czwartek, 23 października 2014

Literackie Czwartki: Chcę pamiętać tylko miłość

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Monotonny stukot kół pociągu działał wyciszająco na rozbiegane myśli Emilii. Przesuwający się za oknem krajobraz, złożony głównie z lasów, pól i domów stojących samotnie lub przytulonych do innych budynków, skupiał uwagę pasażerów na szczegółach widocznych z perspektywy przesuwających się wagonów. 
Emilia dostrzegła bażanta i zająca, gnającego przez opustoszałe pole. Patrzyła beznamiętnym wzrokiem na suszące się na sznurach pranie i brzydotę kolejowych dworców, które przez lata niewiele się zmieniły. 
Lena spała, oparta o jej kolana. Była bardzo podekscytowana tą podróżą, ale znużenie szybko wzięło górę nad ekscytacją, a wąski przedział stał się za ciasny dla małej i ciekawej świata, czteroletniej dziewczynki. 
Dobrze, że zasnęła. Podróż z Wrocławia była długa i wyczerpująca, a Lena nie należała do dzieci spokojnych, które potrafią usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż piętnaście minut. Wręcz przeciwnie - wszystko ją interesowało, wszystkiego musiała dotknąć i o wszystko zapytać. Na przykład o to, dlaczego dziadek, do którego jadą, nie mieszka z babcią, z którą mieszka Lena, tylko z Dorotą, która nie pozwala nazywać się "babcią", i wcale na babcię nie wygląda. 
Jak wytłumaczyć czteroletniemu dziecku zawiły i skomplikowany świat dorosłych? Jak wyjaśnić coś, co i dla Emilii było rzeczą trudną do zrozumienia? Miała czas, żeby się z tym oswoić i przepracować, ale zrozumieć nie potrafiła, a Lena zadawała coraz więcej pytań. Niewygodnych i często bez jednoznacznej odpowiedzi. Mała dziewczynka poznawała życie, a Emilia była jej przewodnikiem. Starała się jak mogła, by pokazać Lenie świat pełen miłości i wypełnić pustkę w miejscu, gdzie powinien być wyraz "tata", z roku na rok stawało się to jednak coraz trudniejsze... Lena była dociekliwa i nie dawała się zbywać wymijającą  lub zdawkową odpowiedzią. Jej mała córeczka dorastała i Emilia musiała się z tym pogodzić, choć jeszcze nie była na to gotowa. 
Ale czy kiedykolwiek będzie? Czy będzie gotowa na rozmowę z Leną, w której opowie córce o jej ojcu? O tym, że przeżyła z nim najpiękniejsze chwile swojego życia i pomimo tego, jak to się skończyło, nie zamieniłaby ich na żadne inne? O tym, że nie żałuje żadnej minuty ich szalonego czasu razem, i że chce zapamiętać tylko miłość, bo gorycz i żal by ją zabiły. I o tym, że Lena stała się najpiękniejszym prezentem, jaki Emilia kiedykolwiek dostała i że bez niej nie pozbierałaby się po wyjeździe Adama i nie potrafiłaby odnaleźć samej siebie w życiu, które musiała oswoić dla Leny. Już nie płakała po nocach, chociaż bywała smutna. I nie snuła wizji: "Co by było, gdyby...", bo tego "gdyby" po prostu nie było. Odpłynęło promem razem z Adamem, który wybrał inną opcję na życie, do której Emilia nie pasowała. Bolało, bo jak mogło nie boleć? Nie ułatwiła mu tej decyzji, ale też nie zrobiła nic, aby go zatrzymać. O Lence też nie powiedziała. Czy mała dziewczynka była w stanie to zrozumieć, skoro nawet matka Emilii nie potrafiła pojąć decyzji córki?
- Mamo, on dokonał wyboru, a Lena byłaby tylko szantażem. Nie chcę takiego życia. Z przymusu. Sama wiesz, że jeśli coś ma się rozlecieć, nawet dziecko nie jest w stanie tego powstrzymać ani skleić. 
Matka milczała, a Emilia wiedziała, że więcej do tej rozmowy nie wrócą. Bo i co mogłyby powiedzieć? 
Emilia pozwoliła Adamowi odejść i nie rozpamiętywała czegoś, co po prostu nie mogło się wydarzyć. Zapamiętała chwile, które pozwoliły jej uwierzyć, że jest atrakcyjną kobietą, i że miłość istnieje, trzeba tylko uważać, aby jej nie przeoczyć. 
Pociąg szarpnął gwałtownie i zatrzymał się na stacji. Lena poruszyła się i otworzyła zaspane oczy. Emilia z czułością odgarnęła z jej czoła skręcony lok. Lena była tak bardzo podobna do niej samej. Jej mała córeczka. Prezent i cud stworzenia. 
- Dojechaliśmy już do dziadka? - cichy, zaspany głosik spowodował, że Emilię zalała fala czułości. 
- Nie, kochanie. Ale jesteśmy już blisko - odpowiedziała, uśmiechając się do dziewczynki. - Chcesz pić? 
Lena podniosła się gwałtownie, jak to miała w zwyczaju, i pokiwała blond głową. 
- Tak, poproszę. 
Emilia sięgnęła do podręcznej torby i wyjęła stamtąd kubusiowy sok. Podała butelkę córeczce i spojrzała na zegarek. Została im godzina drogi. Za dziesięć minut Lena rozbudzi się na dobre i zacznie zadawać tysiące pytań, co w przedziale pełnym ludzi, a dokładniej pięciu kobiet, mogło być dość niezręczne. Lena była jeszcze za mała, aby rozumieć, że o niektórych rzeczach nie powinno się informować obcych, a jej dziecięca szczerość bywała niekiedy trochę zawstydzająca. Dobrze, że wymyślono coś takiego, jak jajka niespodzianki, to na jakiś czas powinno ją zająć. 
Emilia poszukała w torebce szczotki i spinek, które włożyła tam, gdy Lena układała się do drzemki. Zaraz uczesze córeczkę, a potem będą już niecierpliwie czekać na moment, w którym pociąg dowiezie je do stacji przeznaczenia. 
Tylko gdzie ona, tak naprawdę, była? 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
    

wtorek, 21 października 2014

Śląskie spotkania autorskie

"Nie ma przypadkowych spotkań i ludzie też nie stają na drodze naszego życia, ot tak. Każdy człowiek zostaje nam dany po coś, aby czymś nas ubogacić, dopełnić, coś pokazać lub uświadomić." 
"Samotność ma twoje imię" Monika A. Oleksa

W przytulnym pokoju Gabrysi... 
Po raz kolejny Śląsk, podobnie jak wiosną, zapisał się w moim sercu swoją serdecznością i ogromem ciepłych słów, którymi zostałam tutaj przyjęta. 
Moją śląską trasę autorską, promującą najnowszą książkę "Samotność ma twoje imię", rozpoczęły Lędziny i Miejska Biblioteka Publiczna, pod skrzydłami pani dyrektor Joanny Wicik i niestety nieobecnej wśród z nas z powodów zdrowotnych, pani Agnieszki Kucharewicz. O piękny wystrój sali, gdzie miałam przyjemność spotkać się z wiernymi Czytelnikami, zadbała pani Teresa Jagoda, której jeszcze raz, z tego miejsca, serdecznie dziękuję!
Urokliwy budynek Biblioteki mieści się przy niedawno odrestaurowanym placu farnym, który zachwyca. Aż chce się tutaj zatrzymać i pobyć choć przez chwilę. Lędzianie są niezwykłymi ludźmi, o czym po raz kolejny miałam okazję się przekonać. Nasz wspólny literacki wieczór, ocieplony migoczącymi płomieniami tańczącymi w ręcznie wykonanych, delikatnych świecznikach (dzieło Gabrysi Kotas :D), upłynął w magicznej atmosferze bliskości i poczuciu, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, i że każdy z nas czerpie z tego spotkania i wyniesie w sercu to, co dla niego najlepsze. 


Przepiękny, niedawno odrestaurowany plac w centrum Lędzin 
Moja pani manager, Gabrysia Kotas:) 

Budynek Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lędzinach

Lędzianie pokochali nie tylko Ewę z jej samotnością, ale i moje Eulalie, które przyjęli równie serdecznie jak mnie!
Biblioteka w Lędzinach jest szczególnym miejscem na mapie moich autorskich spotkań i podróży. Miejscem magicznym, w którym łzy po spotkaniu splatają się z uśmiechami; i gdzie nawiązuje się rozmowa, w której Czytelnik jest równie ważny, jak Autor. Lubię tu wracać, bo wśród Lędzian czuję się jak wśród przyjaciół. 
Dziękuję wszystkim, którzy chcieli spędzić ze mną ten wtorkowy wieczór, a w szczególności pani dyrektor Joannie Wicik za zaproszenie i urokliwe przygotowanie spotkania, które głęboko zapisałam w swoim sercu. Pani Gertrudzie dziękuję za łzy, których się nie wstydziła, a które dla mnie były tak cenne jak diamenty; pani Irenie za jedyny w swoim rodzaju egzemplarz "Samotności...", oznaczony pomarańczowymi karteczkami, które jak drogowskazy prowadzą do cytatów nasuwających refleksję; a pani Hani za serdeczność, którą otoczyła mnie przed i po spotkaniu. Thank you for your warmth and the smile that brights me up:D 

Pani dyrektor MBP w Lędzinach, Joanna Wicik
Chwile, które lubię najbardziej :)
Najserdeczniejsza pani dyrektor, jaką kiedykolwiek spotkałam:) 
Grupowe zdjęcie, pomysł pana Mirosława Leszczyka

Pan Mirek to piękna i dobra dusza Lędzin

Drogie Lędziny, zostawiłam u Was kawałek mojego serca, ale nie wrócę po niego. Wrócę, aby dalej się nim dzielić!

Lędziny, w których zostawiłam swoje serce:) 

Kolejnym miejscem na mojej śląskiej trasie autorskiej były Tychy. Pokazały mi się w słonecznych promieniach odbijających się od tafli Jeziora Paproceńskiego, i przywitały mnie kolorowymi, zadbanymi blokami i serdecznymi uśmiechami pań z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach. Szczególnie urzekła mnie pani Marysia Bisztyga, która swoim ciepłym uśmiechem i chwilą rozmowy przed spotkaniem, ociepliła atmosferę dużej Czytelni Naukowej i sprawiła, że poczułam się tam oczekiwanym gościem. 

Moje książki doskonale czują się w towarzystwie Gabrysinych misiaków:) 
Tablica informacyjna:) 

W oczekiwaniu na spotkanie...

Cudowna Marysia Bisztyga, której ciepło rozgrzewa, jak miły szal, jakim chcemy się otulać

Tyskie spotkanie było spotkaniem interaktywnym, licznie przybyli Czytelnicy włączali się aktywnie w rozmowę, która prowadziła nas ciekawymi ścieżkami po współczesnej literaturze, i stawiała przede mną wyzwania :) Dwie godziny upłynęły nie wiadomo kiedy, pozostawiając po sobie lekki niedosyt; co moim zdaniem jest lepsze od przesytu, bo do tyskiej biblioteki zamierzam jeszcze powrócić :) 
Moje bordowe pióro, spisujące słowa, które potem wplatam w kartki moich powieści, zostało tu szczególnie docenione, a opisani przeze mnie bohaterowie skłonili do pytań, odpowiedzi i przemyśleń. 
     
                             

Chciałabym podziękować pani Elżbiecie Pytel za umożliwienie mi tego spotkania, oraz pani dyrektor MBP w Tychach, Dorocie Łukasiewicz-Zagale za zaproszenie i piękne słowa podziękowania, które dostałam od Biblioteki. Dziękuję również pani Irenie Śliwie, kierownikowi Czytelni Centralnej, za ciepło i serdeczność, którymi wraz z Marysią Bisztygą, powitała mnie i towarzyszącą mi Gabrysię Kotas. 
Ciepłe początki rozgrzały atmosferą, dzięki której spotkanie miało swoją magię, zaklętą nie tylko w kasztanach i pięknej jesieni za oknem.

Spotkanie w Tyskiej Bibliotece Publicznej

To wielkie wyzwanie, aby żadna dedykacja się nie powtarzała!

Zupełnie nowym doświadczeniem w moich spotkaniach autorskich był wykład, który wygłosiłam na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, w Górnośląskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Mysłowicach, na temat uniwersalnej prawdy o miłości i życiowych wyborach. Gromkie brawa moich słuchaczy mogły wskazywać na to, że spotkanie im się podobało, albo tak bardzo się cieszyli, że skończyłam mówić:) Nieskromnie pozostanę jednak przy wersji pierwszej:D

Duża sala wykładowa robiła wrażenie!

Zupełnie nowe doświadczenie w moim życiu... 




Ostatnim spotkaniem kończącym moją trasę autorską na Śląsku, były Mysłowice i cudowna, pełna ciepła i przytulności Miejska Biblioteka, pod troskliwym kierownictwem pani Teresy Kameli, której pragnę złożyć moje najserdeczniejsze podziękowania za tak miłe przyjęcie i zaopiekowanie się mną od pierwszej chwili, gdy tylko przekroczyłam próg biblioteki. O nastrojowy wystrój sali zadbały panie Anie ( w tym pani Ania Urban, kierownik oddziału dla dzieci i młodzieży, która od pierwszej chwili urzekła mnie swoim uśmiechem i ciepłem głosu), którym bardzo gorąco dziękuję za włożone w to spotkanie serce i dopięcie wszystkiego w taki sposób, że aż nie chciało się z tej czytelnianej sali wychodzić, tak było tam miło i serdecznie wśród pań, które przybyły. Mysłowickie spotkanie miało w sobie rodzinność Lędzin. Serdeczna rozmowa splatała się między Autorem a Czytelnikami; były emocje i zasłuchanie; wywiązała się również bardzo ciekawa dyskusja dotycząca Piotra i Marty, bohaterów "Miłości w kasztanie zaklętej", którzy wciąż są bliscy moim cudownym Czytelnikom. Przy okazji czytania fragmentu najnowszej książki "Samotność ma twoje imię", moja Przyjaciółka, Gabrysia Kotas stwierdziła, że każda z nas, kobiet, ma swojego Tolibowskiego, o którym zapomnieć nie potrafi, i którego wyidealizowany obraz nosi gdzieś, zapisany na dnie serca, często lekceważąc to, co jest tuż na wyciągnięcie ręki. W tę rozmowę, która została sprowokowana Tolibowskim z "Nocy i dni", wszedł mężczyzna, z którym dzielę życie, i którego przedstawiłam jako: "mojego Tolibowskiego, za którego miałam szczęście wyjść za mąż" :), co wywołało uśmiechy na twarzach pań i jeszcze bardziej ociepliło atmosferę spotkania, z którego naprawdę nie chciało się wychodzić. 

Serdeczne powitanie przez panią Teresę Kamelę, kierownik MBP w Mysłowicach

Temu spotkaniu towarzyszyło zasłuchanie...


Pani Ania Urban, która oczarowała mnie od pierwszej chwili spotkania
Autorskie ręce, które potrafią również dorosłym zmieniać pampersy... i pracy się nie boją
Najprzyjemniejsze chwile każdego spotkania:)

Gabrysia i dwie panie Anie były wielkim wsparciem w czasie spotkania w Mysłowicach

Kochane Mysłowice - z serca dziękuję! Powrócę do Miejskiej Biblioteki Publicznej z ogromną radością i naprawdę będę tęsknić za Śląskiem, który po raz kolejny pokazał, jak OGROMNE MA SERCE! 
Gabrysi Kotas, mojej Przyjaciółce, dziękuję za umówienie śląskich spotkań i bardzo profesjonalne dopracowanie szczegółów. 
Gabrysiu... Ty wiesz, co jest w moim sercu i ile w nim wdzięczności za wszystko, czym mnie obdarowujesz. Dziękuję! 


A na najbliższe spotkania autorskie zapraszam w LUBLINIE: 
23 PAŻDZIERNIK, czwartek godz. 17.00 - POŻEGNANIE Z AFRYKĄ, ul. Złota 3 na Starym Mieście

28 PAŹDZIERNIK, wtorek godz.15.00 - Miejska Biblioteka Publiczna, Filia nr 28 w Lublinie, ul. Nadbystrzycka 85
Zapraszam na magiczne chwile zatrzymania ze mną i moimi książkami:) 
Monika A. Oleksa     

            

niedziela, 19 października 2014

Pochwyć chwilę

Fot. Marcin Piotr Oleksa  


Kiedy kończy się coś dobrego, długo nosimy w sobie jakąś tęsknotę, czasami żałość, że odświętne chwile, które trwały, odchodzą; a nam pozostaje codzienność i wszystko to, co w niej na jakiś czas zostawiliśmy. Lubimy ten czas oderwania, kiedy jest inaczej, a świat "muszę", "trzeba", "należy", pozostaje uśpiony, gdzieś poza nami. Problem większości z nas jednak polega na tym, że wbiegamy w te chwile, których wyczekujemy i zamiast otulić się nimi tak, aby jak najwięcej zachować w sobie na później, cieszymy się nimi tylko do pewnego momentu, a resztę czasu jaki dostaliśmy, tracimy na zamartwianiu się tym, co nieuniknione i co może wyglądać zupełnie inaczej, gdy spojrzymy  na to z innej perspektywy. Perspektywy radości z chwili, którą udało nam się pochwycić i zachować w sobie. Bo nawet odświętność zmęczy, jeśli nie będziemy umieli się nią cieszyć, wypatrując jedynie ponurych stron życia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Każda niedziela, a szczególnie jej wieczór, przynosi niepokój, często rozdrażnienie, i westchnienie - dlaczego tak krótko? Bo znowu szkoła, praca, pośpiech, klasówka, kolokwium, i godzenie wielu obowiązków w jednym życiu. Znowu słodki czas trzeba przekuć w gorzko-kwaśny, biorąc na siebie nie zawsze to, co nam sprawia przyjemność, ale z czym trzeba się zmierzyć.
Rzadko patrzymy na ten niedzielny, wieczorny czas jak na furtkę, prowadzącą nas do ogrodu pełnego rozmaitości, który zaprasza nas z uśmiechem codzienności. Tak wiele w nim różnorodności zdarzeń, mniej lub bardziej przypadkowych spotkań, ludzi, obok których lubimy być i kolorów, które dostrzec można nie tylko w niedzielę. Wchodząc tam jednak tyłem, z głową zwróconą ku temu, co za nami, ciężko dostrzec piękno, które zapisuje się w szczegółach, i trudniej docenić nowy tydzień i jego dni powszednie. Podobnie jest z rozstaniami. Bolą i zasmucają. Pozostawiają niedosyt i rozdarcie w sercu tęskniącym za tymi, z którymi było mu dobrze i wśród których czuło się jak między swoimi. Łatwiej je znieść i przyjąć, gdy pochwyciło się chwilę kiedy jeszcze trwała, i włożyło do szkatułki ze skarbami, do której zaglądamy wtedy, gdy chcemy szarość codzienności przyozdobić barwami odświętności. 

Jedna z chwil w mojej szkatułce:) 
  
Mój niedzielny wieczór kończy tydzień, w ciągu którego wygrzałam się w ludzkim cieple i ogromnej serdeczności Ślązaków. Wiele chwil pochwyciłam, jeszcze więcej zapisałam w sercu, które chce tam powracać, bo dobrze się wśród tych ludzi czuje. Odnajduje siebie poprzez słowa, które uskrzydlają i zobowiązują. Wzruszają i dają ogromną siłę do zmagania się z tym, co przygotuje życie. 
Chwile najbliższe, choć zupełnie proste; zwyczajne, a jednak niezwykłe, włożyłam do szkatułki, która jak czarodziejska różdżka, rozświetla moją powszedniość, i daje nadzieję na kolejne spotkania i powroty. 
Jeden tydzień, a tak wiele w nim zdarzeń i ludzi, przy których się zatrzymałam. Ogrom ludzkiej serdeczności poczułam w niedźwiedzim uścisku i czułym przytuleniu moich gospodarzy - Bogdana i Gabrysi Kotas, którzy po raz kolejny przyjęli mnie do swojego domu zupełnie tak, jakbym była "ich"; i którzy ugościli moją rodzinę po królewsku. W ich domu z duszą, który mnie zaakceptował, czułam się tak, jakbym była u siebie. Ten dom, podobnie jak jego mieszkańcy, otulił mnie spokojem, wyciszył i ogrzał. Wyjeżdżając, słyszałam jego szept: "Masz tu swoje miejsce, i wracaj, kiedy tylko przyjdzie ci ochota". 
Gabrysiu i Bogdanie, trudno mi wyrazić słowami całą wdzięczność za dobro, które od Was otrzymałam, za Waszą troskę, opiekę i dbanie o najdrobniejsze szczegóły. Dziękuję za wszystkie miejsca, którymi chcieliście się ze mną podzielić, za zapach lasu jesienią i daniele, które dzięki Bogdanowi udało mi się zobaczyć z tak bliska. Jesteście niezwykłymi ludźmi, a za Wasze dobro w sercu niech Was Pan Bóg błogosławi we wszystkim, czego się podejmujecie. 
Kuzynce Basi dziękuję za to, że ważny dla niej dzień mogłam świętować wspólnie z bliskimi. Jak rodzina:) 
Na relację ze śląskich spotkań autorskich zapraszam w kulturalny wtorek. 
A na niedzielny wieczór przesyłam każdemu z Was, moich miłych gości, ciepło, którym zostałam obdarowana na Śląsku, i którym chcę się dzielić, bo wiem, że warto! 
Monika A. Oleksa 

Gabrysia i Bogdan - ludzie o wielkim sercu
    
Wiem, że ludzie nie pojawiają się w naszym życiu przypadkowo... 

Moja rodzina czuła się w domu Kotasów bardzo dobrze:)  

Nie można ich nie kochać :D 

czwartek, 16 października 2014

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 25

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


- Piękny ten nasz park, nie uważasz? – Eulalia schyliła się i podniosła kolorowy liść, leżący na wyłożonej kostką alejce. 
Spacerowały wraz z Bogusią po lubelskim Parku Saskim, który o tej porze dnia rozświetlony był słonecznymi promieniami, chowającymi się w złotych koronach drzew, i odbijającymi się w stawie. 
- No piękny, piękny, ale pomimo kamer, ludzie śmieci zostawiają – Bogusia wskazała na plastikowy kubek po kawie, stojący obok stylizowanej, białej ławki. 
- A bo to, kochana, masz wpisane w naturę – odpowiedziała Eulalia, dobierając kolejny liść do swojego jesiennego bukietu. 
- Co niby mam wpisane w naturę? Śmiecie? 
- Nie śmiecie – Eulalia machnęła wolną ręką – tylko to, czy je zostawiasz, czy sprzątasz po sobie. 
Bogusia pokręciła głową i ruszyła alejką w stronę fontanny, tańczącej jak baletnica z lekkością i wdziękiem. 
- Po co ty zbierasz te mokre liście? – spytała przyjaciółkę, gdy Eulalia po raz nie wiadomo który pochyliła się nad kupką liści, z których wyciągnęła ten najbardziej żółty. 
- Bo mają niesamowite kolory i rozweselą mi salon. – Odpowiedziała Eulalia, bez reszty pochłonięta swoim bukietem. 
- Ale one przecież za kilka dni uschną, i powykręcają się, jakby miały reumatyzm. I już nie będą takie ładne. 
Eulalia podniosła głowę i spojrzała na Bogusię swoimi przenikliwymi, niebieskimi oczami. 
- Wciąż będą ładne, nawet jak się poskręcają ze starości. Wszystko zależy od tego, co będziesz chciała w nich zobaczyć. Ja, patrząc na nie, przypomnę sobie ten dzisiejszy spacer i złotą polską jesień, którą tak lubię. Ty będziesz widziała tylko przemijanie, dla mnie będzie to zatrzymana w liściu chwila. 
- Odkąd ty się taka liryczna zrobiłaś? – Bogusia wzruszyła ramionami i przysiadła na ławce, tuż przy samej fontannie, rozpinając jednocześnie płaszcz i zapraszając październikowe ciepło pod podszewkę. 
- Zawsze taka byłam – odpowiedziała Eulalia, siadając obok przyjaciółki. 
Zamilkły, zapatrzone na fontannę i poubierane w kolorowe liście drzewa, które ich otaczały. Większość z tych drzew pamiętała jeszcze czasy, gdy Eulalia i Bogusia przebiegały przez ten park jako młode dziewczyny, każda ze swoimi marzeniami skrytymi głęboko na dnie serca. Ile z nich się spełniło, tylko one same wiedziały. I nawet jeśli żałowały tych, których spełnić się nie udało, i tych, o które nie zawalczyły, ukryły tę tęsknotę również głęboko, wiedząc, że jej rozpamiętywanie do niczego ich już nie doprowadzi, a tylko położy cień goryczy na tych latach, które im jeszcze zostały. Bo czasu nie da się cofnąć, a życie jest niecierpliwe. Nie lubi czekać. 
- Patrz, Lala, jak szybko to lato zleciało. Ani się człowiek obejrzał, a już jesień. I te 68 lat też zleciało, nie wiadomo kiedy… 
Eulalia spojrzała na przyjaciółkę z troską w oczach. 
- A ciebie co tak na refleksje zebrało? 
Bogusia uśmiechnęła się smutno, patrząc na parę młodych ludzi, objętych i zapatrzonych w siebie. 
- Bo mi żal, że pewne rzeczy odeszły bezpowrotnie. 
Eulalia westchnęła. 
- Ale spójrz, ile ich jeszcze przed tobą zostało! – Odpowiedziała, zataczając ręką krąg dookoła ławki, na której siedziały. – Nic już nie musisz, nikt cię nie ogranicza, i nikt nie stawia żadnych wymagań. Możesz wyjść a domu, nie tłumacząc się dokąd idziesz, i o której wrócisz. Możesz przeleżeć w łóżku cały dzień, jeśli masz na to ochotę, albo pojechać do Nałęczowa w środku tygodnia. W końcu masz czas na to, aby wyjść na koncert, albo pójść do teatru. To jest ten czas, kiedy żyjesz dla siebie, Bogusia. Ciesz się nim, zamiast oglądać się za siebie i żałować tego, co już za nami. 
Bogusia spuściła głowę, wpatrując się w odciśnięte na jasnej, żwirowanej ścieżce, ślady. 
- Czasami czuję się już bardzo zmęczona życiem. Nie nadążam za XXI wiekiem. To już nie jest nasz świat, Lala. 
Eulalia obruszyła się. 
- Ja tam bardzo dobrze się tutaj czuję, a ty przestań w końcu narzekać, bo zaczynasz doprowadzać mnie do szału. Wstawaj już z tej ławki, obiecałyśmy Helence, że zjawimy się punktualnie na drugą, więc zamierzam dotrzymać słowa i choć raz doprowadzić cię na czas. 
Bogusia prychnęła, jak rozzłoszczona kocica, a potem podniosła się i żwawym marszem ruszyła przez park, w stronę przystanku przy Alejach Racławickich. 
Eulalia uśmiechnęła się. Czarne chmury przygnębienia na jakiś czas zostały odegnane. 
Monika A. Oleksa           

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


poniedziałek, 13 października 2014

Wieczorem

Fot. Marcin Piotr Oleksa 



Kolejny dzień rozwiał wiatr, poniedziałek układa się do snu. Jaki był i co przyniósł? Wierzę w to, że pomimo tych wszystkich spraw, z którymi musiałaś i musiałeś się zmierzyć, znalazł się okruszek czegoś dobrego, co zapisało się w Twoim sercu miłym wspomnieniem, prowokującym uśmiech. Czymś, co pozostanie w Tobie, rozświetlając listopadowy mrok, który już wkrótce nadejdzie, obejmując swoje panowanie nad światem. 
Kolejne godziny odkładamy do komody z tym, co już przeminęło. Łatwo policzyć dni, które tam pochowaliśmy, dużo trudniej przewidzieć te, które jeszcze przed nami. Nie znamy ich, i dobrze, bo dzięki temu życie ma tak niepowtarzalny smak, słodko-gorzki, niekiedy kwaśny jak cytryna, lub cierpki, jak niedojrzały owoc. Musimy spróbować ich wszystkich, aby docenić te najlepsze, i cieszyć się nimi wtedy, gdy ich smakujemy. Bez tych gorzkich nie poczulibyśmy słodyczy, a z kolei sama słodycz szybko zemdli i pozostawi po sobie niemiłe uczucie.
Dlatego warto przyjąć życie z całą jego różnorodnością, nie czekając wyłącznie na wiosnę i ciepłe lato; nie hibernując się i nie uciekając przed mrokiem jesieni i chłodem zimy (Bożenko, przytulam Cię teraz mocno, i przesyłam ciepłe myśli i moją serdeczność do Krakowa :D); ale szukając w jesiennej nostalgii i przemijaniu czegoś, co sprawi Ci radość. Okruchy dnia. Szczegóły. Drobne rzeczy, które cieszą i sprawiają przyjemność. Słowa, które uskrzydlą; ludzie, którzy ogrzeją. Spacer, który oczyści umysł i doda nowej energii, którą trzeba w sobie gromadzić, aby mieć siłę walczyć z przygnębieniem. 
W zabieganym dniu i problemach, które jak kłody, wciąż znajdujemy pod nogami, znajdź chwilę na coś, co sprawi Ci radość. Nie trać czasu na narzekanie; zrozum, że masz prawo do słabości, i że nie musisz zawsze starać się być taką, jaką inni chcą Cię widzieć. Nie musisz za wszelką cenę spełniać czyichś oczekiwań, ale możesz po prostu wsłuchać się w siebie, i zrobić coś, co właśnie Tobie sprawi przyjemność, spowoduje, że się uśmiechniesz i rozświetlisz od środka, dostarczając sercu tych słonecznych kolorów, tak pięknie wymalowanych ostatnio przez Panią Jesień. Cieszymy się nimi jedynie oczami, a warto, aby serce też je poczuło naszą spontaniczną radością i wyciszeniem, nawet w zabieganej codzienności. 
Poniedziałkowy wieczór łagodnie otula sennością. Mrok rozświetlany nocną lampą zaciera ostre kontury rzeczywistości. Wygładza je. Rozbiegane myśli powoli wyciszają się. Wciąż będą krążyć, bo takie już są. Wciskają się nawet wtedy, gdy ich nie chcemy. Krążą jak głodne kruki i wrony, ale można je ubrać w puchatą szarość gołębi; odsunąć, i tak jak Scarlett O’Hara powiedzieć: „Pomyślę o tym jutro”. 
Podaruj ten wieczór sobie. Nie ścigaj myśli, które i tak Cię obsiądą, i nie rozwiązuj trudnych problemów, bo zmęczenie minionego dnia przysłania prawdziwy obraz rzeczywistości. Nowy dzień przyniesie nowe siły, a poranek często zaskakuje podsuwanymi rozwiązaniami, które trudno jest dostrzec w mroku nocy. 
Odłóż ten odchodzący dzień z wdzięcznością za to, co przyniósł, lub za to, że minął, i otwórz się na kolejny, który będzie dobry. Tego z całego serca Ci życzę. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Serdecznie zapraszam na moje jesienne spotkania autorskie na Śląsku: 

Wtorek, 14.10 – Biblioteka w Lędzinach, godz.18.00, ul. Lędzińska 86

Środa, 15.10 – Biblioteka w Tychach, godz. 18.00, ul. Wyszyńskiego 27 

Czwartek, 16.10 – gościnnie poprowadzę wykład na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Mysłowicach, ul. Powstańców 19 - „Uniwersalna prawda o miłości i o życiowych wyborach – spotkanie literackie z pisarką”​

Piątek 17.10 – Filia Biblioteczna 11 w Mysłowicach, godz. 17.00, ul. Mikołowska 40


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


czwartek, 9 października 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady, odc.24

Fot. Marcin Piotr Oleksa


Natasza lubiła prędkość, a jej Honda Civic doskonale to wyczuwała i prowadziła Nataszę garwolińską obwodnicą płynnie jak po maśle. Denerwowała się. Wiedziała, że spotkanie z Radkiem nie będzie łatwe. Być może będzie nawet i przyjemne, bo oboje są dorośli i przestrzegają ustalonych reguł dobrego wychowania, ale pomimo tego Natasza wiedziała, że dużo ją będzie to spotkanie kosztowało. Człowiek, który był jej codziennością, i z którym dzieliła sypialnię i siadała do wspólnego stołu, nagle stał się kimś zupełnie obcym. Straciła do niego prawo, choć nigdy nie brała tego pod uwagę. Powieliła błędy własnej matki, choć sądziła, że jej się uda, bo przecież jest inna, niż Bogusia; ma inne priorytety i inną hierarchę wartości. A jednak przewrotny los roześmiał jej się w twarz, a w zasadzie parsknął śmiechem tuż przed jej nosem. Całe poukładane życie Nataszy rozsypało się, jak domek z kart. Zabolało dotkliwie, ale była zbyt dumna na to, aby żebrać o jakiekolwiek resztki uczucia, jakie jeszcze w Radku zostały. O ile jeszcze cokolwiek między nimi, oprócz Jagody i niepozamykanych spraw majątkowych, zostało. Natasza nie była ślepa. Widziała, jak bardzo Radek się zaangażował w ten nowy związek i jak łatwo przewrócił ich życie do góry nogami, podejmując decyzje, od których nie było odwrotu. 
Wiedziała, że to spotkanie nie będzie łatwe, ale była również świadoma tego, że musi się z tym zmierzyć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Patrzyła na niego tak, jak patrzy się na obcego człowieka. Zmienił się. Rysy jego twarzy złagodniały, a w oczach pojawił się blask, którego wcześniej Natasza tam nie dostrzegała. Był szczęśliwy. Widziała to, i wcale nie poczuła się z tym lepiej. 
- Ładnie wyglądasz. 
Uśmiechnęła się. Zawsze był uprzejmy i tym chyba Nataszę kiedyś tak bardzo zauroczył, że pomimo wątpliwości, zdecydowała się na związek, który teraz rozpadał się z hukiem. 
- Dziękuję. I wzajemnie. 
Twarz Radka rozpogodziła się, a drobniutkie linie zmarszczek rozbiegły się od ust, aż po kąciki oczu. 
- Masz ochotę coś zjeść? 
Natasza pokręciła głową. 
- Nie jestem głodna. Poproszę tylko o kawę i sernik z bezą. 
- Nadal czarna, bez cukru? 
Uśmiechnęła się. 
- Takich rzeczy się nie zapomina, prawda? - spytała, zapatrzona gdzieś w jesień za oknem. 
- Niczego się nie zapomina, Natasza. Uwierz mi, to nie jest łatwe. Czuję się jak ostatni drań, ale...
- Radek - przerwała mu. Nie chciała słuchać jego usprawiedliwień i tłumaczeń. - Coś się popruło i nie pozszywamy tego, bo to i tak nic nie da. Nie spotkaliśmy się po to, aby snuć wspomnienia i gdybać, co by było... 
Zamilkła. Zwykle wygadana, dziś szukała słów, którymi mogłaby krótko i zwięźle zakończyć ten melodramat, który odgrywali. 
- Rozumiem. Konkrety. 
- Dokładnie tak. 
Kelner, który pojawił się przy ich stoliku, przerwał rozmowę, która krępowała ich oboje. Dziwnie się czuli, nagle onieśmieleni tym, że kiedyś łączyła ich bliskość, której teraz odnaleźć nie mieli odwagi. 
- Myślisz, że za łatwo się poddaję? Powinnam o ciebie zawalczyć, choćby spróbować...? 
Przenikliwe spojrzenie Radka oparzyło, ale Natasza nie spuściła wzroku. Chciała to od niego usłyszeć. Chciała wiedzieć, że zrobiła wszystko co mogła, i nie odpuściła, jak mawiała Jagoda. 
- To nic nie da, Natasza - odpowiedział. W jego głosie usłyszała smutek, a może żal? - Ja już wybrałem. Nie zmienię zdania. 
- Jaka ona jest? - sama siebie zaskoczyła tym pytaniem. Nie chciała wiedzieć. Nic ją nie obchodziła kobieta, dla której jej mąż poświęcił wszystko, i która sprawiła, że w wieku czterdziestu sześciu lat Natasza musiała zaczynać wszystko od nowa. A jednak zapytała, zachowując się jak typowa zdradzona żona, samej sobie zadając ból przez grzebanie w czymś, co zupełnie nie powinno jej interesować. 
- Naprawdę chcesz wiedzieć? 
Spokój Radka zaczynał wyprowadzać Nataszę z równowagi.
- Przepraszam, nie powinnam pytać. 
Obejrzała się w poszukiwaniu kelnera. Chciała czymś zająć ręce i uwagę, którą w tej chwili skupiła na jesiennych astrach, stojących tuż przed nią, w pomarańczowym wazonie. 
- Jest bardzo ciepła. - Usłyszała, i nawet bez patrzenia wiedziała, że Radek uśmiecha się łagodnie. Z rozmarzeniem. - Nie ma w niej nic z twojej waleczności, ale potrafi postawić na swoim, jeśli wie, że ma rację. Nie jest ambitna i nie ma tylu życiowych pasji, co ty, ale... jest po prostu ciepłą, zwyczajną kobietą, która zawsze czeka na mnie w domu, gdy wracam z pracy. I nigdy nic złego o tobie nie powiedziała. Za to ją szanuję. 
Przymknęła oczy. Słowa Radka raniły, ale nie mogła przestać ich słuchać. Głupia. Była tak bardzo głupia, mierząc swoją wartość stratą mężczyzny, który po prostu chciał innego życia. Wiedziała, że wcześniej czy później sobie z tym poradzi. Była twarda i nie składała ukłonów przed życiem, ale brała się z nim za barki i siłowała, udowadniając swoją rację. Teraz jednak pragnęła, aby ktoś ją przytulił i zapewnił, że da sobie radę. Zawsze dawała, więc teraz też tak będzie. Potrzebowała tylko dotyku i odrobiny czułości, której wraz z Radkiem, zabrakło w jej codzienności... cdn... 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
          

poniedziałek, 6 października 2014

Dzień dobry, Poniedziałku!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Poniedziałek przeciągnął się i uśmiechnął do skłębionych chmur, które otuliły niebo puchową pierzyną. Pierzaste anioły, skrupulatnie i zazdrośnie strzegły jasnych promieni, które jeszcze nie miały śmiałości przedrzeć się przez grubą zasłonę szarości. 
Kolejny ranek zapowiadał się rześki i energetyzujący ostrym powietrzem, które rozbudzało; pani Jesień jednak szykowała dziś w prezencie złote momenty, naznaczone słonecznymi pocałunkami i delikatną pieszczotą na dłoniach i policzkach. Ona, najbarwniejsza królowa roku, pracowicie tkała pomarańczowo-złoty gobelin, poprzetykany srebrną nicią babiego lata. Łapała w niego drobiazgi i szczegóły, nad którymi z troską się pochylała, i ubarwiała je sobą, rozkładając to misterne dzieło przed każdym, kto wychodził w ten chłodny, poniedziałkowy poranek, i wchodził w zabieganą i zafrasowaną codzienność, nakładającą bagaże, z którymi człowiek wędrował. 
Poniedziałek coraz śmielej zaglądał do pozasłanianych jeszcze okien, witając się z każdym, kto już rozpoczął swój dzień. Przyglądał się ciekawie ludzkim potyczkom ze snem, który wciąż nie chciał odejść, kręcąc się wokół człowieka i kusząc ciepłem zagrzanego łóżka. Uśmiechał się do rannych ptaszków, które podśpiewując lub szczebiocząc głosem kilkuletnich dzieci, kręciły się żwawo po domu, organizując dzień od wczesnych jego godzin. 
Przyjaźnie machał do tych, których ponure twarze bez wyrazu niczego nie oczekiwały, i do tych, którzy zaczynali każdy poranek od utartych rytuałów i ustalonych schematów, nie pozostawiając miejsca na niespodzianki i zaskoczenie. 
Wzruszał się każdym pocałunkiem i czułym pożegnaniem, przysiadał przy stole z tymi, którzy witali ten dzień samotnie, i poklepywał po ramieniu tych, którzy obudzili się z jakimś problemem. 
Każdemu z nich z osobna szeptał do ucha: "To będzie dobry dzień!", i starał się zrobić wszystko, aby ludzie w to uwierzyli. 
Był najbardziej pracowitym ze wszystkich dni tygodnia, i robił najwięcej, aby ludzie dostrzegli, że jest dobry, i nie chce robić nic wbrew człowiekowi, ale chce z nim współdziałać, i pomóc wejść w nowy tydzień z energią i oczekiwaniami. Z marzeniami, które warto mieć również w poniedziałek. Był początkiem, od którego ludzie wyznaczają sobie cele i wyzwania. Pierwszym z sześciu dni powszednich, i tym, który najwięcej przynosił, i najmniej był docenianym. 
Spacerując zatłoczonymi ulicami miast, rozsyłał do ludzi swoje ciepłe uśmiechy, pełne życzliwości. Niektórzy to zauważali i, podobnie jak poniedziałek, uśmiechali się do siebie nawzajem. Niektórzy przystawali, aby podnieść z chodnika opadły liść, lub leżący, osamotniony kasztan. Jeszcze inni utrwalali na swoich komórkach zaplątane w gałęziach drzew słoneczne promienie, i przesyłali je tym, którzy zobaczyć ich nie mogli. Ale byli też tacy, którzy biegli w swoją codzienność z głowami nisko spuszczonymi, nie zauważając nic, ani nikogo. Spotykał też ludzi z sercem przepełnionym goryczą i pretensjami. I takich, co narzekali, dlaczego to właśnie poniedziałek, a nie, na przykład, piątek? Bo piątek każdy witał przyjaźnie. Piątek nie musiał się nawet starać, aby zaskarbić sobie ludzką sympatię. On ją dostawał tylko dlatego, że był piątkiem i kończył coś, co poniedziałek zaczynał. 
Poniedziałek to rozumiał i nie miał do nikogo żalu o to, że nie każdy darzył go sympatią. Wiedział, że pomimo wszystko, będzie nadal się starał, aby nowy tydzień dla każdego zaczynał się z dobrym przesłaniem. Dlatego o poranku zostawia dla każdego z nas małą paczkę, i obserwuje ciekawie, czy ją odpakujemy. 
Czy otworzyłeś już swoją? A jeśli tak, napiszesz mi, co przyniósł Ci poniedziałek?
Monika A. Oleksa 

"Nie zniechęcaj się, jeżeli nie wszystko wychodzi ci tak, jak tego pragniesz." św. Ojciec Pio

Fot. Marcin Piotr Oleksa