czwartek, 28 maja 2015

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 33

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Dom bez Eulalii posmutniał, a Marta nie mogła w nim znaleźć swojego miejsca. Od znajomych kątów nie biło już takie ciepło, jak jeszcze wczoraj, gdy wypełniało je zabieganie Eulalii, a obrażone meble zamilkły, nie skrzypiąc szafkami i nie pobrzękując cichutko kryształowymi dźwiękami, potrącane nieuważnie przez spieszącą się dokądś Eulalię. 
Nieuchwytna obecność babki była tu wszechobecna, ale jednocześnie pustka dużych pokoi onieśmielała i sprawiała, że Marta bardzo dotkliwie odczuwała swoją samotność w miejscu, które przez rok zdążyła już dość dobrze oswoić. 
Wiosna za oknem zupełnie ją rozpraszała, odrywając od nauki i odbierając koncentrację, której potrzebowała, jeśli chciała w zerowym terminie przystąpić do egzaminów. Próbowała wszystkich możliwych sposobów na skupienie, ale słońce rozleniwiało, a poukrywane w gałęziach drzew ptaki śpiewały tak radośnie, że skomplikowane zawiłości prawne w żaden sposób nie chciały wchodzić do głowy. 
Przychodzącego esemesa Marta odczytała jak znak. "Dasz się namówić na wiosenny spacer?". Uśmiechnęła się, odczytując wiadomość od Alka i nie bawiąc się w odpisywanie, wybrała numer chłopaka. 
- Myślisz, że taki spacer zwiększy koncentrację, czy wręcz przeciwnie - zniknie ona bezpowrotnie? - spytała, gdy tylko usłyszała sygnał odebranego połączenia.
- A masz z nią problem? - Po tonie głosu Alka Marta wyczuła, że chłopak się uśmiecha. 
- Ogromny! Siódmy raz już czytam to samo zdanie i nic z niego nie rozumiem. 
- Świeże powietrze dobrze ci zrobi. Dotlenisz się, odpoczniesz i nabierzesz nieodpartej ochoty na naukę. 
Roześmiała się. 
- Uwierzę ci na słowo i za pół godziny będę pod Parkiem Saskim.
- Świetnie. To znajdziesz mnie tam, karmiącego gołębie.
Rozłączyła się, a potem pobiegła do łazienki, gdzie przeczesała się i zebrała włosy w kucyk. Przy drzwiach zerknęła jeszcze na rozłożone książki, które leżały na kanapie jak porzucony wyrzut sumienia. Wraz ze słońcem uśmiechnęła się do nich, obróciła na pięcie i wybiegła, dokładnie zamykając za sobą drzwi. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Gabrysia chodziła od okna do okna, wyglądając Bogdana i letniczek. Zupa grzybowa stygła, kluski śląskie również, a w Gabrieli narastał niepokój. Coś musiało się stać, skoro Bogdan już dobrą godzinę temu dzwonił, że wyjeżdżają z Katowic i że wszystkie cztery panie ma pod swoimi skrzydłami, a tymczasem przygotowany obiad czekał, a Bogdana z letniczkami nie było. Komórka nie odpowiadała, włączała się tylko skrzynka, a Gabrysia z każdą chwilą czuła coraz większe zdenerwowanie i oczyma wyobraźni widziała już, jak cztery kobiety wywożą jej męża w nieznane... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Bogdan zastanawiał się, co tak ciekawego jest w budynku kopalni na Wesołej, że cztery damy poprosiły go o zatrzymanie się, aby mogły z bliska przyjrzeć się temu obiektowi. Jako górnik na emeryturze Bogdan miał dużo do powiedzenia na temat pracy w kopalni, a letniczki były bardzo wdzięcznymi słuchaczkami i chłonęły każde słowo, niemalże ucząc się go na pamięć, więc stali tak przed kopalnią i oglądali, poznając z bliska ciężką pracę górników. Bogdan nawet chciał zadzwonić do Gabrysi, aby zawiadomić ją, że będą z lekkim opóźnieniem, ale kiedy próbował wybrać numer, zauważył że padła mu komórka, schował więc telefon do kieszeni i kontynuował wykład na temat polskiego górnictwa. Nawet Bogusia słuchała z zainteresowaniem, przerywając mu jedynie dociekliwymi pytaniami. 
Spełniony zaspokojoną ciekawością letniczek Bogdan zdołał zapakować je do samochodu i ruszył w stronę domu, wybrał jednak drogę prowadzącą przez las, aby pokazać kobietom z Wyżyny Lubelskiej, że Śląsk to nie tylko kopalnie, ale i przyroda, która stała się płucami tego regionu. 
Lasów na Lubelszczyźnie nie brakowało, ale jelonka żadna z przybyłych dam z tak bliska nie widziała, więc na widok pasących się danieli Jadzia natychmiast zażądała, aby się zatrzymali i delektowali tym widokiem, bo może się nie powtórzyć. 
- Jak panie będą sobie życzyć, wybierzemy się na spacer do lasu pieszo lub rowerami. Wtedy z bliska doświadczycie obecności nie tylko danieli, ale i dzików - powiedział Bogdan, nieco już zaniepokojony zbyt długą drogą do domu, i przerażony wizją, że jak mu się te letniczki rozejdą po lesie w pogoni za danielami, to w żaden sposób nie dowiezie ich do Ławek, a przecież wziął za nie odpowiedzialność!
- Ale ten moment już się nie powtórzy - wyszeptała Jadzia, wpatrzona jak zaczarowana w pasące się nieopodal stado. 
- One są takie słodkie i niewinne - powiedziała cicho Eulalia, wysiadając po cichu i stając tuż za Jadzią. 
- Czy one nas widzą? - spytała Bogusia, wyginając się i przeciągając, aby rozciągnąć zdrętwiałe nogi i zastałe kości. 
- Wiatr jest od ich strony, więc jeszcze nas nie wyczuły, ale jak panie będą wykonywać takie nagłe i nieprzewidziane ruchy - Bogdan spojrzał na Bogusię - to je spłoszycie. 
- Boguśka, uspokój się z tą gimnastyką - syknęła Eulalia, równie zafascynowana jelonkami, jak Jadzia.
- Ruch na świeżym powietrzu to zdrowie - odcięła się Bogusia, zaprzestając jednak wymachów i rozciągania. 
- Tam coś leży. - Jadzia wskazała w stronę rozłożystych liści paproci, pod którymi znajdowało się coś dużego i trudnego do sprecyzowania na pierwszy rzut oka. 
Bogdan podszedł bliżej, rozgarniając liście paproci i płosząc tym ruchem stado danieli, które jeden po drugim, zaczęły odchodzić w pośpiechu. 
Rozczarowana Jadzia odwróciła się w jego stronę z wyrzutem i ... zamarła, widząc ogromne poroże zrzucone przez daniela i robiące naprawdę imponujące wrażenie. 
- Ale cudo... - wyszeptała, dotykając rogów z szacunkiem. 
- Ten las skrywa wiele tajemnic. - Bogdan uśmiechnął się do czterech par wpatrzonych w niego oczu, zadowolony ze znaleziska jak mały chłopiec.
- To może kwiat paproci też znajdziemy... - rozmarzyła się Eulalia, a Bogusia słysząc to, wzniosła oczy do nieba, zastanawiając się, co jeszcze jej przyjaciółki wymyślą. 
- Kwiatu paproci może i nie znajdziemy, ale do leśnej kapliczki razem z żoną panie zabierzemy i opowiemy historię ławeckiego lasu.
Na wzmiankę o żonie Bogdan poczuł lekkie zaniepokojenie. Jakaś niesprecyzowana myśl kołatała mu się po głowie, nie potrafił się jednak skupić na tyle, aby ją pochwycić, rozpraszany letniczkami, które rozłaziły mu się niebezpiecznie po lesie, każda w inną stronę. Zafascynowana znaleziskiem Jadzia chciała za wszelką cenę znaleźć swoje osobiste poroże; Eulalię zaintrygowała wizja zaczarowanego kwiatu paproci, o którym marzyła jako młoda dziewczyna, ruszyła więc przed siebie, zaglądając z nadzieją w każdy pęk paproci, rozłożonych u stóp dostojnych drzew; Bogusia natomiast podążyła śladem zrytych przez dziki wgłębień, zastanawiając się, jak wygląda takie bliskie spotkanie z lochą i jej małymi. 
- Proponowałbym, abyśmy wsiedli do samochodu i dojechali w końcu do domu. Myślę, że żona czeka tam już na panie z obiadem. - Bogdanowi udało się w końcu pochwycić myśl, która krążyła gdzieś po głowie. Obraz Gabrieli i obiadu, który stygł, stał się nagle tak wyraźny, że Bogdanowi słabo się zrobiło, bo już widział te gromy w oczach Gabrysi i wyglądający z nich wyrzut.  
Pomimo tego, że donośny - głos Bogdana nie zrobił na letniczkach szczególnego wrażenia. Żadna z nich nawet się nie obejrzała, zajęta swoimi poszukiwaniami i fascynacją lasem. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta chwila postoju w lesie, gdyby nie Helena, która od jakiegoś już czasu przestępowała z nogi na nogę z nadzieją na jak najszybsze dotarcie do Anielskiego Siedliska, gdyż miała naglącą potrzebę. 
- Siku mi się chce! - zawołała, wprawiając Bogdana w zakłopotanie, ale zwracając uwagę przyjaciółek, które zatroskane o ochronę lasu, poprosiły Bogdana, aby czym prędzej dowiózł je na miejsce, a Helenę - aby wytrwała, co też, bez przekonania, obiecała zrobić... cdn.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
   

niedziela, 24 maja 2015

Kobieta w lustrze - Kornelia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zodiakalny Rak, którego łatwo zranić i który raz sparzony, wycofuje się; jednocześnie jednak potrafi obdarować niezwykłą relacją i bliskością tych, których do siebie dopuści. "Nie ma przypadkowych spotkań i ludzie też nie stają na drodze naszego życia, ot tak." - takie słowa napisałam w swojej najnowszej powieści "Samotność ma twoje imię". Te słowa prowadzą mnie przez życie i one również są obrazem tego, co połączyło mnie z Kornelią. 
W jednym z pierwszych e-maili, które między sobą wymieniłyśmy Kornelia napisała:"... już wiem, że nasze wirtualne spotkania będą ogromną przyjemnością". Tak się stało. Znalazłyśmy w sieci swoje miejsce, w którym obie przysiadamy, aby odpocząć  choć przez chwilę od codziennego zabiegania. Czujemy się tam dobrze, tak jak dobrze czujemy się ze sobą. Dziś postawiłam przed Kornelią lustro, w którym się przejrzała, wsłuchując w swoją piękną melodię...
Zapraszam na rozmowę z Kornelią Pikulik - Czyż; mamą, żoną, blogerką: KLIK  i piękną kobietą, która zatrzymała mnie w życiowym pędzie, ubogacając sobą. 

Kornelia i jej piękna melodia, którą w niej odkryłam

Jak macierzyństwo zmienia kobietę i sposób patrzenia na świat? Czy ten, który dostrzegasz przez pryzmat Aurelki jest inny, niż przed jej narodzeniem?

Kornelia Pikulik - Czyż: Myślę, że jest to wielka zmiana. Wcześniej był mój mąż i ja, robiliśmy to na co mieliśmy ochotę. Teraz nasze życie kręci się wokół Aurelki, więc zupełnie inaczej patrzymy na świat. Dostrzegamy rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy. Martwimy się o nią i jej przyszłość. Myślę, że macierzyństwo dopełnia kobietę. Dzięki niemu czuje się spełniona, tak przynajmniej było w moim przypadku. 

Kiedy przyszedł w Twoim życiu moment, gdy poczułaś się kobietą spełnioną? Długo szukałaś siebie takiej, jaką jesteś obecnie?

Kornelia: Jak już wspomniałam, to macierzyństwo sprawiło, że poczułam się spełniona. Chyba od zawsze wiedziałam, że chcę być mamą i chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że jest to wielkie wyzwanie, to jednak nigdy się tego nie bałam. Znalezienie swojego miejsca na świecie, partnera, z którym chciałabym tworzyć rodzinę, nie było już takie łatwe. Aurelka urodziła się, gdy miałam prawie trzydzieści dwa lata, ale warto było czekać na ten dzień. Zawsze, gdy myślę o tym wydarzeniu, to mam łzy w oczach...

Ukochane kobiety w obiektywie męża i taty:) Fot. Marek Czyż


Czy kobieta-matka może sobie pozwolić na egoizm?

Kornelia: Myślę, że czasami powinnyśmy sobie pozwolić na egoizm, bo dzięki takim naszym małym szczęściom, chwilom relaksu, potem możemy z większym entuzjazmem opiekować się dzieckiem. Jednak żeby tak mogło być, to musimy mieć kogoś, kto w takiej chwili zajmie się naszą pociechą -  partner, rodzic, przyjaciel czy zaufana niania. Osoby, które za wszelką cenę chcą pokazać, że są świetnymi matkami przez całą dobę siedem dni w tygodniu, niekiedy mogą nie dać rady i wpaść w depresję. Oczywiście każda z nas jest inna i każda musi sama ocenić, co jest dla niej dobre. Znam osoby, które są w stanie podporządkować cały świat dziecku i są z tym szczęśliwe, niestety ich partnerzy nie zawsze podzielają ich zdanie. 

Jaka jest melodia Kornelii? O czym Ci przypomina i czy zawsze jesteś w stanie ją usłyszeć?

Kornelia: Lubię spokojną melodię, dosyć uporządkowaną, delikatną, romantyczną, ale chyba nie zawsze. Moje życie rzadko płynie w takim łagodnym tempie,  jest tak głównie w weekendy i podczas urlopu. Przez pozostałą część roku tempo muzyki jest znacznie szybsze, bo tyle jest rzeczy do zrobienia i doświadczenia, a doba niestety tak krótka. I co się okazuje? Mimo umiłowania spokoju, żywsza melodia też mi odpowiada, daje satysfakcję z tego co robię i co kocham robić. Lubię czuć się potrzebna. Nie ma się jednak chyba czemu dziwić, w końcu kobieta zmienną jest i dwie zupełnie odmienne melodie doskonale się uzupełniają. Każda z nich przypomina mi o pewnej części mojej natury i daje się słyszeć w odpowiednim momencie. Gdy w codziennym zabieganiu zaczyna mi brakować siły, to energiczne dźwięki nagle zwalniają, co jest znakiem, że czas naładować akumulatory. 

Fot. Marek Czyż


Książka dla Ciebie to przyjaciel, odskocznia, nałóg? Dlaczego warto czytać i zachęcać do tego innych?

Kornelia: Książki zajmują w moim życiu bardzo ważne miejsce. Nie wyobrażam sobie, żeby w naszym domu mogło ich zabraknąć. Śmieję się często, że gdy zacznie brakować w malutkim mieszkanku miejsca na moje nowe nabytki książkowe, to będzie znak, że czas najwyższy pomyśleć o przeprowadzce. Cóż, nie da się ukryć, że jestem uzależniona od czytania i to jedyny nałóg, na jaki sobie pozwalam. Kocham czytać, uciekać w ten literacki świat, wzruszać się i śmieć do łez w trakcie czytania. Ale jest to też odskocznia od problemów dnia codziennego i jednocześnie przyjaciel, na którego zawsze mogę liczyć. 
Myślę, że świat osób, które lubią czytać jest bardziej kolorowy. Czytanie to wspaniała rozrywka, ale nie tylko. Czytanie uczy, rozwija wyobraźnię i uwrażliwia. Dzięki niemu lepiej rozumiemy innych ludzi i to, co się wokoło nas dzieje. Książka to też świetne lekarstwo na nudę. Ja nie pamiętam, żebym się kiedyś nudziła. Może dlatego, że zawsze mam przy sobie jakąś lekturę?

Twoja ulubiona pora dnia to... Dlaczego?

Kornelia: Wieczór. W końcu jestem sową. Nie znoszę porannego wstawania i mam wrażeniem, że przed południem funkcjonuję na zwolnionych obrotach. Zupełnie inaczej niż wieczorem, który płynnie przechodzi w noc, szczególnie gdy zasiedzę się nad książką. Staram się, by codziennie mieć chociaż trochę czasu dla siebie, by poczytać, obejrzeć jakiś film czy poblogować. Szanse na to są zwykle właśnie wieczorem.

Czy umiesz walczyć o siebie?

Kornelia: Raczej jestem spokojną i niezbyt waleczną osobą, ale w niektórych sytuacjach potrafię pokazać pazurki. Łatwiej jest mi jednak walczyć o kogoś innego niż o siebie.

Wierzysz w marzenia? Czy te, które miałaś w dzieciństwie się spełniły?

Kornelia: Czym byłby świat bez marzeń? To coś wspaniałego i bardzo potrzebnego. Dzięki marzeniom możemy sięgać wysoko, bez strachu o porażkę. W końcu to nie plan, który wymaga określonych założeń. Marzyć możemy o czymkolwiek, ogranicza nas tylko własna wyobraźnia. Warto mieć marzenia, bo nawet te najmniej prawdopodobne niekiedy się spełniają. 
Natomiast jeśli chodzi o moje marzenia z dzieciństwa, to chyba częściowo się spełniły, bo mam wspaniała córkę i kochającego męża. Nie przypominam sobie natomiast, żebym marzyła o tym, że chciałabym być księgową... Na spełnienie niektórych marzeń jeszcze czekam, chociażby na mój mały i przytulny domek z niewielkim ogródkiem. 

Jedno ze spełnionych marzeń Kornelii :D 


W swojej najnowszej książce "Taka jestem i już!", Magdalena Zawadzka na pytanie: "Czego nauczyło mnie życie?" odpowiada, że ono nauczyło ją tego, że jest NAJWAŻNIEJSZE. Żyjąc w pośpiechu narzuconym przez współczesny świat nie dostrzegamy drobiazgów, z których składa się codzienność. Jak Ty odpowiedziałabyś na to pytanie, Kornelio? Czego nauczyło Cię życie?

Kornelia: Zdecydowanie zgadzam się z Magdaleną Zawadzką. My gonimy, ciągle gonimy, czekamy na gwiazdkę z nieba, wygraną w totka, a nie potrafimy się cieszyć codziennymi małymi szczęściami. Czyż spotkanie z przyjacielem to nie jest powód do radości? Uśmiech dziecka? Ciekawa lektura i filiżanka kawy czy herbaty? Pyszne lody? Zapach wiosny? Miły komplement od znajomego? To, że dzisiejszy obiad wyszedł przepyszny? Prezent od męża, taki zupełnie bez okazji? Zwykłe, a  jakże niezwykłe "Kocham Cię"? Śmiech aż do bólu brzucha? Mogłabym wymieniać i wymieniać, bo staram się dostrzegać te piękne chwile i się nimi cieszyć. Wam wszystkim radzę to samo.

Lubisz ciszę?

Kornelia: Tak. W ciszy najlepiej mi się myśli i odpoczywa. Może dlatego lepiej się czuję w małych miejscowościach, tu dużo łatwiej ją odnaleźć. Nie oznacza to jednak, że nie lubię muzyki, śmiechu, rozmów, czasami nawet wielkomiejskiego gwaru, ale oczywiście w odpowiednich dawkach. 

Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że życie jest darem, który tak wielu ludzi po prostu nie docenia?

Kornelia: Tak, życie to wspaniały dar. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy pierwszy raz patrzyłam na Aurelkę... Wtedy najpełniej zdałam sobie sprawę z tego, jak cenny jest to dar. Z tej perspektywy dużo łatwiej to dostrzec, bo patrząc na siebie, często o tym zapominamy. Przyzwyczajamy się do tego co mamy i przestajemy to widzieć. Zwykle dopiero cierpienie lub strata kogoś innego przypomina nam o tym, że nic nie jest nam dane raz na zawsze. 

Fot. Marek Czyż


Czego chciałabyś nauczyć swoją córeczkę i co jej przekazać?

Kornelia: Chciałabym, żeby moja córeczka umiała się cieszyć i dzielić swoją radością. By widziała świat w jasnych barwach, bo to pomaga w życiu. 

Z czym w życiu najtrudniej jest Ci sobie poradzić?

Kornelia: Chyba z własną nieśmiałością, która mnie niekiedy blokuje. Przez nią unikam jak ognia wystąpień publicznych, ale też wypowiadania się przed niewielką grupą obcych mi osób. 


Czy istnieje recepta na szczęście? Jaka jest definicja szczęścia?

Kornelia: Uniwersalnej recepty z pewnością nie ma, bo każdy z nas inaczej rozumie szczęście. Dla niektórych jest to willa z ogrodem, jacht i odrzutowiec, i dla nich receptą pewnie będzie praca, praca i jeszcze raz praca. Mi wystarczą nasze cztery ściany i szczęśliwa rodzinka. Zdrowie i praca, którą lubię. Pasje i marzenia, które wierzę, że się kiedyś spełnią. Celebrowanie małych przyjemności. Często wystarczy dobrze się rozejrzeć, by przekonać się, że ma się wiele powodów do radości i że w gruncie rzeczy jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Niestety Polacy wolą narzekać i to o dziwo  zazwyczaj najbardziej Ci, którzy mają najwięcej.  

Czy wierzysz w to, że ludzie nie stają na drodze naszego życia przypadkowo?

Kornelia: Tak. Każdy pojawia się po coś, żeby nas czegoś nauczyć, nawet jeśli okaże się, że będzie to trudna i bolesna lekcja. Jestem raczej bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi, widzę ich dobre strony, i ta moja energia do mnie wraca, dlatego te spotkania są jeszcze bardziej wartościowe. Ogromnie się cieszę, że również nasze drogi, Moniko, się przecięły. To nie mógł być przypadek, to musiało być przeznaczenie! 

Też jestem tego pewna, Kornelio! Bardzo Ci dziękuję za przejrzenie się w lustrze i podzielenie swoją piękna melodią, którą nosisz w sobie, i którą pozwoliłaś mi dostrzec już dawno temu:) 
Monika A. Oleksa 

Aurelka też ma już swoją melodię:) 

wtorek, 19 maja 2015

Magiczna noc bibliotek

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Biblioteka sama w sobie jest miejscem magicznym, wypełnionym niewypowiedzianymi słowami, ukrytymi na kartkach książek mających moc przemiany życia. To miejsce, które otula spokojem i przyjaznym ciepłem, płynącym z serdeczności Bibliotekarzy i z półek, na których odpoczywają zmęczone wędrówką powieści i opowiadania, biografie i opowiastki, zebrane na szeleszczących kartkach dających obietnicę. 
Kiedy ta biblioteczna przestrzeń otwiera się dla czytelnika, magia intensyfikuje się, a zaciekawione słowa wychodzą z kart opasłych tomów i wplatają w ludzkie historie.
8 maja lubelskie biblioteki świętowały swoją noc, a ja wraz z Gabrysią Kotas, miałyśmy zaszczyt zaczarować słuchaczy w Filii nr 31, przy ul. Nałkowskich 104a w Lublinie, otoczonej opiekuńczymi skrzydłami pani Agnieszki Pawlak-Dziaduch. Tej nocy - tak jak w życiu - proza splotła się z poezją, a tkacz, starannie układający nitki codzienności, dodał do niej odrobinę refleksji i blask, którego często w życiu nie dostrzegamy, zapędzeni za sprawami, które zaprzątają myśli i wypełniają powszedniość. 
Tej nocy razem z Gabrysią, zatrzymałyśmy się na skomplikowanym ludzkim wnętrzu, o którym obie - każda na swój sposób, piszemy, i starałyśmy się wydobyć z ludzi, którzy nam towarzyszyli to, co najlepsze. Tej nocy również uwolniłyśmy marzenia, które wypowiedziane, nabierają szczególnej mocy spełnienia, i które Gabrysia tak pięknie spisała wierszem, dając każdemu z nas tam obecnych, nadzieję na ich realizację: KLIK

Proza i poezja splecione ze sobą jednego wieczoru...
... i przyjaźń, która zaczęła się od słowa...
... a słowa ułożyły się w historię spisaną wierszem i prozą
Gabrysia Kotas - Codzienna Poetka

Nastrój wieczorowej pory i cisza majowego wieczory sprzyjały zajrzeniu poza to, co zwyczajne, i poruszeniu czułych strun, które obecne są w duszy każdego człowieka. W ciągu tych godzin dobre słowo rozgościło się pomiędzy słuchaczami, codzienna poezja przysiadła w kąciku, a proza wyszła przez otwarte na świat drzwi, aby nazbierać fragmentów życia toczącego się swoim utartym torem. Potem, z mozaiki tych urwanych strzępków, ułoży się historia tak prawdziwa, jak życie człowieka, wypełniona ludzkimi dylematami, pragnieniami, rozterkami; w której każdy - podobnie jak w wierszach Gabrysi, odnajdzie kawałek swojego życia, przefiltrowanego piórem. 
W wieczorną ciszę czarowaną słowami pięknie wkomponował się majowy chrabąszcz, który zaciekawiony i przyciągnięty magią tego miejsca, wleciał przez otwarte okno, aktywnie uczestnicząc w dyskusji i opowiadając o swoich marzeniach, do których przecież chrabąszcz też ma prawo. 

Magia biblioteki w majową noc i nić marzeń splatana wraz ze Słuchaczami
Ludzie, bez których książki nie miałyby mocy - Czytelnicy
Zasłuchanie i refleksja 
Chwil, gdy uśmiech pojawiał się na twarzach, było na tym spotkaniu wiele
Sprowokowane marzenia zaczęły wychodzić z serc...
... i wypowiedziane...
... nabrały mocy spełnienia

W noc bibliotek nie mogło zabraknąć przy nas Eulalii, Bogusi, Heleny i Jadzi, które wiernie towarzyszą mi w każdym spotkaniu z Czytelnikami, zwiedzając wraz ze mną polskie miasta i miasteczka. W Filii nr 31 poczuły się bardzo dobrze, wciągając Czytelników w życie, które celebrują. W odczytanych na role fragmentach moje bohaterki ożyły, a każda z aktorek doskonale wydobyła ich charakter. Szczególny ukłon kieruję w stronę pani Doroty - rewelacyjnej w roli Jadzi, zamkniętej w kapsule borowinowej, oraz pani Olgi, która od razu wczuła się w skomplikowany charakter Eulalii :) Pani Małgosia Ratyna natomiast sprawiła, że fragmenty zarówno "Czwartkowych obiadów", jak i najnowszej książki, nad którą obecnie intensywnie pracuję, i która po raz pierwszy wybrzmiała właśnie tu, w lubelskiej Filii nr 31, wciągnęły i przemówiły do wyobraźni Czytelników, podsyconej doskonałą interpretacją pani Małgosi, za którą serdecznie dziękuję! 

Interpretacja pani Małgosi zaczarowała każdego z nas 
Moje artystki wciąż na walizkach:)
Na spotkaniach najpiękniejszy jest dialog, jaki Autor nawiązuje z Czytelnikami
... i panująca atmosfera, która sprzyja dobremu spotkaniu

Dziękuję również wyjątkowym Czytelnikom, którzy przybyli na to wieczorne spotkanie ze słowem, a mocny uścisk i piękne podziękowania składam Milenie, która pomimo nocnej podróży za kierownicą do Warszawy, spędziła ze mną te godziny, bo były dla niej równie ważne jak dla mnie. Milenko - dziękuję i ogromnie doceniam to, że byłaś! 
Pani Agnieszce Pawlak-Dziaduch dziękuję za kolejne otworzenie dla mnie drzwi swojej - bliskiej mojemu sercu - Biblioteki, i za przygotowanie magii tego spotkania, do której swoją szczyptę dodały pani Dorota i Olga, oraz ja z Gabrysią :) 

Wierni Czytelnicy i oddani Słuchacze:) 
Gospodyni magicznej nocy, pani Agnieszka Pawlak-Dziaduch

Noc Bibliotek to taki wyjątkowy czas w roku, gdy książki przemawiają, dając się usłyszeć; poezja wplątuje się w zwyczajny dzień, a Biblioteka nie zamyka swoich drzwi wieczorem, ale daje Czytelnikowi podpatrzeć, co się dzieje w jej wnętrzu po zmroku, kiedy słowa zaczynają żyć, wychodząc poza granice wytyczone przez biblioteki, odnajdując drogę do ludzkich domów i serc, w których znajdują swoje miejsce. 
Monika A. Oleksa 

Gabrysia zaczarowała noc bibliotek słowami swoich wierszy
Te chwile są najintymniejsze i bardzo osobiste
Tak zaczęło się spełnianie naszych marzeń:) 

niedziela, 17 maja 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Maj przechadzał się dostojnie po parku, ciągnąc za sobą ukwiecony płaszcz. Z dumnie podniesioną głową spoglądał na zaczarowany wiosną świat, pełen soczystych kolorów, odurzających zapachów i ptasich śpiewów, które wychwalały życie i Stwórcę. 
Maj był ulubieńcem Wiosny. Właśnie ten miesiąc wybrała rozkapryszona pora roku, aby ukazać całe piękno z jakim przychodziła. Uczyniła Maj swoim malarzem i tylko jemu pozwoliła namalować swój portret i uchwycić ją taką, jaką jest naprawdę. Dostojna królowa z wiankiem uplecionym z gałązek ukwieconych drzew i kwiatami magnolii, którymi ozdobiła swoją zwiewną jak pajęcza nić suknię, błyszczącą diamentami porannej rosy. 
Świat oszalał, zabiegając o jej względy, a ona dawkowała łaskawość, pojawiając się w słonecznej odsłonie, i znikając za ciężką kotarą chmur, przynoszących chłód, deszcz lub wiosenną burzę. 
Maj znał każdy kaprys Wiosny i doskonale rozpoznawał jej humory. Umiał sobie z nimi radzić, przeczekując napady burzowych złości poza zasięgiem jej rozzłoszczonego wzroku; ale po każdej wściekłej nawałnicy dotykał z czułością nadłamanych gałęzi, rozczesywał potarganą wiatrem trawę i uśmiechał się do słońca, aby osuszyło mokre kałuże. 

Piękny Park w Koźminie Wielkopolskim

Pomimo chłodu, którym często zasłaniała się Wiosna, Maj dotykał ciepłem ludzkich serc i budził je z uśpienia po długiej zimie. Sprawiał, że wiosną ludzie kochali się bardziej i mieli wobec siebie więcej życzliwości. Częściej przy sobie przystawali i poświęcali sobie dłuższą chwilę rozmowy. I uśmiechali się do siebie, czasami bez powodu, ot tak, mijając się na drodze. W takich chwilach Maj jaśniał razem z nimi, a iskrzące jak odłamki brylantów światło odbijało się od ludzkich oczu i rozpraszało dookoła powodując, że świat wokół również się uśmiechał. 
Maj był także tym miesiącem, który przystawał przy przydrożnych kapliczkach i wraz ze spragnionymi miłości ludźmi, przytulał się do Najlepszej Matki, która nigdy nie odtrąciła. Z wdzięczności rozkładał pod Jej stopami wielobarwne dywany, a wokół kapliczek urządzał ptasie koncerty, którym z radością przewodniczył jak utalentowany dyrygent. Wybudzanym sercom pokazywał jak polne łąki i miejskie parki, strumyki i rzeki, lasy i ogrody chwalą pięknem Królową Świata, która jak Najczulsza Matka pochyla się nad każdym, nawet nad tymi, którzy Jej pomocy nie wzywają i w swoim życiu Jej nie dostrzegają... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Maj to czarodziej. W ciągu jednej nocy potrafi obsypać trawniki mnóstwem żółtych mleczy, które otwierają się na światło słońca, i kulą od chłodu, zwijając swoje promykowe płatki i chroniąc je przed zimnem. Tak samo zachowuje się człowiek wyciągający swe ramiona ku ciepłu czyjegoś serca, i kulący się przed oziębłym spojrzeniem, w którym nie ma nic oprócz obojętności. 
Czarodziej Maj maluje sentymentalne pejzaże, z bocianami szeroko rozpościerającymi mocne czarno-białe skrzydła, i ożywionymi pszczołami, które rozpoczęły już swoje pracowite dni. 
Czarodziejską różdżką przywołuje delikatne motyle, które z gracją przysiadają na rozłożonych i pachnących płatkach wiosennych kwiatów, nie zdając sobie sprawy z piękna, które dopełniają. Majowe sady kwitną subtelnością owocowych drzew, a pola ścielą się rzepakiem, od koloru którego aż wiruje w głowie. Bez zachwyca delikatnością kwiatowych koszyczków, a stokrotki mrugają wesoło, prosząc zapędzony świat o chwilę uwagi.
Maj uśmiecha się do tych wszystkich cudów natury, zatrzymując pod powiekami  obraz raju, który człowiek ma na wyciągnięcie ręki, a którego tak bardzo nie docenia...
Monika A. Oleksa 

Majowy uśmiech - dla Ciebie:-) 

czwartek, 14 maja 2015

Czwartkowe obiady, odc.32

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Dochodziła 9.08 i wszystkie trzy zaczęły się już porządnie niepokoić. Pociąg odjeżdżał za sześć minut, a Jadzi jeszcze nie było. Jej telefon nie odpowiadał, a przyjaciółki rozpisywały już w myślach czarne scenariusze, od zaspania po morderstwo na tle rabunkowym. Eulalia brała również pod uwagę porwanie przez któregoś z odrzuconych adoratorów, których w ciągu ubiegłego roku kilku się przy Jadzi kręciło.
- A mówiłam, że razem z Heniem ją zabierzemy - to nie! Uparła się, że ona sama i już! - Helena wychylona przez okno, wypatrywała nerwowo znajomej postaci przyjaciółki. 
- Telefon nie odpowiada. - Eulalia rozłożyła bezradnie ręce, chowając komórkę do torebki. 
- Może się rozmyśliła? - Bogusi, jako jedynej, nie udzieliła się nerwowość koleżanek. Siedziała spokojnie na swoim miejscu przy oknie, oglądając swoje pomalowane na liliowo paznokcie i zastanawiając się, czy wzięła wszystkie potrzebne rzeczy. 
- Lala, kim był ten przystojny młody człowiek, który razem z Martą przywiózł cię na dworzec i tachał twoją walizkę, nie powiem, dość słusznych rozmiarów?
- Młody człowiek czy walizka? - dopytała Eulalia, chcąc sprecyzować wypowiedź Bogusi. 
- Nie rozumiem. - Bogusia zamrugała oczami, patrząc na Eulalię z lekkim zamętem w głowie. 
- No, tych słusznych rozmiarów to walizka czy młody człowiek? 
- No przecież walizka! Młody człowiek mało się pod nią nie załamał wrzucając na półkę. Ty mnie nie bierz pod włos, tylko powiedz, kto to, bo na Bartka mi nie wyglądał. 
- To Alek, kolega Bartka i Martusi. Bartek pojechał do rodziców do Biłgoraja, a Alek był tak miły, że zgodził się mnie podwieźć. 
- Wiesz, że patrzył na Martę z czułością w oczach? Zupełnie nie jak kolega. - Bogusia zauważyła uśmiech Eulalii, który nieśmiało pojawił się na jej twarzy. 
- Wiem. Też to zauważyłam - odpowiedziała, odwracając twarz w stronę okna. - Powiem ci więcej, moja intuicja babki podpowiada mi, że ten Bartek to nie jest dobry wybór. Ale temat tej relacji jest bardzo drażliwy, a ja nie chcę wtrącać się w życie Marty i nie chcę stracić jej zaufania. Wierzę w mądrość tej dziewczyny i w to, że sama dostrzeże to, co dla mnie jest oczywiste, a dla niej jeszcze niezrozumiałe. 
- Jest Jadzia! - Eulalia i Bogusia aż podskoczyły na dźwięk okrzyku Heleny, która już biegła do drzwi, aby pomóc Jadzi z pakunkami i zasypać ją tysiącem pytań. 
Obie przyjaciółki rzuciły się do okna, skąd dokładnie dojrzały rumieniec na twarzy biegnącej truchcikiem Jadzi i zadowolony wyraz twarzy Franciszka Skalskiego, który jak na dżentelmena przystało, wniósł walizkę Jadzi po stopniach pociągu, ale niestety nie zdążył jej już donieść do przedziału, bo Jadzia, usłyszawszy konduktorski gwizdek, rozpaczliwie zamachała rękami i, pozwalając złożyć na jednej z nich pocałunek, błagalnie poprosiła, aby pan Franciszek już wysiadł, bo pociąg rusza. Franciszek Skalski zdążył wysiąść, a Helena najpierw wyściskała Jadzię, zrzucając z serca ogromny ciężar niepokoju, a potem pociągnęła Jadziną walizkę na kółeczkach, zostawiając Jadwigę na pastwę przyjaciółek. 
- Ja nie będę pytała, co wyście rano robili - powiedziała Bogusia, ściszając wymownie głos - ale na przyszłość umawiajcie się wcześniej, bo Helena o mało co zawału nie dostała. Teraz już rozumiem dlaczego telefon nie odpowiadał - chrząknęła i schyliła się, aby pomóc Helenie wrzucić bagaż Jadzi na górną półkę w przedziale. 
- Przepraszam, co ty mi imputujesz? - zarumieniona Jadzia próbowała ochłonąć, ale słowa Bogusi jeszcze bardziej wytrąciły ją z równowagi. 
- Ależ nic, zupełnie nic, oprócz tego, że pociąg odjechałby bez ciebie!
- Nie krzycz na mnie - obruszyła się Jadwiga. - Jestem dorosła i nie będę się tłumaczyć, a pociąg jak widzisz, jedzie razem ze mną. 
- Całe szczęście, bo chciałam ci przypomnieć, że to ty znasz wszystkie szczegóły tego wyjazdu i jako jedyna wiesz, dokąd jedziemy. 
- No, tak do końca to nie wiem - uśmiechnęła się Jadzia, patrząc na utkwione w nią, zamarłe spojrzenia trzech przyjaciółek. - Ale Anielskie Siedlisko brzmi tak ładnie, prawda? A do tego właścicielka zapewniła mnie, że nie ma tam żadnego spa i nikt nie zamknie mnie w kapsule borowinowej. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Na katowickim dworcu rojno było od spieszących w różne strony podróżnych i osób im towarzyszących, a peron na którym wysiadły cztery eleganckie damy, przywitał je przeciągiem i chłodem, pomimo maja w kalendarzu. 
- No i co teraz? - Eulalia rozglądała się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto się nimi zajmie albo udzieli im jakichś wskazówek. - Jak mamy dotrzeć do tych Ławek? 
- Mamy wypatrywać dużego pana Bogdana, który nas stąd odbierze i dowiezie do Anielskiego Siedliska. 
- A jak duży jest ten pan Bogdan? - spytała ciekawie Helena, przeszukując wzrokiem obecny na peronie tłum. 
- A tego to nie wiem, ale nas raczej trudno nie zauważyć, więc będziemy czekać cierpliwie, aż ktoś się po nas zgłosi - odpowiedziała Jadzia, przysiadając na ławeczce. 
- A dlaczego właściwie przyjechałyśmy odpoczywać właśnie na Śląsk? Wszyscy normalni ludzie wyjeżdżają nad morze albo w góry, a my do Mysłowic? - Bogusia pokręciła głową, zastanawiając się dlaczego wcześniej pomysł tego wyjazdu wydał jej się atrakcyjny. 
- Bo tam są lasy, wyjątkowi ludzie i anioły - odpowiedziała Jadzia bez zastanowienia. 
- Co ty tak z tymi aniołami? - Bogusia spojrzała na Jadwigę pytająco. 
- Prowadzą mnie przez życie, odkąd Władka zabrakło. Często z nimi rozmawiam. 
Bogusia wzruszyła ramionami, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo Jadzia nagle rozświetliła się w uśmiechu, wstała z ławki i ruszyła w kierunku mężczyzny, na tle którego zupełnie zginęła. 
- Pan Bogdan, prawda? 
- Zgadza się. - Mężczyzna skinął głową i spojrzał na Jadzię z wysokości swojego słusznego wzrostu. - A pani to Jadwiga?
- Dokładnie tak, a to moje przyjaciółki, które obiecałam przywieźć - wskazała na stojące grzecznie kobiety, uśmiechające się niepewnie do nieznajomego mężczyzny.
- Pomogę paniom - zaoferował pan Bogdan, patrząc na bagaże przyjezdnych letniczek i zastanawiając się w duchu, czy wszystkie zmieszczą się do jego pięcioosobowego samochodu. 
- Jakby był pan tak uprzejmy wziąć tę - Bogusia wskazała na walizkę Eulalii. - Jest tak ciężka, że nasza filigranowa koleżanka załamie się pod nią. 
Pan Bogdan posłusznie zajął się bagażem Eulalii, chwytając  jeszcze w drugą rękę walizkę Jadzi. 
Cztery pary kobiecych oczu patrzyło na niego z nieukrywanym podziwem. 
Upchnięte w samochodzie wraz z bagażami cztery przyjaciółki zmierzały do Anielskiego Siedliska, gdzie zamierzały odpocząć, zregenerować osłabłe po zimie zdrowie i docenić smak przyjaźni, która cementowana latami życiowej pogody i niepogody, trwała, rozpraszając samotność, umacniając nadzieję oraz dając poczucie bliskości i świadomość niezawodności, bo taka właśnie jet przyjaźń. Czasem i uszczypliwa, ale wyrozumiała, potrafiąca czytać pomiędzy słowami i we wspólnym milczeniu odnajdująca niewypowiedziane zdania. To był ich czas, nad którym miały czuwać ławeckie anioły... cdn. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
    

wtorek, 12 maja 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: Charles Martin "Kiedy płaczą świerszcze"

Fot. Michał Oleksa 
"Świerszcze ucichły, przestawiając się na niski, prawie niesłyszalny ton, jakby wsłuchane lub wpatrzone w coś, o czym ja nie miałem pojęcia. Było to jak piosenka, którą można usłyszeć tylko wtedy, gdy jej nie słuchasz, lub jak odległa gwiazda, którą można zobaczyć tylko pod warunkiem, że nie będziesz się na niej koncentrował. Nasłuchiwałem. 
- Co one robią? - zapytałem.
- One... płaczą. 
Szepnęła mi do ucha. 
- Tylko wtedy, gdy przysłuchasz się bliżej i gdy tego chcesz, możesz usłyszeć, kiedy płaczą świerszcze. Nie usłyszysz ich uszami. Słyszy się je sercem.
- Dlaczego one płaczą? 
- One wiedzą, że oddają za mnie swoje życie."   

Fot. Michał Oleksa 
Dawno już żadna książka nie poruszyła mnie tak bardzo, jak "Kiedy płaczą świerszcze" Charles'a Martina. Ten autor to moje ostatnie odkrycie, choć książka czekała cierpliwie w mojej biblioteczce od dobrych kilku lat. Jestem uzależniona od książek, kupuję je nieustannie i odkładam na "odpowiedni czas", czyli swoją emeryturę:) Po niektóre, na szczęście, sięgam wcześniej, a nagrodą dla mnie jest wówczas taka niespodzianka, jak Charles Martin. 
Reese jest młodym, trzydziestokilkuletnim mężczyzną, który żyje z ogromną traumą po śmierci swojej żony. W dniu kiedy odeszła jego życie zmieniło się zupełnie, a obwiniający się o jej śmierć Reese, otoczył się szczelnie pancerzem niedostępnym dla zewnętrznego świata i ludzi. Jedyną osobą, którą do siebie dopuszcza jest Charlie, jego niewidomy sąsiad i szwagier, dzięki któremu Reese zachował w sobie resztki człowieczeństwa. Celem życia głównego bohatera jest przetrwać każdy kolejny dzień bez Emmy bez bólu istnienia, który odczuwa niemal nieustannie. Taki jest Reese, gdy go poznajemy. Ukrywający się przed ludzkim wzrokiem pod czapką z daszkiem i kombinezonem mechanika, trzymający się na uboczu i szukający spokoju w swoim domu nad rzeką Tallulah. 
Zaintrygował mnie od pierwszej strony i wciągnął w swoją historię, którą opowiadał fragmentami, do samego końca trzymając mnie w niepewności i wzbudzając emocje, jakich już dawno nie czułam przy żadnej czytanej przez ostatnie lata książce. 
Szczelny pancerz Reese'a pęka nieznacznie, gdy na drodze jego wiodącej donikąd codzienności, staje siedmioletnia dziewczynka z chorym serduszkiem, które jest jednak tak wielkie, że przytula  do siebie każdego, kto choć na chwilę zatrzyma się przy niej na krótką rozmowę. Jedyną nadzieją na uratowanie Annie jest przeszczep serca, na który dziewczynka, wraz z wychowującą ją samotnie ciotką, zbiera pieniądze sprzedając lemoniadę. 

"I przypomniałem sobie, że kiedyś byłem w czymś dobry i że poznałem kiedyś miłość." 

Jedno przypadkowe spotkanie, jedno zdarzenie i trzepocząca na wietrze żółta sukienka wbiegającej na ulicę, wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu, Annie, powoduje, że dla Reese'a nic już nie będzie takie, jak dawniej. Ratując ją nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że właśnie rozpoczyna wyścig z czasem o życie dziewczynki, o której istnieniu jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. Ta walka stanie się dla Reese'a tym bardziej trudniejsza, że już raz uczestniczył w takim wyścigu. Z Emmą. 

Fot. Michał Oleksa 
"Kiedy płaczą świerszcze" to przepiękna, niemal poetycka opowieść o zachwycie życiem, o miłości opisanej niebanalnie i bez ckliwości, o ogromnej odwadze małej dziewczynki i wierze, która naprawdę przenosi góry. To również pewnego rodzaju przesłanie, jak łatwo wypuścić z rąk nadzieję i zmarnować szanse, kiedy oglądamy się wstecz, nie potrafiąc odciąć się od przeszłości. 
Charles Martin snuje, jak pajęczą nić, misternie utkaną historię, która porusza serce i skłania do zatrzymania w biegu i zamyślenia nad swoim życiem, oraz wskazuje, jak wielkim cudem istnienia jest człowiek i jak wielkim darem życie. 

"O brzasku cienie padają przed nami, wyciągając się, aby dosięgnąć nadchodzącego dnia. W południe stajemy na naszych cieniach, pochwyceni gdzieś pomiędzy tym, co było, i tym, co będzie. O zmierzchu cienie padają za nami i zakrywają nasze ślady." 

Książka "Kiedy płaczą świerszcze" jest pochwałą istnienia i uwielbieniem Boga w słabości człowieka i jego determinacji w walce o tych, których z jakichś powodów Pan Bóg stawia na naszej drodze. Jej poetycki język i częste nawiązywanie do klasyków, takich jak Szekspir czy Helen Keller, dodają niepowtarzalnemu stylowi Martina dodatkowe, literackie znaczenie i sprawiają, że książkę można porównać do na pozór zwyczajnego domowego ciasta, którego każdy kęs jednak zadziwia, rozpieszcza podniebienie i zaskakuje smakiem, o jaki wcześniej się go nie podejrzewało. 

"Żaden człowiek nie jest wyspą samą dla siebie."   

Proste, ale jakże bliskie prawdy życia wplecione są między linijki i dialogi sprawiając, że każda strona tej powieści to odrębna perełka, po której nie można się jedynie prześliznąć wzrokiem śledząc akcję książki, ale która zatrzymuje, porusza i ożywia uśpione serce. 

"Tego co najlepsze i najpiękniejsze na świecie, nie można zobaczyć, a nawet dotknąć; trzeba to poczuć sercem." 

Reese poczuł wezwanie Emmy i zrozumiał, że jej śmierć nie przekreśla życia, za które wziął odpowiedzialność. Przechodząc ciężką drogę i zmagając się z własnymi demonami, dojrzewa do tego, aby wybaczyć samemu sobie i otworzyć się na życie i to wszystko, co przynosi. Miał również czas, aby odkryć siłę męskiej przyjaźni, która być może jest mniej emocjonalna niż ta między kobietami, ale scementowana szczerością, potrafi przetrwać lata i dać siłę, której Reese potrzebował. Przede wszystkim jednak bohater uświadamia sobie, że wszystkie dary jakie otrzymał człowiek zostały podarowane mu po to, aby nimi służyć i nieść nadzieję tam, gdzie inni jej już dostrzec nie potrafią.

"Nadzieja to kwiat, który zakwita i rośnie, gdy inni go podlewają."

"Kiedy płaczą świerszcze" to książka, obok której nie można przejść obojętnie, skłaniająca do refleksji, zatrzymania w pędzie codzienności i zadania sobie wielu pytań, których w zgiełku toczącego się dnia nie słyszymy. To książka, która uczy zaakceptowania samego siebie i wiary, że nawet z największym bólem nigdy nie zostajemy sami. Polecam. Ja przy niej przepadłam i nabrałam ogromnego apetytu na pozostałe pozycje Charles'a Martina, po które sięgnę z przekonaniem, że żadna z jego książek mnie nie rozczaruje.
Monika A. Oleksa  

"Zycie nic nie znaczy, jeśli ie jest wielką przygodą" 


Fot. Michał Oleksa 
Serdecznie zapraszam na moje spotkania autorskie w Wielkopolsce. Szczegółowy program w zakładce Kalendarz Spotkań.        

niedziela, 10 maja 2015

Codzienna Poetka

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Codzienna poetka
w mych progach gościła
i światło swej duszy 
u mnie zostawiła
promyki radości po kątach rozsnuła
słowa uchwyciła, poezją wykuła.

Gabriela, to imię przecież od Anioła
troską zapisane we frasunku czoła,
z którą to pochyla się nad każdym lękiem
rozpraszając ciemności, i robiąc to z wdziękiem.

Kto ją na swej drodze napotka przez chwilę
wokół siebie czuje radość jak motyle
kolorową, bujająca ponad obłokami
śmiejącą się do nas marzeń przygodami,
które skrzydła dają, gdy im pozwolimy
i naprawdę w proste szczęście uwierzymy.

Gabrysia to szczęście słowami uchwyca
pogodą zaraża, życiem się zachwyca,
nie pamięta złego, serce dzieli czule
rozdając je ludziom
jak ciepłą koszulę.
Po świecie z tomikiem odważnie wędruje
wierszami - jak różdżką
subtelnie czaruje.    
Monika A. Oleksa 

Codzienna Poetka - Gabrysia Kotas
Kazimierz pokazał się Gabrysi w pełni słońca, wiedząc jak zauroczyć:)
Artystyczne dusze w artystycznym miasteczku:) 
Kazimierz czarował... 
... a w głowie Gabrysi układały się wersy... 
Tort bezowy w Herbaciarni u Dziwisza rozpieścił podniebienie
Czytelnicy na Wschodzie docenili poezję Gabrysi.. 
... a Gabrysia pięknie im za to podziękowała w dedykacjach
Wyjechała, zostawiając po sobie światełko poukrywane w moim domu...