niedziela, 15 stycznia 2017

Migawki z życia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

- Wyjdź stąd!
- Nie wyjdę, dopóki mi tego nie oddasz. 
- Wyjdź z mojego pokoju! Robię tak, jak ty. Też mnie ze swojego wyprosiłeś. 
- Ale zrobiłeś to specjalnie! Celowo mi to zabrałeś. Oddaj mi to! 
Krzyki dobiegające z pokoju mojego pierworodnego nasilają się, a wieczorne wyciszenie powoli zaczyna przeradzać się w nocne poruszenie, wkraczam więc w spór jak na rodzica przystało:
- Miłosz, wyjdź z pokoju Michała! 
- Ale on mi coś zabrał i nie chce oddać! - gniewnie odpowiedział dwunastoletni wojownik. 
- Zakładam, że to "coś" jest ludzikiem Lego. - Jako świadoma, aczkolwiek zapracowana matka, czynnie uczestniczę w życiu moich dzieci, dokładnie znam więc ich obecne fascynacje. - Miłosz, masz przynajmniej trzydzieści innych ludzików, koniecznie potrzebny ci w tej chwili właśnie ten?
- Mama, ty nic nie rozumiesz! - stały tekst moich dzieci. - I co z tego, że mam ich dużo? Ale każdy z nich ma swoją historię i każdy jest wyjątkowy! A w tej chwili potrzebuję właśnie tego, którego zabrał mi Michał! On nie dokończył jeszcze swojej misji, którą rozpoczął! 
Świat dwunastolatka nie jest prosty, choć nam, dorosłym, właśnie taki się wydaje. Dzieci patrzą na życie innymi oczami i odbierają świat bardziej emocjonalnie. My wszystko wartościujemy rozsądkiem, dzieci robią to sercem, dlatego więc ten mały ludzik, jeden z wielu innych poustawianych na Miłkowej półce i parapecie, miał w tej konkretnej chwili szczególne znaczenie, i nie był jedynie częścią masy, ale czymś z własną i odrębną indywidualnością, którą mój syn docenił. 

Trudno powiedzieć, o który toczył się spór...

To ja jestem mamą, ale paradoksalnie, sama uczę się od moich dzieci patrzenia na świat ich oczami. Dzięki nim zachwycam się drobiazgami i pielęgnuję w sobie wiarę w marzenia. I nie stawiam im granic, choć często rozsądek krzyczy, że to nierealne. Moje dzieci wierzą jeszcze w to, że dobro zwycięża i nie jest przereklamowane, i zachłystują się życiem przyjmując każdy dzień takim, jaki po prostu jest. A ja robię to wraz z nimi. 
- Mogę dzisiaj, w wyniku twojego protestu, nie pójść do szkoły? - Miłek, pachnący jeszcze snem i beztroskim dzieciństwem, przytula się do mnie, gdy budzę go rano, i patrzy "słodkimi oczkami", tak jak tylko on potrafi. 
- Nie, kochanie. Jeszcze tylko trzy dni szkoły, i ferie. 
- Ale w ferie przecież nie będę protestować przeciwko likwidacji gimnazjów - mówi z powagą mój szóstoklasista, bardzo rozczarowany niedobrą zmianą w szkolnictwie. 
- Wymyślimy coś.  
Lubię te chwile porannych i wieczornych "przytulanek". Miłosz od urodzenia budzi się z uśmiechem, i pomimo tego, że trochę pomrukuje i coraz częściej włącza mu się syndrom porannego piecucha, budzenie go jest przyjemnością. Z Michałem było zupełnie odwrotnie. Każdemu kto go budził dostawało się tak, że ciągnęliśmy losy na kogo kolej, albo wykorzystywaliśmy do tego naszą suczkę, Mattie. Na niej poranne marudzenie i nieuprzejmości naszego pierworodnego nie robiły wrażenia, po prostu wskakiwała na łóżko i dawała mu sygnał: Wstawaj! 
Teraz jest zasada, że albo wstajesz jak zadzwoni budzenie, albo na własną odpowiedzialność spóźniasz się do szkoły. Siedemnasto i osiemnastolatkowie bardzo walczą o swoją dorosłość, dlatego oboje z Marcinem szanujemy to i dajemy Michałowi wolność, stawiając jednak pewne granice, dzięki którym ma poczucie bezpieczeństwa, podejmując już jednak wiele decyzji samodzielnie. 

Kazimierz latem i wspomnienia, których nie zaciera czas... 

Nie jest łatwo być rodzicem, widząc ile zagrożeń niesie ze sobą współczesny świat. Ważne w rodzicielstwie jest jednak to, aby ta więź, która połączyła naturalnie rodziców i dziecko, była bliskością, w której nie ma zachłanności. Więź, która nie jest węzłem, tylko wolnością podarowaną dziecku ze świadomością, że dostaliśmy je tylko na chwilę i w pewnym celu, i że dzieci nie są naszą własnością, i musimy nauczyć się słuchać ich i uszanować ich odrębność jako człowieka. Związanego z nami, ale indywidualnego, z własnym postrzeganiem świata i decyzjami, jakie wielokrotnie nam się nie spodobają. 

Dwunastoletni Wojownik i jego marzenie, jego decyzje... 

"Dzieci są darem Boga dla rodziców, a nie ich własnością. Są przekazane rodzicom nie po to, aby je kształtowali wedle własnego uznania, ale aby ich strzegli i przygotowali je na to, czego Pan od nich zechce."      João Luís César Neves

Moje dziecko to już człowiek, który ma własną drogę powołania. Ja jestem po to, aby czuwać, otaczać troską, słuchać i odpowiadać na wnikliwe pytania, które często zdumiewają. Nie mogę jednak narzucać mojemu dziecku swoich decyzji, choć wymagam i do pewnego wieku uczę je patrzeć i oceniać świat przez pryzmat moich wartości. Uczę się jednak również tego, aby w pewnym momencie pozwolić mojemu dziecku rozwinąć swoje skrzydła, wycofać się i będąc w pobliżu, pozwolić mu doświadczać życia po swojemu, choć to trudne, bo jestem mamą, i jak najdłużej chciałabym strzec moich chłopców i ochraniać ich przed wszelkim złem i zagrożeniem tego świata. 
- Chciałem przypomnieć, że mam już dwanaście lat, jestem nastolatkiem i mam prawo do okazywania swoich emocji i  do walczących we mnie hormonów - zawiadomił mnie mój młodszy syn, a ja przyjmuję tę prawdę z westchnieniem, czasem utemperuję tę burzę hormonów, ugłaskam przytuleniem, ale przede wszystkim zatrzymuję te chwile, kiedy jeszcze mam ich wszystkich tak blisko siebie... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Monika Anna Oleksa 

Z Kalendarza Dobrych Dni Roku 2017: 

" Mamy prawo popełniać błędy, bo to jest ludzkie. Ale każde życiowe potknięcie uczy nas czegoś cennego. Uważnego patrzenia, świadomego wyboru i nie wracania do tego, co zawiodło."
Monika A. Oleksa 

wtorek, 10 stycznia 2017

Styczniowe Anioły

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Styczeń, jak na styczeń przystało, mrozem skuł polne drogi  i miejskie deptaki, białym szronem pookrywał drzewa i na szybach wymalował zimowe obrazki, z zaszyfrowaną w nich wiadomością, którą odczytać mogą tylko ci, którzy noszą przy sobie klucz do dziecięcej krainy wyobraźni. Biały puch, sypiący się z nieba jak rozdarte pierze, pookrywał mokrym śniegiem jezdnie i chodniki, przytulając się do dachów i zagłębień, otulając przemarznięte gałązki i ludzi, którzy narzekali na brak miłości. Przytulał, nie pytając czy może i czy powinien, i obdarowywał bielą, z którą światu było naprawdę do twarzy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zimowy miesiąc, który jako pierwszy z braci wyciągał do ludzi rękę na pojednanie. Z czasem i samymi sobą. Z tymi, którym wybaczyć nie potrafili, i z przeszłością, do której nie chcieli wracać. 
Wraz ze Styczniem przybyły Styczniowe Anioły. Rozumiały, że ludzie potrzebują nadziei na to nowe, które nadchodziło. Wraz z podmuchem mroźnego wiatru zaglądały anioły ludziom w oczy, pragnąc, aby uwierzyli, że to nowe może być dobre, lepsze, nie gorsze. Tej wiary ludziom brakowało. Ubywało jej z biegiem lat. Porzucona gdzieś na rozdrożach, obrastała mchem, zapomniana, i już coraz trudniej było ją dostrzec i zaufać. Bo jak można zaufać czemuś, co niczego krzykliwie z daleka nie obiecywało, i nad czym trzeba było się pochylić, przystając w zamyśleniu i zadumie?

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Styczniowe Anioły przybywały wraz z początkiem nowego roku, aby tę wiarę pomóc ludziom w nich samych odnaleźć. Jak gołębie przysiadały na domowych parapetach, zaglądając w okna, za którymi wciąż jeszcze migotały światełka na choinkach, choć o Wigilijnej bliskości ludzie często już pozapominali. Łagodnym spojrzeniem obejmowały tych, którzy na nowo zaczynali potykać się o swoją samotność, i bezradnie kręciły głowami, gdy człowiek uparcie szedł drogą pomyłek, popełniając te same błędy, od których uciekał. I choć bardzo chciały zatrzymać to błędne koło, wskazując zaślepionemu życiem człowiekowi właściwe wyjście, wiedziały, że nie mogą tego zrobić, bo naruszyłyby wolność, którą ludzie dostali w darze wraz z miłością. Jedyne co mogły zrobić to delikatnie musnąć piórem, szepnąć coś do ucha, a czasami nawet podstawić nogę, aby człowiek spojrzał na tę błędną drogę z innej perspektywy. Mogły posyłać też tych, którzy je słyszeli i zauważali. Tych, którzy przyjmowali każde nowe z wdzięcznością, i widzieli w nim szansę na głębsze poznanie samych siebie poprzez pryzmat zdarzeń, jakich doświadczali. Tych, którzy zaufali wbrew i pomimo, i byli z tym naprawdę szczęśliwi. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wtapiając się w zimową aurę, Styczniowe Anioły wyciągały do ludzi dłoń i przytrzymywały na śliskich drogach ludzkich wędrówek. Wraz z płatkami mokrego śniegu opadały na maski samochodów, prowadząc bezpiecznie do celu wszystkich, którzy nauczyli się nie przeceniać własnych możliwości. W mroźnym skrzypieniu pod nogami przesyłały swoje pozdrowienia, dając znać, że czuwają i są blisko, przynosząc bożonarodzeniowe przesłanie. Pokój i dobro! Każdemu, kto zechce je przyjąć. Każdemu, kto zechce się tym podzielić. Każdemu, kto nie postawi wokół siebie muru, za którym sam siebie uwięzi w kolejnym rozczarowaniu tym, co błyszczy tylko przez chwilę... 
Przemierzając wyludnione przez zimno ulice miast, Styczeń uprzejmym skinięciem pozdrowił anioły chwytające strzępy ludzkich rozmów, z których między słowami były w stanie wyczytać jak bardzo dalecy są ludzie od pragnienia głęboko wpisanego przed wiekami w ich serca. Słaby człowiek potrzebował wsparcia anioła, choć nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Anioły to wiedziały i dlatego trwały przy ludziach, zadziwione, że ci tak łatwo rezygnowali z tego, co najprostsze, a jednocześnie tak potężne. Z miłości. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

   

piątek, 6 stycznia 2017

Kalendarz dobrych dni

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Lubię styczeń. Obok października jest moim ulubionym miesiącem roku. Może dlatego, że w styczniu się urodziłam, i jestem dzieckiem zimy, którą naprawdę kocham, i na którą rokrocznie czekam z niecierpliwością dziecka z nadzieją, że świat stanie się miasteczkiem Pana Andersena, a trochę też dlatego, że styczeń jest tym umownym początkiem nowego, dając mi możliwość ponownego podjęcia tych dobrych postanowień, które gdzieś na wyboistej drodze Starego Roku pogubiłam i porzuciłam. Każdego stycznia zbieram je na nowo, spisuję na kartce i w ulotnej pamięci, i podobnie jak Trzej Mędrcy, którzy podjęli długą i mozolną drogę, aby złożyć pokłon Dziecięciu, tak i ja podejmuję drogę pracy nad sobą, mając świadomość, że człowiek potrzebuje jej nieustannie, aby dążyć do tej doskonałości, do której zostaliśmy powołani. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Zawsze jest dobry moment na to, aby dzielić się tym, co dobre, dlatego od stycznia chciałabym dzielić się z Tobą dobrymi dniami, układając je w Kalendarz Dobrych Dni. Chciałabym, aby była to taka prywatna przestrzeń dla Ciebie, z krótką refleksją, zdaniem - może drogowskazem, a może z czymś, z czym się nie zgodzisz i będziesz chciał i chciała o tym porozmawiać. Dobre słowa, które odczarują złą rzeczywistość, pomogą złapać sprzyjający wiatr w żagle, spojrzeć na pewne sprawy inaczej i zobaczyć je w innym świetle. A może będzie to jedynie spotkanie, moje i Twoje tutaj, taka nasza wspólna krótka chwila zatrzymania, głęboki oddech przed wskoczeniem w codzienność. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Kalendarz dobrych dni, z tym co w nich najlepsze wyłuskanym i zachowanym w pamięci, pozwoli spojrzeć na rok, który się rozpoczął z przychylnością. Nie na wszystko co dzieje się w naszym życiu mamy wpływ, ale wiele zależy od nas i od tego, jak sami nastawimy się do sytuacji, które zaistnieją, i do wydarzeń, jakie przyniesie poszczególny dzień. To zupełnie tak, jak z tą szklanką - w zależności od tego, jak na nią spojrzymy, może być wciąż do połowy pełna lub już w połowie pusta. Nasza codzienność, w którą wkroczyliśmy jeszcze rozleniwieni po świętach, też będzie taka, jaką sami będziemy chcieli ją zobaczyć. Jeśli lubimy narzekać i wyszukujemy dziury w całym, nie stanie się nagle radosna ani bez zarzutu, bo po prostu nie będziemy umieli tak na nią spojrzeć. Jeśli żyjemy w ciągłym lęku, że coś pójdzie nie tak jak powinno, każdy dzień będzie tym lękiem naznaczony, bo ten strach wpisaliśmy głęboko w siebie i trudno się od niego oddzielić. Podobnie jest z niechęcią. Jeśli traktujemy każdy poniedziałek jak zło konieczne i z góry się do niego uprzedzamy, nie jesteśmy w stanie przywitać go z uśmiechem, bo to jest sprzeczne z naszym przyzwyczajeniem, które staje się drugą naturą. Tak naprawdę, wszystko jest w nas samych, a dobre dni nie pojawią się ot tak, bez naszego w nich udziału. 
Dlatego chcę tu, w Kalendarzu Dobrych Dni, zostawiać dla Ciebie te, które mogą stać się dobre, jeśli tylko im na to pozwolisz. Ja daję Ci słowa, które możesz przyjąć lub odrzucić; przeczytać w przelocie i kliknąć kolejną stronę, aby zobaczyć, czym żyje sieć, albo chwilę przy nich przystanąć; skomentować lub nie; wyczytać coś pomiędzy albo przeczytać tylko spisane zdania, może wzruszając ramionami lub uśmiechając się ironicznie. Możesz wszystko, bo masz do tego prawo. Dokonujesz wyborów, które zawsze mają wpływ na Twoje życie, bo takie są wybory. Ale Ty sam możesz o wiele więcej, niż ja zostawiając Ci słowa;  możesz samemu sobie sprawić noworoczny prezent i uczynić swoje życie pięknym przez przyjęcie każdego dnia bez narzekania, bez uprzedzania się do niego i bez oceniania, zanim się nie skończy, pamiętając, że naprawdę to Ty kształtujesz każdy z nich, w każdym z nich zostawiając swój ślad. Pytanie tylko, czy taki, którym nadal chcesz podążać. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Z kalendarza dobrych dni roku 2017: 

"Chwytaj dzień!
Nie narzekaj, że nie przyniósł Ci tego, czego oczekiwałeś, 
lub przyniósł to, czego nie pragnąłeś. 
Przyjmij go takim, jaki jest, z wdzięcznością za każde dobro, 
które stało się twoim udziałem."
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


niedziela, 1 stycznia 2017

Dokąd tak pędzisz, Życie?

Kazimierz w Sylwestrową noc... 

Dokąd tak pędzisz, Życie, gubiąc w pośpiechu dni i godziny? Dokąd biegniesz, nie mając nawet czasu, aby rozejrzeć się dookoła i przystanąć w zadziwieniu nad tym, jak pełna cudowności jest zwyczajna codzienność? Dokąd gnasz, narzucając człowiekowi rytm, do którego stara się dostosować, choć w sercu nosi tęsknotę za niespełnieniem? 
Żyjemy szybko, ze świadomością, że to co najważniejsze, jest niedoścignione, i że dopiero wówczas gdy dobiegniemy do wyznaczonego sobie celu, doświadczymy szczęścia i zaznamy spokoju; i tak trudno nam stanąć w prawdzie z samym sobą i przyznać, że to, tak naprawdę, tylko złudzenie i kolejne kłamstwo, jakim sami siebie oszukujemy. Bo aby być szczęśliwym, nie potrzebujemy kolejnego czegoś ani dotarcia gdzieś. Nie potrzebujemy tracić lat i czekać na coś, co w tym momencie wydaje nam się niezbędne do zbudowania definicji własnego szczęścia. Jedyne czego potrzebujemy to zatrzymania, przystanięcia, obejrzenia się za siebie i zadania samemu sobie pytania: Czy to wszystko naprawdę warte było tego kawałka życia, jakie na to poświęciłem? I czy doprowadziło mnie tam, gdzie naprawdę chciałem się znaleźć? Bo jeśli nie, to może warto znaleźć inną drogę, spokojniejszą, wyciszoną, mniej spektakularną, ale prawdziwą, z całą głębią tego, czego w biegu nie jesteśmy w stanie spróbować i przeżyć. Czasami to, czego szukamy, znajduje się w miejscu, które codziennie mijamy obojętnie. Czasami zupełnie niepozorne zdarzenie czy spotkanie jest właśnie tą wskazówką, której latami wypatrywaliśmy, nie zdając sobie sprawy, że wcale nie trzeba szukać daleko, aby odnaleźć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Początek Nowego Roku jest zawsze niewiadomą. I jak każde nowe i jeszcze nieodkryte, niepokoi, ale równocześnie przynosi nadzieję. Nadchodzące dni są jeszcze białą, niezapisaną kartą w naszych kalendarzach, a Życie wkłada nam do ręki pióro, do którego atrament musimy znaleźć w sobie. Bo to tym, co wyjmiemy z głębi nas samych, zapiszemy te kartki, kolorując je takimi barwami, jakie odbiją się w naszych oczach. 
W życiu dziecka czas jest pojęciem względnym. Najczęściej jest oczekiwaniem, któremu towarzyszy spontaniczna radość, pełna ufności. W życiu dorosłych czas wyznacza pewne ramy, w których się poruszamy. Narzuca tempo i zakreśla obszary, do których docieramy w ciągu określonych jednostek czasowych. W pewnym sensie ogranicza nas, ale jednocześnie systematyzuje codzienność i pozwala na rozrysowanie pewnego planu, z którym mamy się zmieścić w wyznaczonym na to czasie. Z biegiem lat czas staje się naszym nauczycielem. Uczy nas pogody i zrozumienia, pomaga zaakceptować trudne sprawy i spojrzeć na nie z dystansu minionych dni. Wycisza i zatrzymuje nad refleksją swojego upływu, leczy życiowe skaleczenia i opatruje rany. Budzi nas i usypia, starając się skłonić człowieka do tego, aby nauczył się go doceniać ze świadomością, że nie został mu dany bez limitu, i że kiedyś się zatrzyma na dobre, a my wraz z nim. I wtedy czas da nam czas na odpowiedź, czy dogoniłeś to szczęście, za którym tak goniłeś przez całe życie? Czy miałeś czas na to, aby podzielić się sobą z tymi, którzy twojego czasu potrzebowali? I czy nie zapomniałeś w tym wszystkim żyć, skupiając się na iluzjach i złudzeniach, a zaniedbując siebie w relacjach z tymi, którzy tworzą twoją codzienność, i w relacji z Tym, który do tego życia cię powołał? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Nowy Rok, jak co roku, przynosi Ci nowe szanse i możliwości. Wraz z nim, nieodmiennie, w życie człowieka wkracza Nadzieja, być może wielokrotnie odtrącana i odrzucona. I choć życie to nie bajka, a Stary Rok nie zabierze od nas tego, czego chcielibyśmy się pozbyć, wraz z nadzieją nowego dostajemy nowe siły na to, aby uporządkować te wszystkie sprawy, które pozaśmiecały nasze wnętrze, odsunąć niepotrzebne rozterki i przestać roztrząsać to, co minęło. Najtrudniejszą drogą jest zawsze ta, którą podejmujemy z wysiłkiem, ale trud jej podjęcia i wytrwanie w niej warte są wyrzeczeń i niełatwych wyborów, bo bez względu na to, dokąd nas doprowadzi, i bez względu na to, czy osiągniemy wstępnie zamierzony cel, spotkamy na niej ludzi i doświadczymy zdarzeń, które pomogą nam dostrzec inny wymiar rzeczywistości, i odnaleźć najprawdziwsze szczęście, za którym nie trzeba gonić, bo ono samo przychodzi do tych, którzy potrafią patrzeć szeroko otwartymi na życie oczami. 
"Dobre i piękne dni zawsze powracają, jeśli klucz do nich człowiek nosi w kieszeni.". Phil Bosmans

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nowym 2017 Roku życzę Ci dobrych i pięknych dni. Życzę szeroko otwartych na życie oczu, dzięki którym dostrzeżesz, że to, co niepozorne, przynosi najczęściej największą radość, a szczęście wcale nie jest tym, czym początkowo może się wydawać. Życzę Ci tego, abyś w każdym z nadchodzących dni znalazła i znalazł choć jeden powód do uśmiechu, i aby Nadzieja była nieprzerwanie obecna w Twojej codzienności, trwając przy Tobie wraz ze swoimi siostrami Wiarą i Miłością. Dobrego 2017 Roku!
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

piątek, 30 grudnia 2016

Czas jest wszystkim

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czym jest czas i czy można go dotknąć? Co znaczy odzyskać stracony czas? I czy można go złapać? 
Przed ostatnim odliczaniem zapraszam na chwilę zatrzymania przy dźwięku i na refleksję nad czasem... 
Monika A. Oleksa 
montaż: Michał Andrzej Oleksa
Fot. Marcin Piotr Oleksa 


niedziela, 25 grudnia 2016

Wtedy jest Boże Narodzenie...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czasami bywa tak, że przy Wigilijnym stole nie pada ani jedno słowo. W ciszy wieczoru milknącego wobec tajemnicy Bożego Narodzenia, słychać jedynie trzask łamanego opłatka. I nie ma słów, jedynie spojrzenia, i, być może, bezgłośnie wyszeptane: "przepraszam" czy "wybacz"; a może nic, tylko to spojrzenie i łza, która oczyszcza i wyrazi więcej niż to, co moglibyśmy powiedzieć. 
Czasami bywa również i tak, że w noc, kiedy wszystko milknie w zadziwieniu i zapatrzeniu na mizerną betlejemską stajenkę wypełnioną najczystszą Miłością, pada zbyt wiele słów. Słów miałkich i zbędnych, zupełnie niepotrzebnych, niekiedy gniewnych, niekiedy zbyt leniwych, by wypowiedzieć do końca myśl, którą nasunęła świetlista jasność gwiazdy wskazującej tylko jedno miejsce i jeden punkt - Betlejem, objawiające Boga, który przychodzi do człowieka w najbardziej nieprawdopodobny sposób, z niewinnością dziecka, i z całą dziecięcą ufnością i ludzką bezradnością. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W świątecznym gwarze, rozkrzyczani i podekscytowani oderwaniem od codzienności, wymieniamy pomiędzy sobą nie tylko dobre życzenia. Wśród wypowiadanych zbyt szybko słów, w niezręcznej sytuacji bliskości dzielimy się też wzajemną goryczą, pamiętliwym wypominaniem, czy niedopowiedzeniami, które prowokują niezdrową dyskusję, i szukając spokoju, nie potrafimy go odnaleźć w świątecznej atmosferze, gdyż wchodzimy w nią z całym chaosem, który jest w nas. Zostawiamy niepozamykane sprawy z nadzieją, że przez kilka świątecznych dni pozwolą o sobie zapomnieć, ale świadomość, że one są, i że nic się w nich nie zmieni bez naszych działań i decyzji powoduje, że niepokój, którym ogarnięty jest cały świat, wciska się jak nieproszony gość i zasiada wraz z nami przy stole, od czasu do czasu przypominając o sobie lękiem, który nie chce odejść pomimo rozświetlonej migoczącymi światełkami choinki, i kolęd, płynących z radia czy telewizora. A przecież nie z tym przychodzi do ludzi Bóg, rodząc się w niepozornej stajence. Maleńka Miłość, która rozpaliła świat i sprawiła, że ciemna noc zajaśniała blaskiem potężniejszym niż najbardziej słoneczny dzień, przynosi ze sobą pokój i dobro. I tym chce obdarować każdego z nas bez wyjątku. I robi tak od ponad dwóch tysięcy lat, tylko nie każdy wyciąga po to ręce, i nie każdy chce to przyjąć...

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

A przecież Boże Narodzenie dokonuje się w człowieku, który już tu, na ziemi, nosi w sobie Niebo. Bo wtedy jest Boże Narodzenie... 

"Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata 
i wyciągasz do niego ręce, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, 
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", 
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,

Zawsze wtedy, 
jest Boże Narodzenie.

Matka Teresa z Kalkuty

Życzę Ci, aby radość Bożego Narodzenia rozpaliła w Tobie pragnienie świętowania każdego dnia. Życzę Ci zachłanności w poszukiwaniu dobra i pokoju; wiary w moc najczystszej miłość, którą dostajesz zupełnie bezinteresownie, i która jest tak potężna, że żaden mrok ludzkiej duszy nie jest w stanie jej pokonać; życzę nadziei tak silnej, że wierzy wbrew ludzkiej logice i rozumowi, oraz światła, dzięki któremu zawsze, nawet wtedy kiedy zgubisz drogę i zabłądzisz w ciemnych uliczkach i zaułkach rozkrzyczanego świata, próbującego odwrócić Twoją uwagę od tego, co najważniejsze, odnajdziesz tę ścieżkę, która zaprowadzi Cię do betlejemskiej stajenki i pozwoli stanąć twarzą w twarz z Tym, który nigdy w Ciebie nie zwątpił, i który w zamian za wszystko co Mu przyniesiesz, zawsze odpowie Ci miłością. 
Monika A. Oleksa 




czwartek, 22 grudnia 2016

Literacka Kanapa: Wioletta Leśków-Cyrulik

Fot. Pozytyw. Edyta Kurłowicz


W przedświątecznym zabieganiu i pośpiechu, który tak naprawdę zawsze prowadzi donikąd, zapraszam na chwilę zatrzymania i odpoczynku przy ciepłej rozmowie z Wiolettą Leśków-Cyrulik, autorką książki "Sezon zamkniętych serc", wydanej nakładem Wydawnictwa Zysk  i S-ka w 2016 roku. 

"(...)Bez miejsca i czasu na spotkanie z własnymi myślami żyje się naprawdę trudno." Wioletta Leśków-Cyrulik 

Napisałaś „Sezon zamkniętych serc” jakby na przekór całej sytuacji, która unieruchomiła Cię w domu i dała czas na przewartościowanie swojego życia i postawienie sobie pytania, czy rzeczywiście zmierza ono tam, gdzie chciałabyś się znaleźć.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Na początku chciałam Ci bardzo podziękować za zaproszenie na Twoją literacką kanapę. To dla mnie niezwykła przyjemność i zaszczyt, ponieważ gościsz u siebie wiele fantastycznych pisarek. Zresztą sama taką właśnie pisarką jesteś. Dziękuję!
A jeśli chodzi o Twoje pytanie, tak naprawdę ostatnią kropkę w „Sezonie” postawiłam na chwilę przed tym, jak sytuacja, czyli po prostu ciąża, unieruchomiła mnie w domu, to jest połowie 2012 roku. Choć pisałam go od końca 2009, a jeszcze wcześniej przez dwa lata nosiłam gotową historię w głowie. Ale faktycznie, gdyby nie owa wymuszona zmiana trybu funkcjonowania, pewnie nigdy nie doszłoby do publikacji kilku zapisanych dość nieczytelnie zeszytów formatu A4 – z braku czasu i tak naprawdę motywacji. Podczas pisania chodziło mi o znalezienie sobie takiej zupełnie prywatnej przestrzeni, do której nikt nie miałby dostępu. Było to spowodowane natłokiem obowiązków i potrzebą zmiany. Intensywna praca wśród ludzi i rodzina to źródło satysfakcji, jednak bez miejsca i czasu na spotkanie z własnymi myślami żyje się naprawdę trudno. Potrzebowałam tego jak powietrza. Na tym etapie nie zastanawiałam się, gdzie chciałabym się znaleźć. Aby nie wypalić się do cna, musiałam po prostu zacząć robić coś wyłącznie dla siebie, oddalić się od rzeczywistości, która po tak wielu latach naprawdę mnie swoją intensywnością przytłaczała. Pewnego wieczoru, leżąc w łóżku, sięgnęłam po długopis i taki stary, w połowie zapisany blok listowy, który dostałam na jednym ze szkoleń Fundacji „Cała Polska czyta dzieciom”, z notatkami na temat mojej pracy fundacyjnej, imprez związanych z promocją czytania dzieciom, z jakimiś namalowanymi na całą stronę punktami przyznawanymi drużynom podczas jednej z imprez, chodziło chyba o odgadnięcie wartości obecnych w przedstawionych graficznie baśniach. I pomiędzy te zapiski, pomiędzy te sprawy zaczęłam wciskać tekst „Sezonu”, dosłownie. Dziś myślę, że była to chyba podświadoma próba umiejscowienia w życiu czegoś naprawdę własnego, nie szkolnego, nie fundacyjnego, nie rodzinnego, choć przecież w każdej z tych sfer funkcjonowałam ja, nie ktoś inny. I to być może stanowi początek, nie do końca uświadamianego procesu przewartościowania życia, próba częściowej zmiany jego biegu, bo chyba o to właśnie pytasz, Moniko. Prawdopodobnie udana próba, choć nie wiadomo, czy trwała.

Twoja książka jest szczera. Jest przesycona ludzkimi uczuciami, nieprzerysowanymi, nieprzesłodzonymi. I chyba właśnie dlatego czyta się ją z taką zachłannością, chcąc więcej takiej literatury.

Wioletta Leśków- Cyrulik: Dziękuję, bo Twoją opinię traktuję jako duży komplement. Z wyrażaniem uczuć jest tak, że nie każdy potrafi to robić w sposób swobodny, niektórzy, choć ich uczucia są głębokie i autentyczne, kiedy próbują je okazać – gestem lub słowem – osiągają efekt sztuczności. Albo przynajmniej tak im się wydaje. Ja przez całe życie mam wrażenie, że właśnie do takich ludzi należę. Jakkolwiek intensywnie coś przeżywam, kiedy przychodzi mi to wyrazić, pojawia się wrażenie braku autentyzmu z mojej strony, uczucie zażenowania, a ono z kolei rodzi dystans, który nie sprzyja powstaniu owej przysłowiowej chemii. Pisanie o uczuciach bohaterów literackich w takiej sytuacji nie należy do spraw łatwych. Ale może to dobrze, bo dzięki temu udało mi się uniknąć owego przerysowania, o którym wspominasz. Być może właśnie dlatego mówisz, że jest to książka szczera. Masz rację, jako jej autorka mogę Ci odpowiedzieć – tak, „Sezon zamkniętych serc” to powieść szczera. W tym sensie, że jej bohaterowie, choć fikcyjni, zostali, pewnie nie do końca świadomie, obdarzeni moimi własnymi emocjami. Każdy z nich. Nie wyobrażam sobie innego pisania. Nie potrafiłabym stworzyć ich w inny sposób.

Wioletta Leśków-Cyrulik. Fot. Archiwum własne Autorki

"(...)Pewnie bym nie umiała stworzyć powieści obyczajowej, która pełniłaby funkcję balsamu dla duszy. „Sezon” to po prostu obraz pewnego fragmentu życia umiejscowionego w kontekście przeszłości, niełatwej i traumatyzującej, z wszelkimi tego konsekwencjami." Wioletta Leśków-Cyrulik

Twoi bohaterowie nie są łatwi, mają swój niepowtarzalny charakter. Miałaś z nimi konflikt, próbując narzucić im coś, czemu nie chcieli się podporządkować? I kto kogo prowadził – Ty ich, czy oni Ciebie?

Wioletta Leśków-Cyrulik: To prawda, są chyba dość skomplikowani, ale prawdopodobnie właśnie stąd wzięło się Twoje wrażenie, że to książka szczera. Nie pisałam „ku pokrzepieniu serc”, pewnie bym nie umiała stworzyć powieści obyczajowej, która pełniłaby funkcję balsamu dla duszy. „Sezon” to po prostu obraz pewnego fragmentu życia umiejscowionego w kontekście przeszłości, niełatwej i traumatyzującej, z wszelkimi tego konsekwencjami. Być może obraz pobudzający do pewnego rodzaju refleksji, również optymistycznej, choć niekoniecznie w sposób oczywisty. A jeśli chodzi o drugą część Twojego pytania – kto kogo prowadził w tej historii – prawdopodobnie oni mnie. Ja wiem, jak to brzmi, dziwnie lub nawet śmiesznie, a jednak tak właśnie jest, kiedy się podczas pisania zanurzy w historii, wejdzie w wykreowany świat, a potem przejmie perspektywę któregoś z bohaterów, tylko po to zresztą, by już po chwili przenieść się do głowy, do wnętrza następnej, i jeszcze następnej postaci. Co do konfliktów między nami – z reguły żyliśmy w zgodzie, choć przyznam, że niekiedy próbowali za bardzo wyrywać się na wolność i ujawniać zbyt wiele ze mnie, a wtedy musiałam reagować stanowczo, by powściągnąć te niepodległościowe ambicje, osadzić ich w ramach powieści, a zatem utworu z definicji fikcyjnego.

Doskonale wiem, o czym mówisz! Jako autor, z pokorą przyjęłam świadomość, że tak naprawdę to nie ja, ale bohaterowie prowadzą historię, którą ja tylko zapisuję swoim stylem i językiem.  W swojej powieści dotykasz, Wiolu, trudnych tematów, a jednak robisz to w taki sposób, że czytelnik jest w stanie to unieść, zrozumieć i w pewien sposób zaakceptować. Jednocześnie też nikogo nie oceniasz i nie moralizujesz, zostawiając każdemu, kto sięgnie po „Sezon…”, własną przestrzeń i ocenę.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję Ci za piękny komplement. Rzeczywiście kilka trudnych wątków pojawia się w mojej książce. Po pierwsze kontekstem wydarzeń jest gwałt, który przeżyła główna bohaterka kilka lat wcześniej. Sądzę, że właśnie to masz na myśli, mówiąc o „trudnym temacie”. Jednak dla mnie o wiele ważniejsze było w czasie pisania przyglądanie się śladom pozostawionym przez to dramatyczne wydarzenie, które nawiasem mówiąc, nie zostało przeze mnie bezpośrednio opisane. Przyglądanie się śladom, temu, jak przeszłość wpływa nie tylko na nią samą, ale również na ludzi, których spotyka ona na swojej drodze, nawet na tych, którzy nic o niej nie wiedzą, a mimo to dotykają ich skutki owego wydarzenia. To już nawet nie jest jak lawina, bo lawina wyrządza wielkie szkody, ale jej zejście trwa krótko, a potem zaczyna się odbudowa. Tego rodzaju trauma bardziej przypomina kręgi na wodzie, czyli fale powstałe po wrzuceniu do niej kamienia. Mimo że są to fale coraz mniej wyraźne, to jednak ich promień wydłuża się z każdym następnym kręgiem – i zagarnia w swój obręb coraz więcej, wpływa na wciąż nowych ludzi, na bieg kolejnych, bardzo już odległych w czasie wydarzeń. To drugi trudny motyw. Natomiast trzeci to nierealne oczekiwania otoczenia bohaterki, konkretnie jej pierwszego (i wieloletniego) partnera, że uda jej się traumę „przepracować” i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło, zapomnieć. Że skoro otrzymała tak wiele pocieszenia i wsparcia, to powinna szybko uporać się z problemem. Darek uosabia postawę często spotykaną w społeczeństwie. Tymczasem psychologowie twierdzą, że wsparcie w takich sytuacjach polega przede wszystkim na pozostawieniu osobie poszkodowanej przestrzeni do przeżycia własnego cierpienia, ponieważ to jedyna droga do zaakceptowania tego, co było, do uczuć z tym związanych, i w konsekwencji do dalszego życia z nimi – na tyle normalnie, na ile to tylko możliwe. W przeciwnym razie osobie poszkodowanej nie tylko nie uda się podnieść, ale jeszcze będzie rozdawać ciosy pomagającym, ponieważ zrodzi się w niej poczucie winy, że nie potrafi z pomocy skorzystać. Poczucie winy to frustracja, a ta rodzi agresję, stąd te ciosy. Jeden z bohaterów „Sezonu”, trochę z niewiedzy, trochę z egoizmu, daje głównej bohaterce taką przestrzeń i to właśnie od niego Agnieszka dostaje właściwe wsparcie. Mówiąc prosto i bez zbytniego zdradzania treści – on się zakochał i już :D. Dlatego chce ją taką, jaka jest, nie zamierza się nią opiekować, sprawować pieczy, czyli w sumie – tak też powiedziała jedna z czytelniczek – ubezwłasnowolniać. I tak naprawdę to ten trzeci element był dla mnie najważniejszy, ponieważ jest to szerszy, choć praktycznie nienagłaśniany, problem społeczny – wszechobecna presja na ofiary przemocy, narzucająca im wręcz obowiązek „przepracowania” traumy, motywujące artykuły w prasie kobiecej, bardzo optymistyczne, choć kompletnie nierealne, obrazki odbudowy życia w literaturze obyczajowej, mające podnieść na duchu ludzi, którzy tak naprawdę nigdy nie mieli z traumą do czynienia, co najwyżej ze zwyczajnymi problemami, jakich doświadcza każdy. Trauma to coś więcej, tu schemat „przepracuję i żyję jak gdyby nigdy nic” się nie sprawdza, jest krzywdzący dla ofiary. Przede wszystkim o tym jest „Sezon”, ale bez pouczania, bez moralizowania, bez psychologicznych analiz, to po prostu obraz kawałka życia – z przestrzenią na własną ocenę czytelnika, jak powiedziałaś. I z zakończeniem pozwalającym mieć nadzieję. A oprócz tego motyw miłości ojca i syna, syna i matki, trudnej miłości homoseksualnej i zalążek wątku, który rozwijam w kolejnej części, czyli historia Tomiego i jego byłej żony, Evy.

Fot. Mirella Wojacka 

Twoja bohaterka, Agnieszka, jest bardzo pozamykana. Naznaczona trudnym doświadczeniem z przeszłości, doskonale wkomponowuje się w chłodny klimat Islandii. Wtapia się w niego, wraz ze swoimi skomplikowanymi emocjami i w pewnej chwili staje się częścią tego miejsca. Celowy zabieg czy przypadek?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Wybór Islandii na miejsce akcji to nie przypadek. Niewielka wyspa na granicy dwóch wielkich oceanów, częściowo położona za kołem podbiegunowym, chłodna, ale nie za bardzo, o stosunkowo umiarkowanym klimacie, za to deszczowa i wietrzna, zimą prawie cały czas ciemna, za to rozświetlana zorzą polarną. W pewnym sensie odizolowana od świata, co jedni nazywają wyzwoleniem z zależności, zaś inni przeciwnie – uwięzieniem. Prawie bezdrzewny ląd o praktycznie niedostępnym, niebezpiecznym interiorze. Który zresztą odgrywa w powieści rolę – bohaterowie dość beztrosko, a może desperacko, jeżdżą sobie po nim, jakby nie bali się, że zgubią drogę, że nagle pośrodku niczego zepsuje im się samochód, a pomoc nie nadejdzie, bo poza łącznością satelitarną brak jest zasięgu, że bez ostrzeżenia skończy się droga, która jeszcze kilka dni temu istniała. Pokonują szutrowe lub kamieniste drogi sezonowo dostępne i tak właśnie oznaczone. Pierwotny tytuł mojej książki brzmiał zresztą zupełnie podobnie – Seasonally available hearts. To było pierwsze, co mi się nasunęło, kiedy przeglądałam zdjęcia z islandzkiego interioru, a na nich znaki z taką treścią: seasonally available road. Pomyślałam, że właśnie ze względu na „pozamykanie” Agnieszki, o którym mówisz, idealnie pasowała tu zamiana słowa „droga” na „serca”, ale wersja „Serca sezonowo dostępne” raczej nie nadawała się na tytuł powieści, stąd „Sezon zamkniętych serc”, który chyba też oddaje istotę rzeczy. Agnieszka, ze swoim pokiereszowanym, choć powoli otwierającym się sercem, Darek z sercem, jak mu się wydaje, otwartym, Jón z „sercem na dłoni”, Kamil, zmuszony zamknąć własne serce na miłość, dwie wyglądające na szczęśliwe pary: starsza, czyli Małgorzata i Michel, oraz młodsza – Rinke i Hanna. Wszyscy oni stanowią w jakiś sposób ilustrację tytułu, tylko że dla jednych sezon zamkniętych serc trwa tak długo, że już do niego przywykli, inni desperacko starają się go zakończyć, a jeszcze inni dopiero w niego wkraczają. Agnieszka i Islandia, z całą swoją symboliką, surowością, oddaleniem, to w moim odczuciu jedno. Choć oczywiście prawdziwa Islandia jako kraj jest miejscem fantastycznie otwartym na odmienność, na wielokulturowość. Ale może, paradoksalnie, jest tak właśnie dlatego, że azylu poszukują w niej podobni do bohaterki outsiderzy z całego świata, może z tego wynika ich wzajemna akceptacja. Ktoś zresztą napisał o bohaterach „Sezonu”, że tworzą oni w Vopnafjörður swoistą wieżę Babel. Tak właśnie jest, i nie ma w tym nic dziwnego, jak na warunki islandzkie, wystarczy zajrzeć na strony instytucji publicznych w poszczególnych miejscowościach, wioskach – one, oprócz islandzkiego, są redagowane w kilku różnych językach: od angielskiego, przez polski, niemiecki, po rosyjski, a nawet arabski.

Wioletta Leśków-Cyrulik, zupełnie nieznane nazwisko i tak ciekawy debiut. Cenię Cię, Wiolu, ogromnie, bo nie tylko napisałaś naprawdę dobrą książkę, ale jednocześnie zrobiłaś to sobą, szczerze, nie kopiując żadnego trendu i wchodząc w ten trudny wydawniczy świat z tym, co jest po prostu w Tobie.

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję, Moniko, za Twoje słowa. Cieszę się, że tak myślisz o „Sezonie”, bo rzeczywiście starałam się pisać zgodnie z tym, co jest we mnie, nie wzorować się na nikim, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, bym jakoś celowo siliła się na oryginalność. Było dla mnie oczywiste, że nie powinnam pisać „jak ktoś”, bo ten ktoś już wydał swoje książki i czytelnicy już je przeczytali. Nie starałam się także wstrzelić w jakikolwiek popularny na rynku nurt, ponieważ, jak już powiedziałam, w momencie pisania nie myślałam o publikacji. Tu zapewne niejeden z czytelników uśmiechnie się z przekąsem, powie, że to niewiarygodne, bo jest tak wielu piszących i starających się o wydanie, jednak do mnie ta myśl przyszła dopiero wtedy, gdy rękopis przeleżał w szafie dwa lata, czyli w 2014 roku. Mniej więcej rok trwało przepisywanie go na komputerze, poprawianie, aż w końcu, w lutym 2015 roku wysłałam plik do pierwszego wydawcy, czyli do Zysk i S-ka, a potem również do innych oficyn, ale to już nie miało większego znaczenia, gdyż bardzo szybko pozytywnie odpowiedział właśnie ten wydawca. I dopiero wtedy założyłam konto na Facebooku, poznałam świat pisarek, autorek literatury obyczajowej, wcześniej znałam kilka blogów książkowych, bo sama od 2013 roku prowadziłam własny blog o slow life. Zatem nie miałam pojęcia, jak to funkcjonuje i co trzeba robić, jak pisać, żeby zaistnieć – oprócz tego, że trzeba pisać wystarczająco dobrze. Właśnie dlatego w ogóle nie wierzyłam, że ktokolwiek kiedykolwiek zechce opublikować moją książkę. Uważałam swoje pisanie za „takie tam” hobby, odskocznię, sposób na zrzucenie emocji na papier, co najwyżej za jakieś wprawki warsztatowe – to był 2010, 11 i 12 rok, a więc naprawdę dawno, kiedy ja zwyczajnie nie miałam czasu udzielać się na Facebooku, w blogosferze, nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że można to robić, uważałam to za głęboką niszę, rozrywkę nielicznych, a kiedy po kilku latach zorientowałam się, jak to naprawdę wygląda, bardzo się zdziwiłam. Dlatego bardzo, bardzo się cieszę, że tak odbierasz moją książkę – jako rzecz osobną, niekoniecznie wpisującą się w jakiś trend.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Pisanie uzależnia. Dopowiesz historię Agnieszki i Janka? Osobiście czuję niedosyt, choć jako wymagający czytelnik bardzo szanuję autorów pozostawiających mi furtkę i niedopowiedzenie. Nie ukrywam jednak, że chciałabym powrócić do surowej Islandii… 

Wioletta Leśków-Cyrulik: Nie ma większego komplementu dla autora książki niż usłyszeć, że czytelnik, zwłaszcza taki jak Ty, czyli doświadczony, wymagający i sam piszący, czuje niedosyt i chce więcej moich książek. Powiem Ci, że mnie także nie chce się opuszczać Islandii, poza tym czuję, że postacie drugoplanowe, które – jak ktoś ku mojej satysfakcji napisał – „wcale takie nie są”, domagają się więcej uwagi, niż ze względów kompozycyjnych mogłam im poświęcić w „Sezonie zamkniętych serc”. A zatem tak, powstaje nowa książka poświęcona moim uciekinierom (tak o wszystkich postaciach myślę, ponieważ każdy z nich przybył do Vopnafjörður, przed czymś uciakając, albo właśnie z niego ucieka), ich wewnętrznym motywacjom, dalszym losom. Trochę się u nich zmieniło, zapowiedź tych zmian znalazła się już w „Sezonie”, a nowa część opowiada właśnie o nich. Jeden z czytelników, to znaczy prowadzący spotkanie autorskie w Bibliotece Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy Adam Wierzbanowski, powiedział mi, że „Sezon” przypomina mu prozę skandynawską, nie tylko przez umiejscowienie akcji, ale głównie z powodu warstwy psychologicznej, a także obyczajowej. Trochę się przestraszyłam, ponieważ w czasie pisania, a także wcześniej, bardziej fascynowała mnie literatura Południa lub na temat Południa, Muratow, Iwaszkiewicz, także dwudziestowieczna powieść północnoamerykańska, natomiast współczesna proza skandynawska majaczyła mi gdzieś na horyzoncie, ale zbytnio się w nią nie zagłębiałam. A tu niespodzianka, okazuje się, że pisząc własną książkę, weszłam w zupełnie inny klimat niż ten panujący w moich ówczesnych lekturach. Kiedy mi to powiedział, od razu rzuciłam się do czytania, żeby sprawdzić, w czym rzecz. I pomyślałam, że coś w tym jest, klimat literatury skandynawskiej bardzo mi odpowiada, to chłodne spojrzenie na psychologię postaci, bez zbyt narzucającego się wykładania motywów ich działań, bez oceniania ich, po prostu przedstawianie sytuacji i pozostawienie czytelnikowi pola do własnych refleksji. To chyba chłodny styl pisania, pewnie także dlatego, gdy wybierałam miejsce akcji, padło na Islandię, z jej wiatrem, księżycowym krajobrazem, zimnym oceanem i czarnymi, skalistymi plażami. Powstająca obecnie książka zachowuje ten surowy klimat, więc myślę, że gdyby została opublikowana, spełniłaby Twoje oczekiwania, przynajmniej pod tym względem :). 

My Slow Nice Life to Twój blog, gdzie naprawdę nie ma pośpiechu. Lubię tam odpoczywać. Prowadzisz go z charakterystyczną dla Ciebie subtelnością i tą błyskotliwością, która jest w Tobie. Magia liter… jest dla mnie terapią, której potrzebuję, aby się wyciszyć i nie zwariować w tym pędzie, jaki narzuca współczesny świat. Czym jest dla Ciebie My Slow Nice Life?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Kolejny raz dziękuję Ci za tak miłe słowa. Blog powstał, kiedy urodziłam moje trzecie dziecko, które, po etapie kolki niemowlęcej, okazało się bardzo spokojne i pogodne, niewymagające ciągłego noszenia na rękach, w dodatku starsze rodzeństwo chętnie się z nim bawiło. Paradoksalnie miałam o wiele więcej czasu niż przed zajściem w ciążę, kiedy naprawdę dużo pracowałam i ogólnie żyłam w sporym stresie. A potem nagle rozkosz bezstresowego życia rodzinnego, kojący widok z okna, leżak na tarasie, lektura, dziecko śpiące w wózku… Nie do przecenienia dla kogoś, kto przez wiele lat żył w napięciu, w pędzie i w pewnej chwili zwyczajnie się wypalił. Już w niecałe dwa miesiące po narodzinach córki zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze mogłabym przyjemnego dla siebie zrobić, co sprawiłoby, że miałabym poczucie spełnienia, przynajmniej w tym momencie. No i wymyśliłam blog. Ale wiesz, to był czas szczególny, bo kiedy pracujesz, to po urodzeniu dziecka masz prawo do zasiłku macierzyńskiego, więc ja naprawdę znalazłam się nagle na bardzo długich wakacjach, nie musiałam zarabiać, mogłam skoncentrować się na przyjemnościach płynących z mojego nowego życia. To był najprzyjemniejszy okres w czasie tych trzech i pół roku prowadzenia bloga. Ale w pewnym momencie się skończył i trzeba było zacząć pracować zarobkowo, dziecko podrosło na tyle, że także wymagało już więcej uwagi, a więc czas na pisanie bloga gwałtownie się skurczył. Do tego doszły obowiązki związane z promocją książki, bardzo przyjemne i uskrzydlające, ale jednak pochłaniające czas. Minęło kilka lat, a po moim powolnym i bezstresowym życiu w zasadzie nie pozostał już nawet ślad. Jednak bardzo się staram, żeby mimo wszystko znaleźć go trochę dla siebie – właśnie na blogu, ponieważ mam do niego ogromny sentyment. Przy okazji chciałabym podziękować Tobie, a także wszystkim Czytelnikom, którzy z czasem stali się moimi blogowymi przyjaciółmi, za to, że wciąż, mimo rzadszych wpisów, pojawiają się u mnie, komentują, wspierają mnie, piszą mejle. Dziękuję Wam bardzo :). 

"Kreując postać literacką, nie możesz tak do końca wyjść z własnej skóry, porzucić swojego sposobu myślenia, odseparować od siebie.". Wioletta Leśków-Cyrulik

Czy charakterologicznie masz coś wspólnego z Agnieszką? Jaka jest Wioletta Leśków-Cyrulik?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Pewnie mam, podobnie jak z pozostałymi bohaterami, ponieważ kreując postać literacką, nie możesz tak do końca wyjść z własnej skóry, porzucić swojego sposobu myślenia, odseparować od siebie. Można oczywiście obserwować ludzi, podsłuchiwać, co mówią, jakie wykonują gesty, jak motywują swoje działania, jak się zachowują, reagują w różnych sytuacjach. Ale tak naprawdę, gdzieś na najgłębszym poziomie, w każdej postaci zapisuje się siebie, ponieważ poczynione na zewnątrz obserwacje, zanim znajdą się w książce, zostają przefiltrowane przez sposób myślenia, przez wyobraźnię, wrażliwość osoby piszącej. Nie mówiąc już o takich detalach, jak to, że jedna bohaterka nie lubi zgrzytu stalowych łyżek o dno stalowych garnków, druga pasjami wypieka szarlotki, trzecia wzdycha do sukienki w kwiaty i to wszystko ja, a czterej bohaterowie męscy to nikt inny, jak mój mąż, pocięty na paseczki wplecione pomiędzy moje wyobrażenia na temat idealnego mężczyzny, czyli tego, w jaki sposób taki ideał przyrządza kawę, jak prowadzi samochód i czyści szybę ściereczką z mikrofibry – zatem znów w pewnym sensie ja. Tak chyba jest w każdej książce, nawet jeśli postać wydaje się być przeciwieństwem autora. Poza tym już po wydaniu powieści dotarło do mnie, że przecież oni wszyscy piją kawę z wielkich białych filiżanek! :D Kto bywa na moim blogu, ten już wie – spore białe filiżanki to jedno z moich spełnionych marzeń, jeden z drobnych elementów mających na celu umilanie życia :D. A wracając do tematu – wielu spośród tych, którzy czytali „Sezon” i mnie znają, mówi, że przypominam Agnieszkę.

Nie mogę nie zapytać o Lublin, który pojawia się w „Sezonie zamkniętych serc”! :D Dlaczego to miejsce i czy w jakiś sposób jest dla Ciebie szczególne?

Wioletta Leśków-Cyrulik: W Lublinie spędziłam kiedyś kilka niezapomnianych dni. Miałam wtedy dziewiętnaście lat i znalazłam się w tym mieście zupełnie niespodziewanie. Czuję w związku z tym ogromny sentyment, chciałam, żeby Małgorzata, matka Jóna, pochodziła właśnie stamtąd.

Fot. Rafał Kłujszo

Jak wyglądają święta Bożego Narodzenia w Waszym domu? I co chciałabyś znaleźć w tym roku pod choinką? 

Wioletta Leśków-Cyrulik: Od kilku lat Boże Narodzenie w naszym domu wygląda zupełnie inaczej niż przed urodzeniem najmłodszego dziecka, kiedy to, jako instruktorka teatru szkolnego, poza zwykłymi obowiązkami nauczycielki i wychowawczyni, już od września przygotowywałam spektakl bożonarodzeniowy. Atmosfera związana z kolędami, szykowaniem szopki, te wszystkie diabły, anioły, zły Herod, dobrzy trzej królowie, klimatyczna muzyka do przedstawienia, nagłośnienie… Kiedy nadchodził grudzień, stres i pośpiech sięgały już apogeum, bo początek tego miesiąca to czas wszystkich konkursów, dużych i małych, także wyjazdowych, a tu koniec semestru, wywiadówki, konferencje, załatwianie spraw, również finansowych, związanych z wyjazdami, kostiumy, do tego aktorzy chorują, bo poszli na sanki i się przemoczyli… Uwielbiałam to, teatr z dziećmi jest naprawdę fantastyczną sprawą, to wzruszenie podczas premiery, dosłownie dreszcze. Ale druga strona medalu to zmęczenie i totalny brak czasu na cokolwiek, także na własną rodzinę. I tak u nas na święta był kupny makowiec z przeceny, kawałek piernika dorwany w Wigilię w piekarni razem z chlebem, ulepione przez mojego tatę pierogi. Do tego smażona na ostatnią chwilę ryba, jakaś szybka i z gotowych składników sałatka, zero świątecznych porządków. Pomimo to, a może właśnie dlatego – święta wspaniałe, bo przeżyte ze świadomością, że brak tych wszystkich tradycyjnych atrybutów nie jest w stanie zabić ich ducha. Ale to było dawno, natomiast ta świadomość została w nas do dziś, kiedy już od kilku lat mamy czas na spokojne, rozłożone na cały Adwent, przygotowania do świąt, na wielokrotne pieczenie pierniczków, lepienie uszek (pierogi wciąż lepi mój tata!), gotowanie kapusty z grzybami i budowanie chatki z piernika. A także na zaplanowanie i przygotowanie z wyprzedzeniem świątecznego obiadu. Obecnie wrzesień nie kojarzy mi się z wyborem scenariusza jasełek, tylko z szelestem żółknących liści, zatem już od połowy listopada wyczekuję początku Adwentu, aby zacząć powoli wprowadzać się atmosferę Bożego Narodzenia. Aha, i w żadnym razie jakoś specjalnie, świątecznie nie sprzątamy! Poprzestajemy na zwykłych, takich jak co tydzień, porządkach. Te generalne odkładamy na jakieś mniej nastrojowe miesiące.

Korzystając z okazji, że jesteśmy przy temacie świąt, pozwolisz, Moniko, że złożę Tobie i Twoim Czytelnikom gorące, płynące z jak najbardziej otwartego serca, życzenia – niech Światło, które symbolicznie rodzi się w betlejemskiej stajence raz do roku, nigdy w Was nie gaśnie, niech, pomimo tak trudnych czasów, pozwala zachować wiarę w dobro, w człowieka, w siebie. Dobrych świąt! A co bym chciała znaleźć pod choinką? Z marzeń nierealnych – prawdziwy automatyczny, czyli sam mielący, spieniający i czyszczący się ekspres do kawy :D. Żartuję, świetnie radzę sobie bez niego. A z realnych – książki, ich nigdy nie wydaje mi się zbyt wiele. Jeśli natomiast chodzi o marzenia górnolotne – niech zapanuje spokój. Stale myślę też o dzieciach, na których ratowanie życia za granicą muszą zbierać fundacje i zrozpaczeni rodzice, ponieważ brakuje dla nich pieniędzy, najwidoczniej bardziej potrzebnych u nas gdzie indziej. To trudna świadomość. Ale zawsze można podzielić świąteczne zakupy przez dwa i resztę wrzucić do wirtualnej skarbonki na Siepomaga.pl lub gdziekolwiek indziej. Nasze święta i tak się odbędą, i z całą pewnością będą przez to jeszcze piękniejsze. Mówię zupełnie poważnie. 

Fot. Edyta Kurłowicz

„Agnieszka pozwoliła się ponieść wydarzeniom, choć była trochę zażenowana w obliczu tego, jak bardzo kiczowate jest zakończenie jej ucieczki „na koniec świata”. Pomyślała jednak, że to, co żenująco ckliwe w książkach, w prawdziwym życiu stanowi o szczęściu i spełnieniu. A ona czuła się naprawdę szczęśliwa.”. 
Czy w tym miejscu i momencie swojego życia, w jakim jesteś w tej chwili, czujesz się, Wiolu, szczęśliwa i spełniona?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Tak, myślę, że mogę tak powiedzieć. Przy czym mam świadomość, że dziś zupełnie inaczej rozumiem szczęście i poczucie spełnienia niż na przykład dwadzieścia lat temu. Ale to chyba naturalne, ponieważ z wiekiem nabywa się wiedzy, że nie ma czegoś takiego jak szczęście absolutne, na każdym polu, w każdym najdrobniejszym fragmencie życia, że warto pielęgnować w sobie poczucie harmonii pomimo różnych zgrzytów i nieprzyjemności szczęście zakłócających. Gdyby nie one, nie byłoby widać różnicy pomiędzy tym, co przynosi radość, a tym, co wręcz przeciwnie. Na tym właśnie polega harmonia – to równowaga różnych elementów. A jeśli chodzi o Agnieszkę, ona w kolejnej książce (o roboczym tytule „Długo i szczęśliwie”) bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę i jest szczęśliwa, mimo że coś uporczywie próbuje w niej to poczucie zgnieść, zakłócić. Myślę, że to takie realne szczęście – ja je nazywam „szczęściem pomimo”. I nie, nie jest to w żadnym wypadku ersatz.

Wiolu, bardzo dziękuję Ci za rozmowę i za to, że znalazłaś w tych zabieganych, przedświątecznych dniach czas na spokojne wypicie ze mną piernikowej kawy na Literackiej Kanapie :D . Życzę Ci, aby ta przygoda z Życiem, które zaskakuje, zaprowadziła Cię tam, gdzie Twoje skrzydła będą zawsze wysoko podniesione, i gdzie będziesz potrafiła odnaleźć  w sobie spokój i właściwe słowa, które Cię poprowadzą w kolejnej historii, z zadziwiającą surowym pięknem Islandią w tle :D. 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  









\








J