wtorek, 1 września 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Złoty sen" Grażyna Jeromin - Gałuszka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Żadne życie nie obywa się bez strat. To, co z tymi stratami zrobimy i czy potrafimy sobie z nimi poradzić, w mniejszym stopniu zależy od warunków zewnętrznych niż od nas samych." 

Nie oceniaj książki po okładce i nie osądzaj czyjegoś życia po pozorach, bo bardzo często to, co z daleka wydaje się złotem, po przyjrzeniu się z bliska jest tylko brzęczącą miedzią i ułudą czegoś, co nazywamy szczęśliwym życiem. 
Takie przesłanie przekazuje nam w swojej najnowszej książce "Złoty sen" Grażyna Jeromin - Gałuszka, kreśląc swoim wyjątkowym, pięknym stylem niezwykłe portrety zwyczajnych kobiet, z których życia po prostu nie chce się wychodzić. 
Lili, Ada i Kalina, trzy kobiety naznaczone życiem tak jak ty czy ja, każda ze swoim bagażem małych-wielkich spraw i tragediami, poprzez które podniosły się silniejsze, uświadamiając sobie, że gorycz, złość, żal i rozpamiętywanie prowadzą donikąd, niszcząc resztki tego, co człowiek próbuje jeszcze w sobie ocalić. 
W pięknej scenerii nałęczowskiego uzdrowiska Madame Lili prowadzi dom, którego pokoje wynajmuje. Co roku wracają do niej te same kobiety, które spędzają w Wililili całe lato - żona partyjnego działacza, Irena, z córką - szarą i nijaką, chorą na serce małą Adą; Laura, która codziennie musi zdawać listowne relacje swojemu chorobliwie zazdrosnemu mężowi; Eliza, obawiająca się własnego cienia i zupełnie nie wierząca w siebie, i Gabi - piękna, atrakcyjna, przemiła i wciąż narażona na plotki małomiasteczkowych gospodyń za swobodny styl bycia i uwielbienie ze strony samego dyrektora sanatorium. Wszystkie cztery wkraczały w życie Lili i jej pomocy domowej, Józefy, wraz z wiosną, wnosząc ze sobą radość, śmiech i beztroskę letnich miesięcy, z których czerpały przez cały kolejny rok. I nagle, jednego lata, wszystko się kończy. Kobiety przestają przyjeżdżać, a dom Lili pustoszeje, zapełniony jedynie sarkaniem i zrzędzeniem dwóch mieszkanek, żyjących już tylko wspomnieniami. 

"Nuda to taka straszna rzecz. Świadomość, że zaczyna się i kończy dzień identycznie jak poprzedni i tak już będzie zawsze, sprawia, że czas przestaje płynąć, tylko ucieka bez sensu. Czas bez zdarzeń jest jak zegar ustawiony w szczerym polu - nie wiadomo komu i po co odmierza kolejną godzinę."

Cały ten senny, powierzchowny świat wywraca do góry mała Ada, która po dwudziestu latach przyjeżdża tu już jako dojrzała kobieta, przywożąc ze sobą tajemnicę, o której zapomina, ciesząc się każdą drobną chwilą dnia przynoszącego nowe wyzwania i dziecięce wspomnienia. 
"Złoty sen" to piękna książka o sile kobiecej przyjaźni, która jest w stanie przetrwać lata i unieść ciężar, którego nie umie pojąć ani zrozumieć. To powieść o pogodnym przyjęciu przemijania i wybaczeniu. Jest w niej pochwała prostych chwil, z których składa się życie i refleksja nad biegiem zdarzeń, które jednym fragmentem oderwanym od całości, potrafią zmienić całe życie człowieka. 

"Mało kto zdaje sobie sprawę, iż sami nie tworzymy swojego życia, tylko robią to ludzie, którzy stają na naszej drodze."

Gdyby przyjaciółka z dzieciństwa nie pojawiła się nagle w życiu Kaliny, dokąd zaprowadziłaby ją miłość, która niszczy? Gdyby Lili nie wypowiedziała do swojej przyjaciółki przed laty zdania: "Już nigdy się do ciebie nie odezwę", dotrzymując słowa przez sześćdziesiąt pięć lat, być może miłość, która je podzieliła nie byłaby warta poświęcenia przyjaźni. I gdyby Ada nie usłyszała pewnego zdania, nie dostałaby szansy na przeżycie najpiękniejszego lata w swoim czterdziestoletnim życiu. Dumne kobiety, których życie mogłoby się zupełnie inaczej potoczyć, gdyby umiały o tym z kimś porozmawiać, i trudne wybory, których musiały dokonywać, aby ocalić same siebie. 

"Bo nikomu nie pomożesz, jeśli nie uratujesz samej siebie." 

Grażyna Jeromin - Gałuszka po mistrzowsku kreuje świat kobiecych relacji, doskonale i bez przebarwień oddając łączące je więzi. W jej powieściach to, co wydawałoby się czarne, nabiera pastelowych kolorów, a to co dotąd postrzegane jako białe, szarzeje i pokrywa się patyną. W swoich książkach bardzo wyraźnie podkreśla bliskość międzyludzką i znaczenie rozmowy, która nie jest jedynie suchym przekazem informacji, ale szczerą wymianą ważnych zdań i słów, które oczyszczają, wspierają i motywują. Tym jednak, co w jej książkach mnie ujmuje i wpisuje powieści Grażyny Jeromin- Gałuszka w poczet tych najwyżej przeze mnie cenionych wśród pisarzy, to piękny styl i język, którym Autorka maluje przedstawiane sceny, i realizm. Tutaj wszystko jest prawdziwe do szpiku kości, i przez to bliskie czytelnikowi, który widzi tuż obok siebie Adę, Kalinę, Lili czy Józefę, czuje atmosferę nałęczowskiej wilii i rozumie każdą z nich dzięki temu, że wszystkie zmagają się z normalnym, codziennym życiem, od którego nie uciekają. Te kobiety, świadome własnych słabości, z którymi często nie mają nawet już siły walczyć, dźwigają na sobie wszystkie życiowe zadry, drzazgi i poranienia, nie tak łatwo dopuszczając do siebie tych, którzy z prostej ludzkiej życzliwości wyciągają do nich rękę. Znamy to, kobieca duma, która sprawia, że zagryzamy wargi, podnosimy wysoko głowę i próbujemy przekonać świat i same siebie, że damy radę. Jak zawsze. W takich momentach dobrze jest spotkać na drodze swojego życia taką Adę, która z wielką wewnętrzną siłą zawalczyła o zwykłe człowieczeństwo, przekonując, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć na nowo. 

"(...) dla człowieka jedna rzecz jest najważniejsza - dach nad głową, miejsce, z którego można spojrzeć w przeszłość i radzić z nią sobie w teraźniejszości; zapominać to, co zasługuje tylko na zapomnienie." 

" Rzeczy znajdują swoje stałe miejsca. Niektórym ludziom zaś ciągle się wydaje, że dla nich nigdzie nie ma takiego miejsca."

"Złoty sen" Grażyny Jeromin - Gałuszka to dobra lektura na jesienne dni, gdy z tęsknotą wspominamy lato, pamiętając jednak jeszcze tak niedawne smaki, zapachy i kolory. To książka, która dzięki magii doskonałego pióra, przenosi nas do małego miasteczka pachnącego lipami i stawia twarzą w twarz z kobietami, które poprzez swoje błędy, dają nam lekcję, z której możemy skorzystać lub nie. My mamy wybór, tak jak i one miały; tylko ich życie już się wydarzyło na kartach powieści, a nasze wciąż jest w naszych rękach. 

"Wszystkie jesteśmy równie młode, co stare. Lata niewiele tu znaczą." 

Polecam gorąco na każdą porę roku! "Złoty sen" mądrej pisarki, Grażyny Jeromin - Gałuszka. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   


niedziela, 30 sierpnia 2015

Szczęście szumiące topolą

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Są takie miejsca, które się wpisują tęsknotą w serce człowieka. Są tacy ludzie, do których serce wyrywa się i biegnie, nie patrząc na odległości ani czas. Są takie chwile, które chce się zatrzymać pomimo świadomości, że przeminą, i do których sięga się pamięcią serca wtedy, gdy dopadnie nas smutek i gdy świat wokół poszarzeje, a życie dokuczy. Znasz je, prawda? Każdy z nas ma w sobie takie miejsca, ludzi i chwile, które wniosły magię do prozy codzienności i pozwoliły przetrwać trudny czas. 
Dla mnie takim miejscem są Dąbki. Wiem, że jestem monotematyczna, ale ta maleńka miejscowość to moje miejsce na ziemi, gdzie ręką dotykam Szczęścia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Dąbki, mała wioska rybacka, od kilku lat uzdrowisko, ze względu na tutejszy mikroklimat sprzyjający górnym drogom oddechowym, położona między Koszalinem a Darłowem, z atmosferą wyciszenia i spokoju jakiego nie odnajdzie się w pobliskim Mielnie czy Darłówku. Miejsce, które nieodmiennie mnie zachwyca od ponad dziesięciu lat, i gdzie co roku, każdego lata, wracam po nowe wspomnienia i po energię, z której czerpię przez długie miesiące pracy. 
Pozwolisz, że dziś zabiorę Cię właśnie tam, nad morze, do miejscowości, która budzi skrajne uczucia - bo można ją pokochać i zapisać głęboko w sercu, albo się nią rozczarować, oczekując zupełnie czego innego. Spędzimy ten dzień razem, dobrze? Pokażę Ci to wszystko, co kocham; przedstawię Ci ludzi, którzy są dla mnie bardzo ważni i opowiem Ci dlaczego tak trudno mi stąd wyjeżdżać, gdy kończy się lato... 

Fot. Beata Soczyńska
Łabędzia rodzina z Jeziora Bukowo

Zaczniemy od spaceru nad jeziorem. Jezioro, las i morze, to wszystko jest w Dąbkach na wyciągnięcie ręki, dając możliwość wyboru w zależności od pogody i nastroju. Jezioro Bukowo, zamieszkałe przez kaczki i rodzinę łabędzią, która niepodzielnie tu króluje, odwiedzane przez mewy, rybitwy i wróble, to dobre miejsce na przedobiedni spacer lub przejażdżkę rowerkiem wodnym czy kajakiem. Ze względu na płytkość jeziora znajduje się tu wiele szkółek windsurfingowych. Ślizgające się na powierzchni jeziora białe maszty wyglądają jak ptaki z rozłożonymi skrzydłami lądujące na wodzie. Po drugiej stronie, w oddali, wolno obracają się wiatraki. W nocy sygnalizują czerwonymi światełkami o swojej obecności, nie odpoczywając ani przez chwilę. 
W letnie wieczory na pomoście przy jeziorze odbywają się festyny, z muzyką na żywo i smakołykami tutejszych mieszkańców oraz specjałami kuchni wielu ośrodków wypoczynkowych, promujące w ten sposób maleńkie Dąbki, przez wiele lat tak bardzo zapomniane. 

Majestatyczny Pan Łabędź z Jeziora Bukowo  

Spójrz, idąc prosto, wejdziemy w leśną aleję prowadzącą do Dąbkowic i do przekopu, czyli miejsca, gdzie morze łączy się z jeziorem. Spacerując tędy można usłyszeć rozmowę drzew, które kołysząc się na wietrze, pochylają ku sobie smukłe korony, i z cichym skrzypieniem wymieniają się najnowszymi ploteczkami. Zapach sosen odurza, a mieszkające tu ptaki rozświergotanym śpiewem cieszą się każdą chwilą zarówno słonecznego, jak i pochmurnego dnia. Lubię się im przysłuchiwać. Jest w nich tyle prostej radości, którą umieją odnaleźć w istnieniu wychwalając życie, które zawsze jest cudem. 
Las nie umie milczeć. Szumi, szemrze, podśpiewuje, trzaska suchymi gałązkami, skrzypi i pohukuje, stuka i gwiżdże. Jest domem dla wielu zwierząt, które w ciszy spokojnego dnia można podsłuchać, a wieczorem napotkać. 

Las pachnie odurzająco i otula spokojem
Falochrony na przekopie, na których lubią przysiadać mewy i kormorany

Widzisz, idąc lasem, doszliśmy do morza. Słyszysz jak wita nas swoim szumem? Bezkres wody, w który mogę wpatrywać się godzinami, odnajdując odpowiedzi na wiele pytań, które są we mnie. Czujesz aksamitny piasek pod nogami? Biały, z tysiącami odrębnych ziarenek, z których każde jest doskonałością. Razem tworzą plażę, którą przyjmujemy jako coś oczywistego nad morzem, nie zastanawiając się ile milionów takich ziarenek zostało nam podarowanych, abyśmy mogli na nich przysiąść, aby odpocząć, czy położyć się z zamkniętymi oczami, pozwalając słońcu na pieszczotę. 
Właśnie tu, za przekopem, gdzie plaża jest już prawie dzika, można znaleźć wyrzucone przez morze bursztyny, jaśniejące w słońcu i odbijające się blaskiem. A tu, na starych spróchniałych falochronach, które każdego roku nieodmiennie mnie wzruszają, przysiadają czarne kormorany, pozwalając się podziwiać z daleka. Kocham to miejsce. Jestem tutaj, tak po prostu, szczęśliwa. 

Kormorany na falochronach
Przekop - miejsce, w którym morze łączy się z jeziorem
Czasami jest taki mały, że da się przejść na drugą stronę po bursztyny
Magiczne spotkanie z Kornelią i Aurelką. W tle przekop. 
I kocham ludzi, których Dąbki mi podarowały. Przez dziesięć lat trochę się ich uzbierało... Właśnie to miejsce nauczyło mnie, że ludzkie serce nie stawia granic i ma ogromną pojemność, i że podarowane komuś dobro wraca podwojone, a Pan Bóg wypełnia w tych naszych sercach luki, dziury i zranienia, dając nam innych ludzi do kochania i obdarowując nas ich ciepłem. 
Ten spacer, od jeziora, lasem i morzem był długi i męczący. Odpoczniemy w miejscu, od którego wszystko się dla mnie zaczęło. Dom Wypoczynkowy "Maria" w Dąbkach i magiczny taras, na którym można się poczuć jak w zaczarowanym ogrodzie. Wabiąc zapachem kawy i subtelnością pięknie skomponowanych kwiatów, zaprasza na chwilę wytchnienia. Przysiadające na zielonych listkach i kolorowych płatkach motyle przyglądają się ciekawie miejscu, którego nie chce się opuszczać. Zadomowione jaskółki przelatują nisko, łapiąc w locie natrętną muchę, a wróbelki przysiadają w oddali, ćwierkając głośno i dzieląc się tą radością z wszystkimi dookoła. 

Zaczarowane miejsce - taras w DW "Maria" 
Mój Eden... 

Pozwolisz, że napijemy się tutaj kawy, zaparzonej w filiżankach? Usiądź wygodnie i poczuj wyciszającą atmosferę tego zakątka, w którym naprawdę czuję się jak w raju, a Ty? Nie będziesz mieć nic przeciwko, jeśli wypijemy tę kawę w towarzystwie? Pozwól, że Ci przedstawię tych, do których moje serce przytuliło się wiele lat temu i tak już zostało - przytulone i szczęśliwe przy nich, rozdarte tęsknotą z dala od nich.
Maria i Franciszek Sawiccy, właściciele tego pensjonatu, do którego ludzie co roku wracają właśnie dla nich, i dla tego klimatu jaki tu stworzyli. Dla ciepła, serdeczności, życzliwości i zainteresowania w stosunku do każdego, kto zechce tutaj wypoczywać. Mecenasi sztuki, wspierający wiele inicjatyw podejmowanych w tej maleńkiej nadmorskiej miejscowości. Dla mnie tak bliscy, jak najbliższa rodzina. Jak rodzice, których się kocha i szanuje. I do których wraca się z tęsknotą i miłością. 

Maria Sawicka, dla mnie ktoś wyjątkowy...
... i najbliższy
Franek Sawicki, bliski jak ojciec. Z nimi zaczynał się każdy mój dobry dzień.

W międzyczasie, na krótką chwilę przerwy od pracy, przysiądzie przy nas Alicja, nieustannie zadziwiająca mnie swoją pamięcią i zorganizowaniem. Jeśli choć raz zatrzymasz się w tym miejscu, Alicja zapamięta nie tylko pokój, w którym przebywałeś, ale i Twoje upodobania, a nawet kaprysy. 

Alicja Czekała, doskonale zorganizowana dobra dusza tego miejsca
  
Babeczki do kawy przyniosła Ela, pełna energii i nie potrafiąca siedzieć bezczynnie osóbka. Przy niej nigdy nie jest mi zimno, bo Ela, oprócz pomysłów na wypełnienie czasu dzieci, młodzieży i dorosłych, ma w sobie proste ludzkie dobro, od którego robi się ciepło. Szczególnym blaskiem zaś emanuje zawsze wtedy, gdy przy niej pojawia się Zbyszek, jej mąż, od lat ten sam, zapatrzony w Elę jak w obrazek. Tak miło przy nich posiedzieć i popatrzeć... 

Ela Krukowska, bardzo dobry człowiek... 
Ela i Zbyszek, lubię z nimi siedzieć i rozmawiać... 

A to tutejszy Proboszcz, ksiądz Andrzej, który też lubi odwiedzać to miejsce. Koneser dobrej kawy, wymagający rozmówca i głęboki duchowo kapłan z dobrym poczuciem humoru. Ludzie wracają do Dąbek, aby go słuchać w kazaniach, które stawiają wysoką poprzeczkę i zmuszają do głębokich refleksji i zatrzymania. Wielu wyjeżdża stąd tak napełnionych duchowo, jak po odbyciu osobistych rekolekcji. Ja czuję się tak za każdym razem, gdy opuszczam Dąbki. Dzięki księdzu Andrzejowi Pęcherzewskiemu nie marnuję tego czasu, który otrzymuję tu, w ukochanych Dąbkach, tylko wykorzystuję go na wewnętrzne porządki i spoglądam na życie inaczej niż dotąd. I mam to szczęście, że oboje z mężem mamy w księdzu Andrzeju prawdziwego przyjaciela.  

Ksiądz Andrzej, nasz mentor i przyjaciel
Jeszcze jedno miejsce jest dla mnie ważne i wyjątkowe - pokój 101 na pierwszym piętrze, z oknami wychodzącymi na wschód, za którymi usypia mnie i budzi ogromna topola, szumiąca swoimi drobnymi liśćmi, w które wplątuje się Szczęście. Lubię słuchać jak wiatr porusza jej gałęziami, otulając mnie dźwiękiem, który wycisza. Ten pokój to mój azyl, w którym odpoczywam i piszę. Przyjemny chłód balkonu daje mi cień, który sprzyja momentom wytchnienia. Siadam na swoim wyjątkowym leżaku i wsłuchuję się w słowa, które odnajduję w sobie. Spisuję je, ubierając w zdania, z których powstaje książka. Ten czas jest tylko dla mnie i nic poza słowami nie ma do mnie dostępu. Dlatego w książkach, które piszę, jest tyle emocji - to magiczne miejsce, Dąbki i Dom Wypoczynkowy "Maria" dają mi to wszystko, czego potrzebuję, otaczają ludźmi, których ogromnie cenię, niektórych kocham jak najbliższych, przy wielu lubię się zatrzymywać; słucham i zapamiętuję, wpisuję w serce i rozmawiam patrząc w oczy, bo każdy kogo tu spotykam, jest dla mnie ważny. I wyjątkowy. I na każdego działa czar "Marii", którego nie sposób opisać żadnymi słowami. Bo tutaj po prostu trzeba być, aby to poczuć i zrozumieć. 

Spotkania autorskie mają w Dąbkach swój niecodzienny urok
Przygrywała nam muzyka świerszczy...
... a nastrój tego wieczoru pozostał na długo
Pani Hania przyjechała do "Marii" po przeczytaniu "Samotności..."
... a dla Kornelii i dla mnie był to piękny czas, na który czekałyśmy...

To już koniec naszego spaceru po Dąbkach. Dziękuję, że byłaś i byłeś tu ze mną. Jeszcze tu wrócimy, nad Bałtyk, niezmiennie piękny i przyciągający. Gdy dokuczy jesień, i chlapa, i słota, zabiorę Cię tam, gdzie Szczęście szumi topolą...
Monika A. Oleksa  

Dziękuję za ten wspólny spacer... 


niedziela, 23 sierpnia 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Sierpień przechadzał się wśród łanów dojrzewającego zboża, muskając otwartą dłonią ostre kłosy. Jego pełna, ogorzała od słońca twarz, uśmiechała się do każdego rozpoczynającego się dnia. Każdy z nich Sierpień przyjmował z ciekawością, biorąc od niego wszystko co przynosił. 
Złoty miesiąc - tak o nim mówili ludzie, bo wszystko czego dotknął Sierpień przybierało złoty kolor. Muśnięta przez sierpniowe słońce skóra nabierała złotej opalenizny, wysuszona upałami trawa nie była już tak soczyście zielona jak jeszcze w czerwcu, ale przybierała żółto-złoty kolor, i nawet czubki drzew żółkły, złocąc się zapowiedzią jesieni. Złote mirabelki dojrzewały w sierpniowym cieple, a morele i pierwsze śliwki ociekały sokiem, nabrzmiałym pod opiętą skórką. Piasek na plaży przesypywał się między palcami jak drobinki złota, złote bażanty na polach szukały pożywienia, a złote kolby kukurydzy czekały na zebranie. Dojrzewająca złotem gryka kusiła pracowite pszczoły, dzięki którym złoty miód, zamknięty w słoikach, długo zachowywał w sobie wspomnienie letnich chwil pachnących szczęściem. Nawet włosy, muśnięte słonecznymi promykami, którymi lubi bawić się Sierpień, złocą się letnimi pasemkami potarganymi przez wiatr. Złoty bursztyn wyrzucony przez morze, szepcze cicho zaklętą w sobie historię, a złote główki słoneczników wznoszą swoje uśmiechnięte twarze do słońca, ciesząc się ciepłem i światłem długich dni. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Sierpień kochał ludzi i lubił ich zaskakiwać. To właśnie on, ten letni miesiąc, w jedną magiczną noc strącał z nieba złote gwiazdy i obsypywał ludzi deszczem Perseidów. Ciemne sklepienie nieba z migoczącymi gwiazdami nad głową w tę jedną magiczną noc wydawało się na wyciągnięcie ręki. I ludzie naprawdę wyciągali ręce, by sięgnąć po zapisane w gwiazdach marzenia, spadające z nieba z prędkością światła, a ich zwrócone ku niebu twarze wyrażały nadzieję i wiarę w ich spełnienie. W tę noc ręka szukała ręki, a spojrzenia nie bały się spotkania. Noc bliskości, której szukał człowiek lgnąc do człowieka, pomimo tego że wszechświat nie stawiał granic. Sierpniowe pocałunki były ciepłe i słodkie od owocowego soku, a sierpniowe poranki rozświergotane ptasim śpiewem, zachęcały do wczesnej pobudki i orzeźwiającego spaceru, zanim temperatura wzrośnie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Sierpień położył się na trawie i zapatrzył w niebo, po którym goniły się skłębione baranki chmur. Każda z nich przybierała inny kształt, prezentując podniebną sztukę na niebieskiej scenie. Lubił tak leżeć i patrzeć w niebo, nigdzie się nie spiesząc. Czas go nie poganiał, bo sam latem zwalniał, nie oczekując od nikogo pośpiechu. 
Sierpień utrwalał chwile, zachowując je na fotografiach i we wspomnieniach. Zamykał je szczelnie w przetworach, wkładając do nich zapach i smak. Degustował nabierające mocy nalewki i doglądał fermentującego wina, które zimą przypomni ciepło sierpniowego dnia. 
Zaciekawiony leżącym Sierpniem bocian podszedł statecznie na długich nogach w czerwonych podkolanówkach i dziobnął tenisówkę Sierpnia, myląc ją z szarą myszką. Sierpień podniósł się i wyciągnął rękę, jakby chciał się przywitać. Bociek przekrzywił łepek i zamrugał oczami, a potem ukłoniwszy się, odwrócił się i odszedł w poszukiwaniu obiadu. W międzyczasie na sierpniowym ramieniu przysiadł kolorowy motyl. Wachlując rozłożonymi skrzydłami, odpoczywał, przynosząc Sierpniowi przesłanie miłości. Ten mały, delikatny motylek swoim pięknem zdobił świat, który Sierpień dodatkowo ozłacał. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   
Zielone świerszcze stroiły instrumenty przed koncertem, a smukłe ważki unosiły się nad ziemią jak ulotne, wypowiedziane życzenia. Harmonia, nad którą czuwał Sierpień i której uczył każdego, kto się wraz z nim zatrzymywał. Wścibska osa zakręciła się w pobliżu, zwabiona słodkim zapachem kwiatów. Sierpień odgonił ją zniecierpliwiony i podniósł się, otrzepując lniane spodnie. Odchodząc, pomachał bocianowi i szepnął coś do motyla, który odfrunął z obietnicą przekazania sierpniowych słów temu, kto będzie chciał go wysłuchać...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa   

Dwa lata temu Sierpień podarował mi Kasię... 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Literackie Czwartki: Fragment nowej książki:)

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Mój letni czas w Dąbkach to czas intensywnego pisania i pracy nad książką. Najnowsza zmierza już ku końcowi, przede mną finałowy rozdział, a potem przekazuję ją w dobre ręce Wydawnictwa. Uchylając rąbka tajemnicy, w Literackich Czwartkach dzielę się z wszystkimi moimi cudownymi Czytelnikami fragmentem nowej powieści, dziękując za cierpliwość i wytrwałe czekanie, za przytupywanie i poganianie, ale przede wszystkim za to, że jesteście:D 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

- Powiedz mi, jak ja mam to wszystko spamiętać? – Renata kręciła się po kuchni z telefonem przyłożonym do ucha i rozmawiała z Moniką, jedną ręką próbując przygotować kolację dla dziewczynek. – Głowa mi pęka, a to dopiero drugie zajęcia. Skrzyżowanie równorzędne i podporządkowane, teren zabudowany i poza miastem. Tysiące znaków, których nie sposób spamiętać, zasad, które podobno są logiczne i słów, których zupełnie nie rozumiem. Jak ja mam o tym wszystkim pamiętać, jednocześnie prowadząc samochód? -  Renata o mało co nie potknęła się o plączącego się pod jej nogami Teodora i przysiadła na stołku, aby utrzymać równowagę. 
- Czasami będziesz musiała jeszcze włączyć wycieraczki. Ale to tylko wtedy, gdy pada. – Zauważyła Monika z rozbawieniem. 
- Nie dobijaj mnie! – Jęknęła Renata. – W dodatku średnia wieku na wykładach to osiemnaście plus. Ja czuję się tam jak ich mamuśka!
- I słusznie – zauważyła Monika. – Masz przecież córkę w ich wieku. 
- Wściekłą jak osa, bo tatuś stwierdził, że póki co, stać nas tylko na jeden kurs, a moje prawo jazdy jest ważniejsze niż jej. Mam więc w domu jednego wielkiego focha, a wyżalić mogę się jedynie tobie, bo tutaj mnie nikt nie wysłucha. No, chyba że Teodor – dodała żałośnie. 
- Ciężka sprawa – westchnęła Monika, która ze swoimi chłopcami miała nieco inne problemy. – Ale nie wymiękaj, Renia. Będzie dobrze. Zagryź zęby i przetrwaj to. Mówię ci, że będzie warto. 
- Mówisz teraz o prawie jazdy, czy o muchach w nosie Igi? 
- O jednym i drugim. Co u Staszka? 
Teraz to Renata westchnęła. 
- Tęskni. Uczy się języka. Na razie go szkolą, bo u nich połapać się z tą lewą stroną to masakra. Staszek ma cel i to go nakręca, a ja siedzę tutaj jak jakaś żona marynarza i czekam, sama nie wiem na co. 
- Na zmiłowanie przyjaciółki, która w najbliższym czasie zamierza wyciągnąć cię na babski wieczór poza domem. – Monika jak zwykle zarażała radością życia i pochwałą przyjemności. 
- Byle bez rozbieranek – dorzuciła Renata i doszła do wniosku, że przygotowanie kolacji jedną ręką i do tego z uwagą skupioną na rozmowie telefonicznej jest niewykonalne. – Muszę kończyć, Moni, bo za chwilę odkroję sobie palec. Potrzebuję drugiej ręki. 
- No to pa! I pamiętaj, nie marudzisz i nie zasłaniasz się niańczeniem dziewczynek, tylko idziesz ze mną na pogaduchy i lampkę wina.
- Dobrze już, dobrze. Pa! – Renata rozłączyła się i odłożyła telefon. Przez otwarte okno wpadały dźwięki wczesnego lata. Osiedlowe dzieci rozpoczęły już sezon trzepakowo - piaskownicowy, a ławki oblegały tabuny młodzieży, spragnionej już wakacyjnej swobody i beztroski. Ptasie chóry wyśpiewywały swoje radosne melodie, a powietrze pachniało skoszoną trawą. 
Renata lubiła takie wieczory. Wsłuchiwała się w nadchodzące i nieśmiałe jeszcze lato i zrzucała z siebie napięcie całego dnia. Nogi, obciążone długim staniem i bezruchem, odpoczywały ułożone wygodnie na stołku, a ona czuła jak i jej udziela się to radosne oczekiwanie na wakacje. Dziewczynki poprawiały jeszcze ostatnie oceny, walcząc o przetrwanie – w przypadku Igi, i o czerwony pasek – w przypadku Julii, ale wszystkie trzy planowały już wakacyjny wypoczynek i rozważały ewentualne wyjazdy w różne miejsca. Renata planowała urlop na sierpień, licząc że spędzą go wspólnie ze Staszkiem i dziewczynkami. Julia zaraz po zakończeniu roku wyjeżdżała razem ze szkołą na dziesięciodniowy obóz na Lazurowe Wybrzeże, a Iga wybierała się z grupą koleżanek na obóz do Chorwacji. Dalsze wakacyjne plany miało rozpisać życie i w znacznej mierze zależały one od stanu portfela Renaty i Staszka po obozowych szaleństwach. 
Renata wstała ciężko zza stołu, nastawiła wodę na herbatę i przygotowała trzy identyczne kubeczki. Do każdego z nich włożyła torebkę czarnej herbaty. Kolorowe kanapki czekały cierpliwie, rozpierając się na talerzykach, których bardzo czujnie pilnował Teodor. Był amatorem wszystkiego, co leżało na stole. Nie pogardzał nawet pomidorem, jeśli udało mu się go ściągnąć potajemnie. 
Czajnik wyłączył się z głośnym pyknięciem. Sięgnęła po niego i zalała białe torebki, obserwując jak unoszą się na powierzchni. Zapach świeżo zaparzonej herbaty rozszedł się po kuchni, a Renata poczuła znajomy spokój letniego wieczoru. 
Była w domu i nigdzie się stąd nie wybierała. 




 - Monika, ja już nie daję rady. Na nic nie mam czasu – jęczała Renata, siedząc rozciągnięta na wygodnym leżaku w ogrodzie przyjaciółki. Letni wiatr dotykał delikatnie odsłoniętych ramion i ud, dopieszczając blade ciało ciepłem promieni słonecznych. 
- Nie dość, że opieka nad dziewczynkami spadła wyłącznie na mnie, a uwierz mi, że duże dzieci to często większe kłopoty niż może się wydawać, to jeszcze ten popaprany kurs prawa jazdy, na którym już mnie straszą jakimś egzaminem wewnętrznym. 
- Zapomniałaś o szkoleniu swojego pupilka. – Monika zachichotała i podała przyjaciółce wysoką szklankę z kolorowym płynem i słomką. 
- No i jeszcze na dodatek to! – Renata wyciągnęła rękę i podejrzliwie spojrzała na szklankę. – Co to? 
- Lekki alkoholowy drink na rozluźnienie. 
- Ale jest dopiero jedenasta!
- No i co z tego? – Monika wzruszyła ramionami. – Od razu widać, że pracujesz w sklepie. Kiedyś alkohol sprzedawano od trzynastej. A teraz możesz kupić co tylko chcesz od samego rana. Wyluzuj, Rena. Jest Boże Ciało, masz wolne, możesz trochę poszaleć. Powiedz lepiej jak zajęcia dyscyplinujące? 
Renata fuknęła na Teodora, który właśnie rozkopywał rabatkę Moniki, a potem pociągnęła łyk kolorowego drinka. Dobry był. Słodki, z lekko cierpkim posmakiem. 
- Wiesz, Teodor ma potencjał – spojrzała na Monikę. Czerwcowe słońce świeciło tak jasno, że musiała nałożyć okulary przeciwsłoneczne. – Od razu załapał podstawowe komendy, gorzej było ze mną. Trochę trwało, zanim zrozumiałam jak mam go trzymać, jak ma chodzić i jak się obrócić przy komendzie „w tył”. Ale wiesz co, Moni, pocieszające jest to, że tam przychodzą ludzie z podobnymi problemami jak nasze. – Renata zamilkła na chwilę i pociągnęła kolejny łyk zimnego napoju. – Mamy w grupie labradora, który dobiera się do szafki z lekami i raz na jakiś czas lubi się „naćpać”; jest wieloras, który załatwia się na kanapie i właściciele nie mogą go tego oduczyć. Pogryzione buty, ciapy i drzwi oraz wybebeszone śmiecie są na porządku dziennym, więc Teodor mieści się w normie. Jak sobie tak trochę posłuchałam, to doszłam do wniosku, że mój pies jeszcze  nie jest taki zły. I jakoś tak lżej mi się zrobiło. 
- Bo inni mają gorzej – wtrąciła Monika. – Typowa mentalność Polaków. 
- A co ty taka zgryźliwa się zrobiłaś? – Renata zsunęła na nos okulary i spojrzała na przyjaciółkę spoza szkieł. 
- A tam. – Monika machnęła ręką. – Upał mi się daje we znaki, to zrzędzę. 
Renata pokręciła głową, nie spuszczając wzroku z przyjaciółki. 
- Co jest, Moni? Przecież widzę, że coś cię gryzie. 
Monika westchnęła. 
- Nie ma to jak przyjaciółka, która zna cię na wylot. Antek mi się zakochał – przewróciła teatralnie oczami i popatrzyła na Renatę z tą bezradnością matki, która uświadamia sobie, że już nie jest najważniejsza w życiu dziecka. 
- Czas najwyższy! Przecież on lada dzień skończy osiemnaście lat! 
Antek, starszy syn Moniki, był w wieku Igi. Dzieliła ich jedynie różnica dwóch miesięcy. 
- Nie lada dzień, tylko dopiero we wrześniu – obruszyła się Monika. – A poza tym on chce jechać z tą panną nad morze, pod namiot!
- A ty z Pawłem niby nie jeździłaś? – odpowiedziała Renata z przekąsem. 
- Oj, Rena, jeździłam, i co z tego? To były inne czasy. 
- Ale miłość jest taka sama! Od wieków. 
- Ale ona jest za młody! A poza tym, ciekawe co ty byś powiedziała, jakby Iga ci wyskoczyła z takim pomysłem. – Monika zaczynała się powoli wściekać. 
- No wiesz – zaczęła Renata ostrożnie – Iga to dziewczynka. 
- A Antek to chłopiec. I czy to coś zmienia? Dotarłyśmy do punktu wyjścia i możemy się tak przerzucać argumentami tego typu aż do jutra, a ja nadal nie wiem, co mam zrobić. 
- A co na to Paweł?  - Renata odgoniła od siebie brzęczącą pszczołę i poszukała wzrokiem Teodora. Uspokoiła się, gdy dostrzegła go leżącego spokojnie w cieniu morelowego drzewa. 
- Znasz go, nie widzi w tym żadnego problemu. Postanowił jedynie przeprowadzić z Antkiem męską rozmowę, ale chyba się jeszcze do niej nie zabrał. 
Milczały przez chwilę, wsłuchane w rozśpiewany ogród. Radosny świergot sikorek mieszał się z bzyczeniem owadów, które swoimi małymi skrzydełkami ożywiały to miejsce rozhuśtując łodygi kwiatów i przysiadając na delikatnych płatkach. Renata dobrze się tutaj czuła. Wypielęgnowany przez Monikę ogród był idealnym miejscem na letni odpoczynek. Uwielbiała te chwile, kiedy jak dziś, mogły spokojnie usiąść na leżakach i delektować się kawą, rozmową i tym brakiem pośpiechu, który obu im towarzyszył każdego dnia. 
- Widziałaś tę pannę? 
Monika pokiwała głową. 
- No i jak? Można jej zaufać? 
Kobieta spojrzała na przyjaciółkę z politowaniem. 
- Rena, zaufać? W ich wieku? I do tego tyle kilometrów od domu? 
Renata obruszyła się lekko. 
- No, ja Staszkowi ufam, pomimo tych kilometrów. 
- Ale was łączy przysięga, a ich hormony młodości. Zupełnie nie wiem, co robić – jęknęła Monika i opadła wyczerpana na oparcie leżaka. 
Renata zapatrzyła się na kolorowego motyla, który przysiadł na ramieniu zupełnie tego nieświadomej Moniki. Jego symetryczne, pomalowane barwnie skrzydła wachlowały leciutko, a motylek odpoczywał po męczącej podróży. Renata nieświadomie uśmiechnęła się. Takie cudo, które mijamy obojętnie, nie zwracając uwagi na jego kruchość i delikatność. 
Monika poruszyła się, a motyl poderwał się przestraszony, do lotu. Zaczął kolejny etap swojej drogi, barwiąc świat swoim istnieniem. 
- Nie martw się, coś wymyślisz. – Poklepała przyjaciółkę po ręku i odstawiła na trawę pustą szklankę. 
Było jej dobrze. Nad nią lekko szumiała topola, zimny drink rozluźnił spięte ciało, pozwalając na moment zapomnieć, że jest jedyną tu odpowiedzialną osobą za dwie jeszcze nieletnie córki, a towarzystwo Moniki jak zawsze koiło i dodawało skrzydeł. Przymknęła oczy i odleciała w niebyt, z dala od lady, kasy i niezmiennych ploteczek, które znosiły do sklepu osiedlowe plotkary. Odpoczywała. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

niedziela, 16 sierpnia 2015

Czas ciszy

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Witaj! Cieszę się, że tu jesteś, na tym kawałku ciszy, którą chcę Cię odgrodzić od krzykliwego świata, który Ci wmawia, że wciąż coś musisz i nieustannie pcha do przodu, nie zostawiając chwili wytchnienia i dając Ci to paskudne poczucie, że jak nie nadążasz, to odpadasz. Proszę, usiądź obok mnie i zatrzymaj się przez chwilę. Odpocznij. Zamknij oczy i zobacz morze, które dziś chciałabym Ci podarować. 

Fot. Beata Soczyńska 

Słyszysz kojący szum? Niby spokojny, a jednak jest w nim siła żywiołu, którego potęgi nie można lekceważyć. Ciemna tafla marszczy się i faluje, a psotna woda przekracza swoje granice i wybiega na piaszczystą plażę, zapraszając cię do zabawy. Ona goni, a ty uciekasz, odkrywając w sobie zapomniane dziecko. Czy potrafisz jeszcze śmiać się tak szczerze jak kiedyś, gdy świat wydawał Ci się cały do zdobycia i na wyciągnięcie ręki? Tylko dzieci to potrafią, a morze budzi w człowieku pragnienia dziecka. zachęcając do wspólnego figlowania, wybudza uśpiony śmiech i uczy odkrywania na nowo prostej radości życia i dostrzegania szczęścia w drobiazgach. W małej kruchej muszelce, znalezionej tuż pod stopami; w migoczącym kamyku, który udaje, że jest bursztynem; w wyrzuconym przez morze sczerniałym kawałku drewna czy oszlifowanym odprysku szkła, które ktoś kiedyś bezmyślnie wrzucił do słonej wody. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Morze robi wszystko, aby zabrać człowiekowi jego troski i podarować mu bezcenny czas osobistego spotkania z samym sobą. Szepcze, że cisza nie jest niczym złym, i że człowiek naprawdę jej potrzebuje, szczególnie tutaj, kiedy przed sobą ma tylko bezkres, a za sobą sprawy, do których potrzebuje sił. Sam na sam z morzem umacnia, a wsłuchując się w jego szum można tam odnaleźć odpowiedź na każde pytanie. Nawet to trudne, które nosisz w sobie. Aby jednak je usłyszeć, trzeba zostawić przed wydmami życiowy bagaż, który ze sobą wleczemy, włącznie z komórką, która wcale nie jest łącznikiem ze światem lecz zniewoleniem. 
Czas ciszy to czas błogosławiony. To czas, który dostajemy na poznanie siebie i uporządkowanie tego wszystkiego, co dźwigamy; czas na wyrzucenie złych emocji, pozbycie się złości i żalu do ludzi, bo tym osłabiamy samych siebie wpuszczając do serca nienawiść; czas na wyciszenie. Łaskawe morze zabiera to wszystko. Spieniona fala podbiega i symbolicznie obmywa nogi, oczyszczając. Czujesz to? Aksamitną miękkość piasku pod stopami i chłód wody, która zostawia na skórze słone kropelki, błyszczące w słońcu jak diamenty. Czujesz chropowatą powierzchnię kamyka zamkniętego w dłoni i jego wilgoć, która wsiąka w ciepło twojego ciała? Morze ma taką moc, że pozwala człowiekowi doświadczać się wszystkimi zmysłami i poczuć każdą komórką ciała. Leczy, wycisza, koi i naprawia popsute kawałki ludzkiej duszy. Na zawsze pozostawia w człowieku ślad, odzywający się tęsknotą. Za szumem, za morską bryzą i łagodnym wiatrem, który chłodzi, za zapachem, którym przesiąka skóra i za rozkrzyczanymi mewami, które żyją w symbiozie z ludźmi. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa

Widzisz ją, jak podchodzi zaciekawiona? Przekrzywia swój ptasi łepek i przygląda się z nadzieją, że czymś ją poczęstujesz. Zupełnie nie przeszkadza jej twoja obecność, choć to ona jest u siebie, Akceptuje cię i nie nakreśla ci granic, których nie wolno ci przekraczać, a my - ludzie, przeganiamy je z plaży i narzekamy, że krzyczą. A one nawołują się pod niebem, bo jak każdy , mają coś do powiedzenia. Ich krzyk wkomponowuje się w ciszę, czego nie można powiedzieć o tych, którzy zakłócają ten czas refleksyjnego sam na sam z morzem nieustannym paplaniem do telefonu, dopuszczając przy tym wszystkich dookoła do najintymniejszych szczegółów swojego życia. 
Spójrz, słońce schodzi coraz niżej. Ono też jest zafascynowane magnetyzmem morza. Na jego powierzchni wytycza złoty szlak, po którym - masz takie wrażenie, można zawędrować aż do nieba. Widzisz to? Tę słoneczną drogę migoczącą na pofalowanej wodzie, po której wędrują uwolnione pragnienia twojego serca. Uśmiechasz się. Czy wiesz, że właśnie teraz, wraz z zachodem słońca, które koloruje wieczór ciepłymi barwami, możesz usłyszeć swoje marzenia? Ich cichy szept przebija się poprzez plusk fal, a ty zaczynasz wierzyć w to, że kiedyś mogą się spełnić. Morze, w swojej głośnej rozmowie z tobą, umacnia cię w tym. W tej wierze w marzenia, które nie są zarezerwowane dla wybranych. 
Zachód słońca nad morzem to najpiękniejszy spektakl, jaki można obejrzeć. Każdego dnia inny, zawsze wyjątkowy. Purpura i pomarańcz, żółć wchodząca w biel chmur, czerwień i delikatny róż wymalowany na niebie, nad powierzchnią morza, które pozwala się przyozdabiać, wchodząc w bliską relację ze słońcem. To właśnie morzu słońce składa swój ostatni pocałunek na dobranoc, a ono, w podziękowaniu, kołysze go do snu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Widzisz jak wydłużają się cienie wraz z zachodem słońca? Nie uciekniesz od spraw, które dźwigasz na sobie, ale możesz odnaleźć w sobie siłę, aby je unieść, nie mając ich nieustannie przed oczami. Bo przecież życie jest wielobarwną mozaiką, w której przeplata się radość ze smutkiem, szczęście z cierpieniem, ulotność z trwaniem. Czas, który sobie podarujesz na spotkanie z samym sobą w ciszy pomoże ci dostrzec wiele spraw inaczej niż widziałeś je do tej pory, a morze, którym ja dzisiaj się z tobą dzielę, podszepnie, że prawdziwa siła jest w tobie i w twoim spojrzeniu na życie i na to, co przed tobą. 
Pozwól, że zostawię Cię teraz z morzem, ciszą i samym sobą, aby nie zakłócić niepotrzebnym słowem czasu ciszy, który chciałam Ci podarować. 
Monika A. Oleksa

Fot. Beata Soczyńska 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa  

niedziela, 9 sierpnia 2015

Wieczór nad morzem

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wieczorne morze ma w sobie spokój, którym obejmuje wszystkie sprawy minionego dnia. Łagodnym szumem koi i wycisza, przygotowując człowieka na nocny odpoczynek. Zabiera to, co ciąży, martwi i niepokoi, zostawiając pod powiekami pofalowany bezkres, układający się morskim pięknem wymalowanym na obrazie rzeczywistości. 
Każdego roku przyjeżdżam tutaj, aby uczyć się od niego cierpliwego trwania i ciszy, w której potrafię usłyszeć prawdziwą siebie. Patrząc na potęgę, która rozciąga się przede mną bez żadnych granic, przewartościowuję swoją codzienność wybierając to, co naprawdę ważne, a odrzucając wszystko, co miałkie i małostkowe. Po wielu latach szukania siebie potrafię dokonywać wyborów, do których dojrzałam, bez tłumaczenia się tym, którym się to nie podoba i którzy chcieliby stworzyć mnie po swojemu. Po długiej i niełatwej pracy nad sobą, i po wielu rozmowach z ludźmi, którzy uczyli mnie patrzeć na własne życie z dystansem zrozumiałam, że nie da się żyć bez stawiania granic tym, którzy chcą za dużo. Przepracowałam w sobie lęk, który paraliżował każdy krok w nieznane i nauczyłam się walczyć o swoją rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza. Zrozumiałam siebie i zaakceptowałam się taką, jaka jestem, bez wyszukiwania niedoskonałości i bez skupiania się na słabościach, które są nierozerwalną częścią życia człowieka. Dojrzałam również w swojej kobiecości i nie zamieniłabym tego czasu na żaden inny. 

Fot. Beata Soczyńska 

To wszystko podarowało mi morze i ludzie, których tutaj poznałam. W tym wszystkim również wspierał mnie mój mąż, pokazując mi jak wielką wartość ma małżeństwo i jedność małżonków. 
Spokój Dąbek - maleńkiej nadmorskiej miejscowości, w której odnalazłam swój drugi dom, wsiąka we mnie. Zamykam go w sobie i magazynuję wiedząc, że będę go potrzebować, gdy już wrócę do pracy i codziennych obowiązków. Czerpię z serdeczności ludzi, którzy są wokół mnie - z każdym rokiem bliżsi, i delektuję każdą chwilą tutaj, którą smakuję jak poranną kawę. Ta kawa stała się naszym rytuałem, a ja - kawiarką. Codziennie po śniadaniu zaparzam kawę, do której oprócz tradycyjnych przypraw, dodaję szczyptę miłości. Tę kawę wypijam z bliskimi mojemu sercu ludźmi, którzy nadają temu miejscu jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny klimat. Ten mój czas tutaj to prezent, który doceniam, ciesząc się każdym dniem, spotkaniem i rozmową. Bliskością, która zawsze ma swój początek w sercu i jest jak dotyk aksamitnego piasku pod stopą, na którym zostawiamy swoje ślady. Takie same ślady zostawiają we mnie ludzie, których każdego lata spotykam w Dąbkach i przy których lubię się zatrzymywać, dając i otrzymując. 

Fot. Beata Soczyńska

Wieczorem, gdy plaża pustoszeje, a wszystko wokół wycisza się tak jak morze, lubię patrzeć na chowające się za horyzontem słońce, myśląc o tym, co odchodzi wraz z kończącym się dniem. Ciekawskie mewy podchodzą blisko, przyglądając się uważnie i komunikując, że nie pogardziłyby smacznym kąskiem. Bez pośpiechu kroczą na swoich chudych, patykowatych nóżkach, zostawiając na piasku ślady w kształcie kotwicy. Odkąd to odkryłam, zadziwia mnie to nieustannie. Ta doskonałość stworzenia w najdrobniejszych szczegółach. Lubię słuchać ich krzyku o poranku. Nie przeszkadzają mi podniebne krzykaczki. Tęsknię za nimi przez cały rok i cieszę każdym spotkaniem z nimi, nazywając je przyjaciółkami. 
Rybackie kutry wyruszają na nocny połów. Gdy wrócą, mewy nie odstąpią ich na krok. Będą krążyć w oczekiwaniu na odrzucone kawałki ryb, wyciągniętych z głębin morza. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wieczorne powietrze pachnie wilgocią morza. Wiatr porywa go i niesie wgłąb lądu. Słońce powoli zniża się, okrywając purpurowymi kolorami. Wygląda zupełnie tak, jakby przymierzało kolorowe stroje, nie mogąc się zdecydować, w jakim mu do twarzy. Złoty szlak rozświetla powierzchnię morza, na której krople skrzą się drobinkami diamentów. Żadne zdjęcie ani obraz nie są w stanie oddać piękna, jakie wymalowała natura. Doskonałość. To słowo nasuwa mi się nieustannie, gdy wpatruję się w cuda, które mam przed sobą, tuż na wyciągnięcie ręki. 
Nadmorskie kamyki dzisiaj milczą. Nawet one nie chcą zakłócać tej ciszy, która wraz z wieczorem otula wszystko. Zaczepiane przez rozbawione fale, trwają w swojej powadze, gromadząc w sobie opowieść, którą niebawem usłyszę. Usłyszy ją każdy, kto pochyli się nad nimi, wsłuchując w odgłosy nieba i ziemi, tulonych do snu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Pomimo ciemności, morze nie zasypia. Pluska i chlupocze dając znać, że jest i trwa. Swoim szumem usypia wszystko dookoła, samo czuwając. Rozmawia z lasem, który nocą się ożywia, łaskawie chroniąc rozpostartymi konarami drzew życie, które się w nim toczy. Rozmawia z rybakami, którzy właśnie nocą wyruszają na łów. Zapewnia o swojej niezmienności. 
Zostawiam je, wracając brzegiem do pokoju, w którym czeka na mnie mój "natychający" leżak. Wyciszona, pozwalam myślom płynąć, spisując je i zachowując. 
Mój wieczór nad morzem, pełen obietnic tego, co przyniesie kolejny dzień, który przyjmę jak podarunek. Za każdy jestem wdzięczna. 
Monika A. Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Fot. Beata Soczyńska