sobota, 23 września 2017

Przecież ty jesteś...

Fot. Monika Anna Oleksa 

Nie lubię pożegnań. Szczególnie te z osobami bliskimi sercu, z którymi rozstajemy się mając świadomość, że znów rozdzieli nas czas i odległość, są dla mnie trudne. Myślę, że większość z nas tak ma. Człowiek to złożoność uczuć, a wśród nich kluczową rolę odgrywają te, które budują więzi. Tak jak rosnące obok siebie drzewa splątują się korzeniami, a niekiedy nawet zrastają gałęziami, tak i my splatamy się takimi niewidzialnymi korzeniami z osobą, która w jakiś sposób stała się nam bliska.

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Lato szczególnie temu sprzyja. Podróżujemy, wyjeżdżamy na urlop, przemieszczamy się. Poznajemy nowe miejsca i ludzi lub wracamy tam, gdzie jest nam dobrze, aby spotkać się z tymi, za którymi tęskniliśmy. Oderwani od pozaurlopowej codzienności mamy czas na to, aby pielęgnować coś bezcennego. Dobre, ubogacające relacje, poprzez które uczymy się odmienności drugiego człowieka. Mamy czas na dialog. Uczymy się słuchać tak, aby usłyszeć to wszystko, czym ten drugi człowiek chce się z nami podzielić. Oddajemy również swój nadbagaż, pamiętając jednak o tym, że w dobrej, zdrowej relacji, "ja" jestem po to, by w jakiś sposób dopełnić "ty", a "ty" dopełnia "ja". W ubogacającej relacji więzi nie są więzami, a ja nie oplątuję nikogo niszczącymi pędami bluszczu, tylko zostawiam sobie i temu drugiemu człowiekowi własną przestrzeń, jakiej każdy z nas indywidualnie potrzebuje.  

Więź, której nie opisze się słowami. Tylko serce ją czuje... 

Takie relacje rodzą się i umacniają w czasie letnich miesięcy, a potem trwają, pielęgnowane latami. Takich ludzi najtrudniej nam zostawiać.
Wyjeżdżając z Dąbek zawsze czuję się tak, jakbym miała dziurę w sercu. I wcale nie pomaga świadomość, że tu wrócę, lub że spotkamy się gdzieś w Polsce. Mam bowiem świadomość, że każdy dany nam z kimś czas jest jedyny i niepowtarzalny. Inny, następny, może być równie piękny i niezapomniany, ale nigdy nie będzie taki sam. 
Nie tak dawno przy pożegnaniu usłyszałam słowa, które uświadomiły mi, jak mocno wrastamy w życie innych, i jak silne są więzi w dobrych relacjach. "My się żegnamy tylko na chwilę. Przecież ty jesteś, o tu, na wyciągnięcie ręki.".
Tak mamy. Połączeni tymi splecionymi gałęziami, pomimo dzielącej nas odległości czujemy siebie. Wracamy myślami do wspólnych, dobrych chwil, wspominamy ważne dla nas zdarzenia, wspieramy się słowem i modlitwą, otaczamy drobiazgami, które nam siebie nawzajem przypominają. Rozmawiamy o sobie, czasami wymieniamy się esemesem lub mailem, a gdy mocno zatęsknimy, dzwonimy i po prostu rozmawiamy. Nie zamęczamy się czczą paplaniną, mówimy o tym, co ważne, jeszcze mocniej wplatając się w życie ludzi, których mamy odwagę nazywać przyjaciółmi. Budujemy relacje, dzięki którym życie nabiera pastelowych barw. 

Przecież ty jesteś! Na wyciągnięcie ręki :) 
Bliskość budowana życiem
Nazbierało się trochę tych Ziarenek nad morzem... Ważnych, Wyjątkowych...
Bliskich... 

Ludzie. W tak wielu z nich zostawiamy swoje ślady. Tak wiele z nich zostawia ślady w nas. 
Moje Dąbki to nie tylko czas intensywnej pracy nad książką, każdego roku nad kolejną, ale również czas spotkań z ludźmi, z którymi łączą mnie więzi bez węzłów czy więzów. To czas, który cenię i którego potrzebuję nie tylko by odpocząć, ale przede wszystkim, by pobyć ze sobą wzajemnie. Długie, ważne rozmowy przy kawie na tarasie, i zwierzenia na spacerach brzegiem morza. Odkrywanie, zbliżanie, oswajanie, zapamiętywanie. Radość chwil, które łączą i które chciałoby się zatrzymać. Twarze i imiona. Bliskość. 

Mewy to tak jak ludzie, stworzenia stadne
Fot. Monika Anna Oleksa 

Pielęgnuj ją. Dbaj o więzi i ludzi, którzy nieprzypadkowo pojawiają się w twoim życiu. Wykorzystuj czas dany na ich umacnianie, rozmawiaj i wsłuchuj się w to, co pomiędzy słowami. I pamiętaj, że pomimo tego, że pożegnania są trudne, ci, którzy zakorzeniają się w naszym życiu po prostu są. I zawsze możesz powiedzieć: Przecież ty jesteś, o tu, na wyciągnięcie ręki!
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

sobota, 16 września 2017

Czas poszukiwania

Fot. Monika Anna Oleksa 

Chłonę morze, potrzebując nieustannej z nim bliskości, by wylewać z siebie słowa utrwalane piórem. Codziennie odwiedzam kormorany, siadam na chłodnym już piasku naprzeciwko nich i patrzę, na morze i niebo, dwa bezkresy, silnie oddziałujące na człowieka. Dopiero stając wobec nich człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest mizerny. I jak słaby. 
Morze uczy mnie pokory. Wobec życia i natury stworzonej dla człowieka i przez człowieka deformowanej. Morze odpowiada na wszystkie moje tęsknoty, komunikując się ze mną poprzez swój szum, wyciszony lub wzburzony, pełen ekspresji. Ten dialog z morzem sprawia, że wracam do swojej codzienności lżejsza, wypełniona spokojem i z poczuciem, że w czasie tej naszej rozmowy, ja i Bałtyk, zostałam wysłuchana, i że to, co przyniosłam w sobie i ze sobą nie było czymś obojętnym, ale zostało przyjęte, nadmiar odebrany, a moje życie przewartościowane. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Mój czas spędzany z morzem to czas dojrzewania i coraz głębszego poznawania siebie, odkrywania w sobie przestrzeni, o których istnieniu nie wiedziałam. To moje wzrastanie i wrastanie w miejsce, w którym odnajduję pełnię szczęścia. Mogę go dotknąć i poczuć. Otulić się nim jak zwiewną apaszką i zatrzymać przy sobie jak zamknięty w dłoni kamyk, który czymś do mnie przemówił i w jakiś sposób przekonał, by się po niego schylić. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Wrześniowe Dąbki to mój czas poszukiwania. Nie tylko słów, ale i samej siebie. To dni nasycania się morzem i bliskością ludzi, bez których nie byłoby mnie takiej, jaka jestem. 
Zamykam w sobie obrazy i chłonę to wszystko, czego tutaj doświadczam. Zapamiętuję dotyk wilgotnych słonych kropel na twarzy, i szczypiące smaganie piaskiem po odsłoniętych łydkach. Zanurzam stopy w wodzie, która wcale nie jest zimna, a potem długo stoję na brzegu, obserwując ptaki, moich mniejszych skrzydlatych braci, spokoju których staram się nie zakłócać. Jestem częścią świata, do którego i one należą. I pomimo tego, że nie potrafię latać, czuję, że moje skrzydła są uniesione wysoko, i że jestem wolna, ale nie wolnością bez granic, tylko tą, w której jest zaufanie i posłuszeństwo z miłości wobec Stwórcy, w dziele którego wszystko było dobre. 

Nasi mniejsi skrzydlaci bracia
Fot. Monika Anna Oleksa 

W bliskości morza poszukuję drogi, na której zostawię swój ślad. Trwały i dobry. W podjętej wędrówce zmieniam się poprzez doświadczenia, którymi życie uczy mnie żyć, i dzięki ludziom blisko mnie obecnym. Uczę się definiować siebie i rozwiązywać skomplikowane równania z niewiadomą. Wyciągam wnioski z codziennych lekcji i wykorzystuję każdą chwilę podarowanego mi czasu tak, by żyć pełnią, i by niczego nie żałować, gdy będzie już za późno. Jestem na tym świecie po coś i dla kogoś. Wciąż się uczę. I wciąż poszukuję, przystając w zachwycie przy wschodach i zachodach słońca, i tych wszystkich doskonałych szczegółach, które odnajduję w zwyczajnym, a jednak tak wyjątkowym życiu. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Morze daje mi wszystko, czego potrzebuję. Mruga do mnie porozumiewawczo iskrzącymi się w pomarszczonej i pofalowanej tafli diamencikami słonecznych promieni. Zaczepia rozbawioną falą i pozwala mi być widzem pełnego ekspresji spektaklu, na który bez znudzenia patrzę godzinami, z zastygniętym na uśmiechniętych ustach zachwytem i wdzięcznością za to, że mogę tego doświadczać. Być właśnie tu i wchłaniać w siebie to wrześniowe morze, jego szum, falowanie, ujawnianie i zakrywanie, i by poprzez słowa przekazać ten spokój, który jest we mnie dzięki tym chwilom bliskości z morzem mającym moc kojenia. Jak słowa, których poszukuję. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Monika Anna Oleksa 

niedziela, 10 września 2017

Wciąż mnie to zadziwia...

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

W cichym powiewie przychodzisz do mnie, Panie. W cichym powiewie szepczesz do mnie z czułością, obejmując mnie siłą swojej najdelikatniejszej miłości. Wciąż mnie to zadziwia z jaką subtelnością dotykasz mojego serca, i z jaką łagodnością wchodzisz w moje życie, pozwalając mi samodzielnie odkrywać te wszystkie obszary we mnie, których bez Ciebie nie jestem w stanie dotknąć ani zrozumieć. Każdego dnia uczysz mnie poznawać Ciebie. Prowadzisz mnie do miejsc i ludzi poprzez których łatwiej mi pojąć i rozeznać Twoją wolę, Panie, przeciw której tak często się buntuję. Dużo ode mnie wymagasz, ale stokroć bardziej mnie obdarowujesz. Każdego dnia dostaję od Ciebie tak wiele, a Ty otwierasz moje oczy każdego poranka ucząc mnie nieustannie, jak Cię dostrzegać i gdzie szukać. Ja wiem, że jesteś przy mnie nieustannie, i nawet na krok mnie nie odstępujesz, ale mam również świadomość tego, że przychodzą takie dni, gdy tak bardzo mi do Ciebie daleko...

Fot. Monika Anna Oleksa 

Jestem słaba, Panie, i tak ciężko mi odnaleźć w sobie te siły, które Ty mi dajesz. Uciekam w zasłonę mroku, oddzielając się od Ciebie milczeniem. Spuszczam wzrok i poddaję pędowi życia, znajdując tysiące wymówek usprawiedliwiających moją nieobecność przy Tobie. Choć tęsknię, oddalam się od Ciebie zamiast biec w Twoim kierunku, a Twój wizerunek, od wieków wpisany w ludzkie serce, zasłaniam bożkami, którym mniej lub bardziej świadomie oddaję cześć. 
Pozwalasz mi na to, bo dałeś mi wolną wolę. Pozwalasz mi dokonywać samodzielnych wyborów, poprzez które uczysz mnie odpowiedzialności. Niczego mi nie narzucasz i do niczego nie zmuszasz. Przyjmujesz mnie taką, jaka jestem, ze zrozumieniem wszystkich moich słabości jakim ulegam. Ostrzegasz mnie przed upadkiem, ale jak dziecku poznającemu świat po swojemu, pozwalasz mi się sparzyć na własnych błędach, z których wyciągam wnioski. Bywa jednak, że je lekceważę, i w swojej naiwności brnę dalej błędną drogą, obijając się o ostre krawędzie zła, które ranią. W takich chwilach mam do Ciebie pretensje. O to, że mnie zostawiłeś, że zmagam się z tym wszystkim sama, że dopuściłeś, aby w moim życiu wydarzyły się takie rzeczy, bolesne i tragiczne. Niechciane i nieproszone. Odbierające mi wiarę w sens życia i w... Ciebie. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Wciąż mnie to zadziwia, jak bardzo upominasz się o mnie, Panie. Szanujesz moją odrębność i decyzje, które podejmuję samodzielnie, naiwnie wierząc że jestem w stanie zapanować nad wszystkim; nie zostawiasz mnie jednak w chwili, gdy świat któremu zaufałam wali mi się na głowę. Ty nie odchodzisz wraz z tymi, którzy odwracają się do mnie plecami. Jesteś przy mnie, od początku do samego końca, pozwalając mi dostrzec Twoje święte oblicze w najcięższych dla mnie chwilach próby. Szukasz mnie wtedy, kiedy błądzę. Wskazujesz drogę w labiryncie bez wyjścia. Wspierasz, gdy słabnę i pomagasz powstać po upadku. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Jak Jeremiasza, uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść. Moją ufność złożyłam w Tobie bo wiem, że nigdy mnie nie zostawisz. Nigdy też nie pozostajesz obojętny wobec tego, o co z wiarą proszę. Uczysz mnie odkrywania Ciebie w świecie, w którym żyję, i w rzeczywistości, która mnie otacza. Każdego dnia zapewniasz mnie o swojej miłości, której nigdy mi nie odbierasz. Uczysz mnie słuchać tak, bym usłyszała. Otwierasz moje oczy, wskazując rozwiązania. Do samego końca walczysz o mnie, dając mi poznać siłę Twojej miłości. Bo Ty jesteś Miłością, Panie, a ja uczę się spoglądać Twoimi oczami na tych, których stawiasz na drodze mojego życia. W Tobie jest moja siła, i Ty odbierasz mi lęk, ucząc ufności i oddania wszystkiego Tobie, Ojcze. 
Oddaję Ci, Panie, to wszystko co jest we mnie. Ulecz mnie z wszystkich niedoskonałości, ucz rozpoznawania Twojej woli, i pobłogosław każdemu, przy kim mnie zatrzymujesz choćby na chwilę. Amen. 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
  

czwartek, 7 września 2017

Zapamięta tylko morze...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moje lato to zawsze czas wytężonej pracy twórczej. Co prawda jej owoce trafią do rąk Czytelnika dopiero w przyszłym roku, ale dziś uchylę rąbek tajemnicy... To obecnie powstaje... :) 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Najpierw poczuł zapach. Ostry, charakterystyczny, zapomniany. Zaraz potem gwałtowny podmuch wiatru smagnął go piaskiem po łydkach, kłując szczypiącymi drobinkami, które drażniły. Maks naciągnął na głowę kaptur, schował ręce do kieszeni i ruszył przed siebie pustą plażą. 
Wrócił, choć wcale tego nie chciał. Wszystko w nim buntowało się przeciwko temu miejscu, bez którego kiedyś nie umiał żyć. Ale nie potrafił też żyć w nim bez niej. 
Morze krzyczało. Odbierał ten krzyk bardzo osobiście. W nim też taki krzyk wzbierał przez trzynaście lat. Zagłuszał go, każdego dnia podejmując ciężką fizyczną pracę, która hartowała. Nie oszczędzał się pracując do takiego zmęczenia, po którym zasypiał natychmiast gdy tylko padł na łózko. Nie myślał, nie śnił i żył dniem dzisiejszym. Bez planowania jutra i spoglądania w przeszłość. Bez szarpiącego bólu wspomnień, które powyrywał z siebie z taką zaciętością, z jaką wyrywa się chwasty z zarośniętego ogrodu. Bez jej twarzy, której nawet we śnie nie pozwalał powracać. 
Miał nadzieję, że tak już zostanie. Wykreślił małą nadmorską wioskę rybacką z mapy świata. W jej miejscu pojawiła się jedynie biała, rozmyta plama, zupełnie niewidoczna z odległej Islandii. Jeden telefon zburzył wszystko. Cała misternie i z takim trudem wybudowana fortyfikacja runęła, pozostawiając Maksa bezbronnego wobec nadciągającej fali, z którą musiał się zmierzyć, choć zupełnie nie miał na to ochoty. 
Bałtyk witał go groźnym pomrukiem sztormu, jakby mierząc siły z mężczyzną, który niejednokrotnie rzucał wyzwanie życiu. Na opustoszałej plaży porozsiadały się mewy. Skulone w upierzone kłębuszki, powtulały dzioby w szare pióra, chowając je pod skrzydłami. Maks uwielbiał ich krzyk budzący go każdego ranka. Potrafił obserwować je godzinami, patrząc jak z wrzaskiem biją się o jedzenie wzajemnie wyrywając sobie z dziobów bardziej smaczne kąski, i jak śmiesznym kaczym chodem wędrują po piasku, pozostawiając na nim ślady kotwicy. Tylko mewa i rybitwa zostawiała po sobie takie odbicie małych nóżek, które kojarzyło się z kotwicą. Nic dziwnego, że te ptaki tak kochały morze i nie potrafiły bez niego żyć, pomimo surowych warunków. Maks był taki sam jak te mewy. Mógł żyć z dala od miejsca, w którym się urodził, ale potrzebował surowości i potęgi morza, bez którego usychał i dusił się jak ryba wyrzucona na brzeg. 
Nagły podmuch wiatru uderzył z taką siłą, że mężczyzna zgiął się, jakby kłaniając się morzu. W oddali zamajaczyły paliki oszlifowanego wodą i upływem lat falochronu. Nie zmieniały się, trwając w tym samym miejscu i wpisując się w jego krajobraz jako stały element. Maks wiedział, że na czwartym ich rzędzie idąc w stronę przekopu, można wypatrzyć czarne kormorany, wyróżniające się swoją majestatyczną dumą na tle pospolitych mew. Kiedyś lubił tu przychodzić i podpatrywać ptaki. Kiedyś właśnie tu po raz pierwszy pocałował Beatę. 
W jego kieszeni rozdzwoniła się komórka. Nie słyszał dźwięku zagłuszanego rykiem morza. Wyczuł jedynie wibrowanie. Wyciągnął rękę z kieszeni kurtki i sięgnął do dżinsów, z trudem wydobywając wysłużonego smartfona z popękanym wyświetlaczem. Wiedział, że w tym huku za plecami i tak niczego nie usłyszy, skręcił więc w stronę lasu, popychany wiatrem, który jakby nie mógł się zdecydować w jakim kierunku ma wiać. Wspiął się po wydmie i wszedł między sosny, odgradzając się od żywiołu, którego przez najbliższe dni nic nie było w stanie wyciszyć czy uspokoić. Sztorm dopiero się zaczynał i Maks czuł, że tak łatwo nie odpuści. 
Zdjął z głowy kaptur i wybrał numer, którego nie zdążył odebrać. Kobiecy głos zgłosił się po dwóch sygnałach. 
- Dzwoniłaś do mnie - rzucił w odpowiedzi na krótkie "halo" po drugiej stronie. 
- Lekarz prowadzący chce z tobą rozmawiać. Przyjedź jak najszybciej. 
- Daj mi pół godziny - odpowiedział i rozłączył się, nie tracąc czasu na czcze gadanie. 
Rzeczywistość, do której wrócił upomniała się o niego. Nie mógł już dłużej przed nią uciekać. Nadszedł czas, aby stawić jej czoło. 
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 3 września 2017

Chwytając Babie Lato

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Cicho, niepostrzeżenie i zupełnie z zaskoczenia nadszedł wrzesień. Zagadany w przyjacielskiej pogawędce z sierpniem, po prostu wszedł w naszą codzienność, ogrzewając się jeszcze w ostatnich promieniach letniego słońca. Wraz z nim przyszły zimne poranki i wieczory, nostalgia za minionym, i lekko nerwowe oczekiwanie tego, co przyniosą najbliższe dni i jak poukłada się nowy tydzień, coraz bardziej już zapracowany. 
Przez pouchylane okna wpadają fragmenty koncertów świerszczy, niezwykłych wirtuozów opowiadających dźwiękami o świecie którego są częścią, i o wpisanych w ten świat odwiecznych zmianach. Naturalne przejście jednej pory roku w drugą. Ciepło zastępowane stopniowo kolorami. Wczesny zmierzch i coraz późniejszy świt. Polecie zwiastujące jesień.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zapachy, kolory, dźwięki. Wśród nich ten rytmiczny, o zmiennej częstotliwości i różnym natężeniu, dźwięk kropel deszczu odbijających się od parapetów i szyb. Nie lubimy go czując, że deszczowe dni odbierają nam energię, spowalniają w działaniu, wybudzają tęsknotę i narzucają szary wilgotny płaszcz, zupełnie nie chroniący przed nieprzemakalnością. Ale są potrzebne nie tylko po to, by nawodnić przesuszoną ziemię, lecz głównie po to, aby obmyć i odnowić. Również nas. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Spróbuj zrobić coś, aby ten wrzesień był wyjątkowy i inny od poprzednich. Nie kojarz go jedynie z nadchodzącą jesienną nostalgią i końcem czegoś dobrego, i nie patrz na ten miesiąc przez pryzmat obowiązków, które znów narzuciły ramy naszej codzienności. Wszystko się zmienia, nie tylko pory roku, ale także i my, lecz te zmiany wcale nie muszą oznaczać czegoś gorszego. 
To prawda, że nie będzie już upalnego lata i beztroski urlopu oraz wakacyjnej spontanicznej radości, ale za to powietrze będzie pachniało dymem ognisk z pieczonymi ziemniakami, a świat już niedługo poubiera się w kolory, wobec których nikt nie jest w stanie przejść obojętnie. Wrzesień to babie lato z cieniutkimi nitkami pajęczyn wplątującymi się we włosy, dorodnymi grzybami w lasach, intensywnym zapachem poranków i mgłą unoszącą się ponad łąkami. To także dobry czas na odkrywanie i eksperymentowanie z paprykowo-cukiniowymi smakami, dyniowo-marchewkowymi wypiekami, gruszką i śliwką zanurzoną w occie, i jabłkami wypełniającymi dom zapachem piekącej się szarlotki z cynamonem. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Letnie spacery wyciszają, wrześniowe energetyzują i dotleniają. Wrzesień przynosi nam tyle możliwości. Rozkłada je przed nami jak talię kart i pozwala wybrać te najbardziej odpowiednie. 
Daj mu się uwieść i nie odwracaj się do niego plecami ze skwaszoną miną. Nie narzekaj, że lato się skończyło, tylko przyjmij z wdzięcznością to, co się przed tobą otwiera. Wypij kawę na balkonie lub tarasie, wybierz się w weekend w miejsce w twojej okolicy, które lubisz odwiedzać lub w którym rzadko bywasz, choć jest blisko. Skuś się na coś zupełnie nowego. Odwiedź Kazimierz Dolny nad Wisłą albo Kazimierz krakowski. Zaskocz siebie czymś spontanicznym i nieplanowanym. Wybierz się na spacer nad Wisłą - w Kazimierzu, Puławach, Dęblinie, Krakowie, Warszawie, Sandomierzu, Gdańsku, Toruniu, Chełmnie, Grudziądzu, Tczewie, Płocku lub Włocławku. Upiecz szarlotkę i zaproś na nią kogoś, z kim dawno już nie rozmawiałaś. Zadzwoń do przyjaciółki i umów się na spotkanie. Kup sobie książkę, którą umilisz wrześniowy wieczór, posłuchaj muzyki, która cię wyciszy, zaparz dobrej herbaty, w której ukryty jest smak dobrego życia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Chwytaj babie lato, otul promykami, których jesień również nie skąpi, i w każdym z nadchodzących dni postaraj odnaleźć choć jeden drobny szczegół, który sprawi ci radość i dzięki któremu poczujesz, że twoje życie ma sens. Ucz się cieszyć jesienią, doceń wrześniowe dni i wpuszczaj do swojego życia kolory, czyniąc je z dnia na dzień piękniejszym. 
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Post dedykowany Bożence Łabuz... Z przytuleniem...   

wtorek, 29 sierpnia 2017

Z gościną w Domu Kuncewiczów

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W piękną, letnią i jeszcze tak bardzo wakacyjną sobotę, 26 sierpnia, spełniło się jedno z moich przechowywanych od dawna w sercu marzeń - miałam zaszczyt być gościem Domu Kuncewiczów i własnie tam, na tarasie, w przepięknym otoczeniu, spotkać się z Czytelnikami, których przyciągnął "Spacer nad rzeką". 
Do Kuncewiczówki, prawdziwego domu z duszą, przyjechałam na zaproszenie pani Moniki Januszek-Surdackiej. Ona również, w niezwykle ciekawy sposób, poprowadziła moje spotkanie autorskie, które przerodziło się bardziej w serdeczną rozmowę niż typowe spotkanie z autorem. 

Pani Monika Januszek-Surdacka, dziennikarka, kierownik Muzeum DK


W niezwykłym anturażu, w towarzystwie ptaków, zająca i wyjątkowych Czytelników, zarówno mieszkańców Kazimierza, jak i gości, rozmawialiśmy nie tylko o warsztacie pisarskim, wenie, bohaterach i pomysłach na książkę, ale i o literaturze kobiecej, i romansie jako jednym z gatunków, wzbudzającym wśród czytelników sprzeczne emocje. 
W domu, w którym na każdym kroku czuć było namacalną wręcz obecność Marii i Jerzego Kuncewiczów, nie mogło zabraknąć refleksyjnego zatrzymania przy marzeniach i skrzydłach, zasłuchania w siebie i w pragnienia poukrywane głęboko w sercu, których nie wolno tam pozostawiać. Każda podjęta droga zmierzająca do ich realizacji, doprowadza do ludzi i miejsc, których nie poznamy, jeśli nic nie zrobimy. Bierność nie wniesie w nasze życie niczego wartościowego, spowoduje jedynie, że kurz codzienności osiądzie na człowieku, przysłaniając światło i kolory. Każdy z nas dostał jakiś talent i prawo do marzeń. Żaden człowiek nie jest tak po prostu zwyczajny, nijaki, nie mający nic, co wzbudziłoby czyjś zachwyt. Często jednak zagłuszamy w sobie pragnienie sięgnięcia po marzenie, bo wydaje nam się, że tak jest bezpieczniej. Dla nas lub dla naszych bliskich. Rezygnujemy z podjęcia walki o swoje skrzydła, po jakimś czasie zapominając, że w ogóle je mamy. Sami siebie pozbawiamy smaku życia, odsuwając się na bok i nie dostrzegając, jak wiele ma nam do zaoferowania każdy pojedynczy dzień. A on zawsze przynosi małe cuda codzienności, które zauważyć potrafi jedynie ten, kto patrzy uważnie, dostrzegając drobiazgi. 





   




Popołudnie spędzone w towarzystwie niezwykłych Czytelników w Kuncewiczówce było prawdziwą magią. Jak zaczarowana chłonęłam wszystkie słowa, zapisując je w pamięci i starannie wkładając do mojej szkatułki niezapomnienia. Dzieląc się sobą, otrzymałam w zamian taki ładunek dobra, serdeczności i wewnętrznego bogactwa ludzi, których tego dnia spotkałam, że nie mogę tego zatrzymywać dla siebie, i chcę to przekazywać dalej. W swoich książkach i myślach utrwalanych na blogu, w słowach zebranych do słów na moim profilu Facebook'owym, w rozmowach i bardzo osobistych spotkaniach z ludźmi, których nieustannie odkrywam, i w obecności, nawet bez słów przy tych, którzy tej obecności potrzebują. 
Moje serce rosło, gdy słuchałam ludzi opowiadających mi o  swoim Kazimierzu. Doskonale rozumiem zachwycenie tym miasteczkiem państwa Ewy i Daniela, i ich chęć powrotów tutaj dwa razy w roku. Wiem, co urzekło panią Beatę i dlaczego pani Aldona z Poznania zaczyna dzień od lektury Kazimierskiego Portalu Internetowego. Wzruszyła mnie pani Ilona z Wrocławia, która przyjechała na spotkanie z Kazimierzem i ze mną po lekturze "Spaceru nad rzeką", rozbawiła opowieść o tym, jak pani Elżbieta, mieszkanka Kazimierza, zastanawiała się, która to aptekarzowa w Kazimierzu ma dwóch synów (Joanna Rybicka :D); zadziwiła informacja o fryzjerce Wioli, którą to postać podpowiedziała mi wena, a która istnieje naprawdę i można się ostrzyc właśnie u pani Wioli w Kazimierzu! :D. Zaszczyciła mnie również obecność pani Moniki Kubiś-Arbuz, Katarzyny Barton, pani Izy Dreszer, pana dyrektora Mirosława Korbut z małżonką:), Ani i Jurka Gowinów, Marty Rodzoch, oraz pani redaktor Anny Ewy Soria. Każdemu z osobna serdecznie dziękuję za możliwość osobistego spotkania w  tak niecodziennym miejscu, jakim jest Dom Kuncewiczów.    








Sam dom przyjął mnie i Marcina przyjaźnie. Przyznam, że przeszedł nam po plecach zimny dreszcz, gdy dowiedzieliśmy się, że mamy spędzić noc w muzeum sami, tylko we dwoje  w tym dużym, starym domu. Wracaliśmy z wieczornego spaceru nad Wisłą z lekkim niepokojem, zadając sobie pytanie, co się wydarzy w nocy? Pani Monika Januszek-Surdacka pożegnała nas ze słowami, że ten dom lubi pokazać kto tu rządzi. Nic więcej nie chciała powiedzieć, poprosiła tylko o zdanie relacji z wrażeń po przespanej (lub nie!) nocy. 
"W 1936 roku, kiedy dom stanął i nareszcie, wyniesiona ponad drzewa mogłam patrzeć na rzekę, na farę, na basztę, na wzgórze Trzech Krzyży i na przyszłość... (...)" - pisała Maria Kuncewiczowa o swoim ukochanym domu w Kazimierzu. W nim spędziła wraz z mężem, Jerzym Kuncewiczem, najpiękniejsze przedwojenne lata, on również stał się miejscem stałego zamieszkania Kuncewiczów po ich powrocie z emigracji w 1962 roku. (Maria Kuncewiczowa. Świadectwo XX wieku. Wydawnictwo Lubelskie).  
Jakże więc dom z taką historią zapisaną w jego ścianach, nie chciałby poopowiadać nam o sobie, wykorzystując letnią noc i uwagę słuchaczy, którzy byli nim zafascynowani.  Nie zrobił jednak tego, usypiając wszelkie dźwięki. Nawet drewniane schody nie zaskrzypiały ani razu po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi pokoju Basi. Nie odezwało się pianino, ani nie zastukała maszyna do pisania. Nikt nie przechadzał się po uśpionych pokojach i nikt nie dał nam do zrozumienia, że jesteśmy tam intruzami, choć obecność nieobecnych była mocno wyczuwalna. Odsunięte w kuchni krzesła do rana pozostały w tym samym miejscu, nic się nie pobiło i nic złowieszczego nie wydarzyło, być może dlatego, że oboje z Marcinem od samego początku weszliśmy do tego domu z wielką pokorą, nie narzucając mu siebie i przyjmując z wdzięcznością to, co nam zaoferował. Uszanowaliśmy pamięć  o dawnych mieszkańcach odmawiając za nich dziesiątek różańca, i dziękując za to, że zechcieli się tym domem i jego duszą z nami podzielić. 


Fot. Marcin Piotr Oleksa




Urocze spotkanie w Domu Kuncewiczów zaowocowało nie tylko podjętą wspólnie inicjatywą zorganizowania w Kazimierzu "bombkowego" i "jajcowania", ale i nawiązanymi znajomościami, które nie są na chwilę. Mając możliwość spotkania tak fantastycznych kobiet, które spędziły to sobotnie popołudnie razem ze mną, z milczącą, ale wyczuwalną obecnością tej najważniejszej, Marii Kuncewiczowej, grzechem byłoby przejść obok nich obojętnie, wracając jedynie wspomnieniem do tego, co się zadziało na magicznym tarasie Kuncewiczówki. Wiem, że będę wracać do Kazimierza jeszcze częściej niż dotychczas i dotrzymam obietnicy, którą złożyłam nie tylko Czytelnikom, ale i samej pani Marii Kuncewiczowej w noc, w którą przyjęła mnie w swoją gościnę. Będzie kolejna książka z malowniczym Kazimierzem nad Wisłą w tle, na kartkach której pojawi się i Dom Kuncewiczów, i sama Maria Kuncewiczowa, a obok niej zwyczajni mieszkańcy Kazimierza, których zamierzam bliżej poznawać w czasie pracy nad nową książką :). 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Relacje ze spotkania w Domu Kuncewiczów: Anna Ewa Soria - Kazimierski Portal Internetowy
Monika Januszek-Surdacka

Przy biurku Marii Kuncewiczowej