wtorek, 24 maja 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Joanna M. Chmielewska "Pod Wędrownym Aniołem" - spotkanie w Lublinie

Joanna Maria Chmielewska na spotkaniu w Lublinie 

W ubiegły piątek, 20 maja, miałam ogromną przyjemność poprowadzić spotkanie autorskie z Joanną Marią Chmielewską, której książki trafiają celnie do serc dorosłych i dzieci. 
Lublin powitał pisarkę ze Szklarskiej Poręby uśmiechem słońca, i w jasnych promieniach ukazał cały swój urok, kusząc obietnicą odsłonięcia więcej, jeśli tylko da się mu na to szansę. Zmienił się od czasu, gdy Joasia tu studiowała. Rozrósł się, zazielenił i wypiękniał, choć niektóre rzeczy pozostały wciąż takie same. 
Filia 28 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lublinie otworzyła swoje gościnne drzwi dla sztuki, a serdeczność pani kierownik Marii Poręby, czuwającej nad dopięciem wszystkiego pani Iwony Rogali oraz Czytelników, którzy dopisali i przyszli z ciekawością posłuchać autorki "Poduszki w różowe słonie" - KLIK, dała się odczuć już od progu. Cały zespół bibliotecznej Filii 28 - pani Maria Poręba, Iwona Rogala, Beata Gryka, i ja:), mocno zabiegał o zaproszenie Joanny M. Chmielewskiej do Lublina. Udało się sfinalizować spotkanie w jednym z najpiękniejszych miesięcy roku, w maju pachnącym bzami, jaśminem i konwaliami, i kwitnącym bordowym głogiem, kojarzącym się Joasi właśnie z Lublinem :) (Agnieszko, dziękuję za pomoc botanika! :D ). 

Lubię rozmawiać z ciekawymi ludźmi, od których wiele się uczę
Pani Maria Poręba, kierowniczka Filii 28 w Lublinie, zawsze pełna serdeczności
Ciekawe rozmowy zawsze za szybko się kończą... 

Joasia, pomimo tego, że wyruszyła ze Szklarskiej Poręby przed czwartą rano, była pełna energii, którą zarażała, i dzięki której ten majowy wieczór rozbudził apetyt na życie.
W ciągu ponad godzinnego spotkania przewędrowałyśmy przez ścieżki, które skusiły Joasię i sprawiły, że wyruszając na ich poszukiwanie, zostawiła bezpieczną i stabilną codzienność w Gryficach, i wraz z mężem i dziećmi zamieszkała w zupełnie obcym dla nich miejscu, gdzie wszystko musieli zaczynać od nowa, niepewni tego, co przyniesie przyszłość. 
Najnowsza książka Joanny M. Chmielewskiej "Pod Wędrownym Aniołem" opowiada właśnie o tym - o spełnionym marzeniu, które wypłynęło po latach zduszenia, stając się pragnieniem serca - wydobytym i wysłuchanym. Słowa: "Moim marzeniem jest napisać książkę...", wypowiedziane głośno, dały siłę i popchnęły do wyruszenia w nieznane, które stało się  początkiem wielkich zmian. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Najmilsze chwile dla pisarza :)

Szklarska Poręba, która zauroczyła autorkę "Sukienki z mgieł" - KLIK, i skusiła, składając tylko im obu wiadome obietnice, została uhonorowana w książce, od której trudno się oderwać. Każde zdanie powieści "Pod Wędrownym Aniołem" smakuje się, niczym delicję nałęczowską. Im głębiej czytelnik wchodzi na te ścieżki, które odkrywa przed nim autorka, tym większy czuje niedosyt i chęć dowiedzenia się więcej. Ta książka to uczta dla konesera dobrej literatury. To spotkanie nie tylko z autorką, ale i wielkimi artystami, których losy zaintrygowały Joasię tak bardzo, że napisała o ludziach, będących częścią historii Szklarskiej Poręby, i o miejscach, w których wciąż czuć ich obecność. Carl i Martha Hauptmann. Gerhart Hauptmann i Maria, Georg i Adela- trzech braci poślubiło trzy siostry. Historia jak z baśni, która wcale baśnią nie była. Jan Sztaudynger, na którego Szklarska Poręba rzuciła swój urok i omotała tak bardzo, że na zboczu góry pod lasem, nieopodal rzeki Kamiennej, znalazł starą chatę i zamieszkał w niej wraz z żoną i dziećmi. Skomplikowane losy artystów i ludzi kochających piękno, oddanych sztuce. Co takiego miała i ma w sobie Szklarska Poręba, że skusiła ich wszystkich tak samo, jak skusiła Joannę? W czym tkwi siła tego miejsca, które przyciąga - niczym magnez, i sprawia, że w Dolinie Siedmiu Domów wciąż można poczuć ten wyjątkowy klimat, który skłania do poszukiwań, zupełnie jakby ci, co mieszkali tu przed laty, prowadzili za rękę, podsuwając wciąż nowe wskazówki i lekko popychając do wejścia głębiej i ocalenia ich od zapomnienia. 

Joasia uważnie słuchała moich pytań i ciekawie na nie odpowiadała
Przyjemność dzielona z Czytelnikami; ta książka długo we mnie pozostanie

Pamiętam moją rozmowę z Joanną M. Chmielewską dokładnie rok temu, również w Lublinie. Dostałyśmy w prezencie chwilę na wspólną kawę, którą wypiłyśmy w "Akwareli", przytulnej kawiarence na Starym Mieście. Spytałam wtedy Joasię o nową książkę, nad którą wówczas pracowała, a ona uchyliła rąbka tajemnicy mówiąc, że pisze książkę o Szklarskiej Porębie, i o tym, jak życie ją tam doprowadziło. Na końcu opowieści zadała pytanie rzucone w przestrzeń kawiarnianego wnętrza: "Ale kto będzie chciał to przeczytać?". 
Dziś mogę Joasi odpowiedzieć - każdy, kto lubi smakować słowa; każdy, kogo przyciągają tajemnice przeszłości i ten,  kto docenia naprawdę dobrą literaturę. Bo ta książka jest niesamowita. już od pierwszego zdania otula czytelnika atmosferą, w której chce się pozostać jak najdłużej. Jest w niej coś takiego, że z jednej strony chciałoby się poznać całość jak najszybciej, ale jednocześnie chce się nią delektować, rozsmakowując się w słowach, opisach i spotkaniach z ludźmi, którzy poprzez kartki tej opowieści się przewijają - ci wielcy, i ci zupełnie zwyczajni, a jednak niezwykli. Powieść, która dojrzewała w Joasi długo, ale owoc, jakim się stała, wart był czekania. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wędrowny Anioł poprowadził nas przez lubelskie spotkanie, przykładając przez chwilę głowę do "Poduszki w różowe słonie", i przymierzając "Sukienkę z mgieł", której bohaterka, Weronika, dobrze się wśród nas poczuła i została z nami do końca. Otulony "Karminowym szalem" zawirował, prosząc do walca "Męża zastępczego". W kieszeni ukrył "Muszlę" znalezioną nie-przypadkiem, a uronioną przez "Niebieską Niedźwiedzicę" łzę, schował jak cenny talizman, którego tajemnicę zdradził jedynie "Ręcznikowcowi". A my, świadkowie tych anielskich scen, wsłuchani w opowieść Joasi z zadumą, dowiedzieliśmy się, jak pisarka przygotowuje się do swoich książek i jak jej bohaterowie, bez uprzedzenia, ją zaskakują. Usłyszeliśmy opowieść, w tle której zaszumiał Wodospad Szklarki, a figlarne fraszki Jana Sztaudyngera pouciekały, choć miały zostać włączone w lubelską opowieść Wędrownego Anioła.  

Tematy nam się nie kończyły... 
Lubię czytać fragmenty książek moich ulubionych autorów
Lubię słuchać, jak z pasją opowiadają o swojej pracy twórczej
I lubię prowadzić spotkania z ciekawymi ludźmi :) 

"Jestem cząstką wszechświata. Maleńką może, ale niezastąpioną. Bo przecież beze mnie wszechświat nie byłby już taki sam..." - "Pod Wędrownym Aniołem". 
Gdyby nie splot pewnych wydarzeń, na które z pozoru nie mamy wpływu, być może rozsądek wytłumaczyłby sercu po swojemu. Joanna M. Chmielewska posłuchała jednak pragnienia, któremu zaufała. 
"To jest twój czas". Powtarzam te słowa Twojego męża, Joasiu, w oczekiwaniu na kolejne książki i spotkania, dzięki którym wciąż wierzę w dobro ludzkich serc, dziękując Ci za wszystko, czym ubogaciłaś mnie i mój rodzinny Lublin. 
Mojej osiedlowej bibliotece, Filii 28 w Lublinie, dziękuję z serca za otwieranie swoich gościnnych drzwi dla pisarzy wartych bliższego poznania, i za to, że pomimo trudności i przeszkód, niezależnych od Filii,  było po prostu pięknie! 
A Gabrysi Kotas dziękuję za prezent, który podarowała mi od serca wiedząc, że trafi w moje serce - za książkę Joasi "Pod Wędrownym Aniołem", którą gorąco polecam, bo naprawdę warto po nią sięgnąć i odkryć to, co Joanna M. Chmielewska tam ukryła...
Monika A. Oleksa  

Pani Maria Poręba, Joanna M. Chmielewska i Monika A. Oleksa :) 
Lublin długo czekał na Joasię... 
Słowa Joasi zostawiane w dedykacjach mają w sobie dużo ciepła
Zasłuchani czytelnicy...
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

czwartek, 19 maja 2016

Monika A. Oleksa na Targach Książki w Warszawie :)


Serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną na Warszawskich Targach Książki

Dzień - 22 maja (niedziela) 
Miejsce - Stadion Narodowy (al. Poniatowskiego 1) w Warszawie 
Godzina - 15:00 - 16:00
Stoisko - Wydawnictwo Zysk i S-ka (99/D12)

Do zobaczenia :)
Monika A. Oleksa 

poniedziałek, 16 maja 2016

Kurz codzienności

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Bez względu na to, jak bardzo się staramy i jak starannie porządkujemy nasze zwyczajne dni, układając to wszystko co przynoszą w szufladach; kurz codzienności odkłada się na wszystkim, pokrywając grubą warstwą drobiazgi i niezwykłości. Szarą kurtyną przysłania życie, które po jakimś czasie traci barwy i staje się jedynie pospolitością, niczym nadzwyczajnym, a czasami wręcz przygniatającą monotonią. Dzień podobny do dnia, powtarzające się czynności, te same miejsca i przedmioty, w które obrastamy latami sprawiają, że uzależniamy się od nawyków, którymi często sami komplikujemy swoje życie. Przewidywalność daje nam poczucie bezpieczeństwa i złudzenie, że mamy wszystko pod kontrolą. Każda zmiana natomiast powoduje efekt domina; jedna drobna rzecz może doprowadzić do zawalenia się wszystkiego. Dlatego bojąc się tych zmian, ich nieprzewidywalności i konsekwencji, tkwimy w oswojonej rzeczywistości, od czasu do czasu przecierając jedynie kurz i żyjąc nadzieją, że coś się samo zmieni. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Samo nie zadzieje się nic. Każde działanie wymaga decyzji, a każda decyzja wyboru. Tych wyborów dokonujemy nieustannie, określając poprzez nie drogę, którą podążamy. Pozostając w bierności i pozwalając, aby niosło nas życie, również dokonujemy wyboru, a oglądając się na innych i oczekując, że pokierują naszym życiem za nas, sami siebie skazujemy na utknięcie w martwym punkcie. 
Wiosna sprzyja porządkom. Lubimy wyglądać przez świeżo umyte okienne szyby; cieszy nas ład, jaki wokół siebie wprowadzamy, upychając pozimowe pozostałości i otaczając się wiosennymi drobiazgami. Pielęgnujemy działki i balkony sprawiając, by porozkwitały pięknem. Tworzymy swój własny kawałek raju, za którym podświadomie tęsknimy. Pragniemy zmian, których jednakże dokonujemy bardzo ostrożnie. Nowy wiosenny akcent we włosach, wyraźniejszy kolor na paznokciach, jakiś ciuszek, nowe buty. Czasami odważniejsza szminka, może dieta i więcej ruchu, by zrzucić to, co nazbierało się przez zimę. 
To wszystko jest ważne i potrzebne. Dzięki temu odgarnięty kurz daje nam możliwość wpuszczenia do domu i do naszej codzienności światła, niezbędnego do życia. Tego światła potrzebujemy jednak najbardziej w sobie. Potrzebujemy go, aby rozświetliło wszystkie mroki i lęki, i aby oświetliło w nas to, do czego jeszcze dojrzewamy. Rodzące się pragnienia zmiany. Drogę, jeszcze nieznaną, ale tę, która może zaprowadzić do nowego, jeśli odważymy się wykonać choć jeden krok w tamtym kierunku. Światło w nas pomaga zrozumieć, że ja też jestem ważna i ważny. Moje życie nie polega jedynie na spełnianiu oczekiwań innych, ani na poświęcaniu siebie tam, gdzie i tak nie zostanie to docenione. Moje życie jest jedyne i wyjątkowe. Niepowtarzalne. Nie przeżyję go drugi raz, i nie cofnę czasu. Nie odzyskam również tych lat, które minęły, ale wciąż mogę sprawić - a przynajmniej spróbować, aby uczynić je takim, w jakim poczuję się dobrze. Tyle wystarczy, aby z czasem zebrać w sobie odwagę sięgnięcia po więcej i rozbudzić pragnienie, by to życie uczynić pięknym, i aby poczuć się w nim, w moim życiu, po prostu szczęśliwym. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zalegający kurz codzienności przecieram przesiąkniętą wiosenną świeżością szmatką. Otwieram szeroko okna, aby poczuć powietrze zroszone deszczem. W intensywnej zieleni szukam ukojenia dla zmęczonych oczu, zbierając odwagę na uwolnienie tego, co głęboko zamknęłam w sobie, nie wierząc, że może się udać. I uświadamiam sobie, że jeśli nawet rzeczywiście się nie uda, przynajmniej będę wiedziała, że próbowałam zawalczyć o swoje marzenia, i że dałam im i sobie szansę. 
Przetrzyj kurz, który nazbierał się przez miesiące, a może i lata. Odetchnij świeżością wiosennego powietrza. Rozbudź w sobie pragnienie wyjścia poza to, do czego się przyzwyczaiłaś i przyzwyczaiłeś, i nie bój się sięgnąć po więcej wierząc, że świat należy również do ciebie, a życie to coś więcej niż oswojona codzienność. Pozwól się mu pozaskakiwać! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Ten post dedykuję w sposób szczególny Lidce - cieszę się ogromnie z Twoich kroków milowych i mocno Ci kibicuję w dalszych!   

czwartek, 12 maja 2016

Literackie Czwartki: "Niebo w kruszonce" Emilia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Emilia stała w otwartych drzwiach galerii, patrząc na swoje miasto, które rozkwitało wraz z wiosną. Na usianej piegami twarzy kobiety zabłąkał się uśmiech, równie łagodny jak jej spojrzenie obejmujące z czułością to wszystko, co kochała. Jej Lublin. Stare Miasto. Miejsce, które przyjęło Emilię bez zastrzeżeń, nie wytykając jej dziwactw, które były przecież jedynie szczerymi odruchami serca. Bo czy to, że pochylała się nad każdym życiem, włącznie z dżdżownicą wędrującą po chodniku, na którym groziło jej rozdeptanie, było czymś, co naprawdę tak trudno zrozumieć? Albo to, że nigdy o nikim źle nie mówiła, złe uwagi zostawiając dla siebie i nie czując potrzeby roznoszenia ich dalej, było powodem do nazywania jej wariatką? 
Nie wtapiała się w masę i nie poddawała ogólnie panującym trendom, będąc sobie sterem i okrętem. Cieszyła się drobnymi rzeczami, dostrzegała szczegóły, którymi potrafiła się zachwycić bez zdziwienia, że inni przechodzą obok nich obojętnie, i przyzwyczaiła się do tego, że na osiedlu, gdzie mieszkała, wytykano ją palcami. 
Jednego tylko zrozumieć nie potrafiła - skąd w ludziach brało się tyle niechęci i jadu, którym zatruwali życie innych i samych siebie? Jak to możliwe, że w sercu człowieka, stworzonym przecież do kochania, zadomowiła się zawiść, zazdrość, brak akceptacji dla tego, co odbiegało od normy, a nawet nienawiść, niczym nieuzasadniona? 
Emilia nie potrafiła tego zrozumieć, nosząc w sobie przeczytane kiedyś słowa Phila Bosmansa: "Człowiecze serce - takie maleńkie, 
na naszej ogromnej planecie. W nim jednak przychodzi na świat miłość.". 
Co ludzie zrobili z tą miłością? 
Emilia potrząsnęła głową, a rude loki błysnęły w słońcu, zupełnie jakby jasne promyki powplatały się we włosy kobiety. Majowy poranek uśmiechnął się, a figlarny wiatr porwał do tańca długą spódnicę, rozczarowaną, gdy kobieca dłoń wyrwała ją z wietrznych objęć. 
Młoda kelnerka z sąsiadującej z galerią "Akwareli" skinęła uprzejmie głową, witając się z Emilią z serdecznością. Emilia odwzajemniła pozdrowienie, uśmiechając się do młodziutkiej dziewczyny tak jasno, jak maj do niej. Tak, to było jej miejsce. Znała tu prawie wszystkie zakątki, miała swoich zaprzyjaźnionych znajomych, których nie dziwiło w Emilii absolutnie nic. Wpadała na pogaduszki do biblioteki, a w "Mandragorze" wypijała miętową herbatę. W pobliskiej Bazylice u Ojców Dominikanów modliła się za duszę Marianny, wierząc, że odnalazła w końcu swoje szczęście i spotkała Edwarda, który przecież tylko do niej należał. Emilia ukradła im zaledwie kilka chwil, dla których jednak warto było żyć, pomimo wszystko. 
Myśl o Mariannie ogrzała ciepłem serce Emilii. Tęskniła za nią. Czuła jej obecność i cieszyła się z niej wiedząc, że Marianna jej nie sprawdza, ani nie kontroluje, a jedynie czuwa. Jak anioł. 
Miasto powoli nabierało tempa, Rynek przed Ratuszem zaludniał się, a języki, których strzępki dolatywały wraz z wiatrem do Emilii, mieszały się jak w Wieży Babel. Lublin magnetyzował i czarował, podobnie jak galeria, w którą Emilia włożyła serce, przyciągając ludzi, jak ona, spragnionych piękna. 
Monika A. Oleksa 

Plac po Farze, Stare Miasto, Lublin
   
Powyższy fragment nie jest częścią książki. Powstał, aby przybliżyć jedną z moich ulubionych bohaterek i pozwolić Czytelnikowi poczuć klimat "Nieba w kruszonce", premiera którego już 30 maja:D    

Plac po Farze z drugiej strony



I nasz lubelski Koziołek:)

wtorek, 10 maja 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Hanna Kowalewska "Tam, gdzie nie sięga już cień"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 


Hanna Kowalewska jest niekwestionowaną mistrzynią słowa, a jej książki, które dotykają zawiłości ludzkiego życia i wyborów, jakie dokonujemy, poruszają głęboko i długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Każda z powieści Hanny Kowalewskiej zostawia czytelnikowi otwarte drzwi, nie podając gotowego rozwiązania ani zakończenia, tylko zmuszając do przemyśleń i refleksji nie tylko nad skomplikowanym losem bohaterów, ale i własnymi decyzjami, które podejmujemy. 
Hania Kowalewska to również mistrzyni tworzenia niepowtarzalnego klimatu książki. Ten klimat odnajdziemy w całym cyklu o Zawrociu, jak również w ostatniej powieści "Tam, gdzie nie sięga już cień", która przenosi nas z zabieganej codzienności nad morze. Polski Bałtyk mieni się zielenią i stalową szarością, a opustoszała październikowa plaża Jantarni jest świadkiem rozmów Weroniki z Panem Bogiem i wypisywanych przez nią na piasku "listów", których znaczenie tylko ona jedna rozumie. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

W chłodny jesienny poranek Inka wysiada z pociągu na małej stacji kolejowej, która nie zmieniła się od czasu, gdy opuszczała to miejsce dziesięć lat temu. Gdyby nie Berta i telegram z jednym zaledwie słowem: "Przyjedź.", Inka za nic nie wróciłaby do miasteczka, z którego w pewien sposób uciekła, i w którym nie potrafiła się odnaleźć po latach nieobecności. Wyparła z pamięci wszystko, co ją tutaj spotkało; a chcąc chronić siebie przed samozniszczeniem, zebrane wspomnienia zwinęła w małą czarną kulkę i odrzuciła od siebie, odsuwając nawet to, co dobre. Miłość Berty. Szczerą, oddaną i prawdziwą. Taką, jakiej nie można sobie wymyślić, i która jest darem. Ten dar Inka również odrzuciła, zamykając się w twardej skorupie, której nikt nie był w stanie przebić. Wymyśliła nowy sposób na siebie w warszawskim życiu, jak najdalej od zapachu morza i dotyku morskiej bryzy; i jak najdalej od tych, wśród których dorastała i których pokochała, ufając bezgranicznie. Tak było bezpieczniej. W ten sposób życie mniej bolało. W ten sposób mogła podejmować każdy dzień ufając, że niczym jej nie zaskoczy i nie zburzy złudnego porządku, jaki wokół siebie wypracowała. 
W maleńkiej Jantarni, w której wszyscy o wszystkich naprawdę wiele wiedzą, niewiele osób przywitało Inkę z serdecznością. Nikt oprócz jaj opiekunki, Berty, na nią nie czekał. Niewielu szczerze się do niej uśmiechnęło. Wszędzie jednak wodziły za nią zaciekawione spojrzenia, a do jej uszu docierały złośliwe komentarze, ostre niczym kamienie, raniące brutalniej niż cios. Ból wrażliwej duszy jest o wiele dotkliwszy niż ten fizyczny, kaleczący ciało, a zawiść ludzka dotyka najczęściej tych, którzy niczym nie zawinili. 

Niezapomniane spotkanie z Autorką, które miałam zaszczyt poprowadzić

Przez trudne chwile odchodzenia Berty pomaga Ince przejść Tomek, przyjaciel ze szkoły z dawnych, zapomnianych czasów. Wspiera ją i wyciąga rękę wtedy, gdy inni się odwracają. I czeka wiernie na jedno przychylniejsze spojrzenie i na moment, kiedy Inka pozwoli podejść do siebie na tyle blisko, by poprzez twardość skorupy, jaką się otoczyła, poczuć Życie. 
"Tam, gdzie nie sięga już cień" to opowieść o godnym odchodzeniu i pogodzeniu się z tym, co nieuniknione. Osadzona w nadmorskiej scenerii powieść oddaje cały urok jesiennego Bałtyku, a czytelnik, wchodząc w historię Inki, niemalże fizycznie doświadcza smagających podmuchów wiatru, przynoszących jedyny w swoim rodzaju zapach bryzy, którego Inka podświadomie szuka w Warszawie. To książka ciepła i dająca nadzieję, w której spotkać można postaci niebanalne, budzące ciekawość i od pierwszego spotkania zdobywające sympatię czytelnika. Truda Tryska, wędrująca po Jantarni ze swoim aparatem i dokumentująca życie małego miasteczka i jego mieszkańców, nosząca w sobie spokój i mnóstwo wspomnień ukrytych za łagodnym uśmiechem. Weronika, uważana przez tutejszych za starą wariatkę, nieszkodliwą, więc można patrzeć na jej dziwactwa przez palce. Tomek Turbacz, młody pilot ze specyficznym poczuciem humoru, próbujący wyrwać się spod skrzydeł nadopiekuńczej matki i ułożyć własne życie po swojemu, o czym nieustannie rozmawia ze swoim nieżyjącym ojcem, komicznie naśladując jego sposób myślenia i mówienia. 
"Tam, gdzie nie sięga już cień" kończy się otwartą dla czytelnika furtką, zapraszającą do dopowiedzenia sobie reszty. Hanna Kowalewska zawsze zostawia miejsce na refleksję i sprawia, że jej powieści długo nosi się w sobie, nie potrafiąc, ot tak, o nich zapomnieć. Autorka dodatkowo "maluje" swoje książki tak pięknym językiem, że trudno po ich przeczytaniu odnaleźć się we współczesnej polskiej literaturze. Ja osobiście przez długi czas pozostaję z uczuciem "kaca książkowego" i tęsknotą za kolejną porcją tak dobrej literatury, gwarantującej potężną dawkę emocji, w których Hania Kowalewska jest nie do podrobienia.
Za słowa zamknięte w bardzo dobrej książce, i za emocje, których Pani dostarcza czytelnikowi, dziękuję Pani Hanno! I proszę o więcej, z niecierpliwością wyczekując połowy czerwca! :) 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Jesienne spotkanie, tak cudowne jak jesienny Bałtyk...
Fot. Michał Andrzej Oleksa 

piątek, 6 maja 2016

Jest maj, kwitną kasztany

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Obyś cudze dzieci uczył!", takie słowa ktoś musiał wypowiedzieć nad moją kołyską ponad czterdzieści lat temu :) Jedna wróżka włożyła mi do ręki pióro, i odgarniając moje kruczoczarne (wówczas!) włosy, złożyła na moim czole delikatny pocałunek, dający mi przepustkę do świata marzeń i wyobraźni, który nie ma dla mnie granic, i po którym od tamtej pory poruszam się równie swobodnie (a może i swobodniej) niż po tym rzeczywistym. Druga, patrząc na mnie spod przymrużonych oczu, zza zasłony długich aksamitnych rzęs, pochyliła się i wyszeptała, łaskocząc mnie ciepłym oddechem: "Dostrzegaj piękno nawet tam, gdzie inni go nie widzą. Nigdy nie odtrącaj nikogo dlatego, że jest inny, i nie osądzaj, zanim nie zrozumiesz. Daję ci dar współodczuwania i wrażliwość, która nie pomaga, ale z którą sobie poradzisz, bo masz w sobie siłę.". 
Trzecia, po chwili namysłu, przyjrzawszy mi się dokładniej, wypowiedziała słowa, które głęboko zapadły w dziecięcą pamięć i zdeterminowały moją życiową drogę: "Będziesz w życiu robić to, co pokochasz, czerpiąc z tej pracy satysfakcję i radość. I pomimo tego, że nie będzie lekko, i wielokrotnie włożysz w tę pracę więcej niż otrzymasz, nigdy nie będziesz żałować podjętej decyzji." 
Trzy wróżki wyposażyły mnie na dalsze lata, obdarowując tym wszystkim, dzięki czemu moje życie wygląda właśnie tak, jak wygląda. Nie jest bajką, bo i ja nie jestem księżniczką, ale ma w sobie ogromną wartość, którą dostrzegam dzięki tym darom, być może złożonym przy łóżeczku (kołyski nie miałam). 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Początek maja rokrocznie, od ponad dwudziestu już lat, stawia przede mną i moimi podopiecznymi nie lada wyzwanie - maturalne potyczki z językiem (angielskim) i nie tylko:). Czas żniwa, po całym roku naprawdę ciężkiej pracy, bo nie oszczędzamy się - ani ja siebie, ani tych, których powierzono mojej językowej opiece. Setki przerobionych przykładów, tysiące słówek, praca z tekstami, i najprzyjemniejsze ze wszystkiego - zajęcia konwersacyjne. Czas oddany sobie wzajemnie i dobrze wykorzystany; pojękiwania: "Dlaczego znowu tak dużo?"; nie odpuszczanie i nie uleganie: "Zróbmy dzisiaj luźniejszą lekcję", procentują, przynosząc połowę sukcesu. Druga połowa to umocnienie i przekazanie uczniowi pewności siebie. To zapewnienie, że bez względu na zdolności językowe, liczy się jego praca; to powtarzanie, że są efekty i wskazywanie konkretnych przykładów. To nieustanne zarażanie pasją i podpowiadanie, co jeszcze można zrobić, aby pojąć, zrozumieć, pokochać... I używać języka obcego nie tylko w czasie matury, ale na codzień, w dorosłym życiu, w które ci młodzi ludzie dopiero wkraczają. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Czas matur to również i niepokój - czy stres i zmęczenie nie okażą się czynnikiem dominującym, albo czy zbytnia pewność siebie nie zgubi pośpiechem i brakiem uwagi. Języka nie da się zrozumieć i pojąć jak matematyki. Język wymaga inwestycji czasu i systematyczności. Żaden nauczyciel nie pomoże, jeśli nie poświęci się swojej uwagi na nużące powtarzanie słownictwa i dopóki nie rozwiąże się setek, z pozoru podobnych do siebie, przykładów i zadań, które są dobrym, sprawdzonym i jedynym sposobem na prawdziwy, i bynajmniej nie błyskawiczny, sukces. Dopiero wówczas, gdy się z taką właśnie pokorą podejdzie do języka obcego, dostanie się gwarancję, że żaden egzamin nie zaskoczy, i z każdego wyjdzie się zwycięsko. 


Kolejne pokolenie moich podopiecznych przystąpiło do swojego egzaminu dojrzałości. Większość moich tegorocznych maturzystów prowadziłam "za rękę" od prawie lub ponad dziesięciu lat. Z częścią spotkałam się dopiero w ubiegłym roku, gdy odnaleźli mnie z polecenia innych, poprzednich. Wszyscy są dla mnie jednakowo ważni, o każdym myślę z ogromną sympatią, każdego wspieram i w każdego wierzę. 
Wiem, że czas wspólnej pracy nie poszedł na marne, i że te "moje" dzieciaki, bo tak ich wszystkich traktuję, będą mogły powiedzieć to samo, co ja zapisałam w pamiętniku 9 maja 1991 roku: "Cudowne lata. Najpiękniejsze lata matury i młodości. Jest maj, kwitną kasztany. Chce się żyć!".
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 3 maja 2016

Szumi czas

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Ponad nami szumi czas. Przesypuje się jak ziarenka piasku, opadając zużytymi minutami i godzinami, jak suche liście z jesiennych drzew. Minione dni, jak miękki mech, łagodzą ostre kanty rzeczywistości ucząc nas, że wszystko przemija bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy coś lub kogoś zatrzymać na dłużej, na lata, na zawsze... 
Przeszłość, którą staje się każde wczoraj, tęsknie ogląda się za siebie, bez nadziei jednak, że człowiek uczy się na błędach. Człowiek szybko zapomina, choć wydaje mu się, że będzie pamiętał. 

Ukochane Dąbki... 

Wokół nas przechadza się czas, odmierzając dni i noce ludzkiego życia. To nie on pędzi, tylko my, próbując zdążyć z tyloma rzeczami na raz. Czas daje nam czas na wszystko, my zaś niejednokrotnie nie potrafimy tego uszanować, planując po swojemu. Chcemy mieć nad wszystkim kontrolę i sami rozdawać karty. Chcemy dyktować czasowi, kiedy ma się zatrzymać, a kiedy przyspieszyć. Odganiamy się od niego, gdy nagle robi się go za dużo, i gdy dzień wydłuża się pustką, odbijającą się jedynie od opatrzonych ścian; i błagamy, by tak szybko nie zabierał nam swoich cennych minut, gdy każda z nich staje się na wagę złota. A on przygląda się temu ze zdziwieniem, nie potrafiąc pojąć, dlaczego ludzie są tak niecierpliwi i dlaczego tak brak w nich pokory. Przecież każdemu daje po równo, dwadzieścia cztery godziny codziennie. Jedynie lata rozdziela po swojemu, jednym dodając, drugim ujmując, sobie tylko znanym systemem wyliczeń... 

Czas lubi zapisywać swój upływ, jak wiadomość zostawianą pokoleniom

Ramię w ramię z człowiekiem kroczy czas. Nie ociąga się, ani nie przyspiesza. Maszeruje równo, wystukując rytm swojego marszu cichym "tik-tak". "Tik-tak. Masz czas. Wciąż jeszcze go masz.". Tik-tak, doceń to, bo nie dostaniesz od życia dodatkowego pakietu minut, kiedy wykorzystasz już te, które zostały ci przeznaczone. 
Nie igraj z czasem i nie odkładaj na później tego, do czego wciąż nie możesz się zabrać, bo tysiące innych spraw po drodze odwraca twoją uwagę. Uczyń z czasu swojego sprzymierzeńca i nie traktuj go jak wroga, bo on nie chce ci niczego odebrać. Lata, które upłynęły, potraktuj jak inwestycję w mądrość i dojrzałość, złożoną na życiowej lokacie. Pamiętaj, że młode wino jest cierpkie, choć szybko uderza do głowy. Dopiero to, które leżakuje latami, ma w sobie bukiet, którym można się delektować. 

Mądry czas nie lubi niecierpliwości...

Pomiędzy nami szumi czas. Zamkniętą w sobie historię zostawia czasami w oderwanych fragmentach, zaczepionych o czubki drzew i dachy naszych domów. Tę, która się tworzy na bieżąco, splatana z naszych dni, zabiera ze sobą, wynosząc ją i przypominając w podrzuconym przypadkowo zdjęciu, zapomnianej melodii, zapachu dzieciństwa czy wspomnieniu, które powróci w najmniej oczekiwanym momencie. Niezmordowanie wędrujący czas uczy nas szacunku do siebie i do tych wszystkich godzin, którymi obdarowuje. Nie robi tego bezinteresownie. Kiedyś z każdej z nich nas rozliczy i każe zdać relację, jak je wykorzystaliśmy. Kiedyś spotka się z Potem, które pokaże nam te wszystkie niewykorzystane szanse, jakie przeoczyliśmy, lub od których się odwróciliśmy. A czas uśmiechnie się smutno, pokiwa głową, odwróci się i odejdzie, bo przecież on nie może marnować czasu, który płynie, zatrzymując się jedynie na ułamek sekundy w zadziwieniu nad cudem życia i jego niepowtarzalnością. 
Monika A. Oleksa 

Czas daje nam czas na wszystko...