czwartek, 30 lipca 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Jezioro Bukowo w Dąbkach


Lipiec siedział nad brzegiem jeziora i chłodził w wodzie zmęczone stopy. Leniwe popołudnie plotło się swoim własnym rytmem, który niczego nie narzucał i spowalniał czas upływający wakacyjnym nurtem. Bez pośpiechu. Bez napięcia. Bez powinności. 
Lipiec, tak jak żaden inny miesiąc roku, potrafił wyciszyć i rozluźnić. Przynosił odpoczynek potrzebny do regeneracji sił i podreperowania zaniedbywanego zdrowia. Długie, ciepłe i pełne słońca dni zachęcały do spacerów i wyjazdów, a noce wypełnione muzyką świerszczy, nakłaniały do rozmów i zwierzeń, które zbliżały. Ludzie siadali blisko siebie i w ciszy nocy odnajdywali wspólne porty, do których zawijali już nie jako przypadkowe statki na oceanie  życia, ale płynąca pod tą samą banderą załoga, złączona silnymi więzami podobnych doświadczeń i relacją, z której wzajemnie czerpali. 
Lipiec lubił przesiadywać obok nich, zasłuchany w te nocne rozmowy. Nikt nie patrzył na zegarek i nie liczył upływających minut. Szczere słowa wypływały z głębi serca, oddawane nocy, która przyjmowała wszystko. W takich chwilach Lipiec wyciszał wiatr, aby nawet on nie zakłócał ludzkich zwierzeń i rozmów, które łączyły. Małym artystom - świerszczom oddawał prowadzenie, czyniąc ich reżyserem wieczornych symfonii, zakłócanych jedynie przez natrętne komary. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Lipiec lubił ludzi i dawał im to, czego potrzebowali najbardziej - ciepło. Tym ciepłem wypełniał słoneczne dni, jasne i radosne w swojej wakacyjnej beztrosce, i podobnym ciepłem łączył ludzkie dłonie i spojrzenia. Z sympatii do ludzi umiał zaczarować świat, ozdabiając go kolorami, smakiem i zapachem. Lipcowe lato pachniało lepkimi od soku lipami, soczystymi malinami, słodkimi czereśniami i nabrzmiałymi czerwienią wiśniami. Kwiaty w lipcowym ogrodzie prześcigały się w różnorodności kolorów i odmian, a słodki nektar wabił łakome bąki i pracowite pszczoły, które właśnie w lipcu miały pełne ręce roboty. Pąki róż rozchylały się zapraszająco, a opite owady - zwłaszcza małe, grube bąki, z trudem wydostawały się na zewnątrz, często klinując się w kielichach kwiatów i głośnym bzyczeniem komunikując, że chyba potrzebują pomocy. 
Drzewa, pookrywane strojnymi sukienkami liści, wyciągały powabnie w górę swoje ramiona, dając litościwy cień w upalne dni, lub osłaniając przed ciężkimi kroplami deszczu, spadającymi z rozdartej przez przypadek chmury. 
Lipiec lubił wraz z wiatrem tańczyć z drzewami, które kołysały się w takt słyszalnego wyłącznie dla nich walca, szumiąc uspokajająco. Witany przyjaźnie przez mieszkające w konarach ptaki, razem z nimi układał niepowtarzalną melodię, która na zawsze pozostawała w sercu, wpisana tęsknotą za latem. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Lipiec miał w sobie łagodność morskiej bryzy, wraz z którą wychodził naprzeciw człowieka, dotykając go delikatnie. Z tą samą łagodnością dotykał odsłoniętych ramion pieszczotą słonecznych promieni, a potem chłodził je lekkim zefirkiem. Bawił się chmurami, na błękitnym niebie układając pierzaste wzory i przygotowując przedstawienie dla tych, którzy zadzierali głowy, aby objąć w pełni świat - od ziemi po niebo; i razem z ludźmi podziwiał podniebnych ptasich przyjaciół, którzy z rozłożonymi szeroko skrzydłami szybowali w przestworzach, zachwycając się lipcowym światem. 
Lipiec był przyjaźnie nastawiony do wszystkich. Gniewał się rzadko i krótko, ale gwałtownie, grzmiąc potężnymi burzami i błyskając oślepiająco, tworząc iluminacje piękniejsze niż sylwestrowe fajerwerki. Bywało, że kłócił się z wiatrem, który nigdy nie słuchał nikogo. Ścierali się wtedy obaj - Lipiec zagniewany, ciskający piorunami i zaciągający na niebieskiej scenie kurtynę z deszczu; a wiatr gwałtowny, nieobliczalny, z furią pędzący przed siebie na oślep, rozbijający i łamiący wszystko, co napotka. Niszczycielski i nie dający się zatrzymać. Nieprzewidywalny. Żywioł silniejszy niż łagodny Lipiec, który ze słońcem pod rękę naprawiał to, czego dotknął rozwścieczony przeciwnik. 
Lipiec z piegami na twarzy i uśmiechem, z którym wychodził do każdego stworzenia. Jedyny wśród dwunastu mu podobnych, który nie nosił w sobie nostalgii i nie był, jak Czerwiec, oczekiwaniem. Miesiąc, który dopełniał każdy dzień prostym szczęściem, rozsypując jego roziskrzone drobinki i patrząc z uśmiechem na tych, którzy je kolekcjonowali. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
         

sobota, 25 lipca 2015

Czwartkowe obiady, odc.36



Kuzynka Basia zatrzymała swoje zwinne autko przed bramą Anielskiego Siedliska, wyłączyła silnik i już miała wysiąść z samochodu, gdy jej oczom ukazał się niecodzienny widok. Na podwórku Gabrysi, otoczony wianuszkiem kokoszek, stał prawdziwy filigranowy anioł z artystycznie upiętym blond koczkiem i przejrzyście niebieskimi oczami. Anioł przemawiał do kur, które jednak nieuprzejmie ignorowały wypowiadane słowa, zagłuszając je głośnym gdakaniem i poddziobywaniem tego, za co udało im się chwycić, to znaczy powiewnej szaty ze wzorem łąkowych kwiatów i sandałków, trochę zbyt współczesnych jak na anioła. 
Kuzynka Basia siedziałaby pewnie w samochodzie dłużej, obserwując fascynujące zjawisko, gdyby nie tubalne: "O! Gości mamy!", tuż nad swoim uchem, które wpadło przez otwarte okno samochodu. Niechętnie oderwała wzrok od Śnieżki wśród kur i spojrzała w stronę, skąd napłynął okrzyk. 
Dwie eleganckie panie nadchodziły drogą od cmentarza, obie w niedzielnych sukienkach i tym czymś w ruchach, co charakteryzowało prawdziwe damy. Obie miały na głowach letnie kapelusze i wyglądały tak malowniczo na tle skromnych Ławek, że kuzynka Basia nie wiedziała, czy chłonąć widok anioła wśród kur, czy letniczek. Zdecydowała, że najlepiej będzie wysiąść z auta i się przywitać. 
- Dzień dobry! - zaczęła uprzejmie, uśmiechając się i wysyłając sygnał pełnej akceptacji i lekkiego zaciekawienia. 
- Dzień dobry! - odpowiedziały zgodnym chórem dwie damy. - A pani to pewnie kuzynka pani Gabrysi, Barbara. 
- Wszystko się zgadza. Widzę, że moja kuzynka zdążyła już panie poinformować o moim istnieniu. 
- Bardzo ciepło o pani opowiadała. Powiedziała też, że będzie pani z nami na obiedzie. Jestem Bogusława, a to Helena. O, a tam wśród kur stoi nasza koleżanka, Eulalia. Jest jeszcze Jadwiga, ale ona została z panią Gabrysią. Rybę razem przygotowują. 
- To znaczy, że mogę liczyć na niedzielną strawę, i to w miłym towarzystwie. - Kuzynka Basia zamknęła samochód i puszczając letniczki przodem, skierowała się w stronę furtki. Nie zdążyła jeszcze do niej dotrzeć, gdy idąca tuż przed nią Bogusława zawołała nagle donośnie: 
- Rozaaalkaaa! - i w jednej chwili wszystkie kury oderwały się od anioła i z głośnym gdakaniem zaczęły biec w stronę nadchodzących kobiet, witając je równie entuzjastycznie, jak stęskniony pies swojego pana. 
Basia stała zdumiona, obserwując gdaczące towarzystwo i zastanawiając się, w jaki sposób letniczki w ciągu kilku zaledwie dni tak wytresowały kury, które dotąd zupełnie ignorowały wchodzących i wychodzących przez furtkę wiodącą do Anielskiego Siedliska. Zapytała o to Gabrysię, gdy tylko znalazły się same w kuchni. 
- A tam, wytresowały! - fuknęła Gabriela. - Rozpuściły je niemiłosiernie! Kury o piątej rano pod drzwi nam podchodzą i drą się, że są głodne. Na schodach się załatwiają, i jak tylko którąś z letniczek zobaczą, biegną w ich stronę tak, że mało im się te cienkie nóżki nie połamią. Nie wiem, jak ja sobie z nimi poradzę, jak moje letniczki wyjadą. 
- Ty, Gabrysia, a one te kury rozróżniają?
- Twierdzą, że tak, ale wiesz Basiu, ja sama ich nie jestem w stanie rozróżnić, bo dla mnie wszystkie jednakowe, a widzę je codziennie, więc zupełnie nie wiem w jaki sposób one je rozpoznają. Podobno Rozalka ma najkrótszy grzebyk, Marcelina jasne piórko na skrzydle, Zdzisława najmocniej zakrzywiony dziób, a Daria królewskie maniery, ale ja nie potrafię tego dostrzec. 
- Szczególnie tych królewskich manier, jak sądzę. 
- Dokładnie! - Gabrysia pokiwała głową i przygotowała talerze. - Powiedz mi, kuzynko, co to za królewskie maniery, jak kury robią pod siebie? 
- Może Daria nie robi... 
Gabrysia popukała się w czoło i wróciła do nakładania obiadu, który zamierzała podać w wersji letniej, w ogródku. 


Fot. Beata Soczyńska


Jadzia stała przed anielską półką, wpatrując się z szacunkiem w stojące i siedzące figurki aniołów, zgromadzonych przez Gabrysię. Ich obecność w tym pokoju nadawała temu miejscu szczególnej atmosfery wyciszenia i spokoju. Miejsce to dodatkowo ocieplał znajdujący się w rogu kominek i biblioteczka w stylu retro, wypełniona książkami, z której Gabrysia pozwoliła im korzystać. Dzięki aniołom Jadwigę  nie przerażał nawet fotel do masażu, na który w końcu dała się namówić, dochodząc z zaskoczeniem do wniosku, że refleksologia jest bardzo przyjemna, a jej stopy są za to wdzięczne i pragną powtórki. 

Anioły szeptały do Jadwigi przyjaźnie, pozdrawiając ją i zapewniając o swojej opiece, a ona, odszeptując, dziękowała im za nieustanne czuwanie i prowadzenie przez życie. Dzięki nim nie czuła się samotna. Świat bez Władka miał co prawda kolor sepii, ale obecność przyjaciółek, które asekurowały ją przed wpadnięciem w głębokie życiowe doły sprawiała, że i na Jadzi niebie pojawiała się tęcza, i to wielobarwna. 
Spierały się, często dość ostro, szczególnie z trudnym charakterem Bogusi, ale wszystkie cztery wiedziały, że w najtrudniejszych momentach życia mogą na siebie liczyć, i że będą za sobą stały murem, bez zbędnego sentymentalizmu, lecz ze świadomością, że zostały sobie dane bez względu na wszystko. Przyjaźń dodawała skrzydeł i Jadzia dobrze o tym wiedziała. Helena, Eulalia i Bogusia były w życiu Jadzi dobrymi aniołami i każda na swój sposób uzupełniała braki, które Jadwiga odczuwała. Bez nich Jadzia by nie przetrwała, albo zgorzkniałaby jak stara panna, wyrzucając światu, że o niej zapomniał. 
Jadzia westchnęła, wpatrzona w kolekcję anielskich figurek. W jej życiu coś się działo, ale Jadzia nie była jeszcze gotowa podzielić się tym z przyjaciółkami. Coś kiełkowało, dojrzewając powoli i przygotowując Jadwigę na przyjęcie nowej siebie, jakiej już nie spodziewała się ujrzeć w jesieni życia. Po śmierci Władka jej serce umarło. Przyczaiło się, pozwalając Jadwidze oddychać i podejmować podstawowe życiowe funkcje, ale skurczone komórki odpowiedzialne za żywsze uderzenia czekały na odpowiedni moment, który latami nie nadchodził. To serce obudził najpierw mały Franio, roztapiając je zupełnie jednym dwusylabowym słowem: "Babciu". Odtajałe, zaczęło bić swobodnie, przyspieszając na widok Franciszka Skalskiego, który traktując Jadwigę z szacunkiem przedwojennego dżentelmena, wprowadził małą rewolucję w jej dotąd uporządkowane życie. Lubiła z nim rozmawiać i spacerować po Lublinie, który oboje pamiętali inaczej, choć wiele miejsc ich łączyło. Lubiła się z nim śmiać. Do tego śmiechu ją prowokował, słuchając dźwięcznych nutek, które przenosiły ich w czasie. Kiedy Jadwiga się śmiała, ubywało jej lat i stawała się młodą dziewczyną, z szalonymi pomysłami w głowie i lekkością w ruchach. W jej srebrzystym śmiechu nie było bagażu lat, tylko zatrzymany czas, którym oboje się obdarowywali. Czekała na każdy dzień z Franciszkiem niecierpliwie jak zauroczona dwudziestolatka. Kwitła i zmieniała się, emanując blaskiem, który przyciągał. 
Na razie jednak była to jej tajemnica, o której nie była jeszcze gotowa rozmawiać. Sekret, który powierzyła aniołom strzegącym Anielskiego Siedliska. 

Gabrysia w obiektywie Beaty Soczyńskiej

 - Powiem ci, Gabrysiu, wyjątkowe te twoje letniczki. - Kuzynka Basia pomagała Gabrieli w zmywaniu i wycieraniu naczyń po sytym obiedzie z karpiem w roli głównej. - Mogłabym tak patrzeć n nie i słuchać ich godzinami. Skąd ty je wytrzasnęłaś, kuzynko? 
- Anioły mi je zesłały - uśmiechnęła się Gabrysia, odstawiając na suszarkę wypłukany talerz. 
- Ładnie ci się wkomponowały w krajobraz. 
- Nie dość, że się wkomponowały, to jeszcze świetnie się tutaj czują. Codziennie robią zakupy w naszym sklepiku. Najpierw podpytują Bogdana o śląskie nazwy , a potem idą do sklepu i robią zakupy. Jednego dnia kupowały knobloszki na śniadanie, a na drugi, ładnie kłaniając się pani Halince, którą pozdrowiły z imienia, kupiły hawerfloki. 
- Parówki i płatki owsiane, no proszę, urozmaiconą dietę preferują. - Wczoraj przyniosły mi nudle i poprosiły o nudelzupę, tylko postawiły warunek, żeby nie była gotowana na żadnej z naszych kur. 
- A! To stąd ten rosół! - wykrzyknęła kuzynka Basia, wyglądając przez okno i z fascynacją obserwując jak cztery damy odpoczywają po obiedzie w ogródku, chroniąc się przed słońcem w cieniu daszka huśtawki i pod parasolem, a jedna z nich - Basia rozpoznała w niej anioła od kur - chłodzi się prawdziwym wachlarzem z japońskim wzorem o wyrazistych kolorach. 
- No stąd. U Marceli, tej młodej sklepowej, kupowały kreple, bo Bogdan powiedział, że do kawy musi być obowiązkowo krepel. 
- Znaczy pączek? - dopytała zaciekawiona Basia, a Gabriela tylko skinęła głową. 
- Złożyły też zamówienie na puding, ale koniecznie z mleka prosto od krowy, więc wysłałam Bogdana do sąsiada, bo my przecież krów nie mamy. 
- A spotkanie z Kubą już było? 
Gabrysia machnęła ręka.
- Od wieczora stoją już w tych swoich chustach na podwórku i czekają na naszą sarenkę. Jak tylko Kuba wychodzi ze swojej obórki, stoją nieporuszone przemawiając jedynie do niej, jak do niemowlaka. I zdjęcia robią. Myślę, że wrażeń mają tutaj pod dostatkiem i już nie marudzą, że na Śląsku nie ma co robić. - Gabrysia zamilkła i zapatrzyła się w strumień lecącej z kranu wody. - Będzie mi ich brakowało, gdy wyjadą - westchnęła. 
- Przyjadą następni goście. Twoje anioły przyciągają - pocieszyła kuzynkę Basia. 
- Może i tak, ale drugich takich artystek już nie będę miała - powiedziała Gabrysia, ocierając mokrą dłonią oczy, które trochę jej się "spociły".   cdn...
Monika A. Oleksa 

Beata Soczyńska
      

niedziela, 19 lipca 2015

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Brzask wyłaniającego się z morskiej toni słońca budzi mewy, które głośnym krzykiem składają swoją poranną modlitwę, wielbiąc Pana przestworzy. Rozpoczynający się dzień ma w sobie jeszcze spokój świtu i rześkość poranka niezmąconego pośpiechem ani nawoływaniem. Pozbawiona ludzkich głosów cisza łagodnie wybudza tych, którzy chcą ją usłyszeć. W tę ciszę wkomponowuje się melodia przyrody, tworząc każdego dnia od nowa niepowtarzalną symfonię dźwięków, równych w swojej doskonałości utworom najwybitniejszych kompozytorów. Szelest topolowych liści, w które wplątuje się figlarny wiatr, przynoszący najnowsze plotki z nadmorskich miasteczek; dźwięczny śpiew ptaków, który można usłyszeć pomiędzy żywiołowym nawoływaniem mew; stuki i trzaski dobiegające z lasu, w którym sosny rozmawiają ze sobą, nachylając się ku sobie z lekkim skrzypieniem, dumne w swojej smukłości, z koroną igieł w chmurach. I morze. Jego nieustający szum jest najpiękniejszym dźwiękiem w tym koncercie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

W tym szumie jest opowieść, przekazywane z pokolenia na pokolenie przesłanie o wielkiej potędze żywiołu i o tych, którzy chcieli ten żywioł ujarzmić. Jest tam również tęsknota za spokojem i wyciszeniem, którego doświadcza człowiek wpatrzony w odległy punkt na horyzoncie. Morze magnetyzuje i ma moc zauroczenia. Wabi kolorami, które kładą się na powierzchni jasną poświatą pomarańczu, czerwieni i żółci. W pogodne i bezwietrzne dni pozwala niebu przejrzeć się w lekko zmarszczonej tafli, wprowadzając ludzi w przedsionek raju. W dni głośne od krzyku wiatru, który kłóci się ze spienionymi falami, gdy chmury pędzą po niebie zdmuchiwane ze złością buntownika, cień kładący się na rozległej piaszczystej plaży cofa się przed światłem słońca, a ciemność ustępuje miejsca światłości. 
Patrzę na to zafascynowany i nie mogę powstrzymać się od porównania, że to zupełnie jak w życiu - zło ucieka przed dobrem, bo zdaje sobie sprawę, że jest tylko słabością. Dobro jest silniejsze. Jest w nim moc skryta w łagodności. Jest siła, której zło nie pokona, choć może się łudzić, że wygra. Nie wygra. Nigdy. Zło się pleni, a dobro mnoży. Chwasty się wyrywa, a kwiaty pielęgnuje. Rzucony kamień ze zwielokrotnioną mocą wróci jak bumerang do tego, kto się nim zamachnął. Żadne wypowiedziane słowo nie pozostanie bez odpowiedzi. 
Dojrzałem do tej wiedzy, chociaż jestem tylko małym nadmorskim kamykiem. Poddaję się rytmowi, który wyznacza mi morze. Jestem tam, gdzie mnie ze sobą zabiera. Zaplątany w fale opadam na kamieniste dno lub piaszczysty brzeg. Wygrzewam się w słońcu i chłodzę w orzeźwiającej wodzie, która jest życiem. Migoczące iskierki słonecznych promieni odbijają się od chropowatej powierzchni, która czuje dotyk i zachwyca się nim. Morze pieści inaczej niż sypki piasek czy bliskość ludzkiej dłoni. W jej zagłębieniu znajduję dla siebie miejsce. Wygodne i bezpieczne. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Na tle nieba, odbity w morskiej toni, ułożył się klucz kormoranów. Jak czarne nutki na pięciolinii, płyną dostojnie po podniebnych przestworzach, a ich cień przesuwa się po zielono-stalowej tafli lustrzanym odbiciem. Porywisty wiatr usiłuje zburzyć równy wzór, który ułożyły, ale mądre ptaki lekceważą go, trzymając się wyznaczonych miejsc w układzie, który wpisała w nie natura. Patrzę za nimi z zachwytem nad cudami, które tak łatwo zlekceważyć. Harmonia panująca we wszechświecie, tak prosta i tak doskonała. Niezmienna. 
Dzikie wydmy, porośnięte trawą, bronią morzu dostępu na ląd. Wzniesione ponad nim, patrzą dostojnie na morskie szaleństwa i stoją na straży granic, których morzu nie wolno przekraczać. 
Na mokrym piaszczystym brzegu odbijają się ślady ludzkich stóp. Niektóre wgłębienia bez słów nakreślają, jak wielki ciężar człowiek, który je pozostawił, dźwiga na sobie. Małe-wielkie sprawy wypadają z przemęczonych serc, morzu oddając swoje zatroskanie. Woda litościwie zabiera je ze sobą, symbolicznie obmywając stopy i zaśmieconą duszę człowieka. Sam na sam z morzem przynosi odpowiedzi na trudne pytania. Żywioł uczy pokory, jednocześnie ukazując doskonałość, do której człowiek od wieków dąży. 
Obserwuję to ludzkie zagubienie i ze współczuciem patrzę na tych, którzy nie potrafią odnaleźć w sobie ciszy. A przecież tylko w ciszy można usłyszeć samego siebie i dotknąć tego, co się zasupłało. Tylko cisza łagodzi niepokój, który jest w człowieku od czasów Adama. I tylko w ciszy przemawia Bóg, którego tu, w potędze morza, można odnaleźć i usłyszeć.
Zanim dzień nachyli się ku zachodowi, wiele melodii wybrzmi niezauważonych i wiele cudów wydarzy się niedostrzeżonych. Chowające się w morzu słońce złotą poświatą obejmie je wszystkie, całując na dobranoc ciepłym oddechem każdego, kto się zatrzyma i zachwyci tym, czego nie można dotknąć, ale można doświadczyć. Pięknem w najczystszej postaci. 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa
    

piątek, 17 lipca 2015

Psie dylematy

Dog room - miejsce dla  piesków przy naszym osiedlowym sklepie:) 

Znowu się pojawiła. Czarna walizka, w której mieści się wszystko, z wyjątkiem mnie. Nie lubię jej. Kłapie na mnie otwartą paszczą, zupełnie jakby chciała mi zakomunikować, żeby trzymać się z daleka. Jej zapach też jest trudny do rozpoznania, za każdym razem gdy mój pan wnosi ją do domu, pachnie inaczej. Ostatnio wyczułam nawet zapach kotów! I kocią sierść dostrzegłam, a to mi się już zupełnie nie podoba. 
Kiedy pojawia się walizka, ktoś z mojego stada znika. Mała siwa mniej mnie niepokoi. Oznacza jedynie, że pana kilka dni nie będzie i cały obowiązek opieki nad moją rodziną przejmuję ja, Mattie. Muszę być wtedy podwójnie czujna i uruchomić mój instynkt strażnika, który przy panu może być trochę uśpiony. Mała siwa więc nie wzbudza podejrzeń. Akceptuję ją. Dużej czarnej nie lubię. Duża czarna zabiera mi panią. Na długo. W takie dni kiedy jej nie ma i które dłużą się niemiłosiernie, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Nie ma porannych przytulanek i nikt mnie nie zaprasza do łóżka w środku nocy. Nikt nie marudzi, gdy nie mogę się zdecydować, czy chcę być na balkonie czy w domu i kręcę się, żeby sprawdzić, czy przez tę chwilę nie zmieniło się coś tam, gdzie mnie akurat nie było, i nikt nie przygotowuje mi miski tak starannie, jak pani. Ona potrafi tak dokładnie przykleić kaszę do wątróbki, że nawet ziarenka nie jestem w stanie zostawić na boku! 
Bez niej w domu robi się smutno, i nie tylko ja to czuję :(

Nie lubię, gdy liczba członków mojej rodziny mi się nie zgadza... 

No więc, gdy pojawia się duża czarna całą sobą pokazuję, że zupełnie mi się jej obecność w domu nie podoba, Patrzę z wyrzutem na panią manifestując, że to nie jest dobry pomysł wpuszczać tę czarną do domu i obiecując, że te kotlety i otworzona bez pozwolenia lodówka u Małgosi to był tylko epizod. Ale za to jaki! Dwanaście kotlecików, które Małgosia dla mnie usmażyła! Nie wiem tylko dlaczego schowała je do lodówki? Chyba po to, aby lepiej smakowały... No dobrze, pochwalę się, chociaż z natury jestem skromna i nie lubię się obnosić ze swoimi dokonaniami. Ale tym razem to było dopiero coś! Udało mi się spełnić marzenie każdego psa i dokonać niemożliwego - otworzyć lodówkę! 
Co to była za uczta! Trawiłam jak wąż, cztery dni nic nie jadłam. Małgosia była przerażona, Waldek wściekły, a moja pani tylko na mnie patrzyła. Bez słowa, ale to spojrzenie... Podejrzewam, że bardziej zmartwiła się o moją linię i samopoczucie, niż o te kotleciki. Ale po kolei. 
Zostałam przez kilka dni z Małgosią i Waldkiem. Oczywiście była to sprawka dużej czarnej, ale wtedy to przegięła, bo nie dość, że zniknęła cała moja rodzina, to i mnie pozbawiono domu. Lubię Małgosię, za Waldkiem szaleję, ale tylko wtedy, gdy mam w zasięgu wzroku kogoś z moich państwa. Tym razem zniknęli, zostawiając mnie w miejscu pełnym obcych zapachów i kotów! Bezczelnych zresztą, bo pomimo moich ostrzeżeń, wchodziły na podwórko jak do siebie, a kiedy dogoniłam jednego, którego wmurowało na mój widok, to dostałam taką burę, że w ogóle przestało mi się tutaj podobać. Chciałam do domu, ale nikt mnie nie słuchał. Zajadałam więc stres rozdzielenia, zjadając nie tylko swoją miskę, ale i tutejszych psów. Jedzeniem kotów też nie pogardziłam... I pomimo tego, że tuż nad uszami słyszałam głos mojej pani, że dobrze wychowanemu psu (a za takiego mnie uważają) nie wypada zachowywać się w ten sposób, miałam to w nosie. Tylko w ten sposób tęskniłam mniej. 

Tak na co dzień to jestem bardzo dobrze wychowanym psem... 

Któregoś dnia Waldek przyniósł do domu pisklę kuropatwy. Słyszałam jak mówił Małgosi, że znalazł je na polu. Mam instynkt opiekuńczy, bo przecież pomagam mojej pani wychowywać Miłka, więc zaopiekowałam się pisklęciem. Bawiliśmy się w berka i chowanego. Fajnie było, ale znów mi się dostało za bałagan. Ale czy dobra zabawa może się odbyć bez bałaganu? Nie ma szans. Porządek to nudy, a wiadomo, że pies sam w domu nie lubi się nudzić. 
No, trochę się porządziłam, ale gospodarzom chyba się podobało, bo ostatniego dnia Małgosia usmażyła te dobre kotleciki. Powiedziała, że to na obiad, więc potraktowałam to poważnie. Byłam co prawda niecierpliwa i nie poczekałam na powrót Małgosi i Waldka, tylko sama się poczęstowałam, ale wyraziłam swoją wdzięczność jak tylko wrócili. Chyba nie zrozumieli, bo Waldek mocno się zdenerwował... Nie docenili nawet tego, że im posprzątałam w lodówce. No... tylko na mojej wysokości, co prawda, ale i to powinni docenić. Chciałam w końcu zostawić po sobie dobre wrażenie.
Kawałkiem pasztetu się podzieliłam, nie jestem samolubna. Schowałam dla Waldka w fotelu. Kotlecikom natomiast się nie oparłam. Przez kilka chwil byłam w psim niebie!
A potem oszalałam ze szczęścia, bo mój pan i moja pańcia wrócili po mnie! Kochają mnie! Z wzajemnością:)

Tyle mam do powiedzenia, ale nie zawsze chcą mnie słuchać...

I znowu wszystko wróciło do rytmu, który lubię i w którym czuję się bezpieczna i kochana. Spacery i spotkania z Wiką - moją przyjaciółką, prawie wilczycą; pieszczoty pani i Miłosza - fajny z niego gość, rozumiemy się bez słów; czuwanie przy pani, gdy pracuje; zabawa z piłeczką, którą pan rzuca najdalej, i poganianie Michała, który nigdy nie pamięta, gdzie położył klucze:). Mój dom i moja rodzina, której częścią się czuję. Bo pies potrzebuje rodziny i kogoś, kto go pokocha, pomimo tego że nie zawsze jest idealnie, i że mimo najszczerszych chęci i ogromu bezwarunkowej miłości, zdarzają się chwile psiej słabości, kiedy traci się kontrolę i puszcza wodze psiej wyobraźni, która potrafi zaskoczyć. Jednak nawet wtedy, zanim padnie to straszne: "Coś ty zrobiła?!", pamiętaj proszę, że cię kocham całym swoim psim sercem. Wiernym i oddanym do końca. 
W imieniu Mattie - Monika A. Oleksa

Życie czasami mnie zaskakuje
   

niedziela, 12 lipca 2015

Siostra Miłości

Przyjaźń, która narodziła się ponad trzydzieści lat temu. I trwa, coraz piękniejsza 

"Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać." Antoine de Saint-Exupery

Miłość wchodzi w życie człowieka burzliwie i nieoczekiwanie; przyjaźń rodzi się łagodnie, splatając cierpliwie nitki wspólnych spotkań, rozmów, wymiany mojego "ja" na "ty" osoby, która z każdą wspólnie spędzoną chwilą robi nam się coraz bliższa i którą po jakimś czasie nieokreślonej długości zaczynamy kochać miłością niezaborczą, rozumiejącą istotę odmienności i akceptującą ją pomimo. Miłość to wybuch, uniesienie i stąpanie po chmurach; to świat oglądany przez okulary, które wiele zasłaniają i które trzeba nauczyć się zdejmować, jeśli z tym kimś wyjątkowym chcemy spędzić swoje życie. Przyjaźń natomiast jest procesem, stopniowo odsłaniającym prawdę, którą odkrywamy w drugim człowieku. W przyjaźni nie ma miejsca na udawanie kogoś, kim nie jestem. Prawdziwa przyjaźń jest szczera, ale nie do bólu. Prawdziwa przyjaźń uczy rozeznawać, kiedy powinniśmy wejść poza wyznaczone ramy, naruszając bardzo intymną przestrzeń, jaką każdy człowiek ma zarezerwowaną dla nielicznych, czasami tylko dla siebie, i kiedy powinniśmy przemilczeć gorzką prawdę, aby nie ranić, tylko wesprzeć. Prawdziwa przyjaźń nie potrzebuje nieustannych zapewnień swojej obecności, tysiąca miałkich słów dla podtrzymania kontaktu ani wyłączności. Jest za to skromna, cierpliwa i bliska tą bliskością, którą czujesz pomimo tygodni milczenia i pomimo dzielącej odległości. To ona właśnie, ta przyjaźń, daje ci pewność, że cokolwiek by się działo w twoim życiu, nie jesteś z tym sam. I choć przyjaciel nie przejmie od ciebie twojego bólu, ani nie naprawi popsutej rzeczywistości, wystarczy ci to, że wysłucha, wesprze, podpowie, albo po prostu przytuli i pomilczy razem z tobą, współodczuwając to wszystko, co ty czujesz i czym chcesz się z nim podzielić. 

Przyjaźń od podstawówki. Piękna! 

Przyjaciel to ktoś, kto nie chce cię zmienić, tylko przyjmuje cię taką, jaka i jaki jesteś. To ktoś, komu możesz zwierzyć się ze wszystkiego bez obawy, że zamiast zrozumienia, otrzymasz pouczenie. Czas zainwestowany w przyjaźń to czas, który cię ubogaca i otwiera oczy na ścieżki, które łatwo przeoczyć w pojedynkę. Przyjaźń to również  obdarowywanie bez przymusu i powinności, to szczera radość z czyjegoś sukcesu, to także uszanowanie potrzeby czyjejś samotności, którą niejeden z nas nosi w sobie. 
Przyjaźń odlicza się w latach, bo tylko czas weryfikuje to, co najszczersze i wartościowe. To bliskość, która nie pokrywa się pajęczynowym kurzem, ale z upływem lat jest jak najlepsze wino - z pełnym bukietem, niepowtarzalnym smakiem i dojrzałością, której nic nie zastąpi. Szczęśliwy jest człowiek, który odnalazł w swoim życiu choć jednego prawdziwego przyjaciela. Szczęśliwy, bo właśnie poprzez przyjaźń jest w stanie dostrzec utkane z misternej koronki szczegóły zwyczajnego życia, na które - patrząc innymi oczami, zwracamy większą uwagę i przy których zatrzymujemy się właśnie z przyjacielem, aby uchwycić ten czas i przechować go w magicznej szkatułce pamięci. 

Moje Przyjaciółki, dzięki którym dostrzegam kolory i szczegóły życia

Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam w swoim życiu przyjaciółki, które przetrwały ze mną gwałtowne burze i załamania, które były przy mnie przez całą drogę walki o siebie i swoje marzenia, i razem ze mną autentycznie i szczerze cieszą się tym, co się w moim życiu z gwałtownymi zakrętami poukładało. Staż mamy dłuższy od mojego małżeństwa - trzydzieści siedem, trzydzieści i dwadzieścia lat przyjaźni, która z każdym rokiem nabiera coraz lepszego smaku, nigdy nie zawiodła i przetrwała momenty słabości, wartościując to, co naprawdę ważne. Każda inna i każda wyjątkowa, ukryta głęboko w sercu i pokochana tą siostrzaną miłością, która uczy wybierać. Agnieszka, Kasia i Dorota. Trzy imiona, które są dla mnie jak melodia, którą w sobie noszę i której lubię słuchać, szczególnie w ciepłym zaciszu nałęczowskiej "Eweliny". Różnimy się między sobą i tą różnorodnością uzupełniamy. Uczestniczymy w swoim życiu bez nieustannego wpychania się poza wyznaczone granice. Nie potrzebujemy zbędnych słów, ani cotygodniowych telefonów. Czasami milczymy nawet kilka miesięcy, ale to nie znaczy, że tej przyjaźni nie ma. Po toksycznej, zachłannej znajomości, którą przeżyłam, doceniam spokój i subtelność przyjaźni, bez której moje życie byłoby ubogie. Nijakie. Puste, bo nawet ukochany mąż i dzieci nie są w stanie zastąpić przyjaciółki w życiu kobiety. Potrzebujemy jej, tak jak ja potrzebuję Agnieszki, Kasi i Doroty, aby być pełnią, ubogacaną przez ich odmienność. 

Przyjaźń to akceptacja i pragnienie dobra drugiej osoby

Przyjaźń to zaufanie i brak lęku oddania części siebie drugiemu człowiekowi. To świadomość, że na ruchomych piaskach życia będziemy w stanie oprzeć się o pewny grunt, i że nie zatoniemy, bo czyjaś pomocna dłoń będzie wyciągnięta w naszą stronę w każdym momencie upadku czy zagrożenia. To również odłamki tęczy, które odkrywamy w sobie oczami kogoś innego. Przyjaciel to anioł, który wchodzi w nasze życie bez szumu, i zostaje w nim na długo, rozprostowując przykurczone skrzydła. 
Takich aniołów w moim życiu pojawiło się kilku. Pomimo odległości, są nieustannie obecni we wszystkim, czego doświadczam. Nie mamią słowami rzucanymi na wiatr, ale wraz ze mną pochylają się nad tym, co napotykam na swojej drodze, dostając w zamian wzajemność, bez której przyjaźń staje się jedynie kupką zakurzonych wspomnień i żalu o niezrozumienie. 
Za to, że są pomimo, codziennie dziękuję, wypisując w żywym sercu imiona... Agnieszka, Kasia, Dorota... Gabrysia, Marzena... Dziękuję za to, że jesteście! Dziękuję za to, czym mnie obdarowujecie. Dziękuję za Przyjaźń, za piękną Siostrę Miłości.
Monika A. Oleksa 

"Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi." Kard. Stefan Wyszyński

Przyjaźń to bliskość pomimo odległości
Przyjaźń nie wymaga wyłączności, ale potrafi się dzielić
Przyjaźń to wzajemne dzielenie się sobą i ubogacanie innością

czwartek, 9 lipca 2015

Literackie Czwartki: Taka sobie historia...

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Weszła do mieszkania i od progu poczuła, że jej poziom irytacji zbliża się niebezpiecznie do punktu krytycznego. W przedpokoju stały grzecznie dwie ciemne walizki, jeszcze niczym nie zapełnione i czekające na swoją coroczną, wakacyjną przygodę. Dokładnie w tym miejscu zostawiła je dzisiaj rano, wychodząc do pracy. Prosiła Karolinę, aby spakowała się do jej powrotu, ale najwidoczniej jej piętnastoletnia prawie córka miała ważniejsze sprawy na głowie niż pakowanie, walizki bowiem pozostały nietknięte, a z jej pokoju dobiegała hałaśliwa muzyka i głośny śmiech dziewczyny wskazujący na to, że Karolina znów wisiała na telefonie.
Magda westchnęła ciężko, odstawiła płócienną torbę wypchaną zakupami i zrzuciła niedbale żakiet, zostawiając go na szafce przed lustrem. Ominęła drzwi pokoju córki i skierowała się od razu do kuchni. Była głodna i zmęczona. Ostatni dzień w pracy wcale nie należał do najłatwiejszych. Jak zawsze przed urlopem było tysiące spraw "na już", których nie mogła odłożyć na potem. Dodatkowo, jak na złość, jej służbowy telefon dzwonił dziś od samego rana, skutecznie odciągając jej uwagę od rzeczy ważnych i najważniejszych, i kurcząc czas jaki pozostał do godziny szesnastej. Nie mogła wyjść z pracy ani minuty później, miała jeszcze huk roboty w domu przed wyjazdem. Podobnie jak Karolina nie była dotąd spakowana, z tym że w przeciwieństwie do córki, ona nie miała na to po prostu czasu. 
Wypakowała zakupy i odstawiła na bok te rzeczy, które chciała zapakować do torby spożywczej. Kochała lato między innymi za to, że oferowało gamę zdrowych i szybkich obiadów. Wystarczyło wrzucić do jednego garnka kilka młodych ziemniaczków i kalafior, a na patelni po prostu usmażyć sadzone. Do tego przyrumieniona bułka z roztopionym masłem i kubek zsiadłego mleka - obiad gotowy! Na szczęście Karolina tolerowała warzywa i nie żądała codziennie porcji mięsa na obiad.
Magda nastawiła wodę w garnku, lekko osoliła i poczekała, aż zacznie się gotować, a potem wrzuciła na parę ziemniaki i kalafior. Nałożyła przykrywkę, zmniejszyła gaz i dopiero teraz dojrzała do wtargnięcia do królestwa, w którym niepodzielnie rządziła Karolina. 
Tak jak się spodziewała, pokój córki był jednym wielkim bałaganem. Pomimo ciepła panującego na zewnątrz w pokoju panował zaduch. Magda poczuła, że się dusi. Pierwsze co zrobiła, to otworzyła szeroko okno, odsłoniła rolety i ściszyła muzykę. 
- Własnych myśli nie słyszę. - Powiedziała cierpko, patrząc rozzłoszczona na córkę. - Prosiłam, żebyś się spakowała. 
- Przecież się pakuję. - Odpowiedziała nastolatka, wskazując ręką zawaloną ubraniami kanapę i podłogę. 
- Zamierzasz zabrać to wszystko? - Magda wzięła się pod boki i patrzyła z przerażeniem na wybebeszoną szafę i całą jej zawartość poniewierającą się między nogami. 
- Nie wszystko, tylko część. Ale nie wiem jeszcze którą, a jak jestem głodna to nie potrafię myśleć. 
- A rączek to ty nie masz, tylko ze wszystkim musisz czekać na mamusię? 
- Mamo! Nie czepiaj się!
Magda podniosła ręce do góry w geście poddania i wycofała się do kuchni. Sprawdziła miękkość warzyw i lekko przyrumieniła masło na patelni, a potem wbiła tam dwa jajka. Przy tych monotonnych, powtarzalnych czynnościach uspokajała się i nabierała dystansu. 
Trudno było egzystować z dorastającą nastolatką pod jednym dachem. Jej szalejące hormony wielokrotnie były powodem kłótni i wojen między nimi, po których Karolina szybko wracała do porządku dziennego, natomiast Magda długo lizała rany dotknięta do żywego. Jeszcze trudniej było wychowywać tę nastolatkę samotnie i zmagać się z autorytetem nadszarpywanym przez ojca Karoliny, który pojawiał się w życiu córki kiedy miał na to ochotę, i znikał równie szybko. 
Magda pokręciła głową, jakby chciała zrzucić z siebie wszystkie nieprzyjemne myśli, które ją dopadły i rozłożyła równo na talerzach ugotowane warzywa, a obok nich gorące jajko. Kalafior polała łyżeczką bułki tartej zmieszanej z roztopionym masłem, a do dwóch zielonych kubków wlała zsiadłe mleko. Była pedantką nawet na talerzu. 
Jadły w milczeniu, każda zajęta swoimi myślami. Magda chciała jak najszybciej uporać się z pakowaniem i wcześniej się położyć. Planowały wyjazd około czwartej rano, kiedy noc przechodziła łagodnie w świt, a na drogach było jeszcze pusto. Lubiła prowadzić i nie bała się trasy, pomimo tego, że jechała w nowe miejsce, którego jeszcze nie znała. Ufała swojej nawigacji i instynktowi kierowcy. 
Potrzebowała tego urlopu. Czekała na niego jak na zbawienie. Czternaście dni, w ciągu których chciała pozbyć się tego napięcia, z którym żyła od dłuższego już czasu, i przede wszystkim zwolnić, bo tryb życia jaki prowadziła powoli ją wykańczał i narzucał coraz większe tempo. Uroki mieszkania w mieście. 
Zamyśliła się nad pustym talerzem, zapatrzona w okno, za którym lato puszyło się w całej pełni. 
Jechała nad morze, aby tam odnaleźć siebie. Dawno jej tam nie było... Kiedyś już się tam pogubiła. Czy tym razem będzie potrafiła złożyć w całość kolorową mozaikę życia, której elementy pogubiła właśnie nad Bałtykiem? Teraz nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Czekała co przyniosą jej najbliższe dni i morze. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 
Wyjechały przed czwartą, o tej magicznej porze kiedy noc przechodzi w brzask dnia. Szary świt prowadził je pustą o tej porze szosą. Pożegnała swoje miasto migające do niej pulsującym pomarańczowym światłem na skrzyżowaniach i wyjechała na drogę prowadzącą do Warszawy. 
Karolina spała, skulona na tylnym siedzeniu. Magda włączyła płytę swojej ulubionej Sade, poprawiła pas i skupiła się na drodze. Mijała uśpione jeszcze wsie i miasteczka, zostawiając za sobą Lublin i wszystkie swoje sprawy. Potrzebowała tego czasu urlopu, aby nabrać dystansu do pracy, Jarka, babci i samej siebie. Była zmęczona samotną walką z codziennością i zmiennymi nastrojami Karoliny. Od sześciu lat jej dzień wyglądał prawie tak samo. Musiała dotrzeć do pracy na ósmą, w międzyczasie podrzucając córkę do szkoły. Od ponad sześciu lat praca stała się jej ucieczką przed samotnością. Gdy rozpadało się jej małżeństwo z Jarkiem, w pracy odnajdowała spokój. Zatracała się w niej, angażując całą sobą w projekty, aby tylko nie dopuszczać myśli, które doprowadzały ją niemalże do obłędu. Kiedy odszedł, tam szukała pocieszenia. Wśród ludzi, którzy nic o niej nie wiedzieli i do których uśmiechała się pomimo tego, że serce w niej wyło. 
Chciała ratować swoje małżeństwo. Bardzo chciała. Nie umiała żyć w pojedynkę, bała się samotności. Tamta kobieta była jednak przebiegła. Potrafiła zauroczyć Jarka tym, że nic od niego nie chciała. Nie wymagała spędzania więcej czasu z dzieckiem, nie prosiła go o wyniesienie śmieci. Nie oczekiwała od niego niedzielnych obiadów z babcią i wracania wcześniej do domu. Ona była cierpliwa. To ona czekała na każdą chwilę z mężczyzną, który wciąż był mężem Magdy. U niej odpoczywał od przemęczonej, rozhisteryzowanej żony. I to ona wygrała. Magda nigdy się z nią nie spotkała, ale wiedziała jak wygląda. Obejrzała zdjęcia, które kiedyś pokazała jej Karolina. Musiała to zrobić, pokusa była zbyt wielka. Chciała spojrzeć w oczy kobiecie, która sięgnęła po czyjąś miłość. Chociaż... czy to wciąż była miłość? Po sześciu latach Magda już nie była tego taka pewna. 
Ewa. Tak mówiła o niej Karolina. Ewuś. Tak zwracał się do niej jej mąż. Już jej, nie Magdy. 
Odejście Jarka nie bolało. Ich małżeństwo przestało istnieć dużo wcześniej, jeszcze zanim orzeczono rozwód. Bolało odrzucenie i to poczucie, że teraz za wszystko musi być odpowiedzialna sama. Bolało zadowolenie Karoliny, gdy wracała z domu tamtej kobiety i imię, które padało w ich domu zbyt często. Ewa. Zupełne przeciwieństwo drobnej, niewysokiej i bardzo szczupłej Magdy, która swoje blond włosy sięgające ramion wiązała w dziewczęcy kucyk z tyłu głowy. Ewa wyglądała jak pramatka i godnie to imię reprezentowała. Wyższa od Magdy i apetycznie zaokrąglona w tych wszystkich miejscach, za którymi mężczyźni wodzą wygłodniałymi oczami. Jej długie ciemne włosy opadały łagodnie na plecy, a zielone oczy otoczone długimi rzęsami aż prosiły, aby w nie patrzeć. Wyblakłe od przepłakanych nocy niebieskie oczy Magdy ziały rozczarowaniem i pustką. 
Magda otrząsnęła się, zrzucając wspomnienia, do których niebezpiecznie doprowadziła ją monotonna droga. Nienaturalnie pustą o tej porze dnia Warszawę przejechała w niespełna dwadzieścia minut. Na tylnym siedzeniu Karolina właśnie się dobudzała. Magda słyszała ciche pomrukiwania dobiegające spod koca. Karolina zawsze się tak budziła. Zanim otworzyła oczy, mruczała dziwne i niezrozumiałe słowa i nakrywała się po same uszy, aby jak najdłużej odwlec brutalny moment przebudzenia. A potem wstawała, od samego rana pełna pretensji do wszystkich o wszystko. Teraz też nie było łatwo. 
- O rany, jak gorąco! Włącz klimę. 
- Wyjdź spod tego koca, to odetchniesz chłodniejszym powietrzem. Klima już dawno włączona. - Magda spojrzała we wsteczne lusterko. Za nią siedziało rozczochrane siedem nieszczęść i patrzyło z wyrzutem, zupełnie jakby było tu za karę. 
- Siku mi się chce. 
- Mam stanąć na tej dwupasmówce, abyś mogła wypiąć tyłek na poboczu i załatwić się, czy dotrwasz do stacji benzynowej w Płońsku? 
Karolina spojrzała na matkę z wyrzutem. 
- A daleko jeszcze? 
- Jakieś piętnaście, dwadzieścia minut. 
- Wytrwam. - Karolina ziewnęła szeroko i zapatrzyła się na przesuwającą się za oknem mozaikę zieleni i domów. Czarna droga uciekała pod kołami prowadzonej pewną ręką Magdy Hondy Civic. Czas przeskakiwał leniwie z minuty na minutę, radio cicho szumiało monotonnym głosem spikera, a Karolina mruczała pod nosem litanię porannych narzekań.
Magda zajechała na stację benzynową w Płońsku i zaparkowała przy dystrybutorze. Postanowiła teraz zatankować samochód do pełna, aby później nie szukać z rozpaczą stacji i jechać z duszą na ramieniu czy wystarczy jej benzyny. Odkręciła z wprawą korek wlewu, wyjęła z dystrybutora długi wąż i obserwowała znudzona biegające w małych okienkach cyfry. Złapała je na sumie 248 złotych. Odwiesiła węża, zamknęła wlew i weszła do sklepu, aby zapłacić. Przy okazji postanowiła skorzystać z toalety, aby później nie przebierać nogami jak Karolina. Pozostawiona samotnie Honda została przy dystrybutorze... 
Monika A. Oleksa 

Początek tej historii splótł się dwa czy trzy lata temu w moich ukochanych Dąbkach. Potrzeba pisania była tak silna, że poddałam się jej, zapisując przychodzące zdania w zeszycie. Zaledwie początek, a już wypełniony życiem kobiety, którą mogłaby być niejedna z nas. Nie ma tych notatek wiele, ale wielokropek na końcu oznacza, że słowa się jeszcze nie wyczerpały. Bardzo szanuję swoich Czytelników i cenię ich zdanie, dlatego Wam, kochani, zostawiam wybór - odnaleźć w sobie więcej słów i spleść je w historię Magdy, czy zostawić niedopowiedzianą, z dalszym ciągiem, który każdy sobie dopowie...?
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 
 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Zmiany




Kiedy kończy się w naszym życiu pewien etap, stajemy przed niewiadomą. Zawsze towarzyszy jej lęk, bo nowe oznacza nieznane. Obrastamy w poczucie bezpieczeństwa, powtarzając jak rytuał te same czynności, żyjąc w tym samym miejscu, spotykając tych samych ludzi i pijąc wciąż taką samą herbatę. Nasze drobne przyzwyczajenia stają się wyznacznikiem dnia, którego uczymy się na pamięć. I choć niejednokrotnie narzekamy, że życie staje się monotonne, i że poprzez tę przewidywalność przestajemy dostrzegać w nim tę wyjątkowość, którą ma przecież wpisaną w siebie każdy dzień; to jednak w głębi serca jesteśmy zadowoleni z tej niezmienności, bo dzięki niej czujemy się bezpiecznie. Pewnie.
Życie jednak nie potrafi stać w miejscu i wciąż stawia przed nami nowe wyzwania, obserwując jak sobie z nimi poradzimy. 
Kilka dni temu mój starszy syn zakończył pewien etap swojej edukacji. Oboje z mężem jesteśmy ogromnie dumni z jego gimnazjalnych osiągnięć, dobrych ocen, świadectwa z czerwonym paskiem i z medalu szkoły jaki otrzymał. Patrząc na to jak pięknie Michał się rozwija wewnętrznie wiemy, że jako rodzice dobrze wykonujemy powierzone nam zadanie wychowania. Zdajemy też sobie sprawę z tego, że wraz z pożegnaniem gimnazjum, zakończył się również pewien okres w życiu Michała. Niepostrzeżenie stał się młodym mężczyzną, z którym możemy już rozmawiać jak z równoprawnym partnerem i który własnymi oczami i rozumem ocenia rzeczywistość. Już nie patrzy przez pryzmat naszego postrzegania świata, choć wartości, jakie mu przekazujemy nosi w sercu; ale świadomie podejmuje własne decyzje, do których potrafi nas przekonać, i o których potrafi rozmawiać. Ma swoje plany na przyszłość i coraz śmielej sięga po wyzwania, przed którymi jeszcze niedawno chował się za naszymi plecami, czując się tam bezpiecznie. Dziś to poczucie bezpieczeństwa towarzyszy mu w świadomości, że ma w nas wsparcie i że wybierając swoją drogę, nie odchodzi daleko. 

Mój przystojny syn:) Młody mężczyzna...
Trzy lata gimnazjum zmieniły mojego syna, dając mu pewność siebie, umacniając poczucie własnej wartości, i - poprzez nauczycieli, których napotkał na swojej drodze - wiarę w swoje możliwości, do których był motywowany. Dzięki temu z pewnością wkracza w nową, licealną rzeczywistość, świadomy mocnych skrzydeł, które w sobie odnalazł. 

Wychowawczyni Michała, pani Małgorzacie Szwedo zawdzięczamy najwięcej!
Ostatnie chwile w szkole, która była składową częścią codzienności...
Zakończył się pewien etap...
Każdy koniec jest początkiem czegoś nowego. Trudno jest przewidzieć, dokąd to nowe nas doprowadzi, bo są przecież w naszym życiu zmiany, których nie potrafimy tak łatwo zaakceptować; warto jednak odnaleźć w sobie odwagę postawienia pierwszego kroku naprzód i spróbowania inaczej. Spojrzenia z innej perspektywy i otworzenia się na gotowość doświadczenia tego nowego, bez względu na to, jak bardzo się go obawiamy.
Lato, które próbuje się z nami tak pięknie zaprzyjaźnić, to dobry czas na wewnętrzne porządki w nas samych. W ciągu tych letnich tygodni zwalniamy, patrzymy na miniony rok z pewnym dystansem i jesteśmy bardziej czuli na błędy, które popełniliśmy. To również czas na to, aby przewartościować swoje życie, zastanowić się nad tym, dokąd ono zmierza i odpowiedzieć sobie samemu szczerze na pytanie, czy naprawdę jestem w nim szczęśliwa i szczęśliwy? Nigdy nie jest za późno na to, aby coś zmienić. Nigdy nie jest za późno na to, aby zacząć od nowa. Zmiana nie musi przerażać, bo z każdej sytuacji, nawet tej bez wyjścia, można wyprowadzić dobro. Koniec pewnych etapów dostajemy zawsze po coś. Każde pożegnanie ma w sobie obietnicę kolejnego spotkania. Być może nie z tą samą osobą, ale z kimś, kto będzie w stanie obdarować nas hojniej, lub kto doprowadzi nas dokądś, dokąd sami, z lęku przed nieznanym, nigdy byśmy nie doszli. 
Uczę się dojrzewać do zmian w swoim życiu. Uczę się je akceptować i przyjmować, choć nie zawsze jestem w stanie je zrozumieć. Trzy lata temu dowiedziałam się, że jestem cudownym Bożym naczyniem. Od tego czasu nie boję się otwierać na życie, ze wszystkim co przynosi. Wciąż jest we mnie lęk, który uczę się ignorować, ale jest też wiara, że każda zmiana doprowadzi mnie do głębszego doświadczenia życia, które ma w sobie przeogromne bogactwo i namawia każdego z nas do jego odkrycia. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa