niedziela, 23 kwietnia 2017

Krew potrzebna od zaraz


Wyobraź sobie, że najbliższa ci osoba, ktoś, kogo kochasz bezwarunkowo i dla kogo gotów jesteś poświęcić własne życie, trafia do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Życie tej osoby może uratować tylko jeden lek, najdroższy i najcenniejszy, którego nie da się wyprodukować w żadnym laboratorium. Lek, który jest darem człowieka dla człowieka. Ludzka krew. 
Wyobraź sobie, że z niecierpliwością odmierzasz minuty i liczysz sekundy, czekając kiedy krew dotrze do chorego czy potrzebującego, siedząc przy szpitalnym łóżku i zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Ale nie jest dobrze, bo krew nie dociera. Niecierpliwisz się, krzyczysz na lekarzy i zaczynasz wygrażać Panu Bogu, i jedyne co możesz usłyszeć to współczujące: "Przepraszam, ale nie mam już krwi w banku. To, co mieliśmy, już się wyczerpało, tej krwi po prostu nie mamy.".
"Jak to nie macie?! Zróbcie coś! Ściągnijcie skądś! Ratujcie!". 
"Przykro mi. Nie mamy więcej zapasów krwi. Wszystkie się wyczerpały. Jest wiele ludzi potrzebujących, a tak mało tych, którzy chcą się swoją krwią podzielić. Brakuje nam krwi, brakuje dawców. Przykro mi.". 


Tegoroczna Wielkanoc miała dla mnie szczególny wymiar. Spędziłam ją przy szpitalnym łóżku mojej mamy, uprzedzona przez lekarzy, że kolejnych wspólnych świąt najprawdopodobniej już nie będzie. Za słabe serce, niewydolność oddechowa, a do tego rzadki przypadek wykrzepicy, nie wiadomo skąd i dlaczego. I nerki, które nagle odmówiły pracy. Nie wiadomo jak leczyć, skoro nie ma jednoznacznej diagnozy. Błądziliśmy we mgle. I czekaliśmy. Na cud. Na koniec. Na słowa, trwając wraz z Nadzieją przy mamie podłączonej do tylu pomp i urządzeń, że samo patrzenie na to przeraża. 
To nieprawda, że w święta w szpitalu nie ma właściwej opieki. To nieprawda, że pacjenci zostawieni są sami sobie, i nikt się nimi nie zajmuje. Siedząc przy łóżku mamy widziałam z jakim zaangażowaniem zarówno dyżurni lekarze, jak i pielęgniarki i panie salowe czuwali nad pacjentami. Widziałam uśmiech na ich twarzach i bijącą od nich pogodę, a także prawdziwą chęć pomocy, pomimo zmęczenia. To nie jest łatwa praca, wymaga naprawdę ogromnego poświęcenia, cierpliwości i humanitaryzmu szanującego godność każdego człowieka, bez względu na to, jaki by nie był, jak by nie wyglądał i jak bardzo niedołężny w ludzkiej słabości by był. Patrząc na to wszystko i pomagając własnymi rękami tak, jak potrafiłam, chciałabym wykrzyczeć, że to cholernie niesprawiedliwe wynagradzać przerzucających papierki prezesów tak hojnie, a pielęgniarki, położne i salowe traktować tak, jakby były gorszym sortem człowieka, automatem do seryjnej opieki nad pacjentem, który tej opieki naprawdę potrzebuje. 
Od Wielkiego Piątku częściej przebywam w szpitalu niż w domu. Przez cały ten czas nikt nie dał mi do zrozumienia, że czegoś ode mnie oczekuje. Nikt nie zaniedbał czy gorzej potraktował mojej mamy dlatego, że nie dostał "wyrazu wdzięczności". Nie potrafię znaleźć słów uznania i ogromnego szacunku dla tych wszystkich wspaniałych ludzi, których tam spotkałam, i którzy naprawdę z oddaniem walczą o życie mojej mamy. 
Nie potrafię również znaleźć słów, którymi można by podziękować tym wszystkim cichym bohaterom, najczęściej anonimowym i niezauważalnym, dawcom krwi, dzięki którym czyjeś życie może być uratowane, bo dzieląc się, nie tracę, ale ktoś inny zyskuje. Życie. Tej krwi w bankach i stacjach krwiodawstwa wciąż jest za mało. A ludzie wciąż jej potrzebują. Codziennie. Codziennie ktoś ulega wypadkowi. Codziennie ktoś walczy o życie. Wyobraź sobie, że to ktoś bliski, dla kogo akurat tej krwi zabrakło...  


Owocem tych Świąt Wielkiej Nocy, spędzonych inaczej niż wszystkie dotychczas, jest decyzja podjęta przez naszą rodzinę. Nakłonił nas do niej mój prawie już pełnoletni syn. Chcemy spłacić dług zaciągnięty na ratowanie życia mojej mamy, bez względu na to, czy mama wygra tę nierówną walkę. Chcemy się podzielić tym, co najcenniejsze zaraz po sercu wiedząc, że to co podzielone, wraca zwielokrotnione. 
A ty, jaką decyzję podejmiesz? Nie musisz zostawać od razu honorowym dawcą krwi, ale choć raz podziel się tym, co nic cię nie kosztuje. Nie pozostawaj obojętny sądząc, że ciebie to nie dotyczy, bo nikt z nas nie wie, co życie nam przyniesie. Kiedyś wobec ciebie, ktoś też może pozostać obojętny, a ty możesz usłyszeć: Przykro mi... 


Krew potrzebna od zaraz! Podejmij "challenge krwiodawcy". Podziel się na moim facebookowym  profilu swoim "krwio-selfie" lub jakimś sygnałem, że przystąpiłeś do "krwio-wyzwania". Namów tych, z którymi spotykasz się codziennie i zapełnijmy razem banki krwi, tak, aby żaden szpital nie usłyszał nigdy: "Przykro mi, brakuje krwi..."
A jeśli czyjaś krew uratowała kiedyś ciebie lub kogoś ci bliskiego, napisz mi o tym i zostaw swój ślad w krótkim świadectwie gdziekolwiek - na facebooku, blogu lub przez maila: monicao.jesienna@gmail.com. 
Razem naprawdę możemy wiele, więc podaj to dalej i podziel się, bo krew potrzebna od zaraz, codziennie!
Monika A. Oleksa     




sobota, 8 kwietnia 2017

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak

Fot. Marcin Twardowski



Paweł Rosak, muzyk, wokalista, kompozytor i producent. Jego najnowsza płyta "Who Knows" to album doskonały, będący wielowątkową historią, która pozostawia w słuchaczu niedosyt i pragnienie kontynuacji tej przygody, do której zaprasza nas jej twórca. "Who Knows" - KLIK . Z wielką przyjemnością zapraszam na rozmowę z Artystą. 

Monika A. Oleksa: Urodzony w Warszawie, wychowany w Warszawie i Londynie, a obecnie mieszkający w Maladze, obywatel świata. Czy miejsca, którymi przesiąkamy, determinują w jakiś sposób pracę artysty, otwierając go na konkretne wzorce kulturowe, czy też ta różnorodna mieszanka, jaką można usłyszeć na Pana najnowszej płycie "Who knows", to wynik muzycznych fascynacji i poszukiwań, bez względu na miejsca, z którymi jest Pan związany?

Paweł Rosak: Z całą pewnością miejsca w których żyjemy ze swoim kolorytem, aurą, estetyką, historią, ludźmi, tradycją i energią mają przemożny wpływ na to kim jesteśmy, a więc i na naszą ekspresję i nasze kreacje. Ze szczególnym naciskiem na energię. Każde miejsce ma swoją specyficzną energię i to ona w znacznej mierze dostarcza paliwa i inspiracji i wpływa na stan naszego ducha, wrażliwość  i ogląd rzeczywistości. Jak myślę o wpływie miejsca na kreacje muzyczną, zawsze przywołuję przykład Nowego Jorku i Los Angeles. Dwa ogromne centra kultury muzycznej, między którymi wielkie różnice przypisuję właśnie bardzo różnej energii i aurze. Muzyka West Coast, czyli słonecznej Kalifornii, ma zupełnie inną energię od tej pochodzącej z Nowego Yorku. Mówi się o brzmieniu West Coast zarówno w jazzie jak i popie, czyli ponadgatunkowo. Zresztą nietrudno dopatrzeć się podobieństw w muzyce ciepłego i słonecznego południa w wielu krajach tej  samej szerokości geograficznej i nawet na różnych kontynentach, co tylko potwierdza tezę o przemożnym wpływie energii miejsca na kreację.  
Moje osobiste doświadczenie też pokazuje, jaką moc mają miejsca którymi przesiąkamy, bo sam widzę ewolucję, która się dokonała na przestrzeni lat w mej wrażliwości i myśleniu, które kształtują ekspresję i kreację. Oczywiście muzyka, jako język ponad barierami geograficznymi, dociera wszędzie i może inspirować każdego w każdym miejscu na świecie, ale jak nakłada się na to energia konkretnego miejsca, efekt jest o wiele bardziej intensywny i głęboki. Jestem świadomy, że do mojej wrażliwości, nazwijmy polsko-słowiańsko-romantycznej spod znaku płaczącej wierzby, doszlusowały po drodze elementy tradycji i wrażliwości brytyjskiej, celtyckiej i dalej północno-amerykańskiej, by domknąć się w ostatnich latach smakami południa, które chyba organicznie są mi najbliższe, a na pewno najcieplejsze. Dlatego postrzegam to co jest na ostatniej płycie jako fuzję wielu elementów, gatunków i inspiracji przetworzonych na własny język, własną opowieść. I to mnie cieszy i kręci najbardziej. 

Monika A. Oleksa: We współczesnym świecie przesytu, gdzie nowe albumy powstają w trzy miesiące, a książki pisze się w dwa tygodnie, poświęcenie tak dużo czasu na dopieszczanie jednej płyty wydaje się czymś zaskakującym i z pozoru niezrozumiałym. A jednak doskonałość wymaga tego czasu, o czym świadczy efekt. Kiedy powstała myśl o nagraniu tej autorskiej płyty, i w jaki sposób dojrzewała? 

Paweł Rosak: Płyta "Who Knows" to moja trzecia płyta solowa i autorska. Ale jest faktycznie najbardziej autorska i osobista z tych trzech, bo od początku do końca zrealizowałem na niej swoją wizję w każdym aspekcie, detalu i wymiarze jako producent, aranżer, kompozytor, autor i wykonawca, co wcale nie było tak proste i oczywiste jak mogłoby się wydawać. Tym razem udało mi się dopieścić każdy szczegół i element tej kreacji jak nigdy dotąd. Nie tylko dlatego, że zdołałem pozyskać wszystkich dodatkowych wymarzonych "aktorów", czyli genialnych artystów/muzyków. których wrażliwość tak bliska mojej tak piękne dopełniła moją wizję wyjściową, ale też dając sobie czas i przestrzeń bez ograniczeń na spełnienie tej wizji. Zdałem się całkowicie na swoją intuicję i wrażliwość i za nimi podążyłem. Nie oglądałem się na innych i nie wsłuchiwałem w żadne głosy z zewnątrz. Nie patrzyłem na mody i nie zerkałem na to co akurat jest na fali, by nie sprzeniewierzyć się swojej własnej maksymie, która brzmi "Rób swoje i mów swoją prawdę, jaka by ona nie była".  I tak właśnie się stało. Wielka satysfakcja ogarnąć ten projekt nie tylko artystycznie, ale i organizacyjnie, logistycznie. Klepię się tu po własnym ramieniu :).  
Sam proces nagrywania i realizacji trwał około roku, ale utwory wybrane na płytę były pisane na przestrzeni lat. Pisanie i komponowanie to praca, która nie ma początku ani końca, i odbywa się gdzieś w podświadomości, świadomości i pomiędzy nimi cały czas, więc można zaryzykować twierdzenie, że taka muzyka powstaje całe życie..., i wcale nie jest to słowne nadużycie...,  i nawet mi się zrymowało :).   
A co do wytworów współczesnej popkultury czy raczej produkcji fastfoodowych produktów, z indywidualizmem i kreacją twórczą nie mającymi wiele wspólnego, mogę tylko powiedzieć, że ubolewam nad tym bardzo, ale wpisuje się to w ogólny trend zubożenia kulturowego i merkantylizmu, który dotyka i przenika wszystkie sfery naszego życia.  Muzyka nie jest tu niestety chlubnym wyjątkiem. 

Fot. Michał Oleksa 

Monika A. Oleksa: W literaturze, niestety, też to widać, ze szkodą dla naprawdę dobrych książek, po które potem zniechęcony papką czytelnik w ogóle nie chce sięgać. Jaka muzyka Pana kształtowała i co wpłynęło na wybór takiej drogi życiowej? W jaki sposób pasja stała się sposobem na życie? 

Paweł Rosak: Muzyka, odkąd  pamiętam, była moją miłością, pasją i treścią wypełniająca każdy dzień życia. I tu nic się nie zmieniło. To bodaj jeden stały i pewny element mego życia, który nigdy nie zawodzi... Myślę, że dusza potrzebuje muzyki tak jak ciało chleba i wody, a tu, w Hiszpanii, wina czy sangrii. Muzyka to wysokie wibracje, które nas wypełniają i dotykając wszystkich strun naszej psyche, rezonują, wywołując emocje od najgłębszego wzruszenia i smutku do ekstatycznej radości.  Nic poza muzyką nie ma takiej mocy, by przenosić nas natychmiast w inne miejsca, w inny czas, i inne stany emocjonalne. To jest cudowne narzędzie, dzięki któremu wszędzie i zawsze mamy dostęp do mistyki i duchowości, którymi ona sama jest wypełniona. Jest też najlepszym remedium na wszelkie przypadłości duszy. 
Miałem szczęście od małego słuchać różnej muzyki, od klasycznej do popularnej. Jak sam zacząłem muzykować grając na pianinie, ciągnęło mnie bardziej do tej ostatniej. Jako nastolatek zacząłem komponować pierwsze piosenki, ale dopiero w Londynie, jako student, zacząłem muzykowanie traktować poważnie. Grywałem regularnie  i występowałem w wielu klubach i wine barach znanych z muzyki live. Poznawałem lokalnych muzyków i dawałem  się poznać innym. O całkowitym oddaniu się tej pasji zadecydowały ostatecznie propozycje współpracy od wielkich postaci świata muzyki, które ku mojemu ogromnemu zdumieniu pojawiły się nagle na mojej drodze. To były przysłowiowe oferty nie do odrzucenia :).  Myślę tu o legendarnym Ben E. King'u, wykonawcy i kompozytorze klasyka "Stand by me" i innych hitów, i brytyjskiej gwieździe Gerry Rafferty'm, twórcy nieśmiertelnego "Baker Street" czy "Stuck in the middle with you". Nawet w najśmielszych snach nie mógłbym wyśnić takiego scenariusza. 

Monika A. Oleksa: Jak wygląda codzienność Pawła Rosaka? 

Paweł Rosak: Bardzo trudno jest mi opisywać codzienność, gdy jest ona pozbawiona tzw. rutyny. Jeden stały element każdego dnia to coś, co nazywam przystankiem, zatrzymaniem myśli i świadomym skupieniu się na tym co pozytywne, piękne, frapujące i inspirujące, a co tak łatwo umyka nam gdy tylko biegniemy przed siebie realizując swój program i cele. Temu służy choćby codziennie wypita cafe poza domem, gdzieś w kafejce czy barze. Okazja na refleksje, wyciszenie i rodzaj medytacji,  w której samo picie kawy jest tylko pretekstem. Często łączy się z lekturą lokalnej prasy czyli darmową lekcją hiszpańskiego, i wzbogacenie się o wieści z dziedziny sztuki, polityki, sportu w formie, która jest mi bliższa i nieporównanie przyjemniejsza od przeglądania newsów w Internecie. Tu jestem bardzo oldschoolowy. 

Monika A. Oleksa: Odkrywam w Panu coraz więcej siebie :) Również jestem oldchoolowa i zupełnie nie pasuję do tej epoki :). Porozmawiajmy o muzycznych zachwyceniach i fascynacjach Pawła Rosaka, muzyka, wokalisty, kompozytora, i o tych, którzy stali się przewodnikami i mistrzami w świecie muzyki. Kto był na początku i jak te muzyczne gusta się kształtowały? 

Paweł Rosak: To temat rzeka i jako taki nie da się ująć i ogarnąć w paru słowach.  To rzeka, która nadal płynie i przynosi coś nowego i niech tak będzie zawsze. Fascynacji było wiele i niektóre z nich przetrwały próbę czasu. Tak jak dobra muzyka, która jest ponadczasowa, czy może istnieje poza czasem i poza geografią. Zawsze bardzo trudno jest mi dokonywać klasyfikacji i ocen w sztuce i to nie tylko w muzyce. Oceniać artyzm i jego owoce  to bardzo arbitralne, trochę aroganckie i najczęściej bardzo subiektywne zajęcie. Ale pewne postaci były oczywiście bliższe i bardziej wpływowe od innych. Myślę, że wiąże się to wyłącznie z rodzajem wrażliwości, która jest bliższa, a nie z żadnymi obiektywnymi kryteriami oceny. I tak pamiętam jak od dziecka poruszała mnie do głębi muzyka naszego Chopina, a potem nagle powaliły mnie dźwięki Ray Charlesa, śpiewającego "Georgia" z młodziutkim Stevie Wonderem, którego harmonijka trafiała w serce jak strzała Kupidyna. To była miłość od pierwszego "słyszenia". Był Hendrix, Led Zeppelin, Clapton, Genesis, Chicago... i nagle pojawił się w moim życiu jazz i już w nim został na zawsze. Pamiętam piorunujące wrażenie, gdy pierwszy raz usłyszałem niedawno zmarłego Al Jarreau.  To był inny wymiar, mój prywatny kosmos. Al stał się moim guru i maestro. Dołączyli do niego wkrótce później George Benson, Marvin Gaye, Michael Franks, Steely Dan, Stan Getz, Keith Jarrett, Miles Davis, Pat Metheny, ale i Sting,  Jonni Mitchell czy Michael McDonald. Długa lista bo wspaniała muzyka niejedno ma imię. I w tym również tkwi jej piękno. Dziś wiem, że najważniejsza w twórczości jest prawda i własny "głos". Mam na myśli własną indywidualną formę i treść przekazu. To najtrudniejsze, bo naśladowców i klonów jest bez liku. To chyba największy problem naszej cywilizacji i kultury, którą ona produkuje. Ale to już odrębny temat. 

Monika A. Oleksa: Aż mnie korci, żeby o tym z Panem porozmawiać, bo w zupełności się z Panem zgadzam. Wróćmy jednak do muzyki, jaki rodzaj jest Panu najbliższy?

Paweł Rosak:  Najbliższa jest mi muzyka, która porusza moje serce i rezonuje w mojej duszy. Nie jest to kwestia gatunku ani stylu, raczej czegoś, co nazwałbym prawdą, autentyzmem, głębią  i szczerością. Może być prosta lub bardzo wyrafinowana, ale musi płynąć ze źródła, z serca, duchowości, a nie tylko z umysłu. Nie potrafię tego inaczej ująć, bo to bardziej czuję niż ogarniam intelektualnie, ale tak właśnie jest. Słuchając dobrej  muzyki czuję ją każdą komórką ciała i każdym zakamarkiem duszy. Niejednokrotnie sprawia, że czuję się jakby lżejszy i lepszy, bogatszy i mądrzejszy. Chyba najlepszym sprawdzianem muzyki jest to jak opiera się upływowi czasu. On weryfikuje jej wartość i wagę jak nic innego. Sprawia mi niesłychaną radość słuchać dziś czegoś co, zachwyciło mnie lata temu i mówić sobie, hmmm... nie pomyliłem się wtedy, to po prostu genialna muzyka.  Naprawdę wielcy artyści są jak najlepsze wino, i czy jest to jazz, bossa nova, soul, pop pozostaje bez znaczenia. 
W kategoriach czystej estetyki najbliżej mi do bossa novy, smooth jazzu ( choć nie lubię tego określenia i niektórych jego konotacji), soulu  i brzmień West Coast. 

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa: Jak zaczyna się przygoda z taką wielowątkową historią jak ta, zapisana i utrwalona dźwiękami na płycie "Who knows"? 

Paweł Rosak: Każda płyta, którą nagrywam i wydaję jest próbą swoistego remanentu, podsumowania tego gdzie i kim jestem na danym etapie podróży przez życie, ze wszystkimi jego wątkami. Nowy album nie jest tu wyjątkiem. W czasach, kiedy jesteśmy zalewani banałem, kopiami lub podróbkami, stereotypami i zrecyklingowanymi frazesami, jeszcze bardziej warto i trzeba stawiać na jakość, szczerość, prawdę, indywidualizm i uczciwość. Tylko one się bronią. Mam nadzieję, że na "Who Knows" to mi się w jakimś stopniu udało. 

Monika A. Oleksa: Lulo Perez, Hugh Burns, Gary Meek, Oscar Castro Neves, i wiele innych. Jak pracuje się z takimi nazwiskami? 

Paweł Rosak: Za tymi znanymi i rozpoznawalnymi dla wielu nazwiskami kryją się wspaniali, wrażliwi ludzie i genialni artyści, których największą pasją, jak i w moim przypadku, jest muzyka. Oczywiście każdy ma swoją niepowtarzalna osobowość i styl bycia i pracy, ale w studio jedyne co się dla nich liczy, to wnieść swoją wrażliwość, kunszt i wirtuozerię w proces nagrywania tak, by nimi wzbogacić utwory, nad którymi pracują. Jestem niesłychanie wdzięczny i szczęśliwy, że wzięli udział w tym projekcie i zostawili swoje niepowtarzalne ślady już na zawsze w moich utworach. Myślę, ze ich piękna energia i entuzjazm emanują z tych nagrań. Po angielsku mówi się na to "labour of love", czyli praca z miłości i wykonana z miłością. I tak właśnie było. Prawdziwi przyjaciele nie zawodzą. 

Monika A. Oleksa: Pięknie powiedziane. Słuchając Pana, aż przeszedł mnie dreszcz. Poczułam tę energię! Zawsze mnie fascynowało to, jak powstaje utwór. Ja łapię odpowiednie słowo, Pan chwyta dźwięk. Jak on się pojawia i przez jaki proces prowadzi? 

Paweł Rosak: Tu nie ma reguł. Bywało, że utwory mi się literalnie przyśniły, i jak się obudziłem, słyszałem je w głowie... ale zwykle rodzą się przy klawiaturze, jak zasiadam przy niej i sobie improwizuję i nucę pod nosem. Czasem przychodzą w kawałkach czy fragmentach, a czasem jako całość. Teksty natomiast to zwykle mozolna, czasem wręcz syzyfowa praca, bo najczęściej piszę je do konkretnych melodii, więc musza mieć już konkretna formę, kształt i długość ( ilość sylab, etc). Bywa też, że piszę tekst lub jakieś linijki tekstu, do których potem powstaje muzyka. Ale to u mnie akurat rzadsze przypadki. Tzw. cyzelowanie tekstu trwa czasem całe wieki, a i tak podczas wgrywania wokalu nawet te ostateczne wersje jeszcze zostają zmienione. Słowem, każdy utwór/piosenka ma swoją niepowtarzalną historię, i jak dotąd, nie mam żadnego patentu na to, jak urodzić piękne dziecko-kompozycję wraz z cudownym tekstem. Ale może to właśnie urok tworzenia nowego od zera, wraz z jego niezgłębioną tajemnicą?

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa: Paweł Rosak to obywatel świata. Posługuje się Pan biegle polskim i angielskim. Jakimi jeszcze językami Pan mówi?  

Paweł Rosak: Myślę, że wszyscy jesteśmy obywatelami świata, tylko wielu z nas z różnych powodów nie chce, czy nie potrafi tego zaakceptować. Mnie akurat wyjątkowo pasuje takie określenie i podpisuję się pod nim obydwiema rekami :).  Słowo Europejczyk wcale nie brzmi w moich uszach gorzej niż Polak. Ale to już inne dywagacje. Jeśli chodzi o języki, znam obok angielskiego i polskiego, hiszpański i francuski. Komunikuję się też po rosyjsku i niemiecku, choć tu z większymi oporami materii...

Monika A. Oleksa: Skąd pomysł na Malagę? Co takiego to miejsce ma w sobie, że tam odkrył Pan swoją przestrzeń i zadomowił się na dobre?

Paweł Rosak: Od kiedy pamiętam, marzyły mi się zawsze lazurowe tafle morza z górami w tle i słońcem nad głową.  To jakaś atawistyczna potrzeba. I Malaga to wszystko ma. A oprócz tego ciepły klimat, przebogata historia, całoroczne ogrody pełne kwitnących kwiatów, palmy, owoce południa i morza, wino, sangria tapasy i... flamenco. No i ludzie pozbawieni uprzedzeń, którzy ponad wszystko cenią sobie "joie de vivre" i potrafią cieszyć się przysłowiowym  "tu i teraz". Chyba nie można prosić o więcej? Od lat 60-tych osiedliło się tu wielu artystów z północy wszelkiego autoramentu... od pisarzy, malarzy przez rzeźbiarzy do muzyków. Po wielu latach wypatrywania życiodajnego i energetyzującego słońca przez szarosine chmury północy, przyszedł czas na obcowanie z nim na co dzień. Viva Andalucia!!!

Monika A. Oleksa: Rozmarzyłam się... Idealna kobieta w życiu artysty to taka, która rozumie zmienne nastroje i potrzebę twórczej samotności, nie zadaje niepotrzebnych pytań i nie zmusza do dokonywania absurdalnych wyborów?

Paweł Rosak: Ha ha..., to na pewno pomaga. Ale tak serio jest to jak ze wszystkim, bardzo indywidualna kwestia. Przychodzą natychmiast do głowy głośne przykłady kobiet Picassa ,Dali'ego, Chopina, Stravinsky'ego czy Rivery....  Każda była inna, tak jak różni byli ci artyści jako osobowości i charaktery. W moim skromnym przypadku i bez wchodzenia w szczegóły mogę tylko powiedzieć, że lubię jak kobieta jest też inspirującą muzą, i kocha i czuje muzykę, bo to piękne dzielić wspólnie największe pasje. I może na tym poprzestańmy ... 

Monika A. Oleksa: Jakie wartości ceni Pan w życiu najbardziej? 

Paweł Rosak: Żyjemy w dziwnych czasach relatywizowania i podważania wielu, jeśli nie wszystkich wartości, i upadku czy deprecjonowania wszelkich autorytetów. To niebezpieczne i destrukcyjne trendy. Osobiście staram się kultywować pewne wartości i postępować w zgodzie z pewnym kodem norm i wartości, które uważam, stanowią podstawę humanizmu i człowieczeństwa bez względu na zapatrywania polityczne i ideologiczne. Do najważniejszych z nich zaliczam empatię, otwartość, lojalność, tolerancję, uczciwość, solidarność, bezinteresowność i pokorę.  Bez nich chyba niemożliwe jest budowanie jakichkolwiek zdrowych i głębszych relacji z innymi. 

Monika A. Oleksa:  Patrząc z perspektywy czasu na swoje życie, "If I had my life to live over...", czy zmieniłby Pan coś? Czy spróbował czegoś nowego, na co zabrakło czasu lub odwagi? 

Paweł Rosak: Myślę, że kluczem do szczęśliwego, spełnionego i zdrowego życia jest zaakceptowanie, że wszyscy mamy jakieś ograniczenia i popełniamy błędy, a nawet czasem błądzimy. Jedyne co możemy i powinniśmy robić to wyciągać lekcje i wnioski tak, by tych błędów nie powtarzać, dostrzegać i skupiać się na tym co piękne, dobre i pozytywne, i rozwijać świadomość i duchowość. Spekulowanie co mogłoby być gdybyśmy zrobili coś inaczej, nie ma żadnego sensu, bo nigdy naprawdę nie wiemy i nie dowiemy się jak nasze losy by się wtedy potoczyły. Dlatego właśnie życie "tu i teraz" nabiera jeszcze większej wartości, bo każdy moment przeżyty świadomie i w pełni nie pozostawi miejsca na takie spekulacje. Moja podróż przez życie była i jest niesamowitym doświadczeniem, i z perspektywy czasu jak na nie patrzę jak na film, mogę tylko skonstatować, że film ten wciąga, zaskakuje, wzrusza, cieszy, zachwyca choć i boli, ale z pewnością nie nudzi... i ma naprawdę piękną ścieżkę dźwiękowa... :).  A jeśli już miałbym się "użalić" nad sobą  to żałuję, że nie skorzystałem z zaproszenia Oscara Nevesa zanim przedwcześnie odszedł, by odwiedzić Rio i poznać z nim to miasto i jego wielkich muzycznych przyjaciół ...i że nie gram na saksofonie, obok głosu moim ulubionym instrumencie. 

Monika A. Oleksa:  Pana ostatnia, genialna płyta "Who Knows", dopieszczona w każdym szczególe i naprawdę uzależniająca, miała mieć początkowo tytuł innej piosenki, "Mysteries of of the heart". Dlaczego jednak "Who Knows"?  

Paweł Rosak: Ogromnie dziękuję za tak ciepłe słowa o tej płycie. Rzeczywiście myślałem, aby nadać jej tytuł "Mysteries of the Heart" czyli Tajemnice Serca, który jest też tytułem utworu dedykowanego mojemu nieżyjącemu już przyjacielowi o szalenie bogatej i skomplikowanej osobowości Gerry Rafferty'emu. Wydawało mi się, że właśnie tajemnica serca jest piękną metaforą tego, co próbujemy od setek lat rozgryźć i opisać, i na czym kruszyli sobie zęby najwięksi filozofowie, poeci i artyści na przestrzeni wieków.  
I nagle zdałem sobie sprawę, że zadaję sobie w życiu i na płycie więcej pytań niż znam odpowiedzi i... stąd "Who knows" wydało mi się bardziej odpowiednim tytułem. Poza tym jest też w tym drugie dno, a mianowicie gra słów w zestawieniu Who Knows Pawel Rosak. Nie będę ukrywał, że jest w tym zawarta pewna doza autoironii... zachowanie dystansu do samego siebie pozwala nierzadko zachować równowagę, spokój i nawet zdrowie w tym dość szalonym i rozedrganym świecie, w którym dziś żyjemy. 

Fot. Marcin Twardowski

Monika A. Oleksa:  Czy są już gdzieś dźwięki, słowa i pomysł na kolejną płytę, dopełniającą niedosyt jaki zostaje po setnym przesłuchaniu "Who Knows"? :D 

Paweł Rosak:  Dźwięki i słowa rodzą się codziennie... bo ta rzeka płynie stale, choć czasem wzbiera lub opada, ale nie wszystkie ostatecznie muszą ujrzeć światło dzienne i być utrwalone i upublicznione. Muszę tu wyjawić, że takie głosy jak choćby ten Pani, i tak ciepłe słowa które słyszę o płycie, ogromnie inspirują i motywują.... Pomysłów i chęci nie brakuje, ale kiedy i w jakiej formie i odsłonie.... who knows? 

Panie Pawle, serdecznie dziękuję za tę fascynującą rozmowę, która dopełniła to, co nasuwało mi się w czasie słuchania "Who Knows", nie zaspokoiła jednak niedosytu :). To była dla mnie ogromna przyjemność gościć Pana tutaj, i powiem, że nie zaskoczyła mnie Pana wrażliwość i te brzmienia w duszy, które brzmią podobnie jak w mojej :), słuchając bowiem Pana najnowszej płyty wiedziałam, że czegoś takiego nie mógł stworzyć człowiek obojętny na piękno świata i nie dostrzegający w nim tych szczegółów, które składają się właśnie na niepowtarzalność i smak Życia. Jestem cierpliwa, więc będę czekała na kolejną płytę wiedząc, że kiedy już do mnie trafi, rozsmakuję się w niej tak, jak w pozostałych... 
Monika A. Oleksa 

Paweł Rosak w obiektywie Marcina Twardowskiego




niedziela, 26 marca 2017

Wena

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Siedziała na stole i machała długimi nogami, w nosie mając moją prośbę, aby dała mi z siebie coś więcej. Założone na piersi ręce i naburmuszona mina wyraźnie dawały do zrozumienia, że się dąsa. I, niestety, dobrze wiedziałam dlaczego. 
- Słuchaj, zostało mi niewiele czasu. Czy ty wiesz w ogóle, co to jest deadline? 
Wena nic nie odpowiedziała, tylko lekceważąco machnęła nogami. I jak z nią rozmawiać skoro w głowie pustka? 
- Proszę cię, jedna kluczowa scena. Z resztą sobie poradzę. 
Cisza. Nie reagowała, zupełnie jakby nie było mnie w tym pokoju, jakbym była niewidzialna. 
- Wena, nie bądź taka, proszę. Nie opuszczaj mnie w takim momencie! Odpoczniesz za dwa tygodnie. Wyjedziesz gdzieś, pozwiedzasz, poleniuchujesz. Obie od siebie odpoczniemy, ale jeszcze nie teraz. 
Wzruszyła ramionami i odwróciła głowę, udając że mnie nie widzi. Była zazdrosna. Wiedziałam o tym. zazdrosna o mój czas i uwagę. Nie mogłam żyć jak artysta, zatopiona tylko w tym, co ubierałam w słowa, w świecie fikcji i zmyślonych zdarzeń. Nie mogłam poświęcić wszystkiego Sztuce, bo codziennie czekało na mnie Życie. Ze wszystkimi swoimi blaskami i cieniami, z całym bagażem i nadbagażem. Z codziennością wypełnioną po brzegi od rana do późnej nocy. Wena była tylko jedną z części składowych i nie umiała tego zaakceptować. Bo chciała być najważniejsza. Nie potrafiła zrozumieć, że właśnie to wypełnione i zabiegane Życie daje mi inspirację, podsuwając obrazy, tematy i problemy przefiltrowane później przez moje pióro. Wena chciała królować niepodzielnie, a ja nie mogłam się na to zgodzić, zatapiając wyłącznie we własnym świecie. Bo to właśnie Życie mnie ubogacało, zwracając często uwagę na takie szczegóły, które łatwo przeoczyć, nie zauważyć lub zignorować. Wena tego nie rozumiała. A może rozumiała, ale nie chciała się do tego przyznać?

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

- Doszłyśmy razem prawie do końca. Prowadziłaś mnie, zaskakując efektem tego, co razem stworzyłyśmy. Zostały ostatnie strony i finał, a ty chcesz mnie teraz tak po prostu zostawić? 
Machała nogą, oglądając swoje paznokcie u rąk. 
- Bez ciebie nie dam rady. Nie rozpracuję tego, za bardzo się wszystko skomplikowało. Pomóż mi, proszę. 
- Co jest prawdą, a co iluzją? - mruknęła, nie patrząc na mnie. - Gdzie jest granica między usprawiedliwionym miłością poświęceniem, a zwyczajnym kłamstwem, które chce być usprawiedliwieniem? Czy wybaczenie naprawdę uwalnia? 
Popatrzyłam na nią łagodnie. 
- Ty też ich polubiłaś. 
- Bo są prawdziwi. - Podniosła głowę i w końcu na mnie spojrzała. - Ludzcy. Z wszystkimi słabościami człowieka, i z pragnieniami, jakie ludzie noszą w sobie. 
- To ty nauczyłaś mnie ich słuchać - szepnęłam.
- Czasami za bardzo wnikliwie się im przyglądasz. 
- Nie umiem inaczej. Zawsze staram się zrozumieć, nawet to, co z pozoru oczywiste. 
Wena wyciągnęła rękę i dotknęła mojego policzka. Jej dotyk był delikatny i dawał nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzę i zdążę w wyznaczonym terminie. 
- Sztuka wymaga poświęcenia, wiesz? 
Skinęłam głową. 
- Wiem. Dlatego daję jej z siebie naprawdę wiele. Ale nie mogę oddać wszystkiego. Mam tylko jedno życie. 

Fot. Monika A. Oleksa 

- Niełatwo się z tobą pracuje, ale na szczęście umiesz słuchać. Dopuść może Julię do głosu, w końcu odgrywa w tej książce kluczową rolę?
- A co z Pawłem i Mikołajem? 
- Idź za nimi śladami Zosi. Ona rozumie dużo więcej, niż wszystkim się wydaje. 
- Pomożesz mi? 
Wena skinęła głową. 
- To przecież nasza wspólna książka. 
Chciałam ją uściskać, ale wiedziałam, że jest na to zbyt ulotna. Jak myśl, która przychodzi i niezapisana, ucieka bezpowrotnie. Przez tyle lat wspólnego życia stworzyłyśmy z Weną dobry układ. Czasami się posprzeczałyśmy, czasem na siebie podąsałyśmy, ale rozumiałyśmy się nawzajem i starałyśmy się zaakceptować nawet to, co nas w sobie drażniło. Byłyśmy jak partnerzy w biznesie, obu nam zależało na tym samym - na dobrej książce. I choć każda z nas miała swoje własne metody i inny styl pracy, kiedy łączyłyśmy siły, efekt zaskakiwał również nas. Dlatego uwierzyłam, że zanim zakwitną jabłonie, książka z jabłoniami w tle będzie już skończona... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Serdecznie zapraszam na wiosenną trasę autorską na Śląsku: Kalendarz Spotkań           

wtorek, 21 marca 2017

Wtorkowe spotkania kulturalne: La La Land


Nie przepadam za musicalami, bo zazwyczaj mają mdłą i przesłodzoną fabułę, dlatego wybierając się do kina na "La la land" (jeszcze przed rozdanymi Oscarami), nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego. A jednak Emma i Ryan mnie zaskoczyli. 
"La la land" to nie mdła historia o miłości, ale opowieść o marzycielach, o podążaniu za pragnieniami swojego serca, i o determinacji w dążeniu do celu. Doprawiona fantastyczną ścieżką dźwiękową (muzyka Justina Hurwitza, nagrodzona tegorocznym Oscarem), świetną choreografią i naprawdę dobrą grą aktorską, wciąga widza w magię filmowego świata, jednocześnie niosąc w sobie przekaz, nad którym warto się zastanowić.
Mia ( w tej roli Emma Stone, zdobywczyni tegorocznego Oscara za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową) liczy na swoją szansę w mieście, gdzie spełniają się aktorskie marzenia. Pracuje jako kelnerka podając kawę wielkim i podziwianym, biega na przesłuchania i wierzy, że dostanie rolę, która zmieni wszystko. Po to tu przyjechała, zostawiając swoje rodzinne miasteczko i bliskich; aby spełnić wielkie marzenie o aktorstwie, aby udowodnić samej sobie swoją wartość, i aby pokazać światu na co ją stać. Sebastian (Ryan Gosling), pianista jazzowy, szuka swojego miejsca w życiu. Jego pasja to jazz, który wypełnia każdą komórkę ciała Sebastiana. Nie szuka przypadkowych przygód i Mię też wymija obojętnie. Zraniony przez kobietę, muzyce poświęca wszystko. I marzy. O takim lokalu, w którym prawdziwy jazz będzie żył, gdzie wielcy tego gatunku będą zaglądać, aby sobie pograć, i który stanie się pewnym symbolem miasta wybierającego szybkie i proste rozwiązania. 


Marzyciele. Wrażliwi i nieprzystosowani do walki metodami, jakie stosuje tu większość. Za wszelką cenę, kosztem niejednokrotnie własnej godności, po trupach. Ich drogi jednak się krzyżują. Zaczynają od niechęci, przeradzającej się we wzajemną ciekawość, kumpelską przyjaźń i w końcu w delikatną miłość, której widz przygląda się z sentymentem. Bo jest w niej wszystko to, co być powinno. Poznawanie. Uwodzenie. Flirtowanie. Zdobywanie. Tęsknota. Spełnienie i wzajemne zrozumienie. I wspieranie siebie i swoich pragnień. Bez zazdrości o sukces i o marzenia, bez goryczy, że tobie się udaje, a ja wciąż tkwię w punkcie wyjścia. Bez obwiniania się o swoje niepowodzenia. 
Mia i Sebastian. Początkująca aktorka i muzyk. Miłość i marzenia w mieście gwiazd, które nigdy nie odpoczywa i nie ustaje w biegu po spektakularny sukces. Oboje się uzupełniają. Seb dodaje Mii odwagi, aby zawalczyła o siebie prawdziwym talentem i tym, co jest po prostu w niej, bez starania się być na siłę kimś, kogo chcą widzieć rekrutujący do przemysłu filmowego, ona natomiast motywuje go do przyjęcia propozycji dawnego znajomego i do wiary, że wcześniej czy później uda mu się otworzyć tę wymarzoną knajpę, która będzie na miarę snutych o niej marzeń. 


Historia codzienności Mii i Sebastiana wplata się w kolorowe i tętniące życiem Los Angeles, a intymność prostej, zwyczajnej opowieści o przeciętnych ludziach i ich pasji, łączy się z rozmachem klasycznego widowiska musicalowego, utrzymanego w duchu złotej ery Hollywood. Sama scena wprowadzająca jest zaproszeniem widza do przekroczenia progu świata, gdzie wszystko jest możliwe. Zwykły korek na autostradzie - scena nakręcona w jednym ujęciu z udziałem kilkudziesięciu statystów, jest mistrzowskim zagraniem zarówno pod względem fabuły i choreografii, jak i muzyki, którą słucha się do zachłyśnięcia. 
Damien Chazelle stworzył film naprawdę oscarowy. Nie przesłodził, dodając odrobinę goryczy, dzięki czemu film zyskuje na wartości. 
"La la land" to opowieść o dokonywaniu wyborów i o tym, że zawsze coś trzeba poświęcić. Wiele w tym filmie pytań nasuwających się widzowi po obejrzeniu końcowej sceny, zaczynających się od "Gdyby...?", ale chyba właśnie o to reżyserowi chodziło; aby nie zaserwować odbiorcom kolejnego fast foodu, który odbija się niestrawnością albo mdli od nadmiaru słodyczy, ale by zmusić widza do pewnych refleksji, które same się nasuwają, i by skłonić go do zastanowienia nad wartością tego, co wybiera, podejmując decyzje, które zawsze pociągają za sobą jakieś konsekwencje. 
Jeśli dodamy do tego doskonałą ścieżkę dźwiękową, widowiskowe zdjęcia i scenografię, kostiumy i zapach sukcesu, wyjdzie naprawdę strawna mieszanka dość dobrego kina, po obejrzeniu którego nie ma się poczucia straconego czasu i pieniędzy. Można dyskutować czy rola Emmy Stone była naprawdę na miarę Oscara, albo czy statuetka za najlepszy film nie powinna jednak pozostać w rękach Damiena Chazelle'a, ale zdecydowanie nie można tego filmu zlekceważyć i warto go obejrzeć choćby po to, aby mieć o nim swoje własne zdanie i aby zrozumieć marzycieli!
Monika A. Oleksa (również marzycielka :))


Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmu "La la Land".     

czwartek, 16 marca 2017

Niejedno imię miłości - spotkanie z młodzieżą



Przygotować dobre spotkanie autorskie jest prawdziwą sztuką, przy czym zaproszony autor jest tak naprawdę tylko połową sukcesu. Reszta to wkład pracy, zaangażowanie, pomysł i otwarte serca tych, którzy są gospodarzami miejsca, w jakim spotkanie się odbywa. Kiedy w chwili spotkania patrzy się z perspektywy autora na poczynione przygotowania, stając się częścią roli wpisanej w ułożony przez kogoś scenariusz, docenia się poświęcony czas i profesjonalne podejście tych, na których zaproszenie odpowiedział. 14 lutego, w wyjątkowy dzień dedykowany miłości, spotkałam się z młodzieżą Zespołu Szkół nr 5 im. Jana Pawła II w Lublinie, opowiadając im o tym, że miłość niejedno ma imię, i przypominając, że każdy z nas bez wyjątku dostał jakiś talent, który naprawdę warto przełożyć na pasję, bo dzięki niej życie człowieka ma prawdziwy smak, niepowtarzalny i wyjątkowy. 



Wyjątkowe było również to spotkanie, dzięki niesamowitym kobietom, które przygotowały je z takim zaangażowaniem, jakiego naprawdę nieliczni są w stanie się podjąć. Moje szczególne podziękowania należą się pani Edycie Libera i pani Basi Stoch-Łukianiuk, za fantastyczny pomysł z balonami, za mądre i stawiające autorowi wysoką poprzeczkę pytania, oraz za tak wnikliwe spojrzenie na moją twórczość i wyszukanie fragmentów doskonale skomponowanych z całością. Drogie Panie, to była dla mnie ogromna przyjemność spędzić ten czas w Waszym towarzystwie, i spotkać się z młodzieżą umiejącą słuchać. 





Spotkanie zatytułowane "Niejedno imię miłości", prowadziła tak naprawdę właśnie ta miłość. Poukrywane w balonikach karteczki naprowadzały na trop, który wraz z młodzieżą odkrywaliśmy i śledziliśmy w odczytywanych i wcześniej przygotowanych  przez panią Edytę i panią Basię fragmentach. Dzięki nim straciliśmy poczucie miejsca i czasu, wędrując po wybrukowanych uliczkach Kazimierza i alejkach Nałęczowa, wspinając się po szczytach Tatr, i wyciszając na opustoszałej plaży w Dąbkach. Zatrzymaliśmy się przy wartościach takich jak przyjaźń, rodzina i partnerstwo - te wszystkie ważne dla nas sfery, w jakich szukamy wzajemności, zrozumienia i akceptacji dla nas samych, takich, jacy jesteśmy. 





Opowiadałam młodzieży o mojej miłości do pisania, i o postaciach, które rodzą się nieoczekiwanie, stając się częścią mojej codzienności na dłużej. Mówiłam o drobiazgach składających się na życie, i o tym, że dzięki nim to życie jest naprawdę piękne i prawdziwe. Do smakowania, tak jak ciasta wypiekane przez moje bohaterki, którymi pachną kartki moich książek. 
W sali czytelni przy ulicy Elsnera obecne były również marzenia. Te cichutkie i jeszcze niewypowiedziane, noszone w sobie jak nieśmiałe pragnienia, i te, po które chcemy sięgać bez względu na to, jakie przeszkody znajdziemy na drodze do ich realizacji. 
Moje wierne pióro nasiąkało klimatem młodzieżowego zasłuchania, zbierając słowa, refleksje i przemyślenia, które wyleją się na papier w odpowiednim czasie, gdy coś zagra mi w duszy, a pióro odpowie na te dźwięki oddając mi pozbierane słowa utrwalone śladem czarnego atramentu. 





"Niejedno imię miłości" utrwalone we fragmencie... 

  
Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami
Monika A. Oleksa  


niedziela, 12 marca 2017

Twój czas

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Pustka. Wokół ciebie i w tobie. Szarość i poczucie, że nikt nie jest w stanie ci pomóc, bo zajęci swoimi sprawami ludzie nie pochylają się nad tym, co dotyka drugiego człowieka, i nie rozglądają na boki, zapędzeni i skupieni na tym, co dotyczy wyłącznie ich. 
Doświadczasz tej pustki i przelewasz gorycz, wypływającą z ciebie z pytaniami, na które i tak nie oczekujesz odpowiedzi: Skoro jesteś taki dobry, Boże, dlaczego moje życie wygląda właśnie tak? Podobno kochasz każdego człowieka, dlaczego więc odwróciłeś się ode mnie? Dlaczego czuję się opuszczony? Niechciany. Dlaczego mam poczucie, że nikt mnie nie rozumie? Nawet Ty, Boże... 
Pustka. Tylko ta przeraźliwa pustka i zwątpienie. Nic nie cieszy, a jeśli cieszy, to na chwilę. Życie przestało mieć jakikolwiek sens, a podobny do dnia dzień już dawno przestał zaskakiwać. Zresztą, żadnego zaskoczenia już nie oczekujesz, bo niby czym mogłaby cię zaskoczyć twoja codzienność? Od kiedy to już trwa? Od jakiego zdarzenia wszystko zaczęło się obsuwać, naruszając fundamenty tego, na czym się opierało? Jak długo już czujesz się jak pustynia, na której obumarło wszelkie życie? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Ponad tydzień temu rozpoczął się czas Wielkiego Postu. To niezwykły moment w życiu każdego człowieka, bez względu na to, w jakiego Boga wierzy. To czas łaski, podarowany każdemu z nas, bez względu na to, jak daleko jestem w relacji ja i Bóg. Bo pomimo tego, że możesz negować Jego istnienie, On jest. I nigdy cię nie porzucił, bo Bóg nigdy nie odwraca się od człowieka. Stworzył cię z miłości, i tej miłości nigdy człowiekowi nie odebrał. Nie odebrał mu też wolności, dając wolną wolę w wyborach jakich dokonujemy. Te wybory właśnie determinują życie człowieka. I one doprowadzają go tam, gdzie Bóg jest po prostu obecny, lub gdzie człowiek nie jest w stanie Go odnaleźć, bo wir świata wciąga tak mocno, że nie ma już tam miejsca na Boga i Jego przykazania. A jeśli nie ma dla Niego miejsca, zrywa się więź, do której potrzeba wzajemności. Nie ma jednostronnych relacji. Nawet jeśli chcemy kogoś czymś obdarować, ten drugi ktoś musi chcieć to przyjąć. Bo nie da się kogoś uszczęśliwić na siłę. I Bóg nigdy tego nie robi. Odwzajemnia miłość, ale nigdy nią nie zniewala. I nigdy nie pozostaje obojętny wobec modlitwy tych, którzy traktują Go jak Ojca. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Bóg nie jest czarodziejem z krainy Oz, ani złotą rybką spełniającą życzenia, choć wielu właśnie tak chciałoby Go postrzegać. Nie zjawia się w sytuacjach awaryjnych jak pomoc drogowa, kiedy życie człowieka wymyka się spod kontroli i wszystko jest nie tak jak być powinno. On chce wejść w tak intymną i bliską relację z człowiekiem, aby być we wszystkim. Nie chce być Bogiem zamkniętym w kościołach, któremu oddaje się godzinę tygodniowo, albo i nie; ale chce być w twojej codzienności, pomagając ci w twojej wędrówce, która zawsze powinna prowadzić do doskonałości. Bo sam Bóg jest doskonały, a człowiek został stworzony na Jego obraz i podobieństwo. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Bóg działa z wielką subtelnością. Wchodzi w twoje życie tylko wówczas, gdy Go tam zaprosisz i gdy zostawisz dla Niego przestrzeń, w której będziesz mógł poczuć Jego autentyczną i namacalną obecność. On nie potrzebuje tej przestrzeni, bo jest Wszechobecny, ale ty jej potrzebujesz, bo tylko napełniona Nim, pustka przestaje być pustką. Staje się żywa, jak drzewo odradzające się po zimowym uśpieniu, a ty zaczynasz dostrzegać głębszy sens tych wszystkich zdarzeń, które zadziały się w twoim życiu, otwierasz się na nowe drogi, i ze zdumieniem odkrywasz proste rozwiązania złożonych problemów, które pomimo tego, że nie znikną, ani nie rozpłyną się w nicości, stają się możliwe do udźwignięcia dzięki nowej sile, jaką jesteś w stanie w sobie odnaleźć, zawierzając wszystko Temu, który Jest. 
Bóg daje ci to, czego potrzebujesz wtedy, gdy tego potrzebujesz. I wtedy, gdy potrafisz o to poprosić. Poprosić, a nie żądać. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czas Wielkiego Postu, bez względu na to, czy uważasz się za wierzącego, czy też za wątpiącego lub niewierzącego, to twój czas. Czas niezwykłej łaski, którą dostajemy, aby dostrzec w codzienności, często niełatwej i naznaczonej cierpieniem - czy to fizycznym, czy psychicznym, sens życia tu i teraz. Bo wszystko w naszym życiu dzieje się z jakiegoś powodu, a my nie mamy wpływu na to, co nam się przydarza, a jedynie na to, co wtedy zrobimy i w jaki sposób wykorzystamy czas nam podarowany. 
Twój czas właśnie się zaczął. Co z nim zrobisz? 
Monika A. Oleksa 


        

środa, 8 marca 2017

Tobie, Cudowna Kobieto...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Czy mówiłem Ci ostatnio, że Cię kocham? Czy spojrzałem na Ciebie ostatnio tak, że nie potrzebowałaś słów, bo i tak wiedziałaś, kim dla mnie jesteś i że bez Ciebie nie byłoby również i mnie? Takiego, jaki jestem. Z tym wszystkim, co we mnie odnalazłaś i wydobyłaś, wskazując mi drogę, która tylko z Tobą i przy Tobie ma sens? 
Kiedy ostatni raz dałem Ci odczuć, że nikt, tylko Ty? Kiedy zabrałem Cię na spacer tylko po to, by poczuć, że jesteś, i by nacieszyć się tą chwilą bez zbędnych słów, z dotykiem, który mówi więcej niż te nieskładne zdania jakie plączą się i rwą, i których nigdy nie jestem w stanie wypowiedzieć tak, jakbyś chciała? Kiedy ostatni raz przyniosłem Ci kwiaty bez okazji? Tak po prostu, bo poczułem wiosnę, albo tylko po to, by poprzez ten bukiet powiedzieć Ci, że Ty jesteś Wiosną dla mnie? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kiedy ostatni raz tak po prostu Cię zaskoczyłem, czy wzruszyłem do łez? I kiedy ostatni raz sprawiłem, że poczułaś się wyjątkowa? Bo taka właśnie jesteś, moja Kobieto. Tak bardzo złożona, że do końca wspólnego życia pozostaniesz dla mnie zagadką. Te wszystkie Twoje "nie" i "tak", w których się gubię; te przeciągające się milczenia, z których, wiem, powinienem coś wyczytać, wywnioskować, ale za każdym razem, gdy milczysz i patrzysz na mnie z tą zaciętą miną, panikuję i uświadamiam sobie, że nie mam bladego pojęcia o co ci chodzi, i że powinienem wiedzieć, bo tego ode mnie oczekujesz. Czasami nie radzę sobie z Twoimi humorami i zupełnie za nimi nie nadążam. Śmiejesz się, by za chwilę rozszlochać się, odwrócona do mnie plecami, albo podnosisz głos, a za chwilę dotykasz czule mojego policzka, i patrzysz na mnie tak, że mięknę. I zupełnie niczego nie rozumiem. Moja Zagadko. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Lubię, jak o siebie dbasz. Lubię wiedzieć, że robisz to dla mnie. Lubię jak mówisz mi o tym, co mi w życiu wychodzi. Lubię jak zauważasz te drobiazgi, które codziennie wykonuję z myślą o Tobie. Lubię się Tobą opiekować i troszczyć o Ciebie. I lubię, kiedy Ty troszczysz się o mnie, i kiedy mi pokazujesz, że pomimo upływu lat, ja też wciąż jestem dla Ciebie ważny. I że mnie kochasz, pomimo błędów, które oboje po drodze popełniliśmy. 
Jesteś Kobietą. Złożoną z uczuć, emocji, słów, empatii, wdzięku, czułości i potrzeby miłości. Czasami wydajesz się tak krucha i delikatna, że boję się, byś się nie rozbiła i nie zniknęła mi gdzieś, gdzie nie będę potrafił Cię odnaleźć. Są jednak dni, kiedy masz w sobie siłę potężniejszą od tej fizycznej. Bez słów, bo nie umiem ich znaleźć, patrzę jak bierzesz na swoje ramiona i plecy te wszystkie sprawy, które mnie przerastają, i jak wychodzisz z nimi z domu z uniesioną dumnie głową, tak, aby nikt z zewnątrz nie dostrzegł, ile dźwigasz na sobie. Bo nie lubisz, aby się nad Tobą użalano, czy rozprawiano o Tobie po kątach. Wtajemniczasz tylko tych, którym ufasz, i którzy wychodzą naprzeciw Ciebie z konkretną pomocą. Biadolenie odsuwasz jak najdalej. Podziwiam to w Tobie. Tę nieprawdopodobną siłę, dzięki której podnosisz się nawet po najbardziej bolesnym upadku. I ten uśmiech, który potrafisz w sobie znaleźć nawet wtedy, gdy piekące łzy napływają do oczu i chcą przesłonić świat. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moja Kobieto, bez Ciebie ten świat straciłby wszelkie barwy. Jesteś jak motyl, zachwycający delikatnością i doskonałością Tego, który stworzył ten świat z taką precyzją i dbałością o szczegóły. Ty też, zupełnie jak ten motyl, jesteś doskonałością, której często nie widzisz w lustrzanym odbiciu. Marudzisz i narzekasz, nie zdając sobie sprawy z tego, że wśród takich słów pełnych narzekania, można się pogubić, bo każde zdanie jest jak gąszcz, poprzez który nie dochodzi światło, a rzeczywistość wokół ciemnieje i sprowadza złowieszcze myśli, które przyklejają się tak mocno, że trzeba tygodni, a nawet miesięcy, by je poodklejać. 
Pamiętaj, że jesteś ozdobą tego świata. Jesteś melodią złożoną z najdelikatniejszych dźwięków, której przysłuchuję się zdziwiony tym, ile jeszcze o Tobie nie wiem. Jesteś nadzieją na to, że moje życie przy Tobie nabierze wartości, i że wspólnie, Ty i ja, stworzymy coś niepowtarzalnego. Jesteś miłością, na którą zasługujesz. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Cudowna Kobieto, życzę Ci, abyś każdego dnia znalazła w sobie siłę, aby uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze i do dnia, który do Ciebie przychodzi, bez względu na bagaż, jaki ze sobą przynosi, i abyś potrafiła spojrzeć na samą siebie oczami tych, którzy Cię kochają. 
Monika A. Oleksa 

p.s. A te słowa powinny trafić dziś szczególnie do panów, aby wiedzieli, jakie życzenia składać nam, kobietom.... Bo my naprawdę potrzebujemy słów. Takie już jesteśmy! :D 

Fot. Marcin Piotr Oleksa