środa, 16 lipca 2014

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Odwieczny rytm przemijania i odrodzenia, przypływów i odpływów, nocy i dnia. Zmieniające się  pory roku; słońce i deszcz; śnieg i mróz. Wiatr, przynoszący codziennie swoje historie, podpatrzone i porwane silnym podmuchem. I morze. Tajemnicze, nieujarzmione, zmienne. Potężne. Każdego dnia inne i nieprzewidywalne. 
Obserwuję to wszystko, będąc częścią natury, stworzonej z miłości do człowieka. Jestem kamieniem. Maleńką częścią większej całości, która roztrzaskała się kiedyś na wiele drobnych kawałków, tęskniących jeden za drugim i pozostawionych z tą tęsknotą na wieki. 
Nie jestem sam. Jest nas wiele, skupionych przy sobie, lub porozrzucanych. Każdy inny. Różnimy się kolorem, kształtem, chropowatością  i minerałem. Różni nas czas, który każdego z osobna kształtuje. I pomimo tego, że jesteśmy tylko stwardniałym kawałkiem bryły, potrafimy zachwycić ludzi na tyle, aby przy nas przystanęli, pochylili się i ogrzali ciepłem swojej dłoni. Na chwilę krótszą lub dłuższą. Odmierzaną minutami, lub latami. Bo bywa tak, że zamykają taki kamyk w dłoni, i zabierają  ze sobą tam, skąd przybyli. Jako wspomnienie, czasami talizman. Jak zatrzymaną w nim chwilę, do której wracają w szare, jesienne, słotne dni. 
Zdarza się jednak i tak, że kamyk, który błyszczy w słońcu wilgocią słonych kropelek, przestaje zachwycać po wyjęciu z morza. Na suchej dłoni staje się szarym kształtem, pozbawionym swojej magicznej mocy, z wiarą w którą ktoś  po niego sięgnął. Cała jego tajemniczość ulatuje, jak wyparowująca z jego powierzchni woda, i tak kamyk wraca z powrotem tam, skąd został wyciągnięty. I znów zachwyca, iskrząc się w słońcu i składając obietnice komuś innemu. Odwieczny błąd człowieka polega na tym, że nie umie patrzeć sercem. Widzi to, co chce widzieć, i osądza. Po okładce, po pozorach, z wierzchu. Widzi drzazgę, nie potrafiąc dostrzec belki. Zamyka się w swoich, lub czyichś, stwierdzeniach. Nie poszukuje. Nie dowierza. Nie potrafi zaufać. 
Widzę to wszystko, po prostu patrząc. Choć jestem tylko nadmorskim kamykiem, umiem obserwować i zapamiętywać. Umiem czekać, nie walcząc niecierpliwie z wiatrakami. Wiem, że czekanie również do czegoś prowadzi. A poddanie się temu, przynosi nieoczekiwane

Fot. Marcin Piotr Oleksa
    
Trwam, poddając się rytmowi natury i uznając potęgę morza, które z każdym rokiem, coraz piękniej mnie szlifuje. Nadaje mi swój własny, wyjątkowy kształt i blask, który oddaję. Są dni, kiedy muska mnie łagodnie, zupełnie jak letni wietrzyk, przynoszący pieszczotę chłodnego dotyku na rozgrzanej słońcem skórze. Bywa jednak i tak, że morze szaleje, odsłaniając całą swoją potęgę i moc. Wtedy szarpie mnie dotkliwie i przewraca, we wściekłym ryku fal, obijając boleśnie i hartując. I choć przychodzą chwile, gdy tracę wiarę, że kiedykolwiek będzie lepiej; że wiatr ustanie i przestanie dyrygować falami, stojąc na podwyższeniu jak dumny kompozytor, to jednak wiem, że wszystko ma swój sens i nawet sztorm do czegoś prowadzi. Odkrywam to powoli, ale z mocą. I wiarą, że wszystko jest po coś. Dziś już to wiem.
Ułożony pośród innych, podobnie twardych kamyków jak ja, czekam, aż kaprys morza wyrzuci mnie na brzeg. Lubię dotyk maleńkich ziarenek piasku, które od razu się do mnie przytulają, zupełnie jak spragnione ciepła dzieci. Otulają mnie sobą, witając i zapewniając, że nie jestem tutaj sam. Zaraz obok pojawia się muszelka. Maleńka biała skorupka; krucha i delikatna. Szepcze do mnie przyjaźnie swoje powitanie i dziękuje za to, że przysiadłem obok niej. Leżę we wgłębieniu, które jest śladem czyjejś stopy, i chłonę otaczający mnie, piękny świat, tak bardzo bogaty w szczegóły. Przez moment przysłania mnie cień mewich skrzydeł, Zaraz potem jednak znów iskrzę w słońcu, rozsyłając do ludzi słoneczne uśmiechy. 
Czekam. Na czyjeś zatrzymanie. Na ciepło ludzkiej dłoni. Na opowieść, którą gromadzę w swoim zupełnie nieskamieniałym sercu...
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa
   

sobota, 12 lipca 2014

Ucieknijmy stąd

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Potrzebujemy urlopu i odpoczynku od codzienności. Przychodzi taki moment, kiedy staje się ona nieznośna i przygniata tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie postawić już w niej ani kroku dalej. W takich chwilach chcemy uciec jak najdalej, aby zapomnieć o tym wszystkim, z czym się zmagamy, co nam ciąży, i co przeszkadza dostrzec w szarości dnia kolorów lata. Potrzebujemy urlopu od pracy, obowiązków i siebie samych, uwikłanych w te wszystkie sprawy codzienności; choćby po to, aby nabrać dystansu i spojrzeć na to inaczej. Z wyciszonymi emocjami i z perspektywy pewnego czasu. 
Nawet kilka dni może pomóc nam naładować życiowe akumulatory, dostrzec piękno ukryte w drobiazgach i zachłysnąć się tajemnicą życia. Tego wszystkiego doświadczamy jednak tylko wówczas, gdy nie będziemy starali się uciec od samych siebie; tych prawdziwych i tak często spychanych w kąt; i gdy nie przestraszymy się konfrontacji "ja" z "ja" i z tym, co nosimy w sobie. 
Urlop to czas odnowy i umocnienia, lecz aby przeżyć go dobrze, nie możemy skupiać się tylko na tym, co na zewnątrz; co miłe i przyjemne. Ucieczka i zapomnienie poprzez szukanie przyjemności i próbę "zagadania" problemów, które są w życiu każdego z nas, nie pomogą, tak naprawdę, odpocząć. Pomogą się jedynie zrelaksować na krótki czas, ale zaraz po powrocie przynoszą tęsknotę za beztroską, zniechęcenie i syndrom pourlopowej depresji. Wolne dni stają się jedynie wspomnieniem, a my nie jesteśmy ani trochę silniejsi, i o wiele trudniej wejść nam w utarte schematy i rzeczywistość, którą na jakiś czas zostawiamy za sobą. 
Aby urlop umocnił, musimy się zatrzymać i wyciszyć. Zajrzeć w siebie i dotknąć czasami tego, co bolesne. I dopuścić do głosu serce, które często, na codzień, próbujemy zakrzyczeć. 
Czas, który otrzymujemy na odpoczynek, powinniśmy potraktować jak dobrą lokatę w banku, z której będziemy czerpać tak długo, jak dużo tam zainwestujemy. Taką "inwestycją" będzie odnowienie relacji, zarówno z samym sobą, jak i tymi, z którymi dzielimy codzienność. Poznanie na nowo siebie i naszych bliskich. Posłuchanie tego, co chcą nam powiedzieć, a na co zazwyczaj nie starcza nam czasu, bo doba w XXI wieku skurczyła się niemiłosiernie. Taki czas zbliża i wiąże. Pozwala dostrzec w sobie to, co innym w nas przeszkadza i czym, czasami nieświadomie, ranimy.
Zatrzymanie i dotknięcie w nas samych tego, co boli i od czego uciekamy, pozwoli na poluzowanie uciskających supłów i znalezienie drogi, prowadzącej do ich rozwiązania. Czas wsłuchania się w siebie i odnalezienia tego, co w naszej życiowej wędrówce pogubiliśmy, to czas ukojenia, poprzedzonego oczyszczeniem, któremu często towarzyszą łzy, i uwolnieniem - jeśli będziemy mieli w sobie tyle odwagi, aby stanąć w prawdzie przed samym sobą i samemu sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy naprawdę ta droga, którą zmierzam, ma sens? I dokąd ona mnie doprowadzi? I jeszcze, czy idąc nią, żyję w zgodzie z sobą samym, czy też wcale nie zmierzam tam, gdzie chciałbym się znaleźć. 
Nie uciekniemy od niepokoju, rozterek, niemocy i zwątpienia, jeśli nosimy je w sobie. Chwilowa zmiana miejsca nie pomoże, jeśli nie zrobimy porządku z samym sobą, wyrzucając z nas to, co uwiera. Nie naprawimy relacji z innymi, zakrzykując rzeczywistość i wypełniając czas atrakcjami i szumem wokół siebie. Prawdziwą siłę urlop przyniesie nam wtedy, gdy pozwolimy na to, by cisza w nas przyniosła nam odpowiedź na pytania, które w sobie nosimy, i gdy dostrzeżemy to, co dotąd umykało naszej uwadze, zajętej rzeczami zupełnie nieistotnymi, z czego nie do końca zdajemy sobie sprawę. 
Posłuchaj ciszy, która chce cię otoczyć i postaraj się poznać samego siebie na nowo, dogłębnie, inaczej. Odkryj to, czego się lękasz i przed czym uciekasz. Zatrzymaj się i przyjrzyj temu. Wyciszając emocje i patrząc na znaki, jesteśmy w stanie zmierzyć się z tym i nazwać to po imieniu. I zapragnij żyć - prawdziwie, zachłannie, pięknie. 
Monika A. Oleksa

"Spokój i czas, który da sobie człowiek, owocuje porządkiem wewnętrznym". Barbara Smal "Wędrowiec"

Fot. Marcin Piotr Oleksa
      

sobota, 5 lipca 2014

Dźwięki słów

Fot. Marcin Oleksa

Czy wiesz, że każde słowo - wypowiedziane lub napisane, ma swój dźwięk? Zapisaną w sobie melodię, w którą układają się tworzące je litery. Zazwyczaj jej nie słyszymy, bo wypowiadamy te słowa szybko, często bez zastanowienia, wyrzucając je z siebie zanim jeszcze zrozumiemy ich treść. Rzadko kiedy przy nich przystajemy, jeszcze rzadziej wsłuchujemy się w ich dźwięk, który jest esencją tego, co to słowo chce nam przekazać; co opowiedzieć, i przy czym zatrzymać.
Dźwięki słów. Jest ich tak wiele, jak wiele jest nut łączących się ze sobą w przeróżne kombinacje, z których rodzi się muzyka. Łagodna lub ostra; relaksująca lub energetyzująca; wyśpiewana poezją lub porywająca do tańca. Stworzona z dźwięków, podobnie jak słowa. 

Fot. Marcin Oleksa

Słowo "wiatr" przynosi szum. Łagodny wiatr ten szum wycisza, dodając jeszcze dźwięk kryształowych dzwoneczków, uderzających jeden o drugi. Wiatr gwałtowny, porywisty, to już nie szum, ale świst - złowrogi i przynoszący ze sobą niepokój, zupełnie jak ścieżka dźwiękowa w filmie grozy. 
"Niedźwiedź" jest groźnym pomrukiem, podobnie jak burza w oddali; "misio" natomiast, to miękkość łap stąpających po mchu i cichutkie posapywanie. "Książka" to szelest papierowych stron, a "pośpiech" to przeciągły klakson, alarmujący wszystkich dookoła.  Każde słowo, bez względu na to, jaką jest częścią mowy, ma swój własny dźwięki i przypisaną sobie treść, którą chce przekazać.
Są słowa, które mają w sobie wiele dźwięków i potrafią opowiedzieć nimi całą, zapisaną w nich, historię. 
"Kobieta". Słyszysz tę melodię? To już nie jest jeden dźwięk, ale cała gama przebogatych utworów na każdą porę roku. Spokojny, szemrzący potok i spadający kaskadą wody, wodospad. Cisza budzącej się doliny, i huk wulkanu, wyrzucającego z siebie rdzawą lawę. Trawa, kołysząca się łagodnie na wietrze i odgłos łamanych w czasie burzy gałęzi starych drzew. To wszystko w jednym słowie. Ona. Kobieta. Dziewczyna, bez względu na to, ile ma lat. 
Podobnie bogaty wachlarz dźwięków mają słowa, w których zamknięte są nasze emocje i uczucia. Miłość. Przyjaźń. Zazdrość. Pożądanie. Przywiązanie. Życie. Tęsknota. Te słowa szeleszczą, drżą, krzyczą, szepczą, nucą, tupią, śmieją się lub cichutko popłakują. Dźwięczą, zaznaczając swoją obecność w naszym życiu i prosząc, by ich nie lekceważono. Bo one są, mają w sobie treść i pragną, byśmy tę treść poznali. I zrozumieli, nie prześlizgując się po nich w pośpiechu, ale zatrzymując się nad dźwiękiem, który możemy w nich usłyszeć. Jeśli tylko im na to pozwolimy, aby opowiedziały nam zapisaną w sobie historię...            
Słowo "niedziela" to dla mnie rozświergotany ptasim śpiewem poranek i bicie kościelnych dzwonów w oddali. To radosny śmiech moich dzieci i rozmowa przy stole, który łączy. To stuk łyżeczki, opartej o talerzyk i miłe uchu mlaskanie, towarzyszące delektowaniu się kawałkiem letniego ciasta. To również ciche poskrzypywanie pióra, sunącego po papierze i utrwalającego ulotne słowa, które chcę zatrzymać na dłużej. Dla siebie. Dla Ciebie. Dla każdego, kto będzie chciał przy nich przystanąć i posłuchać dźwięku, który mają w sobie zapisany.
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Oleksa

wtorek, 1 lipca 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Bella Toscana

Fot. Marcin Oleksa


"Rzędy oliwkowych drzew porastają czerwone ziemie Toskanii, pną się po kredowych zboczach albo niczym stada owiec obejmują w posiadanie łąki, pola i wzgórza. Ale nawet gdy rosną blisko siebie, wydają się opuszczone i samotne. Starsze, wykręcone cierpieniem, wyglądają ociężale i nieporadnie. A i te młode, gibkie i nie poranione, od samego zarania kryją w sobie tęskną żałość. Może z samej swej natury drzewa oliwne wiedzą nazbyt wiele..." 
Tak pisze o Toskanii, którą się zachłysnęła, Marlena de Blasi, w swojej kolejnej książce o Italii - "Tysiąc dni w Toskanii". Jest to moje drugie spotkanie z tą autorką, z którą spędziłam "Tysiąc dni w Wenecji", zakochując się we Włoszech tak, jak Marlena. I podobnie jak Marlenie de Blasi, mnie również, zarówno Wenecja z jej książęcym klimatem, jak i nieujarzmiona Toskania, głęboko wpisały się w sercu, którego okruszek na zawsze pozostał w kraju oliwek, suszonych pomidorów i espresso. 

Florencja nawet w marcu potrafi zauroczyć...


Florencja i jej dostojeństwo

Marlena de Blasi w przepiękny sposób opisuje Toskanię, zabierając czytelnika do miejsc, które dzięki opisom autorki widzimy tak wyraźnie, jakbyśmy tam byli. Razem z nią dotykamy prostych ludzkich spraw i codziennego, niespiesznego życia ich mieszkańców. Przyglądamy się z bliska winobraniu; wspólnie z mieszkańcami San Casciano dei Bagni zbieramy oliwki i siadamy do wielkiego ucztowania, które zaczyna się spontanicznie, od skromnego posiłku, a przeradza w świętowanie życia wśród grona znajomych i sąsiadów. 
Każda ze stron książki Marleny de Blasi pachnie tak smakowicie, że czytelnik po prostu czuje smak przygotowywanych i degustowanych tam potraw. Bruschetta, cukinia smażona w głębokim oleju, chlebowy placek wypiekany w specjalnym piecu, duszona wieprzowina o smaku dziczyzny, castagnaccio (kasztanowe ciasto), winogrona z gęstym sokiem, ściekającym po palcach i najprawdziwsza oliwa z oliwek, którą skrapia się podpieczone kromki chleba. Ta książka pachnie, a każda jej strona zadziwia bogactwem myśli, potraw i celną obserwacją życia. Marlena czyni to w mistrzowski sposób, związując czytelnika tak emocjonalnie z opisywanymi miejscami i ludźmi, że odkładając tę książkę kręci mu się w głowie, a dzięki spostrzeżeniom autorki, zaczynamy na nowo odkrywać radość prostych czynności i wykwintności nieskomplikowanych dań, od wieków sporządzanych według tej samej receptury.
"W pogoni za szczęściem nie dostrzegamy, że najkrótszą drogą wiodącą ku niemu jest zwyczajne życie".

Dostojna Florencja...

... i skromny Asyż

Białe miasto - Asyż

Toskańskie życie to prostota i przejrzystość, a pojęcia ubóstwa i bogactwa nabierają tu zupełnie innego znaczenia. Marlena de Blasi pokazuje nam, że można być szczęśliwym, niezależnie od tego, "czy czasy są ciężkie, czy też opływamy w dostatki". Cała sztuka bowiem polega na tym, by słowo "abbondanza" - dostatek, umieć odpowiednio zdefiniować. Sama pisze o swoim życiu: "Dla nas dostatek to, na przykład, pełna świeżo wytłoczonej oliwy giara, mniej rzeczy, ale za to nieco więcej czasu dla siebie". Bogactwo Toskanii przejawia się w plonach ziemi, które wydaje, a każdy posiłek, choćby najskromniejszy, stanowi dla jej mieszkańców coś w rodzaju mszy. Nie ma dla nich ważniejszego tematu niż jedzenie. Wszystko kręci się wokół niego, czemu nie powinniśmy się dziwić, bo przecież znaczna część Toskańczyków zajmuje się rolnictwem, zbieractwem (na przykład trufli, kasztanów, ziół czy dzikich owoców) i myślistwem.
Wspólne celebrowanie posiłków nie wynika dla Toskańczyków jedynie z miłości do jedzenia. Jest to przede wszystkim, okazja do spotkań towarzyskich w większym gronie. W dawnych czasach "la veglia" syciła głód zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni - poza apetytem zaspokajała również potrzebę bycia wśród ludzi i dzielenia się z nimi nie tylko przyniesionymi produktami, ale przede wszystkim sobą.
Marlena i jej mąż, Fernando, zupełnie naturalnie wtapiają się w rytm życia mieszkańców małej, toskańskiej wioski, znajdując tu nie tylko pomysł na życie, wolne od schematów, ram i konsumpcjonizmu; ale przede wszystkim oddanych przyjaciół. Bezcenny skarb, który potrafią docenić i za który umieją być wdzięczni.

W drodze do św. Franciszka
        
Asyż zachwyca swoim pięknem i skromnością

Bazylika św. Franciszka

Warto sięgnąć po "Tysiąc dni w Toskanii", bo ta książka po prostu zachwyca. Przepełniona pogodą ducha, miłością i magią codziennego życia, na każdej stronie raczy czytelnika bogactwem myśli, obok których nie sposób przejść obojętnie. Ta książka koi i uspokaja. Wycisza i pozwala spojrzeć na swoje życie przez pryzmat toskańskiej prostoty i definicji szczęścia. I budzi w sercu tęsknotę za jednym z najpiękniejszych zakątków świata; krainą wina i pieczonych kasztanów. Za Toskanią, która każdemu z nas ma wiele do opowiedzenia.
"Czas pędzi przed siebie na zlamanie karku, odwraca się i patrzy kpiąco w naszą stronę, gdy nie nadążamy. Próbujemy zamknąć go w słoiku, upchnąć na zawsze pod łóżkiem, wcisnąć do czerwonego satynowego pudełka. Nawlec na sznurek jak perły. Jak tyle pereł, ile trzeba, by powstało życie". Marlena de Blasi  "Tysiąc dni w Toskanii"
Monika A. Oleksa 

Bella Toscana
  
Miejsca, w których zostawiliśmy okruszki naszych serc

... i do których pragniemy powrócić...

czwartek, 26 czerwca 2014

Lublin - miasto inspiracji

Fot. Michał Oleksa

Lublin inspiruje. Lublin co tydzień toczy bitwę o kulturę. Lublin szeptem opowiada swoją historię -KLIK. Lublin czyta Jana Pawła II. Lublin daje świadectwo. 19 maja, w dzień Bożego Ciała, na Placu Litewskim, znajdującym się w samym centrum mojego rodzinnego miasta, po raz dwunasty odbył się Koncert Chwały. Wydarzenie, które przyciągnęło wieczorem tysiące lublinian, pragnących w ten sposób oddać chwałę Panu. Poprzez zasłuchanie, wspólne uczestnictwo i chęć bycia w tym właśnie miejscu, pośród ludzi, którzy czują i myślą podobnie. 
W tym roku gwiazdą koncertu był Mieczysław Szcześniak, który wystąpił obok Gospel Rain, hip-hopowego Full Power Spirit, Chóru dla Jezusa, Olgi Szomańskiej i Iwony Dreger. Całe wydarzenie poprowadził Krzysztof Ziemiec, dając świadectwo, że być wielkim - to znaczy nie wstydzić się swojej wiary i otwarcie się do niej przyznawać. Żyć nią na codzień i w swoim życiu dokonywać wyborów, zgodnych z wolą Tego, który nas do tego życia powołał. Wszyscy artyści obecni na scenie pokazali, że wielbić Boga można na wiele sposobów i każdy czyni to tak, jak potrafi. Śpiewem, tańcem, milczeniem, uniesioną dłonią lub wyciągniętymi wysoko ramionami; słowem, gestem, uśmiechem lub po prostu swoją obecnością na takich wydarzeniach jak Koncert Chwały. 

Fot. Michał Oleksa

Fot. Michał Oleksa

Lubelski koncert porywał swoją radością, którą zarażali artyści. Ta iskierka radości szła od człowieka do człowieka, i dzielili się nią wszyscy, bez względu na wiek. Małe dzieci, nastolatki, młodzież, rodziny i starsi ludzie, stojący tłumnie ramię przy ramieniu, w jedności, która połączyła. Dumny Marszałek Piłsudski spoglądał na to wszystko z pytaniem, jak potężny musi być Ten, który zgromadził tylu ludzi w tym miejscu i zjednoczył ich bez wzniosłych haseł i obietnic, z których nawet wielcy ludzie historii często nie mogli się wywiązać. I jakież było jego zdziwienie, gdy o godzinie dwudziestej pierwszej, ten różnorodny, kilkutysięczny tłum ucichł i oddał chwałę klękając, jeden po drugim, w milczeniu, przed Tym, który ukrył się w delikatnej białej hostii i przyszedł do zebranych w Przenajświętszym Sakramencie. Jezus Chrystus, królów Król i panów Pan. Przyszedł cichutko, wniesiony rękami kapłana po to, aby być z tymi, którzy zgromadzili się tam dla Niego. Nie powiedział ani słowa, ale przechodząc, swoim światłem rozpraszał noc i zabierał żal, smutek, zwątpienie, rozgoryczenie, bezradność, samotność, niezrozumienie, odrzucenie, rozpacz. W tym milczącym marszu Krakowskim Przedmieściem, dotknął ludzkich serc. Jego moc uzdrowienia spłynęła łaską na tych, którzy się na Niego otworzyli i którzy uwierzyli, że tylko On ma moc przemienić i uleczyć wszystko. Naprawdę wszystko.
Wiara, Nadzieja i Miłość - temat przewodni tegorocznego Koncertu Chwały, stanęły obok siebie, ramię w ramię. Każda z nich silna Jego siłą i niepokonana, dzięki Jego mocy. Trzy siostry, wzajemnie się uzupełniające i wskazujące sens życia tym, którzy zbłądzili. Trzy obietnice, które zostały dotrzymane. To, co z nimi zrobisz, zależy od ciebie. Możesz im zaufać i wyjść naprzeciw, pomimo wszystko. Możesz je również odrzucić, wciąż szukając szczęścia, które wydaje się tylko złudzeniem. Bo ono, tak naprawdę, przychodzi przez Niego. Przez Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa
  Lubelski Koncert Chwały - KLIK      

piątek, 20 czerwca 2014

Czwartkowe obiady odc.23

Fot. Michał Oleksa


Eulalię obudził trzask zamykanych drzwi. Otworzyła oczy i przez chwilę przyzwyczajała je do ciemności panującej w pokoju. Jedyna smuga światła, jaka wpadała do środka, wychodziła z łazienki, w której z pewnością urzędowała Bogusia. Eulalia spojrzała na zegarek. Druga. Gdzie ona wędrowała o drugiej w nocy?!
Zaniepokojona, czekała aż przyjaciółka opuści łazienkę, a potem słysząc jak Bogusia, macając po ścianie, próbuje dotrzeć do swojego łóżka, zapaliła nocną lampkę. 
Bogusia podskoczyła jak oparzona. 
- Dlaczego ty nie śpisz? - zaatakowała Eulalię. - Przestraszyłaś mnie!
- To ty mnie przestraszyłaś! Dlaczego włóczysz się po nocy, i gdzie ty w ogóle byłaś? 
- Nie mogę spać po tej zielonej herbacie. Musiałam się trochę przewietrzyć. 
- Chodziłaś sama po parku? W nocy? - Eulalia pokręciła głową z dezaprobatą. 
- Nie boję się ciemności, a poza tym wszędzie palą się latarnie. 
- Ale przecież ktoś mógł ci zrobić krzywdę!
- Jaką krzywdę, Lala? - Bogusia popatrzyła na przyjaciółkę z politowaniem. - Nie miałam przy sobie złamanego grosza, a na miłosne ekscesy to chyba już się nie nadaję, bo nikt mnie nie zaczepił.
- A kto cię wypuścił? Przecież budynek jest zamykany na noc... chyba... 
- Pogadałam sobie z portierem i grzecznie go poprosiłam o pół godziny na przewietrzenie. 
- I zgodził się? - Eulalia usiadła na łóżku i oparła się o ścianę. Rozbudziła się na dobre i wiedziała, że przez nocną włóczęgę Bogusi już nie zaśnie. 
- Na początku miał opory, ale porozmawialiśmy trochę o życiu i przekonałam go. 
- Oszczędź mi szczegółów, proszę - mruknęła Eulalia. 
- To była tylko miła, przyjacielska pogawędka! - obruszyła się Bogusia. - Ja wiem, że po esemesie od Adama Strojewskiego możesz mieć kosmate myśli, ale proszę cię, nie posądzaj mnie o romans z każdym napotkanym portierem. A! Miałam ci powiedzieć rano, ale skoro już nie spisz...
Eulalia zazgrzytała zębami i zrobiła odpowiednią minę, którą Bogusia zignorowała. 
- Ktoś pytał o twoją szczękę, więc jednak zrobiłaś dobry uczynek odnosząc ją na recepcję.
- Nie zamydlaj mi oczu szczęką, tylko powiedz, dlaczego latałaś w nocy po parku? Też zgubiłaś zęby?
- Bardzo śmieszne! - Bogusia wykrzywiła się do Eulalii w czymś, co miało przypominać uśmiech, a potem zamilkła. 
Cisza w pokoju zaczęła przeszkadzać Eulalii. 
- Obraziłaś się? - spytała, zerkając w kierunku przyjaciółki. 
- Nie - głos Bogusi był cichy i zupełnie do niej niepodobny. - Lala, czy ty byłaś kiedyś w życiu tak na zabój zakochana? No wiesz, tak jak Jadzia w swoim Władku, na przykład?
- No... - Eulalia próbowała zebrać uśpione jeszcze myśli, które nie nadążały za Bogusią. - W Maurycym byłam zakochana. Nawet za niego wyszłam, o ile pamiętasz. 
- Ale nie o to pytam. - Bogusia machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę. 
- A o co? - Eulalia zaczęła się gubić w toku rozumowania wieloletniej przyjaciółki. 
- O miłość pytam. Taką, którą chcesz obdarowywać i przy której zapominasz o całym świecie. O taką, której nie stawiasz warunków ani wymagań i przy której jesteś wdzięczna za każdy wspólny dzień i wspólną chwilę, i dla której jesteś w stanie poświęcić samą siebie dla dobra osoby, którą kochasz. 
- Film mi jakiś opowiadasz, czy co? 
W półmroku cichego pokoju Eulalia dostrzegła błyszczące wilgocią oczy przyjaciółki. 
- Wiesz, że takie uczucie zdarza się tylko raz? - Bogusia przetarła oczy wierzchem dłoni. - Dlatego warto dać mu szansę, jeśli się pojawia. 
- Czy ty mówisz do mnie? 
- A do kogo niby, idiotko? Daj szansę Strojewskiemu i nie wmawiaj sobie, że jesteś już na to za stara. Miłość zdarza się w każdym wieku i nie można jej lekceważyć. Widzę jak na ciebie patrzy i z jakim szacunkiem cię traktuje. I widzę jak się czerwienisz, czytając wiadomości od niego. Nie uciekaj od tego, tylko rzuć się w to i skocz na główkę, ufając, że się nie połamiesz. 
- Chodziłaś po parku i myślałaś o Strojewskim? - Eulalia pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Chodziłam po parku i myślałam o swoim życiu. Popełniłam w nim wiele błędów, ale przeżyłam też coś, czego nigdy nie zapomnę. I pomimo tego, że zostały mi po tej miłości tylko perły i wspomnienia, oddałabym wszystko, aby spotkać się z nim jeszcze choć raz.
- Nigdy mi o nim nie mówiłaś... - głos Eulalii złagodniał, a jej serce rozczuliło się i wyrywało, aby objąć przyjaciółkę. 
- I nadal nie jestem na to gotowa... - wyszeptała Bogusia. - Kiedyś ci powiem... na pewno... Chciałabym tylko, abyś nie przegapiła czegoś cennego i nie odrzucała tego, co los dla ciebie przygotował. To nieprawda, że tylko młodzi mają monopol na szczęście, Lala. My też mamy do niego prawo, a prawdziwa miłość nie liczy ci zmarszczek ani lat, tylko przyjmuje cię taką, jaką jesteś i kocha, pomimo lat i słabości. Pamiętaj o tym, zanim wypuścisz z rąk coś, czego potem będziesz żałować. 
Eulalia milczała. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć Bogusi i co zrobić z tym, co przed chwilą usłyszała. To miał być relaksujący wyjazd do SPA, a tymczasem Jadzia o mało się nie udusiła w kapsule borowinowej; Helena była o włos od połamania przez szczękę, która pojawiła się na jej drodze, a ona sama miała głowę pełną pytań bez odpowiedzi, które sprowokowała Bogusia. Życie wciąż zaskakiwało, a Eulalia nieustannie zadziwiała się tym, jak wiele niespodzianek może przygotować, jeśli tylko człowiek ma odwagę uchylić dla nich drzwi.  cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Oleksa
            
   

niedziela, 15 czerwca 2014

Kobieta z kobietą czyli moje duchowe SPA

Nałęczowskie spotkanie Portrety kobiet w Biblii


Jaka jest twoja pierwsza myśl, kiedy przychodzi do ciebie propozycja weekendu tylko dla kobiet? To nie dla mnie. Ja tego nie potrzebuję. Ja się w tym nie odnajdę. Same kobiety? Przecież one zjedzą się nawzajem, bo wiadomo, że kobieta rzadko kiedy akceptuje drugą kobietę. Będą mnie oceniać; być może obgadywać. Dziękuję, wolę sobie tego zaoszczędzić. 
Czy nie tak reagujemy, i kierując się uprzedzeniami, odrzucamy coś, dzięki czemu spojrzałybyśmy na siebie i na tę drugą kobietę inaczej? Nie utartymi stereotypami; że mężczyźni nigdy nie płaczą, a kobietom usta się nie zamykają; że kobiety są zawistne, a męskie przyjaźnie są trwałe i prawdziwe, i bez obawy, że mnie nie zaakceptują, bo jestem właśnie taka, jaka jestem. Podarowując sobie taki prezent weekendu dla kobiet, ujrzałybyśmy esencję kobiecości i doświadczyły czegoś niesamowitego - nieprawdopodobnej więzi między kobietami, z których każda jest inna; a jednak każda nosi w sobie ten sam mianownik biblijnego powołania kobiety i dziecięctwa Bożego. 

Nasza prowadząca, Magda Grabowska

Rok temu dostałam takie zaproszenie i zmagałam się w wewnętrznej walce sama ze sobą, przekonując sama siebie, że to zdecydowanie nie dla mnie. Jestem indywidualistką i źle funkcjonuję w grupie. Ciężko mi żyć w ramach narzuconych przez innych i dopasować się do schematów, jakie ktoś dla mnie nakreśla. Od razu pojawia się we mnie bunt wobec tego, do czego muszę się dostosować i pragnienie ucieczki. Dwa dni w zupełnie nowej dla mnie sytuacji wydawało się niemożliwe i męczące. A jednak, wbrew wszystkiemu, dałam się na to namówić i w ten sposób dowiedziałam się, kim tak naprawdę jestem - cudownym Bożym naczyniem, które zostało stworzone przez doskonałego Stwórcę. Rok temu dostałam też dar, za który z wdzięcznością dziękuję - poznałam Magdę Grabowską, która i w tym roku poprowadziła konferencję dla kobiet; tym razem pokazując nam portrety kobiet w Biblii.

Konferencje Magdy są tak interesujące, że nie chce się z nich wychodzić
 


Na tej ławeczce zmieściło się nas siedem, ale jedna robiła zdjęcie:) I jeszcze był zapasik:)


Dwa dni, które napełniły moje serce pokojem i pomogły mi znaleźć właściwy drogowskaz, gdy stanęłam na rozdrożu. Symbioza kobiet, które podobnie jak ja, przyjechały na ten czas zatrzymania do Nałęczowa, zadziwiła nas wszystkie. Niewiele o sobie wiedziałyśmy. Stanęłyśmy obok siebie jako matki i żony; przyjaciółki, singielki, pracownice i te, które definiowały siebie nie w odniesieniu do innych, ale jako ja. Ja - Monika, Kasia, Paulina, Ada, Joanna, Iwona, Agnieszka, Maria, Małgosia, Magda, Amelia... 
Obserwowałyśmy się ostrożnie, poznając siebie poprzez drobne gesty i czynności, a w końcu poprzez rozmowę, która pootwierała tak wiele pozamykanych zakamarków naszych kobiecych serc. Przyjechałyśmy tam z różnymi oczekiwaniami i pytaniami bez odpowiedzi, które nas przerosły; otrzymałyśmy zaś dużo więcej, wywożąc walizki i torby pełne czegoś nieprawdopodobnego - pokoju, zrozumienia, wybaczenia, nienasycenia i głodu Słowa; i pełne poczucia własnej wartości, mierzonej nie oczami drugiego człowieka, ale Tego, który nas do tego życia powołał. Ten czas łaski, który każda z nas otrzymała, okazał się czasem odrodzenia i akceptacji. Poprzez słowa Magdy, która; jak sama mówi; jest tylko narzędziem w rękach Pana, podarowałyśmy swojemu sercu i duszy pełnej niepokoju współczesnego świata, duchowe SPA z zabiegami, które ją odnowiły, umocniły i pozwoliły wypięknieć blaskiem widocznym na twarzy każdej z nas. Stałyśmy się tam piękne - duchowo i fizycznie; i to piękno każda z nas dostrzegła. I każda z nas się nim zachwyciła, nie szukając w sobie wad i niedociągnięć, ale doskonałości Bożej miłości, którą w sobie odnalazłyśmy. Proste drogowskazy, które wskazała nam Magda, zaszokowały swoją oczywistością i właśnie tą prostotą. 

Ciuchowisko, czyli to, co kobiety lubią najbardziej...

Wśród takich krajobrazów odpoczywałyśmy

Do tego pogoda nam dopisała


Był też czas na spacer w nałęczowskim Parku Zdrojowym

Pojechałam na ten czas odnowy rozdarta i nie radząca sobie z rzeczywistością, w której się znalazłam. Pojechałam otwarta i bez konkretnych oczekiwań; a otrzymałam tak wiele, że samą mnie to zadziwia. W moim życiu zaczęły się dziać drobne cuda, które dostrzegam i za które jestem wdzięczna. Otrzymałam odpowiedź na wszystkie pytania, jakie tam zawiozłam i rozwiązałam wszystkie supły, które były we mnie. Moja rzeczywistość się nie zmieniła, wciąż jest trudno w codzienności, która kilka miesięcy temu mnie przygniotła; ale dziś potrafię spojrzeć na nią inaczej. W moim sercu jest spokój i pełne zaufanie. Zrozumiałam, że nie zmienię świata ani tego, co dla mnie przygotował; ale mogę przyjąć to i pozwolić, aby Bóg działał w moim życiu, bo ma w tym jakiś konkretny plan, Jemu tylko wiadomy. Ja mogę to jedynie przyjąć, albo odrzucić. 
Biblijne kobiety nauczyły mnie wiele. Jeszcze więcej na ich przykładzie pokazała mi Magda Grabowska, która swoim życiem świadczy o tym wszystkim, o czym nam opowiadała. Jest zwyczajną kobietą, taką jak każda z nas. I dlatego jest wiarygodna, bo mówi o tym, co bliskie, znajome; czasami bolesne, ale ludzkie. Kobieta zafascynowana Biblią, głodem której zaraża. 
Moje SPA owocuje, i wiem, że to dopiero początek. Wiem również, że gdy zacznie braknąć tych sił, z którymi wróciłam z Nałęczowa, będę mogła je odnaleźć za rok, przyglądając się sobie i Kobiecie w Lustrze, do poznania której gorąco zachęcam każdą z was! Więc do zobaczenia w czerwcu, za rok, w Nałęczowie... 
Monika A. Oleksa 

Spędziłyśmy tam naprawdę dobry czas
  
Wróciłyśmy piękniejsze i bogatsze o nowe doświadczenia i przyjaźnie

I był wśród nas jeden mężczyzna:)

Takimi słodkościami raczyłyśmy się do kawy i herbatki...


To był nieprawdopodobny odpoczynek fizyczny i duchowy