czwartek, 28 lipca 2016

Literackie Czwartki: Hanna Kowalewska "Cztery rzęsy nietoperza"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Każdy z nas ma takie miejsce, w którym chroni się przed światem , gdy życie dokuczy, a ludzie dogryzą. Twierdzę, do której dostęp mają tylko ci, których do niej dopuścimy. Podleczamy tam życiowe zadrapania, liżemy rany i zbieramy siły, aby wyjść naprzeciw światu, który zazwyczaj nie rozpieszcza, tylko podrzuca nowe wyzwania.  Otaczamy się przyjazną przestrzenią i otwieramy na szczerą serdeczność ludzi, którym ufamy, dając sobie czas na przepracowanie słabości i przyjrzenie się życiu z innej perspektywy. 
Dla Matyldy, głównej bohaterki najnowszej książki Hanny Kowalewskiej „Cztery rzęsy nietoperza”, znanej już czytelnikom z poprzednich powieści autorki, takim nienaruszalnym miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa stało się Zawrocie. Po śmierci swojej babki Aleksandry, której tak naprawdę nie znała, Matylda oswoiła nie tylko stary dom, który odziedziczyła, ale i pozostawione jej w spadku psy – Untę i Remiego, a także Jóźwiaków, najbliższych sąsiadów, którzy co prawda jej nie pokochali, ale tolerowali i nauczyli się szanować. W Zawrociu Matylda odnalazła nie tylko swoje korzenie, poznając poprzez prowadzone zapiski i pamiętniki Maurycego i Aleksandry, swoich dziadków, z którymi przez całe życie, z powodu wielu skomplikowanych relacji rodzinnych nie miała kontaktu; ale i miłość, która spadła na nią nagle, nieoczekiwanie i z taką gwałtownością, że nie potrafiła się jej przeciwstawić.  Zawrocie otuliło Matyldę swoim ciepłem, kolejny raz udowadniając, że jest częścią tego miejsca, i że siła Aleksandry Milskiej będzie chronić również i ją. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

W  najnowszej powieści Hanna Kowalewska, jak zawsze, kreśli swoim doskonałym piórem liryczną opowieść, odmalowując bardzo wiarygodnie obraz małomiasteczkowej społeczności, wplatając w nią szczyptę artystycznej bohemy, garść tajemnicy i sporą dawkę emocji towarzyszących czytelnikowi od pierwszej strony. Tym razem Matylda musi stawić czoła nie tylko ludziom, którzy wyraźnie dają jej do zrozumienia, że jest intruzem zarówno w Lilowie, jak i w życiu Pawła, ale i zmierzyć się z kimś, kto posuwa się do czegoś niedopuszczalnego, kierowany niezrozumiałymi dla niej powodami. Domysły, intrygi, strach o bezpieczeństwo rosnącej pod sercem kruszynki; pretensje i kaprysy rozchwianej emocjonalnie Pauli, a w tym wszystkim tęsknota i samotność, oraz czekanie na Pawła, który nagle musiał wyjechać do odległej Ameryki, to wszystko i wiele innych niespodzianek czeka na czytelnika w powieści „Cztery rzęsy nietoperza”. 
Wchodząc w świat Matyldy czytelnik rozpoczyna niezwykłą podróż, prowadzony słowami, które się smakuje, delektując się sposobem narracji, zaskakującą i niebanalną treścią, oraz Zawrociem, do którego dopuszcza nas bohaterka. Wraz z Matyldą zaglądamy w ciemne kąty, natrafiając na nierozwiązane zagadki, i wraz z nią dojrzewamy – strona po stronie, do nowych ról, przygotowanych dla niej przez życie; i do zaakceptowania tego, czego nie da się zmienić. Wraz z bohaterką czekamy na telefony zza oceanu, i podobnie jak ona, czujemy niedosyt tych rozmów, które nie są w stanie skrócić rozstania, ale przynajmniej choć trochę je łagodzą.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

„Cztery rzęsy nietoperza” to piękna opowieść, która nie pozostawia czytelnika obojętnym, lecz skłania do pewnej analizy własnych zachowań i uprzedzeń. To również poruszająca historia miłości, przeciw której są wszyscy, a której siłą staje się zaufanie i zrozumienie, że potrzeba niezależności nie oznacza ucieczki, a prawdziwą wolność daje bliskość, dzięki której dwoje tworzy jedno, będące doskonałą pełnią. 
Warto sięgnąć po tę książkę, doceniając kunszt, z jakim została napisana, i rozsmakować się w opowieści Matyldy, która w Zawrociu odkryła swoją siłę. 
Pani Hanno, za kolejną fantastyczną książkę i za Pani wkład w dobrą polską literaturę - dziękuję!
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 


niedziela, 24 lipca 2016

Dwadzieścia lat minęło...

Minęło jak jeden dzień....

Jak zaczęła się ta historia wpisana w księdze życia dwóch istnień splecionych w jedno życie? Kiedy i gdzie pojawiła się w głowie nieśmiała myśl, że to ktoś najważniejszy w moim życiu, i że być może..., i że gdyby... to ja bardzo...
Myślę, że dwie odpowiedzi na to samo pytanie różniłyby się nieznacznie, ale i tak wszystko zaczęło się od listów. Listów kierowanych do zupełnie innego adresata, który, z poczucia dumy czy pychy, czy też zwykłego przechwalstwa, dzielił się nimi z kolegą. Listy przychodziły regularnie, a kolega z każdym kolejnym nie mógł się doczekać następnego, poznając duszę dziewczyny, którą znał tylko ze zdjęcia. A potem ją zobaczył. On wiedział o niej niemal wszystko, znał ją - nie znając. Ona usłyszała tylko jego imię. Marcin. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że na tym imieniu oprze cały swój świat, i że stanie się ono porankiem i wieczorem, i że będzie brzmieć jak najpiękniejsza melodia, którą chce się nieustannie odtwarzać i słuchać. 


Fot. Beata Soczyńska 

Ale życie to nie bajka i nie było, jak w romantycznym filmie, długiego spojrzenia i miłości od pierwszego wejrzenia ze świadomością, że to ten jedyny i ta jedyna. Harmonię dusz, która ich połączyła, odkrywali stopniowo. On nadal czytał jej listy, teraz już wiedząc jak wygląda, od czasu do czasu zadzwonił, ale wiedział, że ona jest dziewczyną kolegi i nic z tym zrobić nie może. A ona tkwiła w związku, który prowadził donikąd, wspominając szare oczy, za którymi podświadomie tęskniła. 
Minął rok. Chłopak wyszedł z wojska i przestał czekać na listy, a dziewczyna nie wiedziała skąd w niej tyle smutku...
Przypadkowe spotkanie sprawiło, że odkryli się na nowo. Przegadali pół nocy rozstając się ze świadomością, że życie lubi komplikować ludzkie losy. Podobno jednak przypadki są niczym innym, jak propozycjami składanymi nam przez los. Chłopak i dziewczyna nie chcieli już żyć z tęsknotą. Zaufali miłości, która narodziła się pewnej mroźnej i bardzo śnieżnej zimy... 

Zaufać miłości to przestać żyć z tęsknotą i niepewnością 

Od tamtej zimy minęło prawie 23 lata. A tego roku, 29 czerwca, Monika i Marcin świętowali dwadzieścia lat swojego małżeństwa:). 

Monika i Marcin

Czy miłość z biegiem czasu się wypala? Czy traci swoją siłę, blaknie i staje się jedynie przyzwyczajeniem? Zmienia się. Dojrzewa, jeśli odpowiednio o nią dbamy, i jak dobre wino, które leżakuje w odpowiednich dla niego warunkach, nabiera smaku i mocy. 
Dojrzała miłość uczy dawania i wyzbywa się egoizmu. Nie poszukuje swego i nie odgradza się milczeniem. Nie dzieli niczego na "twoje" i "moje", bo wie, że jeśli połączyła dwa istnienia swoją siłą, one nie żyją już oddzielnie, ale stają się jednością i pomimo różnic w charakterach, potrafią żyć w harmonii, szanując swoją odrębność. Taka miłość jest jeszcze piękniejsza niż ta, która dopiero się rodzi, bo dwoje bliskich sobie ludzi nie udaje przed sobą kogoś innego, i nie stara się za wszelką cenę pokazać siebie z jak najlepszej strony. Ta miłość dopełnia i akceptuje, przyjmując słabości jako część wpisaną w drogę, której wspólnie się podjęli.  

Dojrzała miłość jest jeszcze piękniejsza niż ta, która się rodzi

Dojrzała miłość nadal ma w sobie porywy i uniesienia, i podobnie jak na początku rodzącego się uczucia potrafi sprawić, że motyle w brzuchu nadal się pojawiają i trzepoczą swoimi skrzydełkami, pozwalając zobaczyć w człowieku, z którym dzieli się życie, tego dwudziestopięciolatka w którym kiedyś do obłędu się zakochałam. 
I wciąż za nim szaleję, z czułością dotykając pierwszych linijek wyżłobionych przez czas na jego twarzy.
Po dwudziestu latach małżeństwa tak wiele rzeczy wzrusza mnie w moim mężu. Podziwiam go za to, jakim jest człowiekiem i jestem dumna z tego, co osiągnął swoją ciężką pracą. I nawet jeśli widzę jakieś niedoskonałości, akceptuję je, bo przecież nikt z nas nie jest doskonały, a mojego męża pokochałam za to, jaki jest, a nie za obraz i wyobrażenie o nim, które stworzyłam. 
Dwadzieścia lat, które minęło, wiele nas nauczyło. Gdyby można było cofnąć czas, wielu błędów oboje byśmy nie popełnili, i być może udałoby nam się uniknąć kłód podrzucanych przez los. A może i nie... Może gdyby nie było tych błędów i kłód, nasza miłość nie miałaby szansy doświadczenia siebie w warsztacie, w którym została oszlifowana, stając się prawdziwym klejnotem. 

Oszlifowana i poddana wielu próbom, stała się prawdziwym klejnotem

Dwudziesta rocznica ślubu to rocznica porcelanowa. Dwudziestoletnia miłość, podobnie jak porcelana, jest piękna i zachwycająca, ale krucha i trzeba na nią bardzo uważać, aby nie obszczerbić ani nie obtłuc.
Wzajemna troska o siebie, problemy i radości dzielone na pół, potrzeba bliskości i wsparcie, czułość i rozmowa, wspólne pasje, ale i zrozumienie potrzeby indywidualności, odrębności, a czasami nawet odosobnienia; wzajemny zachwyt nad sobą, nieprzypadkowy dotyk i słowa, które zauważają; to wszystko tworzy miłość, której nie pokona pierwsze niepowodzenie czy zadraśnięcie, ani świat pełen pokus i fałszywych podszeptów. Szanując się nawzajem i dopełniając w sobie braki wyszczerbione życiem, małżonkowie wzrastają w miłości, której siłą staje się ich wzajemne oddanie. Umiejętność zaś dziękowania za wspólne dni, i docenianie najdrobniejszych gestów pozwala tej żywej miłości płonąć i dawać świadectwo, że "miłość nigdy nie ustaje", jeśli tylko nauczymy się o nią troszczyć i dbać ze świadomością, że jest czymś najcenniejszym, co mogło się nam przytrafić. 
Mojemu mężowi, Marcinowi, za każdy dzień z tych dwudziestu lat - dziękuję!
Monika A. Oleksa 

Coś najcenniejszego, co mogło nam się przytrafić!
Świętowaliśmy w ukochanych Dąbkach...
Z ludźmi najbliższymi...
... których obecność jest dla nas ogromnie ważna...
Fot. Łukasz Sawicki


czwartek, 21 lipca 2016

Zaułek Szczęścia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czy można dotknąć szczęścia? Czy ono ma swój kolor? Zapach? Smak? Czy można wtulić się w szczęście i owinąć nim jak apaszką, która jedwabistym dotykiem okręca się dookoła szyi, chroniąc przed chłodem? 
Każdy z nas, zapytany o szczęście, podałby inną jego definicję. Część, z uśmiechem błąkającym się po twarzy, opowiedziałaby o chwilach, kiedy tego szczęścia naprawdę doświadczyli. Inni, z tęsknotą w oczach odpowiedzieliby, że wciąż go szukają, i że być może jest blisko, ale to jeszcze nie to. Ktoś mógłby wykrzyczeć, że prawdziwe szczęście nie istnieje, że to jedynie ludzkie złudzenie, fałszywa ułuda; ktoś inny roześmiałby mu się w twarz, dając świadectwo odnalezienia szczęścia w zwyczajności. Ilu ludzi, tyle różnych odpowiedzi i reakcji. A tak naprawdę, w sercu każdego człowieka wypisane jest jego własne, indywidualne pojęcie szczęścia. Często przeoczonego, bo ono nie jest niczym niezwykłym. Nie zawsze jednak potrafimy dostrzec, że to, co podsuwa nam życie, jest właśnie szczęściem. 

Takie bukiety pojawiają się na stołach w DW "Maria" w  Dąbkach :) 
I takie specjały!
Wieczór z rybą w DW "Maria" w Dąbkach :) 

Moje szczęście ma zapach morza, które w dotyku ze skórą pozostawia coś niezwykłego. Trudno to nazwać czy określić, trzeba tego po prostu doświadczyć, aby zrozumieć. 
Kolor mojego szczęścia to szarość, bo takie są oczy mojego męża, w których zakochuję się codziennie od nowa. Stalowa szarość i zieleń, bo taki jest najczęściej polski Bałtyk, którym zachwycam się wciąż tak samo. Do tego błękit, chociażby jego skrawek, na tle którego wędrują przeróżne chmury, od białych, delikatnych i ulotnych niczym mgiełka, po te ciemnogranatowe, skłębione, groźne i niebezpieczne. 
Smak szczęścia to kawa, ze szczyptą miłości, odrobiną miodu i lekkim płaszczykiem spienionego mleka w filiżance, która ma swoją historię. Moje szczęście siada wraz ze mną na tarasie Domu Wypoczynkowego "Maria" w Dąbkach, upija łyk kawy i spojrzeniem obejmuje tych, do których wracam jak do najbliższych, i którzy w moim sercu mają swoje własne miejsce. Wypowiadając słowo "Maria", czuję ciepło, którym jestem tu, w Dąbkach obdarowana. To miejsce to mój zaułek szczęścia, a ludzie, do których tu przyjeżdżam to najbliżsi z bliskich. Są dla mnie darem, za który nigdy nie przestanę dziękować. 

Mój zaułek szczęścia i najbliżsi z bliskich... 
Przyjaciele, których znaleźliśmy na drugim końcu Polski...
Więź, która nas łączy to jak więź rodzinna...
Cudowny czas i ludzie, których się nie zapomina...

Moje szczęście to morze, które noszę w sobie nawet wówczas, gdy jestem od niego daleko. Wielkie i wolne. Niezmierzone. Dzikie albo wygładzone spokojem. Zielone, szare, a niekiedy nawet szmaragdowe. Nieprzewidywalne i niezgłębione, jak odwieczna tajemnica. 
Moje szczęście to mewy, z którymi rozmawiam i których krzyk zupełnie mi nie przeszkadza. Budzę się wraz z nimi i wsłuchuję w tę pieśń nadmorskich ptaków i szumiącą topolę za oknem, tak wielką i wysoką, że niedługo konarami sięgnie samego nieba. Otulona spokojem poranka chłonę widok ukwieconego tarasu, na którym kawa smakuje zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej. Patrzę z miłością na tych, dla których właśnie tutaj przyjeżdżam od kilkunastu już lat, i mam świadomość, że to miejsce to oni. "Maria" bez Marii byłaby tylko budynkiem bez serca, które czuje się tam w każdym kąciku. Kawa bez Franka byłaby milczeniem. Gdyby zabrakło radosnego głosu Eli, jej energii i pogody ducha, nie wywoziłabym z Dąbek takich zapasów sił i zapału do pracy, jaki zabieram ze sobą, nie mogąc dopiąć i tak wypchanych walizek. 

Uchwycone chwile...
Zatrzymane i zaczarowane...
Niezapomniane... 


Każdy ma w tym miejscu swoją historię, zarówno ci, którzy oddają samych siebie, swój czas, serdeczność i pracę, aby innym dobrze się tutaj wypoczywało; jak i wczasowicze powracający do DW "Maria" od wielu już lat, często do tych samych pokoi i tego samego stolika na jadalni, o co bardzo starannie i z dużym zaangażowaniem dba nieoceniona Alicja. Brak kogoś "stałego" odczuwa się dotkliwie, nieświadomie szukając pośród obcych twarzy tych, których w tym roku zabrakło. Jesteśmy jak rodzina. Czasem niektórych mniej lub bardziej akceptujemy, jak to w rodzinie, ale wracamy co roku w to samo miejsce, witając się i żegnając jak ludzie, którzy mają wspólną historię. 

Bez Bożenki moje Dąbki nie byłyby pełne...  
Każdego roku "wywożę" z Dąbek kogoś cennego
W Dąbkach jest mi tak dobrze, jak Łatkowi... 
W takim towarzystwie można spokojnie odpoczywać, bez obawy o rękopis nowej książki :- D

Na krótką chwilę zaledwie czterech tygodni żegnam to miejsce, które stało się jednym z moich spełnionych marzeń. Moim zaułkiem szczęścia. Wracam do spraw, które czekają na mnie w domu i do zobowiązań, których się podjęłam. Pokojem 101 dzielę się z innymi wierząc, że ktoś kto tam zamieszka, doceni tę wyjątkową, szumiącą melodię topoli, która dla mnie stała się nieodłącznym elementem mojego wypoczynku, i za którą tęsknię, budząc się w Lublinie. 
Wrócę, już całkiem niedługo, aby usiąść na natychającym leżaczku i znów poczuć wyjątkowy smak zwyczajnej kawy i powiedzieć tym, za którymi już tęsknię. Dobrze, że jesteś! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Chcesz zajrzeć do Zaułku Szczęścia? Każdy jest tam mile widziany! - KLIK i KLIK

niedziela, 17 lipca 2016

Chłonę...

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę czas, który dostałam, i to wszystko, co wokół mnie i czego częścią się stałam. Chłonę bezkres wody dotykającej moich stóp wybiegającymi ku mnie falami, i zostawiającej kropelki bryzy na mojej twarzy. Wilgotne pozdrowienie morza, delikatny pocałunek. Istniejemy, złączeni bezsłowną modlitwą uwielbienia, ja z jednej strony, a ono, morze, z drugiej. Stoimy naprzeciw siebie i każde z nas, na swój sposób, wychwala dzieło stworzenia i Tego, który we wszystkim pozostawił swoje piękno. I w morzu, i w człowieku. 
Chłonę moje sam na sam z miejscem, które każdego roku, coraz głębiej wpisuje się w moją historię, i które w sercu odcisnęło najtrwalszy ślad, jakiego nie zatrze niepamięć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Chłonę i zamykam w sobie brzmiący dla mnie jak najpiękniejsza melodia krzyk mew, wiecznie zaciekawionych tym, co dzieje się poniżej ich podniebnego lotu. Słucham ich i przyglądam się z uśmiechem, który ofiarowuję również morzu, wsłuchana w jego szum. Z potężnego głosu czerpię siłę, a niespokojne falowanie, pomimo swojej gwałtowności, a niekiedy nawet złości, uspokaja, wycisza i koi we mnie to wszystko, co poszarpało życie. Wybrzeże Bałtyku, przez tak wielu niedocenionego. Dąbki. Moje ukochane miejsce na ziemi, którym chcę się nacieszyć aż po koniuszki palców i cebulki włosów, magazynując w sobie dobrą energię, jaką zawsze dostaję od morza i od ludzi, których tu spotykam. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę żywiczny zapach lasu i łzę natury, która nigdy nie wysycha. Przesypuję aksamitny piasek, podziwiając z jak wielu maleńkich ziarenek się składa, zadziwiona ich doskonałym kształtem i fakturą. Miękkość, której doświadczam stąpając po nim, kojarzy się z jedwabiem, a bliskość ziarenek przyklejających się do stóp nasuwa myśl, w jakiej symbiozie żyjemy - człowiek i natura. Niczego przed nami nie ukrywa i nie broni do siebie dostępu, stawiając jedynie niepodważalny warunek - Uszanuj mnie! 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę ciszę jaką dostałam, uciekając na chwilę z miasta, które nigdy nie milknie. W tej ciszy dotykam tych przestrzeni we mnie, które zagłusza codzienność. Pozwalam myślom poprowadzić mnie, bez narzucania im swojej woli. Uczę się słuchać, chcąc naprawdę usłyszeć. 
Dotykając wygładzonego przez wodę pnia falochronu, wszystkimi zmysłami doświadczam odradzającego działania miejsca, z którego czerpię garściami, dzieląc się tym, czym nasiąkam i przekazując dalej. 
Gładkość drzewa, chropowatość kamyka, aksamitność piasku, wilgoć rozpylonych wiatrem słonych kropelek i chłód wody. To wszystko, co poza mną, poprzez dotyk i zapach staje się częścią mnie. Nierozerwalną, wyrytą  jak inicjały w drzewie lub na kamieniu, i taką, której nikt mi nie odbierze. Zamknięty pod powiekami obraz zabieram ze sobą, wracając do miejsca, w którym naprawdę i najgłębiej odnajduję siebie, zawsze wtedy, gdy zamknę oczy i przywołam z pamięci to, co najcenniejsze. Mój czas wyciszenia i odpoczynku. Czas zrzucania łusek, w które obrosłam w codzienności. Czas dzielony z tymi, których kocham najmocniej. Czas, który sprzyja tworzeniu. 

Czas dzielony z przyjaciółmi...
Czas dzielony z tymi, którzy są najbliżsi...
Czas dzielony z tymi, których kocham...

Chłonę wyciszone poranki i zadumane wieczory. Szum potężnej topoli, na którą patrzę zaraz po przebudzeniu. Chłonę zapisany na tle wieczornego nieba obraz czarnych kormoranów, zmierzających na przekop, i majestatycznie sunącą po jeziorze łabędzią rodzinę. Chłonę zatrzymaną tuż nad powierzchnią morza słoneczną kulę, barwiącą niebo i chmury przeróżnymi kolorami, od tych delikatnych, pastelowych, po ostry pomarańcz i czerwień. Z zachwytem śledzę słoneczną wędrówkę ku morzu i codziennie inne zachody. Chłonę i zapamiętuję. Smaki, zapachy, przypływy i odpływy. Zdarzenia, spotkania i bliskość. Ciszę i rozmowy. Dym z ogniska i opowieści, leniwe godziny i wiarę w ludzkie dobro, bezinteresowność, przyjaźń i miłość, która spogląda na mnie szarością ukochanych oczu. Czas, który stał się moim udziałem. Najpiękniejszym prezentem, jaki dostałam. I doceniłam. 
Z wdzięcznością za każdą nadmorską chwilę
Monika A. Oleksa 

Doceniam każdą chwilę... 
Fot. Marcin Piotr Oleksa  

wtorek, 12 lipca 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne - Cathy LaGrow "Czekałam na Ciebie"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Życie każdego człowieka składa się z pojedynczych zdarzeń, wplecionych w dni codzienności i odświętności, które zebrane razem, tworzą wielobarwną mozaikę ludzkiego istnienia. Niektóre z tych kawałeczków błyszczą roziskrzonym blaskiem, odbijając chwile, które pielęgnujemy latami i które chcielibyśmy zatrzymać i utrwalić, zachować od zapomnienia. Inne, zmatowiałe i poszarzałe, są odbiciem momentów bolesnych i kładących się cieniem na dalszych latach, naznaczonych już pewnym doświadczeniem, które zawsze zmienia człowieka. Są wśród nich drzazgi i zadrapania; są rany, które nie zabliźniają się latami i trzeba czasu, aby nauczyć się współistnieć wraz z nimi, przepracowując trudne doświadczenia tak, jak potrafimy. Najmocniej, w tej mozaice zdarzeń, odznaczają się te najbardziej dramatyczne, okupione cierpieniem, rozdzierające serce i zmuszające człowieka do odnalezienia w sobie siły, aby podnieść się ze zgliszcz i zacząć żyć od nowa. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Szesnastoletnia Minka DeYoung szykująca się na piknik pięknego, sierpniowego popołudnia, rozradowana dziewczęcym podekscytowaniem i z niecierpliwością wyczekująca niecodziennego wydarzenia, nawet przez chwilę nie zdawała sobie sprawy z tego, że najbliższe godziny zmienią w jej życiu wszystko. Młoda dziewczyna, przyjmująca świat z ufnością dziecka, doświadczyła tego dnia brutalności dorosłego mężczyzny, który w upokarzający sposób odebrał jej niewinność i sprawił, że całe życie Minki zostało naznaczone tym jednym czynem, którego nie udało jej się nigdy wymazać z pamięci. Czynem brzemiennym w skutki, które pociągnęły za sobą dramatyczne decyzje i wybór dokonany wbrew temu, co krzyczało serce Minki. 
Nieplanowana ciążą i samotne macierzyństwo w pierwszej połowie XX wieku były nie tylko dramatem dziewczyny, ale i znamieniem wykluczającym ją ze społeczności tych, wśród których żyła. Piętno jakim była opieczętowana, dotykało nie tylko matkę, ale i jej dziecko, wytykane palcami, wyszydzane i nieakceptowane. Patrząc na swoją nowonarodzoną córkę Minka wiedziała, co ją czeka. Ciężkie lata na farmie, pogarda mieszkańców miasteczka, stwardniałe od pracy ręce i brak nadziei na przyszłość, która doprowadzi je do takiego życia, jakiego Minka pragnęła dla swojej córeczki, swojej Betty Jane. Nosząc tę małą istotkę, stworzoną z niczego, pod sercem, siedemnastoletnia dziewczyna nie przypuszczała, że poczuje tak głęboką miłość do dziecka, które zaplanowano oddać do adopcji. Patrząc na delikatną buzię, szukającą bliskości mamy, i na doskonałość maleńkich rączek, nóżek, paluszków, paznokietków, rzęs i brwi Minka uświadomiła sobie, że nigdy nie zdoła rozstać się z tym darem, jakim stała się dla niej Betty Jane, i że popełniła błąd myśląc o oddaniu dziecka. A jednak podjęła taką decyzję.  Dramat młodej matki rozgrywający się w jej sercu. 22 maja 1929 roku życie Minki zmieniło się nieodwracalnie. Pękło na zawsze, zostawiając ślad, którego nie zatarł upływ czasu, ani niepamięć. 

„Myśli się plączą, jedne biegną wstecz, drugie do przodu. Może jeśli się nie poruszy, to wszystko się nie wydarzy. Będzie zawieszona w czasie, tu i teraz, i nie będzie musiała podejmować żadnych decyzji ani działań. (…) Jaka kobieta wita swoje dziecko na tym świecie tylko po to, by się z nim pożegnać?”

Przez całe swoje życie Minka wierzyła, że listy, które latami pisała do swojej córki, oddanej obcym ludziom, trafią kiedyś do adresatki. I pomimo tego, że kilka lat później jeszcze dwukrotnie została mamą, wychodząc za mąż za chłopca, w którym zakochała się pierwszą dziewczęcą miłością i któremu odważyła się wyznać swój ukryty głęboko w sercu sekret, tęsknota za Betty Jane towarzyszyła kobiecie przez wszystkie te lata, gdy obserwowała jak dorastają jej dzieci, mając świadomość, że ktoś inny był świadkiem pierwszych słów i kroków córeczki, o której nigdy nie zapomniała.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Przez wszystkie dorosłe lata swojego życia Minka nieustannie modliła się za Betty Jane, wypraszając dla niej dobre życie. Bóg, w którego istnienie kobieta nigdy nie zwątpiła, był dla niej skałą, na której przetrwała wszystko – problemy z dziećmi, chorobę alkoholową męża i jego wojenną traumę, odchodzenie bliskich i utratę córeczki, która pomimo nieobecności, stała się nierozerwalną częścią życia Minki. Bóg, któremu zaufała, stał się dla Minki schronieniem przed samotnością i niezawodnym przyjacielem. 
22 maja 2006 roku, w dniu 77 urodzin córki, którą oddała z miłości i której nigdy nie przestała kochać, Minka wypowiedziała na głos niedorzeczną i impulsywną prośbę. W wieku 94 lat pragnienie serca kobiety wylało się z niej wraz ze słowami: „Panie Boże, chciałabym jeszcze raz zobaczyć Betty Jane, zanim umrę. Nie będę zakłócać jej spokoju ani wkraczać w jej życie. Chcę tylko zobaczyć, jak wygląda. Proszę Cię, Panie Boże.”. 
Bóg wysłuchał tej modlitwy. Minka spotkała swoją Betty Jane, stając się na ostatnie osiem lat swojego życia częścią rodziny swojego pierworodnego dziecka, dopełniając tego, co do końca z ufnością nosiła w sobie. Największa łaska, jaką została obdarowana, wynikła z jej największego cierpienia. Z popiołów powstało wielkie piękno. 

„Jeszcze nigdy nie czuła się taka spełniona. Poczucie straty dziecka nosiła w sobie tak długo, że stało się po prostu częścią jej samej, bólem, który nie odstępował jej przez dziesięciolecia. Kochała tylu ludzi, straciła ich, pracowała z całych sił. A teraz dostała nowe życie, jeszcze intensywniejsze.” W wieku 94 lat odzyskała swoją córkę, która do siedemdziesiątego siódmego roku życia nie miała pojęcia o istnieniu Minki. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

„Czekałam na ciebie” to poruszająca historia pięknej miłości, opisana przez wnuczkę Minki, Cathy LaGrow. To książka ucząca trwania w nadziei i ukazująca niezachwianą wiarę kobiety skrzywdzonej w życiu, która miała w sobie siłę, aby nie oglądać się za siebie i nie rozpamiętywać, tylko chwytać każdy dzień ciesząc się tym, co przynosi. To prawdziwa opowieść o dwóch sercach, które biły tym samym rytmem i pomimo lat rozłąki, nie zagubiły go, umocnione więzią najsilniejszą i najpotężniejszą z możliwych – miłością. 
„Na początku stulecia matka musiała oddać swoją córkę. Na początku następnego stulecia córka do niej wróciła. A jednak nie były obcymi sobie ludźmi. Nigdy nie były sobie obce. Stanowiły rodzinę. Miały wspólny dom.”. 
Polecam „Czekałam na ciebie” gorąco, bo obok tej książki nie można przejść obojętnie. Pozostawia w czytelniku wiele emocji, porusza i stawia pytania, nad którymi trzeba się pochylić, aby zrozumieć potęgę miłości wszczepioną w serce zwyczajnej dziewczyny i niezwykłej kobiety, Minki Disbrow. 
Monika A. Oleksa     

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Za przeczytanie książki "Czekałam na Ciebie" dziękuję Księgarni BookMaster!  


piątek, 8 lipca 2016

Wsłuchana w nadbużański oddech...

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Są takie miejsca i tacy ludzie, którzy wpisują się w serce człowieka, zostawiając po sobie tęsknotę i świadomość, że w tym kierunku zawsze jest po drodze. Są takie spotkania, których się  nigdy nie zapomina, pomimo tego, że nie odbywają się w salach bankietowych, tylko w skromnych pomieszczeniach biblioteki. Jest taki czas, który w magiczny sposób zatrzymuje się w uchwyconej chwili, bogaty w słowa, zdarzenia i tych, którzy zawsze coś ze sobą przynoszą, i nigdy nie wychodzą z pustymi rękami. 
Nadbużańskie Świerże, delikatnie wplecione w opowieść "Nieba w kruszonce", przyjęły mnie ze swoim sercem w wyciągniętych dłoniach jego mieszkańców. 17 czerwca, w parne i przedburzowe, piątkowe popołudnie, mogłam ponownie spotkać się z emanującą niesamowitą energią kierowniczką Filii Bibliotecznej w Świerżach, Beatą Soczyńską, oraz ludźmi, do których ciepła kilkakrotnie wracałam po poprzednim spotkaniu autorskim, przy okazji którego wzajemnie się poznaliśmy - KLIK

Chwile przed spotkaniem, już pełne serdeczności
Spotkanie autorskie w Świerżach
Beatka Soczyńska, kierownik Filii Bibliotecznej w Świerżach 
Fot. Marcin Piotr Oleksa

Świerże nieodmiennie kojarzą mi się z jasną stroną życia. Może to przez tą ludzką serdeczność, a może przez opowieści z przeszłości, które mocno we mnie wniknęły, pobudzając wyobraźnię. Wszystkie spędzone przeze mnie tutaj chwile pozwoliły odetchnąć, a każda z nich podarowała spokój, wyciszenie i uśmiech, który pojawia się na moich ustach, gdy pomyślę o tym małym zakątku na wschodzie Polski, tak malowniczo położonym nad samym Bugiem, nieujarzmionym i płynącym swoimi korytami, tajemniczym i pełnym zaskoczeń. 
Park Podworski, o który mieszkańcy Świerż długo walczyli, i któremu nie pozwolili zmarnieć i zarosnąć chaszczami, zaprasza na przenoszący wstecz spacer Aleją Grabową, i na chwilę odpoczynku w Altanie Kasztanowej, z której ci, co potrafią patrzeć głębiej, są w stanie zobaczyć dwór i tych, którzy tutaj mieszkali. Nic dziwnego, że bociany właśnie tutaj, w Świerżach, chcą zakładać swój dom, przynosząc tutejszym mieszkańcom swoją wierność i odrobinę szczęścia, które naprawdę można tutaj odnaleźć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
Moje książki czują się w Świerżach wyjątkowo dobrze :)
Bukiety polnych kwiatów podarowane wraz z sercem 
I cudowni Świerżanie...
Zasłuchani i wciągnięci w czar liter i magię słów

Przyjechałam do Świerż przywożąc ze sobą nie tylko "Niebo w kruszonce", ale i mój głód tego miejsca i ludzi, a także ciekawość co takiego się zmieniło w małej miejscowości od czasu, kiedy wędrowałam po Parku Podworskim słuchając opowieści pani Zofii Ziemiańskiej-Kois i pani Ewy Kozaczuk. 
Zamiast chleba i soli czekały już na mnie puszyste wypieki i coś, czemu nie potrafię się oprzeć, odkąd poznałam ich smak - racuchy Sylwii Jankowskiej, tak delikatne jak ona sama, i uzależniające, bo nawet ja, umiejąca zachować umiar w jedzeniu, odchodzę od talerza z racuchami Sylwii dopiero wówczas, gdy jest pusty :). Te racuchy umieściłam w "Niebie w kruszonce", a na ich spróbowanie zapraszam do Świerż, gdyż jest to tak malownicza miejscowość, że można się nią naprawdę zachwycić.

Autorka najpyszniejszych racuchów, opisanych w "Niebie w kruszonce" :)
Przy powitaniu Stachurą zwilgotniały mi oczy...
Opowieści Pani Zofii Ziemiańskiej-Kois zawsze słucham jak urzeczona
Kawa, herbata, ciasto i racuchy - było jak w kawiarence

Zamiast chleba i soli - racuchy, a w miejsce powitalnej przemowy - poezja śpiewana i Stachura w wykonaniu Rafała Jankowskiego. Wychowana na Stachurze doceniłam to wzruszeniem towarzyszącym mi do samego końca spotkania, na którym Świerżanie przygotowali dla mnie jeszcze wiele zaskoczeń i niespodzianek. Największą z nich było uhonorowanie mnie jako honorowego członka Stowarzyszenia Miłośników Świerż i Ziemi Świerżańskiej. 


Ja i Świerże przylgnęliśmy do siebie od pierwszego momentu spotkania, gdy listopadowy późny wieczór wyostrzył kontury tego miejsca lekko mroźnym powietrzem, w którym czuło się zapowiedź zimy. Poczułam wtedy magię trwającą do dziś, dlatego to wyróżnienie Świerżan uważam za zaszczyt i wierzę, że wspólnymi siłami sprawimy, że ta miejscowość odzyska swoją dawną świetność, przestanie być zaniedbanym punktem na mapie prowincjonalnego wschodu Polski, i przyciągnie niejednego zaciekawionego turystę, bo naprawdę jest tego warte! Cieszę się również, że to miejsce pokochała również Gabrysia Kotas, która dotarła tutaj z dalekiego Śląska, doceniając szczerość i serdeczność tutejszych mieszkańców - KLIK


Ten magiczny moment spotkania...
... trudno opisać słowami....
... było wzruszenie i wdzięczność...
Ewa Kozaczuk i ja, już Honorowy Członek

Spotkanie w Świerżach było trzecim spotkaniem moich wiernych i nowych Czytelników z "Niebem w kruszonce". Pomimo tego, że prowadził nas ten sam temat przewodni, każde z tych wiosenno-letnich spotkań było inne i każde, dla przybyłych na nie słuchaczy, wyjątkowe. 
W Świerżach był czas opowieści i czas dialogu. Obok refleksji snutych gdzieś w sercu, Świerżanie dzielili się nimi również głośno, dokładając do magii spotkania szczyptę swoich osobowości, wielobarwność wątków i bogactwo różnorodności. Urzeczona pięknym głosem pani Magdy, która podjęła się przeczytania większości fragmentów prezentowanych na spotkaniu, sama przez moment czułam się tak, jakbym to ja przyjechała tam posłuchać ich, tych cudownych ludzi, obok których nie da się przejść obojętnie. 


Pani Magdę najchętniej zabierałabym na wszystkie swoje spotkania:)
Lubię słuchać fragmentów swoich książek w wykonaniu Czytelników
Beatka w swoim fotograficznym żywiole:)

Czas po oficjalnej części spotkania był również wyjątkowy, godzina podpisywania książek przy dźwiękach gitary i słowach Stachury, smakowanie ciasta i racuchów, przez które nie mogłam się dostatecznie skupić na słowach, i rozmowy, rozmowy, rozmowy, dające mi możliwość poznać bliżej moich Czytelników i powiedzieć im osobiście, ile dla mnie znaczą, i jak bardzo dziękuję im za to, że otwierają drzwi swoich domów nie tylko dla moich książek, ale i  dla mnie i mojej rodziny. 
Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie Beata Soczyńska, kobieta - wulkan energii, z sercem przepełnionym serdecznością, która "zaraziła" Świerżan mną i moją twórczością, i przygotowała to magiczne spotkanie, dbając o szczegóły i dopinając wszystko na ostatni guzik. Beatko, te bukiety kwiatów, które dostałam należą się właśnie Tobie, bo gdyby nie jeden telefon Marii, i Twój entuzjazm i zaufanie, ja nie miałabym pojęcia, że gdzieś na mapie jest taka miejscowość jak Świerże, a Śierżanie być może nie odkryliby moich książek i nie dodali do nich szczypty siebie, którą wplotłam w "Niebo w kruszonce". 


Beata Soczyńska i ja :) Przed Biblioteką
Fot. Marcin Piotr Oleksa
Kwiaty tak subtelne jak to świerżańskie spotkanie
Pamiątkowe zdjęcia zostają wraz ze wspomnieniami
Fot. Marcin Piotr Oleksa
;)))

Dziękuję tym wszystkim, którzy byli tam razem ze mną. Wasze imiona zapisały się we mnie głęboko, a do Waszej serdeczności wrócę, bo już tęsknię. Dobrze, że jesteście! 
Wsłuchana w nadbużański oddech układam w sobie zdania, z których utkam kolejną powieść, w której Świerżanie na pewno odnajdą cząsteczkę siebie... 
Monika A. Oleksa

Majeczka, najmłodsza uczestniczka spotkania :
Fot. Marcin Piotr Oleksa
Przed budynkiem biblioteki w Świerżach

Przyłapana na podziękowaniu...
Żałuję, że nie nagrałam tego, co usłyszałam od pani Zosi
Niezapomniane spotkanie w Świerżach...
... dołączy do kolekcji moich wspomnień...
Czas na osobistą rozmowę po spotkaniu...
... i na osobiste dedykacje...