wtorek, 30 września 2014

Dziękuję!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Mówi się, że sukces ma wielu ojców. Moja najnowsza książka, "Samotność ma twoje imię", ma natomiast trzy matki. I jednego ojca:)
Napisałam tę książkę z potrzeby serca. Dla bohaterki, która zupełnie nagle pojawiła się w moim życiu, zostawiłam projekt, nad którym akurat pracowałam. Poszłam za Ewą, bo wiedziałam, że chce mi coś ważnego przekazać. I spisywałam, rozdział po rozdziale to, co mi pokazywała, i co widziałam oczami swojej wyobraźni. Włożyłam w tę książkę swoje serce i wiele emocji, które mi towarzyszyły w czasie jej pisania. Poświęciłam jej wiele godzin swojego życia, starając się, aby w ręce Czytelnika trafiła książka, która będzie szanowała każdego, kto po nią sięgnie. Dziś, trzymając ją w rękach, patrzę na nią jak matka na dziecko, którego oczekiwała, i które przyjęła z radością. Ale obok mnie od samego początku stali ci, którzy wspierali mnie w chwilach zwątpienia czy niemocy twórczej. Dziś chciałabym im bardzo podziękować za to, że byli przy mnie przez cały ten czas, wierząc we mnie bardziej, niż ja sama w siebie. 
Dziękuję Marii Sawickiej, drugiej matce mojej książki (i wszystkich poprzednich!), za nieustanną wiarę w sens tego, co robię, i za miejsce, które wraz z mężem, Franciszkiem Sawickim, stworzyła mi do pisania. To miejsce - Dom Wypoczynkowy "Maria" w Dąbkach, nazywam swoim domem. Tak się tam czuję i wracam tam za każdym razem przepełniona taką tęsknotą, jaką nosimy w sercu myśląc o rodzinnym domu. Marysiu, ta książka to wyraz mojej wdzięczności za serce, które od Ciebie dostałam!
Każda dobra postać w bajkach ma swoją Matkę Chrzestną, która pojawia się z czarodziejską różdżką wtedy, gdy wszystko wokół wydaje się niemożliwe. "Samotność..." też ma swoją Matkę Chrzestną, bez której tej książki jeszcze długo by nie było. Z całego serca dziękuję Pani Aldonie Zysk za osobiste zaangażowanie, wnikliwą lekturę i wszystkie cenne uwagi, które dostałam, w trakcie naszej wspólnej pracy nad "Samotnością...". Pani Aldono, to nasze wspólne "dziecko", za opiekę nad którym serdecznie Pani dziękuję! Wierzę, że nas nie zawiedzie, gdy już wyruszy w swoją drogę... 
Dziękuję pani Kasi Lajborek-Jarysz, mojej Redaktor Prowadzącej za cierpliwość do mnie i bezzwłoczne udzielanie odpowiedzi na wszystkie pytania, którymi Panią zasypywałam:) Dziękuję za pracę włożoną w książkę, piękną okładkę, poświęcony czas i dopracowanie wszystkich szczegółów z ogromną starannością. 
Dziękuję również pani Beatce Witoń i pani Sylwii Zysk za niezwykłe pomysły i promocję mojej książki. Dodatkowo pani Beatce dziękuję za osobistą opiekę nade mną w czasie Warszawskich Targów Książki i spotkania w Poznaniu oraz za ogromne zaangażowanie, które mnie uskrzydla:) 
Pani Beacie Poczcie dziękuję za niezawodność i niesamowitą szybkość działania, którą ogromnie w Pani cenię, pani Beato! 
Podziękowania należą się również ojcu mojej książki (i jednocześnie ojcu moich dzieci :D), mojemu mężowi, Marcinowi. Kochanie, dziękuję za Twoje nieustanne wsparcie, wyciąganie mnie z dołów i zwątpień, w które wpadałam, popychanie do przodu i zaganianie do pisania. Dziękuję za nasze rozmowy, przegadane noce, pierwszą recenzję, twórczą krytykę, i za to, że pamiętasz o tym, że muszę jeść:) (bo ja często o tym zapominam, szczególnie jak piszę...). Przepraszam za samotnego sylwestra (kilka minut po północy postawiłam ostatnią kropkę!), za rodzinne wyrzeczenia i za to, że często musiałeś być dla naszych synów i ojcem i matką:). Bez Ciebie nie byłoby żadnej z moich książek, bo Ty pierwszy we mnie uwierzyłeś, i uwolniłeś moje skrzydła, które przy Tobie uniosłam wysoko. Ta książka to moja miłość, wyznana innymi słowami... Dziękuję! 
Ogromne i z serca płynące podziękowania należą się moim cudownym Czytelnikom, od których dostawałam słowa wsparcia i sygnały, że czekają na "Samotność..." równie niecierpliwie, jak ja:) Kochani, mam wielką nadzieję, że "Samotność..." Was nie zawiedzie i że z podobną niecierpliwością będziecie oczekiwać kolejnej książki, nad którą obecnie intensywnie pracuję. To Wy sprawiacie, że każda kolejna powieść jest dla mnie coraz większym wyzwaniem, bo mając takich Czytelników, stawiam sobie coraz wyższe poprzeczki, aby Was nie zawieść i nie rozczarować. I aby nie przekładać ilości, nad jakość. Każdemu z Was - temu, kogo znam po imieniu, i temu, którego nigdy nie spotkałam, ale którego ciepłe myśli czuję i odbieram  - DZIĘKUJĘ!
I zapraszam na moją premierową trasę autorską, która rozpoczyna się już w najbliższy czwartek w Lublinie, i zaprowadzi mnie na Śląsk, do Wielkopolski i do Warszawy. A po Nowym Roku... kto wie? Może właśnie tam się spotkamy, w Twoim mieście? 
Monika A. Oleksa

  
                Filia nr 31 MBP w Lublinie
                ul. Nałkowskich 104 A

niedziela, 28 września 2014

Dzień dobry poniedziałku! - Premierowy prolog!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Obudziła się bez żalu do poniedziałku, że nadszedł. Nie miała również pretensji do jesieni, że powitała ją chłodnym porankiem i szarością za oknem. Ewa lubiła jesień. Czekała na nią niecierpliwie, bo właśnie jesień; piękna, kolorowa Pani; wypełniała jej dni dziecięcą wrzawą, zapełniała grafik spotkaniami i zmuszała do działania, którego Ewa potrzebowała. Jesień wybudzała ją z apatii i letniej tęsknoty za czymś, czego w jej życiu zabrakło, i za kimś, kto pojawił się tylko na chwilę, ale odebrał Ewie wszystko. Jej marzenia spopielały, dziewczęcą radość zastąpił dojrzały rozsądek, a serce - wciąż niezamieszkałe, oddała pracy, która powracała z każdą jesienią.
Czuła się odpowiedzialna za zespół, który kiedyś, przed laty, założyła jej mama, i po jej odejściu starała się robić wszystko, aby sprostać wysoko postawionym wyzwaniom, które sama na siebie nałożyła. Taka już była - skrupulatna i drobiazgowa. Dokładna i wymagająca. W pracy pewna siebie, a w życiu - kompletnie zagubiona w samotności, którą wypełniali jej kot, przyjaciółka i Babcia. 
Ewa zawsze się uśmiechała, myśląc o Babci. Ta starsza, doświadczona przez życie kobieta, była dla Ewy wszystkim. Wychowała ją i przez cały czas była blisko, zalepiając plasterkiem rany - te widzialne i niewidzialne, o których w jakiś niepojęty sposób wiedziała. Swoją mądrością częstowała wnuczkę jak deserem. Czasami gorzkim, ale zawsze prawdziwym, nigdy z proszku czy gotowym do podania w trzy minuty. 
Babcia była jedyną wartością, na której Ewa zbudowała swoje życie, i opoką, która dziewczynę podtrzymywała. 
W ten poniedziałkowy, pochmurny poranek, myśl o Babci ociepliła chłodną kuchnię, w której Ewa krzątała się, przygotowując lekkie śniadanie i czarną herbatę na rozbudzenie. 
Miała dziś dużo do zrobienia. Po głowie plątało jej się kilka pomysłów, o których chciała porozmawiać z Pawłem. Grupa maluchów przygotowywała się do koncertu inaugurującego nowy rok pracy, który zawsze odbywał się w październiku w miejskim domu kultury. W związku z tym koncertem Ewa była dziś umówiona z panią Iwoną, która miała przedstawić im propozycje tegorocznych kostiumów dla dzieci. W tym roku Ewa wymyśliła nowy układ choreograficzny - jesienny pociąg przewożący wszystkie dary, jakimi ta piękna pora roku obdarowywała ludzi, przychodząc w swojej strojnej szacie i z wypełnionymi rękami. 
Tak, dzień zapowiadał się intensywny i pełen wyzwań, którymi Ewa go obdzieliła. 
Skończyła śniadanie, wstawiła pusty talerz i kubek do zlewu, i sprawdziła, czy w kocich miskach jest woda i karma dla Tosi. Ubierając się, czuła zapach energetyzującego żelu pod prysznic, którego rano używała. 
Nie odstraszył jej chłód i wilgoć za oknem. Na tę porę roku była dobrze przygotowana. Lubiła ciepłe, stonowane golfy, które miękko układały się na szyi Ewy, chroniąc ją przed zimnem. Na plecy dodatkowo narzucała szale w intensywnych, i wyróżniających się na tle golfów, kolorach. Otulała się nimi, uzbrojona w pancerz, za którym było ciepło i bezpiecznie. Całości dopełniał jeszcze wisiorek i bransoletka, oraz mgiełka perfum, których zapach towarzyszył Ewie przez cały dzień. Jeszcze płaszcz i botki, szare, wiązane tuż nad kostką, którym nie mogła się oprzeć, jak tylko je zobaczyła na sklepowej wystawie, i była gotowa. 
Gotowa na przywitanie się z poniedziałkiem i przyjęcie tego dnia ze wszystkim, co przyniesie. Bez marudzenia i kręcenia nosem. Bez oglądania się na miniony weekend i narzekania na zbyt krótki sen i kiepską pogodę za oknem. Przywitanie z radością, że nadszedł. Bo przecież zawsze czymś obdarowuje. Ewa o tym wiedziała, dlatego zamykając drzwi, uśmiechnęła się i skinęła głową, oddając poniedziałkowi pozdrowienie, którym ją przywitał. 
Monika A. Oleksa        

W związku z premierą mojej najnowszej książki, na dobry początek tygodnia chcę Ci ofiarować wraz z poniedziałkiem przedsmak tego, co znajduje się na kartkach mojej powieści "Samotność ma twoje imię". Tego prologu tam nie znajdziesz, ale bohaterkę spotkasz już na pierwszej stronie i, mam nadzieję, polubisz i przygarniesz do swojego serca... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

piątek, 26 września 2014

Witaj, Piękna Pani!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Przyszła w kropelkach deszczu. W płaszczu utkanym z porannych mgieł, babiego lata i pomarańczowych promieni słońca, przeglądającego się w jesiennych liściach. 
Na jej ramionach przysiadły ptaki - szary gołąb i wrona szara, czarno-biała sroka i lśniący atramentową czernią kruk. W ręku trzyma kosz wypełniony po brzegi dojrzałymi śliwkami, pachnącymi jabłkami, ociekającymi słodkim sokiem gruszkami i kiściami granatowych winogron. Z kieszeni jej płaszcza wypadają kasztany, a w rude włosy wplątały się wielokolorowe liście. 
Tam, gdzie przechodzi, zostawia po sobie ślad. Pod jej stopami drzewa ścielą wielobarwny dywan, usypany z liści, które odbiera od nich wiatr. Małe cuda natury - lśniące, brązowe kasztany, wydostają się, jak pisklęta, z kolczastych skorupek, i uśmiechają do Niej białym oczkiem. Wiewiórki, o futerku tak rudym jak włosy Pięknej Pani, przynoszą jej w prezencie laskowe orzeszki, a kawki w swoich dziobach donoszą orzechy, odnalezione pod drzewami. Piękna Pani przyjmuje te wszystkie dary z uśmiechem i wdzięcznością. W zamian umawia się ze słońcem, i z jego jasnych promyków splata niezwykłą makramę, do której doplata biel, a czasami szarość puszystej chmurzastej przędzy. Tą makramą ociepla dni, które przysypiają, i coraz później się budzą. 
Są dni, kiedy Piękna Pani kłóci się z wiatrem i deszczem, aby nie psuły pięknego obrazu, który utkała. Czasami ustępują. Odchodzą. Wycofują się. Ale bywa tak, że chcą wypróbować swoją siłę, i nie zamierzają ugiąć się nawet przed Jej złością. Ona płacze wtedy kroplami spływającymi smutno po okiennych i samochodowych szybach, a rozwścieczona wichura szaleje jak furia, chłoszcząc niewinne drzewa, przygarbiając ich niczemu niewinne konary, i biegnąc przed siebie na oślep, bez patrzenia, kogo akurat napotka na swojej drodze. Zrzuca czapki, zrywa szaliki, zatyka dech i zabiera piękno, które Ona, Piękna Pani, odmalowała dla świata i ludzi. 
Ona, nie godząc się na to, stawia przed sobą armię swoich sprzymierzeńców. Szepcze drzewom, żeby się nie poddawały, bo trwają tutaj od lat, niekiedy nawet od wieków; a ona, ta zimna furia, wkrótce straci swą moc; wyciszy się; ustąpi. Ugnie przed pięknem i łagodnością. I odejdzie, aby przyczaić się przed następnym atakiem. Bo furia nie odpuszcza. Powróci i ogołoci drzewa z liści, a ludziom odbierze ciepło. Zasłoni ciężką, szarą zasłoną niebo, i nie dopuści już ani jednego słonecznego promyka przez wiele tygodni. Ale na takie dni Piękna Pani zostawi ludziom swoją tajną broń. Powplata w ich serca jasne, słoneczne światło, aby mogli ogrzewać tymi sercami siebie nawzajem, gdy zabraknie ciepła na zewnątrz. W przezroczystych słoikach pozamyka swoje ulubione kolory - czerwony, żółty i zielony w papryce; pomarańczowy w dyni; kremowy w gruszce i rdzawy w marynowanych grzybkach. Zapach zesmażonych jabłek i konfitury śliwkowej będzie roznosił się po domu w zimowe wieczory, a dodana do herbaty pigwa wzmocni odporność i odbije się złotym, jesiennym uśmiechem od dna szklanki. 
Zasuszony bukiet liści przyniesie wspomnienia pięknych, złotych dni, tak delikatnie utkanych dla każdego z nas przez Piękną Panią; a kasztany, pomimo tego, że stracą swoją intensywną barwę i lekko się pomarszczą, będą snuć jesienne opowieści dla tych, którzy pozamykali je w swoich dłoniach. 
Piękna Pani uśmiecha się, podając w wyciągniętej dłoni bukiet astrów, mieniących się pastelowymi kolorami. Powietrze pachnie wilgotnymi liśćmi i dymem z ogniska, w którego żarze pieką się ziemniaki. Wieczory przynoszą zatrzymanie i refleksję, dobra książka sama się otwiera, a herbata z malinowym sokiem przywołuje letnie chwile, z całą ich intensywnością, radością i optymizmem. 
Jesień otula się szczelniej płaszczem, przymyka  z zadowoleniem oczy i chłonie świat, który tak barwnie wypełniła kolorami i zapachami. Czuje na twarzy mokre ślady mgły, która opada, przysłaniając ziemię mleczną kurtyną. Pani Jesień otwiera oczy i sięga po pęk czerwonej jarzębiny, której koraliki wplata w zwichrzone wiatrem włosy. A wrzesień, październik i listopad kroczą tuż za nią. Jej wierni przyjaciele, którzy wpisują się w kalendarz, przypominają, jak piękną panią jest Jesień, i ile ma do zaoferowania każdemu z nas. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
        

niedziela, 21 września 2014

Dzień dobry poniedziałku!

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wstała dziś wcześniej niż zamierzała. Obudziła się przed budzikiem, jeszcze zanim pierwsze promienie słoneczne zajrzały w jej okno. Zaskoczyła tym samą siebie, bo przecież w poniedziałkowe poranki nigdy nie mogła się dobudzić, a kiedy już wstała, wszystko jej przeszkadzało. Jesienna ciemność za oknem. Pieczywo, które zdążyło stracić świeżość od soboty. Pełne entuzjazmu głosy prowadzących radiowe Sygnały Dnia. A nawet cisza w mieszkaniu sąsiadów, tuż nad nią. Bo ona oznaczała, że ktoś może pozwolić sobie na powitanie dnia o rozsądnej porze, a nie o 5.50. W poniedziałek. 
Ale dziś było inaczej. Intensywniej, a nawet... radośniej? Nie włączyła radia. Nie chciała zaczynać dnia słuchając politycznych rozważań. Zamiast tego włożyła do odtwarzacza płytę Stacey Kent, i postanowiła zjeść śniadanie razem z nią. "Breakfast on the morning tram". Uśmiechnęła się. Miły początek dnia. Łagodny, dziewczęcy niemal głos Stacey wypełnił dom, który w ten poniedziałkowy poranek stał się przytulniejszy. Jak ciepła, otulająca szyję apaszka, którą wkładała już przed każdym wyjściem na dwór. 
Zapach świeżo zaparzonej kawy zajrzał do każdego zakamarka mieszkania, a ulubiona filiżanka uprzyjemniła tę chwilę bez pośpiechu. 
Miasto dopiero się wybudzało po leniwym letargu, w jaki zapadło w niedzielny wieczór. Przez puste jeszcze ulice czasami przejechał jakiś samochód, głównie dostawczy, z towarem do sklepu. Na opustoszałych chodnikach ułożyły się pierwsze opadłe z drzew liście, odpoczywając spokojnie, nienaruszone niczyimi krokami. Latarnie zgasły, pozwalając, aby mrok przechodził w blady jeszcze świt, nieśmiało zaglądający do pozasłanianych roletami i firankami okien. Szczegóły. Nigdy dotąd nie zwracała na nie uwagi. Zazwyczaj nie miała czasu. Każdy poniedziałkowy poranek był pełen pośpiechu. Jej myśli biegły naprzód, planując dzień i kolejność czekających na nią obowiązków - tych w pracy i tych domowych; całe ciało natomiast ciążyło i błagało o jeszcze godzinę snu. Nie umiała zgrać tych dwóch połówek razem, i dlatego zwykle w poniedziałki była poirytowana i mało optymistycznie nastawiona do życia i całego tygodnia. 
Dziś jednak dostrzegła szczegóły. Drobne fragmenty, składające się na jedną całość. Piękną, gdy spojrzało się na nią z innej perspektywy. 
Była świadkiem dnia, który się rodził. Powoli, swoim rytmem, wybudzając uśpioną naturę nikłym światłem, przynoszącym obietnicę. Za szarymi chmurami był punkt, który niedługo przedrze się przez ciężką zasłonę, dotykając jasnością tego, co jeszcze ukryte. Wiedziała, że tam jest, choć jeszcze nie mogła tego światła zobaczyć. Czuła jednak ciepło, które wypełniło ją od środka, dotykając najpierw serca, z którym miała ostatnio kłopoty. 
"Przecież to wszystko jest w nas" - pomyślała. - "To jest we mnie. W moim patrzeniu na świat i na poniedziałkowe poranki. W moim nastawieniu do tego, co przyniesie dzień. W oczekiwaniu na cud, obok którego przechodzimy obojętnie". 
Na jej parapecie przysiadł gołąb. On też już nie spał, ale nie wyglądał na zmartwionego tym faktem. Wtulił gołębi łepek w pierzaste ciepło i obserwował ciekawie świat, który coraz śmielej zaczynał już swoją poranną odprawę. Na trawniku przed blokiem pojawiły się psy, pełne energii obwąchujące pozostawione dla nich wiadomości. Sąsiad z czwartego piętra, który zaczynał dzień jeszcze wcześniej niż ona, walczył z garażowymi drzwiami, chcąc dostać się do swojego służbowego samochodu. Po osiedlowej alejce przesunęły się dwa przygarbione cienie, zmierzające w stronę kościoła; a ulica nagle zapełniła się tymi, którzy już podjęli z banku życia swój dzień. Kolejny i niepowtarzalny. Pełen cudów, czekających na odkrycie. Cenny, bo przecież nie wiadomo, ile ich jeszcze zostało...
Uśmiechnęła się. Do siebie. Do świata za oknem. Do poniedziałku. Odstawiła pustą filiżankę do zlewu i sięgnęła po kosmetyczkę, w której miała wszystkie potrzebne przybory, które uzbroją jej twarz w służbową maskę. 
Zaczynała nowy dzień i była na niego gotowa. Otwarta. Ciekawa wyzwań, jakie przyniesie. Szczęśliwa. 
Monika A. Oleksa

A więc oswajamy poniedziałki... :D 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
               

piątek, 19 września 2014

Dąbki - moje miejsce na ziemi

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Są miejsca, w których czujemy się szczęśliwi. Miejsca, które otulają nas sobą i przyjmują za każdym razem tak, jakby czekały na nas z taką samą tęsknotą, jak my na nie. Wszystkie zakątki uśmiechają się tam do nas promiennie, a my mamy wrażenie, że tak właśnie wygląda przedsionek raju. 
Mamy takie miejsca. Lubimy do nich wracać, bo zostawiamy tam kawałek siebie. Zostawiamy tam serce, w które to miejsce wpisuje się głęboko i na dobre. 


Jest takie miejsce, do którego wracam za każdym razem z taką samą radością. Miejsce, za którym tęsknię cały rok, i do którego wracam myślami zawsze wtedy, gdy jest mi źle. Zamykam oczy i widzę te wszystkie alejki i wydeptane dróżki, domek z drewnianą strzechą, pomost wbiegający do jeziora, betonową drogę prowadzącą przez las aż do przekopu, i wyglądające zza wydm morze. Szumi, wygładzone spokojem, i czeka na mnie. Wiem, że kiedy pobiegnę na brzeg, wyjdzie mi naprzeciw. Chłodna fala dotknie moich stóp i szepnie cichutko: "Dobrze, że jesteś". 
Stojąc na pisaku i czując zapach słonej wody poczuję, jak skulone przed ciosami życia serce otwiera się, jak pąk kwiatu, zwrócony ku słońcu. Moje Dąbki. 
Kiedyś - mała, rybacka wioska; dziś - uzdrowisko. To miejsce budzi skrajne emocje. Nie zachwyca, jak nadmorskie kurorty. Jest skromne, podobnie jak mieszkający tu ludzie. "Brzydkie" - takie opinie też słyszałam. Wszystko zależy od tego, czego tutaj oczekujemy. Jeśli ciszy, spokoju i dzikiej plaży, tylko dla siebie - Dąbki nadają się do tego idealnie. Jeśli natomiast nieustannej rozrywki, kawiarenek na promenadzie z widokiem na morze, kolorowych bud, sklepów i bazarów oraz nocnego życia - zdecydowanie należy zmienić kierunek i wybrać Mielno, Sarbinowo, Ustkę, Międzyzdroje czy Łebę. Bo Dąbki nie mają tego do zaoferowania. Mają za to swój niepowtarzalny klimat i atmosferę, jakiej nie znalazłam nigdzie indziej. Mają oddanych ludzi, którzy o nie walczą, i wkładają w to całe serca. I mają to "coś", czego nie znalazłam w żadnym innym nadmorskim miasteczku, i co sprawiło, że się w tym miejscu zakochałam i właśnie tutaj odnalazłam mój drugi dom. Bo wracam tu za każdym razem z taką samą tęsknotą i oczekiwaniem, z jakim wraca się do rodzinnego domu. Wracam do bliskich, wśród których czuję się jak członek rodziny, i których wpisałam tak głęboko do swojego serca, że już nie potrafię myśleć o nich inaczej jak - najbliżsi. Ludzie, którzy przyjęli mnie taką, jaka jestem, i przy których nikogo nie muszę udawać. To właśnie oni sprawiają, że Dąbki mają dla mnie ten niepowtarzalny urok miejsca, w którym jestem po prostu szczęśliwa. 

Nadmorskie miasteczko, inne niż wszystkie inne 
     
Tutaj wracam jak do rodzinnego domu 

Znajome alejki, za którymi tęsknię przez cały rok 

Tutaj, w Dąbkach, czuję się po prostu szczęśliwa

Każdy poranek tutaj wita rozkrzyczanym śpiewem mew i uśmiechem ludzi, do których moje serce przytula się z miłością. Maria, Franciszek, Alicja, Ela, Karolina i Iwonka, Łukasz i Magda, pani Irena, która doskonale zna moje kaprysy i bałaganiarstwo moich synów:), pleban znad Bałtyku - ksiądz Andrzej, przyjaciel naszej rodziny; Ania - panienka z kawiarnianego okienka, i kochani Góralowie, w miodach których zamknięte jest lato i wszystkie smaki Dąbek. Bo to właśnie ludzie tworzą miejsca, do których chcemy wracać, a ja wiem, że kocham Dąbki za to, że mnie tymi ludźmi obdarowały. 

To właśnie do tych cudownych ludzi moje serce przytula się z miłością 

Cała moja rodzina dobrze się tutaj czuje 

Ania, terapeutka, której ręce i uśmiech leczą

Tęsknię za takimi porankami... 

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że zabieram Cię na spacer po tym - miasteczku-wiosce, w którym dziewięć lat temu odnalazłam na nowo siebie. Przejdziemy się wyłożoną kostką skromną promenadą, która doprowadzi nas do samego morza. Po prawej stronie miniemy Dom Wypoczynkowy "Maria". To tutaj powstaje większa część moich książek. Lublin pochłania mój czas na pisanie, Dąbki mi go oddają. Gdyby nie "Maria" i państwo Sawiccy, być może moich powieści do tej pory by nie było... To właśnie Dąbki i "Maria" przypomniały mi, gdzie mam skrzydła, i pozwoliły je szeroko rozłożyć. 
Zaraz za pensjonatem "Maria", skręcając w lewo, dopatrzymy się ostatniego w okolicy domu ze słomianą strzechą. Można tu wynająć pokój i posłuchać opowieści pani Heleny, która jest dowodem na to, że na miłość w życiu nigdy nie jest za późno - KLIK.
Przed nami rondo - miejsce zabaw i letnich szaleństw dzieciaków, kolorowe sklepiki - otwarte tylko w sezonie, i Bar pod Wydmą, oblegany przez wczasowiczów. Życie w Dąbkach toczy się inaczej, niż gdziekolwiek indziej. Tutejszy ksiądz proboszcz, Andrzej Pęcherzewski powiada, że w Dąbkach są tylko trzy pory roku: przed sezonem, sezon i po sezonie:) - KLIK I to jest prawda, bo w czasie sezonu to miasteczko żyje i jest wypełnione wypoczywającymi tu rodzinami. Natomiast po sezonie cichnie, milknie, zasypia, ale nieodmiennie zachowuje swój urok. I kusi zakątkami - miejscem, gdzie morze łączy się z jeziorem; dzikimi wydmami, otulającymi morze, i kawałkiem plaży, na której stoją rybackie kutry. Dróżki, ścieżki, alejki i wyszczerbione chodniki. Sklepiki z pamiątkami i bursztynową biżuterią, smażalnie i wędzarnie ryb, surowy i pełen pokory i prostoty kościół, otwarty przez cały dzień dla każdego, kto potrzebuje wyciszenia i osobistej modlitwy. Dąbki. Maleńki punkcik między Koszalinem a Darłowem. Miejsce, któremu oddałam serce. 
Monika A. Oleksa 

Dróżka prowadząca nad morze od strony jeziora 
    
Latem to miejsce tętni życiem, po sezonie odpoczywa

Za zakrętem jest morze... 

Miejsca na plaży jest wystarczająco dla każdego 

Droga  znad morza do "Marii". 

Wrócę tu. Stęskniona i szczęśliwa. 

poniedziałek, 15 września 2014

Dzień dobry poniedziałku!

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Poniedziałek. Nie lubimy go. Trudno nam wejść z uśpionej, świątecznej niedzieli w początek codzienności, z jej wymagającym obliczem. Trudno się przestawić ze spokoju i wyciszenia, na powszednią rzeczywistość, która nie rozpieszcza. Nakłada obowiązki i powinności. Zmusza do działania, choć chciałoby się inaczej. Nuży i odbiera oczekiwanie, bo przecież do piątku od poniedziałku tak daleko... 
Nie lubimy poniedziałku, bo jest pierwszy z pięciu dni potyczek z życiem, przed którymi nie da się uciec. Nie lubimy go, bo coś nam odbiera, i wszystko w nas się przeciw temu buntuje. I do tego "nielubienia" poniedziałku tak się przyzwyczajamy, że trudno nam dostrzec drobne promyki radości, którymi ten dzień chce się z nami podzielić. Nie zauważamy, że odbierając leniwe godziny niedzieli, poniedziałek przynosi nam w zamian mnóstwo wyzwań, zmuszających nas do działania, wyjścia z domu, spotkania z drugim człowiekiem. Jest początkiem nowego tygodnia, ubarwionego kolorami nadziei. Wita nas porankiem najpiękniej jak potrafi. W sygnał budzika wplata rozśpiewane ptaki i ich wesołe nawoływania. Dźwięki budzącego się życia, które toczy się swoim torem, bez względu na to, jaki jest akurat dzień tygodnia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zza porannych chmur przebija się słońce. Swoimi promieniami chce ogrzać zziębnięte ludzkie serca, i rozświetlić zaczynający się dzień promykami radości. Zagląda w okna domów i biurowców. Uśmiecha się, oczekując na odwzajemniony uśmiech. Poważne twarze jeszcze tego nie dostrzegają. Ziewnięcia, zaparzanie porannej kawy, sprawdzanie poczty. Przygotowanie. Człowiek rozgrzewa się przed długodystansowym biegiem, i nie zauważa znaków, które wysyła do niego świat. A słońce, które na przekór kalendarzowi, chce pozostać z ludźmi jak najdłużej, wchodzi coraz śmielej przez otwierane dla niego okna, i przysiada na biurkach, laptopach, monitorach; szafkach wypełnionych dokumentami i segregatorami. Zagląda do garnków na kuchence i do otwieranej lodówki. Jest wszędzie tam, gdzie drobne ludzkie sprawy i wielkie dramaty. Rozświetla, ociepla, obejmuje swoimi promieniami i wskazuje nimi to, co za oknem. Drzewa, jeszcze przyobleczone w zielone liście. Kasztany, czekające na kogoś, kto się po nie schyli i zamknie w dłoni lub schowa do kieszeni. Kwitnące ponownie kasztanowce, na gałęziach ogołoconych z chorych, zeschniętych i powykręcanych starością  liści. Wielobarwne motyle, dumnie jak paw rozkładające swoje upstrzone kolorowymi wzorami skrzydła. 
Mała pszczoła zaplątała się w pachnący nektarem kwiat, posadzony na osiedlowej rabatce. Jej delikatne skrzydełka drgają niespokojnie, a pracowita pszczółka zbiera jeszcze ostatnie zapasy przed zimą. Ona też robi swoje przetwory, i cieszy się każdym dniem, nie oceniając go, zanim jeszcze nadejdzie. Po prostu przyjmuje go jak dar i czerpie z niego to, co dla niej dobre. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Poniedziałek jest takim właśnie prezentem, który dostajemy na dobry początek tygodnia. Co z tego, że jest opakowany w szary papier codzienności - wystarczy go zedrzeć i odkryć, co znajduje się w środku. 
Spójrz na swój poniedziałek innymi oczami. Życzliwiej. Bez uprzedzenia. Nie oczekuj jedynie trudów, kamieni milowych i rutyny. Pozwól, by Cię zaskoczył, albo zrób coś, czym zaskoczysz samą lub samego siebie. Właśnie dziś, w poniedziałek. I właśnie po to, aby dostrzec, że ten dzień nie jest taki zły, pomimo tego, że wzywa do podjęcia obowiązków. Zobaczysz, ile dobrych chwil Ci przyniesie, jeśli tylko mu na to pozwolisz.
Od września - oswajamy poniedziałki:) Opowiesz mi, co przyniósł Ci Twój? 
Monika A. Oleksa 

Poniedziałek to szansa na spotkanie z drugim człowiekiem. Miłego dnia!
   

piątek, 12 września 2014

Figlarne słowa

Dzisiaj zacznę nietypowo, od zaproszenia na ciekawe spotkania, na których warto być. 





Zgubiłam zdanie. Wypadło mi z kieszeni, do której go schowałam, aby nie zapomnieć, i tak po prostu - wyleciało. Na ulicy Darłowskiej, w Dąbkach. Pamiętam tylko, że było początkiem i bardzo mi się spodobało. Nie zapisałam go, bo akurat nic przy sobie nie miałam, i masz babo placek! Uciekło. 
Te zdania... Przychodzą zupełnie nieoczekiwanie i zaskakują mnie. Prowokują i sprawiają, że odpływam myślami tam, gdzie chcą mnie zabrać. Przez nie chodzę z głową w chmurach, zapominam o gotującej się zupie, i słyszę to, co chcę usłyszeć:) 
Pierwszy tydzień września spędziłam razem z moją przyjaciółką, Basią Smal, w ukochanych Dąbkach. Choć jesteśmy zupełnie różne - jak ogień i woda, wiele nas łączy i doskonale się dogadujemy. Ale czasami zdarza się nam przebywać w tym samym czasie, w dwóch różnych światach, i nasza rozmowa i wymieniane między sobą zdania, stają się absolutnie fascynujące. 
Słoneczne, wrześniowe popołudnie i nasz spacer brzegiem huczącego, prowokowanego przez wiatr morza. Dookoła nas, pusta o tej porze roku, plaża, dziko porośnięte wydmy i my - Basia i ja. Idziemy boso plażą, wsłuchane w morze i w siebie same, i nagle, pragnąc bliskości człowieka, zadaję Basi pytanie: 
- Kiedy ostatni raz widziałaś się z Kowalskimi? (tutaj pada nazwisko naszych wspólnych znajomych, o których zawsze rozmawiamy z Basią ciepło - Kasiu i Michale, pozdrawiam Was serdecznie!) 
Idąca przede mną Basia odwraca się, patrzy na mnie wzrokiem, w którym dostrzegam ogromne zdziwienie, po chwili zerka na morze, i odpowiada mi wolno: 
- Ale ja nigdy nie widziałam delfinów... To znaczy, na żywo... 
Mój wzrok musiał wyrażać to samo, co Basi po moim pytaniu, bo moja przyjaciółka nagle ocknęła się z dziwnego stanu, w którym ja nadal trwałam, i zwróciła się do mnie: 
- Ale powtórz, o co ty mnie pytałaś? 
- A co ty usłyszałaś? - spytałam z ciekawością. 
- No właśnie... Kiedy ostatni raz widziałaś delfiny? I dlatego popatrzyłam na morze, bo pomyślałam, że właśnie przypłynęły nad Bałtyk i chcesz mi je pokazać. 
No cóż, Kowalscy i delfiny, zdania, które wymknęły się nam spod kontroli. Podobnie jak nasza rozmowa przy kawie, tego samego dnia. Tylko tutaj nie wiało... 
Siedziałyśmy na tarasie "Marii", miejsca, które jest dla mnie jak drugi dom i dokładnie tak się tutaj czuję. Jak wśród moich bliskich. Jak w rodzinnym domu. 
Pijemy kawę i rozmawiamy leniwie, ciesząc się tym czasem, który obie dostałyśmy. 
Nagle Basia wskazuje ręką coś za mną, ponad moją głową, i mówi: - Zobacz jakie chmury. 
A ja odpowiadam: 
- Nie wiem, może to jaskółki, albo mewy.
Basia patrzy na mnie dziwnie, a ja mam wrażenie, że powiedziałam coś nie tak. No właśnie, a ja kompletnie nie słyszałam nic o chmurach, tylko pytanie, na które uprzejmie odpowiedziałam,a które dla mnie brzmiało: - Nie wiesz, czyje to małe?
Po wysokości, w którą wpatrywała się Basia doszłam do wniosku, że nie może pytać o żadne stworzenie bez skrzydeł, stąd te jaskółki lub mewy. Do głowy nie przyszły mi chmury!
Jeszcze jedno takie zdarzenie przytrafiło się nam dzień później. Spacerując po Dąbkach, minęłyśmy starsze małżeństwo. Bardzo elegancka pani, około 70-tki, w niebieskiej sukience tuż za kolana i w białych perłach, ze starannie ułożonymi włosami, bardzo spodobała się Basi. Rzeczywiście, było w niej dużo elegancji i naturalnego wyczucia smaku. 
Kiedy minęłyśmy tę ładną parę i odeszłyśmy na przyzwoitą odległość, usłyszałam jak Basia powiedziała półgłosem: 
- Bardzo podoba mi się syn tej pani. 
Spojrzałam na moją przyjaciółkę ze zdumieniem, i spytałam: 
- Skąd wiesz, że to był jej syn?! Wydaje mi się, że był trochę za stary, jak na syna. 
Basia na chwilę zamilkła, kompletnie nie wiedząc, o czym mówię, ale że byłyśmy już po delfinach i chmurach wiedziała, że rozmowa między nami nie zawsze jest normalna. 
- Ale o jakim synu ty mówisz? - odezwała się, gdy już chwilę ochłonęła. 
- No... tej pani - odpowiedziałam niepewnie. 
- Ale ja nie znam jej syna!
- A przepraszam, co powiedziałaś przed chwilą? 
- Że podoba mi się jej styl!
No i wszystko jasne:) Eulalia i Bogusia przy nas wysiadają:D 
Figlarne słowa. Na koniec pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą opowiedział mi mój uczeń (tata dwóch dziewczynek w wieku szkolnym), a która bardzo mnie wzruszyła.
Ranek jak co dzień, zamieszanie w kuchni, pośpiech i nawoływania, a w tym wszystkim rozmowa ojca z córką: 
Tata: - Jesteś szczęściarą, wiesz? 
- Dlaczego? - pyta dziewczynka.
- Bo cię kocham! 
Dorotka uśmiecha się, patrzy na tatę i mówi: 
- Ty też jesteś szczęściarzem, wiesz? 
- Dlaczego? - pyta tata przekornie. 
- Bo masz mnie!
Słodkie, prawda? Jestem złodziejką słów, nic na to nie poradzę... 
Monika A.Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa