wtorek, 14 kwietnia 2015

Spotkania autorskie

Serdecznie zapraszam mieszkańców Wielkopolski na moje spotkania autorskie:) 


14 kwietnia 2015 - wtorek - godzina 18 00

Filia Biblioteczna w Konarzewie
Konarzew
ul. Baszkowska 83
63-700 Krotoszyn



15 kwietnia 2015 - środa - 18 30

Filia Biblioteczna w Baszkowie 
Baszków 67
63-760 Zduny



16 kwietnia 2015 - czwartek - 17 00

Rawicka Biblioteka Publiczna
Targowa 1 
63-900 Rawicz 


17 kwietnia 2015 - piątek - 18 00

Filia w Wysocku Wielkim
ul. Kościelna 53
63-410 Ostrów Wlkp.2

Zapraszam serdecznie!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wybaczyć

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Człowiek skrzywdzony rani. Człowiek zraniony długo nosi w sercu urazę, niejednokrotnie pozwalając na to, aby to serce zamiast być żywym organem zdolnym do uczuć, stało się skamieliną, odporną na poruszenia, wzruszenia i drgnienia, jakimi porozumiewa się serce tych, którzy czerpią ze źródła. Źródła Miłości, przekazanej nam w wiecznym Testamencie od samego Boga Ojca. 
Złożony z wielu skomplikowanych, często sprzecznych emocji, człowiek wielokrotnie stawia swoją zranioną dumę ponad wszystko, zacietrzewiając się w gniewie i urazach, które potrafi pielęgnować latami. Drobna rzecz staje się czasami powodem odrzucenia bliskiej osoby na długie, stracone lata, których nikt nie zwróci i nikt nie wyrówna rachunku strat, jakie zapamiętany w swoim żalu i złości człowiek powoduje w życiu zarówno swoim, jak i innych. Karmimy się złością i urazą, nie potrafimy wybaczyć i nie rozumiemy, że największą krzywdę robimy samym sobie. 
Pierwsze słowa jakie usłyszeli zebrani w jednej izbie Apostołowie od przychodzącego do nich Jezusa, brzmiały: Pokój wam! Przyszedł do nich pomimo tego, że tak go zawiedli i opuścili; przyszedł i nie czynił wyrzutów za to, że tylko Jan został pod Krzyżem, i że Szymon trzykrotnie się Go wyparł, ze strachu chroniąc siebie. Nie wypomniał im, że to Szymon Cyrenejczyk, przypadkowo przechodzący drogą, pomógł Mu dźwigać Krzyż, bo zabrakło tam tych, których wybrał i pokochał; i nie oburzył się na Tomasza, który pomimo świadectwa dawanego przez tak wielu, nie uwierzył, dopóki nie zobaczył. Nie potępił nawet Judasza, który Go zdradził. 
Zmartwychwstały Jezus przyszedł do, po ludzku, słabych Apostołów "wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia" (J 20, 19); tego samego dnia, w którym Maria Magdalena odkryła pusty grób i uwierzyła. Nie trzymał ich w niepewności i nie obraził się na nich za to, że zwątpili. Rozumiał. On sam był Człowiekiem i rozumiał ludzkie upadki, potknięcia i słabości. I właśnie po to powitał ich słowami: "Pokój wam!", wyciągając swoje okaleczone ręce, aby i oni czynili podobnie. "Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam" (J 20,21). I nie kierował tych słów wyłącznie do jedenastu wybranych, ale do każdego z nas, wskazując drogę naszego powołania i służenia w pokoju i miłości. 

"Święty Tomaszu niewierny
ze mną było inaczej
On sam mnie dotknął
włożył dłonie w rany mego grzechu
bym uwierzył, że grzeszę i jestem kochany
Bóg grzechu nie pomniejsza ale go wybaczy

za trudne
i po co tłumaczyć"  ks. Jan Twardowski 

"Miłosierdzie jest kwiatem miłości", napisała św. Faustyna Kowalska, wyrażając w tym jednym zdaniu całą kwintesencję prawdziwej miłości, która potrafi wybaczyć pomimo wszystko. Gdyby dumny człowiek, tak często uważający, że wszystko zawdzięcza sobie, wracał nieustannie do słów wypowiedzianych przez Pana Jezusa na Krzyżu: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" (Łk 23,34); zrozumiałby może w końcu czym jest Boże Miłosierdzie i jak ogromny i bezcenny dar otrzymaliśmy.
A my tak często w swoim życiu wydajemy osądy, potępiamy, czynimy wyrzuty, obrażamy się śmiertelnie i wyszukujemy źdźbła w oczach bliźniego; lekceważąc tym posłannictwo miłości, które pochodzi od samego Boga Ojca; Tego, który jest Stwórcą i Dawcą wszystkiego; Tego, który powołał mnie na ten świat z miłości tak ogromnej, że nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Ci, którzy to sobie, na pewnym etapie życia, uświadamiają, otrzymują tak wiele, choć o to nie proszą. Św. Faustyna Kowalska, prosta zakonnica, otworzyła się bez wahania na łaskę naszego Pana Jezusa Chrystusa i przyjmując orędzie miłosierdzia, przybliżyła wielkanocne orędzie Chrystusa Miłosiernego Polsce i całemu światu. 
"Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia mojego, osłaniam... przez całe życie, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinie śmierci nie będę im Sędzią, ale Miłosiernym Zbawicielem." (z Dzienniczka św. Faustyny - Dz. 1075)
Apostołka Miłosierdzia swoje życie uczyniła ofiarą, zostawiając nam w swoim "Dzienniczku" przykład, jak odpowiedzieć na Boże Miłosierdzie i jak okazywać to miłosierdzie drugiemu człowiekowi, wyzbywając się uprzedzeń i walki, i przyjmując Chrystusa; Boga, który wchodzi w życie każdego z nas i chce nas przemieniać. Pytanie tylko - na ile Mu na to pozwolimy? 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Jezus Chrystus ukazał, że człowiek nie tylko doświadcza i <dostępuje> miłosierdzia Boga samego, ale także jest powołany do tego, ażeby sam <czynił> miłosierdzie drugim: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" (Mt 5,7)" św. Jan Paweł II (Dives in misericordia, 14) 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Literacka Kawiarenka

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Dziś "Czwartkowe obiady" nieco inaczej... 

- Musimy porozmawiać! - wojowniczy ton głosu Bogusi nie zapowiadał niczego dobrego, a jej zacięty wyraz twarzy świadczył o tym, że sprawa była poważna. Eulalia postawiła na stole świeżo zaparzoną herbatę w imbryczku z podgrzewaczem i podała talerzyki na ciasto. Wiedziała, że jej sernik Rosa, który upiekły razem z Martą specjalnie na to czwartkowe popołudnie, dopieści każde podniebienie i ułagodzi nawet nastawioną bojowo Bogusię. 
- Spróbuj serniczka - zaczęła od najbliższej przyjaciółki, podsuwając jej ozdobną paterę z ciastem. 
- Co ty mi tu z sernikiem wyjeżdżasz! - prychnęła Bogusia i spojrzała na każdą z przyjaciółek zimnym wzrokiem. - Problem mamy i tyle. 
- Ale jaki problem, Boguniu? - Helena, nie zważając na lodowate spojrzenie Bogusi, sięgnęła po apetycznie wyglądający, puszysty kawałek ciasta, nie mogąc się doczekać, kiedy poczuje jego smak. 
- Ano taki problem, moja droga, że zaproszono nas na otwarcie "Kawiarenki Literackiej" w Lędzinach, a ja nie zamierzam się tam pojawić w tej samej kiecce, którą noszę na każdej imprezie wyjazdowej. Jestem kobietą i uważam, że szata jednak zdobi człowieka, a poza tym otwarcie to coś wyjątkowego. 
- Ty wiesz, że masz rację. - Eulalia usiadła przy stole czując, jak nogi się pod nią uginają. - Ty jak ty, Bogusiu, ale ja mam przecinać wstęgę. Nie mogę tak wciąż w tym samym, jakby już na drugą sukienkę nie było mnie stać...


- Nie ukrywajmy, Lalu, że emerytury to mamy głodowe i mało którą z nas stać na to, aby sobie coś tak po prostu kupić - zauważyła smutno Helena, obciągając swoją sukienkę, którą co prawda bardzo lubiła, ale tak jakby jej się już opatrzyła. 
- A gdzie w zasadzie są te Lędziny? - spytała milcząca dotąd Jadzia. 
- Na Śląsku, niedaleko Mysłowic. 
- A dlaczego właśnie tam? Nie mogłybyśmy pojechać na otwarcie jakiejś kawiarenki do Nałęczowa, na przykład? - Jadzia nie lubiła zmian i odległości, które same z siebie ją przerażały. 
- W Nałęczowie, moja droga, to byłyśmy rok temu. Nie muszę ci chyba przypominać kapsuły borowinowej, ani szczęki, której o mało co nie adoptowała Lala. - odpowiedziała Bogusia, czując, że nadal są w punkcie wyjścia, a problem nowego stroju wciąż pozostaje nierozwiązany. 
- Lędziny to bardzo ładne miasteczko, a tamtejsza biblioteka jest jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam. - Eulalia uśmiechnęła się do swoich wspomnień przywiezionych z tego miejsca. - Poczujecie się tam, dziewczynki, jakbyście cofnęły się w czasie. I do tego poznacie tamtejsze osobistości. 
- I niby tak w tych starych sukienkach do tych osobistości? - Bogusia nie była w stanie myśleć o niczym innym. 
- Lala, pyszne to ciasto! - Helena sięgnęła po następny kawałek, obiecując sobie w duchu, że od jutra odstawia słodycze w każdej postaci. - Dasz przepis? 


- Dam, pod warunkiem, że ty dasz mi w końcu właściwy przepis na swoją Pyszotkę. Bo dotychczas ilekroć bym nie robiła dokładnie według tego, co mi napisałaś, nigdy jeszcze mi nie wyszła taka, jak twoja. Choćbym nie wiem jak się starała, mój krem zamienia się w słodki potok i wypływa z każdego boku. 
- Bo do pieczenia, Lala, to jak do wszystkiego, trzeba dodać szczyptę miłości - wtrąciła cichutko Jadzia. 
- Ona wszystkie szczypty sypie pod stopy Strojewskiego. - dopowiedziała Bogusia, z satysfakcją patrząc, jak przyjaciółka się rumieni. 
- Ale słuchajcie - Helena zamarła nagle, z łyżeczką zawieszoną gdzieś w przestrzeni między talerzykiem a ustami. - Jeżeli zapraszają nas na otwarcie i chcą, abyśmy objęły honorowy patronat nad kawiarenką, to znaczy, że... zrobiłyśmy się sławne? - końcówkę zdania wypowiedziała tonem pytania. 
- My jak my, Eulalia na pewno - burknęła Bogusia. - W końcu to ona ma przecinać wstęgę, i kawiarenka nazwana jest jej imieniem. 
- Ale to tylko kwestia czasu, Bogusiu - cichy i łagodny głos Jadzi studził wzburzone przy czwartkowym stole emocje. - Zobaczysz, że i my będziemy miały swoje Literackie Kawiarenki w różnych częściach Polski. Od Lali wszystko się zaczyna, ale my jeszcze nie powiedziałyśmy ostatniego słowa. Czuję, że w naszym życiu szykują się duże zmiany... 
Jadzia znacząco zawiesiła głos, który przeszedł nieomal w szept i uśmiechnęła się do zapatrzonych w nią przyjaciółek, które - każda na swój sposób - tę przyszłość ze zmianami zaczęła sobie wyobrażać...  cdn...
Monika A. Oleksa 


A mówiłam, że od tych podróży ze mną na spotkania autorskie i przedstawiania ich w różnych zakątkach Polski, moim Artystkom poprzewraca się w głowach! I masz babo placek! Skąd ja wezmę dla nich nowe sukienki na otwarcie?!

Moje Misiowe bohaterki przedstawione na zdjęciach są autorstwa Gabrysi Kotas - KLIK, natomiast te prześliczne krzesełka i stolik wykonała niezwykle uzdolniona Monika Radwan - KLIK, której bardzo dziękuję za owocną współpracę:) 
Na relację z otwarcia Literackiej Kawiarenki "U Eulalii" zapraszam już niebawem, a tymczasem, aby poczuć klimat tamtego spotkania - Niespodzianka:) 


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Tajemnica Miłości

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nie mogłaś spać tej nocy, Mario Magdaleno. Podobnie było w noc poprzednią, gdy wciąż miałaś przed oczami Krzyż i udręczone ciało swojego Mistrza, za którym poszłaś do samego końca. Nie mogłaś sobie znaleźć miejsca przez cały szabat, wszystkie swoje myśli kierując ku Panu, złożonemu w grobie. Wyznałaś, że: "Był to czas najgłębszego smutku"; czas, który żałobnicy spędzili w domu Józefa z Arymatei, czekając i nie mogąc pogodzić się z tym, co się stało. Nie było przy was uczniów Jezusa. Wszyscy, poza Janem, rozpierzchli się i schronili pośród okalających miasto wzgórz w obawie przed Żydami. Strach wyglądał z każdego kąta i potęgował się wraz z odgłosem zbliżających kroków. Czy bałaś się, Mario Magdaleno? Byłaś słabą kobietą, a jednak miałaś w sobie ogromną siłę, którą odnalazłaś przy Jezusie. Przy nim zrozumiałaś na czym, tak naprawdę, polega istota człowieczeństwa, i choć Jego słowa nie były dla ciebie do końca zrozumiałe, uwierzyłaś, bo pokochałaś Go całym swoim istnieniem. Spotkanie z Nim zmieniło całe twoje życie, dlatego pierwszego dnia po szabacie biegłaś przez świt poranka do Niego. Chciałaś namaścić Jego biedne, skatowane ciało i oddać Mu należną cześć. Z miłości. Kochałaś Go, Mario Magdaleno. Dla ciebie Jego śmierć stała się bardzo osobistą stratą, z którą miałaś odtąd żyć. 
Na dworze było jeszcze szaro, ale Jego grób jaśniał. Ta jasność oślepiała tak bardzo, że musiałaś osłonić oczy dłonią. Dlatego odsunięty głaz, broniący dostępu do grobu Jezusa, zauważyłaś dopiero wówczas, gdy byłaś już blisko krypty. Stanęłaś zadziwiona, nie wiedząc, co robić; a potem weszłaś do środka, nie znalazłaś tam jednak ciała Jezusa. Grób był pusty. Gdy tak stałaś bezradnie, a obok ciebie Maria, matka Jakuba i Joanna, zajaśniało przed wami światło, bijące od dwóch mężczyzn. Pojawili się nie wiadomo skąd, a wy, przestraszone, pochyliłyście głowy. I wtedy usłyszałaś te słowa: "Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tu; zmartwychwstał!" (Łk 24, 5-6). 
Czy wtedy już wiedziałaś, czy jeszcze nie byłaś w stanie tego pojąć? Jakie myśli krążyły po twojej głowie, gdy towarzyszące ci niewiasty pobiegły do Szymona Piotra i Jana, ukochanego ucznia Jezusa, oznajmiając im: "Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono" (J 20,2)?
Stałaś przed grobem, płacząc. Kiedy uświadomiłaś sobie, że nie jesteś tam sama? Czy najpierw Go zobaczyłaś, czy też pierwsze były słowa, które do ciebie dobiegły: "Niewiasto, czemu płaczesz?" (J 20,15). Sądząc, że to ogrodnik, odpowiedziałaś z błaganiem: "Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę."(J 20, 15). I wtedy usłyszałaś ten głos, który rozpoznałabyś wszędzie: "Mario!". Już wiedziałaś. Obróciłaś się i zobaczyłaś Go, żywego i prawdziwego. Oswobodzony z całunu, stał przed tobą i był tak blisko, że mogłaś dostrzec na Jego żywym ciele ślady przebytej Męki. Z wielką radością wykrzyknęłaś do Niego po hebrajsku: "Rabbuni!", co znaczy "Mój Nauczycielu!", a On wyciągnął do Ciebie ręce, tak jak dziś wyciąga do każdego z nas. Uwierzyłaś i jako pierwsza spotkałaś na swojej drodze Zmartwychwstałego Chrystusa. Jako pierwsza spośród ludzi widziałaś początek Nowego Królestwa. Jezus wybrał właśnie ciebie na pierwszego świadka swojego Zmartwychwstania, ponieważ byłaś ucieleśnieniem Jego nauki o potędze odkupienia. Skrucha i żal za grzechy, których symbolem stałaś się ty, Mario Magdaleno, jako ta, która po spotkaniu Mistrza "przyoblekła się w nową szatę i nowego człowieka", doprowadziły cię do tej nagrody, której dostąpiłaś. Byłaś kobietą, której odpuszczone zostały liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowałaś. 
Uwierzyłaś. Nie żądałaś od Chrystusa żadnego dowodu na to, że powstał z martwych, jak Niewierny Tomasz; i nie potrzebowałaś żadnych świadectw. Ty nigdy nie przestałaś w Niego wierzyć, a siłą twojej wiary była autentyczna miłość. Bez niej nie pozna się Jezusa. Pokazałaś to, ucząc nas, że tylko wówczas, gdy On stanie się centrum naszego życia, i gdy to Jemu podporządkujemy i oddamy wszystko, czyniąc to z prawdziwej miłości, a nie z obowiązku czy przyzwyczajenia kultywowania tradycji przekazywanej przez pokolenia, zrozumiemy Prawdę o Zmartwychwstaniu. I tylko wtedy On będzie mógł wejść w nasze życie, tak jak wszedł w twoje, nie stając się jedynie symbolem, ale żywym Bogiem, który dla mnie dokonał ofiary odkupienia, traktując mnie jak kogoś wyjątkowego, na kim naprawdę Mu zależy. Tak jak zależało Mu na tobie. 
Dziękuję ci, Mario Magdaleno, za drogę, którą mi pokazałaś i za najprostszą, ale zarazem najszczerszą miłość, którą chcę naśladować, aby Zmartwychwstanie Chrystusa dokonywało się w moim życiu nieustannie i nie było jedynie pustym symbolem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
        

piątek, 3 kwietnia 2015

Zbłądziła moja łódź

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Na wzburzonym oceanie życia, zbłądziła moja łódź, Panie. Unoszona na falach codzienności, wypłynęła nie w tym kierunku, który mi wskazałeś. Dałeś mi kompas, mapę i wskazówki, kiedy wyruszałem, ale ja , w swojej człowieczej pysze, odrzuciłem to wszystko, co mi ofiarowałeś. Uwierzyłem we własne siły i ludzką moc, która zawodzi. Ogłuchłem na nawoływania ptaków przelatujących nade mną i nie dostrzegałem wysyłanych do mnie sygnałów mijających mnie łodzi i statków. Chciałem po swojemu zbudować świat, który tak naprawdę składał się ze złudzeń. Nie było w nim Ciebie, Panie, bo nie zostawiłem tam dla Ciebie miejsca. Wypełniłem go szczelnie, łamiąc wszystkie Twoje Przykazania. Odrzuciłem je twierdząc, że są niemodne; że przecież wszystko wokół się zmieniło, więc i one powinny... Bez Twojego wzroku wpatrzonego we mnie, łatwiej było przekraczać granice i zboczyć z kursu, który kiedyś obrałem. Bezkresne wody oceanu wciągnęły mnie, mamiąc wolnością, która tak naprawdę okazała się niewolą grzechu, a ja dobrowolnie się mu oddałem. I odpływałem coraz dalej od Ciebie, błądząc i wmawiając sobie, że to jest właśnie szczęście. Tylko dlaczego nic nie cieszyło...? 
Nic nie powiedziałeś. Nie zagrzmiałeś gniewem i nie zesłałeś na mnie żadnej straszliwej kary. Gotowy byłeś wybaczyć mi wszystko. Ale ja sam czułem się winny, i im to poczucie winy we mnie było większe, tym bardziej z Ciebie drwiłem i szydziłem. Taki odruch samoobrony, a może samodestrukcji? 
Im dalej byłem od Ciebie, tym mniej sensu dostrzegałem w swoim istnieniu i życiu, które obiecało tak wiele i nie dotrzymało słowa. Bo wszystkie były rzucone na wiatr i porwane w różne strony świata. Zostałem z pustką, którą szczególnie dotkliwie odczułem w sobie samym. Byłem pusty, Panie, i tylko Ty mogłeś mnie wypełnić i przywrócić do życia, o którym zapomniałem. 
W życiu każdego człowieka przychodzi dzień, który staje się naszym osobistym Wielkim Piątkiem. W takim dniu każdy z nas podejmuje decyzję, po której stronie Krzyża stanąć i do kogo się przyłączyć - czy do tych, którzy tłumnie podążali za Jezusem, pragnąc widowiska i śmierci Króla Żydowskiego, będąc siłą, do której mniej lub bardziej świadomie dołączały przez pokolenia tysiące innych; czy też do tej garstki wybranych, którzy czuli się do końca umiłowani i pomimo strachu, lęku i niezrozumienia, wybrali Krzyż z wiarą, że jest źródłem życia?
Doświadczyłem takiego Piątku, Panie. Przyszedł dzień kiedy stanąłem twarzą w twarz z Tobą i Krzyżem, z którego wyciągałeś do mnie swoje ramiona. Miałem wybór. Jak zawsze, od początku stworzenia człowieka, dałeś mi wolną wolę i pozwoliłeś wybrać, czekając i patrząc w milczeniu. Nie, w Twoich oczach nie było wyrzutu. Nie starałeś się również wzbudzić we mnie poczucia winy. Patrzyłeś na mnie z miłością, jakiej dawno już nie widziałem w niczyich oczach, bo rozmawiając z ludźmi, zawsze spuszczałem głowę z obawy, że dostrzegą jakim jestem człowiekiem i jak bardzo zbłądziłem. Teraz nie mogłem oderwać wzroku od Twojego spojrzenia, chcąc wejść w nie jak najgłębiej i uwierzyć, że naprawdę możesz mi wybaczyć. Pomimo moich wad i słabości, pomimo ran, jakie sam Ci zadałem moim odrzuceniem i wyborami, których dokonałem świadomie. Pomimo tego, kim jestem i jak bardzo Cię rozczarowałem. I usłyszałem słowa: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię." Mt 11,28. 
I wtedy zrozumiałem, Panie, jak bardzo Cię zawiodłem i jak bezmyślnie roztrwoniłem cenne dni, które mi podarowałeś. Zrozumiałem, dlaczego istnienie tak bolało i po raz pierwszy od wielu lat nie odnalazłem wokół siebie pustki i szarości. Odnalazłem Ciebie. Boga żywego, pomimo ran zadanych przez gwoździe i przeświadczenia tak wielu niedowiarków, że umarłeś dwa tysiące lat temu. Boga, który wybacza. I kocha, pomimo wszystko. 
Zbłądziła łódź moja, Panie, ale Ty mnie odnalazłeś. Na wzburzonym oceanie życia wyciągnąłeś do mnie swoje ramiona, abym trafił tam, skąd wypłynąłem. Do Ciebie, który jesteś Prawdą, Drogą i Życiem.  
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 31 marca 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Marzec uniósł twarz ku słońcu, przymykając oczy i pozwalając ciepłym promieniom na delikatną pieszczotę. Wiosna kaprysiła, jak to ona. W zależności od humoru potrafiła zaczarować dzień i sprawić, że okna domów otwierały się szeroko, zapraszając ciepło i słoneczny blask, który powracał po długich miesiącach zimowej szarości, ale umiała również wściekać się jak zraniona kobieta, naciągając na niebo pochmurną zasłonę i spuszczając ze smyczy niepokorny wiatr, który wciskał się ze swoim chłodem w szczeliny i zakamarki, ziębiąc, pomimo wiosny w kalendarzu. 
Marzec przyzwyczaił się już do tego. Było tak, odkąd pamiętał. To on, jako ten przełomowy miesiąc przesilenia, był świadkiem nieustannej walki Zimy z Wiosną. Obie tak samo uparte i pokazujące swoją moc; ścierające się w walce, w której każda wykorzystywała swoje najmocniejsze argumenty i żadna nie chciała ustąpić. 
Obserwował to i starał się nie dawać ludziom złudzeń. Przeplatał ciepłe dni z tymi chłodnymi, i stał się przysłowiowym "garncem", w którym było po kawałku wszystkiego - zimy, wiosny, a czasami nawet lata, gdy temperatura podnosiła się wysoko, zaskakując swoją nieprzewidywalnością. 
Był jednak jedynym miesiącem, który towarzyszył Wiośnie w wybudzaniu uśpionej przyrody. Lubił to i zawsze przyglądał się z zachłanną ciekawością, jak Wiosna delikatnie muska dłonią ziemię, odczarowując pochowane tam rośliny, nazywając każdą z nich po imieniu, i jak szepcze do krzewów i drzew, prosząc ich o zielone pączki, które potem ogrzewała ciepłym oddechem, chroniąc od przemarznięcia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Marzec lubił przysłuchiwać się jak Wiosna rozmawia z drzewami. Była bardzo delikatna. Przytulała się do chropowatej kory, szepcząc czułe zaklęcia i pukając w gruby pień, aby je obudzić.
"Już czas", słowa puszczone wraz z wiatrem zaczepiały się o nagie jeszcze konary, okręcały wokół nich i przywoływały nadzieję zaklętą w zielonych pączkach. Drzewa rozumiały szept Wiosny i słuchały jej, wypuszczając maleńkie zielone supełki, od których wszystko miało się zacząć na nowo. Przyroda budziła się do życia, a Wiosna przechadzała się między drzewami, ciągnąc za sobą długi tęczowy tren, pod dotykiem którego trawa zmieniała wypłowiałą po zimie barwę i nabierała nieśmiałej jeszcze soczystości. 
Zachęcone nawoływaniem Wiosny ptaki przysiadały na gibkich gałęziach drzew, szukając na nich swojego miejsca i wkomponowując się w chłodne jeszcze poranki, swoim ptasim śpiewem. 
Marzec cieszył się z każdej dostrzegalnej zmiany i bez żalu ustępował miejsca Kwietniowi, który dopieszczał szczegóły i, pomimo figli, które lubił płatać z pogodą, ubarwiał świat kolorami i zapachem. Wycofywał się z godnością, zadowolony z tych przygotowań, jakie udało mu się poczynić przed przyjściem Wiosny. Utorował jej drogę biorąc na siebie wszelkie ludzkie narzekania i niezadowolenie, znosząc cierpliwie słowa krytyki i ludzkiej antypatii. Tak było od wieków i Marzec wiedział, że niczego nie zmieni, choćby bardzo się starał. Paradoksalnie, był miesiącem w którym zachodziło najwięcej zmian po Zimie, a jednak najbardziej niedocenionym i odrzuconym. 
Spojrzał na Wiosnę, rozbawioną gołębim tańcem godowym, i uśmiechnął się do słońca i do Wiosny; do ptaków, drzew i krzewów; i do ludzi z nadzieją, że dostrzegą radość i doskonałość poukrywaną w szczegółach, które nieliczni tylko dostrzegają...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   

niedziela, 29 marca 2015

Anielskie siedlisko

Fot. Gabrysia Kotas

Czy Śląsk może zachwycić? Czy można go za coś pokochać i w szarej chmurze pyłu i szarości kopalnianego zagłębia dostrzec kolory i urok, który jest w stanie zaczarować? 
Zachwyciłam się Śląskiem rok temu, kiedy po raz pierwszy wpadłam w ramiona Gabrysi Kotas, które objęły mnie z taką serdecznością, jakiej na codzień się nie spotyka. Przepadłam zupełnie po spotkaniach z ludźmi, których życie postawiło na mojej drodze w miejscowościach, o których wcześniej nie słyszałam, lub nawet jeśli słyszałam, to nie potrafiłam wskazać na mapie. Lędziny, Mysłowice, Kobiór, Bieruń, Tychy, Siemianowice, Imielin i Ławki, które najmocniej zawładnęły moim sercem; wszystkie te miejsca stały mi się tak bliskie, że wsiadając do pociągu z Lublina do Katowic wiem już, że jadę do przyjaciół, a ich grono powiększa się z każdą wizytą. 

Wykład na UTW w Lędzinach
Opowiadałam o miłości i trudnych życiowych wyborach...
... a moi słuchacze bardzo mi pomogli swoim zasłuchaniem i komentarzami

Anielskie Siedlisko Gabrysi zawsze wita mnie swoim ciepłem i spokojem, a pokój z kominkiem i aniołami przyjmuje gościnnie. Dom Gabrysi i Bogdana to dom z duszą, po którym przechadzają się ci, którzy w nim zamieszkiwali. Od pierwszej wizyty czuję ich obecność i akceptację, i dobrze mi tam, wśród ścian, które pamiętają tak wiele, i wśród ludzi, którzy przyjęli mnie taką, jaka jestem, i nie chcą niczego we mnie zmieniać (no, może z wyjątkiem nawyków żywieniowych :)). Zaakceptowały mnie również Gabrysine zwierzęta - foksterier Teodor traktuje mnie jak część wyposażenia domu, machając w przelocie ogonem i zezwalając na wspólne zamieszkanie; sarenka Kuba przychodzi już na odległość ręki, jest jednak zbyt płochliwa, aby pozwolić się pogłaskać, za to kury... kochają mnie! Z wzajemnością :D
Podczas ostatniej wizyty adoptowałam kurę! Nazwałam ją Rozalia i oswoiłam chyba za bardzo, bo z tej wielkiej miłości nie tylko biegła do mnie jak szalona, ale do tego dziobała moje nogawki i sznurówki, kiedy wychodziłam jej naprzeciw z pustymi rękami. Problem wylewnej miłości urósł nieco, gdy na wołanie: "Rozalkaaa!", zaczęło przybiegać dziewięć kur, do tego tak energetycznych, że w żaden sposób nie byłam w stanie odróżnić, która jest "moja". Wszystkie zachowywały się podobnie, zapewniając mnie o swoim przywiązaniu i informując o wiecznym głodzie! Ostatniego dnia wszystkie odprowadziły mnie wiernie do bramy, żegnając głośnym gdakaniem. Czułam się wzruszona:)

Kurza mama... :) 
Moja rodzina powiększyła się nie tylko o kurę, ale i o Kuzynkę Basię:)
Gabrysia na stałe wpisała się już do mojej rodziny, przyjęta jako "Ciocia":) 

Moja wiosna na Śląsku to spotkania z Czytelnikami w bibliotekach, które gościnnie otworzyły dla mnie swoje drzwi. 
Mysłowicka Biblioteka Publiczna, Filia nr 7 zaskoczyła mnie liczną frekwencją młodzieży licealnej, dla której jestem pełna uznania za wytrwanie w ciszy i skupieniu przy prozie i poezji. Spotkanie z młodymi ludźmi to zawsze wyzwanie dla pisarza z pokolenia tak różnego od współczesności. Nigdy nie wiadomo jak poprowadzić spotkanie autorskie, aby nie znudzić i nie wbić się w ton patosu i monopolu na wiedzę i mądrość. Z młodzieżą szuka się porozumienia na nieco innej płaszczyźnie niż ta, w której odnajduje się drogę do starszego pokolenia, i nie jest łatwo pozostać sobą, bez podlizywania się i chęci przypodobania za wszelką cenę. Młody człowiek potrafi wyczuć fałsz i brak szczerości; potrafi również docenić to, że traktuje się go z szacunkiem, na jaki zasługuje. 
Mysłowicka młodzież spisała się na szóstkę z plusem, a paniom, które czuwały nad spotkaniem i go przygotowały, serdecznie dziękuję, składając te podziękowania na ręce pani kierownik Bożenki Omastka, dzięki której mogłam być obecna w kolejnej mysłowickiej bibliotece.  

Proza i poezja usiadły zgodnie przy jednym stole... 
Mysłowicka młodzież bardzo mile mnie zaskoczyła swoim zasłuchaniem
Gabrysia przepięknie wplotła swoje wiersze w spotkanie...
... a zasłuchane Mysłowice weszły w ten nastrój wyciszenia i zatrzymania... 
... pozostając w nim do końca spotkania poetycko-prozatorskiego
Gospodynie mysłowickiego spotkania, Pani Dyrektor Centrali i Pani Kierownik 

Biblioteczne zatrzymanie w Kobiórze to wieczorna baśń, w której wszystkie się zasłuchałyśmy. Serdeczność pani Jadwigi Kumor, kierownika Gminnej Biblioteki Publicznej w Kobiórze sprawiła, że od progu poczułam się w tym miejscu dobrze. Wypełnił mnie spokój, który towarzyszył mi do końca spotkania i którym, mam nadzieję, otuliłam moje Czytelniczki, zasłuchane i biorące udział w dyskusji. Moja proza, przeplatana poezją Gabrysi Kotas, pochowała się po przytulnych kątach biblioteki, zostawiając tam cząsteczkę siebie; a otaczające nas ze wszystkich stron książki wchłonęły dobrą energię, którą - jestem tego pewna - będą oddawać bibliotece w Kobiórze i jej cudownym Czytelnikom. 
Za ogrzewający uśmiech i otwarte ramiona z serca dziękuję pani kierownik, Jadwidze Kumor, która mi zaufała i zaprosiła do Kobióra. Dziękuję za wspólną herbatkę w zaczarowanym kwiatowym kubku i za ciepłą rozmowę, która zbliżyła i pokazała mi maleńki Kobiór w słonecznym cieple zwyczajnych, a jednak wyjątkowych kobiet. To ciepło zabrałam ze sobą i wiem, że wrócę do Kobióra jak do bliskich ludzi, za którymi się tęskni. 

Gabrysia, Pani Jadwiga i ja - przy wspólnej herbatce i cieście... 
... i w bardzo dobrych humorach:) 
Zwyczajne, a jednak wyjątkowe kobiety, którym z serca dziękuję za ten wieczór!
Obie z Gabrysią bardzo dobrze się czułyśmy w Kobiórze

Cudowne Czytelniczki w Kobiórze otuliły mnie i Gabrysię niesamowitą serdecznością  
Pani Jadwiga przyjęła mnie bardzo gościnnie... 
... a jej słoneczny uśmiech ocieplił całą bibliotekę i nasze serca
Niezwykłość Kobióra uchwycona w zatrzymanej chwili

O Bieruniu nigdy wcześniej nie słyszałam, ale jedna wizyta tam sprawiła, że to miasteczko urzekło mnie, a z bieruńskiej biblioteki Gabrysia musiała mnie wyciągać:) To miejsce mnie zaczarowało i wciągnęło w swoją historię, nad którą swój patronat objął sam św. Walenty, który jest również stróżem małżeńskiej miłości. Bieruńskie sanktuarium pod wezwaniem św. Walentego to jedno z takich miejsc w Polsce, które naprawdę warto obejrzeć, aby zachwycić się tym, jak piękne zabytki mamy w naszym kraju i jak wiele możemy się dzięki nim nauczyć o bogatej historii Polski.  
Niesamowite ciepło płynące z serdecznego uścisku ramion pań tutaj pracujących ogrzało, a słoneczne promienie wpadające przez okna rozświetliły pomieszczenie biblioteki, podobnie jak uśmiechy , które porozświetlały nasze twarze. Od progu można było poczuć ogromną serdeczność bieruńskiej biblioteki, przemiłych pań i Czytelników, którym z serca dziękuję za wszystkie słowa, jakie tutaj usłyszałam - i te w trakcie spotkania, i te tuż po, gdy miałyśmy okazję osobiście wymienić się uwagami, ciepłem i wielką życzliwością. Dziękuję za chwile wzruszeń i łzy, które ukradkiem popłynęły; za szczerość i wszystkie pytania, dzięki którym to spotkanie było dialogiem, w którym zarówno ja, jak i moi Czytelnicy wyszliśmy do siebie w pół drogi, wymieniając się doświadczeniem, zaspokajając ciekawość siebie nawzajem, i obdarowując się czymś bezcennym - po prostu sobą. 
W sposób szczególny chcę podziękować pani Basi Suchomskiej za ogromny wkład pracy i serca w przygotowanie biblioteki na ten wyjątkowy dla mnie wieczór, i za profesjonalne przedstawienie mnie i Gabrysi Czytelnikom. Dziękuję pani kierownik Małgorzacie Janocie za tak serdeczne przyjęcie mnie w Bieruniu i za rozmowę, której czuję niedosyt. Drogie Panie - wszystkie, pracujące w bieruńskiej bibliotece - jesteście wielkie, a czas spędzony u Was był dla mnie wyjątkowy. Dotrzymam obietnicy powrotu, bo wiele z siebie wśród Was zostawiłam, podobnie jak w Kobiórze, Lędzinach i Mysłowicach. 

Miejsce, do którego z pewnością wrócę, bo mnie zachwyciło!

Wpis do Księgi Pamiątkowej i dedykacje
Wielkie wyrazy uznania dla pani Basi Suchomskiej i jej przygotowania do spotkania
I znów poezja pięknie splotła się z prozą, skłaniając do refleksji
Wszystkim Czytelnikom z Bierunia bardzo dziękuję za obecność i włączenie się do rozmowy
Wróciłam z Bierunia wraz ze św. Walentym
Spotkanie w Bieruniu na zawsze we mnie pozostanie

Moja kolejna przygoda na Śląsku dobiegła końca. Pozostały przepiękne wspomnienia i nowi ludzie, wpisani w moje serce. Pozostała świadomość, że gdzieś tam, w niepozornych miejscowościach, są takie miejsca, które obdarowują ciepłem, koją spokojem, i których nigdy bym nie poznała, gdyby nie moje książki i pasja pisania, dzięki której ja też mogę podarować innym coś, czego nie da się przeliczyć materialnie - siebie zaklętą w słowach. 
Monika A. Oleksa 


Gabrysi Kotas dziękuję z całego mojego serca za wszystko, czym mnie obdarowała, za przyjaźń, którą mi ofiarowała, za obecność w moim życiu, i za gościnę w czasie mojego pobytu na Śląsku.

Film Gabrysi z mojej śląskiej wiosny można obejrzeć tutaj: KLIK