poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Żądło

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Na świecie jest takie mnóstwo słów, ale żadne nie jest bez znaczenia." 1Kor 14, 10

Słowo wbite jak żądło rani dotkliwiej niż wymierzony cios. Rozlewa się niczym jad po całym organizmie i zatruwa psychikę, nie pozwalając zapomnieć o bólu, który spowodowało. Rzucamy je bezmyślnie nie myśląc o konsekwencjach, jakie za sobą pociągną, albo celowo kierujemy jak broń wysokiego rażenia, z satysfakcją zacierając ręce jak komuś "dokopaliśmy". 
Rany zadane słowem goją się o wiele dłużej i trudniej niż te fizyczne. Ciało przyjmie, zapłacze i wygoi. Pozostanie blizna, ale czas złagodzi pamięć o krzywdzie. Słowo, które ugodzi, pozostaje w świadomości latami. Jest jak złośliwa komórka nowotworowa. Rozrasta się i niszczy człowieka od środka, krusząc poczucie własnej wartości, zatruwając życie i potęgując lęk, który rodzi się wraz ze słownym atakiem. Ostre i krzykliwe, upokarzające, wbite w najsłabszy punkt, piekące i jak jad, powodujące "opuchliznę" całego ciała. I opuchliznę serca. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Słowa mają moc. Potrafią uskrzydlić, wesprzeć, pocieszyć i podnieść po upadku; potrafią dodać sił, przywrócić nadzieję i umocnić, popychając do działania. Ale jest w nich także ta ciemna strona, destrukcyjna, obnażająca człowieka z godności, nie pozostawiająca nawet skrawka wiary we własne możliwości, zrodzona z ludzkiej obłudy i zepsutej natury człowieka dającego sobie prawo do oceniania innych i do zadawania słownych ciosów. 
Żadne słowo nie jest bez znaczenia. Żadne nie znika w niebycie. Zarówno dobre, jak i złe słowa krążą i unoszą się nad nami, i wcześniej czy później wracają, przyklejając się jak brud.  Te złe są niczym tłusta plama, którą trudno wywabić, i po której zawsze zostaje ślad. Te dobre rozjaśniają od środka i przemieniają zarówno tego, do kogo są skierowane, jak i osobę, która je wypowiada ze szczerości serca. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


W naszą ludzką naturę wpisane jest żądło ze skapującym jadem. Lubimy wydawać nieprzemyślane osądy, uważając się za kogoś lepszego od innych. Tak szczerze, ilu z nas w przypływie chwili i zaskoczenia, osądziło Pawła Fajdka za porażkę, czując rozczarowanie brakiem medalu, którego od niego oczekiwano? Ilu siedzących na kanapie wykrzykiwało skierowane do niego słowa oburzenia, bo zawiódł? A ilu z nas miało w sobie tyle zrozumienia, aby w jakiś sposób zakomunikować: "Jestem z Tobą! Ty też masz prawo do porażki, bo tak jak ja, jesteś tylko człowiekiem!". 
Wypisujemy tyle bzdur na portalach społecznościowych i dorzucamy kamień tam, gdzie inni zaczynają kamieniować, a z taką trudnością przychodzi nam wydobyć z siebie bezinteresowną serdeczność i wsparcie. Umiemy świetnie "hejtować" i krytykować, ale szczerze pochwalić już nie potrafimy. Staliśmy się społeczeństwem żądaniowym, wiele oczekując, a tak mało dając od siebie. Wydaje się nam, że mamy monopol na mądrość, i że tylko nasza racja jest tą właściwą. Wytykamy szczegółowo błędy innych, samych siebie uważając za nieskazitelnych. Lubimy pouczać i "nawracać" na dobrą drogę, ale zupełnie nie potrafimy słuchać tak, aby usłyszeć i zrozumieć. Odmienność drugiego człowieka budzi w nas niezrozumienie, zaufanie często mylimy z naiwnością, a lęk przed nowym i nieznanym zazwyczaj wzbudza postawę zamknięcia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wielokrotnie w naszej codzienności wysunięte profilaktycznie żądło trafia w tych, których drogi w jakiś sposób krzyżują się z naszymi. Żądlimy, zanim pomyślimy czy naprawdę powinniśmy. Ranimy, nie myśląc o konsekwencjach, jakie pozostawia po sobie jedno słowo nasączone jadem. 
Pszczoła może użądlić tylko raz, my robimy to nieustannie. Sprawiamy ból bez zastanowienia. Niszczymy, zamiast budować, i pielęgnujemy w sobie zawiść, bo jest wygodniejsza niż współodczuwanie czy poszukiwanie zrozumienia. Dobre słowo kosztuje wysiłek, złe- uwolnione, wypada jakby tylko czekało na okazję. Rani szybko i dotkliwie, a ból zostaje na długo, czasami latami siedzi w człowieku, wracając echem wtedy, gdy zaczyna zapominać. 
Pamiętaj, że żadne słowo nie jest bez znaczenia. Każde ma moc, z którą wcześniej czy później do nas powróci. I to dobre, i to złe. 
"Często jedno dobre słowo, szepnięte komuś we właściwym czasie, potrafi zdziałać cuda" Monika A. Oleksa. 
O tym też pamiętaj. I używaj tych dobrych, budujących słów, słów mostów częściej niż żądła pamiętając, że jad zatruwa od środka przede wszystkim tego, który żądli, i że zawsze zostawia po sobie ślad. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

środa, 17 sierpnia 2016

Pocztówki z podróży

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nasiąkam Tatrami, wchłaniając w siebie ich wyciszenie i majestatyczny spokój, którym emanują. Zapamiętuję każdą przewędrowaną ścieżkę z wypukłością kamieni czy wystających korzeni, o które łatwo się potknąć, nadających jednak górskiemu wędrowaniu niepowtarzalny smak. Zamykam pod powiekami widoki, które będę odtwarzać z pamięci jak film, wracając do nich gdy będę poszukiwać ciszy w rozkrzyczanym świecie, który nie potrafi się zatrzymać. 
Patrząc na piękno otaczające mnie z każdej strony, piszę do Ciebie pocztówkę z Tatr, chcąc przenieść na nią widoki i zapachy, a także całą atmosferę gór z tamtejszym folklorem i smakiem oscypka czy owczego bundza. Zatrzymasz się ze mną przy filiżance kawy, a może herbaty którą wypijemy razem, wsłuchując się w ciszę gór i patrząc na niewzruszony Giewont śpiący snem kamiennego rycerza? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Najbardziej oblegany szczyt w Tatrach :)

Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy w samym Zakopanym. Tu gdzie siedzimy, nigdzie się w tej chwili nie spiesząc, czuć tylko wilgotny zapach gór, które mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy przejść parę metrów, aby wejść na Drogę pod Reglami, skąd w prawo dojdziemy spacerkiem do Doliny Małej Łąki, a w lewo do Doliny Strążyskiej. W miejscu gdzie jesteśmy nie słychać samochodów i nie czuć spalin. W panującą tu ciszę wkomponowuje się szum przepływającego przy domu potoku, oraz odgłosy sielsko-anielskości - poszczekiwanie psów, beczenie owiec, pokrzykiwanie bacy, gulgotanie indyków i gdakanie kur z awanturującym się kogutem na czele. Z lasu nieopodal często dobiega też ryk tamtejszych mieszkańców, a w miesiącach jesiennych zaglądają tu również niedźwiedzie. 
Jesteśmy na Mraźnicy, odizolowanej od zakopiańskiego zgiełku, a jednak położonej tak blisko drogi, że na Krzeptówki mamy stąd zaledwie dziesięć minut marszu. Codziennie mijamy Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, zanosząc Jej z ufnością wszystkie intencje, które tu ze sobą przywieźliśmy. 
Nasi gospodarze, Bożenka i Mariusz Biegańscy, gościnnie przyjmują każdego, kto chciałby w Zakopanym odpocząć. Wracamy do nich kolejny już raz, bo nam tutaj dobrze, i dzielimy się tym miejscem polecając je, bo wiemy, że warto. Przytulnie, czysto, cicho i spokojnie. Idealne warunki do tego, aby zregenerować siły i poczuć Tatry z całą ich magią i intensywnością, doprawione serdecznym uśmiechem gospodarzy i miłą codzienną pogawędką. ZAJRZYJ!


Widok z naszego okna
Zakopane, Mraźnica

Przejdziemy się? Jeśli wybierzemy trasę przez Dolinę Strążyską dojdziemy do Siklawicy. Gdy dzień jest pogodny, w przejrzystych kropelkach wody spadającej kaskadą po skalnej ścianie odbijają się słoneczne promienie, iskrząc niczym źródlane diamenty. Woda jest przeraźliwie zimna, ale krystalicznie czysta, a widok pocztówkowy. 
Odbijając w lewo, ostro wspinającymi się kamiennymi stopniami dojdziemy do Czerwonej Przełęczy, skąd już spokojnym marszem zejdziemy do Doliny Białego lub do Polany Kalatówki. To przyjemna i malownicza trasa, idealna zarówno na rozruch, jeśli chcemy powspinać się wyżej, jak i na spokojny, lekko wyczynowy spacer. 

Siklawica
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Dolina Strążyska

Lubię przyjemny chłód Doliny Strążyskiej z unoszącą się nad nią rankiem skroploną parą. Lubię zapach lasu, oddającego wraz z tą parą swoją woń, przemieszaną z zapachem skał, w których zaklęte są wieki i miliony ludzkich dotyków. Ich obecność wzbudza pokorę wobec potęgi i majestatu górskich masywów, uczy szacunku do przyrody, niezmiennie pięknej, dzikiej i pozwalającej człowiekowi czerpać z niej to, czym obdarowuje. Czujesz jak zaczepiają Cię wychodzące na ścieżkę liście? Ich wilgotny dotyk jest jak pozdrowienie, a kropelka rosy, którą zostawiają na skórze to delikatny przyjacielski pocałunek, dzięki któremu zapamiętasz ten czas i drogę na długo. 

Dolina Strążyska
Raz wszczepiona miłość do gór na zawsze tam zostaje
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Góry uzależniają. Miłość raz zaszczepiona nigdy nie ustaje. Staje się jak powietrze, którego potrzebujemy, aby żyć. Góry przyciągają i nawołują. Kuszą, poruszając we wspomnieniach te struny, które z najgłębszych zakamarków wydobywają chwile szczęścia, jakich doświadcza się na szlaku. Nie da się zagłuszyć tej tęsknoty, która w snach podsuwa obraz gładkich skał i przestrzeni, której nic nie ogranicza. I nie da się zapomnieć ocierającej się o nogi kosodrzewiny, ani spotkania z górskimi kozicami, na których żadne wysokości nie robią wrażenia. Górska cisza uczy wsłuchania się w to, co trudno usłyszeć w codzienności, a szemrzący potok swoim przykładem uświadamia prawdę, że czas, podobnie jak woda, nie stoi w miejscu i że nie zawróci się tego, co przepłynęło i minęło, ale można wykorzystać najpełniej chwilę, która trwa tak, aby nie uronić z niej ani kropelki, i nie zmarnować tego co dostajemy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Piękna Tatr nie oddają żadne zdjęcia...
... tam trzeba po prostu być, aby to poczuć i przywieźć pod powiekami
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zatrzymuję więc ten czas tu i teraz, dla siebie i dla Ciebie. Utrwalam w tej pocztówce po to, abyśmy - Ty i ja, mogli do niej wrócić, gdy rzeczywistość przygnębi, a chaos świata będzie krzyczał, nie dopuszczając nas do słowa i zagłuszając myśli. 
Wysyłam do Ciebie tę wiadomość, przekazując w niej pozdrowienia z Tatr i spokój gór, którym dziś chcę Cię obdarować, dziękując za to, że jesteś! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Zakochani w Tartach... i w sobie :) 

sobota, 13 sierpnia 2016

Drużyna jednej obrączki

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Budzi mnie szum potoku przepływającego pod oknem domu, który gościnnie przygarnął naszą rodzinę na jakiś czas. Otwierając oczy i wsłuchując się w radosny śpiew górskiej wody, wyłapuję jeszcze na wpół sennie inne odgłosy budzącego się za oknem życia. Piękne białe indory gulgocą w stronę drogi, pusząc się niemal jak pawie. Kogut obwieszcza całemu światu, że już najwyższy czas rozpocząć pracowity dzień, a kury przytakują mu wrzaskliwym gdakaniem. Dźwięczne owcze dzwonki pobrzękują głośno, a towarzyszące im pobekiwanie oznajmia, że nowy dzień w Tatrach już się rozpoczął i szkoda marnować czasu na wylegiwanie się w łóżkach. 

Lubię zawierać nowe znajomości :)
Moi tatrzańscy, mali przyjaciele
No, trochę przekupieni... :D 
I bardzo zaciekawieni! 

Stateczne góry witają nas rześkim chłodem o poranku. Słońce jeszcze nie zdążyło rozgrzać nocnego wyziębienia, a para lecąca z ust podczas marszu uświadamia ze smutkiem, że sierpniowi bliżej już do jesieni niż do lata. Taka jest kolej rzeczy, jak w życiu, pory roku mają swój początek i koniec, do którego subtelnie nas przygotowują.  
Wędrując tatrzańskimi ścieżkami w porannej jeszcze ciszy wypełnionej jedynie szumem potoku, trzaskiem gałęzi pod butem czy zaśpiewem ptaka odzywającego się znienacka, chłonę zapach, widok i bliskość tej potęgi, która mnie otacza. Zapach wilgotnych skał i kamieni obrośniętych mchem, przemieszany z leśną wonią żywicy i zroszonych małymi kropelkami liści dodaje energii potrzebnej do przejścia trasy, którą na dziś zamierzyliśmy. Wyruszając od Doliny Kościeliskiej, chcemy dotrzeć na Czerwone Wierchy i spełnić marzenie naszych synów, zdobywając pierwsze w ich życiu dwutysięczniki. Wiemy, że jest to wyzwanie, ale znamy siebie i naszą wytrzymałość i wierzymy, że mu sprostamy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa

Pogoda nam sprzyja, a niemal bezchmurne niebo, pomimo rannego chłodu doliny, zapowiada słoneczny i ciepły dzień. Tabliczka z rozpoczynającym się, czerwonym szlakiem informuje, że przed nami prawie cztery godziny ostrej wspinaczki. Trasa, którą wybraliśmy jest jedną z przyjemniejszych. W dużej części prowadzi przez las, chroniący przed przygrzewającymi coraz śmielej promieniami słonecznymi. Droga wciąż pnie się do góry, prowadząc nas ku Ciemniakowi, którego jeszcze nie widać. Zasłania go góra, przez którą prowadzi nasza trasa. Nie patrzymy na zegarek. Idziemy, prowadzeni szlakiem, zatrzymując się, aby wyrównać oddech, wymienić pozdrowienie z mijanymi po drodze ludźmi i podziwiać widoki, które się pod nami rozpościerają. Wolność. Tego uczucia najpełniej doświadcza się właśnie w górach, kiedy nic poza ograniczeniami własnego ciała nie powstrzymuje człowieka od tego sam na sam z potęgą, jakiej nie można lekceważyć.  

Fot. Marcin Piotr Oleksa
  
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Leśna ścieżka wchodzi między kosodrzewiny, a potem między murawy halne, a my z każdym krokiem pnąc się wyżej, podziwiamy coraz rozleglejsze widoki. Na wielkiej polanie Upłaz, jeszcze w piętrze lasów, robimy pierwszy postój. Jagodzianki i drożdżówki z wiśniami i z kruszonką smakują jak delicja, a zwykła woda nie tylko orzeźwia, ale i dodaje potrzebnych do dalszej drogi sił. Wcięcie Chudej Przełączki za Chudą Turnią to dopiero połowa naszej wędrówki, która zakończyć się ma w Dolinie Małej Łąki, bo przecież nie jest sztuką zdobyć szczyt, ale trzeba jeszcze z niego zejść i zrobić to z klasą. 
Zaczyna brakować sił i coraz trudniej złapać oddech, ale w nagrodę, jakby dla umocnienia w wytrwaniu, dostajemy prezenty - na naszych ramionach przysiadają kolorowe motyle, ze skały tuż przed nami odrywa się czarny orzeł, a potem kołuje nad doliną ponad którą stoimy na skalnej ścieżce przytulonej do zbocza góry. Widoki są imponujące i naprawdę zapierają dech. Patrząc na rozciągające się przede mną piękno w najczystszej postaci uwielbiam Boga bezsłowną modlitwą, wychwalając wszystkie Jego dzieła, które tutaj, w Tatrach, przyjmuję z całą ich doskonałością i potęgą. A kiedy tuż przed naszymi stopami, przecinając ścieżkę po której się wspinamy, przebiega stado górskich kozic, w przeciwieństwie do nas zupełnie nie zaskoczonych obecnością ludzi, wiem już, że przeżywam właśnie jedną z najpiękniejszych przygód swojego życia, wracając do tych samych ścieżek, po których dwadzieścia lat temu wędrowaliśmy z Marcinem jako narzeczeni. Góry zahartowały naszą miłość i umocniły ją. To właśnie w Tatrach, dwadzieścia jeden lat temu zaręczyliśmy się, podejmując wspólną decyzję o dalszej drodze, już we dwoje. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Jeden z "prezentów", jaki dostaliśmy w czasie wędrówki na Czerwone Wierchy 
Dwadzieścia lat temu... 
Z naszym kilkuletnim synkiem Michałkiem :) Tatry... 

Tatry głęboko wpisały się w naszą historię i dawno temu obiecaliśmy sobie, że nie zapomnimy ani tej miłości, która nas połączyła obrączką, ani miłości do gór, którą przekazaliśmy naszym chłopcom.  
Stworzyliśmy drużynę jednej obrączki. Jednej, bo połączyła miłość w jedną rodzinę; pomimo tego, że obrączek jest dwie, stanowią jedno, tak jak my. A to wędrowanie tatrzańskimi szlakami pokazało nam, jak bardzo się nawzajem uzupełniamy, jakim wsparciem dla siebie jesteśmy i jak daleko możemy dojść, kiedy trzymamy się razem. Bo nawet jeśli na naszej drodze pojawią się przeszkody, kiedy skały i korzenie będą podstawiać nam nogi, a jedynym zejściem w dół będzie ryzykowne ześlizgiwanie się po wygładzonej skale na łańcuchach do potężnego Kobylarzowego Żlebu w Dolinie Litworowej, poradzimy sobie kiedy będziemy się wzajemnie asekurowali i umacniali słowem: "Dasz radę! Nie możesz się teraz poddać!". 

Jeden z drużyny obrączki :)
Małe nóżki Miłosza nadawały tempo naszej wędrówce 
Udało nam się wszczepić miłość do Tatr w serca naszych synów

Dwadzieścia lat temu chodziliśmy po górach z większą odwagą, a zejścia nie sprawiały takiego problemu jak teraz. Ale w tamtym czasie byliśmy odpowiedzialni tylko za siebie i nieświadomi, jak to młodość, wielu zagrożeń i niebezpieczeństw. Dziś, dzieląc odpowiedzialność na czworo i zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zdradliwy może być jeden nierozważny krok, uczymy nasze dzieci pokory wobec gór i nieprzeceniania własnych możliwości, a samych siebie zaufania do nich, bo są mądrzy i szybko się uczą. 
To nasze rodzinne przemierzanie tatrzańskich ścieżek pokazało mi, jak fantastycznym młodym człowiekiem jest mój starszy syn, Michał, który w momentach mojej słabości był tuż obok, wyciągniętą ręką, mocnym uściskiem i zagrzewającym słowem pomagając mi uwierzyć, że dojdziemy i wrócimy bezpiecznie tam, gdzie zamierzyliśmy. Podziwiam też małe nóżki Miłosza, za którymi nie mogliśmy nadążyć, takie nadawał tempo naszym wędrówkom. 
Marcin i ja odnaleźliśmy po drodze wszystkie nasze ślady, które zostawiliśmy tu przed laty wraz z marzeniami o tym, jak będzie wyglądało nasze życie razem. Rzeczywistość przerosła marzenia, bo nie baliśmy się  po nie sięgnąć, a jako drużyna jednej obrączki nie zatrzymujemy się wpół drogi, tylko kroczymy dalej, uparcie przed siebie, razem. 
Pozdrawiam najserdeczniej z przepięknych tatrzańskich szlaków :) 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Moja drużyna :) 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

środa, 10 sierpnia 2016

Modlitwa nogami

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Człowiek został stworzony na chwałę Pana i powołany do tego, aby Go uwielbiać. Życie zostało człowiekowi podarowane z miłości, a w miłość tą, bezwarunkową i dla człowieka niepojętą, wpisany został wybór i wolna wola. Bóg stworzył człowieka na swoją chwałę, ale to człowiek dokonuje wyboru czy tego chce, przyjmując świadomie do swojego życia Tego, który go wykupił z mocy Zła i panowania mroku dobrowolnie wybierając śmierć krzyżową; czy też nie chce, zachowując swoje życie dla siebie, i mniej lub bardziej świadomie poddając się Temu, od którego został przed wiekami wykupiony. 
Świadomy akt wolnej woli człowieka jest tym, co determinuje całe jego życie, nakreślając - jak nawigacja, kierunek do którego będzie zmierzał. Od tej woli i od decyzji wyboru człowieka zależy, czy i jak Bóg będzie obecny w jego życiu, i jak będzie tam działał. A działa naprawdę z wielką mocą, jeśli Mu tylko na to pozwolimy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Moje życie jest cudem od samego momentu poczęcia. Cud nie oznacza tego, że było i jest proste. Nigdy nie było, ale nikt nie obiecywał mi, że będzie. Godzę się na to, na co nie mam wpływu, ale walczę, gdy jest choć cień szansy, że się uda. Nie poddaję się, gdy sytuacja, o którą toczę bój z losem zależy ode mnie; przyjmuję natomiast to, co mnie przerasta i co zależne jest od woli kogoś innego. 
Najtrudniejszą walkę człowiek toczy sam z sobą i z własnymi ograniczeniami. Kiedy zaczyna brakować sił na drodze, którą się podjęło, a psychika chowa się w skorupę lęku i niemocy, trzeba determinacji by się nie poddać, zawalczyć i dokończyć to, co rozpoczęliśmy z przekonaniem, że wytrwamy. Trzeba też pokory wobec tego, co musi rozegrać się swoim rytmem, bez niecierpliwego pospieszania czasu i z przyjęciem pewnych warunków, których nie da się zlekceważyć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Pokory wobec życia uczę się w górach. Podejmując wędrówkę szlakami, które stawiają wymagania jestem świadoma tego, że muszę uszanować ich potęgę i dostosować się do tego, co one narzucają. Zmierzając na szczyt, do którego dojście wymaga czasu i wysiłku wiem, że nie mogę wybrać drogi na skróty, ani też nie sprawię, że dotrę do celu dużo szybciej niż początkowo zamierzyłam, bo każdy skrót grozi upadkiem, a siły trzeba rozłożyć równo na całą wędrówkę, a nie jedynie na jej początkowy etap. Każdy wysokogórski szczyt jaki chcę zdobyć, jest jak trudne życiowe zamierzenie czy wyzwanie postawione nieoczekiwanie. Zanim się go podejmie, wymaga przemyśleń i opracowania trasy, bo kiedy już się rozpocznie wędrówkę, nie zawsze da się zawrócić. Aby nie zboczyć z wyznaczonego szlaku, potrzebuję mapy. Dzięki niej wiem, którą drogę wybrać, gdy ta zamierzona okaże się zbyt trudna lub przekraczająca moje możliwości. Mapa wskazuje właściwy kierunek, a znaki, które napotykam na drodze mojej wędrówki upewniają mnie w tym, że idę dobrą ścieżką. 



Moją mapą jest Ten, który mnie umacnia. W Nim mogę wszystko, nawet gdy sama wątpię w swoje możliwości. Jego moc pomaga mi przezwyciężać własne ograniczenia i znaleźć siły wówczas, gdy wydaje mi się, że nie postawię już ani kroku więcej. W takiej wędrówce, podjętej na Jego chwałę, moją modlitwą staje się każdy kolejny krok. Kiedy wszystko we mnie krzyczy: "Nie dam rady! Już dłużej tak nie mogę!", On podtrzymuje mnie przed upadkiem i wbrew wszystkiemu, pomimo braku sił i chęci podjęcia dalszej drogi; pomimo bólu, pęcherzy, obtarć i potwornego zmęczenia, jest ze mną wtedy, gdy ja wątpię i niemożliwe czyni możliwym. A ja "odmawiam" nogami modlitwę dziękczynienia i uwielbienia, bo każdego dnia mojego życia doświadczam Jego łaski i realnej obecności w tych wszystkich sprawach, które z ufnością Mu oddaję. Każdy dzień podejmuję na Jego chwałę, a gdy przychodzą momenty, kiedy usta milczą i trudno zebrać myśli, i gdy brakuje słów, by powiedzieć Mu to wszystko, co nagromadziło się w sercu, wiem, że On, Jezus, mój Pan, przyjmie każdą modlitwę nóg, które przezwyciężając słabość ciała, wędrują dalej, aż do wyznaczonego celu, z Jego błogosławieństwem.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa