaniedbujemy poukrywane w szczegółach piękno, zadowalając się bylejakością i kulturą fast, przyjmując bez zastrzeżeń to, co płytkie, powierzchowne, plastikowe. Szkoda nam czasu na celebrowanie chwili, sięgnięcie głębiej poza to, co pozorne i szukania odpowiedzi na pytania, które coraz częściej uważamy za niewygodne. Minione dni wrzucamy do tej samej przegródki, nie poświęcając im zbyt wiele uwagi, a od tych bieżących przyjmujemy jedynie to, co wygodne, przyjemne i łatwe. Nie zastanawiamy się nad tym dokąd zmierzamy, po prostu biegnąc na oślep tam, gdzie inni. Żyjemy źle pojętą maksymą Carpe diem, stawiając na pierwszym planie egoizm, posiadanie, płytkość i zaspokajanie zachcianek, zaniedbując zaś zupełnie wszystko to, co wymaga wysiłku i poświęcenia. 
Na ostatnie pożegnanie moja Babcia dostała dużo pięknych róż, przeplecionych delikatnymi margerytkami. Zapach tych kwiatów uwodził, a ich piękno cieszyło oczy. Patrząc na nie naszła mnie refleksja, że takimi różami, margerytkami, tulipanami, goździkami, frezjami i innymi kwiatami powinniśmy jak najczęściej obdarowywać tych, którzy mogą się jeszcze nimi cieszyć, dziękując im za to, że z nami są. Potem już te kwiaty nie cieszą, tylko przygnębiają, a zostały stworzone przecież po to, aby zachwycały i obdarowywały pięknem w najprostszej postaci. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Minione tygodnie pozwoliły mi spojrzeć na moje życie inaczej, z pewnym dystansem i z innej perspektywy. Pustka, której nie da się zapełnić, bo ludzi nie można zastąpić, uświadomiła wiele. Zdałam sobie sprawę, że ja lubię pod prąd i pomimo tego, że trudniej, nie zawracam z obranej drogi wierząc, że wędrując po wybojach, dotrę do tęczowego mostu, który wskaże mi dalszy kurs mojej podróży. 
Po drugiej stronie tęczy wszystko wygląda inaczej. Ludzie nie patrzą na siebie z nieufnością i obdarowują się uśmiechem bez okazji. Człowiek człowiekowi nie jest wilkiem, tylko jest w stanie odnaleźć w sobie serdeczność i życzliwość nawet w stosunku do tych, którzy mają lepiej. Kiedy przejdzie się przez tęczowy most, świat wydaje się bardziej kolorowy, a  ludzie ze sobą rozmawiają i szanują każde stworzenie. Dzieci uczą się mądrości nie z książek, ale od starszych, którzy nadal są potrzebni, bez względu na to, jak dużo opieki i cierpliwości wymagają. Wartości takie jak Przyjaźń, Szacunek, Miłość, Wiara, Honor są niepodważalne, i nie można wystawiać ich na sprzedaż w zależności od tego, kto da więcej. Prosta zasada: "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe i kochaj bliźniego, jak siebie samego", ma tam zastosowanie każdego dnia, a nie tylko wówczas, gdy dotknie człowieka jakieś ciężkie doświadczenie i nagle zrozumie, że można inaczej...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wędrując przez życie w poszukiwaniu tęczowego mostu, uświadomiłam sobie, że nie muszę wypatrywać go na krańcu świata, ani też przy końcu ziemskiej podróży, bo tak naprawdę taki most mamy w sobie. Jeśli go tam , głęboko, w środku wrażliwej duszy odkryjesz, możesz przerzucić go przez szarą i przygnębiającą codzienność i przejść tęczową górą ponad troskami, lękami, problemami i zwątpieniami, będąc ponad tym i nie pozwalając, aby te negatywne emocje wypełniły życie, bo nawet w rozpaczy można odnaleźć światełko nadziei.
Tęczowy most, który mamy w sobie ma magiczną moc, bo jesteśmy w stanie przeprowadzić po nim również tych, którzy tęczy w sobie jeszcze nie odkryli. Dzięki temu więcej z nas może dostrzegać drobne cuda codzienności, które w szarości wyglądają tak zwyczajnie, ale w tęczy mienią się jak drobne brylantowe oczka. 
Dzięki Babci nauczyłam się pić kawę w filiżance i odświętnych talerzyków nie używać jedynie w niedzielę. Zauważyłam również, że jak otaczamy się pięknem, pięknieje również nasza dusza. Unikam więc plastiku, lubię ciszę, bo wiem, że ma dużo do powiedzenia, i ustawiam na stole w wazonie kwiaty, które dostaję bez okazji. Patrzę na ludzi tak, jakbym chciała znaleźć w nich przyjaciela, i nawet jeśli ktoś mnie skrzywdzi, nie dokopuję mu, tylko wierzę, że wszystkie nasze uczynki są skrupulatnie odliczane i zapamiętane. Jest we mnie ludzka słabość, bo jestem tylko człowiekiem, ale idąc przez to życie staram się skupiać na tym, co dobre, i w każdym, nawet trudnym doświadczeniu szukać sensu i wiary, że jest po coś. Tęczowy most pomaga mi żyć z wiarą w ludzi i w to, że ten świat jednak nie zmierza donikąd i że życie tu można uczynić pięknym, jeśli tylko odnajdę tęczę w sobie i będę potrafiła rozświetlać nią codzienność i wskazywać drogę tym, którzy się przy mnie zatrzymają. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  

piątek, 20 marca 2015

Każdy dzień zrywaj jak owoc

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czekasz. Wciąż na coś czekasz, wypatrując tego, co odległe; kreśląc scenariusz tego, co będzie, i planując „potem”, którego nie możesz być pewien. 
Czekasz. Najpierw na wiosnę, aby już przyszła po męczącej zimie i ogrzała świat promieniami słonecznego ciepła i nowej energii, którą obdziela po równo ludzi i przyrodę. Potem już coraz zachłanniej czekasz na lato, które dopieści gorącym wiatrem i przyniesie chwile odpoczynku, beztroski i bliskości natury, za którą człowiek tęskni i, paradoksalnie, nie potrafi uszanować. 
Czekasz na dobrą okazję, królewicza z bajki, lepszy dzień; na weekend i święta. Czekasz, wypatrując tego, czego jeszcze nie masz i omijając to, co dziś, teraz, w tym momencie. A przecież liczy się każda pojedyncza chwila w życiu i każda z nich ma znaczenie, które najczęściej jej odbieramy. 
Wyobraź sobie swoje życie jak jabłoń, z dojrzewającymi na niej owocami. Drzewo, które zapuszcza korzenie i pnie się ku słońcu, obdarowując dobrymi owocami, jeśli się o nie zadba. Codziennie stając przed nim, sięgasz po jabłko, które dojrzało, mając nadzieję, że będzie smakowało tak, jak wygląda. Nie zawsze pod piękną, zarumienioną skórką odnajdzie się słodycz, której byśmy pragnęli. Również i owoc, który wydaje się zupełnie zwyczajny, i po który sięgamy z mniejszym entuzjazmem, może zaskoczyć smakiem, o jaki go nie podejrzewamy. 
Podobnie jest z każdym dniem człowieka i jego życiem. Czekamy na te słoneczne, kiedy to właśnie ten deszczowy i chłodny może obdarować nas najhojniej. Marudzimy od samego rana, że pada i wieje, narzekamy na niskie ciśnienie i w prognozie długoterminowej szukamy nadziei na wiosnę, która się waha. Wciąż jeszcze nie umiemy docenić tego, co tu i teraz, i cieszyć się tym, co już mamy. Z zazdrością spoglądamy na drzewo sąsiada wyobrażając sobie, że jego owoce są dorodniejsze i na pewno smakują lepiej, i niejednokrotnie, zniecierpliwieni, chcielibyśmy już zerwać to jabłko, które wisi najwyżej i potrzebuje jeszcze czasu, aby nabrać smaku i stracić cierpkość. 
Nie trzeba wiele, aby być szczęśliwym. Widzą to ci, którzy tę prostą życiową mądrość już posiedli i zrozumieli. Mając wobec życia zbyt wiele oczekiwań, nie będziemy w stanie skupić się na tym, co najważniejsze. Starając się, aby nasze życie wyglądało tak, jak życie kogoś innego i było jego imitacją, zdradzamy samych siebie i wciąż pędzimy za niezaspokojonymi złudzeniami, zupełnie ignorując to, czego pragnie nasze serce. Nie potrafimy słuchać siebie, za wszelką cenę chcąc coś komuś udowadniać. I często zapominamy, że w każdym z nas jest wyjątkowość, której nie da się skopiować, bo życie każdego człowieka jest inne, każdy z nas do czego innego jest powołany i każdy zasługuje na szacunek. 
Nie czekaj na to, co niepewne, lecz każdy dzień zrywaj jak owoc i ciesz się jego smakiem, bo taki już może się nie powtórzyć. Doceń nawet szarą chwilę, bo tylko od ciebie zależy, jakich kolorów ona nabierze i czym stanie się w twoich rękach. Nie traktuj kropli deszczu jako czegoś nie do przyjęcia, tylko staraj się odnaleźć w nich swoje odbicie i odkryć, czy twoja twarz jest rozświetlona uśmiechem, czy też zgorzkniała od cierpkości, której nazbierało się w tobie za dużo. Doceń każdy dzień z tym, co przynosi, nie godząc się jednak na bylejakość, tylko szukając w nim głębi, która cię rozwinie, umocni, doda skrzydeł, i pozwoli zobaczyć piękno nawet tam, gdzie nie dostrzeże się go gołym okiem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


niedziela, 15 marca 2015

Rytm dnia

Fot. Michał Oleksa 

Budzę się wraz z moim miastem, które leniwie przeciera zaspane oczy, powoli przygotowując się do wejścia w codzienny rytm, narzucony mu przez jego mieszkańców. Wraz z moim miastem podejmuję kolejny dzień, niby podobny, a jednak zupełnie inny od poprzedniego. Łapię pierwsze chwile brzasku, sycąc się poranną ciszą i spokojem, które już wkrótce zakłóci gwar i pęd ludzi spieszących do pracy, szkół i swoich obowiązków. Te chwile są tylko moje, jeszcze nie do końca wyraźne, z zatartymi konturami i obietnicą, którą za kilka godzin odkryję. 
O szóstej rano po moim osiedlu spacerują psiarze. To szczególna kategoria ludzi, do których również należę. Nie warczą na siebie, podobnie jak ich psy, tylko wymieniają między sobą uprzejme pozdrowienia. Bez irytacji zaczynają dzień, w który wchodzą dużo spokojniej niż ci, którzy budzą się piętnaście minut przed wyjściem do pracy, a potem w pośpiechu próbują nadrobić stracone minuty, denerwując się od samego rana i z tym zdenerwowaniem wchodząc w nowy dzień, już w pewien sposób naznaczony. Coś w tym jest, że ludzie, którzy mają psy i którzy je kochają, rzadziej poddają się depresji i są mniej podatni na stres. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moje miasto przyspiesza, korkując się i wypełniając dźwiękami. Każdego dnia staje się świadkiem historii, którym przygląda się z ciekawością. Ludzkie szczęścia i dramaty rozgrywane na scenie życia. 
Ulice zapełniają się, na przystankach tłoczą się zniecierpliwieni przechodnie, niespokojnie wyglądający autobusu lub trolejbusu, a nieubłagany czas ucieka, nic nie robiąc sobie z tych, którzy za nim nie nadążają. 
Moje miasto żyje. Oddycha, biegnie, czasami przystaje zaciekawione, przyciągnięte drobnym zdarzeniem, w którym ludzie odnajdują sens swojego życia. 
Kiedy drzwi biur, urzędów, szkół i uczelni zamykają się za poranną zmianą, rytm miasta zwalnia, sycąc się chwilą na kawę, spacer, przypadkowe spotkanie. Po osiedlowych alejkach drobnymi kroczkami, ugięci pod ciężarem doświadczeń i przeżytych lat, przechodzą starsi ludzie, świadkowie zmieniającej się na ich oczach historii, również i historii tego miasta. Porównują wtedy i dziś, doceniając to, co teraz, lub tęskniąc za tym, co kiedyś. Towarzysząca im nostalgia spogląda na świat przez przykurzone okulary, wzdychając do świata, który powoli przemija wraz z tymi, którzy go tworzyli. Splątane ludzkie losy przemierzają lubelskie ulice, a smutne wspomnienia wyglądają z bram kamienic, zachowane w pamięci tak już nielicznych, którzy towarzysząc w ostatniej drodze swoich przyjaciół zadają sobie pytanie – Kto mnie pożegna, skoro tylu już odeszło?

Fot. Michał Oleksa 

Serce mojego miasta bije na Starówce. Wąskie uliczki pustoszeją tylko późną nocą, kiedy Lublin zasypia wraz z jego mieszkańcami. Przez cały dzień, aż do późnych godzin wieczornych stukot butów o bruk Starego Miasta przypomina, że tu toczy się kulturalne życie lublinian i że tutaj każdy kamień ma coś do powiedzenia. Długa, wielowiekowa historia zostawiła w tym miejscu niejeden swój  ślad, doświadczając to miasto i sprawiając, że ludzie zakorzenieni tutaj nie poddają się łatwo, szanują drugiego człowieka i doceniają to, co dostają od losu, nie godząc się jednak na bylejakość. 
Wraz z mijającymi godzinami dnia moje miasto przyspiesza, wypełniając się kakofonią dźwięków. Zniecierpliwione klaksony, szum samochodów przejeżdżających przez ulice Lublina, rozmowy, nawoływania, wybuchy śmiechu, dziecięce głosy relacjonujące miniony w szkole lub przedszkolu dzień – to wszystko wplata się w codzienny rytm, w którym czuję się bezpiecznie. 
Lubię swoją codzienność w Lublinie. Lubię te dni wypełnione pracą, która daje mi ogromną satysfakcję i radość z tego, że moi uczniowie doceniają to, ile z siebie staram się im dawać na każdych zajęciach, każdego z nich traktując indywidualnie i jak równego partnera. Lubię też te wyjątkowe chwile samotności, kiedy z piórem w ręku mogę wypić niespieszną kawę i wyjść na spacer z Mattie, zachwycając się cudami natury, którymi codziennie jestem obdarowywana. Lubię opustoszałe, wieczorne ulice Lublina, gdy miasto wycisza się i szykuje do odpoczynku po kolejnym, pracowitym dniu. Ciemna zasłona nocy opada na rozświetlone ulicznymi latarniami osiedla, zakrywając to, co niedoskonałe; łagodząc to, co bolesne, i przez kilka godzin snu powodując zapomnienie o tym, co zapętlone, zasupłane, zagmatwane i beznadziejne. 
Moje miasto zasypia, dając się utulić ciszy, w której słychać stukot przejeżdżających przy Starym Lesie pociągów i westchnienia sennych marzeń, przynoszących dobrą nadzieję na nowy dzień. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa 
Fot. Michał Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 8 marca 2015

Jesteś doskonałością

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Jeżeli wciąż biegasz i brakuje ci czasu
zatrzymaj się i zobacz, że nie wszystko zależy od ciebie."

Kobieta. Zmęczona, zabiegana, zajęta, zatroskana. Wchodząca w codzienność z poczuciem, że tak wiele zależy od niej i że nie może zawieść, bo obiecała, zobowiązała się, przyrzekła, zamierzyła. Istota krucha o tytanowej wytrzymałości, swoje "ja" odsuwająca poza innych. Piękno ukryte w obowiązkach i powinnościach, poszarzałe od piętrzących się spraw, które - niczym pajęczyna, oplątują dzień, przygaszając jego blask i ukrywając to, co delikatne, subtelne, nieuchwytne. 
Kobieta. Troszcząca się o innych, a tak często zapominająca o sobie. Czuła dla tych, którzy są blisko, a surowa dla siebie samej. Wspierająca ludzi, na których jej zależy, a tak często wątpiąca w swoje własne zdolności, umiejętności i talenty. Wulkan uczuć, którymi potrafi obdarowywać, nie żądając niczego w zamian. Pieśń, w której pobrzmiewa jedyna w swoim rodzaju melodia, nadająca ton jej życiu. Życiu kobiety. 
Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym? Masz w sobie piękno, którym promieniejesz zawsze wtedy, gdy uda Ci się pochwycić ulotne chwile szczęścia, któremu tak do końca nie dowierzasz. Promieniejesz zawsze wtedy, gdy to pochwycone szczęście starasz się przekazać dalej tym, którzy są gdzieś obok, w Twojej codzienności. Lubisz obdarowywać, bo taką już masz naturę. Nosisz w sobie bogactwo ciepła i wrażliwości. Łatwo Cię zranić, bo taka już jesteś - krucha, a jednocześnie odradzająca się po życiowych upadkach jak Feniks z popiołów. Walcząca, ale uległa. Słaba, a jednak z siłą zadziwiającą mężczyznę, który nie uniósłby tyle, ile jest w stanie udźwignąć jedna kobieta. 
Kiedy ostatni raz spojrzałaś w lustro bez skrzywienia? A może w ogóle nie chcesz w nie spoglądać, rozczarowana tym, co widzisz? Czy wiesz, że lustro nie pokaże ci tego, co w Tobie najpiękniejsze? Odda ci jedynie odbicie fizyczności, ale nie pokaże kobiety, jaką jesteś. Nie pokaże tej złożoności uczuć i duszy, w której zapamiętana jest Twoja melodia. Nie zobaczysz w nim również tej niesamowitej różnorodności, z której jesteś złożona.
Kobieta. Często zagubiona w swoich rozterkach i wątpliwościach, podejmująca jednak najważniejsze życiowe decyzje. Umiejąca wybaczać nawet tym, którzy zranili najboleśniej, będąc najbliżej. Zdolna do poświęceń dla innych, a tak mało troszcząca się o siebie samą. Doskonale potrafi dodawać skrzydła innym, podcinając swoje. Szara myszka na co dzień, o najbliższych potrafiąca walczyć jak lwica. Siłaczka, najmniej doceniająca samą siebie. 
Zdobisz ten świat, doskonała w zamyśle Bożym, Kobieto. Każdego dnia sprawiasz, że ktoś się uśmiechnie, odkryje wartość zwykłego spotkania, uwierzy w siebie, zachęcony Twoimi słowami. Potrafisz dać tak wiele, tak niewiele oczekując w zamian. Masz w sobie blask, który sprawia, że jesteś piękna bez względu na to, co o sobie  myślisz i jak siebie oceniasz. 
Cudowna Kobieto, życzę Ci, abyś umiała odkryć w sobie tę wyjątkowość, którą można odnaleźć w głębi Twojego spojrzenia. Życzę Ci wiary w marzenia, które naprawdę są w zasięgu Twojej ręki i tylko od Ciebie zależy czy zechcesz, aby się spełniły. Życzę Ci wytrwałości w dążeniu do celu, bez względu na to, czy zamierzasz przenosić góry, czy też przejść przez kolejny dzień przyjmując to wszystko, co przynosi. Życzę Ci również nieustannego zachwytu nad życiem, które zawsze jest cudem, pomimo tego, że obdarowuje nas tym, o co nie prosimy. Życzę Ci siły w podejmowaniu wszystkich obowiązków, do których wstajesz, nierzadko bardzo zmęczona pomimo nocy oddzielającej dni, i które wykonujesz bez względu na to, jak Ci ciężko. Życzę Ci radości z drobnych rzeczy, zatrzymywania chwil, które stają się dobrymi wspomnieniami; przyjaźni, która poda Ci rękę wtedy, gdy najbardziej będziesz tego potrzebować i świadomości, że naprawdę jesteś wyjątkowa, bo właśnie taką stworzył Cię Pan Bóg, widząc w Tobie to wszystko, co Ty nie zawsze dostrzegasz. Pamiętaj, nie tylko w dniu Twojego święta, że piękno jest w Tobie, a Ty jesteś najdoskonalszym dziełem Stwórcy, który zawsze przyjmuje Cię taką, jaką jesteś. I taką kocha, do samego końca. 
Monika A. Oleksa       

Fot. Marcin Piotr Oleksa