sobota, 25 lutego 2017

Literacka Kanapa: Grażyna Jeromin - Gałuszka

Grażyna Jeromin-Gałuszka

Pisarka niebanalna, której książki przytuliły się do mojego serca już od pierwszej przeczytanej kartki. Mistrzyni w kreśleniu bardzo wiarygodnych, a przy tym złożonych postaci kobiecych. Ma przewrotne poczucie humoru, a swoje książki nie dość, że  maluje pięknym językiem, to jeszcze nimi uzależnia, bo czytelnik sięga z niedosytem po kolejną i kolejną... Moim dzisiejszym gościem na Literackiej Kanapie jest Grażyna Jeromin - Gałuszka. 

Monika A. Oleksa: Pani Grażyno, bardzo się cieszę, że możemy obydwie zatrzymać się na chwilę, usiąść na literackiej kanapie, i porozmawiać po prostu o życiu. Do espresso, które Pani pija, dostawiam sernik z rosą, którym chciałabym Panią ugościć, dziękując za to spotkanie w wirtualnym świecie bez granic, i tę rozmowę. 





We wszystkich Pani powieściach kreśli Pani bardzo wyraziste kobiece portrety. Każda z Pani bohaterek jest inna, i każda ma jakiś bagaż doświadczeń, jak to w życiu. Lubi Pani kobiety? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Lubię kobiety, bo są niejednoznaczne, barwne, czasem nieobliczalne. 


Monika A. Oleksa: Moja przygoda z Grażyną Jeromin-Gałuszką zaczęła się od "Kobiet z Czerwonych Bagien". Zauroczyła mnie Pani tą książką tak bardzo, że zaczęłam poszukiwać kolejnych. Ma Pani niepowtarzalny styl i fantastyczne poczucie humoru. Nie da się podrobić Grażyny Jeromin-Gałuszka! Pamięta Pani w jakich okolicznościach przyszło pierwsze zdanie pierwszej książki? 


Grażyna Jeromin-Gałuszka: Swoją pierwszą powieść postanowiłam napisać na konkurs, ogłoszony przez wydawnictwo Prószyński, z założeniem, że teraz, albo nigdy. Nie pamiętam okoliczności, ale to pierwsze zdanie przyszło jakoś tak łatwo i, niezmienione, pozostało do końca. 


Monika A. Oleksa: Jak się rodzi pomysł na książkę? 


Grażyna Jeromin-Gałuszka: Z pomysłami na książkę bywa różnie. Czasem coś od dawna tłucze się po głowie, czekając na odpowiedni moment, a kiedy indziej przychodzi jakiś impuls, który nie daje się odsunąć na potem. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak usiąść i pisać. W każdym razie, jak dotąd mi ich nie brakuje. Częściej jednak inspiruje mnie coś małego, zwykłego, na przykład lekko uchylona firanka w starym oknie, niż zapierająca dech panorama, czy wodospad kaskadowy.


Monika A. Oleksa: Doskonale wiem o czym Pani mówi :). Co takiego "Magnolia" ma w sobie, że zdecydowała się Pani pociągnąć wątek jedynego takiego miejsca na świecie i zostać na dłużej z jej bohaterkami? 


Grażyna Jeromin-Gałuszka: „Magnolia” została zainspirowana konkretnym miejscem, do którego czasem wracam. A wraz ze mną moi bohaterowie. Na razie postanowiłam tam nie jeździć, bo muszę się uporać z innymi tematami, które dotąd cierpliwie czekały w kolejce. Ale ile można. 



Fot. Archiwum Prywatne Autorki 

Monika A. Oleksa: Jaka jest Grażyna Jeromin-Gałuszka na co dzień? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Bardzo różna. Niejednoznaczna. Zapracowana, rozleniwiona, zła, wesoła, smutna… Zwyczajna. 


Monika A. Oleksa: Pani miejsca, które sprzyjają pisaniu to...


Grażyna Jeromin-Gałuszka: Latem, to weranda z widokiem na las i staw, po którym pływają kaczki, a zimą pokój z wygodną kanapą i książkami dookoła.


Monika A. Oleksa: Czytelnicy pokochali Pani bohaterki, myślę, że szczególnie te z "Magnolii" przylgnęły do naszych kobiecych serc. Czy Pani lubi swoje bohaterki? I czy któraś z nich w jakiś sposób jest dla Pani szczególnie bliska? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Niektóre z moich bohaterek są tak niezwykłe, że nie sposób ich nie lubić. Ale ja przywiązuję się również do tych niepozornych, jak Małgorzata w „Magnolii” na przykład. Ona miała swoje pięć minut w „Nie zostawiaj mnie” – to tam zdobyła moje serce. Uwielbiam wszystkie dziewczyny z Czerwonych Bagien i te z Magnolii…. Właściwie, to wszystkie je lubię. 

Fot.Archiwum Prywatne Autorki 

Monika A. Oleksa: Zakończenia Pani książek zawsze są nieprzewidywalne i zawsze zaskakują. Czy pracując nad powieścią, wie Pani od początku jak ona się rozwinie i zakończy, czy daje się Pani poprowadzić swoim bohaterom, sama z zaskoczeniem przyjmując takie rozwiązania i zakończenie, jakie oni podyktują? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Dbam o to, żeby nie tylko pisać najlepiej, jak umiem, ale także zaskoczyć i zauroczyć czymś czytelnika. Czasem jednak bywa, że sama siebie zaskakuję. Tak było w przypadku „Magnolii”, która całkiem inaczej miała się skończyć. Powiem tylko, że to „one” miały zginąć. I nagle przyszło olśnienie. A potem wszystko tak pięknie się ze sobą połączyło. Bywa też i tak, że książka już w trakcie pisania zaczyna żyć swoim życiem, a bohaterzy robią co im się podoba – wszystko staje na głowie, zupełnie nie tak, jak to sobie wymyśliłam. Podobnie jest z zakończeniem. Czasem to tylko jakiś zarys, który na koniec przybiera zupełnie inne kształty, a nieraz jest tak, że od początku do końca – jak na przykład w „Złotym śnie” – konsekwentnie zmierzam do celu, choć po drodze wiele zaskakujących spraw (głównie autorkę) się dzieje. 

Monika A. Oleksa: Czym jest słowo dla pisarza? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Słowo dla pisarza jest tym, czym dla malarza pędzel.

Monika A. Oleksa: Jak Pani pracuje nad książką? Czy jest Pani zdyscyplinowana i systematyczna, czy też pisze Pani "napadowo"? Czy ma Pani jakieś ulubione rytuały? I jak radzi sobie Pani z terminami, które straszą niedotrzymaniem, gdy nadchodzą? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Odkąd rzuciłam pracę zawodową i skupiłam się tylko na pisaniu książek, traktuję to zajęcie bardzo poważnie. W takim sensie, że codziennie siadam do pisania. I, albo piszę, albo rozglądam się dookoła, wyglądam przez okno i wymyślam, czym by się tu, niecierpiącym zwłoki, zająć, żeby nie pisać. Czasem się po prostu nie chce, zwłaszcza, kiedy liście na drzewach się zielenią, albo kiedy żółkną… A tak poważnie, narzuciłam sobie pewien rygor i prawie każdego dnia coś tam napiszę, żeby się wyrobić w wyznaczonym terminie. Staram się ich dotrzymywać. Choćby z tego względu, że na finiszu bardzo się chce mieć tę kolejną historię za sobą. Zwyczajne zmęczenie. O swoich ulubionych miejscach wspomniałam: dom, weranda, ogród…



Monika A. Oleksa: Jaka jest Pani ulubiona pora roku? Jaka pora roku sprzyja pisaniu? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Nie lubię tylko listopada. We wszystkich porach roku jest coś inspirującego i urokliwego. Wolę oczywiście lato od zimy, jednak prawda jest taka, że to właśnie zimą piszę najwięcej. Latem ciągle coś mnie rozprasza, no i mam więcej pozaliterackich, że się tak wyrażę, zajęć. 

Monika A. Oleksa: „Popularność – pisze Maurycy Murawski, bohater „Długiego lata w Magnolii”, -  w świecie, w którym jest więcej osób piszących niż czytających książki, to pojęcie względne. Na szczęście nie o nią mi chodziło, gdy zaczynałem pisać pierwszą powieść.” O czym marzyła Grażyna Jeromin-Gałuszka, zaczynając pisać pierwszą powieść? 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Marzyłam, żeby na tę książkę ktoś zwrócił uwagę. Nie sądziłam, że ona („Złote nietoperze”) wygra konkurs i tak to się rozwinie. Bez kokieterii i fałszywej skromności – nie marzyłam o popularności. Maurycy miał rację: to pojęcie względne. Teraz piszę jedną książkę rocznie i cieszę się z tego, że zdobywam coraz więcej czytelników. Tak oddanych i zaprzyjaźnionych z bohaterami, w stworzenie których wkładam zawsze całe serce.

Monika A. Oleksa: Czy wierzy Pani w miłość? Od czasu do czasu pozwala Pani swoim bohaterkom ją odnaleźć. Poprzez nich daje Pani nam,  czytelnikom nadzieję. Pisze Pani o tym, co drobne ale ważne. Na przykładzie Olgi i Adama pokazuje Pani jak pielęgnować miłość małżeńską w trudnej codzienności i na przekór wszystkiemu; Tuśka uczy nas radości z najprostszych rzeczy pokazując, że doba może mieć dwadzieścia pięć godzin, i że można budzić się z uśmiechem nawet po niewielu godzinach niespokojnego snu; Marlena wypowiada na głos to, co wielu z nas nosi w sobie, jest symbolem buntu przeciw współczesnemu światu, do którego z wiekiem dojrzewamy; jest również doskonałym przykładem tego, że prawdziwą namiętność przeżywa się po czterdziestce, a i miłość smakuje wtedy pełniej :D. Jednocześnie nie przesładza Pani swoich książek, i (na szczęście!) nie serwuje Pani nam, swoim czytelnikom, landrynkowych historii. 

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Wierzę w to, że ludzie są dobrzy, a dobrego człowieka zawsze stać na miłość. Przeraża mnie natomiast zło, którego jest coraz więcej, jakby jedno zło chciało przebić drugie. Przeraża mnie też głupota i powierzchowność tego świata. Być może dlatego ostrożnie podchodzę do pewnych uczuć w swoich książkach. Miłość ma różne oblicza i mam nadzieję, że to w tych moich stworzonych z wyobraźni opowieściach widać. Nie przesładzam swoich książek, mam szacunek dla czytelników. 

Monika A. Oleksa: Pani Grażyno, serdecznie dziękuję za tę rozmowę, za Pani tu obecność, i za to, że dała Pani nam, swoim czytelnikom, zajrzeć w te zakamarki życia i emocji pisarza, których możemy się tylko domyślać, trzymając w rękach Pani powieści. Czekamy na kolejną książkę, i kolejne kobiece portrety, życząc, aby opowiadała nam Pani te cudne historie jak najdłużej, i aby życie dostarczało inspiracji, jednocześnie dając możliwość takiego zwyczajnego zatrzymania przy drobiazgach, dzięki którym właśnie to życie nabiera prawdziwego i niepowtarzalnego smaku. Wszystkiego dobrego! 

Grażyna Jeromin - Gałuszka

Gorąco polecam książki Pani Grażyny!  "Magnolia""Złoty sen"


Grażyna Jeromin-Gałuszka

niedziela, 19 lutego 2017

Pamiętasz, jak to się zaczęło...?

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Coś się kończy po to, aby coś innego mogło się zacząć.". Pamiętasz kiedy powiedziałeś mi te słowa? Wtedy kompletnie w nie nie uwierzyłam. Wtedy tamten koniec wydawał mi się po prostu końcem świata, a ja byłam tylko małym okruszkiem, zmiażdżonym pod czyimś butem. Szlochałam ci w rękaw mówiąc, że mam rozdarte serce, a ty tylko przytulałeś mnie niezdarnie, szukając najwłaściwszych słów, choć i tak wiedziałeś, że żadne do mnie nie dotrą. Znałeś mnie lepiej niż ktokolwiek inny, czasami miałam nawet wrażenie, że znasz mnie lepiej ode mnie samej. 
Tylko ty potrafiłeś mnie rozśmieszyć, gdy wcale mi do śmiechu nie było; i nikt tak jak ty nie umiał mnie zmotywować do walki, i do tego, aby nigdy, przenigdy się nie poddawać, jeśli mam pewność, że to, o co walczę, jest słuszne. Pamiętasz moją pierwszą życiową porażkę? Nie dostałam się na wymarzone studia i wtedy zabolało najmocniej. Zraniło ambicje, a ja odczytałam to jak komunikat: "Jestem beznadziejna! Nie nadaję się do niczego!". 
Tak właśnie się czułam, ale ty nie pozwoliłeś mi się nad sobą poużalać. To wtedy zabrałeś mnie na dach. Noc była ciepła, a rozsiane na niebie gwiazdy migotały tak blisko, że wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Stałam tam z podniesioną głową, i gapiłam się na nie z zachwytem. 
"Spójrz na te gwiazdy, Mari. Spójrz im prosto w oczy i wykrzycz, że to nie ty zawiodłaś, tylko farmacja straciła kogoś naprawdę wartościowego i wyjątkowego. Możesz być kim tylko zechcesz, Mari. Naprawdę! Świat nie postawi przed tobą żadnych granic, jeśli sama sobie ich nie zakreślisz. Tak naprawdę, Mari, wszystko jest tu - wskazałeś na skroń, co miało symbolizować mój umysł, stawiający mi ograniczenia. - Wykrzycz im, Mari, że możesz być, kim tylko zechcesz, i że z ich pomocą lub bez, sięgniesz po to!". 
Uwierzyłam ci. Wtedy i kolejny raz. 
Unosząc głowę wysoko ku gwiazdom, spojrzałam na nie bez lęku, i wykrzyczałam: 
"Mogę wszystko, słyszycie? Naprawdę mogę wszystko i jeszcze was zadziwię! Jeszcze wam pokażę...". 
To było tak dawno temu, a ja wciąż to pamiętam. Tamtej nocy uświadomiłeś mi, że marzenia można modyfikować, jedynie czego nie można, to zatrzymać się w miejscu, rozpamiętując porażkę. 
Nie zostałam magistrem farmacji, ale dziś tego nie żałuję, a z perspektywy czasu tamta porażka okazała się drogowskazem, który krętymi drogami doprowadził mnie tu, gdzie jestem teraz, prawie szczęśliwa i prawie spełniona. 
"Coś się kończy po to, aby coś innego mogło się zacząć.". 
Pamiętasz ile razy pomogłeś mi przejść przez to nowe, nieznane i paraliżujące lękiem, że sobie nie poradzę? Czasami zastanawiałam się, skąd bierzesz na to wszystko siłę i cierpliwość do mnie. Bo trzeba jej było mnóstwo, prawda Seb? Mnóstwo cierpliwości i miłości, której ja sama do siebie nie miałam. 
Brakuje mi ciebie, Seb. Brakuje mi twojego trzeźwego podejścia do życia i tego uśmiechu jednym kącikiem ust. Brakuje mi twojego spojrzenia, które nigdy nie oceniało, ale zawsze wspierało. Brakuje mi przyjaźni, która nie raniła. Znów się w moim życiu namieszało, i znów stanęłam na rozdrożu. Wiem, że los prowadzi nas właśnie takimi krętymi ścieżkami, i często zmusza do tego, aby zboczyć z obranego wcześniej toru, aby w ten sposób czegoś nie przeoczyć, albo coś przemyśleć podwójnie. To takie lekcje, które dostajemy od życia. Ja jednak doszłam do takiego momentu drogi, że naprawdę nie wiem, co mam robić, Seb. Próbuję przypomnieć sobie wszystkie twoje słowa, lecz w tej chwili mam w sobie pustkę. Pustkę, która boli, zupełnie jak brak. Brak ciebie. Brak, którego nikt ani nic nie jest w stanie wypełnić.  
Pamiętasz, jak to wszystko się zaczęło...? 
Monika A. Oleksa 

... coś zupełnie nowego, co przyszło niespodziewanie... Czy to dobry początek na książkę? Książkę o miłości i zawiłości życia ... o marzeniach - tych spełnionych i tych porzuconych... o przyjaźni, która trwa pomimo... o ludziach i o tym, co noszą gdzieś głęboko w sobie....  i o tym, że tak łatwo w życiu coś przeoczyć... Ponoszę ją w sobie i wsłucham się w to, co mają mi do powiedzenia Mari i Seb... I podzielę się tym we właściwym czasie...
M. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 14 lutego 2017

Walentynkowo...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


"Miłość ma w sobie pokorę i mówi językiem codzienności."
Monika A. Oleksa 

"Miłość to trwanie pomimo. To dawanie i umiejętność przyjęcia."
Monika A. Oleksa 

"Miłość to spotkanie wpół drogi i rezygnacja z udowadniania swojej racji, bez względu na to, jak prawdziwa by była." 
Monika A. Oleksa 

"Miłość to poszukiwanie wspólnych portów, w których dwoje bliskich ludzi może się spotkać, ucząc się siebie nawzajem."
Monika A. Oleksa 

"Miłość dojrzewa wraz z tymi, którzy ją przyjmują."
Monika A. Oleksa 

"Miłość ma wiele imion, wplecionych w życie każdego człowieka." 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Na umilenie Walentynkowego wieczoru: Zostań Moją Walentynką



wtorek, 7 lutego 2017

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Noc Gwiazdy"



Teatr Stary w Lublinie, będący prawdziwą Świątynią Sztuki, miał ostatnio przyjemność gościć na swoich deskach dwie nieprzeciętne aktorki, Justynę Sieńczyłło i Marzenę Trybałę, w spektaklu wystawianym przez Teatr Kamienica, "Noc Gwiazdy". Spektakl ten powstał w pierwszą rocznicę śmierci Barbary Sass (reżyserka odeszła 2 kwietnia 2015 roku), jako hołd oddany jej pamięci, i na podstawie wyreżyserowanej przez nią sztuki "Tango Notturno". 
"Noc Gwiazdy" to opowieść o życiu Poli Negri - legendzie kina, artystce docenionej na świecie, gwieździe przedwojennego Hollywood, która pomimo talentu, wielkiej sławy, popularności i bogactwa nie potrafi poradzić sobie z tak ludzkimi uczuciami jak strach, żal, zwątpienie i tęsknota za miłością. Przedstawienie ukazuje jedną noc z życia aktorki, tuż przed wybuchem II Wojny Światowej w 1938 roku, a wszystko dzieje się w berlińskim apartamencie gwiazdy. Poli Negri, zagranej w tej sztuce przez fenomenalną w tej roli Justynę Sieńczyłło, towarzyszy przyjaciółka Paola Loebel, Żydówka, genialnie zagrana przez Marzenę Trybałę. Paola, wspierając Polę w trudnej dla niej rzeczywistości, próbuje znaleźć najbardziej rozsądne ze wszystkich odpowiedzi na niewiadome, niepokojące nie tylko wielką Negri, ale i tych, którzy Berlin uważali dotąd za swój dom, w którym nagle zabrakło dla nich miejsca. Zajęte przez Hitlera miasto nie jest już tym samym, które obie kochały, a strach wygląda z każdego zakamarka, zmieniając czas i ludzi. 

Pola Negri - źródło: Wikipedia 

W ciągu tej jednej nocy jesteśmy świadkami retrospekcji życia Poli Negri, w tym momencie historii, dojrzałej kobiety, zapomnianej przez Hollywood, spragnionej miłości, która uwolniłaby ją z poczucia niespełnienia i przegranej. Jej zniekształcona niekiedy pijackim bełkotem opowieść porusza głęboko, ukazując po prostu kobietę, nie gwiazdę, ale człowieka spragnionego ciepła drugiej osoby, bezpieczeństwa i mocnych filarów, na których mogłaby się oprzeć bez poczucia, że jest wykorzystywana. Justyna Sieńczyłło jest tak przekonująca w roli Negri, że widz współodczuwa tragedię kobiety tak bardzo, że to aż boli. Jednocześnie, towarzysząc Poli Negri tej jednej, wypełnionej strachem nocy, sami stajemy przed pytaniami, na które szukamy odpowiedzi. Co tak naprawdę jest w moim życiu najważniejsze, i co może dać mi szczęście? Bo może to, czego pragnę, nie doprowadzi mnie tam, gdzie naprawdę chciałabym i chciałbym się w życiu znaleźć. Bo "być" i "czuć", jest dużo więcej warte niż "mieć" i "bywać", a żadne dobra materialne nie są w stanie zastąpić prawdziwej i szczerej przyjaźni, czy spełnienia siebie przy kimś tak bliskim, że w pewnym momencie stajemy się po prostu jednym. Ani sława, ani bogactwo, ani popularność nie są w stanie dać człowiekowi spełnienia, jeśli nie ma kogoś, kto chciałby to dzielić ze szczerością i z potrzeby serca. To wszystko można wyczytać w gorzkim wyznaniu Poli Negri, wypowiedzianym ustami Justyny Sieńczyłło, od której ta rola wymagała wielkiego zaangażowania emocjonalnego i wysiłku fizycznego, jak również dużej znajomości biografii i filmografii Poli Negri, co widać było w każdym dopracowanym szczególe spektaklu. 

Źródło- Teatr Kamienica 

To Pola była tu gwiazdą, i to ona skupiała na sobie uwagę widzów, ja jednak nie mogłam oderwać oczu od Paoli Loebel, z taką wiarygodnością zagraną przez Marzenę Trybałę, dzięki kreacji której weszłam tak głęboko w tę postać i jej dramat, że przeżywałam  go na równi z aktorką. I pomimo tego, że to Pola Negri miała więcej do opowiedzenia w czasie tej nocy, ja patrzyłam zafascynowana na Marzenę Trybałę, taką zwyczajną, a jednocześnie tak nadzwyczajnie przedstawiającą rozterki opanowanej z pozoru Paoli, w głębi skulonej  i przerażonej jak mała dziewczynka, która została ze strachem zupełnie sama. Gwiazda na drugim planie, która świeciła jednak tak mocno, jak sama Negri w tym spektaklu. 
Obie aktorki, Justyna Sieńczyłło i Marzena Trybała, pokazały w tym przedstawieniu fenomenalny warsztat aktorski i wokalny, angażując widza w sztukę tak mocno, że z zaskoczeniem wybudzał się z zapatrzenia i zasłuchania, kiedy umilkły wszystkie słowa na scenie. Teksty piosenek do spektaklu przetłumaczył Emilian Kamiński, a całość to adaptacja sztuki teatralnej Magdaleny Gauer "Klatka". 
"Noc Gwiazdy" to sztuka, którą należy zobaczyć, aby uświadomić sobie, że nie zawsze to, co nam wydaje się bajką, jest takie naprawdę, i że niejednokrotnie to, czego my sami nie doceniamy w naszym życiu, jest tym, czego najbardziej na świecie pragnie ktoś, kogo podziwiamy za to, że jest wielki i nieprzeciętny. Polecam gorąco, bo naprawdę warto! Wspierajmy sztukę i nie zapominajmy o tym, że teatry nadal istnieją, i naprawdę nie są tylko dla wybranych. 
Monika A. Oleksa ( która z ogromną przyjemnością obejrzała "Noc Gwiazdy" w Teatrze Starym w Lublinie)


Pola Negri. Źródło - Internet 

niedziela, 5 lutego 2017

Miesiąc miłości

Fot.Marcin Piotr Oleksa 

A może by tak luty uczynić miesiącem miłości? Nie tylko dlatego, że słusznie lub nie, czternasty dzień tego miesiąca okrzyknięto Dniem Zakochanych, ale po prostu z potrzeby ciepła i bliskości? Zimowa aura nie odpuszcza, a brudny smog złowieszczą chmurą wisi nad nami, przysłaniając kompletnie świat i jego piękno, które w lutym zachwyca jakby mniej; o świątecznej radości mało kto już pamięta, a na wiosnę trzeba jeszcze poczekać. Dlatego luty na miesiąc miłości nadaje się idealnie. Bo potrzebny nam dotyk i przytulenie, potrzebne czułe słowa, co ogrzeją, i spojrzenie co da pewność, że te motyle w brzuchu wciąż gdzieś tam są, może tylko z wiekiem bardziej ociężale się ruszają. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Niby na tę miłość prychamy i wzruszamy na nią ramionami, a jednak poruszają nas filmy takie jak "La la land", sięgamy po książki o miłości i marzymy, aby choć raz w życiu przeżyć takie uczucie, od którego zatrzęsie się ziemia, a my będziemy się nad nią unosić. Potrzebujemy miłości i ona wcale nie jest przereklamowana. Co więcej, mamy jej deficyt. Niedobór, jak witaminy D. I nieprawdą jest również, że to kobiety pragną i potrzebują tej miłości więcej. Mężczyźni też są romantykami. To my, kobiety, robimy z nich twardzieli, bo takich chcemy ich widzieć. Potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa i wierzymy, że tylko silne, męskie ramiona mogą nam ją zapewnić. I czasami tak bardzo wymyślamy sobie ten model mężczyzny doskonałego, że zupełnie tracimy z oczu to, jaki ten mężczyzna jest naprawdę i czego on potrzebuje. Bo nawet najtwardszy z twardzieli mięknie w przytuleniu, i potrzebuje słów, które są wyznaniem i które zapewnią go o tym, że doceniamy to, co robi. Bo mężczyźni miłość wyznają działaniem, ale sami, paradoksalnie, potrzebują kobiecych słów. Miłych, czułych, doceniających, zapewniających o miłości i oddaniu. Chcą być kochani i dużo ciężej niż kobiety znoszą odrzucenie. Dużo dłużej dochodzą do siebie po zranieniu, a niejednokrotnie nieufność do kobiety pozostaje gdzieś pod skórą, nie pozwalając cieszyć się tak do końca nowym związkiem, w oczekiwaniu na cios, który może nadejść. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Potrzebujemy miłości i jest ona dla nas ważna. Marzymy o tej doskonałej, chcemy wierzyć w szczęśliwe zakończenia, i w pewnym sensie, choć powtarzamy że życie to nie film ani bajka, nosimy w sobie nadzieję, że ta nasza, która się nam przytrafiła, mogłaby taka być, gdyby nie codzienność. A właśnie w tej codzienności ta miłość doskonali się najbardziej. Codzienność ją hartuje, szlifuje i wydobywa z niej ten najpiękniejszy, prawdziwy blask, który zachwyca. Tylko miłość doświadczona codziennością jest tą najtrwalszą i najbardziej prawdziwą. Tylko ona jest najdoskonalsza, bo wypróbowana. Ważne jedynie, by w tej codzienności znaleźć dla niej miejsce i nie pozwolić, aby pokryła się kurzem. Bo czułe słowa, gesty, wyznania i zaklęcia, a także namiętność potrzebne są w małżeństwie bez względu na jego staż, i nie tylko od święta. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Potrzebujemy miłości bez względu na to, ile mamy lat i jakie doświadczenia za sobą. Potrzebujemy jej my, ludzie, kobiety i mężczyźni, potrzebują jej rozpaczliwie dzieci, które chcą być kochane. Potrzebujemy miłości, dzięki której życie jest lżejsze do uniesienia, a świat ma dużo więcej barw niż biel, czerń i szarość. Dzięki miłości rozkwitamy, stajemy się wrażliwsi, czulsi i pozbawieni goryczy, dla której miłość nie zostawia miejsca. Dzięki niej wierzymy, czasami wbrew nadziei, i otwieramy się na nowe możliwości, po które bez jej wsparcia byśmy nie sięgnęli. Potrzebujemy jej, a ona wcale nie jest banalna ani naiwna. Jest piękna.
Ogłaszam więc luty miesiącem miłości, o której w tym miesiącu będę pisać trochę więcej, jeśli pozwolicie :-). 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  

niedziela, 29 stycznia 2017

Sound Café: Paweł Rosak "Who knows"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Paweł Rosak oczarował mnie swoją najnowszą płytą "Who knows" od pierwszych dźwięków usłyszanego w radiu utworu "Love is a traveller". Nieznany mi dotąd muzyk i jego płyta z elementami bossanovy, poruszyła czułe struny wrażliwej duszy i otuliła rozgrzewającym ciepłem muzyki, w którą się wtopiłam cała, pozwalając jej wypełnić każdą cząsteczkę mnie swoim swingującym rytmem. 
Ta płyta uzależnia, i z każdym kolejnym przesłuchaniem otwiera we mnie coś nowego, pozostawiając pragnienie ponownego zanurzenia się w dźwiękach, które wyciszając energetyzują, a zabarwione głosem bardzo cenionej przeze mnie wokalistki jazzowej Ani Marii Jopek, dodatkowo stają się duchową ucztą dla melomana.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Paweł Rosak to muzyk, wokalista, kompozytor i producent, obywatel świata - urodzony w Warszawie, wychowany w Londynie, a obecnie mieszkający na Maladze. "Who knows" to album doskonały, będący wielowątkową historią, do której artysta zbierał materiał przez całe życie, dojrzewając do autorskiej płyty, takiej od początku do końca swojej. Paweł Rosak zaprosił do tego projektu wszystkich tych, których pracę ceni, i o których zawsze marzył, by zebrać ich na jednym krążku. To również płyta, która pozostawia w słuchaczu niedosyt i pragnienie kontynuacji tej przygody, do której zaprasza nas jej twórca. 
Wszystkie utwory składające się na płytę, począwszy od "Love is a traveller" a skończywszy na "Mysteries of the heart", zabierają słuchacza w podróż nie tylko między rytmami, które porywają, choć tak wiele w nich subtelności, ale również wgłąb siebie, stawiając wiele pytań, na które wraz z każdym przesłuchanym kawałkiem próbujemy sobie odpowiedzieć. W środku mroźnej zimy Paweł Rosak przenosi nas do miejsc, w których jest ciepło i bardzo przyjemnie, i w których nadzieja spogląda łagodnie zielonymi oczami sponad szklanki z kolorowym drinkiem, kołysząc się w rytmie bossanovy i zapraszającym gestem sugerując, aby się do niej przyłączyć. To podróż bez paszportu i bez wizy w świat, który nie stawia przed nami żadnych geograficznych granic, a językiem w jakim możemy się tam porozumiewać jest po prostu muzyka. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Album "Who knows" przesycony jest bliskością i zmysłowością, która aż elektryzuje, oraz dźwiękami, wobec których nogi i ciało nie pozostają obojętne, poddając się swingującemu kołysaniu, rytmom soulu i smooth jazzu, z elementami muzyki świata. 
Paweł Rosak zadbał o najdrobniejsze szczegóły, genialnie łącząc brzmienia vintage z nowoczesnością. Ta płyta jest esencją tego, co zagrało w duszy jego twórcy, z dodatkiem bogactwa jego doświadczeń oraz odbiciem kulturowych i muzycznych fascynacji. Obok wokalu Pawła Rosaka i Anny Marii Jopek usłyszymy tu naprawdę wielkich muzyków świata: Lulo Perez, Kubańczyk, sześciokrotny zdobywca Grammy, trębacz i multiinstrumentalista; Hugh Burns, gitara elektryczna; Gary Meek na saksofonie; nieżyjący już Oscar Castro Neves, legenda bossanovy i jazzu, wirtuoz saksofonu, który na płycie pojawił się z gitarą i pamięci którego, podobnie jak pamięci mentora artysty Bena E. Kinga została zadedykowana ta płyta; oraz wielu innych utalentowanych muzyków, których słucha się z prawdziwą przyjemnością. Marek Niedźwiedzki powiedział o niej tak: "Tylko największym artystom świata zdarza się cała dobra płyta i to raz na jakiś czas. Płyta Pawła właśnie taka jest. Długo nad nią pracował, ale warto było czekać. Dla mnie bomba!!!". 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Dla mnie też! Prawie 47 minut niezwykłej przygody, która przemyka zbyt szybko, nie dając się sobą znudzić, i pozostawia obietnicę, w którą chce się uwierzyć. "Who knows" to album, który mnie oczarował, zaczarował, wypogodził i pozytywnie uzależnił, i który gorąco polecam na tęsknotę i mrok duszy, na jeszcze uśpione ciemnością poranki i coraz później ciemniejące wieczory, na te dobre i gorsze dni. Na dzień dobry i dobranoc. Na prezent dla samego siebie, bo who knows... kto wie, dokąd jej dźwięki doprowadzą... Mnie doprowadziły do kolejnej muzycznej fascynacji, wzbudzając apetyt na więcej tak dobrej muzyki. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

piątek, 20 stycznia 2017

Smog

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Zawisł w powietrzu, oddzielając niebo od ziemi. Zlepek brudów tego świata, złączonych ze sobą, wciskający się drobinkami pyłu do naszego organizmu i oblepiający wszystko ciemną warstwą zabójczej masy. Kompozycja nieczystości, aktywowana pod wpływem arktycznego, mroźnego i suchego  powietrza, bezwietrznych dni i nasilonej aktywności człowieka. Przeszkadza cieszyć się pięknem świata pokrytego szadzią, uniemożliwia długie spacery, zagraża zdrowiu i życiu. Komplikuje. Przeraża, a na pewno niepokoi. I nie da się zlekceważyć, bo jest wszechobecny. 
Wymyka się spod kontroli, ale jesteśmy świadomi jego obecności. W przeciwieństwie do smogu, który oblepia naszą duszę. 
Niewidoczny dla oczu i często długo nie dający sygnałów, przyczajony jak rak, rozwija się i nabiera objętości, jednocześnie pozbawiając nas siły do życia i całkowicie odbierając jego radość. Namnaża się latami, kumulując zdarzenia, wyolbrzymiając problemy, podsuwając przed oczy czarne wizje i podszeptując usłużnie rzeczy, w które wsłuchujemy się z lękiem. Uaktywnia się w chwilach, gdy jesteśmy obnażeni bezsilnością, zagubieni w rzeczywistości, która zaczyna nas przerastać, utytłani życiem i nieoczekiwanymi wydarzeniami, spychając nas z drogi, która wydawała się stabilna i bezpieczna. 


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Nie można się uodpornić na smog, prędzej czy później odbije się  on na naszym zdrowiu i psychice. O ile jednak z tym zewnętrznym możemy coś zrobić, choćby przez minimalizowanie ryzyka jego wchłaniania, o tyle ten wewnętrzny, kiedy już zacznie się osadzać, wnika tak głęboko w duszę, wrażliwość i psychikę, że w pewnym momencie, gdy zaczyna brakować nam tchu i powietrza, godzimy się z tym myśląc, że tak po prostu musi być. Przestajemy filtrować zrzucany na nas brud, przestajemy pragnąć zmian, bo i tak już w nie nie wierzymy, i zapominamy, że jeszcze kiedyś nam się coś chciało, i coś cieszyło bardziej, a coś mniej, ale cieszyło, przynosząc radość. A teraz jest tylko obojętność. Bo to wszystko i tak nie ma sensu. Bo i tak nie dam rady, i tak sam niczego nie zmienię, nawet w sobie. Bo zabrakło mi wiary, sensu, motywacji, energii. I życia w życiu.

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Smog. Szara chmura ściągająca w dół. W dół i w dół. Czasami zadajesz sobie pytanie ile ich jeszcze będzie. Tych dołów. Tych obić, posiniaczeń i ran, które nawet zaleczone, nigdy nie zagoją się tak do końca. Ile jeszcze dasz radę udźwignąć, i z ilu jeszcze dasz radę wyjść w miarę cało, z ilu się podnieść i pozbierać?  I czy ten kolejny, w który wpadniesz, bo nie masz już nadziei, że w jakikolwiek sposób uda ci się go ominąć, czy on nie będzie tym ostatnim? Tym, po którym będzie już tylko ciemność i cisza. Bo teraz tej ciszy w tobie nie ma. Teraz, pomimo tego, że zatykasz uszy, wszystko w tobie krzyczy, a najgłośniej ty sam(a), choć tego już nie słyszysz.


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chronić siebie. Sztuka, do której dojrzewamy latami i doświadczeniami. Filtr minimalizujący wchłanianie duchowego smogu, niemożliwy do nabycia w żadnym sklepie, nawet tym internetowym. Chronić siebie poprzez stawianie granic, nawet samemu sobie. Chronić siebie poprzez umiejętność mówienia: NIE! To trudne, ale możliwe do wypracowania i w pewnym momencie życia po prostu niezbędne, nie tylko dla własnego dobra, ale i dla dobra naszych najbliższych. Bo oni też są w grupie ryzyka. Wewnętrznym smogiem można się zarazić. Można go, nawet nieświadomie, przekazywać tym, którzy dzielą z nami codzienność. Zło łatwo się rozprzestrzenia, podobnie jak depresja, bezsilność, zwątpienie, lęk. Dużo trudniej zarazić radością. Bo aby ją dostrzec, potrzeba wysiłku, a smog tego nie potrzebuje. Tworzy się samoczynnie, z naszym mniej lub bardziej świadomym przyzwoleniem.

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chronić siebie to również przejąć kontrolę nad własnym życiem, i nie pozwolić na to, aby inni decydowali za mnie, narzucając mi swoją słabość czy swoją pewność. Każdy z nas dostał jedno życie. Przed każdym pojawiają się możliwości na jego miarę. Jeśli ktoś inny wymaga od ciebie, abyś zajął się rozwiązywaniem jego problemów, bo sam nie ma na to ochoty, naucz się najpierw zrobić trzy kroki w tył, a dopiero potem jeden w przód. Dzięki tej drodze, nieco dłuższej niż zazwyczaj, być może zrozumiesz, że ktoś cię wykorzystuje, karmiąc się twoją energią, nadużywając twojej wrażliwości, spychając na ciebie odpowiedzialność za swoje błędy. I być może przyjdzie ci do głowy, że to co robisz, tak naprawdę nie jest dobre, bo niszczy ciebie.


Fot. Michał Andrzej Oleksa

Chroń siebie. Filtruj informacje narzucane ci z zewnątrz, szukaj pomocy, jeśli życie stało się ciężarem, przewartościuj relacje i wyjdź naprzeciw tym, które budują, a zerwij węzeł tych, które niczego twórczego nie wnoszą w twoje życie. Nie gódź się na bezwolność i narzucanie ci tego, przeciw czemu wszystko w tobie się buntuje, nie daj się wykorzystywać i szukaj wokół siebie ludzi, przy których poczujesz, że rozkwitasz po długim okresie hibernacji. Takich, którzy emanują prostą radością życia, cieszą się  z drobiazgów, nie stoją w miejscu, ale i nie biegną na oślep wraz z masą, aby mieć, posiadać, zdobyć.
Chroń siebie, bo jeśli ty sam(a) nie zatroszczysz się o swoje własne życie, nikt inny tego za ciebie nie zrobi...
Monika A. Oleksa  

Fot. Michał Andrzej Oleksa