poniedziałek, 15 września 2014

Dzień dobry poniedziałku!

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Poniedziałek. Nie lubimy go. Trudno nam wejść z uśpionej, świątecznej niedzieli w początek codzienności, z jej wymagającym obliczem. Trudno się przestawić ze spokoju i wyciszenia, na powszednią rzeczywistość, która nie rozpieszcza. Nakłada obowiązki i powinności. Zmusza do działania, choć chciałoby się inaczej. Nuży i odbiera oczekiwanie, bo przecież do piątku od poniedziałku tak daleko... 
Nie lubimy poniedziałku, bo jest pierwszy z pięciu dni potyczek z życiem, przed którymi nie da się uciec. Nie lubimy go, bo coś nam odbiera, i wszystko w nas się przeciw temu buntuje. I do tego "nielubienia" poniedziałku tak się przyzwyczajamy, że trudno nam dostrzec drobne promyki radości, którymi ten dzień chce się z nami podzielić. Nie zauważamy, że odbierając leniwe godziny niedzieli, poniedziałek przynosi nam w zamian mnóstwo wyzwań, zmuszających nas do działania, wyjścia z domu, spotkania z drugim człowiekiem. Jest początkiem nowego tygodnia, ubarwionego kolorami nadziei. Wita nas porankiem najpiękniej jak potrafi. W sygnał budzika wplata rozśpiewane ptaki i ich wesołe nawoływania. Dźwięki budzącego się życia, które toczy się swoim torem, bez względu na to, jaki jest akurat dzień tygodnia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zza porannych chmur przebija się słońce. Swoimi promieniami chce ogrzać zziębnięte ludzkie serca, i rozświetlić zaczynający się dzień promykami radości. Zagląda w okna domów i biurowców. Uśmiecha się, oczekując na odwzajemniony uśmiech. Poważne twarze jeszcze tego nie dostrzegają. Ziewnięcia, zaparzanie porannej kawy, sprawdzanie poczty. Przygotowanie. Człowiek rozgrzewa się przed długodystansowym biegiem, i nie zauważa znaków, które wysyła do niego świat. A słońce, które na przekór kalendarzowi, chce pozostać z ludźmi jak najdłużej, wchodzi coraz śmielej przez otwierane dla niego okna, i przysiada na biurkach, laptopach, monitorach; szafkach wypełnionych dokumentami i segregatorami. Zagląda do garnków na kuchence i do otwieranej lodówki. Jest wszędzie tam, gdzie drobne ludzkie sprawy i wielkie dramaty. Rozświetla, ociepla, obejmuje swoimi promieniami i wskazuje nimi to, co za oknem. Drzewa, jeszcze przyobleczone w zielone liście. Kasztany, czekające na kogoś, kto się po nie schyli i zamknie w dłoni lub schowa do kieszeni. Kwitnące ponownie kasztanowce, na gałęziach ogołoconych z chorych, zeschniętych i powykręcanych starością  liści. Wielobarwne motyle, dumnie jak paw rozkładające swoje upstrzone kolorowymi wzorami skrzydła. 
Mała pszczoła zaplątała się w pachnący nektarem kwiat, posadzony na osiedlowej rabatce. Jej delikatne skrzydełka drgają niespokojnie, a pracowita pszczółka zbiera jeszcze ostatnie zapasy przed zimą. Ona też robi swoje przetwory, i cieszy się każdym dniem, nie oceniając go, zanim jeszcze nadejdzie. Po prostu przyjmuje go jak dar i czerpie z niego to, co dla niej dobre. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Poniedziałek jest takim właśnie prezentem, który dostajemy na dobry początek tygodnia. Co z tego, że jest opakowany w szary papier codzienności - wystarczy go zedrzeć i odkryć, co znajduje się w środku. 
Spójrz na swój poniedziałek innymi oczami. Życzliwiej. Bez uprzedzenia. Nie oczekuj jedynie trudów, kamieni milowych i rutyny. Pozwól, by Cię zaskoczył, albo zrób coś, czym zaskoczysz samą lub samego siebie. Właśnie dziś, w poniedziałek. I właśnie po to, aby dostrzec, że ten dzień nie jest taki zły, pomimo tego, że wzywa do podjęcia obowiązków. Zobaczysz, ile dobrych chwil Ci przyniesie, jeśli tylko mu na to pozwolisz.
Od września - oswajamy poniedziałki:) Opowiesz mi, co przyniósł Ci Twój? 
Monika A. Oleksa 

Poniedziałek to szansa na spotkanie z drugim człowiekiem. Miłego dnia!
   

piątek, 12 września 2014

Figlarne słowa

Dzisiaj zacznę nietypowo, od zaproszenia na ciekawe spotkania, na których warto być. 





Zgubiłam zdanie. Wypadło mi z kieszeni, do której go schowałam, aby nie zapomnieć, i tak po prostu - wyleciało. Na ulicy Darłowskiej, w Dąbkach. Pamiętam tylko, że było początkiem i bardzo mi się spodobało. Nie zapisałam go, bo akurat nic przy sobie nie miałam, i masz babo placek! Uciekło. 
Te zdania... Przychodzą zupełnie nieoczekiwanie i zaskakują mnie. Prowokują i sprawiają, że odpływam myślami tam, gdzie chcą mnie zabrać. Przez nie chodzę z głową w chmurach, zapominam o gotującej się zupie, i słyszę to, co chcę usłyszeć:) 
Pierwszy tydzień września spędziłam razem z moją przyjaciółką, Basią Smal, w ukochanych Dąbkach. Choć jesteśmy zupełnie różne - jak ogień i woda, wiele nas łączy i doskonale się dogadujemy. Ale czasami zdarza się nam przebywać w tym samym czasie, w dwóch różnych światach, i nasza rozmowa i wymieniane między sobą zdania, stają się absolutnie fascynujące. 
Słoneczne, wrześniowe popołudnie i nasz spacer brzegiem huczącego, prowokowanego przez wiatr morza. Dookoła nas, pusta o tej porze roku, plaża, dziko porośnięte wydmy i my - Basia i ja. Idziemy boso plażą, wsłuchane w morze i w siebie same, i nagle, pragnąc bliskości człowieka, zadaję Basi pytanie: 
- Kiedy ostatni raz widziałaś się z Kowalskimi? (tutaj pada nazwisko naszych wspólnych znajomych, o których zawsze rozmawiamy z Basią ciepło - Kasiu i Michale, pozdrawiam Was serdecznie!) 
Idąca przede mną Basia odwraca się, patrzy na mnie wzrokiem, w którym dostrzegam ogromne zdziwienie, po chwili zerka na morze, i odpowiada mi wolno: 
- Ale ja nigdy nie widziałam delfinów... To znaczy, na żywo... 
Mój wzrok musiał wyrażać to samo, co Basi po moim pytaniu, bo moja przyjaciółka nagle ocknęła się z dziwnego stanu, w którym ja nadal trwałam, i zwróciła się do mnie: 
- Ale powtórz, o co ty mnie pytałaś? 
- A co ty usłyszałaś? - spytałam z ciekawością. 
- No właśnie... Kiedy ostatni raz widziałaś delfiny? I dlatego popatrzyłam na morze, bo pomyślałam, że właśnie przypłynęły nad Bałtyk i chcesz mi je pokazać. 
No cóż, Kowalscy i delfiny, zdania, które wymknęły się nam spod kontroli. Podobnie jak nasza rozmowa przy kawie, tego samego dnia. Tylko tutaj nie wiało... 
Siedziałyśmy na tarasie "Marii", miejsca, które jest dla mnie jak drugi dom i dokładnie tak się tutaj czuję. Jak wśród moich bliskich. Jak w rodzinnym domu. 
Pijemy kawę i rozmawiamy leniwie, ciesząc się tym czasem, który obie dostałyśmy. 
Nagle Basia wskazuje ręką coś za mną, ponad moją głową, i mówi: - Zobacz jakie chmury. 
A ja odpowiadam: 
- Nie wiem, może to jaskółki, albo mewy.
Basia patrzy na mnie dziwnie, a ja mam wrażenie, że powiedziałam coś nie tak. No właśnie, a ja kompletnie nie słyszałam nic o chmurach, tylko pytanie, na które uprzejmie odpowiedziałam,a które dla mnie brzmiało: - Nie wiesz, czyje to małe?
Po wysokości, w którą wpatrywała się Basia doszłam do wniosku, że nie może pytać o żadne stworzenie bez skrzydeł, stąd te jaskółki lub mewy. Do głowy nie przyszły mi chmury!
Jeszcze jedno takie zdarzenie przytrafiło się nam dzień później. Spacerując po Dąbkach, minęłyśmy starsze małżeństwo. Bardzo elegancka pani, około 70-tki, w niebieskiej sukience tuż za kolana i w białych perłach, ze starannie ułożonymi włosami, bardzo spodobała się Basi. Rzeczywiście, było w niej dużo elegancji i naturalnego wyczucia smaku. 
Kiedy minęłyśmy tę ładną parę i odeszłyśmy na przyzwoitą odległość, usłyszałam jak Basia powiedziała półgłosem: 
- Bardzo podoba mi się syn tej pani. 
Spojrzałam na moją przyjaciółkę ze zdumieniem, i spytałam: 
- Skąd wiesz, że to był jej syn?! Wydaje mi się, że był trochę za stary, jak na syna. 
Basia na chwilę zamilkła, kompletnie nie wiedząc, o czym mówię, ale że byłyśmy już po delfinach i chmurach wiedziała, że rozmowa między nami nie zawsze jest normalna. 
- Ale o jakim synu ty mówisz? - odezwała się, gdy już chwilę ochłonęła. 
- No... tej pani - odpowiedziałam niepewnie. 
- Ale ja nie znam jej syna!
- A przepraszam, co powiedziałaś przed chwilą? 
- Że podoba mi się jej styl!
No i wszystko jasne:) Eulalia i Bogusia przy nas wysiadają:D 
Figlarne słowa. Na koniec pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, którą opowiedział mi mój uczeń (tata dwóch dziewczynek w wieku szkolnym), a która bardzo mnie wzruszyła.
Ranek jak co dzień, zamieszanie w kuchni, pośpiech i nawoływania, a w tym wszystkim rozmowa ojca z córką: 
Tata: - Jesteś szczęściarą, wiesz? 
- Dlaczego? - pyta dziewczynka.
- Bo cię kocham! 
Dorotka uśmiecha się, patrzy na tatę i mówi: 
- Ty też jesteś szczęściarzem, wiesz? 
- Dlaczego? - pyta tata przekornie. 
- Bo masz mnie!
Słodkie, prawda? Jestem złodziejką słów, nic na to nie poradzę... 
Monika A.Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

    

wtorek, 9 września 2014

Wtorkowe spotkania kulturalne: Consilia Maria Lakotta "Nocna rozmowa"

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"A jeśli tej miłości już nie ma i nikt nie potrafi się na nią zdobyć?"

Wyobraź sobie noc bez światła. Wielkie miasto, w którym nagle, na wiele długich godzin, braknie prądu. Pogasły wszystkie latarnie i neony, z każdego okna wygląda jedynie ciemność, której nie można oswoić kojącym dźwiękiem płynącym z radia, miganiem telewizora czy surfowaniem po Internecie. Cisza i ciemność. Lęk, niepewność i totalne zaskoczenie, jak to możliwe w świecie tysiąca wynalazków, usprawniających życie współczesnego człowieka.

"Kto wie, co by się zdarzyło, gdyby kiedyś zapadła noc nad całym kontynentem."

Od takiej sceny rozpoczyna się powieść Consilii Marii Lakotta "Nocna rozmowa". Listopadowa noc w 1965 roku i Nowy Jork bez światła, gdy zawiodły turbiny elektrowni nad Niagarą. W taką noc wiele się może wydarzyć. W taką noc ludzie zdzierają maski, które wkładają, aby coś udowodnić innym lub światu, i stają przed sobą ze wszystkimi słabościami i lękami. W ciemności człowiek nie chce być sam. Szuka towarzystwa drugiego człowieka i potrzebuje rozmowy, która mimowolnie przeradza się w spowiedź. 
Kapitan Gregory Bower, Amerykanin niemieckiego pochodzenia, w taką właśnie noc dotyka miejsc w swoim sercu, które pieką boleśnie. Czując ogromną potrzebę oczyszczenia, opowiada historię swojej miłości i małżeństwa z Judith, córką żydowskiego handlarza antyków. W tej spowiedzi życia i poprzez stanięcie w prawdzie z samym sobą, Gregory odnajduje odpowiedzi na wiele dręczących go pytań, które dotąd lekceważył. Zaczyna również rozumieć relację, łączącą Judith z jego bratem, Ablem. Czy w tej ciemności, która ogarnęła również duszę Gregorego, będzie mógł odnaleźć wybaczenie dla samego siebie? 

"Niektóre dzielnice Nowego Jorku spowijały jeszcze ciemności, ale pomiędzy ludźmi zabłysło inne światło. Były to drobne epizody. Nowojorczyk, nieznany, bezimienny, chodzący po pogrążonych w ciemnościach alejach, odkrył nagle, że nie jest sam. Byli ludźmi, lecz naraz stali się bliźnimi." 

Powieść Consilii Marii Lakotta podejmuje trudną tematykę relacji w bezdzietnym małżeństwie. Niezrozumienie i konflikt między Gregorym a Judith pogłębia się, nie tylko ze względu na pustkę w ich domu i zazdrość o brata, której Gregory nie może się pozbyć, ale również dlatego, że małżonkowie nie mają wspólnego oparcia w fundamencie, na jakim zbudowali swoje małżeństwo. Autorka pokazuje, że nawet największa miłość, łącząca dwoje ludzi, nie przetrwa próby czasu i ciężkich doświadczeń, które przynosi życie, jeśli ta relacja nie zostanie oparta na skale, jaką jest wspólna, żywa wiara. Zauroczona nowym Izraelem Judith, gotowa jest zostawić wszystko, i wyjechać do kraju swych przodków, aby tam odnaleźć sens życia. Natomiast stąpający twardo po ziemi Gregory, na swój męski sposób próbuje wytłumaczyć żonie, że to utopia, i że świat, który Judy sobie wymarzyła, nie istnieje. Nie ma jednak między nimi jedności, która pomogłaby im zrozumieć siebie nawzajem, a Gregory czuje, że zaczyna tracić żonę i wie, że aby ją zatrzymać, musi zmienić swoje priorytety i sposób, w jaki patrzył na ich wspólne życie. 

"Można kogoś pozbawić ideałów tylko wtedy, jeśli w ich miejsce ma się do zaoferowania większe."

"Nocna rozmowa" nie jest prostym ani łatwym czytadłem, ale wartą przeczytania, mądrą powieścią, która wciąga czytelnika i stawia przed nim pytania, na które sam musi znaleźć odpowiedź. Dotyka ważnych prawd i bolesnych tematów w życiu człowieka, którym ludziom trudno stawić czoła w samotności, a do tego, napisana wiele lat temu, wyjaśnia prostymi słowami, dlaczego świat, pomimo swojego postępu intelektualnego i technologicznego, wciąż staje przed międzynarodowymi konfliktami, nie mogąc znaleźć drogi porozumienia. 

"Miłość wyzwala od lęku. Odwróć te słowa, a wtedy zrozumiesz. Przeciwnie można bowiem powiedzieć, że lęk niweczy miłość. To nasza sytuacja. Dlatego mamy rakiety i antyrakiety. Stąd to ciągłe zagrożenie w naszym świecie. (...) Lęk paraliżuje wszystkie narody, wmawiając, że zaradzić można im tylko w jeden sposób: napawając innych jeszcze większą obawą. To sprawia, że miłość umiera między ludźmi, gdyż nie wie ona, co to groźba. I gdyby była, to nie potrzebowalibyśmy rakiet." 

Consilia Maria Lakotta jest wnikliwym obserwatorem życia, a "Nocna rozmowa" w dzisiejszych czasach, w obliczu konfliktu ukraińskiego, staje się bardziej współczesna, niż jakikolwiek dokument tworzony obecnie. 
Polecam "Nocną rozmowę" Consilii Marii Lakotta wszystkim, którzy zadają życiu pytanie: Dlaczego?, i nie potrafią odnaleźć sensu w tym wszystkim, co dzieje się dookoła i w nich samych. To książka o poszukiwaniu i odnalezieniu. Książka z przesłaniem nadziei, że dopóki ufamy, lęk nas nie pokona, bo Miłość jest od niego silniejsza.

"Nie ma innego wybawienia od lęku, jak tylko przez Jego miłość. Miłość Zbawcy." 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Nocna rozmowa" Consilii Marii Lakotta. 
Monika A. Oleksa

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu M 

   


Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 7 września 2014

W ogrodzie słów

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Moje słowa wyrastają w dzikim ogrodzie. Są nieujarzmione, podobnie jak zioła, które rosną tam, gdzie chcą i gdzie im dobrze. Układają się kępkami, wplatając między siebie i łącząc, czasami w najbardziej nieprawdopodobny sposób. Niektóre z nich są niepokorne i zupełnie mnie nie słuchają. Pojawiają się tam, gdzie się ich nie spodziewam, zaskakują mnie, często złoszczą lub zdumiewają. Mają w sobie jednak moc, jak dobra przyprawa - wystarczy zaledwie szczypta, aby nadać potrawie niepowtarzalny smak. Tak samo moje niepokorne słowa doprawiają to, co zapisuję, swoją treścią, a ja już się nauczyłam, że to nie ja je prowadzę, tylko one mnie. 
Są dni, kiedy mój ogród śpi. Odpoczywa, czekając na wzejście nowych pędów i młodych pnączy. Zaglądam tam, ale już od wejściowej, lekko skrzypiącej furtki wiem, że nic tego dnia nie napiszę, bo moje słowa jeszcze nie wzeszły. Czekają, przytulone do ziemi, która daje im siłę. Uśmiechnięte promyki słońca dopieszczają je, a ja podlewam swoją wyobraźnią i konewką pełną spółgłosek i samogłosek, wierząc, że ułożą się z nich dobre słowa. 
I układają się. Pojedyncze rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki. Przysłówki, imiesłowy, zaimki. Obserwuję je ciekawie i czekam, śledząc wzór, w jaki się łączą. 
Czasami wystarczy jedno słowo. Mgnienie. Wspomnienie. Nagła myśl. Jedno słowo, które ciągnie za sobą inne, wśród których tak pięknie się komponuje. 
Morze. Szumi. Oddycha. Iskrzy się w słońcu i każdego dnia ubiera się w inne kolory. Tańczy rozweselonymi falami, zaczepiając spacerujących jego brzegiem ludzi i zachęcając ich do podjęcia zabawy. W wietrzne dni drobne kropelki bryzy osiadają na rozgrzanej słońcem skórze, i chłodzą ją, przynosząc zapach słonej wody. 
Sosny. Wysokie i strzeliste, dumnie wyprostowane i wznoszące swe konary do nieba. Kołyszą się na boki w rytmie, który dyktuje im wiatr, i wyglądają wtedy, jakby tańczyły walca. Niektóre z nich pochylają się pod naporem nawałnic, którym już nie mają siły stawiać czoła. Zupełnie jak człowiek, który przygarbia się pod bagażem trosk i doświadczeń, które niespodziewanie przynosi życie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Odciśnięty w piasku ślad. Czyjaś obecność, zapamiętana pośród delikatnych ziarenek. Wgłębienie, będące znakiem czyjegoś istnienia. 
Jaskółki, podniebne trzpiotki. Rozkrzyczane, jakby spierały się ze sobą o to, która ładniejsza, smuklejsza, mądrzejsza. Szybują, zataczając kółka, obniżają swój lot, aby za chwilę wzbić się w górę, świadome swojej urody. 
Słowa. Nie umiem bez nich żyć. Fascynują mnie i zadziwiają. Mają w sobie moc uleczania, ale i niebezpieczeństwo zranienia. Dobrze się wśród nich czuję, choć wolę je spisywać, niż wypowiadać. Lubię się nimi otaczać i przysłuchiwać snutym opowieściom. Lubię ich dotykać i przyglądać się im z ciekawością. 
Nazbieram ich dla Ciebie, dobrze? Przejdę się po moim ogrodzie, i nazrywam bukiet kolorowych słów, który Ci przyniosę. Przetkam go subtelną gałązką z życzeniami, abyś w tych słowach znalazła i znalazł coś dla siebie. By okazały się potrzebne, budujące, umacniające, pocieszające. By dały Ci siłę w trudnej codzienności; pomogły podjąć decyzję, dokonać wyboru. By potrafiły rozweselić, ukoić i choć przez krótką chwilę rozświetlić dzień radosnym promykiem, którym chcę Cię dotknąć. 
Przesyłam Ci go, aby zabarwił nadchodzący poniedziałek kolorem intensywnej tęczy, uśmiechem i dobrym słowem z błogosławieństwem w tle. A kiedy w Twoim życiu zacznie się ponura i szara jesień, zajrzyj do mojego ogrodu i narwij dla siebie słów. One zawsze tutaj na Ciebie czekają. 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa
      

czwartek, 4 września 2014

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Polecie. Czas między latem a jesienią, kiedy świat jak najdłużej chce zatrzymać ciepło i słońce, ale nieunikniony bieg natury i przemijania sprawia, że poranki i wieczory ziębią chłodem, dzień staje się coraz krótszy, a długie wieczory niosą w sobie zapowiedź jesieni. 
Przemijanie. Metamorfoza. Przechodzenie jednego w drugie. Koniec i początek. Odwieczny rytm, któremu poddaje się natura, i któremu człowiek nie chce się podporządkować. A przecież wszystko w życiu ma swój czas, i trzeba się z tym pogodzić. Życie jest wędrówką, podczas której człowiek dotyka różnorodności miejsc i zdarzeń. Dłuższe zatrzymanie się w jednym punkcie sprawia, że przyzwyczajamy się do tego, co otrzymaliśmy i gdzie doszliśmy, i przestajemy to najpierw dostrzegać, a potem już nie umiemy się tym cieszyć. Doceniamy to dopiero wtedy, gdy wędrujemy, i dotykamy różnych doświadczeń, również tych trudnych. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
 Wieczne i niekończące się lato... Szybko by znużyło swoimi upałami i kaprysami. Nawet nadmorska plaża potrzebuje czasu odpoczynku i naturalnej regeneracji bez udziału człowieka. Zdeptane wydmy dopiero teraz zaczynają oddychać, a trawa na nich powstaje, kołysząc się łagodnie na wietrze. Zgiełk, który współczesny człowiek przywozi ze sobą nawet w zaciszne zakątki, ustaje i ustępuje miejsca rozkrzyczanym mewom, szumowi morza i melodii wiatru, który goni się ze spienionymi falami. 
Pomimo nadchodzącej jesieni, morze nadal ma w sobie magnetyzujący urok. Oddycha, poruszając się regularnym rytmem przypływów i odpływów. Przyciąga, niczego nie obiecując. Flirtuje, zaczepiając i ochlapując słonymi kroplami. Czasami krzyczy, pokazując swoją potęgę i uświadamiając człowiekowi, że może niewiele w starciu z naturą. I mieni się srebrnymi promykami, tańczącymi po pomarszczonej tafli. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
Morze nigdy nie milczy. Opowiada historie zaczerpnięte z głębin i wplecione w fale przed wiekami. Poddaje się rytmowi następujących po sobie pór roku i akceptuje je, wciąż dając z siebie tyle, ile chce ofiarować. I nie przestaje zachwycać, koić i oczyszczać z nadmiaru spraw, które ludzie noszą w sobie. 
Lubię dotyk morza. Pomimo ukrytej w sobie mocy, jest delikatny. Pieści gładką powierzchnię kamyków, i gładzi przybrzeżny piasek. Zaczepia bose stopy ludzi, jakby nawoływało do zabawy. Wciąż wychodzi naprzeciw, jakby nieustannie chciało zwracać uwagę na swoje piękno, które jest darem. Darem Boga dla człowieka. 
Porośnięte dziką roślinnością wydmy, otulają plażę. Ustawiły się tak, aby móc patrzeć na morze i rozmawiać z nim. Pomimo kruchości piasku, tworzącego zbocze, potrafią stawić opór i powstrzymać szalejącą potęgę w czasie sztormu. Nie ustępują, choć wściekłe fale roztrzaskują się o nie z niezadowoleniem. Są częścią natury, której człowiek nie umie uszanować.
Wrześniowe słońce jeszcze dopieszcza, coraz słabszymi już, promieniami. Uśmiecha się, rozświetlając to, na co chce zwrócić uwagę. Wskazuje szczegóły, które - zebrane razem, tworzą niepowtarzalny kolaż barw i kształtów. Drobiazgów, z których utkana jest codzienność. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Nad opustoszałą plażą kołuje mewa. Czasami krzyknie, chcąc się przekonać, że nie jest na tym przestworzu sama. Kiedy morze cichnie na wieczór, zmęczone szybowaniem ptaki siadają na jego tafli i kołyszą się, w rytmie przybiegających do brzegu fal. Skłębione chmury układają się w ciekawe wzory, opowiadając swoim kształtem baśń dla każdego, kto uniesie głowę i tęsknym wzrokiem zapatrzy się w niebo. A ono, to niebo, próbuje dorównać morzu, i ubiera się w niepowtarzalne kolory, przechwycone słońcu. 
Natura przyjmuje koniec i początek z pokorą. Rozumie, że pory roku zmieniają się według odwiecznego rytmu, i nie próbuje go zmieniać ani powstrzymać. Wspomnienie lata zostanie w odciśniętych na piasku śladach i opowieściach szumiącego morza. A jesień nadejdzie cichutko i niepostrzeżenie, obdarowując hojnie każdego, kto zechce ją zauważyć. Nadmorski kamyk zaś będzie snuł swoją opowieść bez względu na to, jaka pora roku obejmie panowanie nad światem... 
Jeśli chcesz wysłuchać jego opowieści, zapisz się na Newsletter DW "Maria" - KLIK (w lewym dolnym rogu strony), a przez cały rok będzie Ci towarzyszył szum morza i historie zapamiętane przez kamyk...
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

   

czwartek, 28 sierpnia 2014

Bogactwo niecodzienności


Fot. Marcin Piotr Oleksa

Sierpień odlicza swoje dni, jak paciorki różańca, w powietrzu czuć już zapowiedź jesieni, a wrzesień zagląda mi przez ramię, podczytując to, co zapisuję. Kończy się pewien czas naszego życia po to, aby mógł rozpocząć się kolejny. Inny. Może nie tak beztroski jak wakacyjne miesiące, ale bogaty w szczegóły, których często nie chcemy zauważać. Zielone jeszcze drzewa zaczną stroić się w kolorowe sukienki z barwnych liści, a przed naszymi oczami snuć się będą srebrne nici babiego lata. Nastanie czas placków drożdżowych ze śliwkami i szarlotek, które wypełnią dom cynamonowym zapachem. Koniec lata nie oznacza początku nużącej jesiennej wędrówki po codzienności. Jest jedynie etapem, który trzeba przejść, czerpiąc z bogactwa niecodzienności, jakiego doświadczaliśmy w lipcowym i sierpniowym czasie zwolnienia, zatrzymania, przystanięcia.

Fot. Michał Oleksa

Nasze cenne wakacyjne i urlopowe chwile powinniśmy zatrzymać w sobie, aby czerpać z nich wtedy, gdy życie przygniecie, rutyna znuży, a my zaczniemy wątpić w sens tego, co robimy. 
Wyobraź sobie, że te chwile niecodzienności są jak letnie owoce - dorodne, soczyste i słodkie. A jednak krótkotrwałe. Aby zapamiętać ich smak, i móc powrócić do niego w zimowe dni szarości, wkładamy je do słoików i zasypujemy cukrem. Albo zesmażamy, i zapamiętujemy smak lata w dżemach i powidłach. A kiedy tak strasznie zatęsknimy za słońcem, otwieramy taki słoik i delektujemy się smakiem, zapachem i wspomnieniem - truskawki, maliny, wiśni, śliwki, brzoskwini, aronii... 
W tym roku zaniosłam do spiżarki mojej pamięci wiele takich słoików. Pochowałam tam dobre dni i dobrą energię, którą otrzymałam od niesamowitych ludzi. Przez dwa letnie miesiące zostałam tak hojnie obdarowana spotkaniami i rozmowami (dla pisarza - bezcennymi!, i pochowanymi w sercu, aby dojrzewały, jak dobre wino), że z pewnością starczy mi tych "przetworów" z promiennym uśmiechem lata, na długo. Będę odkręcać wieczko takiego słoiczka zawsze wtedy, gdy dopadnie mnie tęsknota, jesienna melancholia czy zimowa depresja. Zanurzę w nim swoją twarz, aby poczuć zapach morza i usłyszeć jego szum. Na czubek palca nabiorę, niczym gęstą konfiturę, wspomnienie smaku delicji nałęczowskiej, i ogrzeję się w promieniach słońca, które jest we mnie, i w oczach tych, których podarowało mi życie. 

Fot. Michał Oleksa

I nawet jeśli z nieba będzie lał się deszcz, pod parasolem przemierzę ulice mojego miasta, wspominając spacer w strugach ciepłego deszczu, z Sabinką, którą pokochałam od pierwszego spotkania. Dobry duszek, z niesamowitą energią i uśmiechem na twarzy, pomimo kopniaków, których nie szczędzi życie. Te lipcowe godziny, wyrwane obowiązkom, w które uwikłała mnie lubiąca zaskakiwać codzienność, były dla mnie prezentem, za który Ci, Sabinko, ogromnie dziękuję!

Spotkanie z Sabinką i Izą w Pożegnaniu z Afryką, w Lublinie :) 
  
Te wspólne godziny, pomimo tego, że minęły tak szybko, podarowały mi tak wiele...
Dziękuję też Marzence, która w końcu! zdecydowała się przemierzyć Polskę z zachodu na wschód, abym mogła ją ugościć w moim Lublinie :) Ten czas, który dostałyśmy, był magiczny i dał mi siłę do uporządkowania trudnych spraw, które jakiś czas temu mnie przerosły. Wspólne kuchenne prace i przegadane wieczory zbliżają, a Przyjaźń, która rozpoczęła się kiedyś w ukochanych Dąbkach, z każdym rokiem pięknieje, pomimo odległości. Za to, że chcesz ją pielęgnować i za to, że jesteś - dziękuję Marzenko Tobie i Twojej cudownej rodzinie :) 

Przy Marzence spojrzałam na swoje miasto innymi oczami
  
Przyjaźń, która dla trzylatków zaczęła się w Dąbkach, trwa do dziś
To był dobry czas, pełen bliskości, której na co dzień często brakuje


W oddzielnej szkatułce ze skarbami niecodzienności, ukryłam trzy wrażliwości, przy których, krok po kroku, odkrywałam bogactwo człowieka, i do których lubię powracać, aby ogrzać się w cieple, które mi ofiarowały i wciąż ofiarowują! Lidka obdarowała mnie spokojem i obietnicą pięknej przyjaźni, którą doceniłam, podobnie jak tę bardzo kobiecą, skromną i bogatą wewnętrznie dziewczynę. Dwa tygodnie przemknęły nie wiadomo kiedy, ale w mojej szkatułce zostało wiele pięknych okruszków szczęścia, do których często zaglądam. Swoją wrażliwością i wielkim ciepłem, podzieliła się ze mną Bożenka. Dzięki Twojej serdeczności i rozmowom, których mam niedosyt, straciłam część swojego "bagażu", który przywiozłam z Lublina aż do Dąbek. Nie każdy umie tak mądrze słuchać jak Ty, Bożenko! Za te chwile razem i za świadomość, że jesteś po tej drugiej stronie ekranu i telefonu - dziękuję! 
Wrażliwość Kasi smakuję od roku. I z każdym spotkaniem odkrywam w niej coś nowego. Połączyła nas nałęczowska Ewelina, do której obie lubimy wracać, pomimo tego, że dojeżdżamy tam z różnych kierunków. Skromność Kasi podbiła moje serce, a sama Kasia stała mi się tak bliska, że trudno mi uwierzyć, że spotkałyśmy się zaledwie rok temu... Zamykam je wszystkie, trzy wrażliwości, w specjalnie stylizowanej szkatułce, i chowam na gorsze dni, kiedy znowu będzie pod górkę... 

Nałęczów z Kasią ma wyjątkowy smak
Połączyło nas właśnie to miejsce - nałęczowska Ewelina
Do mojej spiżarki z cennymi "przetworami", zanoszę ostrożnie przebogatą konfiturę z nadbałtyckiego spotkania w Sarbinowie, i w Chełmie. Natalia i Karolina, obie nierozerwalnie ze sobą związane w mojej pamięci i sercu, i obie tak pełne pięknego człowieczeństwa. 

Karolina i jej Mama zawsze goszczą nas po królewsku
W Natalii odkryłam swoją pokrewną duszę

Oddzielny słój (bo słoik to za mało!) to wspomnienia z Dąbek i ludzie, którzy są częścią miejsca, do którego wracam jak do domu. Tak bliscy, pomimo odległości. Tak przebogaci w nieukrywane uczucia, nienapuszoną i nieksiążkową mądrość, w szczerą serdeczność i pokłady życzliwości. Do tego słoja będę zaglądać najczęściej, bo jest dla mnie jak gąsior z drogim winem, którym częstuje się wyjątkowych gości.
Moja spiżarka - bogactwo niecodzienności. Ty też masz wiele takich chwil, z których możesz czerpać, pomimo końca lata i urlopowej beztroski. Masz ludzi, którzy Cię ubogacają, i którzy barwią Twoje życie na wyraziste kolory tęczy. Nie roztrwoń tych momentów, tylko schowaj je do swoich szkatułek i spiżarek. Zaglądaj tam wtedy, gdy życie straci smak, a przygnębienie zajrzy Ci w oczy. Przypomnij sobie dni, kiedy słońce śmiało się do Ciebie od samego rana, i gdy ktoś tak pięknie Cię słuchał, patrząc Ci prosto w oczy. Czerp z tego garściami i nie pozwól, aby szarość rozpanoszyła się w Twoim życiu. Zachowaj w sobie lato jak najdłużej i podziel się nim z tymi, którzy stracą nadzieję. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Letni spacer po Lublinie

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Lublin. Moje miasto, w którym się urodziłam, w którym dorastałam, i w którym mam swoje miejsca, ścieżki i ludzi, bez których moje życie nie byłoby tak pełne jak jest, i którzy sprawiają, że moja codzienność ma kolory tęczy. Rodzina, przyjaciele i cudowni sąsiedzi, dla których nie uciekam z bloku do domku poza miastem, bo mi przy nich po prostu dobrze. 
Miasto, które ma klimat, i które gościnnie przyjmuje każdego, kto zechce tu zawitać. Prowincja Europy, z sercem wyciągniętym na dłoni. 
Dzisiaj chciałabym zabrać Cię na letni spacer po moim Lublinie; takim, jaki przemierzam codziennie, i który jest mi bliski. Chciałabym pokazać Ci moje miejsca i opowiedzieć, dlaczego właśnie Lublin jest moim miastem, w które wrosłam i które pokochałam i doceniłam.

Brama Krakowska prowadząca na lubelską Starówkę
Trybunał Koronny na rynku Starego Miasta  
Zapraszam na letni spacer po moim Lublinie... 
Lubelskie Stare Miasto zachwyca swoją specyficzną atmosferą i kamieniczkami, które pięknieją po renowacji. Restauracje, kawiarnie, puby i knajpki zapraszają uśmiechem kelnerów do letnich ogródków i klimatycznych wnętrz. Warto przysiąść choć na chwilę w jednej z nich, i poczuć serce mojego miasta, które bije właśnie tutaj, na Starówce. 
Jeśli masz ochotę na naprawdę dobrą herbatę i słodką pokusę, warto wstąpić do Akwareli - KLIK. Często tu wracam, bo lubię tę kawiarnię za jej subtelność, miłą obsługę i to "coś", czego często brakuje mi nawet w najbardziej malowniczo położonych kawiarenkach. "Akwarela" ma to "coś" i pewnie dlatego tak wielu lublinian ją odwiedza i przyprowadza tutaj swoich przyjaciół, podobnie jak ja :)
Na wyjątkową kawę i literackie desery ( m. in. Leśmiana, Czechowicza, Tuwima) polecam Pożegnanie z Afryką - KLIK . Ukryta w lubelskich podziemiach kawiarnia, przytulona do Muzeum Czechowicza, zaprasza na pełne pokus zatrzymanie we wnętrzu, które zachwyca. Pachnie tu literaturą, poezją i wyśmienitą kawą, a słowa przy rozmowie same się plotą w dialog, który łączy. Od września do czerwca, w każde czwartkowe popołudnie, można tu "zasmakować"  literackich spotkań z poetami i pisarzami, prowadzonych przez panią Hannę Olszewską, wkładającą w ich przygotowanie i prowadzenie całe swoje serce. Warto się tu wybrać, aby poczuć prawdziwy klimat Lublina, miasta kultury, którą przesiąkło. 

Na Starym Mieście mam swoje ulubione kawiarenki, w których lubię spotykać się z przyjaciółmi
Stare Miasto ze swoimi uliczkami i kawiarenkami. "Akwarela" po lewej, "Mandragora" na wprost.
Takie zaułki kryją w sobie wiele tajemnic
Stare Miasto tłumnie odwiedzają lublinianie i turyści
To miejsce ma swój niepowtarzalny klimat o każdej porze roku
Zaraz obok "Pożegnania z Afryką" znajduje się kościół Dominikanów - Bazylika Relikwii Krzyża Świętego, skromne ale jakże wyjątkowe miejsce. Ze zgiełku tętniącego życiem Starego Miasta, wchodzi się w zupełnie inny świat. Zadumany, wyciszony i kojący spokojem, promieniującym od Tabernakulum. Stare ławki pachną historią, a mury zatrzymały na sobie wydarzenia minionych wieków, utrwalone we freskach i malowidłach. Naprawdę można tu nakarmić swoją duszę, a pusty żołądek rozpieści Mandragora - KLIK, restauracja żydowska, do której trzeba zajrzeć i posiedzieć, degustując tutejszą kuchnię i chłonąc atmosferę tego wyjątkowego miejsca. Nie można go ominąć, będąc w Lublinie! 
Lubelska Starówka ma wiele zaułków, które doskonale pokazują historię tego miasta. W samym środku Starego Miasta, tuż za Bramą Krakowską, na ul. Rynek, stoi Trybunał Koronny, zwany również Pałacem Ślubów. Nieco dalej, idąc w dół ulicą Grodzką, dojdziemy do Placu Po Farze, na którym zachowały się fragmenty murów lubelskiej fary; pierwszego kościoła parafialnego w Lublinie pod wezwaniem św. Michała Archanioła, pochodzącego z XIII w, doszczętnie zniszczonego.

Plac Po Farze i zachowane fragmenty murów kościoła farnego
Uliczkami Starego Miasta można wędrować i wędrować... 
Plac Po Farze
Ukryty w zaułku kościół Dominikanów 
Kamienice Starego Miasta w Lublinie
Herb Lublina
W starych kamienicach pochowały się cynamonowe sklepiki i antykwariaty, gdzie można wyszperać oryginalne, stare przedmioty, w tym antyki i ciekawą biżuterię. 
Położone na wzgórzu lubelskie Stare Miasto, jest doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego widać panoramę Lublina. Warto tu zajrzeć w połowie sierpnia, aby odwiedzić odbywający się  corocznie Jarmark Jagielloński. 
Miejscem, w którym również można zasmakować Lublina, jest Teatr Stary. To tutaj toczą się Bitwy o Kulturę i odbywają niepowtarzalne koncerty w kameralnym gronie. Tutaj przyjeżdżają aktorzy z całej Polski, dopieszczając lublinian i zaspokajając ich potrzebę życia kulturalnego, które w naszym kraju jest najmniej doceniane i finansowane. Artyści lubią nasz Teatr Stary, bo ma niesamowitą akustykę i trudny do podrobienia klimat, a lubelska publiczność jest wdzięczna i potrafi docenić dobrą sztukę i energię włożoną w koncert.
Przemierzając Stare Miasto spacerowym krokiem, dojdziemy do Zamku Lubelskiego, który zapisał się w historii Lublina tragicznie. To na Zamku, w czasie drugiej wojny światowej, mieściło się więzienie, w którym zginęło wiele tysięcy ludzi. Dziś mieści się tu muzeum, w którego zbiorach znajduje się m.in. Unia Lubelska Jana Matejki. Sam Zamek nie wzbudza mojego entuzjazmu, nie podoba mi się styl, w jakim został odbudowany; warto jednak zwiedzić zabytkową Kaplicę Trójcy Św., z freskami pochodzącymi z XV w.
Wracając Starym Miastem, dojdziemy do Bramy Krakowskiej, pod którą umawia się większość lublinian :) Spacerem przechodzę deptak, który dziś jest wizytówką mojego miasta, ale pamiętam jeszcze takie lata, gdy przez tę główną ulicę miasta przejeżdżały autobusy, trolejbusy, i nie tak liczne jak dziś, samochody. 

Fot. Michał Oleksa 
   
Teatr Stary, do którego lubimy zaglądać 
Romantyczny spacer uliczkami Starówki... 
Ulica Królewska w Lublinie
Lubelska Archikatedra, w której znajduje się cudowny obraz Matki Bożej Płaczącej
Centrum Miasta to Teatr im. Juliusza Osterwy, kawiarenki, banki i moja parafia, kościół pod wezwaniem Nawrócenia Św. Pawła, z którym jestem bardzo związana i sercem, i pełnioną funkcją radnej parafialnej. 
Mam wiele miejsc w moim Lublinie, w których czuję się dobrze, i gdzie lubię przebywać. Lublin to nie tylko Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście, ale i cmentarz przy ulicy Lipowej, opisany przeze mnie w "Miłości w kasztanie zaklętej". Tutaj wyciszam się od zgiełku miasta, otulona szumem drzew i szeptem tych, których tam odwiedzam. Wciąż bliskich, pomimo tego, że ich ziemskie pielgrzymowanie już się zakończyło. 

Deptak - wizytówka mojego miasta
Moja parafia, z którą się mocno identyfikuję
Teatr im. Juliusza Osterwy
Deptak latem tętni życiem
Cmentarz przy ul.Lipowej 
Nekropolia przy Lipowej to jeden z najstarszych cmentarzy w Polsce
To ten właśnie cmentarz opisałam w "Miłości w kasztanie zaklętej"

Lublin to również moje osiedle, przyjazne, pełne zieleni i miejsc, po których razem z Mattie możemy spacerować. Nie ma tu żadnych ogrodzeń, ani płotów wydzielających prywatny kawałek chodnika i trawnika. Zadbane alejki i rozległe pasma zieleni, w tym przepiękny wąwóz, są dla wszystkich, bez podziału na równych i równiejszych. W osiedlowym sklepie, oprócz codziennych zakupów, dostaję szczyptę serdeczności gratis, a do tego uśmiech i krótką rozmowę. Moich sąsiadów rozpoznaję z daleka i przystaję przy nich na chwilę dłuższą lub krótszą, w czasie której zawsze mamy sobie coś do powiedzenia, czasami pomimo różnicy pokoleń, jaka nas dzieli. 
Osiedlowa biblioteka gościnnie otwiera dla mnie swoje progi, a moje dzieci są tam stałymi bywalcami i oddanymi czytelnikami. Wrosłam tutaj. W to miejsce, bliskie mojemu sercu. Lublinianka od pokoleń, doceniająca to, co moje miasto ma mi do zaoferowania, i identyfikująca się z Lublinem, do którego każdego z Was zapraszam, bo warto! 
Monika A. Oleksa  

Lubię moje miasto i czuję się jego częścią

Warto tu przyjechać :)
Ulica Kozia, już poza murami Starego Miasta
Lubelski Ratusz...
...a przed Ratuszem katapulta... 
Krakowskie Przedmieście