czwartek, 28 sierpnia 2014

Bogactwo niecodzienności


Fot. Marcin Piotr Oleksa

Sierpień odlicza swoje dni, jak paciorki różańca, w powietrzu czuć już zapowiedź jesieni, a wrzesień zagląda mi przez ramię, podczytując to, co zapisuję. Kończy się pewien czas naszego życia po to, aby mógł rozpocząć się kolejny. Inny. Może nie tak beztroski jak wakacyjne miesiące, ale bogaty w szczegóły, których często nie chcemy zauważać. Zielone jeszcze drzewa zaczną stroić się w kolorowe sukienki z barwnych liści, a przed naszymi oczami snuć się będą srebrne nici babiego lata. Nastanie czas placków drożdżowych ze śliwkami i szarlotek, które wypełnią dom cynamonowym zapachem. Koniec lata nie oznacza początku nużącej jesiennej wędrówki po codzienności. Jest jedynie etapem, który trzeba przejść, czerpiąc z bogactwa niecodzienności, jakiego doświadczaliśmy w lipcowym i sierpniowym czasie zwolnienia, zatrzymania, przystanięcia.

Fot. Michał Oleksa

Nasze cenne wakacyjne i urlopowe chwile powinniśmy zatrzymać w sobie, aby czerpać z nich wtedy, gdy życie przygniecie, rutyna znuży, a my zaczniemy wątpić w sens tego, co robimy. 
Wyobraź sobie, że te chwile niecodzienności są jak letnie owoce - dorodne, soczyste i słodkie. A jednak krótkotrwałe. Aby zapamiętać ich smak, i móc powrócić do niego w zimowe dni szarości, wkładamy je do słoików i zasypujemy cukrem. Albo zesmażamy, i zapamiętujemy smak lata w dżemach i powidłach. A kiedy tak strasznie zatęsknimy za słońcem, otwieramy taki słoik i delektujemy się smakiem, zapachem i wspomnieniem - truskawki, maliny, wiśni, śliwki, brzoskwini, aronii... 
W tym roku zaniosłam do spiżarki mojej pamięci wiele takich słoików. Pochowałam tam dobre dni i dobrą energię, którą otrzymałam od niesamowitych ludzi. Przez dwa letnie miesiące zostałam tak hojnie obdarowana spotkaniami i rozmowami (dla pisarza - bezcennymi!, i pochowanymi w sercu, aby dojrzewały, jak dobre wino), że z pewnością starczy mi tych "przetworów" z promiennym uśmiechem lata, na długo. Będę odkręcać wieczko takiego słoiczka zawsze wtedy, gdy dopadnie mnie tęsknota, jesienna melancholia czy zimowa depresja. Zanurzę w nim swoją twarz, aby poczuć zapach morza i usłyszeć jego szum. Na czubek palca nabiorę, niczym gęstą konfiturę, wspomnienie smaku delicji nałęczowskiej, i ogrzeję się w promieniach słońca, które jest we mnie, i w oczach tych, których podarowało mi życie. 

Fot. Michał Oleksa

I nawet jeśli z nieba będzie lał się deszcz, pod parasolem przemierzę ulice mojego miasta, wspominając spacer w strugach ciepłego deszczu, z Sabinką, którą pokochałam od pierwszego spotkania. Dobry duszek, z niesamowitą energią i uśmiechem na twarzy, pomimo kopniaków, których nie szczędzi życie. Te lipcowe godziny, wyrwane obowiązkom, w które uwikłała mnie lubiąca zaskakiwać codzienność, były dla mnie prezentem, za który Ci, Sabinko, ogromnie dziękuję!

Spotkanie z Sabinką i Izą w Pożegnaniu z Afryką, w Lublinie :) 
  
Te wspólne godziny, pomimo tego, że minęły tak szybko, podarowały mi tak wiele...
Dziękuję też Marzence, która w końcu! zdecydowała się przemierzyć Polskę z zachodu na wschód, abym mogła ją ugościć w moim Lublinie :) Ten czas, który dostałyśmy, był magiczny i dał mi siłę do uporządkowania trudnych spraw, które jakiś czas temu mnie przerosły. Wspólne kuchenne prace i przegadane wieczory zbliżają, a Przyjaźń, która rozpoczęła się kiedyś w ukochanych Dąbkach, z każdym rokiem pięknieje, pomimo odległości. Za to, że chcesz ją pielęgnować i za to, że jesteś - dziękuję Marzenko Tobie i Twojej cudownej rodzinie :) 

Przy Marzence spojrzałam na swoje miasto innymi oczami
  
Przyjaźń, która dla trzylatków zaczęła się w Dąbkach, trwa do dziś
To był dobry czas, pełen bliskości, której na co dzień często brakuje


W oddzielnej szkatułce ze skarbami niecodzienności, ukryłam trzy wrażliwości, przy których, krok po kroku, odkrywałam bogactwo człowieka, i do których lubię powracać, aby ogrzać się w cieple, które mi ofiarowały i wciąż ofiarowują! Lidka obdarowała mnie spokojem i obietnicą pięknej przyjaźni, którą doceniłam, podobnie jak tę bardzo kobiecą, skromną i bogatą wewnętrznie dziewczynę. Dwa tygodnie przemknęły nie wiadomo kiedy, ale w mojej szkatułce zostało wiele pięknych okruszków szczęścia, do których często zaglądam. Swoją wrażliwością i wielkim ciepłem, podzieliła się ze mną Bożenka. Dzięki Twojej serdeczności i rozmowom, których mam niedosyt, straciłam część swojego "bagażu", który przywiozłam z Lublina aż do Dąbek. Nie każdy umie tak mądrze słuchać jak Ty, Bożenko! Za te chwile razem i za świadomość, że jesteś po tej drugiej stronie ekranu i telefonu - dziękuję! 
Wrażliwość Kasi smakuję od roku. I z każdym spotkaniem odkrywam w niej coś nowego. Połączyła nas nałęczowska Ewelina, do której obie lubimy wracać, pomimo tego, że dojeżdżamy tam z różnych kierunków. Skromność Kasi podbiła moje serce, a sama Kasia stała mi się tak bliska, że trudno mi uwierzyć, że spotkałyśmy się zaledwie rok temu... Zamykam je wszystkie, trzy wrażliwości, w specjalnie stylizowanej szkatułce, i chowam na gorsze dni, kiedy znowu będzie pod górkę... 

Nałęczów z Kasią ma wyjątkowy smak
Połączyło nas właśnie to miejsce - nałęczowska Ewelina
Do mojej spiżarki z cennymi "przetworami", zanoszę ostrożnie przebogatą konfiturę z nadbałtyckiego spotkania w Sarbinowie, i w Chełmie. Natalia i Karolina, obie nierozerwalnie ze sobą związane w mojej pamięci i sercu, i obie tak pełne pięknego człowieczeństwa. 

Karolina i jej Mama zawsze goszczą nas po królewsku
W Natalii odkryłam swoją pokrewną duszę

Oddzielny słój (bo słoik to za mało!) to wspomnienia z Dąbek i ludzie, którzy są częścią miejsca, do którego wracam jak do domu. Tak bliscy, pomimo odległości. Tak przebogaci w nieukrywane uczucia, nienapuszoną i nieksiążkową mądrość, w szczerą serdeczność i pokłady życzliwości. Do tego słoja będę zaglądać najczęściej, bo jest dla mnie jak gąsior z drogim winem, którym częstuje się wyjątkowych gości.
Moja spiżarka - bogactwo niecodzienności. Ty też masz wiele takich chwil, z których możesz czerpać, pomimo końca lata i urlopowej beztroski. Masz ludzi, którzy Cię ubogacają, i którzy barwią Twoje życie na wyraziste kolory tęczy. Nie roztrwoń tych momentów, tylko schowaj je do swoich szkatułek i spiżarek. Zaglądaj tam wtedy, gdy życie straci smak, a przygnębienie zajrzy Ci w oczy. Przypomnij sobie dni, kiedy słońce śmiało się do Ciebie od samego rana, i gdy ktoś tak pięknie Cię słuchał, patrząc Ci prosto w oczy. Czerp z tego garściami i nie pozwól, aby szarość rozpanoszyła się w Twoim życiu. Zachowaj w sobie lato jak najdłużej i podziel się nim z tymi, którzy stracą nadzieję. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Letni spacer po Lublinie

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Lublin. Moje miasto, w którym się urodziłam, w którym dorastałam, i w którym mam swoje miejsca, ścieżki i ludzi, bez których moje życie nie byłoby tak pełne jak jest, i którzy sprawiają, że moja codzienność ma kolory tęczy. Rodzina, przyjaciele i cudowni sąsiedzi, dla których nie uciekam z bloku do domku poza miastem, bo mi przy nich po prostu dobrze. 
Miasto, które ma klimat, i które gościnnie przyjmuje każdego, kto zechce tu zawitać. Prowincja Europy, z sercem wyciągniętym na dłoni. 
Dzisiaj chciałabym zabrać Cię na letni spacer po moim Lublinie; takim, jaki przemierzam codziennie, i który jest mi bliski. Chciałabym pokazać Ci moje miejsca i opowiedzieć, dlaczego właśnie Lublin jest moim miastem, w które wrosłam i które pokochałam i doceniłam.

Brama Krakowska prowadząca na lubelską Starówkę
Trybunał Koronny na rynku Starego Miasta  
Zapraszam na letni spacer po moim Lublinie... 
Lubelskie Stare Miasto zachwyca swoją specyficzną atmosferą i kamieniczkami, które pięknieją po renowacji. Restauracje, kawiarnie, puby i knajpki zapraszają uśmiechem kelnerów do letnich ogródków i klimatycznych wnętrz. Warto przysiąść choć na chwilę w jednej z nich, i poczuć serce mojego miasta, które bije właśnie tutaj, na Starówce. 
Jeśli masz ochotę na naprawdę dobrą herbatę i słodką pokusę, warto wstąpić do Akwareli - KLIK. Często tu wracam, bo lubię tę kawiarnię za jej subtelność, miłą obsługę i to "coś", czego często brakuje mi nawet w najbardziej malowniczo położonych kawiarenkach. "Akwarela" ma to "coś" i pewnie dlatego tak wielu lublinian ją odwiedza i przyprowadza tutaj swoich przyjaciół, podobnie jak ja :)
Na wyjątkową kawę i literackie desery ( m. in. Leśmiana, Czechowicza, Tuwima) polecam Pożegnanie z Afryką - KLIK . Ukryta w lubelskich podziemiach kawiarnia, przytulona do Muzeum Czechowicza, zaprasza na pełne pokus zatrzymanie we wnętrzu, które zachwyca. Pachnie tu literaturą, poezją i wyśmienitą kawą, a słowa przy rozmowie same się plotą w dialog, który łączy. Od września do czerwca, w każde czwartkowe popołudnie, można tu "zasmakować"  literackich spotkań z poetami i pisarzami, prowadzonych przez panią Hannę Olszewską, wkładającą w ich przygotowanie i prowadzenie całe swoje serce. Warto się tu wybrać, aby poczuć prawdziwy klimat Lublina, miasta kultury, którą przesiąkło. 

Na Starym Mieście mam swoje ulubione kawiarenki, w których lubię spotykać się z przyjaciółmi
Stare Miasto ze swoimi uliczkami i kawiarenkami. "Akwarela" po lewej, "Mandragora" na wprost.
Takie zaułki kryją w sobie wiele tajemnic
Stare Miasto tłumnie odwiedzają lublinianie i turyści
To miejsce ma swój niepowtarzalny klimat o każdej porze roku
Zaraz obok "Pożegnania z Afryką" znajduje się kościół Dominikanów - Bazylika Relikwii Krzyża Świętego, skromne ale jakże wyjątkowe miejsce. Ze zgiełku tętniącego życiem Starego Miasta, wchodzi się w zupełnie inny świat. Zadumany, wyciszony i kojący spokojem, promieniującym od Tabernakulum. Stare ławki pachną historią, a mury zatrzymały na sobie wydarzenia minionych wieków, utrwalone we freskach i malowidłach. Naprawdę można tu nakarmić swoją duszę, a pusty żołądek rozpieści Mandragora - KLIK, restauracja żydowska, do której trzeba zajrzeć i posiedzieć, degustując tutejszą kuchnię i chłonąc atmosferę tego wyjątkowego miejsca. Nie można go ominąć, będąc w Lublinie! 
Lubelska Starówka ma wiele zaułków, które doskonale pokazują historię tego miasta. W samym środku Starego Miasta, tuż za Bramą Krakowską, na ul. Rynek, stoi Trybunał Koronny, zwany również Pałacem Ślubów. Nieco dalej, idąc w dół ulicą Grodzką, dojdziemy do Placu Po Farze, na którym zachowały się fragmenty murów lubelskiej fary; pierwszego kościoła parafialnego w Lublinie pod wezwaniem św. Michała Archanioła, pochodzącego z XIII w, doszczętnie zniszczonego.

Plac Po Farze i zachowane fragmenty murów kościoła farnego
Uliczkami Starego Miasta można wędrować i wędrować... 
Plac Po Farze
Ukryty w zaułku kościół Dominikanów 
Kamienice Starego Miasta w Lublinie
Herb Lublina
W starych kamienicach pochowały się cynamonowe sklepiki i antykwariaty, gdzie można wyszperać oryginalne, stare przedmioty, w tym antyki i ciekawą biżuterię. 
Położone na wzgórzu lubelskie Stare Miasto, jest doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego widać panoramę Lublina. Warto tu zajrzeć w połowie sierpnia, aby odwiedzić odbywający się  corocznie Jarmark Jagielloński. 
Miejscem, w którym również można zasmakować Lublina, jest Teatr Stary. To tutaj toczą się Bitwy o Kulturę i odbywają niepowtarzalne koncerty w kameralnym gronie. Tutaj przyjeżdżają aktorzy z całej Polski, dopieszczając lublinian i zaspokajając ich potrzebę życia kulturalnego, które w naszym kraju jest najmniej doceniane i finansowane. Artyści lubią nasz Teatr Stary, bo ma niesamowitą akustykę i trudny do podrobienia klimat, a lubelska publiczność jest wdzięczna i potrafi docenić dobrą sztukę i energię włożoną w koncert.
Przemierzając Stare Miasto spacerowym krokiem, dojdziemy do Zamku Lubelskiego, który zapisał się w historii Lublina tragicznie. To na Zamku, w czasie drugiej wojny światowej, mieściło się więzienie, w którym zginęło wiele tysięcy ludzi. Dziś mieści się tu muzeum, w którego zbiorach znajduje się m.in. Unia Lubelska Jana Matejki. Sam Zamek nie wzbudza mojego entuzjazmu, nie podoba mi się styl, w jakim został odbudowany; warto jednak zwiedzić zabytkową Kaplicę Trójcy Św., z freskami pochodzącymi z XV w.
Wracając Starym Miastem, dojdziemy do Bramy Krakowskiej, pod którą umawia się większość lublinian :) Spacerem przechodzę deptak, który dziś jest wizytówką mojego miasta, ale pamiętam jeszcze takie lata, gdy przez tę główną ulicę miasta przejeżdżały autobusy, trolejbusy, i nie tak liczne jak dziś, samochody. 

Fot. Michał Oleksa 
   
Teatr Stary, do którego lubimy zaglądać 
Romantyczny spacer uliczkami Starówki... 
Ulica Królewska w Lublinie
Lubelska Archikatedra, w której znajduje się cudowny obraz Matki Bożej Płaczącej
Centrum Miasta to Teatr im. Juliusza Osterwy, kawiarenki, banki i moja parafia, kościół pod wezwaniem Nawrócenia Św. Pawła, z którym jestem bardzo związana i sercem, i pełnioną funkcją radnej parafialnej. 
Mam wiele miejsc w moim Lublinie, w których czuję się dobrze, i gdzie lubię przebywać. Lublin to nie tylko Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście, ale i cmentarz przy ulicy Lipowej, opisany przeze mnie w "Miłości w kasztanie zaklętej". Tutaj wyciszam się od zgiełku miasta, otulona szumem drzew i szeptem tych, których tam odwiedzam. Wciąż bliskich, pomimo tego, że ich ziemskie pielgrzymowanie już się zakończyło. 

Deptak - wizytówka mojego miasta
Moja parafia, z którą się mocno identyfikuję
Teatr im. Juliusza Osterwy
Deptak latem tętni życiem
Cmentarz przy ul.Lipowej 
Nekropolia przy Lipowej to jeden z najstarszych cmentarzy w Polsce
To ten właśnie cmentarz opisałam w "Miłości w kasztanie zaklętej"

Lublin to również moje osiedle, przyjazne, pełne zieleni i miejsc, po których razem z Mattie możemy spacerować. Nie ma tu żadnych ogrodzeń, ani płotów wydzielających prywatny kawałek chodnika i trawnika. Zadbane alejki i rozległe pasma zieleni, w tym przepiękny wąwóz, są dla wszystkich, bez podziału na równych i równiejszych. W osiedlowym sklepie, oprócz codziennych zakupów, dostaję szczyptę serdeczności gratis, a do tego uśmiech i krótką rozmowę. Moich sąsiadów rozpoznaję z daleka i przystaję przy nich na chwilę dłuższą lub krótszą, w czasie której zawsze mamy sobie coś do powiedzenia, czasami pomimo różnicy pokoleń, jaka nas dzieli. 
Osiedlowa biblioteka gościnnie otwiera dla mnie swoje progi, a moje dzieci są tam stałymi bywalcami i oddanymi czytelnikami. Wrosłam tutaj. W to miejsce, bliskie mojemu sercu. Lublinianka od pokoleń, doceniająca to, co moje miasto ma mi do zaoferowania, i identyfikująca się z Lublinem, do którego każdego z Was zapraszam, bo warto! 
Monika A. Oleksa  

Lubię moje miasto i czuję się jego częścią

Warto tu przyjechać :)
Ulica Kozia, już poza murami Starego Miasta
Lubelski Ratusz...
...a przed Ratuszem katapulta... 
Krakowskie Przedmieście 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Sukienka z mgieł" Joanna M. Chmielewska

Fot. Michał Oleksa 


Lubię książki, które od pierwszych stron mnie zaczarują. Takie książki mają w sobie tajemnicę, którą chcę odkrywać powoli, i w którą chcę wejść, aby poczuć się jej częścią. Oplatają mnie swoimi słowami, układającymi się w historię. Poznaję ją zachłannie, sycąc się zdaniami podarowanymi mi przez autora, który myśli i czuje podobnie jak ja. 
"Sukienka z mgieł" Joanny M. Chmielewskiej, oczarowała mnie od pierwszego zdania. Po jego przeczytaniu poczułam się tak, jakby główna bohaterka tej powieści, Weronika, wzięła mnie za rękę i poprowadziła w swoją opowieść, pokazując mi blaski i cienie swojej codzienności. Polubiłam ją od razu, od tych pierwszych chwil, kiedy się spotkałyśmy po obu różnych stronach książki. Weszłam w jej życie z ciekawością, z każdą kolejną kartką zaprzyjaźniając się z nią coraz bardziej, i pokochałam Piwnicę pod Liliowym Kapeluszem, do której Weronika mnie zaprowadziła. 
Piwnica pod Liliowym Kapeluszem to magiczne miejsce, w którym chce się być. To nie tylko kawiarnia z duszą, która pachnie najlepszą kawą na świecie i szczęściem, ale przede wszystkim to spełnione marzenie małej Weroniki. Dziewczynki, która zawsze była "inna", bo kochała koty, rozmawiała z drzewami i szanowała każde istnienie, nawet to najmniejsze. Kobiety, która widzi więcej niż chce, potrafi odpowiedzieć na pytanie, zanim rozmówca je zada, i która ma w sobie spokój, tak bardzo potrzebny ludziom we współczesnym świecie. Weronika wie, że ludzie przychodzą do jej kawiarni nie tylko po to, aby zjeść dobre ciastko i poczuć smak wyrafinowanej kawy. Przyciąga ich tutaj ciepło, którym młoda kobieta umie się dzielić, i pragnienie, które nie do końca potrafią sprecyzować, prowadzące jednak do zaułków i zakamarków w głębi siebie, o których dotąd starali się zapomnieć. W Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem dzieją się prawdziwe cuda. Tutaj otwierają się ludzkie serca, rodzą się uczucia, a ludzie uczą się pomagać sobie bezinteresownie. W tym miejscu skrzywdzona przez życie Krystyna, uwikłana w beznadziejność codzienności z mężem alkoholikiem, ma odwagę spojrzeć na siebie inaczej i podjąć ogromny wysiłek, aby dostrzec w sobie Anastazję, którą pogrzebała wraz z niespełnionymi marzeniami. Z pozoru niewiele znaczące zdarzenia, zmieniają bieg ludzkich spraw i wskazują drogowskazy, prowadzące do odkrycia siebie i tego, ile piękna nosi w sobie każdy z nas. Drobne szczegóły odblokowują zaskorupiały ból, i uświadamiają, że człowiek ma w sobie ogromną siłę, na której będzie mógł się wesprzeć, gdy nadejdzie odpowiedni czas. 
"Sukienka z mgieł" to niezwykła opowieść o przemianie człowieka, który błądząc, odnajduje całą prawdę o sobie, na którą otwiera się z pomocą innych. To książka dająca nadzieję tym, którzy uważają, że nic dobrego już w życiu spotkać ich nie może, bo ich czas dawno przeminął. Joanna M. Chmielewska pokazuje, że tak naprawdę nasze życie jest wyłącznie w naszych rękach, i tylko od nas samych zależy, jak nim pokierujemy i gdzie dojdziemy. Autorka podkreśla, jak ważna jest godność człowieka, a szczególnie kobiet, które często pozwalają mężczyźnie przejąć kontrolę nad sobą, i paraliżowane strachem, zaczynają wierzyć, że nie zasługują na nic lepszego. 
"Sukienka z mgieł", którą może nałożyć każda z nas, gdy już do tego dojrzeje, szepcze, że nigdy nie jest za późno na to, aby zacząć walczyć o swoją godność, i że marzenia naprawdę się spełniają, jeśli tylko dostatecznie mocno w nie uwierzymy. 
Ta przepiękna i tak zupełnie zwyczajna opowieść, daje siłę i nadzieję na to, że można przeżyć życie pięknie, w zgodzie z samym sobą, jeśli tylko otworzymy się na znaki, jakie otrzymujemy każdego dnia, i zaufamy, że są ludzie, na których naprawdę możemy się wesprzeć, nawet gdy zwątpimy w sens jakiejkolwiek walki o siebie. 
Joanna M. Chmielewska maluje zwyczajny świat przepięknym językiem, którym dopieszcza czytelnika i sprawia, że tej książki nie chce się odłożyć nawet po jej zakończeniu. Polecam gorąco każdemu, kto czuje się rozczarowany płytkością polskiej literatury. W "Sukience z mgieł" odkrywa się prawdziwą głębię, a ja po jej przeczytaniu pozostałam z niedosytem na więcej. 
Pani Joanno, za wyjątkowy czas, który dostałam, czytając Pani książkę, i za wszystkie słowa, które w niej znalazłam - te dobre, owocne i potrzebne - z serca dziękuję! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

sobota, 16 sierpnia 2014

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Mewy krzykaczki, szybują ponad niespokojną taflą morza, szeroko rozkładając swoje skrzydła. Z perspektywy ptasiego lotu, świat nie ma dla nich granic. Wznoszą się wysoko, obserwując i zapamiętując. Żyją w oczekiwaniu, witając każdy kolejny dzień o brzasku swoim krzykiem, będącym ich osobistą modlitwą o poranku. Pokochały morze tak bardzo, że nawet ostra i mroźna zima nie zniechęca je od spacerów nad brzegiem lodowatej wody. Silny, porywisty wiatr stawia im wyzwanie, które przyjmują, i z którym się zmagają. Jak człowiek ze swoim życiem. Każdego poranka od nowa, z niewiadomą godzin przynoszących różnorodność zdarzeń. Mozaika, układana codziennie po trochu. Wielobarwna, utkana z dni dobrych, pełnych blasku, podobnego do tych skrzących się w słońcu na pomarszczonej tafli morza iskierek; i z tych gorszych, pełnych przygnębienia i niepewności jutra, pozbawionych kolorów i nadziei. Ale człowiek przyjmuje je wszystkie, zmagając się z nimi po swojemu. Podobnie jak mewa, lecąca pod wiatr, z szeroko rozłożonymi skrzydłami, na przekór wszystkiemu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Mewy krzykaczki, królowe nadmorskich plaż 

Fot. Michał Oleksa 

Mewy są dobrymi obserwatorami, zapamiętują i rozpoznają. Lubię na nie patrzeć, bo tyle w nich życia i emocji, których nie ukrywają. I tyle prostej radości życia, które potrafi zachwycić. Z nastaniem zmroku morze łagodnieje. Wzburzone fale wygładzają się, i teraz przybiegają tylko ciekawie na brzeg, z czułością dotykając ludzkich stóp i wygładzając kamyki. Chłodna pieszczota ma w sobie delikatność i zrozumienie. Woda obmywa, oczyszcza i zabiera to, co ciąży. Poprzyklejane ziarenka piasku gubią się w morzu, zupełnie jak nadmierny bagaż życiowych spraw, które niektórzy spacerujący wybrzeżem ludzie wrzucają do morza, wracając stąd z nowym spojrzeniem na siebie i wszystko dookoła. Bo morze rozumie człowieka. Jest jak ludzka codzienność. Zmienne, piękne i nieodgadnione. Złości się i wścieka, aby po jakimś czasie złagodnieć i wyciszyć się. Poddaje się wpływającym do niego prądom, i silnym podmuchom wiatru, który szalejąc, za nic ma morskie błagania. Szarpie falami, unosząc je wysoko do góry, a potem zrzucając na ziemię z hukiem, który przeraża. Jak życie, które wymyka się spod kontroli. Upadki bolą, ale dają siłę. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Ludzka codzienność - zmienna, piękna, nieodgadniona 

Słońce zamyka odchodzący dzień, kładąc się czerwoną poświatą na pomarszczonej tafli. Ten blask obejmuje wszystko, rozświetla horyzont i przemienia brzydotę w piękno. Domalowuje kolory do szarości, która przygnębia i przygniata zaplątane w ludzkie losy serce. Gładzi morską, spienioną powierzchnię, z nadzieją na nowy dzień. Lepszy, z nowymi siłami i nowym zrozumieniem. 
Noc zabiera wszystko. Światło i blask, ludzki znój i nieustanne uwijanie się wokół spraw małych i wielkich, ważnych i tych zupełnie nieistotnych. Ciemność otula łagodnie wszystko swoim nieprzeniknionym płaszczem. W jego tle słychać spokojny plusk morza, które odpoczywa przed kolejną walką z siłami natury. Daleko w oddali migoczą światełka nadmorskich miasteczek. Małe, wesołe punkciki, opowiadające historię minionego dnia. 
Ludzkie sprawy zasypiają, wycisza się złość i wzburzenie, stygną emocje. Troski, z pomarszczonym frasunkiem czołem, przewracają się z boku na bok, rozpamiętując i czekając. Na sen. Na zapomnienie. Na wybaczenie. Na rozwiązanie. Na decyzję, którą podjąć musi człowiek.
Spóźniona mewa krzykiem żegna kolejny dzień, z ufnością czekając na następny. W lesie pohukuje sowa, a nad jeziorem żaby rozpoczęły swój koncert. 
Świat kołysze się w ramionach Matki Natury, śniąc o nieodkrytych cudach, pozamykanych w szczegółach. Wszystko się zatrzymuje, wycisza i czeka. Z wiarą, że brzask przyniesie nowe i przemieni stare. Jak woda, która obmywa i gasi pragnienie. Źródło życia... 
Monika A. Oleksa 

Noc zabiera wszystko, wycisza i zatrzymuje... 
    
Blask zachodzącego słońca przemienia brzydotę w piękno

Fot. Marcin Piotr Oleksa