wtorek, 30 czerwca 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Wiek Adaline"



Wyobraź sobie, że w wieku trzydziestu kilku lat twoje ciało przestaje się starzeć. Odmawiając czasowi pozostawienie na sobie oznak jego przemijania, oparło się zachodzącym procesom biologicznym, pozostawiając młodość i siły witalne w organizmie, który przestał odczuwać przemijające lata. Wieczna młodość - coś, o czym marzą opóźniający proces starzenia celebryci i poddające się botoksom kobiety. Młodość utrwalona w ciele, które może wszystko; w ciele, które nie stawia ograniczeń i wciąż czuje nieustanną potrzebę doświadczania życia i zachłystywania się nim. 
Ileż marzeń można spełnić, mając taki podarowany czas? Ile świata zobaczyć, ilu ludzi poznać i ile ciekawych miejsc zwiedzić! Ile książek przeczytać, ilu potraw spróbować i ile wspomnień pozamykać w albumach i pamięci. Ilu strat doświadczyć, ilu przyjaciół pożegnać i ilu wyrzeczeń dokonać, aby zrozumieć, że uwięzienie w czasie jest przekleństwem. 
Adaline przeżyła tyle lat, że osobiście była świadkiem zmieniającej się historii. Jej życie podzieliło się na dwa etapy - ten przed wypadkiem, w którym dorastała, zakochała się, wyszła za mąż i wkrótce potem straciła męża; i w którym została mamą, doświadczając całej pełni macierzyństwa, wychowując samotnie córkę, której rówieśniczką się stała, przechodząc cienką granicę dzielącą ją od śmierci. Tam, gdzie zaczął się drugi etap jej życia, w którym dla jej ciała czas przestał mieć znaczenie. Zmieniało się wszystko wokół niej, świat pędził do przodu, jej córka w pewnym momencie zaczęła wyglądać dużo starzej niż sama Adaline, a ona trwała w kokonie dni, które zmieniały tylko rekwizyty i aktorów na scenie życia, w trwającym przedstawieniu, w którym grała pierwszą rolę. 


"Wiek Adaline" to głęboka, metafizyczna opowieść o uwięzionym sercu i dramacie kobiety, która - zachowując pełną pamięć i świadomość, musi nauczyć się żyć jak dzikie zwierzę, nie pozwalając nikomu podejść do siebie zbyt blisko, z daleka wyczuwając zagrożenie i nieustannie uciekając przed kłusownikami i myśliwymi. Wrażliwe serce młodej kobiety tęskniące za drugim człowiekiem, musi poradzić sobie z walką, którą samo ze sobą prowadzi, aby przetrwać. Odcina każdą zbyt emocjonalną znajomość bo wie, że kiedy ulegnie słabości, będzie musiało odciąć kawałek siebie, zostawiając rany nie do zaleczenia. I tak nosi ich w sercu zbyt wiele. Patrzy bezradnie na odchodzącą współczesność, w której uczy się raz za razem odnajdywać, i z lękiem obserwuje coraz mniej samodzielną, starzejącą się córkę mając świadomość, że kiedy jej zabraknie, Adaline zostanie na  świecie zupełnie sama. Bez żadnej przyjaciółki, której mogłaby powierzyć swoje sekrety. Bez miłości, za którą nieustannie tęskniła. bez bliskości, bo na to Adaline nie mogła sobie pozwolić. 
Prawdziwy dylemat i walka zbyt zdrowego rozsądku z sercem pojawi się w życiu kobiety pewnego zwyczajnego wieczoru, gdy stanie twarzą w twarz z mężczyzną, przy którym gotowa była zapomnieć o swoich lękach i od którego uciekła, przestraszona siłą uczucia, jakie ich połączyło. Przestraszona swoją ludzką słabością, do której prawa już dawno sobie odmówiła.
Doskonałą rolę Adaline zagrała Blake Lively, stając przy boku niezrównanego Harrisona Forda, któremu z wiekiem przybywa zarówno męskiego wdzięku, jak i znakomitości w wykonywaniu zawodu, któremu poświęcił wszystko inne. Zagadkowy Michiel Huisman, stający jak Przeznaczenie na drodze Adaline, nadaje metafizyce filmu ponadprzeciętne znaczenie, ucząc nas, że znaków, które pojawiają się na drodze naszego życia nie powinniśmy lekceważyć, bo scenariusz rozpisany dla każdego z nas, tak czy inaczej musi zostać zrealizowany.

Michiel Huisman
Harrison Ford

"Wiek Adaline" można obejrzeć tak po prostu, dostrzegając w tym filmie wątek niespełnionej miłości i obietnicy życia; można również starać się przypisać rodzaj filmu do któregoś konkretnego gatunku. Można westchnąć po jego obejrzeniu i powiedzieć: "Piękny. Dobry. Przeciętny. Nic szczególnego. Za mało akcji. Mógł być bardziej melodramatyczny." Ilu widzów, tyle ocen i oczekiwań. Ja dostrzegłam w nim dramat młodej kobiety, dojrzałej emocjonalnie i doświadczonej przez lata życia. Oglądając ten film nie skupiałam się jedynie na obrazach, ale czytałam między słowami, odbierając komunikaty wysyłane przez spragnione bliskości człowieka serce głównej bohaterki. Czułam walkę, jaką toczyła sama ze sobą i byłam świadoma rozterek, które w sobie nosiła. Współczułam jej jak kobieta kobiecie, i wraz z nią współodczuwałam każdą decyzję, jaką podejmowała. Doszłam również do wniosku, że można zrobić głęboki, mądry film bez pompatycznego uniesienia, typowego dla współczesnego kina polskiego, i można zwrócić uwagę na pewien problem bez samobiczowania, które nam, Polakom, nie jest obce. 
"Wiek Adaline" to tak naprawdę film o nas, kobietach, i o tym jak często odmawiamy sobie prawa do tego, aby być naprawdę szczęśliwą, nakładając na siebie powinności i rozliczając się z każdego niepowodzenia i zdrowego egoizmu, który - szczególnie matkom, jest obcy. To film powtarzający od wieków tę samą historię, że "nikt z nas nie jest samotną wyspą" i że potrzebujemy prawdziwej bliskości i człowieka, któremu zaufamy i z którym będziemy w stanie podzielić się życiem i tym, czego w nim doświadczamy. 
Polecam "Wiek Adaline", bo warto go obejrzeć, wsłuchując się nie tylko w wypowiadane słowa, ale w krzyk serca Adaline, który tylko bliski człowiek jest w stanie usłyszeć i uciszyć. 
Monika A. Oleksa    




piątek, 26 czerwca 2015

Czwartkowe obiady, odc.35

Fot. Gabrysia Kotas

Ciepła czerwcowa noc zachęcała do spacerów i wracający z dyżuru w młodzieżowym telefonie zaufania Alek, nie czuł zupełnie zmęczenia. Orzeźwiające powietrze ochłodziło rozbiegane myśli, a cisza miasta pozwalała pozbierać je i spróbować uporządkować, co wcale nie było takie łatwe. Alek zaczynał się gubić. Sądził, że ma wszystko pod kontrolą i że przyjaźń z Martą może pozostać wyłącznie przyjaźnią, życie jednak roześmiało się z tej jego naiwności. Nie umiał patrzeć na Martę obojętnie, nie potrafił przestać o niej myśleć jednocześnie wiedząc, że nie ma prawa jej o tym powiedzieć z lojalności wobec Bartka. Byli przyjaciółmi i choć z biegiem lat ta więź. która ich łączyła nieco osłabła, nadal byli blisko, pochodzili z tego samego miasta i mieszkali razem. To wystarczyło, aby nie wchodzić Bartkowi w drogę i nie zachować się jak świnia. Nawet jeżeli to co czuł do Marty było o wiele silniejsze niż zaangażowanie Bartka, Alek musiał pozostać na uboczu, będąc przyjacielem. Wiernym i oddanym dziewczynie, w której zakochał się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. I do tego bez wzajemności, bo Marta usprawiedliwiała każde zachowanie Bartka i patrzyła na niego wciąż przez zasnute mgłą zauroczenia okulary. 
Chodnikowe płyty odbijały echem kroki chłopaka. Ten dźwięk czepiał się ścian kamienic, opowiadając im zniekształconą historię jednej więcej miłości, o której z upływem przemijających lat, niejedno się nasłuchały. W każdej cierpiało serce, wrażliwe na dotyk i zranienie. 
Alek cicho otwierał drzwi klatki schodowej. Wspinał się po schodach, ostrożnie stawiając kroki i nie pozwalając rozbudzonym butom na tupnięcie. Był zmęczony. Zmęczony uciekaniem przed sobą samym, zmęczony ludzkimi sprawami, których dotykał w pracy i wobec których, pomimo całej swojej wiedzy, nie umiał pozostać obojętny. W ciągu nocnych dyżurów spływało na niego tyle ludzkich dramatów, że zaczynał się zastanawiać, dokąd zmierza ten świat, kiedy ludzie sami siebie pozbawiają człowieczeństwa, oddając się we władanie demonom, które czynią w ich psychice nieodwracalne zniszczenia. 
Metaliczny dźwięk klucza w zamku sprawił, że Alek poczuł nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł mu po plecach. Otwierając drzwi nie mógł pozbyć się uczucia niepokoju, którego doświadczył, gdy tylko dotknął dłonią chłodu klamki. Nie chciał zapalać światła, aby nie budzić swoich współlokatorów. Bezszelestnie zdjął buty i jeszcze w kurtce, chciał ukryć się w swoim pokoju, gdy usłyszał, że nie tylko on nie śpi. Druga w nocy. Z pokoju Bartka dobiegły go szepty, które dotknęły serca, wbijając bolesną drzazgę. Szepty kochanków, którym nie mógł się przysłuchiwać, bo wszystko w nim krzyczało. Nie zdążył dobiec pierwszy do swojej kryjówki, która miała być azylem otulającym Alka bezpiecznie. W księżycowym blasku stanął twarzą w twarz z kobiecą postacią, która z wdziękiem zaprezentowała nagie piękno, z jakim stworzył ją Pan Bóg. Na widok Alka uśmiechnęła się diabelsko i przeciągnęła, dając mu bezwstydną możliwość obejrzenia każdej wypukłości na jej młodym ciele. Nie mógł się poruszyć, porażony tym co zobaczył. Dopiero gdy Bartek, również w stroju Adama, stanął tuż za Natalią, zaskoczony obecnością Alka równie bardzo jak on sam; Alek zdołał oderwać ołowiane nogi od podłogi i zamknąć za sobą drzwi, oddzielające go od brudu i hipokryzji, której stał się przypadkowym świadkiem. 

Fot. Gabrysia Kotas

Nie mógł spać tej nocy, ale pomimo tego, że pierwsze promienie słońca rozbudziły go na dobre, nie chciał wstawać z łóżka ani opuszczać pokoju, którym odgrodził się od rzeczywistości. Nie przyjmował jej, ale wiedział, że kiedy stanie na wprost Natalii lub Bartka, nie będzie mógł zapomnieć, że stał się świadkiem czegoś, czego nie chciał widzieć i o czym nie chciał pamiętać. Leżał więc wpatrzony w sufit, na którym odbiły się brudne ślady walczącej z uwięzieniem muchy, nie potrafiącej odnaleźć drogi do szeroko otwartego okna, przez które wleciała. 
"Tak jak w życiu", pomyślał Alek. Wpadamy w otchłań, nie potrafiąc znaleźć drogi wyjścia, choć ona niejednokrotnie jest znacznie prostsza niż nam się wydaje. Sami komplikujemy sobie życie i często dostajemy po tyłku na własne życzenie. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że zanim to poczujemy, ranimy po drodze innych. Tych, którzy zupełnie na to nie zasłużyli. Tak jak Marta. 
Myśl o dziewczynie wygnała go z łóżka i zmusiła, aby podjął wyzwanie nowego dnia. Chłodny prysznic odświeżył, ale nie zmył z Alka wściekłości, jaka się w nim nagromadziła. Widok skulonego na kuchennym taborecie Bartka też mu w tym nie pomógł. Włączył elektryczny czajnik i włożył do kubka torebkę z czarną herbatą. Wiedział, że niczego nie przełknie, więc nawet nie otworzył lodówki. Stał, przodem do okna, zupełnie ignorując obecność chłopaka, który czekał. Na słowa. Na wyrzut. Na cokolwiek. Nawet na pięść, którą poczułby dotkliwie na twarzy. Znał jednak ten cholerny upór Alka i wiedział, że przyjaciel będzie milczeć. I czekać, aż przetrawi to, co spowodowało tę życiową niestrawność. 
- No powiedz coś! - Bartek nie wytrzymał. Wiedział, że muszą porozmawiać. Czuł się z tym niezręcznie, ale jednocześnie był zły na Alka za to, że wzbudzał w nim tak wielkie poczucie winy i że musi się przed nim tłumaczyć.
Alek oderwał się od okna i zalał herbatę, która wypłynęła na powierzchnię, zabarwiając wodę rdzawym kolorem. 
- Co mam ci powiedzieć? - spytał cicho głosem, w którym nie było emocji. - Jesteś dorosły, sam podejmujesz decyzje i masz do tego prawo. Ale dokonując pewnych wyborów bądź szczery z tymi, którzy ci ufają. 
Nie mógł patrzeć na Bartka bo wiedział, że cały jego spokój diabli wezmą, jeśli tylko ich spojrzenia się spotkają. Wpatrywał się więc w wirującą torebkę, pozwalając jej uwalniać moc i gorycz, które zostawiała w kubku. 
- Nie oszukuję Marty. Z Natalią nic mnie nie łączy. 
- Proszę cię! - głos Alka uniósł się niebezpiecznie, a jego rozwścieczone spojrzenie oparzyło Bartka. - Przespałeś się z nią i twierdzisz, że nic cię z nią nie łączy?! A może mi się tylko wydawało, że naga wychodziła z twojego pokoju? I może zaraz będziesz chciał mnie przekonać, że uczyliście się do sesji? 
- Daj spokój, dobrze wiesz jak było. Ale to sport, Alek. Tobie się takie rzeczy nie zdarzają? 
Bartek poczuł twardy grunt pod nogami i nie zamierzał brać na siebie winy za coś, do czego się nie poczuwał. 
- Z szacunku do kobiety, z którą jestem, nie. Nie zdarzają. 
- O ile wiem, nie jesteś już od dłuższego czasu związany z żadną kobietą. Nie przytrafia ci się przypadkowy seks?
- Jesteś żałosny. - Alek wyjął nasiąkniętą herbacianą torebkę i wrzucił ją ze złością do kosza. 
- Nie mów nic Marcie. Wiesz, czego oczy nie widzą... 
- Słuchaj, to co robisz ze swoim życiem to wyłącznie twoja sprawa. Nie osądzam cię, ani nie oceniam. Możesz dokonywać wyborów, bo masz do tego prawo. Ale Marta nie zasługuje na to, aby ją oszukiwać czy traktować w ten sposób. Nie możesz trzymać dwóch srok za ogon.
- Ale jakich srok, o czym ty mówisz, człowieku! - Bartek zaczynał odczuwać coraz większe wzburzenie. - Natalia to tylko przygoda, taka szczypta przyprawy w nudnej codzienności. 
Alek pokręcił głową i popatrzył na kolegę z politowaniem. 
- Wobec tego bądź szczery i powiedz jej o tym. A jeśli uważasz, że Marta jest nudną codziennością, zmień to i nie oszukuj was obojga. Nie potrafisz być szczery nawet z samym sobą...
Nie czekał na odpowiedź Bartka. Zabrał swoją gorzką herbatę i wyszedł z kuchni, głośno zamykając za sobą drzwi pokoju, który pomimo oddzielenia od reszty mieszkania, nie był w tej chwili dla Alka żadnym azylem. Złe myśli zdążyły się wemknąć tuż za nim. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Gabrysia Kotas
 

niedziela, 21 czerwca 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Pędził przez miasto w krótkich spodenkach i na deskorolce. Poobijane i zadrapane kolana zaklejone plastrem, i uśmiech na piegowatej twarzy Czerwca były najlepszym dowodem na to, że Lato niepostrzeżenie zajęło miejsce Wiosny, narzucając swój swobodny rytm długim dniom i ciepłym nocom. 
Czerwiec był najbardziej rozpieszczonym ze wszystkich dwunastu miesięcy, ale miał równocześnie w sobie dużo chłopięcego wdzięku, za który wszyscy go kochali. I pomimo tego, że nie potrafił tak pięknie ozdabiać świata jak artysta Maj, to właśnie on, Czerwiec sprawiał, że jaśminowe kwiaty pachniały zniewalająco, drzewa syciły oczy ciemną zielenią, a pszczoły dostawały obłędu od soków wzbierających na ukwieconych łąkach i w ogrodach. I to również Czerwiec sprawiał, że ludzie uśmiechali się częściej do siebie i przypominali sobie, czym jest prosta radość życia. Zauważali drobiazgi, na które padały słoneczne promienie i zachwycali się nimi, zupełnie jakby dopiero teraz dostrzegali ich istnienie. Czerwiec wprowadzał w życie ludzi letnią beztroskę i odrobinę szaleństwa, które miał w sobie. Na nowo uczył zachłystywania się pięknem, które było dookoła człowieka i podpowiadał powrót do natury, której można doświadczyć bosymi stopami, wystawioną do wiatru i słońca twarzą i dotykiem, który odczytywał zapisaną w naturze historię jej trwania. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miał w sobie ten chłopięcy wdzięk i nie przejmował się tym, co inni o nim pomyślą. Cieszył się każdym dniem, z którym budził się o poranku i chwytał każdą godzinę, nie marnując z niej ani jednej minuty. Był ciekawy świata i, jak dziecko, wszystkiego chciał spróbować. Miał w sobie energię, którą po równo rozdzielał każdemu, kogo spotkał. Czerwiec nie był, jak Maj, obietnicą. Był jej spełnieniem. 
Lubili go nowożeńcy. Miał w sobie ciepło, nie będące jeszcze lipcowym skwarem, i kolory, które ładnie wychodziły na zdjęciach. Miał też magiczne "r" w nazwie, które - według niektórych, wróży długi i szczęśliwy związek. I nawet czerwcowy deszcz nie irytował. Miał w sobie ożywczą moc, zmywał to, co szpeciło i zostawiał po sobie letni zapach nawilżonej ziemi i rozgrzanego asfaltu. Odnawiał i zachęcał do wyjścia, dotknięcia i doświadczenia czegoś, co wpisywało się tęsknotą w serce człowieka, i co Czerwiec pomagał odnaleźć. 
Czerwiec był indywidualistą. Był wyjątkowy i robił wszystko po swojemu. Nie słuchał majowych podszeptów ani lipcowych nawoływań, i do żadnego z pozostałych miesięcy nie próbował się upodobnić. Nie próbował również przypodobać się ludziom i chyba za to lubili go najbardziej. Za to, że był sobą; może i nie do końca przewidywalny, ale zdecydowany we wszystkim czego się podejmował. Nie obiecywał deszczu, z którego potem się wycofywał, ale zaciągając chmury nad miastem wyczarowywał z nich deszcz - roszący, ulewny, intensywny, przelotny. Czasami bawił się zimnymi kulkami gradu, rozrzucając je jak znudzone dziecko zabawki. I tak jak dziecko, nie zdawał sobie sprawy z tego, że takie zabawy mogą wyrządzić krzywdę lub spowodować szkody. Słonecznym ciepłem przepraszał potem, przytulając się z łagodnym powiewem wiatru i zostawiając na policzku wilgotne pocałunki.

Fot. Marcin Piotr Oleksa   

Zachłanna ciekawość Czerwca sprawiała, że ludzie wyruszali poza granice swoich domów, przyglądając się chętniej nieodkrytym miastom czy uciekając od nich jak najdalej, poza utarte szlaki, zwiedzając to co nowe lub wracając do miejsc, które pozostawiły w nich dobre wspomnienia. Otwierając szeroko okna swoich domów, otwierali jednocześnie całych siebie na życie i ludzi, którzy za tymi oknami przechodzili, chwytając codzienność w jej najprostszej postaci. 
Czerwiec miał w sobie coś z magii. Próbując nadrobić stracony ludzki czas, wydłużał dni i skracał noce, podarowując ludziom dodatkowe godziny, aby mogli je wykorzystać na to, na co dotąd nie starczało doby. W jedną magiczną noc namawiał kwiat paproci do tego, aby zakwitł, zacierając przez krótką chwilę granicę pomiędzy dwoma światami. Tej nocy sypały się na ziemię lśniące diamenty dobrych dni. Kto je odnalazł i schował w sercu, mógł oświetlać nimi zimowy chłód, ogrzewając się w blasku i cieple, którym emanowały. Tej nocy również Czerwiec zbierał wypowiedziane życzenia. I spełniał je. Stopniowo, rozkładając w czasie i podszeptując ludziom drogę, na której mogli je odnaleźć. Ci, którzy oczy mieli ślepe, po prostu mijali je obojętnie, czasami przydeptując skrawek swojego marzenia. Ci jednak, którzy umieli patrzeć sercem, odnajdywali je zbierając starannie i gromadząc kawałki, z których układał się jeszcze piękniejszy wzór życzenia wpisanego pragnieniem w ich życie. Czerwiec rozbudzał te spragnione serca i dbał o nie, wypełniając tym, co potrafił ofiarować. Codziennie dopieszczał na krzaku pachnące truskawki i strącał z drzew ociekające sokiem czereśnie. Pochylał się nad skromnymi poziomkami i smakował pierwsze maliny, sycąc się zapachem wypiekanych domowych ciast z owocami. Pozdrawiał delikatne goździki i zatrzymywał się przy krzakach róż, zwabiony ich wonną słodyczą. Do margerytek puszczał oko, a do dumnych mieczyków machał ręką, skłaniając się przed ich majestatem i szepcząc: "Bądź uwielbiony!" do Tego, który całe to piękno podarował człowiekowi, czyniąc Czerwiec zarządcą trzydziestu dni mających moc przemiany serc tych, którzy na tę czerwcową magię  gotowi byli się otworzyć... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  

  

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Duchowe SPA - Kobieta w lustrze



Kim jestem? Czy potrafię określić swoją tożsamość, czy wciąż jeszcze mam z tym problem? W jakim lustrze przeglądam się każdego dnia, aby zobaczyć jaka jestem naprawdę? I czy jestem pewna, że właśnie to lustro jest mi w stanie tę prawdę o mnie samej powiedzieć? Od takich pytań zaczęłam trzydniowe spotkanie ze Słowem Bożym w Nałęczowie, wsłuchując się w uwagą w konferencję z tematem przewodnim "Kobieta w lustrze", poprowadzonej przez Magdę Grabowską.
To było moje trzecie spotkanie z Magdą w tym miejscu. Rok temu przyglądałyśmy się portretom kobiet w Biblii - KLIK, a dwa lata temu odkryłam, że jestem cudownym Bożym naczyniem, i że Pan Bóg kocha i akceptuje mnie taką, jaką jestem - ze wszystkimi moimi słabościami, niedoskonałościami i wadami. - KLIK
W tym roku Magda poprowadziła nas wyboistą drogą naszego wnętrza, zatrzymując się na relacjach, jakie nawiązujemy z innymi, i pomagając odnaleźć swoje prawdziwe imię, które zostało mi nadane przez Tego, który mnie stworzył i powołał do życia. 

Cudowna, niepozorna osóbka, z mocą głosząca Słowo Boże

Nałęczowski czas dla kobiet to dni zatrzymania, odsunięcia od siebie codziennego zabiegania i myśli, które nieustannie wciskają nam się do głowy. To podarowany mi czas tylko dla mnie, abym mogła spojrzeć na siebie jak na kobietę i dobrze poczuć się w tej roli. To czas nieustannego odkrywania siebie i zachwytu nad pięknem, które Pan Bóg we mnie uczynił. Trzy dni kiedy nic nie muszę, a wszystko mogę; bez bieżących spraw, którymi trzeba się zająć; bez obowiązków codzienności i bez konieczności pamiętania o wszystkim. To chwile, w czasie których mogę poznać samą siebie lepiej i odkryć, ile jest we mnie darów, o których zapomniałam, albo które zignorowałam. To również czas spędzony wśród kobiet, które w żaden sposób ze sobą nie rywalizują, ale właśnie przez swoją odmienność ubogacają się wzajemnie, odkrywając swoją kobiecość na nowo i dostrzegając wyjątkowość, która jest w każdej z nas. 

Duchowe SPA to nie tylko odnowa myśli i ducha, ale i garderoby:) 

To również słodkie pokusy dla ciała, którym wcale się nie opierałyśmy!



Jednak aby to zrozumieć, potrzebny nam klucz. Tym kluczem jest zapisane w naszym sercu imię, które wydobywa nas z tłumu i pospolitości, i według którego żyjemy. By go odnaleźć, musimy sięgnąć do głębi swojej istoty i zbudować obraz samego siebie w oparciu o to, co komunikują mi inni, co myślę o samej sobie i jakie mam relacje z drugim człowiekiem. Nasze prawdziwe imię przychodzi do nas z zewnątrz i zawsze nadawane jest przez kogoś, kto ma siłę prawdziwego autorytetu. Żaden z ludzi nie może nam tego dać; to imię dostajemy od Boga, który zna nas najlepiej i tylko On może nam powiedzieć całą prawdę o nas. Tylko On nadaje mi prawdziwe imię, bo tylko On wie, kim jestem i do czego zostałam powołana. 
Czy wiesz jakie są podstawowe imiona twojej prawdziwej tożsamości? Jesteś dziełem Boga - cudownie przez Niego stworzona. Jesteś przez Niego otoczona i dobrze Mu znana. Nie ma drugiej takiej osoby jak ty. Jesteś wyjątkowa. Jesteś taka, bo On właśnie taką ciebie chciał. Stworzył cię dla siebie i swojej chwały. Dla realizacji Jego planu dla ludzkości. Stworzył cię z miłości. Do ciebie. Czy wiesz, że Bóg kocha cię tak bardzo, że każdego dnia wychodzi naprzeciw ciebie czekając, aż zaprosisz Go do swojego życia? Kocha cię tak bardzo, że chce razem z tobą dzielić to, co wypełnia twoją codzienność. Chce śmiać się razem z tobą i pomóc ci nieść ciężary, które napotykasz na swojej drodze. Chce budzić się razem z tobą i z tobą zasypiać. Chce, żebyś opowiadała Mu o sobie i o tym, co cię w tym dniu spotkało, co ci się przydarzyło, co cię zasmuciło i zraniło. Chce być z tobą i chce współdziałać z tobą we wszystkim, czego się podejmujesz, ale nie uczyni tego bez twojego zaproszenia i przyjęcia Go do swojego domu i życia. On dał ci wolną wolę i szanuje twoje wybory, jakiekolwiek by one nie były. Nikt inny nie zna ciebie tak jak On, i nikt nigdy nie obdarzy cię taką miłością, z jaką On przyjmuje ciebie. Bo jesteś dla niego ważna. Zawsze byłaś i zawsze będziesz. To takie proste, a jednak ludzie błądzą, poszukując wyjaśnień, wytłumaczeń i pojęcia niepojętego. A klucz do całej prawdy jest na wyciągnięcie ręki - w Słowie Bożym, które jest nośnikiem prawdy o nas, danym nam przez Boga. Tam jest wszystko. Odpowiedź na każde pytanie, nawet to, które boimy się zadać. Wskazówki, którędy iść, aby nie zbłądzić. I zaskakująca prawda o tobie samej, którą odkryjesz, czytając drobne linijki zapisanych stron Biblii, wsłuchując się w nie sercem. Bo tylko sercem usłyszysz to, co chce ci powiedzieć Pan. Bardzo osobiście, tylko do ciebie, w relacji Ojciec - ukochana córka, jeśli Go przyjmiesz do swojego życia czyniąc Jezusa Chrystusa swoim Panem i Zbawicielem, i stając się przez to umiłowanym dzieckiem Bożym. Ukochaną córką, o którą Bóg się troszczy i której nigdy nie opuści. 



Nie odnajdziesz prawdziwej siebie w oderwaniu od relacji z innymi. Często są to relacje trudne, rzucające cień przeszłości na obecne sytuacje i wpływające na przyszłość. To, że dzisiaj jestem taka, jaka jestem, ma ścisły związek z moją przeszłością i tym, co mnie ukształtowało. Jakże często odrzucamy tę przeszłość, gdy była zbyt bolesna, aby o niej zapomnieć i nie pamiętać. Nie potrafimy wybaczyć innym, i równie często nie umiemy znaleźć w sobie przebaczenia dla samej siebie. Pamiętaj, że twoja przeszłość jest twoją szansą. Nawet z najbardziej bolesnych i traumatycznych zdarzeń jesteś w stanie wyprowadzić dobro. By żyć pełnią życia, musisz stawić czoła przeszłości, przyjrzeć się jej i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Przede wszystkim jednak musisz pozwolić Panu Bogu, aby na jej bazie kształtował twoje życie. Bóg widzi głęboki sens tego, co się w naszym życiu wydarza, To nasze oczy są ślepe, bo nie potrafimy tego dostrzec, ani zrozumieć. 

W takim miejscu w Nałęczowie naprawdę można odpocząć... 
... wyciszyć się...
... i odkryć bogactwo innej kobiety, z którego mogę czerpać

I pomimo tego, że bardzo często relacje z drugim człowiekiem sprawiają nam trudność, potrzebujemy siebie nawzajem, bo takie stworzył nas nasz Stwórca. Z głodem ludzi wokół nas i przy nas. Potrzebujemy siebie nawzajem, bo wzajemnie się uzupełniamy. "Mamy zaś według udzielonej nam łaski różne dary." Rz 12, 6a
Ważne jest to, abyśmy to zrozumiały i zachwycały się odmiennością ludzi, którzy są wokół nas. Nie zazdrościły i nie porównywały się z innymi. I nie uważały siebie za kogoś pospolitego, szarego, bezwartościowego i gorszego. Każda z nas została obdarowana szczególnymi darami, talentami lub umiejętnościami. Żadna z nas nie jest w środku pusta. W każdej z nas jest bogactwo, którym możemy obdarować innych. Musimy to tylko odnaleźć w głębi siebie i zobaczyć prawdziwą "ja" w lustrze Bożych prawd, które zapisane są w Biblii. 

Potrzebujemy siebie nawzajem...
... bo wzajemnie się ubogacamy...
... wzajemnie uzupełniamy... 
Zdobimy ten świat właśnie swoją odmiennością

Rekolekcje w Nałęczowie i temat "Kobieta w lustrze" zostały mi podarowane przez Najlepszego Ojca, jako czas wyłącznie dla mnie; czas, z którego mam wyciągnąć wnioski i przekładając je na swoją codzienność, żyć według imienia, które w sobie odnalazłam. 
Wróciłam z ogromnym głodem Biblii, zarażona przez Magdę Grabowską, która z małej, skromnej osóbki, zmienia się w kobietę pełną mocy, gdy tylko zaczyna opowiadać o Słowie Bożym, i robi to z taką pasją, że nie można pozostać wobec tego obojętnym. Rekolekcje "Kobieta w lustrze" dały mi siłę do dalszego podejmowania trudnych wyzwań codzienności, umocniły w poczuciu własnej wartości i uświadomiły, jak ważna jestem dla Tego, którego dzięki Jego ogromnej miłości mogę nazywać Ojcem. I wiem jedno - taki czas powinna podarować sobie każda kobieta. Jest naprawdę bezcenny. 
Monika A. Oleksa 

List do Ciebie cudowna kobieto: 



czwartek, 11 czerwca 2015

Przystanek maj - Wielkopolskie Spotkania Autorskie

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Wielkopolska ponownie mnie zaczarowała, obdarowując ludźmi i dobrymi wspomnieniami, jakie stamtąd wywiozłam. Tym razem na mapie Polski zaznaczyłam Gostyń, Oborniki i Ryczywół; miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłam, a do których z pewnością będę chciała powrócić. 
Od dawna chciałam zobaczyć miasto, z którego pochodzi najlepsze mleczko do kawy, jakiego używam odkąd zaczęłam pić, a raczej delektować się tym napojem. Co prawda czasu na zwiedzanie nie miałam za dużo, ale w drodze do biblioteki zdążyłam dostrzec największą cukiernicę, jaką kiedykolwiek widziałam i typowy dla wielkopolskich miasteczek Rynek, który mogłam podziwiać jedynie z okna samochodu. Lubię jednak wracać, już prywatnie, do miejsc, które mnie zauroczyły (takie sentymentalne powroty w Wielkopolsce odbyłam do Jutrosina, Koźmina Wielkopolskiego i Krotoszyna:)), jestem więc pewna, że i do Gostynia powrócę na nieco dłużej niż jeden wieczór, bo to miasto ma w sobie coś przyciągającego, podobnie jak Rawicz. 

Czytelnia w Gostyniu - otoczona książkami i ludźmi czuję się najlepiej
Gospodyni spotkania, pani Halinka Radoła
Moi Czytelnicy zaskakują mnie swoim przygotowaniem do spotkania  
Gostyńscy Czytelnicy mocno zaangażowali się w rozmowę
Najbardziej wzruszający moment na spotkaniu w Gostyniu...
Pani Irena obdarowała mnie czymś więcej niż konwaliami! Dziękuję!

Gostyńscy Czytelnicy przyjęli mnie bardzo ciepło, a ja w podziękowaniu starałam się to ciepło oddać zwielokrotnione. Powitaliśmy się wzajemnymi uśmiechami, rozjaśniając nimi dużą salę czytelni. Uśmiech zawsze przemienia - zarówno tego, kogo nim obdarowujemy, jak i tego, od kogo wychodzi. Surowa twarz człowieka rozpogodzona uśmiechem jaśnieje, wypogadza się, łagodnieje. Znika napięcie, marsowe czoła wygładzają się, a myśli tracą ciężar, stają się cieplejsze i radośniejsze. Nie widzimy swojego wnętrza, ale ono zachowuje się podobnie jak twarz, która pięknieje w uśmiechu. Jeśli karmimy to wnętrze dobrymi emocjami i patrząc na człowieka, nie oceniamy go, ale przyjmujemy z ciekawością inności jaką może nam zaoferować, od środka również jaśniejemy, emanując tym blaskiem i obejmując nim tych, których napotkamy. 
Spotkania autorskie są dla mnie taką wymianą dobrej energii, z którą wracam do domu odmieniona i naładowana pozytywnie. Takiej wymiany ciepła, serdeczności i odmienności doświadczyłam w Gostyniu, Obornikach i Ryczywole. Wróciłam na skrzydłach wiary, że wybrałam właściwą drogę i nie zamierzam jej porzucać, bo pisanie jest moją pasją. Największą. A spotkania z Czytelnikami nagrodą za trud wkładany w książkę, i czas, którego wymaga zazdrosna o wszystko Sztuka.    

Pani Halinka Radoła zachwyciła mnie swoją pasją - jest esperantystką! 
Czas w Gostyniu upłynął nie wiadomo kiedy...  
...  dedykacje... 
... moment bardzo osobistego kontaktu z Czytelnikiem

Gostyńscy Czytelnicy pozwolili wciągnąć się w rozmowę, która poprowadziła nas po skomplikowanym wnętrzu człowieka i złożonych emocjach, które nosimy w sobie. To spotkanie pozwoliło nam wzajemnie wymienić się myślami; popytać i poodpowiadać na pytania, oraz podzielić się tym , co zostało w moich Czytelnikach po lekturze książek, w które wkładam serce. Słowa płynęły wraz z czasem, który minął niepostrzeżenie i za szybko. Dobrze mi było w Gostyniu, gdzie cudowni Czytelnicy otulili mnie swoim ciepłem; pani Irenka, którą najserdeczniej pozdrawiam!, obdarowała pachnącymi konwaliami, które kocha chyba każda kobieta i otoczyła taką serdecznością słów, że będą mnie energetyzowały przez najbliższe miesiące pracy nad nowymi książkami; a pani Halinka Radoła, gospodyni spotkania, na której zaproszenie dotarłam do Gostynia, zaciekawiła swoją pasją esperantystki.
Dziękuję za ten wspólny czas i dobrą energię, którą zawiozłam ze sobą na kolejne spotkania do Obornik i Ryczywołu. Oba poprowadził Michał Fijałkowski, z którym miałam już przyjemność spotkać się w Poznaniu, w księgarni patronackiej Wydawnictwa Zysk i S-ka. Michał jest wymagającym rozmówcą, zawsze perfekcyjnie przygotowanym do spotkań, które prowadzi. Rozmowa z nim jest dla mnie zawsze wyzwaniem i ogromną przyjemnością, co przekłada się również na jakość spotkania, mającego na celu zainteresować Czytelnika i skłonić do sięgnięcia po książkę. 

Spotkanie w Obornikach
Michał Fijałkowski jest doskonałym prowadzącym...
... dzięki któremu spotkanie jest dialogiem

Oborniki to uroczy i ogrzewający uśmiech pani Agnieszki Brust, mistyczność otaczająca panią Barbarę Zielińską, z unoszącymi się nad nią aniołami, której serdecznie dziękuję za tomik poezji i za kasztanową pamięć - te kasztany miałam również w wazonie, delikatny różowy kwiat, z którego potem w sposób zadziwiający i zupełnie niepojęty rodzi się twardy owoc w kolczastej skorupce. Dziękuję wszystkim paniom z biblioteki w Obornikach - pani Elżbiecie Łaszczewskiej, Ewie Jankowiak i Marcie Józefczyk, za przygotowanie tego ciepłego spotkania, zatroszczenie się o wszystko i zaproszenie tak życzliwych Czytelników, z którymi mogłam się tam spotkać i spędzić ten urokliwy, majowy wieczór w tak serdecznej atmosferze, szczególne podziękowania kierując na ręce pani dyrektor Krystyny Eichler. Było mi u Państwa tak dobrze, że Oborniki na pewno pojawią się w mojej twórczości:)    



Pamiątkowe zdjęcie z Obornik
Magia Obornik zamknęła się w miejscach, których atmosfera otula tak serdecznie, że chciałoby się w nich pozostać. Jednym z tych miejsc jest Biblioteka, z której nie chciało się wychodzić; kolejnym - magicznym i zjawiskowym Cafe Mania, kawiarnia polecona nam przez panią Agnieszkę. Miejsce z duszą, o czym się przekonaliśmy (ja, mój mąż i Michał), gdy tylko przekroczyliśmy próg tego z pozoru zwykłego budynku. Podobne zauroczenie przeżyłam dotąd w trzech kawiarniach - nałęczowskiej "Ewelinie", w Herbaciarni "U Dziwisza" w Kazimierzu Dolnym i w poznańskim "Gołębniku". Od pierwszej herbaty wypitej w Cafe Manii, ta przytulna i klimatyczna kawiarenka wpisała się w moją pamięć i listę miejsc wartych polecenia, nie tylko ze względu na wyśmienite ciasta, ale właśnie na tę duszę, którą wyraźnie tam poczułam. 
Choć pogoda nie sprzyjała zwiedzaniu, udało nam się przyjrzeć z bliska skrawkowi miasteczka i Rynkowi, na którym w honorowym miejscu stoi pomnik św. Jana Pawła II. Na tym Rynku, w jednej z kamieniczek dostrzegłam okno, w którym oczami wyobraźni zobaczyłam kogoś, o kim być może kiedyś napiszę... 
Oborniki to takie miejsce na mapie, do którego warto zajrzeć choćby po to, aby spróbować i wypić różaną herbatę z konfiturą w Cafe Manii. 

Wieczór przy herbacie z konfiturą
Wróciliśmy tam na poranną kawę i ciacho!
Wnętrze z duszą
Cafe Mania, kawiarnia w Obornikach
Naprawdę warto tu zajrzeć! 

Ostatnim przystankiem w Wielkopolsce był maleńki Ryczywół, w którym spotkanie również poprowadził Michał Fijałkowski, i gdzie zachwyciła mnie dziewczyna z pięknymi marzeniami, o romantycznym imieniu Marianna. Czytelnicy w Ryczywole nie zawiedli i przybyli na to wieczorne, piątkowe spotkanie z ciekawością i dużym otwarciem na mnie i na to,  z czym do nich przyjechałam. W łagodną ciszę zasłuchania wkomponowała się ciekawska mucha, która wpadła do sali czytelni bez zaproszenia, wtrącając swoje trzy grosze, jakby chciała podjąć dyskusję na temat, który ją zainteresował. A tych tematów trochę poruszyliśmy, wędrując po ludzkim sercu wypełnionym uczuciami, spotykając po drodze Samotność, mówiąc o odwadze wychodzenia do człowieka; nadziei, którą można odnaleźć tylko wśród ludzi, i marzeniach, w które warto wierzyć, bo ta wiara daje moc do ich spełniania. W późny majowy wieczór maleńki Ryczywół stał się miejscem przystanku dla zmęczonych kończącym się tygodniem mieszkańców, i wsłuchania w niewypowiedziane myśli, ukryte pragnienia, oraz przypomnieniem o wielkiej godności kobiety i jej wartości, z której często nie zdaje sobie sprawy. 
Dodatkowo swoją serdeczność wniosła jeszcze do spotkania pani Aldona Janc, której składam moje podziękowania za możliwość poznania Ryczywołu i jego mieszkańców i za przygotowanie tego spotkania, z którego wywiozłam dobre wspomnienia. 

Spotkanie w Ryczywole
To zakochane spojrzenie skierowane jest do mojego męża:)  
Nasza gospodyni, przemiła pani Aldona Janc



Czułam wielką życzliwość Czytelników w Ryczywole

Moje wierne pióro podróżuje ze mną, podobnie jak mój mąż:) 

Gostyń, Oborniki, Ryczywół - cudowne, ciepłe miejsca mojego majowego przystanku w Wielkopolsce, który wypadł w Tygodniu Bibliotek, dając mi możliwość poznania nowych miejsc, spotkania nieprzeciętnych ludzi i uświadomienia sobie, jak wielkie bogactwo ludzkiej wrażliwości poukrywane jest w niepozornych miasteczkach i wioskach, oraz za drzwiami bibliotek, którym z serca dziękuję za to, że się dla mnie otwierają.
Monika A. Oleksa