czwartek, 30 października 2014

Literacki Lublin: Pożegnanie z Afryką




Jesienny, październikowy Lublin obdarował mnie tego roku nie tylko zachwycającymi kolorami mojej ulubionej pory roku, poprzetykanymi słonecznymi muśnięciami i srebrem delikatnych pajęczynek, ale przede wszystkim bogactwem spotkań z ludźmi, które zawsze są darem i niezwykłą okazją do wymiany myśli, spostrzeżeń, i przede wszystkim, ciepła. Dzięki temu ciepłu i ludzkiej serdeczności, którą zostałam obdarowana, nawet gdy nadeszły chłodne jesienne dni, nie czuję zimna, i nie przygnębia mnie nadchodzący listopad z tym wszystkim, co zazwyczaj przynosi. A wszystko to dzięki ludziom, z którymi dane mi było się  spotkać w literacki czwartkowy wieczór i kulturalne wtorkowe popołudnie... 

Niepowtarzalny klimat Pożegnania z Afryką...
... i niesamowici Czytelnicy, którzy powracają. To takie mile. Dziękuję! 

Lubelskie Stare Miasto i "Pożegnanie z Afryką" nadało swój szczególny, pachnący kawą klimat czwartkowemu wieczorowi, który pomimo chłodu jesieni i zacinającego, zimnego deszczu, nie popsuł atmosfery i zgromadził ludzi, którzy przyszli ogrzać się przy słowach płynących z otwartych serc i czytanych fragmentów mojej najnowszej książki "Samotność ma twoje imię". Minuty płynęły ukojone spokojem i magnetyzującymi głosami czytających pań, które przyjęły moje zaproszenie i wybrały fragmenty bliskie im i mnie; przekazując te wszystkie emocje, które w nich zawarłam. Z serca dziękuję Marii Drwal, której głos przywołał wspomnienia zimowego Kazimierza, i która zgodziła się towarzyszyć mi w czasie tego spotkania pomimo koncertu inaugurującego nowy rok akademicki, oraz pani Bożence Wiak, cudnemu pedagogowi z sercem wyciągniętym na dłoni dla wszystkich dzieci powierzonych jej opiece. Dziękuję Paulinie Mazurkiewicz za oddanie wszystkich emocji w każdym czytanym przez nią słowie, i za drgnienia serc, które spowodowała interpretacją tekstu. 

Maria pięknie przywołała zimowy Kazimierz jesienią...
Pani Bożenka ukoiła towarzyszącym jej  spokojem...
A Paula zaczarowała nas swoim głosem...
Pani Marii Godzinie dziękuję za wszystkie słowa, którymi mnie zasypała i za łzy wzruszenia, które popłynęły po moich policzkach. Pani Mario, mieć takich Czytelników, to dla mnie zaszczyt! Dziękuję, choć wiem, że to jedno słowo nie odda tego wszystkiego, co poczuło serce. 


Pani Maria Godzina jest ze mną od pierwszej wydanej książki:) 
Indywidualne rozmowy po spotkaniu cenię najbardziej

Pani Hannie Olszewskiej dziękuję za zaproszenie i prowadzenie spotkania, oraz czuwanie nad podkładem muzycznym i całością. Dziękuję wszystkim moim miłym gościom, którzy usiedli przy stolikach "Pożegnania z Afryką", oświetlonych nastrojowymi lampami, za obecność pomimo pogody i za tak piękne zasłuchanie. Dziękuję za rozmowę, która połączyła; za żywą dyskusję, i wybranie właśnie tego wydarzenia spośród tak wielu innych, odbywających się równocześnie w naszym mieście. Bez Czytelnika książka by nie przetrwała. To Wasze ręce, drodzy mojemu sercu Czytelnicy sprawiają, że moje książki zaczynają żyć, oddając te wszystkie emocje, które mi towarzyszyły przy ich powstawaniu. Wy wydobywacie z książki ukrytą w niej duszę, i to dzięki Wam moje skrzydła są wciąż uniesione. Za to wszystko, i za powroty na spotkania ze mną - serdecznie dziękuję! 

Cztery głosy czwartkowego spotkania w Pożegnaniu z Afryką:) 
Pani Hanna Olszewska, inicjatorka spotkań literackich
W tym miejscu na Starym Mieście aż chce się być, bardzo tu nastrojowo
Każde spotkanie ubogaca...
...każde zamykam w sercu...
...  i zachowuję na chłodne dni

A na deser zapraszam do lektury jednej z recenzji "Samotności..." - KLIK recenzja, oraz wywiadu ze mną, przeprowadzonego przez Magdalenę Kijewską - KLIK wywiad. A ciąg dalszy literackiego Lublina i relacja ze spotkania wtorkowego... już niebawem:)
Monika A. Oleksa 



niedziela, 26 października 2014

Dotyk miłości

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Nasza codzienność narzuca pośpiech, który próbujemy dogonić, a przynajmniej próbujemy dotrzymać mu kroku. Pędzimy, wiążemy koniec z końcem, urabiamy sobie ręce po łokcie, aby zaspokoić własne lub czyjeś potrzeby. Nie dosypiamy, na nic nie mamy czasu, odkładamy wszystko na później; zaniedbujemy siebie i bliskich, i zapominamy, że nasze życie jest wędrówką, która ma nas gdzieś doprowadzić. 
Kiedy ostatni raz przystanąłeś i zadałeś sobie pytanie: Dokąd zmierzam? Gdzie mnie to doprowadzi? I czy to wszystko, w co wkładam tyle wysiłku, ma w ogóle sens?
Żyjemy w czasach, kiedy nikt nikogo już nie odwiedza bez uprzedzenia, a spotkanie z przyjacielem ustala się z terminarzem; zupełnie jak wizytę u dentysty. Przypadkowy dzwonek do drzwi wzbudza atak paniki i pytanie: A kto to? Bo kto może przyjść bez uprzedzenia? Listonosz. Akwizytor. Bezdomny. Człowiek. 
Patrzymy na niego wrogo i nieuprzejmie odpowiadamy: Nie, dziękuję. Nie poświęcamy mu ani chwili uwagi, bo zakłócił nasz spokój i naszą prywatność, którą często w wirtualnym świecie wystawiamy na widok publiczny. Lekceważymy go i nie chcemy słuchać tego, co chce nam powiedzieć. 
W ten sam sposób lekceważymy w naszym życiu Jezusa. Gdy cicho i bez natarczywości puka do naszych drzwi, jakże często otwieramy patrząc gdzieś w przestrzeń, i wypowiadamy to samo: Nie, dziękuję. Nie, nie potrzebuję Cię teraz w moim życiu. Nie, nie ma potrzeby, abyś poszedł ze mną do pracy. Rozmawiać o Tobie też nie wypada, przecież teraz, w dobie tolerancji i wolności religijnej stałeś się tematem wstydliwym. Twoje miejsce jest w grubych murach kościoła, nie wystarczy Ci, że odwiedzam Cię tam raz w tygodniu? Dlaczego nachodzisz mnie w domu i patrzysz z niemym wyrzutem? Przecież nie robię nic złego, żyję uczciwie; no, przynajmniej się staram. Nie patrz tak, wzbudzając we mnie poczucie winy. Czasy się zmieniły; przez dwa tysiące lat dużo się wydarzyło; to już nie jest ten sam świat, który znałeś. 
Dlaczego nic nie mówisz? Gdybyś tylko coś powiedział, mógłbym znaleźć tysiące argumentów, że tak do końca nie masz racji. Umiem to. Usprawiedliwiać siebie. Dobrze mi to wychodzi. 
Ale Ty milczysz, a ja nie wiem, czego ode mnie oczekujesz; ale zaczynam czuć się nieswojo w Twoim towarzystwie. Coś uwiera. Przeszkadza, jak mały kamyk, który dostanie się do buta. 
Bo przecież tak bardzo chronię własną prywatność i zamykam się w czterech ścianach własnego domu, aby uciec przed Twoim milczeniem i tym spojrzeniem. Jest takie... dziwne. Niepokojące. Nie, nie obwiniasz mnie. W Twoich oczach nie ma oskarżenia. Jest spokój, łagodność i ... miłość? Dotykasz miłością. Robisz to subtelnie i delikatnie. Nie próbujesz zmieniać mnie na siłę, choć może to byłoby lepsze niż Twoje milczące, łagodne spojrzenie. Gdybyś chciał prostować moje życie narzucając mi to wszystko, co głosiłeś, i wytykając błędy; wtedy mógłbym z Tobą podyskutować. Ale Ty milczysz, a ja nie wiem jaką postawę przyjąć wobec tego milczenia. Bo nawet jeśli Cię odrzucam i zamykam przed Tobą drzwi, Ty i tak wracasz. I nie pozwalasz mi o sobie zapomnieć. 
Dotyk miłości. Każdy z nas go doświadcza, i każdy z nas za nim podświadomie tęskni. Ludzie błądzą, poszukują sensu życia i wytłumaczenia " dlaczego?". Odchodzą, obrażają się, przestają wierzyć. Próbują być szczęśliwi, gonią złudzenia, wybierają drogę na skróty, pragnąc spełnienia. I wciąż czegoś brakuje. Wciąż to szczęście jest o krok, albo przechodzi obok, a człowiek nie potrafi go zatrzymać. 
A wystarczy tak niewiele. Poczuć go. Zaufać, przyjmując prostą wiarę i filozofię dziecka. Bez dociekań i naukowych wytłumaczeń. Wystarczy powiedzieć: Przyjdź i dotknij mnie. Przemień moje życie, w którym wciąż coś jest nie tak. Pomóż mi odnaleźć spokój we własnym sercu, które nieustannie żyje niepokojem tego świata. Przytul mnie i pozwól, abym poczuł, jak bardzo mnie kochasz, i że bez względu na to, jak wygląda moje życie, Ty chcesz w nim być. Tak po prostu. Z miłości. Miłości do mnie. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
     

czwartek, 23 października 2014

Literackie Czwartki: Chcę pamiętać tylko miłość

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Monotonny stukot kół pociągu działał wyciszająco na rozbiegane myśli Emilii. Przesuwający się za oknem krajobraz, złożony głównie z lasów, pól i domów stojących samotnie lub przytulonych do innych budynków, skupiał uwagę pasażerów na szczegółach widocznych z perspektywy przesuwających się wagonów. 
Emilia dostrzegła bażanta i zająca, gnającego przez opustoszałe pole. Patrzyła beznamiętnym wzrokiem na suszące się na sznurach pranie i brzydotę kolejowych dworców, które przez lata niewiele się zmieniły. 
Lena spała, oparta o jej kolana. Była bardzo podekscytowana tą podróżą, ale znużenie szybko wzięło górę nad ekscytacją, a wąski przedział stał się za ciasny dla małej i ciekawej świata, czteroletniej dziewczynki. 
Dobrze, że zasnęła. Podróż z Wrocławia była długa i wyczerpująca, a Lena nie należała do dzieci spokojnych, które potrafią usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż piętnaście minut. Wręcz przeciwnie - wszystko ją interesowało, wszystkiego musiała dotknąć i o wszystko zapytać. Na przykład o to, dlaczego dziadek, do którego jadą, nie mieszka z babcią, z którą mieszka Lena, tylko z Dorotą, która nie pozwala nazywać się "babcią", i wcale na babcię nie wygląda. 
Jak wytłumaczyć czteroletniemu dziecku zawiły i skomplikowany świat dorosłych? Jak wyjaśnić coś, co i dla Emilii było rzeczą trudną do zrozumienia? Miała czas, żeby się z tym oswoić i przepracować, ale zrozumieć nie potrafiła, a Lena zadawała coraz więcej pytań. Niewygodnych i często bez jednoznacznej odpowiedzi. Mała dziewczynka poznawała życie, a Emilia była jej przewodnikiem. Starała się jak mogła, by pokazać Lenie świat pełen miłości i wypełnić pustkę w miejscu, gdzie powinien być wyraz "tata", z roku na rok stawało się to jednak coraz trudniejsze... Lena była dociekliwa i nie dawała się zbywać wymijającą  lub zdawkową odpowiedzią. Jej mała córeczka dorastała i Emilia musiała się z tym pogodzić, choć jeszcze nie była na to gotowa. 
Ale czy kiedykolwiek będzie? Czy będzie gotowa na rozmowę z Leną, w której opowie córce o jej ojcu? O tym, że przeżyła z nim najpiękniejsze chwile swojego życia i pomimo tego, jak to się skończyło, nie zamieniłaby ich na żadne inne? O tym, że nie żałuje żadnej minuty ich szalonego czasu razem, i że chce zapamiętać tylko miłość, bo gorycz i żal by ją zabiły. I o tym, że Lena stała się najpiękniejszym prezentem, jaki Emilia kiedykolwiek dostała i że bez niej nie pozbierałaby się po wyjeździe Adama i nie potrafiłaby odnaleźć samej siebie w życiu, które musiała oswoić dla Leny. Już nie płakała po nocach, chociaż bywała smutna. I nie snuła wizji: "Co by było, gdyby...", bo tego "gdyby" po prostu nie było. Odpłynęło promem razem z Adamem, który wybrał inną opcję na życie, do której Emilia nie pasowała. Bolało, bo jak mogło nie boleć? Nie ułatwiła mu tej decyzji, ale też nie zrobiła nic, aby go zatrzymać. O Lence też nie powiedziała. Czy mała dziewczynka była w stanie to zrozumieć, skoro nawet matka Emilii nie potrafiła pojąć decyzji córki?
- Mamo, on dokonał wyboru, a Lena byłaby tylko szantażem. Nie chcę takiego życia. Z przymusu. Sama wiesz, że jeśli coś ma się rozlecieć, nawet dziecko nie jest w stanie tego powstrzymać ani skleić. 
Matka milczała, a Emilia wiedziała, że więcej do tej rozmowy nie wrócą. Bo i co mogłyby powiedzieć? 
Emilia pozwoliła Adamowi odejść i nie rozpamiętywała czegoś, co po prostu nie mogło się wydarzyć. Zapamiętała chwile, które pozwoliły jej uwierzyć, że jest atrakcyjną kobietą, i że miłość istnieje, trzeba tylko uważać, aby jej nie przeoczyć. 
Pociąg szarpnął gwałtownie i zatrzymał się na stacji. Lena poruszyła się i otworzyła zaspane oczy. Emilia z czułością odgarnęła z jej czoła skręcony lok. Lena była tak bardzo podobna do niej samej. Jej mała córeczka. Prezent i cud stworzenia. 
- Dojechaliśmy już do dziadka? - cichy, zaspany głosik spowodował, że Emilię zalała fala czułości. 
- Nie, kochanie. Ale jesteśmy już blisko - odpowiedziała, uśmiechając się do dziewczynki. - Chcesz pić? 
Lena podniosła się gwałtownie, jak to miała w zwyczaju, i pokiwała blond głową. 
- Tak, poproszę. 
Emilia sięgnęła do podręcznej torby i wyjęła stamtąd kubusiowy sok. Podała butelkę córeczce i spojrzała na zegarek. Została im godzina drogi. Za dziesięć minut Lena rozbudzi się na dobre i zacznie zadawać tysiące pytań, co w przedziale pełnym ludzi, a dokładniej pięciu kobiet, mogło być dość niezręczne. Lena była jeszcze za mała, aby rozumieć, że o niektórych rzeczach nie powinno się informować obcych, a jej dziecięca szczerość bywała niekiedy trochę zawstydzająca. Dobrze, że wymyślono coś takiego, jak jajka niespodzianki, to na jakiś czas powinno ją zająć. 
Emilia poszukała w torebce szczotki i spinek, które włożyła tam, gdy Lena układała się do drzemki. Zaraz uczesze córeczkę, a potem będą już niecierpliwie czekać na moment, w którym pociąg dowiezie je do stacji przeznaczenia. 
Tylko gdzie ona, tak naprawdę, była? 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
    

wtorek, 21 października 2014

Śląskie spotkania autorskie

"Nie ma przypadkowych spotkań i ludzie też nie stają na drodze naszego życia, ot tak. Każdy człowiek zostaje nam dany po coś, aby czymś nas ubogacić, dopełnić, coś pokazać lub uświadomić." 
"Samotność ma twoje imię" Monika A. Oleksa

W przytulnym pokoju Gabrysi... 
Po raz kolejny Śląsk, podobnie jak wiosną, zapisał się w moim sercu swoją serdecznością i ogromem ciepłych słów, którymi zostałam tutaj przyjęta. 
Moją śląską trasę autorską, promującą najnowszą książkę "Samotność ma twoje imię", rozpoczęły Lędziny i Miejska Biblioteka Publiczna, pod skrzydłami pani dyrektor Joanny Wicik i niestety nieobecnej wśród z nas z powodów zdrowotnych, pani Agnieszki Kucharewicz. O piękny wystrój sali, gdzie miałam przyjemność spotkać się z wiernymi Czytelnikami, zadbała pani Teresa Jagoda, której jeszcze raz, z tego miejsca, serdecznie dziękuję!
Urokliwy budynek Biblioteki mieści się przy niedawno odrestaurowanym placu farnym, który zachwyca. Aż chce się tutaj zatrzymać i pobyć choć przez chwilę. Lędzianie są niezwykłymi ludźmi, o czym po raz kolejny miałam okazję się przekonać. Nasz wspólny literacki wieczór, ocieplony migoczącymi płomieniami tańczącymi w ręcznie wykonanych, delikatnych świecznikach (dzieło Gabrysi Kotas :D), upłynął w magicznej atmosferze bliskości i poczuciu, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, i że każdy z nas czerpie z tego spotkania i wyniesie w sercu to, co dla niego najlepsze. 


Przepiękny, niedawno odrestaurowany plac w centrum Lędzin 
Moja pani manager, Gabrysia Kotas:) 

Budynek Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lędzinach

Lędzianie pokochali nie tylko Ewę z jej samotnością, ale i moje Eulalie, które przyjęli równie serdecznie jak mnie!
Biblioteka w Lędzinach jest szczególnym miejscem na mapie moich autorskich spotkań i podróży. Miejscem magicznym, w którym łzy po spotkaniu splatają się z uśmiechami; i gdzie nawiązuje się rozmowa, w której Czytelnik jest równie ważny, jak Autor. Lubię tu wracać, bo wśród Lędzian czuję się jak wśród przyjaciół. 
Dziękuję wszystkim, którzy chcieli spędzić ze mną ten wtorkowy wieczór, a w szczególności pani dyrektor Joannie Wicik za zaproszenie i urokliwe przygotowanie spotkania, które głęboko zapisałam w swoim sercu. Pani Gertrudzie dziękuję za łzy, których się nie wstydziła, a które dla mnie były tak cenne jak diamenty; pani Irenie za jedyny w swoim rodzaju egzemplarz "Samotności...", oznaczony pomarańczowymi karteczkami, które jak drogowskazy prowadzą do cytatów nasuwających refleksję; a pani Hani za serdeczność, którą otoczyła mnie przed i po spotkaniu. Thank you for your warmth and the smile that brights me up:D 

Pani dyrektor MBP w Lędzinach, Joanna Wicik
Chwile, które lubię najbardziej :)
Najserdeczniejsza pani dyrektor, jaką kiedykolwiek spotkałam:) 
Grupowe zdjęcie, pomysł pana Mirosława Leszczyka

Pan Mirek to piękna i dobra dusza Lędzin

Drogie Lędziny, zostawiłam u Was kawałek mojego serca, ale nie wrócę po niego. Wrócę, aby dalej się nim dzielić!

Lędziny, w których zostawiłam swoje serce:) 

Kolejnym miejscem na mojej śląskiej trasie autorskiej były Tychy. Pokazały mi się w słonecznych promieniach odbijających się od tafli Jeziora Paproceńskiego, i przywitały mnie kolorowymi, zadbanymi blokami i serdecznymi uśmiechami pań z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach. Szczególnie urzekła mnie pani Marysia Bisztyga, która swoim ciepłym uśmiechem i chwilą rozmowy przed spotkaniem, ociepliła atmosferę dużej Czytelni Naukowej i sprawiła, że poczułam się tam oczekiwanym gościem. 

Moje książki doskonale czują się w towarzystwie Gabrysinych misiaków:) 
Tablica informacyjna:) 

W oczekiwaniu na spotkanie...

Cudowna Marysia Bisztyga, której ciepło rozgrzewa, jak miły szal, jakim chcemy się otulać

Tyskie spotkanie było spotkaniem interaktywnym, licznie przybyli Czytelnicy włączali się aktywnie w rozmowę, która prowadziła nas ciekawymi ścieżkami po współczesnej literaturze, i stawiała przede mną wyzwania :) Dwie godziny upłynęły nie wiadomo kiedy, pozostawiając po sobie lekki niedosyt; co moim zdaniem jest lepsze od przesytu, bo do tyskiej biblioteki zamierzam jeszcze powrócić :) 
Moje bordowe pióro, spisujące słowa, które potem wplatam w kartki moich powieści, zostało tu szczególnie docenione, a opisani przeze mnie bohaterowie skłonili do pytań, odpowiedzi i przemyśleń. 
     
                             

Chciałabym podziękować pani Elżbiecie Pytel za umożliwienie mi tego spotkania, oraz pani dyrektor MBP w Tychach, Dorocie Łukasiewicz-Zagale za zaproszenie i piękne słowa podziękowania, które dostałam od Biblioteki. Dziękuję również pani Irenie Śliwie, kierownikowi Czytelni Centralnej, za ciepło i serdeczność, którymi wraz z Marysią Bisztygą, powitała mnie i towarzyszącą mi Gabrysię Kotas. 
Ciepłe początki rozgrzały atmosferą, dzięki której spotkanie miało swoją magię, zaklętą nie tylko w kasztanach i pięknej jesieni za oknem.

Spotkanie w Tyskiej Bibliotece Publicznej

To wielkie wyzwanie, aby żadna dedykacja się nie powtarzała!

Zupełnie nowym doświadczeniem w moich spotkaniach autorskich był wykład, który wygłosiłam na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, w Górnośląskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Mysłowicach, na temat uniwersalnej prawdy o miłości i życiowych wyborach. Gromkie brawa moich słuchaczy mogły wskazywać na to, że spotkanie im się podobało, albo tak bardzo się cieszyli, że skończyłam mówić:) Nieskromnie pozostanę jednak przy wersji pierwszej:D

Duża sala wykładowa robiła wrażenie!

Zupełnie nowe doświadczenie w moim życiu... 




Ostatnim spotkaniem kończącym moją trasę autorską na Śląsku, były Mysłowice i cudowna, pełna ciepła i przytulności Miejska Biblioteka, pod troskliwym kierownictwem pani Teresy Kameli, której pragnę złożyć moje najserdeczniejsze podziękowania za tak miłe przyjęcie i zaopiekowanie się mną od pierwszej chwili, gdy tylko przekroczyłam próg biblioteki. O nastrojowy wystrój sali zadbały panie Anie ( w tym pani Ania Urban, kierownik oddziału dla dzieci i młodzieży, która od pierwszej chwili urzekła mnie swoim uśmiechem i ciepłem głosu), którym bardzo gorąco dziękuję za włożone w to spotkanie serce i dopięcie wszystkiego w taki sposób, że aż nie chciało się z tej czytelnianej sali wychodzić, tak było tam miło i serdecznie wśród pań, które przybyły. Mysłowickie spotkanie miało w sobie rodzinność Lędzin. Serdeczna rozmowa splatała się między Autorem a Czytelnikami; były emocje i zasłuchanie; wywiązała się również bardzo ciekawa dyskusja dotycząca Piotra i Marty, bohaterów "Miłości w kasztanie zaklętej", którzy wciąż są bliscy moim cudownym Czytelnikom. Przy okazji czytania fragmentu najnowszej książki "Samotność ma twoje imię", moja Przyjaciółka, Gabrysia Kotas stwierdziła, że każda z nas, kobiet, ma swojego Tolibowskiego, o którym zapomnieć nie potrafi, i którego wyidealizowany obraz nosi gdzieś, zapisany na dnie serca, często lekceważąc to, co jest tuż na wyciągnięcie ręki. W tę rozmowę, która została sprowokowana Tolibowskim z "Nocy i dni", wszedł mężczyzna, z którym dzielę życie, i którego przedstawiłam jako: "mojego Tolibowskiego, za którego miałam szczęście wyjść za mąż" :), co wywołało uśmiechy na twarzach pań i jeszcze bardziej ociepliło atmosferę spotkania, z którego naprawdę nie chciało się wychodzić. 

Serdeczne powitanie przez panią Teresę Kamelę, kierownik MBP w Mysłowicach

Temu spotkaniu towarzyszyło zasłuchanie...


Pani Ania Urban, która oczarowała mnie od pierwszej chwili spotkania
Autorskie ręce, które potrafią również dorosłym zmieniać pampersy... i pracy się nie boją
Najprzyjemniejsze chwile każdego spotkania:)

Gabrysia i dwie panie Anie były wielkim wsparciem w czasie spotkania w Mysłowicach

Kochane Mysłowice - z serca dziękuję! Powrócę do Miejskiej Biblioteki Publicznej z ogromną radością i naprawdę będę tęsknić za Śląskiem, który po raz kolejny pokazał, jak OGROMNE MA SERCE! 
Gabrysi Kotas, mojej Przyjaciółce, dziękuję za umówienie śląskich spotkań i bardzo profesjonalne dopracowanie szczegółów. 
Gabrysiu... Ty wiesz, co jest w moim sercu i ile w nim wdzięczności za wszystko, czym mnie obdarowujesz. Dziękuję! 


A na najbliższe spotkania autorskie zapraszam w LUBLINIE: 
23 PAŻDZIERNIK, czwartek godz. 17.00 - POŻEGNANIE Z AFRYKĄ, ul. Złota 3 na Starym Mieście

28 PAŹDZIERNIK, wtorek godz.15.00 - Miejska Biblioteka Publiczna, Filia nr 28 w Lublinie, ul. Nadbystrzycka 85
Zapraszam na magiczne chwile zatrzymania ze mną i moimi książkami:) 
Monika A. Oleksa