czwartek, 27 listopada 2014

Kocie nuty - melodyjnie i literacko o Krotoszynie

Fot. Marcin Piotr Oleksa

O Krotoszynie usłyszałam w lipcu. To wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Sabinką Tyrakowską - KLIK, której bloga śledzę na długo zanim powstała Magia liter. Mój Lublin nie chciał jednak wówczas pokazać swojego słonecznego oblicza, wędrowałyśmy więc w deszczu obmywanymi z kurzu uliczkami, i przysiadłyśmy na wspólnej kawie w "Pożegnaniu z Afryką". Jedno spotkanie, ta sama bajka, rozmowa i niedosyt. Zabrakło czasu, aby tak po prostu ze sobą pobyć, i wymienić się myślami i doświadczeniami. Jedno spotkanie zaowocowało wielkopolską trasą autorską, której inicjatorką była właśnie Sabinka. To ona wszystko zorganizowała i przyjęła mnie i mojego Marcina do swojego mieszkanka, w którym otoczyła nas taką serdecznością i gościnnością, że podziękować za to można tylko bez słów - życiem i bliskością, pomimo odległości. 

Nocny spacer po Krotoszynie

Krotoszyn przywitał nas listopadową aurą i dziecięcą radością Miłosza (którego serdecznie pozdrawiam, ciesząc się , że zostałam "ciocią" :D). Sabinka na wejście podbiła nas swoją kuchnią i wielkopolskim obiadem - kluski parowane z roladą w sosie, który wylizywaliśmy z talerzy:). Przez żołądek podbiła nasze serca całkowicie, a kluski parowane znalazły się na liście moich ulubionych dań, na myśl o których robię się głodna ( a nieczęsto mi się to zdarza!). Podobnie reaguję na zupę dyniową, którą nakarmiła mnie na Śląsku Gabrysia:) 
Dwa dostojne koty Sabinki - Hindus i Popiołek (oba z adopcji), przyjęły nas początkowo z pewną dozą niepewności i dość wyniośle, jak na kota przystało. Z każdą jednak chwilą podchodziły coraz bliżej, a w końcu zaakceptowały nas bezwarunkowo, choć bardziej niezależny Hindus, chodzący jak typowy kot swoimi drogami, zdecydowanie wybrał mojego męża i jego kolana, mnie zupełnie ignorując. Wynagrodził mi to pieszczoch Popiołek, który chodził ze mną nawet do toalety:). Jestem psiarzem, do kotów podchodzę z należnym im szacunkiem i ograniczonym zaufaniem, one jednak robią ze mną, co chcą (mięknę, gdy widzę wpatrzone w siebie słodkie kocie oczy), bezceremonialnie pakując mi się na kolana i ocierając o mnie, aby zetrzeć nieodłącznie towarzyszący mi zapach psa. Albo biorą mnie na litość miaucząc żałośnie i prowadząc do swojej miski, która zazwyczaj nie jest pusta, ale nie ma też w niej tego, na co kot akurat by miał ochotę :( 

Hindus jest wielbicielem polskiej literatury:) 

Krotoszyńskie dni i wieczory upłynęły ogrzewane ciepłem kocich kłębuszków i przy ich mruczeniu, wśród serdecznych rozmów, spotkań i zatrzymania przy ludziach, których żegnałam ze smutkiem w oczach i jakąś dziurą w sercu...

Wspólna wyprawa do Gołuchowa i mnóstwo wspomnień, zapisanych w sercu

W czwartkowy wieczór, 06 listopada, swoje drzwi otworzyła dla mnie Krotoszyńska Biblioteka Publiczna, do której naprawdę tłumnie przybyli Czytelnicy, towarzysząc mi w mojej wędrówce po pasji pisania i książkach napisanych bordowym piórem. Serdeczne podziękowania pragnę złożyć pani dyrektor Ewie Bukowskiej, która zaprosiła mnie do Krotoszyńskiej Biblioteki i osobiście poprowadziła moje spotkanie autorskie, starając się, aby Czytelnicy wynieśli z niego jak najwięcej. Dziękuję również pani Alince Kajewskiej, pani Krysi Talaga i Wiesi Patalas, za zorganizowanie całego wydarzenia, które pomimo ponurej listopadowej aury, ściągnęło do biblioteki ludzi, pragnących posłuchać tego, co mi w duszy gra i tak otwartych do rozmowy, która w Krotoszynie była bardzo żywa i interesująca. 

Moje Eulalie dojechały również do Krotoszyna:)
Duża sala czytelni to również duże wyzwanie
Pani dyrektor, Ewa Bukowska, osobiście poprowadziła to spotkanie 
Jesienny wystrój towarzyszył mi w każdej bibliotece 
Krotoszyńscy Czytelnicy zrobili na mnie wrażenie 
Prawdziwą przyjemnością i ogromną radością dla autora jest moment, kiedy jego bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem, a Czytelnicy związują się z nimi tak bardzo, że zaczynają traktować ich jak bliskich sobie ludzi. Moi bohaterowie w Krotoszynie znaleźli wiele domów, a tutejsi Czytelnicy mocno zaangażowali się w dyskusje z nimi, tłumacząc na przykład Samotności, aby się wyniosła i przestała zaglądać przez ramię, oraz panoszyć się w mieszkaniu jakby była u siebie. Bardzo wzruszyła mnie jedna z Czytelniczek - sama, ale nie samotna, która otwierając obszerną torebkę i wskazując na przyniesione w niej książki, powiedziała: To są moi przyjaciele. 

Atmosfera jak w literackiej kawiarni...
.... przy kawie, herbacie i ciasteczku
Pierwszy kontakt z Czytelnikiem jest zawsze najważniejszy

Pamiątkowe zdjęcie ze wspaniałymi paniami, które przygotowały spotkanie
Pani Ewa Bukowska, pani Krysia, pani Alinka i pani Wiesia. I ja:) 
Myślę, że to jest najpiękniejsze podziękowanie dla każdego pisarza - kiedy człowiek przygarnia jego książki, przytula bohaterów i traktuje ich jak bliskie osoby, a samą książkę - jak przyjaciela. Słysząc takie słowa skrzydła unoszą się wysoko, a pióro mruga zachęcająco, aby po nie sięgnąć i pozwolić sunąć po papierze, wsłuchując się w to, co chcą przekazać wyimaginowani bohaterowie. 
Za takie chwile, kiedy moje serce, zarażone pasją pisania, rosło - serdecznie dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy przyszli spotkać się ze mną w Krotoszynie, oraz paniom, które to spotkanie przygotowały! To była dla mnie wielka przyjemność - przyjechać do Krotoszyna, zobaczyć to miasto, wchłonąć choć trochę jego atmosferę i spędzić przemiłe chwile w Krotoszyńskiej Bibliotece, która zrobiła na mnie wrażenie, i do której z radością powrócę!  

Chociaż wolę pisać niż mówić... 
... na spotkaniach autorskich mam zawsze dużo do powiedzenia:) 
Paprotka też słuchała z zaciekawieniem
Lubię słuchać fragmentów swoich książek w wykonaniu Czytelników
Chwile po są zawsze bardzo miłe
Podpatrywane dedykacje...
... i podziękowania
Krotoszyn nocą zachwycił mnie. Chodząc po wąskich uliczkach w okolicy niedawno odnowionego Rynku z nowym obliczem, czułam się zupełnie jak w toskańskim Sansepolcro. Podobny klimat, tylko ludzi na uliczkach jakby mniej... 
Krotoszyński nowy Rynek to miejsce, w którym chce się zatrzymać i pobyć. Kolorowe fontanny kłaniają się z wdziękiem, tańcząc jak smukłe panny, poubierane w koronki i falbanki. Dookoła mnóstwo sklepików kuszących oczy wystawami, na których ciekawie skomponowane zestawy czekają na kogoś, kto zapragnie je mieć. W bramie, schowany przed wścibskimi oczami, niepozorny i "niewyględny" bar "Boluś", z prawdziwymi domowymi obiadami, przystępnymi cenami i tłumem ludzi szukających tego, co świeże, proste i dobre. Jedna wizyta tam, i zalała mnie fala wspomnień z dzieciństwa - zapach i smak przywołały obrazy, od których zakręciła mi się łezka w oku. Otarłam ją dyskretnie, ale poruszone wspomnienia schowałam w sercu i wracam do nich częściej, dzięki wizycie w Krotoszynie, u niepozornego "Bolusia"...

Wdzięczne, nocne tancerki... 
Krotoszyn (a w zasadzie jedna z księgarni w tym mieście), zaskoczył mnie mile moją książką na wystawie i plakatem zapraszającym na spotkanie autorskie zawieszonym na drzwiach księgarni. Patrząc na "Ciemną stronę miłości" zaprezentowaną na wystawie pomyślałam, że właśnie jedno z moich marzeń, poukrywanych w sercu, spełniło się. 


To nie jest plakat wyborczy:)
Życie pisze nieprawdopodobne scenariusze. Kiedy podczytywałam blog Sabinki nie przyszło mi do głowy, że stanie mi się ona tak bliska, a nasze drogi połączą się, pomimo odległości. Motto tej pełnej energii kobiety brzmi: "Można? Można, trzeba tylko chcieć!" Tego spotkania w zwyczajnym życiu chciałyśmy obie. I dostałyśmy ten prezent, za który jestem ogromnie wdzięczna. Dobrze, że jesteś, Sabinko! 
Dziękuję Ci za Twoje wielkie serce w tym dość filigranowym ciele:). Dziękuję za gościnność i za to, że tak po prostu zaprosiłaś mnie i Marcina do swojego domu i oddałaś nam na ten czas swoje łóżko i pokój. Dziękuję za to, że zmieniłaś we mnie postrzeganie Wielkopolski i zauroczyłaś Jutrosinem i Gołuchowem, za który jestem Ci bardzo, bardzo wdzięczna. Przede wszystkim jednak dziękuję Ci za przyjaźń, którą mnie obdarowałaś i za zaufanie, jakim obdarzyłaś. 

Gołuchów i jego urok pomimo jesiennej pogody
Życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Ale jakie ciekawe! 
Dziękuję również Izie, za przemiłe towarzystwo i ciepły uśmiech, który tak w Tobie lubię, Izo! I za iskierkę radości, którą wnosisz wszędzie tam, gdzie się pojawiasz. Kolekcjonuję takie iskierki i zbieram je na dni, kiedy robi mi się zimno od środka. I liczę na więcej!
A jednak coś w tym Krotoszynie jest, prawda Sabinko? Słodki buziak dla Miłosza:D 
Monika A. Oleksa  

Krotoszyn złapany na nocnych figlach 
Fot. Marcin Piotr Oleksa
Ratusz w Krotoszynie
Figlarne panienki




wtorek, 25 listopada 2014

Literacka Kanapa: Joanna M. Chmielewska

Fot. Aldona Żyjewska, która jest pierwowzorem Weroniki. 

Zdjęcie zrobione na drodze poszukiwań domu Hannsa i Hannah Fechner. W tle Dolina Szczęścia , dalej Karkonosze.


Zauroczyła mnie od pierwszego spotkania. Bardzo krótkiego, ale wystarczającego, aby wymienić między sobą ciepłe spojrzenie, serdeczność uśmiechu i to "coś", co mnie przy niej zatrzymało. Joanna M. Chmielewska. Najpierw uwiodły mnie jej książki, a potem już sama Autorka, którą z wielką przyjemnością zaprosiłam na moją Literacką Kanapę. 

Chciałabym Cię jak najpiękniej ugościć, więc zacznę jak dobra gospodyni - kawa czy herbata? I jaka smakuje najbardziej? A co do tego? Sernik, szarlotka, ciasto drożdżowe, z kremem czy z galaretką? 
 
Joanna M. Chmielewska: Siadam wygodnie i wyobrażam sobie płonący kominek:) Kawa z ekspresu (najlepiej świeżo palona z palarni kawy Aromacafe w Jeleniej Górze, gdzie zbierałam materiały do "Sukienki z mgieł"), z dodatkiem mleczka i cukru, podana w filiżance, a do tego świeże ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką albo szarlotka na ciepło.

Joasiu, kartki Twoich książek zapełnione są bohaterami, obok których nie sposób przejść obojętnie. Budzą wiele emocji, wzruszenia, czasem złości, jak na przykład Hanka, którą chciało się mocno potrząsnąć. Powiedz, czym jest dla Ciebie pisanie i jak się to wszystko zaczęło? 

Joanna M. Chmielewska:   Pisanie jest moją  pasją, odskocznią od codzienności i... pracą. No cóż, kiedy podpisze się umowę na książkę, to nie ma co liczyć się z kaprysami weny, tylko trzeba siadać i pisać:) Ale i tak więcej jest dla mnie w pisaniu frajdy niż obowiązku, a najbardziej lubię te momenty, kiedy bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem, a ja nie tyle kreuję, co obserwuję i spisuję ich poczynania. 

Wiem coś o tym:) To tak, jakby autor żył podwójnym życiem, niejednokrotnie patrząc z przerażeniem na to, w co pakują się jego bohaterowie, którzy wymykają się zupełnie spod kontroli pióra. A początki pasji pisania?  

Joanna M. Chmielewska: Czasami COŚ może zacząć się od kilku słów wypowiedzianych w odpowiednim momencie. I mnie  tak właśnie się przydarzyło. Zawsze coś tam pisałam - bajki dla moich przyjaciół, wierszyki okolicznościowe, scenariusze przedstawień szkolnych. Bardzo chciałam napisać książkę, ale brakowało mi wiary, że potrafię. Aż kiedyś wzięłam udział w konkursie zorganizowanym przez czasopismo Twój Styl i Firmę Kosmetyczną Dr Irena Eris. Chodziło o wybór najlepszego kosmetyku tej firmy i zaprezentowanie go w dowolnej formie. Napisałam opowiadanie o... pudrze w kremie i znalazłam się wśród 20 laureatek, które pojechały na 4 dni do SPA Irena Eris w Krynicy. To były dni jak z bajki - kolacja z Ireną Eris, spotkanie z dziennikarkami, masaże, zabiegi, rozmowy do późnych godzin nocnych, ale dla mnie najważniejsze były słowa jednej z osób z komisji. Dorota powiedziała, że pamięta moje opowiadanie, że mam lekkie pióro i spytała, czy coś jeszcze piszę. Zadzwoniłam wtedy do mojego męża - powiedziałam: "zobaczysz, a ja napiszę książkę!". I napisałam! Najpierw serię wierszyków dla dzieci, następnie powieść Historia srebrnego talizmanu (również dla dzieci). Dzięki tym kilku słowom wystarczyło mi również odwagi, żeby szukać wydawcy i nie załamywać się kolejnymi odmowami. Aż wreszcie po pół roku znalazłam wydawnictwo. A potem to już było z górki:)

Fot. Aldona Żyjewska

To zdjęcie z moich wędrówek po Szklarskiej śladami artystów. Wejście do domu, gdzie mieszkał kiedyś Hanns Fechner (malarz, który stracił wzrok) i Hannah Fechner - jego żona, wiele lat była na misjach w Indiach, zakładała tam szkoły i szpitale, pisała eseje, spisywała wspomnienia męża o ludziach, których malował.


Pensjonat Pod Wędrownym Aniołem. Twoje miejsce na ziemi, spełnione marzenie, czy może pragnienie serca, za którym poszłaś? 

Joanna M. Chmielewska: To długa historia... Splot różnych okoliczności, pragnienie nie moje, zmiana, której początkowo się opierałam, niełatwa decyzja, i nagle okazuje się, że otwierają się nowe ścieżki i mogę robić to, czego pragnę. Trochę enigmatyczna odpowiedź, prawda? Ale jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej, za jakiś czas zapraszam do przeczytania książki, którą teraz piszę (nie ma jeszcze tytułu, a ukaże się najprawdopodobniej jesienią przyszłego roku).

Ja już czekam na nią z wielką niecierpliwością! To, czym mnie w swoich książkach urzekłaś, to język, którym "tkasz" swoje powieści. Subtelny, jak delikatna koronka, a jednocześnie dotykający często bolesnych tematów, zalegających gdzieś głęboko w człowieku. 

Joanna M. Chmielewska:  Chyba w każdym człowieku gdzieś w głębi coś zalega, każdy ma jakieś zadry, zranienia, bolesne doświadczenia, które utrudniają życie. Daję moim bohaterom szansę, żeby się z tym zmierzyli. Dla mnie istotny jest proces wewnętrznej przemiany bohatera, a okoliczności zewnętrzne o tyle, o ile na tę przemianę wpływają. Chcę pisać o tym, co ważne. A język... Czasami się zastanawiam, czy sens nie zaplącze się w tych koronkach... Z jednej strony język, styl pisania jest czymś charakterystycznym dla autora, ale pisząc kolejną książkę, nieraz nie jestem pewna, czy się nie powtarzam, czy nie użyłam już takiej samej albo bardzo podobnej metafory, czy słów nie jest za wiele i czy wyrażają istotę. 

Jako wymagający Czytelnik zapewniam Cię, że tkasz te koronki w piękne wzory i żadnego nie powtarzasz. Każda Twoja książka jest inna, i każda daje Czytelnikowi ogromną radość odnalezienia myśli, których często sam nie potrafi zdefiniować. 
Joasiu, wiem, że dużo cię łączy z moim rodzinnym Lublinem. Jak wspominasz to miasto i czas, który tutaj spędziłaś?   

Joanna M. Chmielewska:  Lublin to moje czasy studenckie. Pedagogika na KUL-u, czas zadziwienia, że świat nie jest czarno-biały jak mi się do tej pory wydawało, a w nauce są różne teorie, a nie jedna ogólnie przyjęta prawda. Nowe znajomości, przyjaźnie (niektóre przetrwały do dziś, inne niestety nie), i to co wspominam najcieplej - działalność w "Teatrze" - świetlicy socjoterapeutycznej, z której potem (ale wtedy już mnie nie było w Lublinie) wykiełkowała fundacja Szczęśliwe Dzieciństwo i Akademia Młodzieżowa. 

Fot. Aldona Żyjewska

A to też z wędrówek po Szklarskiej. Koło Chaty Izerskiej, miejsca pełnego dobrej energii. Prowadzą ją świetni ludzie, a grzane wino nigdzie nie smakuje tak jak w Chacie! 

Czy czytywałaś swoją imienniczkę? Przyznam, że dla mnie na zawsze pozostanie ona Królową polskich kryminałów. Dziś wracam do niej, gdy mam zły czas w życiu. Potężna dawka śmiechu zawsze pomaga:) 

Joanna M. Chmielewska: Oczywiście! O Joannie Chmielewskiej usłyszałam w piątej klasie od chłopaka, który mi się podobał, no i oczywiście od razu sięgnęłam po jej książki. Moje ulubione to "Lesio" i "Całe zdanie nieboszczyka". "Lesia" czytałam wielokrotnie, za każdym razem śmiejąc się w głos. Przez jakiś czas mój mąż (nazwisko Chmielewska mam po mężu właśnie) nie miał problemu z wyborem prezentów dla mnie, po prostu dostawałam kolejną Chmielewską i już. Aż do momentu gdy sprezentował mi inne wydanie książki, którą miałam na półce i wtedy powiedziałam, że Chmielewskich już mi wystarczy.
Dawno, dawno temu napisałam nawet list do Joanny Chmielewskiej, ale nigdy go nie wysłałam... 
Ta zbieżność nazwisk bywa czasami kłopotliwa, dlatego używam drugiego imienia Maria, ale nie wyobrażam sobie, żeby pisać pod pseudonimem, nie czułabym wtedy, że to moja książka.

Którą ze swoich bohaterek lubisz najbardziej?  Wiem, że Weronika, z którą nota bene, natychmiast się "zaprzyjaźniłam", stając się stałym gościem Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem, nie jest postacią przypadkową...

Joanna M. Chmielewska: Pierwowzorem Weroniki jest moja przyjaciółka, która podobnie jak bohaterka "Sukienki z mgieł" widzi i czuje więcej niż inni. I chociaż nie prowadzi Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem (ciągle ją namawiam, żeby założyła taką kawiarnię), to podobnie jak wokół Weroniki gromadzą się wokół niej ludzie szukający impulsu do zmian. Weronika jest mi chyba najbliższa, ale lubię wszystkie moje bohaterki. Chociaż może "lubię" to nie jest najwłaściwsze słowo, lepsze byłoby "czuję je", rozumiem, dlaczego są takie, jakie są i trzymam za nie kciuki. Gdybyśmy się spotkały w rzeczywistości, nie ze ze wszystkimi pewnie znalazłabym wspólny język, (np. Hanka z "Poduszki w różowe słonie" momentami mnie denerwowała i miałam ochotę porządnie jej nagadać), ale wszystkie są mi bliskie. A najbardziej podziwiam Anastazję, która po prostu wdarła mi się do książki. Sądziłam, że zjawi się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem tylko raz, tymczasem wyskoczyła na pierwszy plan. Anastazja nie miała łatwego życia...

Dlatego jest taka prawdziwa... Co Twoje książki i ich bohaterowie zmieniły w twoim życiu? Pytam, bo moje zrobiły w moim ogromną rewolucję:) 

Joanna M. Chmielewska: Kiedy książki idą w świat,  zaczynają żyć własnym życiem. Ludzie czytają je przez pryzmat własnych doświadczeń i czasami znajdują jakiś element, który wpasuje im się w życiową układankę. To niesamowite, gdy autor dowiaduje się, że jego książka była dla kogoś ważna, że ktoś znalazł w niej coś dla siebie. Słyszałam o ojcu i córce, którzy odnaleźli drogę do siebie dzięki "Sukience z mgieł", o kobiecie, która długo szukała materiału w różowe słonie, żeby uszyć z niego poduszkę, a kiedy już ją uszyła, wypłakała w tę poduszkę żale dziecka pozbawionego matki i wychowywanego przez ciotkę. Poznałam chłopca, który  dostał "Historię srebrnego talizmanu" w zerówce i najpierw czytali mu ją rodzice, a potem kilkakrotnie przeczytał ją sam. To była jego ulubiona książka. Takie wieści dodają skrzydeł.
Książki stały się dla mnie drogą prowadzącą do ludzi i nowych miejsc. Często są to niezwykłe spotkania. My też przecież spotkałyśmy się dzięki książce, Moniko, prawda? Tak to się cudnie nasze drogi splotły:)
Dzięki temu, że udało mi się osiągnąć to, czego bardzo pragnęłam, a co wydawało mi się nieosiągalne (wydanie książki), mam więcej wiary w siebie i odwagi. Gdyby się nie udało, nie wiem, czy zdecydowałabym się na tak ryzykowny kro, jakim było  zostawienie pracy, przeprowadzka do Szklarskiej Poręby  i otwarcie Domu pod Wędrownym Aniołem.

Co Joanna Maria Chmielewska robi wtedy, gdy nie pisze? 

Joanna M. Chmielewska: Przyjmuję gości w Domu pod Wędrownym Aniołem, prowadzę warsztaty twórczego pisania, czytam, co mi w ręce wpadnie (zaczynam, nie zawsze kończę), zajmuję się domem, spotykam z ludźmi, odkrywam nowe ścieżki, a ponieważ w Szklarskiej Porębie mieszkam dopiero od czterech lat, mam ich jeszcze wiele do odkrycia w bliższej i dalszej okolicy.

Twój czas na pisanie to... ? Co robisz w momentach zastoju twórczego? Odpuszczasz i czekasz, czy mimo wszystko, próbujesz go pokonać? 

Joanna M. Chmielewska:   Lubię pisać, kiedy jestem sama w domu albo gdy wszyscy już śpią,  wtedy nic mnie nie rozprasza i nie odciąga od moich bohaterów. A oni, wdzięczni, że mam czas tylko dla nich, odsłaniają swoje tajemnice.
Cały czas szukam recepty na zastój twórczy, ale jej jeszcze nie znalazłam, niestety:) A może ty znasz jakiś cudowny sposób?

Niestety, nie:(  Nauczyłam się już pokory wobec moich bohaterów. gdy milkną, po prostu czekam. i denerwuję na samą siebie, że czas przecieka mi przez palce! 
 
Joanna M. Chmielewska: Czasami próbuję pokonać zastój, pisząc wytrwale, a czasami odpuszczam i zajmuję się zupełnie czym innym - zabieram się za sprzątanie, idę na spacer albo na basen.
Pamiętam, jaki problem miałam przy pisaniu "Sukienki z mgieł". Otóż główna bohaterka - Weronika, zakochała się w Brazylijczyku. Zakochała się w nim jeszcze w poprzedniej książce ("Poduszka w różowe słonie"), gdzie była bohaterką drugoplanową. Kiedy pisałam "Poduszkę...", nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek napiszę opowieść o Weronice. Gdybym to przewidziała, może udałoby się nie dopuścić do jej związku z Brazylijczykiem, ale niestety nie przewidziałam, więc musiałam ponieść konsekwencje. Pisałam tę "Sukienkę z mgieł", Brazylijczyk namawiał Weronikę, żeby przyjechała do niego do Brazylii, Weronika się wahała, ale przecież nie mogła wahać się przez całą książkę, coś musiałam z tym zrobić. Lecz jak tu ją wysłać do Brazylii, kiedy ja tam nigdy nie byłam i zielonego pojęcia o Brazylii nie mam. Poczytałam trochę w internecie, zaczęłam czytać jakąś książkę o Brazylii, ale nadal czułam, że za mało wiem i Weroniki wysłać tam nie mogę. Nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Odpuściłam. Zostawiłam pisanie i poszłam na zajęcia z tańca orientalnego (które zresztą też znalazły odbicie w książce). I nagle podczas tańca olśniło mnie! Wymyśliłam, jak pozbyć się Brazylijczyka!
Czasami warto odpuścić i zająć się zupełnie czymś innym, a wtedy właśnie pojawiają się pomysły.

Nad czym teraz pracujesz? Uchylisz rąbka tajemnicy? 

Joanna M. Chmielewska:  Bardzo czekam na mojego "Ręcznikowca" (dla dzieci), który ma się ukazać w  pierwszym kwartale przyszłego roku, a obecnie pracuję nad książką, o której wspomniałam wcześniej. Piszę o tym, jak trafiłam do Szklarskiej Poręby. Chcę ukazać niezwykłość miejsca, które urzekło mnie od pierwszej chwili i powoli odkrywa swoje tajemnice. Chcę pokazać ludzi, którzy tu mieszkają i mieszkali,  tych, którzy wybrali to miejsce (Szklarska Poręba pod koniec XIX w stała się kolonią artystyczną) i tych, którzy zostali wrzuceni tu przez powojenną historię. Niesamowite są ludzkie losy.

Każdy człowiek to opowieść na niejedną książkę, prawda? Joasiu, bardzo dziękuję Ci za cudowną, ciepłą rozmowę. Pomimo braku kominka czułam się tak, jakbyśmy naprawdę przy nim siedziały, każda ze swoją filiżanką w ręku. Kiedy tylko Cię zobaczyłam na Warszawskich Targach Książki wiedziałam, że jesteśmy z tej samej bajki:) I nie pomyliłam się. Trzymam kciuki za książkę, nad którą obecnie pracujesz, i życzę Ci wielu tematów do podjęcia i utkania przepięknymi słowami, w które z wielką przyjemnością się zagłębiam i każdego do tego zachęcam! Moim gościem na Literackiej Kanapie była Joanna Maria Chmielewska, pisarka i kobieta, w której melodię można się wsłuchać, sięgając po jej książki. 
Monika A. Oleksa 

Na schodkach drewnianego domku w Parku Ducha Gór
 




 

niedziela, 23 listopada 2014

Z listopadem pod rekę - Spotkanie autorskie w Kobylinie




Listopad w płaszczu z mgieł i dżdżu, zawieszonym na ramionach, towarzyszył mi krok w krok w czasie moich wielkopolskich spotkań autorskich. Jutrosin, Kobylin, Krotoszyn i Koźmin Wielkopolski - niewielkie miasteczka, z ogromną siłą przyciągania i ludźmi, do których chce się wracać. 
Kolejny dzień mojej wędrówki po Wielkopolsce, czwartkowe wczesne popołudnie - szare, listopadowe, nostalgiczne i nastrojowe, podobnie jak wystrój niewielkiej bibliotecznej przestrzeni w Kobylinie. Stoliki ponakrywane białymi obrusami, a na nich porcelanowe filiżanki i talerzyki ze słodkimi pokusami. Całość dopieszczona i zapięta na ostatni guzik, pod czujnym okiem pani dyrektor Teresy Bukowskiej, dla której ta biblioteka - to jak drugi dom, tyle lat swojej pracy i swojego życia jej poświęciła. 

Biblioteczne pomieszczenie zostało bardzo starannie przygotowane na spotkanie
Pani dyrektor, Teresa Bukowska, cudowny człowiek, oddany sercem swojej pracy
Najprzytulniejsze spotkania są wśród książek
Lubię ten klimat zasłuchania, gdy opowiadam o swojej pasji pisania

Przytulne, biblioteczne zacisze, odgrodzone od reszty pomieszczenia wysokimi regałami wypełnionymi książkami, przyjęło każdego wchodzącego tu gościa liryczną atmosferą i zapachem kawy, unoszącym się w parującym obłoku nad filiżankami. Jeszcze przytulniej zrobiło się, gdy przy stolikach usiedli przybyli Czytelnicy, swoim zasłuchaniem i refleksyjnymi wypowiedziami ocieplając to wnętrze, z którego nie chciało się wychodzić. 
Słowa płynęły spokojnie, podobnie jak czas odmierzający minutami to magiczne popołudnie. W zasłuchanej ciszy wybrzmiały fragmenty różnych moich książek - szczególnie zatrzymał nas ten, odczytany przez panią Teresę z "Miłości w kasztanie zaklętej", i przenoszący każdego z obecnych w klimat świąt Bożego Narodzenia. W tym zasłuchaniu nawiązała się szczera rozmowa, na co pozwoliło niewielkie pomieszczenie i swoboda, z jaką Czytelnicy się tam poczuli. Podjęty temat samotności, którego nie mogło zabraknąć w moim spotkaniu, bo siłą rzeczy ta tematyka przewija się przez najnowszą książkę, wzbudził refleksje, którymi Czytelnicy chętnie się dzielili, za co z całego serca pragnę im podziękować. 

Pani Kamili dziękuję za zmierzenie się z Eulaliami bez przygotowania:)
W najnowszej książce mam swój ulubiony fragment, który zawsze dedykuję Czytelnikom
Lubię kiedy między mną, a Czytelnikami nawiązuje się rozmowa
To listopadowe spotkanie w Kobylinie miało w sobie coś z magii


Dziękuję szczególnie pani Marii Bednarek, która po skończonym spotkaniu (na którym często i mądrze zabierała głos), obdarowała mnie tomikami wierszy swojego męża, Sławomira Bednarka. Pozwolę sobie przytoczyć dwa z nich, które szczególnie mnie przy sobie zatrzymały: 
Kieliszek wina

Postawił przede mną Pan kieliszek wina
Doczesną życia resztkę
Więcej nie będzie
Więc ostrożnie... w dłoniach go trzymam
I z kwaśną miną
Zaczynam degustację kropelki pierwszej... 
Sławomir Bednarek  "Kiedy przypłynie statek"

Lubisz oglądać pierścionki

Lubisz oglądać pierścionki- 
Co cię w nich pociąga?
Kształt okrągły, 
Oczka?

Nie nęci cię materia:
Srebro, złoto, kamienie drogie,
Ty o to nie dbasz, 
Ty dbasz o mnie.

I tylko się uśmiechasz,
Patrząc ot tak sobie, z lubości, 
A zieleni oczu
Mogą ci nefryty pozazdrościć. 

Nasza miłość jest jak pierścionek, 
Nie zna początku ni końca, 
Jak nie wiadomo, gdzie początek, gdzie koniec
Pierścionka.

Nasza miłość w podwatowanych jesionkach, 
Szara już i nie pierwsza, 
Cieplejsza jest od złota
I na pewno pewniejsza.

By nikt się nie dąsał
Ukłon w stronę Mistrza Ildefonsa. 
Sławomir Bednarek "Kiedy przypłynie statek"

Pani Maria Bednarek i pięknie opakowane tomiki wierszy jej męża
Wiele jest perełek w tych tomikach, "drobinek poezji" poszukiwanych przez Autora na ścieżkach życia
Podziękowania i obietnice powrotów... 
Pani Aniela Polna, jedna z gospodyń spotkania w Kobylinie
Chwile po oficjalnej części spotkania, wciąż pełne wrażeń...


Dziękuję również pracownikom Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy w Kobylinie, pani Teresie Bukowskiej, Anieli Polnej i Kamili Panek, za ciepłe przyjęcie, zadbanie o szczegóły i dopieszczenie spotkania, które było tak nastrojowe, że nawet Listopad przysiadł zasłuchany, i nie chciało mu się wychodzić na jesienny chłód. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Pozostając w klimacie jesiennego zamyślenia, do kubka gorącej herbaty z sokiem malinowym dodaję kolejną, bardzo miłą rozmowę, którą przeprowadziła ze mną Weronika Tomala na swoim blogu: Kto czyta książki - żyje podwójnie - KLIK, oraz recenzje moich książek, których autorką jest również Weronika Tomala - SAMOTNOŚĆKASZTAN. A na koniec... niespodzianka... - KLIK:)
Monika A. Oleksa