środa, 28 września 2016

Deadline

Cudowne chwile, dzięki którym wciąż mam jeszcze energię

Słowo deadline u każdego artysty powoduje gęsią skórkę i nieprzyjemny dreszcz. Kojarzy się z krótką smyczą, korporacją, i koniecznością, która zawsze, w pewnym sensie, jest ograniczeniem wolności, a tą, szczególnie zawodową, artyści cenią ponad wszystko. 
Deadline wypełnił ostatnio moje życie, dlatego Magia Liter zamilkła na chwilę, a ja rozwijam się zawodowo pracując nad projektem, w którym mam ogromną przyjemność uczestniczyć - Broadway in Lublin - KLIK, ogromne wydarzenie w moim mieście, które odbędzie się 8 października, i które objęłam opieką językową jako tłumacz, współpracując z niesamowitą Ewą Tutką (road manager zespołu BAJM i Beaty Kozidrak). 
Wrażeniami podzielę się po wydarzeniu, w którym będę miała zaszczyt uczestniczyć, a dziś - choć to nie wtorek z kulturalnymi spotkaniami, ale równie kulturalna środa :), zapraszam do refleksji nad muzyką ciszy, ostatnio najchętniej słuchaną w naszym domu. Nie opisałabym tego lepiej niż Michał, dla którego ogromny szacun! Naprawdę jestem dumna z takiego syna :D -  KLIK
A jak już tempo mojego życia zaczyna przyspieszać, to zazwyczaj jest tak, że dużo się dzieje w tym samym czasie. 30 września rozpoczynam nowy sezon spotkań autorsko-literackich. Wszystkich moich cudownych Czytelników z Lublina i okolic zapraszam w najbliższy piątek, 30 września, o godz. 17.00 do Fili nr 21 MBP na Starym Mieście, ul. Rynek 11, na refleksyjne, jesienne zatrzymanie ze mną i moją twórczością. Będzie pięknie i nastrojowo, kasztanowo i złociście, bo taka jest moja jesień. 
Do zobaczenia wkrótce :)
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

wtorek, 20 września 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Cecelia Ahern "Zakochać się"

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

„Odważny jest nie ten, kto nie czuje strachu, lecz ten, kto go pokonuje.” Cecelia Ahern

Ile warte jest życie? Jaka jest cena, którą gotowi bylibyśmy zapłacić za życie drugiego człowieka? Gdyby to był ktoś bliski, na pewno nie wahalibyśmy się oddać mu nerkę, szpik, a nawet własne serce. A gdyby pomocy potrzebował ktoś zupełnie obcy? I to ktoś, kto o tę pomoc wcale by nie prosił? Ile z siebie bylibyśmy w stanie dać, aby przekonać go, że naprawdę warto żyć? 
Christine Rose, bohaterka książki „Zakochać się” Cecelii Ahern, pewnej mroźnej grudniowej nocy znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. A może była to najwłaściwsza pora i jedyne miejsce, w którym miała się znaleźć, aby poznać Adama, młodego mężczyznę, który doszedł do życiowej ściany i nie potrafił dostrzec, że życie nigdy nie zostawia człowieka w sytuacji bez wyjścia, bo jeśli nawet jedna droga zbłądzi, a druga zarośnie chwastami, zawsze znajdzie się ta trzecia, która wyprowadzi na właściwy tor i pomoże zrozumieć dużo więcej, niż nam się do tej pory wydawało. 
Po traumatycznym przeżyciu bycia świadkiem samobójstwa zupełnie obcego człowieka, którego w żaden sposób nie udało się Christine powstrzymać przed pociągnięciem za spust, młoda kobieta za wszelką cenę próbuje zapobiec podobnemu zdarzeniu, nie pozwalając Adamowi Basilowi na samobójczy skok z dublińskiego mostu. W zamian obiecuje, że pomoże mu zapragnąć żyć, i dostrzec to wszystko, czym to wzgardzone przez mężczyznę życie chce go obdarować. Stojąc po obu stronach barierki na moście Ha’penny nad rzeką Liffey, kobieta i mężczyzna zawierają układ. On uszanuje swoje życie i nie spróbuje ponownie go przerwać, jeśli Christine do czasu jego urodzin wskaże mu wyjście z sytuacji, która Adama przerosła. Dziewczyna dostaje na to dwa tygodnie. Czternaście dni, aby przywrócić radość życia człowiekowi, dla którego świat stracił wszelkie kolory, i którego opuścili wszyscy, którym zaufał. 
Christine nie jest psychologiem, na rozmowę z którym Adam nie chce wyrazić zgody. Jest wrażliwą młodą kobietą, która intuicyjnie próbuje przekazać mężczyźnie najbardziej oczywistą prawdę, utrwaloną przez Helen Keller: „Najlepszych i najpiękniejszych rzeczy na świecie nie można ani zobaczyć, ani dotknąć. Trzeba je poczuć sercem.”.  Christine prowadzi więc Adama jak życiowego ślepca, za rękę, pomagając mu doświadczać najprostszej radości życia i angażuje się całą sobą w opiekę nad nim, nie uświadamiając sobie, że tak naprawdę w ten sposób ucieka przed samą sobą i problemami, których nie ma odwagi poukładać. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Cecelia Ahern serwuje czytelnikowi dość specyficzną ucztę, w której nie ma miejsca na lukier, choć jest wiele słodyczy. W ciekawy sposób ukazuje proste prawdy i afirmuje życie, odrzucając słabość i bezsilność, i udowadniając, że wrażliwość nie jest wadą, tylko czymś, co pozwala poznać prawdziwy smak życia i docenić jego złożoność i niepowtarzalność. I tak jak Christine uczy Adama, że żaden z dni się nie powtórzy, i że nie da się cofnąć czasu, ale da się poukładać to, co się  porozsypywało; tak Cecelia Ahern poprzez kartki swojej powieści daje nadzieję, że z każdej sytuacji jest wyjście, i że nie można się poddawać, nawet jeśli wydaje się nam, że już nic więcej zrobić się nie da. Autorka stara się poprzez losy swoich bohaterów pokazać, że czasami to, co mamy na wyciągnięcie ręki i czego z przeciętności nie doceniamy, może się okazać właśnie tym skarbem, który nie błyszczy jak złoto, ale jest od niego dużo cenniejszy. 
Polecam powieść „Zakochać się” Cecelii Ahern nie tylko jako przyjemną książkę na leniwe jesienne popołudnie, ale przede wszystkim jako lekturę, która może pomóc odpowiedzieć na pytania: Dokąd prowadzi moje życie? I czy nie przykładam za dużo uwagi do rzeczy zupełnie nieistotnych, gubiąc te, które są prawdziwie cenne, i które podkreślają wartość życia, które jest darem. A daru nie można tak po prostu odrzucić. 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Za przeczytanie książki "Zakochać się" dziękuję Księgarni BookMaster.com.pl!  


sobota, 17 września 2016

Sobotnie zapiski licealistki

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

- Weronika, a ty dokąd?
No tak, zaczęło się! Stanęłam prawie na baczność tuż przed drzwiami wejściowymi i przewróciłam oczami myśląc sobie, że dorośli mają bardzo krótką, a do tego wybiórczą pamięć. No bo z jednej strony wiecznie formułują zdania zaczynające się od: "Ja w twoim wieku...", a z drugiej zupełnie nie pamiętają, że młodość ma swoje prawa, i że nie można jedynie siedzieć nad książkami i uczyć się, bo życie jest po prostu na to za krótkie. 
- Mamo, jest sobota - jęknęłam. - Umówiłam się z Tosią na Starym Mieście. Sama powiedziałaś, że powinnam spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu, a nie wiecznie siedzieć przed komputerem albo z nosem w telefonie, więc widzisz, że biorę sobie do serca twoje wskazówki i wychodzę. 
- Mówiąc o świeżym powietrzu miałam raczej na myśli dłuższe spacery z psem - mruknęła mama, ale wiedziałam, że sprytnie wytrąciłam jej z garści jeden z argumentów. 
- Przecież wychodzę z Ryfką regularnie, ale ona nie lubi ze mną długo spacerować. Woli ciebie. - Powiedziałam to, wiążąc buty, a wychodząc, krzyknęłam jeszcze za siebie: 
- Będę około dziewiątej!
- Wykluczone! - dobiegł mnie głos mamy, ale udałam, że go nie słyszę i zamknęłam za sobą drzwi, na wszelki wypadek szybko zbiegając po schodach. 
Wrześniowa sobota miała w sobie jeszcze smak wakacyjnej wolności. Była jak pocztówka lata, które wciąż żyło we wspomnieniach. Dwa tygodnie szkoły nie zdążyły tego zaburzyć, choć nauczyciele wyraźnie dawali nam do zrozumienia, że wrzesień już należy do nich, a matura, pomimo tego, że dopiero za dwa lata, nadejdzie szybciej niż się spodziewamy. Tą maturą straszyli od pierwszej klasy, jakby to była jakaś zła wiedźma, niemalże Baba Jaga, która chciała wsadzić do pieca Jasia i Małgosię. Póki co, dzieliły mnie jeszcze od niej dwa lata szkolne i w tej chwili nie zamierzałam się nią martwić. Zamierzałam za to wysłuchać relacji Tośki, która wczoraj była w kinie z Karolem z IIIa. Przez całą pierwszą klasę Tośka wpatrywała się w niego jak w obrazek i wzdychała za nim jak Julia z tęsknoty za Romeo, i najwidoczniej robiła to tak głośno, że Karol zwrócił na nią uwagę już na samym początku roku szkolnego. Fakt, że Tosia po wakacjach wyglądała naprawdę wystrzałowo. Grecka opalenizna pięknie komponowała się z rozjaśnionymi słońcem blond włosami, podkręconymi na końcach. W białych rurkach wyglądała tak zabójczo, iż nic dziwnego, że Karol w końcu ją dostrzegł. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Tosia czekała na mnie pod Bramą Krakowską, w tej chwili chyba najbardziej popularnym miejscem spotkań w Lublinie. Odkąd zamknięto Plac Litewski i tym samym "odebrano" nam historycznego "baobaba", pod którym się umawiano, został nam Mac albo Brama Krakowska, zdecydowanie dużo atrakcyjniejsza niż fastfoodowa sieciówka. Lubiłam naszą lubelską Starówkę z przedwojennym klimatem brukowanych uliczek, starych kamienic, urokliwych kawiarenek i specyficznych sklepików cynamonowych. Przechodząc przez Bramę Krakowską wchodziło się ze współczesnego miasta w inny świat, zwolniony, zatrzymany i nie tak zwariowany jak nasza codzienność. Tutaj czuło się klimat dawnego Lublina i tu biło serce mojego miasta. 
- Werka, nie uwierzysz! - Tosia promieniała. Wiedziałam, że ma mi dużo do opowiedzenia, i że na jednej czekoladzie w "Pożegnaniu z Afryką" się nie skończy. - On jest po prostu fan-tas-tycz-ny! Najpierw poszliśmy do kina, a potem zaprosił mnie na pizzę do Giuseppe, za którą zresztą sam zapłacił. Przegadaliśmy cały wieczór, i kurczę, tematów nam nie brakowało, rozumiesz? Ani razu nie zapadła ta głupia, krępująca cisza, w czasie której nie wiesz jak się zachować i co powiedzieć. Karol opowiadał mi tak fascynujące rzeczy o fizyce i astronomii, że zaczynam mieć wątpliwości, czy wybrałam właściwy profil. 
Popukałam się palcem w czoło, przerywając tym słowotok Tosi. 
- Ty i mat-fiz? Jesteś urodzoną humanistką, podobnie zresztą jak ja, a jeden wykład z fizyki, choćby nie wiem jak interesujący, nie oznacza, że odnalazłabyś się w zawiłościach matematycznych i prawach fizycznych. Sama sobie przypomnij jak się dziwiłaś, dlaczego w czasie jazdy krople deszczu na samochodowej szybie przemieszczają się w górę, zamiast spływać w dół. 
Tośka pojaśniała. 
- A wiesz, spytam go o to jutro. Chłopcy lubią jak docenia się ich mądrość. Coś na ten temat czytałam w babskich czasopismach. 
- Umówiliście się na jutro? - spytałam, zaskoczona taką częstotliwością spotkań w relacji, którą trudno było jeszcze jednoznacznie nazwać. 
- Uhm. - Tosia skinęła z dumą głową. 
- Ale przecież on jest w klasie maturalnej i powinien się uczyć - powiedziałam, zdając sobie sprawę, że nieświadomie powtarzam słowa własnej mamy. 
- Ale przecież on jest bardzo mądry i matura go nie przeraża - odpowiedziała Tosia, niedbale odrzucając na ramiona swoje prześliczne, naturalne blond włosy, których tak bardzo jej zazdrościłam. Zresztą nie tylko włosów jej zazdrościłam. Ona wzdychała do Karola, którego miała na wyciągnięcie ręki i wszystko wyglądało na to, że szykuje się na coś poważniejszego, ja natomiast mogłam jedynie powzdychać do zdjęcia, które stało u mnie na biurku oprawione w srebrną ramkę, a ten, który z tego zdjęcia się do mnie uśmiechał, nawet nie miał pojęcia, że spojrzeniem na niego zaczynam i kończę każdy dzień. Kacper. Student pierwszego roku medycyny. Wakacyjna znajomość, której nie mogłam zapomnieć. I odległość, która nas dzieliła, bo Kacper mieszkał w Świdnicy, a studiować miał we Wrocławiu. Beznadzieja. 
- Werka, ty mnie wcale nie słuchasz! - zirytowany głos Tośki spowodował, że wróciłam do rzeczywistości. 
- A na czym skończyłaś? - spytałam z roztargnieniem. 
- Spytałam, czy idziemy do "Pożegnania z Afryką" czy do "Akwareli"? 
- Zdecydowanie "Pożegnanie" - odpowiedziałam, wzdychając cicho, bo to jedno słowo uruchomiło cała lawinę letnich wspomnień, dzięki którym srebrna ramka ze zdjęciem Kacpra pojawiła się w moim pokoju...   cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

środa, 14 września 2016

Just share it!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Have you ever wondered that any single act we do - no matter good or bad; doesn't remain unnoticeable, but it always comes back? And we never know when and where from it will arrive. 
Some days ago, while walking the dog, I met my neighbour. We exchanged warm greetings and smiles; I stopped for a while and so did she. We talked about life and its more or less important bits. Nice meeting of the people who want to give some warmth to each other. In this short moment, the world smiled at us with its beautiful late summer we experience, and I felt that I must share this warmth and friendliness with others. And everything due to one single smile of my neighbour. 
A Smile, a nice word, friendliness; something which we get disinterestedly from another man - we shouldn't keep it for ourselves, but we ought to give it to others. Just share it!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

I'm a dreamer, I know, but just think how beautiful the world could be if only, during one day, the smile and nice words would go from one man to another; even to a total stranger passed by in the street, met at the shop or the one standing next to you on a bus, train or underground. How difficult it is for us to share something good, but how easily we lose our temper and share evil, violence and aggression. Let's imagine what we do, if our boss or a colleague gets on our nerves? We are furious with them, but we shout at somebody else. Usually at somebody who is weaker than us or someone who is close to us. Because it's easier. I hurt this person and he or she gives it further, and hurts someone else. It's a chain. If there is no-one to relieve anger on, we kick the dog or we are rude to our neighbour. 
We are afraid of the word "good deed", because it's old-fashioned and often mistaken for naivety. And we don't want to be naive, so we just don't do anything, although very often we have possibility to do it. 
I remember two situations, which happened to me a couple of months ago. I was driving to work. The morning was quite cold and at a bus stop in the suburbs there was a woman standing alone. I stopped and offered her a lift. She refused and looked at me suspiciously. Her eyes were as cold as that day as she shook her head and answered: "No, thank you." I understood her, in a way. She didn't trust me and had no idea that I simply wanted to help. And I didn't expect anything for it. Two weeks after that incident I got my chance. The same route, similar busy morning and another middle-aged woman. She was standing in front of a group of people, waiting impatiently for a bus. She looked as if she was in a hurry and she seemed to beg for a miracle. I stopped my car nad suggested giving her a lift. "I can't believe that you stopped!"', she said, looking at me with a bright smile on her face. "I've been waiting for so long and I'm in a hurry." She was heading for Children's Hospice. I don't know why, I didn't ask. I was going in the same direction, so I could just help. And I was glad to do it. When she was getting out of the car, she had tears in her eyes. She looked at me, thanked gratefully and said: "God sent you." Yes, He sent me to show that everyone can be an angel. 
"God bless you.", she whispered and left, waving to me. I smiled and thought that He will bless me. He always does. In another way and in another situation He will send His Angel to help me when I need it.
So, what are you waiting for? Just go and share good things with others!
Monika A. Oleksa  

I'm sharing my smile with you :D 


niedziela, 11 września 2016

Jesienna ramówka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Uśmiechnięty wrzesień, który nadszedł bardzo dyskretnie i w pięknym stylu, na nowo wyznaczył nam ramy i narzucił obowiązki, o których większość z nas na trochę zapomniała w czasie wakacyjnych miesięcy. I chociaż słońcem i prawdziwie lipcowym ciepłem próbuje rekompensować swój powrót, świadomość, że czas beztroski przeminął nie daje nam tak do końca cieszyć się tym, co od września dostajemy. Bo poniedziałki różnią się już od tych sierpniowych, a cały tydzień nabrał tempa i skłania do tego, że częściej zerkamy na zegarek, próbując zmieścić w jednej dobie tak wiele. 
Krzywimy się, marudzimy i wzdychamy za tym, co jeszcze tak niedawno cieszyło, ale tak naprawdę potrzebujemy tych ram, aby docenić niecodzienność i nie zagubić się w chaosie, który zapanowałby bez systematyczności. Jesienią powraca regularność spotkań, pracy i trybu życia, od którego latem nieco odskakujemy. Dopięte ramy w pewien sposób stają się ciężarem, ale jednocześnie dają poczucie bezpieczeństwa poprzez swoją powtarzalność i przewidywalność. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Ramy codzienności nie muszą boleć, jeśli zostawimy w nich miejsce dla samych siebie i nie zniewolimy się jedynie koniecznościami i zobowiązaniami, z których będziemy się rozliczać. Staną się pewnymi wytycznymi, prowadzącymi nas przez każdy kolejny dzień, ale nie będą dusić, jeśli nakreślimy je w taki sposób, aby dać samym sobie prawo do małych przyjemności, dzięki którym poczujemy smak życia nawet pomimo jego monotonii. To drobiazgi w tej codzienności, nawet obramowanej, czynią nasze życie pięknym i niepowtarzalnym. To one dają nam poczucie, że to życie jest rzeczywiście moje, że ja go czuję i doświadczam nie tylko wysiłkiem i trudem, ale radością czerpaną z pojedynczej chwili, którą potrafię sobie podarować. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Smak kawy wypitej nie w biegu, ale w spokojnej chwili, która jest tylko moja. Pół godziny, a czasami nawet dwadzieścia minut, które potrafi odmienić mój dzień, wpuszczając do niego słoneczne promyki życia. Czas tylko mój, kiedy nie skupiam się na tym, co muszę i co jeszcze przede mną, ale koncentruję się na tu i teraz, czerpiąc siłę z tego momentu i wykorzystując ją na resztę dnia. Spacer, nawet taki, gdy wysiądę wcześniej z autobusu czy tramwaju i przejdę do domu piechotą, aby poczuć świat, który jest wokół mnie i nacieszyć się jego pięknem, zanim drzewa stracą wszystkie liście i kolory. Idąc, oczyszczam się ze złych myśli, gubię po drodze wzburzenie i złość na tych, co mocno naruszyli moją cierpliwość i zaleźli za skórę. Dzięki temu nie przynoszę do domu złych emocji, tylko zostawiam je gdzieś po drodze, starając się odzyskać równowagę. 
Spotkanie, rozmowa, lektura książki, choćby kilka stron przed zaśnięciem. Przytulenie dziecka lub zwierzaka. Milczenie z kimś bliskim, które nie jest niezręcznością, a pełnią łączącą bez słów. Sposobów jest wiele, poszukaj tylko tego najwłaściwszego dla ciebie; tego szczegółu, który sprawi ci przyjemność i dzięki któremu twój dzień, pomimo tego, że wciśnięty w ramy, będzie dobry, bo przyniesie ci oprócz obowiązków coś, co cieszy. Pamiętaj, że to właśnie te drobne szczegóły codzienności składają się na życie, a kiedyś, sięgając pamięcią do minionych lat - naszych lub naszych bliskich, zapamiętamy właśnie tę drobną codzienną wyjątkowość, a nie szarpanie się z tym, na co często nie mamy wpływu. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Odwzajemnij uśmiech września i nie spoglądaj na narzucone kolejną jesienią ramy z niechęcią, bo przecież wchodzimy w nie po to, by móc docenić cudowność lata, które nadejdzie według wyznaczonego przez naturę rytmu, i aby właśnie na nich, jak na filarach, oprzeć naszą codzienność, porządkując ją i wartościując według pewnych norm nakreślonych częściowo przez życie, a częściowo przez nas samych. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

A jako że jesienna ramówka kojarzy nam się z "przemeblowaniem" programów telewizyjnych i audycji radiowych, na blogu też powieje świeżością. Będę "odczarowywać" poniedziałki, starając się nakłonić siebie i Ciebie, aby spojrzeć na nie łaskawiej i choć troszeczkę je polubić. Wtorki pozostaną bardzo kulturalne, przybliżając ciekawe książki, spektakle teatralne, koncerty i dobrą muzykę dla koneserów; czwartki zaś, jak dotąd, będą bardzo literackie. Z nowości pojawi się młodzieżowa sobota, a w niej "Sobotnie zapiski licealistki", rozmowy z młodymi ludźmi, opowiadania dla młodzieży i polecana dla nich literatura. A po sobocie wyciszać nas będzie refleksyjna niedziela, czyli charakterystyczne i typowe dla mnie teksty, skłaniające do zamyślenia. Jeden tekst w tygodniu będzie anglojęzyczny, dzięki czemu nie tylko połączę wszystkie swoje pasje w jednym miejscu, ale i dam szansę czytelnikom, dla których polski nie jest językiem łatwym do zrozumienia :). 
Regularnie będą też pojawiać się ciekawe sprawy i ciekawi ludzie, powrócą "Czwartkowe obiady", w planie jest kolejna blogonowela, ale o tym na razie pomilczymy... A co poza tym? Przepisy ze szczyptą miłości, świat widziany oczami mojej suczki Mattie, bajkolandia, trochę o miłości, trochę o przyjaźni, trochę o życiu i jego złożonościach, i jeszcze o tym, co mi w duszy zagra pomiędzy pracą, pisaniem książki i codziennością, w którą wchodzę z nowymi oczekiwaniami i nową energią, którą dzielę się, podobnie jak słowami, razem z Tobą, życząc Ci dobrego i owocnego w drobne przyjemności tygodnia :). 
Monika A. Oleksa 

Moje Dąbki i moje pisanie... przyłapana przez męża :) 
Fot. Monika Anna Oleksa 

wtorek, 6 września 2016

Szept morza

Fot. Monika Anna Oleksa 

Dąbki opustoszały, otulając się ciszą i spokojem nadmorskiej rybackiej wioski. Zmęczone letnim zgiełkiem i hałasem morze odnalazło swój czas, odpoczywając po miesiącach niekontrolowanego rozgardiaszu i wtulając w plażę, która teraz należy już tylko do niego. Wybiegając coraz dalej w stronę brzegu pozgarniało z piasku wszystkie kamyki, chowając je pod morską tonią, gdzie będzie je dopieszczać słonym dotykiem. Przez gwałtowne jesienno-zimowe miesiące, które nadejdą, morze będzie do nich czule szeptać wysłuchane latem historie, a wiosną wyrzuci je na brzeg, aby mogły snuć swoje opowieści nadmorskich kamyków, skłaniając przechodzących obok nich ludzi, by przy nich przystanęli. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Szept morza, nawet jeśli jest wzburzonym krzykiem, zawsze ma do przekazania coś istotnego. Ze swoich głębin wydobywa głębię życia, zwracając uwagę na to, co szczere i prawdziwie cenne. Zbyt wiele poznało ludzkich tragedii, aby skupiać się na tym, co jedynie obciera i w pewien sposób jest niewygodne, bo to zawsze można zmienić. Potrzeba tylko decyzji i działania człowieka. Są jednak takie ludzkie sprawy, i morze doskonale je poznało przez wieki trwania w niezmienności, na które człowiek nie ma wpływu i które w jakiś sposób musi oswoić, przepracować, a niekiedy po prostu zaakceptować, choć wszystko się przeciw temu buntuje. O tym wszystkim wyszeptuje swoim szumem, czasem łagodnym, a niekiedy grzmiącym i gniewnym. 
Czy mogę Cię przez chwilę oderwać od Twojej codzienności, która wraz z wrześniem narzuca większości z nas pewien ustalony rytm? Zamknij oczy i przenieś się na opustoszałą nadmorską plażę. Biały, aksamitny w dotyku piasek, nadal zachował w sobie ciepło lata. Jeszcze nie przesiąkł wilgocią i oddaje to, co dostawał od słońca przez kilka ostatnich miesięcy. Złożony z miliardów maleńkich ziarenek, tworzy jednolitą całość, którą tak często przyjmujemy jako coś tak oczywistego, że nie poświęcamy temu naszej uwagi. A przecież nanoszony wiatrem i dający się rzeźbić dłoniom, jest jednym z najdoskonalszych dzieł sztuki, tak mało docenionym ze względu na swoją kruchość. 

Fot. Monika Anna Oleksa

Czujesz zapach morza? Tak pachnie tylko Bałtyk. Zapach nostalgii zmieszanej z kropelkami słonej wody osiadającymi na skórze, z nutą nieutulonej morskiej tęsknoty, oplatujących się wokół nóg wodorostów, wiecznie zdziwionych ryb i pragnienia, które rodzi się w sercu. Sam na sam z morzem pozwala poczuć to wszystko bardzo wyraźnie. Stojąc naprzeciwko siebie, morze i człowiek, odkrywa się to, co z pozoru poukrywane pod warstwą nieuwagi i przyzwyczajenia. Obecność żywiołu, jego bezmiar, wielkość i piękno utrwalane od lat na zdjęciach i pejzażach, pomaga w dotknięciu najczulszych strun ludzkiej duszy, i na wsłuchanie się w to, co w codzienności zagłuszamy. Morze niczego nie udaje. Nie nakłada masek, aby się przypodobać, i nie jest obojętne ani bierne. Żyje, chroniąc to wszystko, co w nim, faluje, zmienia się w zależności od nastroju. Człowiekowi też nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Wybiega na spotkanie, zaczepia, stroi się w koronkową pianę i wzbudza zachwyt. Zaznacza swoją obecność. I przemawia, niekiedy krzykiem, a innym razem szeptem, aby nie spłoszyć chwili zamyślenia, w której człowiek odnajduje prawdziwego siebie. 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Ponad pofalowaną taflą przeleciała rozkrzyczana mewa. Wiecznie głodna i łapczywie chwytająca każdy upatrzony kąsek. Patrząc na nią i na jej towarzyszki, uczę się chwytania chwili i przeżywania swojego istnienia doceniając każdy wyrwany moment. Smakuję życie, i tak jak mewa degustuje to, co jej podrzucają ludzie, smak ryb stawiając ponad białym pieczywem, tak i ja staram się zanurzyć cała w zdarzeniach, spotkaniach lub po prostu w ciszy, z których mogę czerpać, dojrzewając i wzrastając. Odrzucam zaś to, co miałkie, niskie, niewarte mojej uwagi i poniżające godność człowieka. To, co chce mnie uzależnić i zniewolić, wciągając w pustkę czarnych myśli. 
Szeptu morza uczę się na pamięć. Zapisuję głęboko w sobie lekcje, które od niego dostałam. Wartościuję zdarzenia, nie chcąc stracić smaku życia, którego uczyłam się właśnie tutaj, nad morzem, wsłuchana w szum, w którym zawsze jest coś więcej niż tylko szum i kołysanie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Zostawiam Cię z szeptem morza, które teraz mówi tylko do Ciebie. Zostawiam Cię w tej chwili ciszy, abyś mogła i mógł usłyszeć nie tylko morze, ale to wszystko co gdzieś głęboko nosisz w sobie, nakryte stertą codziennych spraw i zaniedbane, może zapomniane, ale żywe, bo będące pragnieniem, które może pozwolić Ci poczuć prawdziwy smak życia, jeśli tylko zechcesz siebie wysłuchać... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Monika Anna Oleksa 
Fot. Monika Anna Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

czwartek, 1 września 2016

To, co pozostaje...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Polecie zaczęło nieśmiało wysuwać się przed lato. Jeszcze mydli nam oczy ciepłem słonecznych dni, jeszcze czujemy sierpniowe rozleniwienie, ale w powietrzu czuć już przyczajoną jesień, a poranne mgły zwiastują nadejście nieuniknionego chłodu. Lato powoli zabiera swój plecak pełen przygód, i odwracając się jeszcze, odchodzi niechętnie. My równie niechętnie go żegnamy, wykorzystując jeszcze tę końcówkę, która nam została przed startem w jesienną rzeczywistość. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Magazynuję energię, wsłuchując się w opowieść nadmorskiego kamyka w miejscu, które najczulej przytuliło się do mojego serca. Idę śladami wędrującego przede mną lata z nadzieją, że może coś jeszcze wypadnie z jego plecaka. Zbieram w sobie okruchy rozmów i zapamiętuję spotkania z ludźmi, których życie stawia na mojej drodze tutaj, w Dąbkach, i za każdym razem wywożę w sobie takie pokłady dobra, dzięki którym wciąż wierzę w człowieka i w to, że świat nie jest do końca zły. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kroczące tuż za latem polecie wprowadza swoje delikatne zmiany. Balkonowe i tarasowe kwiaty obsuszają się, drzewa zaczynają żółknąć i powoli tracą część listków, poranki i wieczory owiewają chłodem, a dni znacznie się skróciły. Nadbałtyckie plaże pustoszeją i stają się bardziej dzikie, udekorowane powciskanymi w piasek kamieniami, powyrzucanymi przez morze wodorostami i naniesionymi z lasu patykami, a morze przejmuje panowanie nad tym, co od wieków do niego należy. Cichnie gwar i ludzka hałaśliwość, pozostaje to, co najcenniejsze - rozmowa morza z mewami, cisza wypełniona szeptem wiatru i zamyślenie, w którym można odnaleźć siebie. 
Podchodzące do brzegu fale łaszą się jak młode szczeniaki, i zapraszają do chwili zabawy. Wybiegają śmiało do przodu, a potem cofają się, przywołując. Morze zabawnie się marszczy, robiąc miny, a przysiadające na tej pofalowanej powierzchni ptaki kołyszą się niefrasobliwie, pokrzykując i nawołując się nawzajem. W cichym zamyśleniu natura podchodzi do człowieka najbliżej, dopasowuje się do rytmu jego oddechu, otacza swoją opieką i pozwala na bezgłośny zachwyt nad jej pięknem. Trwa i zmienia się wraz z regułami, które wprowadza przygotowujące do dużych zmian polecie. Uświadamia, że wszystko ma swój czas, składający się z początków i końców, spotkań i rozstań. Człowiek nie może tego zmienić, może się jedynie dostosować, godząc z dojrzałością zrozumienia na to, co i tak się dokona bez naszego udziału. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Lato odchodzi i przemija to wszystko, co z latem jest nierozerwalnie związane. To, co pozostaje, to dobre, przesycone zapachami wspomnienia, do których będziemy wracać popijając rozgrzewającą chłód herbatę. To spokój zamknięty w każdej komórce ciała, przywieziony z tych wszystkich miejsc, w których go gromadziliśmy. To dobra energia generowana przez letnie dni, która na długo nam wystarczy, jeśli nauczymy się z niej umiejętnie korzystać, i również nadzieja podszeptująca, że to wszystko powróci, a my - mądrzejsi i dojrzalsi o rok, nie zmarnujemy ani minutki z podarowanego nam letniego czasu i nie wypuścimy z rąk chwil, które chciały się przy nas zatrzymać, a my przeszliśmy obok obojętnie, odwracając głowę w drugą stronę. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Morskie dno, oglądane przez pryzmat wody w kolorze zielonego bursztynu wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Woda trochę zniekształca, trochę dodaje, a trochę też ukrywa. Tak samo jest z letnimi wspomnieniami, które przywozimy wraz z brudnymi ubraniami i pamiątkami. Przefiltrowujemy je i przyglądamy się im jak przez warstwę wody zazdrośnie zasłaniającej to, co pod nią. Wydobywamy te szczegóły, które utkwiły w pamięci najmocniej. Przechowujemy na półkach pamięci jak muszelki czy kamyki. Czerpiemy siły i uśmiechamy się do tych dni, które prowadziły nas słonecznym szlakiem wierząc, że powrócą i przyniosą nowe, inne lub podobne. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa