poniedziałek, 26 stycznia 2015

Spotkanie w drodze do Damaszku

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Człowiek błądzi, bo to wynika z jego ludzkiej słabości. Mając wolną wolę, sam podejmuje decyzje i - wodzony na pokuszenie - często zbacza z drogi światła, kierując się ku ciemności. Wchodząc w tę ciemność coraz głębiej, człowiek po jakimś czasie uznaje, że nie potrzebuje światła do tego aby żyć, i zadowala się złudą tego, co nazywamy istnieniem. 
Wcześniej czy później przychodzi jednak moment, gdy wszystko wokół traci sens, a uśpione serce dopomina się o coś więcej, czego pogrążony w mroku człowiek nie potrafi sprecyzować. I wtedy staje przed kolejnym wyborem, który już coraz trudniej jest podejmować, bo ołowiana obręcz wokół serca ciągnie w dół. W takich momentach największej ludzkiej słabości Bóg wychodzi na spotkanie człowieka z pytaniem, które skierował do św. Pawła Apostoła w jego drodze do Damaszku: "Dlaczego Mnie prześladujesz?". 
"Dlaczego Mnie prześladujesz, Szawle?". Zaślepiony nienawiścią Szaweł z Tarsu zmierzał do pracy, którą wykonywał ze szczególnym okrucieństwem. Nie wierzył, że Bóg tak po prostu przyszedł na ziemię i wszedł wśród ludzi z miłości do nich; i prześladował wszystkich uczniów i zwolenników Jezusa. Spotykając na swojej drodze żywego Boga nie wiedział, że został wybrany jako narzędzie w rękach Pana, aby "zaniósł Jego imię do pogan i królów, i do synów Izraela". (Dz 9,15) Ale usłyszał głos i przejrzał, napełniony Duchem Świętym, stając się najgorliwszym z Apostołów i zawierzając swoje życie Temu, który wyszedł mu naprzeciw. Zaufał i uwierzył. 
Współczesny człowiek ma z tym problem. Za łatwo wpada w zwątpienie i szuka nie tam, gdzie mógłby znaleźć odpowiedzi na pytania, które zadaje i które pozostają bez odpowiedzi, bo jedyna prawda, która za nimi stoi często dla człowieka żyjącego w dzisiejszym świecie jest nie do przyjęcia. Chcemy szybko, łatwo i bezboleśnie. Znamy nasze prawa i potrafimy je egzekwować i wymagać, czujemy się częścią świata, który ma tak wiele do zaoferowania, i wybieramy z tej oferty to, co najwygodniejsze. Angażujemy się w to wszystko tak bardzo, że zapominamy czym, tak naprawdę, jest życie człowieka. Zamiast pielgrzymować, pędzimy na oślep, ignorując spotkania i znaki, które dostajemy właśnie po to, aby nie zabłądzić. Wpadamy w pułapki, które sami na siebie zastawiamy, i obwiniamy za nie Tego, którego odrzucamy. Nasze życie staje się mrokiem, w który wchodzimy coraz głębiej, nie widząc w nim radości ani nie odnajdując sensu. Nie potrafimy uwierzyć. Nie potrafimy zaufać tak do końca we wszystkim, dając się po prostu prowadzić jak św. Paweł po spotkaniu w drodze do Damaszku.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W tym świecie, w którym nie ma miejsca dla Boga, Bóg wciąż jest obok nas. On nie odchodzi i wciąż jest obecny ze wszystkimi swoimi obietnicami, które ofiarował człowiekowi. I podobnie jak kiedyś zwrócił się do Szawła z Tarsu, tak dziś pyta Ciebie i mnie: "Dlaczego Mnie prześladujesz?". "Dlaczego Mnie lekceważysz?". "Dlaczego Mnie odrzucasz?". Skąd w tobie, człowieku, tyle zajadłej złości, skierowanej przeciw Mnie? Co takiego tobie zrobiłem, płacąc najwyższą cenę swojego życia właśnie za ciebie, że dobro które ci przynoszę każdego dnia, potrafisz tak bezmyślnie rozdrabniać w zło, krzywdząc najbardziej samego siebie? Dlaczego nie potrafisz zrozumieć, że kocham cię bez względu na to, kim jesteś i jaki jesteś, i że ja ciebie nigdy nie odrzucam. To ty zamykasz mi drogę do siebie, uciekając przed moją miłością i życiem, w którym nie ma lęku ani ciemności. Ale wybór zawsze należy do ciebie, bo masz wolną wolę. 
W swoim spotkaniu z Jezusem, którego dotąd prześladował, Szaweł z Tarsu pyta: "Co mam czynić, Panie?". Ja też zadaję sobie to pytanie zawsze wtedy, gdy mam wątpliwości i gdy jestem bliska zbłądzenia. I wiem, że usłyszę słowa i rozpoznam znaki, którymi Bóg obecny w moim życiu, na mojej osobistej drodze do Damaszku da mi odpowiedź i poprowadzi wiedząc, że jestem słaba i potrzebuję Go we wszystkim, czego się podejmuję w swojej zwyczajnej codzienności. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marci Piotr Oleksa
       
  

piątek, 23 stycznia 2015

Czwartkowe obiady, odc. 29

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Choinka mi posmutniała", pomyślała Bogusia, patrząc na smętnie zwieszone gałązki jodły, wyginające się w dół pod wpływem ciepła i ciężarem zawieszonych na nich dekoracji. 
- No i co, bidulko? - powiedziała, zwracając się do drzewka, w którym nie było już chęci życia. - Będę musiała cię rozebrać i wyrzucić. - Westchnęła i odwróciła wzrok od choinki, która wprawiła ją w refleksyjny i niewesoły nastrój.
Przemijanie nie było rzeczą, której Bogusia poświęcała dużo uwagi. Życie miało swój rytm i nieuchronny bieg, i nic na to nie można było poradzić. Trzeba było przyjąć tę prawdę i przejść nad nią do porządku dziennego, ciesząc się chwilą tu i teraz, bo tak właściwie to nie wiadomo, ile ich jeszcze zostało. A przecież każda była cenna.
W głębię przemyśleń Bogusi wdarł się dźwięczny dzwonek do drzwi, który niewątpliwie zapowiadał którąś z przyjaciółek. 
- Czwartkowe obiady czas zacząć! - dobiegł ją od progu wesoły głos Eulalii, która wniosła do mieszkania Bogusi entuzjazm i dobrą energię. - A co ty masz taką melancholię wypisaną na twarzy? 
- Eee tam. - Bogusia machnęła ręką, robiąc przyjaciółce miejsce na wieszaku. - Rozmyślałam nad nieuchronnością przemijania. 
- Za dużo leków się nałykałaś? - Eulalia popatrzyła na Bogusię uważnie. 
- Moja choinka odmówiła przyjmowania wody i zaczęła schnąć w tempie zastraszającym. Przygnębiło mnie to, bo zdążyłam ją polubić - wytłumaczyła, chcąc się pozbyć natarczywego spojrzenia Eulalii, które zaczynało ją irytować. 
- Jak chcesz, kupię ci drzewko w doniczce. Będziesz mogła je pielęgnować przez cały rok. 
Bogusia popukała się palcem w czoło.
- Do tej konkretnej się przywiązałam, idiotko! Nie chcę drzewka w doniczce, bo zapomnę podlać i będziesz mi do końca życia wypominać, że kolejną roślinkę uśmierciłam. 
- No bo prawda jest taka, że ty generalnie o roślinki nie dbasz. - odpowiedziała Eulalia, spoglądając w lustro i poprawiając zburzoną pod kapeluszem fryzurę. 
- Lala, ty mnie od progu nie wyprowadzaj z równowagi, bo mi ciśnienie skoczy i obiad diabli wezmą!
Eulalia cmoknęła powietrze uśmiechając się do przyjaciółki i przeszła do pokoju, gdzie od razu skierowała się w stronę choinki. Przez chwilę stała w milczeniu, przyglądając się drzewku z troską w oczach, a potem powiedziała głośno, kierując swe słowa do krzątającej się po kuchni Bogusi.
- Wiesz, masz rację. Ta choinka nie wygląda najlepiej. 
- Przestań mnie w końcu denerwować, bo tyle to ja sama wiem. Lepiej pociesz mnie jakoś. - Odpowiedziała Bogusia, stając tuż za Eulalią z salaterką w ręku. 
- A co ja ci mam, kochana, powiedzieć? - Eulalia spojrzała na przyjaciółkę z łagodnością w przejrzyście niebieskich oczach. - Problemy ją przerosły i nie udźwignęła tego wszystkiego. To nie twoja wina, Bogusiu. A rozstania są wpisane w życie, więc wcześniej czy później będziecie musiały się pożegnać, czy ci się to podoba, czy nie. 
Bogusia nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo kolejny dzwonek zapowiedział Helenę lub Jadzię. Zostawiła więc Eulalię przy choince, a sama poszła otworzyć drzwi, zza których uśmiechnęły się do niej obie przyjaciółki. 
Odwzajemniła ten uśmiech, zapraszając je gestem ręki do środka. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Eulalia nie mogła powstrzymać się od mlaskania. Polędwiczki przyrządzone przez Bogusię, pod kołderką szpinakową z nutą sera pleśniowego lazur, smakowały po prostu nieziemsko. Delektowała się każdym kęsem, chcąc jak najdłużej zachować smak popisowego dania Bogusi. 
- Zamierzam być w tym roku bardzo, bardzo zajęta. - Ciszę, zmąconą jedynie mlaskaniem Eulalii i delikatnym pobrzękiwaniem sztućców, przerwał podekscytowany głos Heleny. 
- A co, wyruszasz na tournee z tym przystojniakiem od samby? Bogusia uśmiechnęła się do Heleny, oblizując znacząco wargi. 
- Nie, ale od semestru letniego zamierzam uczęszczać na uniwersytet trzeciego wieku i planuję skorzystać z wielu zajęć i zaktywować swój, bynajmniej nie starczy, umysł do efektywniejszej współpracy. 
W ciszy, która zaległa, brzęk upuszczonego przez Jadzię widelca wdarł się w uszy zebranych kobiet jak krzyk. 
- Współpracy z kim? - nie zrozumiała Eulalia, przełykając ostatnie kęsy polędwiczki. 
- No, ze mną - odpowiedziała Helena, nieco speszona zaskoczeniem przyjaciółek. 
- A co na to Henio? - pragmatyczna Bogusia jak zawsze mocno stąpała po ziemi. 
- Jego też namówiłam - rozpromieniła się Helena. - Dzięki temu będziemy mieć pasję, która nie będzie nas dzielić. Do samby Henio podchodzi nieco sceptycznie, natomiast pomysł z uniwersytetem spodobał się mu od razu. 
- Tutaj przynajmniej może mieć ciebie na oku - uśmiechnęła się Eulalia. - A mężczyźni na stare lata robią się bardzo zazdrośni.
- Oj, wymyślasz, Lala. Chcemy po prostu zrobić jeszcze coś dla siebie, zanim do końca zredagujemy testament. 
- No i takie podejście do życia mi się podoba! - Bogusia klasnęła w dłonie i podniosła się, aby posprzątać puste talerze i wymienić je na talerzyki deserowe. 
Kiedy na stole pojawił się sernik i kawa z herbatą, wróciły do rozmowy przerwanej przed częścią herbatkowo-kawową. 
- Jadzia, nawet jak na ciebie, jesteś dziś za bardzo milcząca. Co się dzieje? - wnikliwe oko gospodyni dzisiejszego spotkania dostrzegało nawet niezauważalne szczegóły.
Jadwiga westchnęła, co wzbudziło już niepokój wszystkich trzech przyjaciółek, spuściła głowę i szarpiąc nerwowo rąbek obrusu powiedziała cicho: 
- Chyba za bardzo przywiązałam się do małego Frania. Nie mogę sobie wyobrazić, że przestanę go widywać. Wiem, że od września państwo Skalscy planują posłać go do przedszkola i... jakoś ciężko mi z tym. 
Eulalia poczuła, jak łzy wzruszenia napływają jej niebezpiecznie do oczu. Bogusia po raz pierwszy powstrzymała się od komentarza typu: "To było do przewidzenia!", a Helena po prostu podeszła i mocno Jadzię przytuliła. 
- Może pozwolą ci go odwiedzać, albo nawet poproszą, abyś odbierała go wcześniej z przedszkola i zajmowała się nim nadal choć przez kilka godzin w tygodniu. - Helena próbowała znaleźć rozwiązanie, ale Jadzia nie była o tym do końca przekonana. 
- Żałuję, że nigdy nie miałam dzieci - powiedziała smutno.
- Nie miałaś za to problemów wieku dojrzewania,i nie musiałaś akceptować zięcia nie do zaakceptowania. Mogłaś się w nocy wysypiać i nikt ci nie zarzucał, że jesteś potworem. A teraz nie musisz sobie wyrzucać, że jesteś winna decyzji, którą podjęło twoje dziecko, bo nie okazałaś się na tyle dobrą matką, aby nauczyć je miłości. - Bogusia wyrzuciła to wszystko z siebie jednym tchem, odwracając się w stronę choinki, aby nie pokazać przyjaciółkom wilgoci, którą poczuła na policzku. 
- Ale nie ma też przy mnie nikogo, kto zadzwoniłby do mnie z życzeniami w Dniu Babci, a przysłowiową szklankę herbaty będzie mi podawała opiekunka w domu opieki, bo sama być może nie będę w stanie zająć się sobą. 
Atmosfera przy stole zgęstniała, a choinka jakby posmutniała jeszcze bardziej. Puszysty sernik kusił, ale jakoś żadna nie miała ochoty po niego sięgnąć. 
Bogusia pierwsza odzyskała wigor, i wycierając oczy, spojrzała na Eulalię wyczekująco. 
- Lala, powiedz coś optymistycznego, tylko nie wyjeżdżaj mi, proszę  ze swoim zięciem, bo chyba dzisiaj już nie jestem na to gotowa.
Eulalia poruszyła się nerwowo na krześle, wygładziła spódnicę, którą miała dziś na sobie i powiedziała: 
- Dałam się zaprosić Strojewskiemu na kolację. Walentynkową. W Kazimierzu. 
Bombka, która spadła z choinki, roztrzaskała się o podłogę na wiele brokatowych kawałeczków, migocząc srebrnymi drobinkami szczęścia, które uniosło się w powietrze i zawirowało, jak zawrót głowy, ponad stołem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
      
   

wtorek, 20 stycznia 2015

Kulturalne wtorki: Warszawskie przytulenie

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Zimowa Warszawa przywitała mnie słonecznym uśmiechem przebłyskującym między zebranymi nad stolicą chmurami, i puściła mi kocie oko wtulonymi w gałązki główkami bazi. Przyjazny Tarchomin przyjął nas (mnie i mojego męża, któremu dziękuję za to, że był tego dnia ze mną :D) gościnnie, przywołując dobre wspomnienia, które zawsze stąd wywożę, a spokojna Saska Kępa przygarnęła serdecznie, zatrzymując na dłuższą chwilę. Mocny uścisk dłoni pani Magdy Rój, kierownik Wypożyczalni nr 66 przy ul. Angorskiej 14, oraz miły uśmiech pani Marty, z którą miałam przyjemność spotkać się rok temu w tym samym miejscu, sprawiły, że poczułam się w tej niedużej bibliotecznej przestrzeni dobrze. 
Wróciłam tu po roku z "Samotnością...", na nowo odkrywając jak twórcze są spotkania z Czytelnikami, i jak pasjonująca może być rozmowa, w którą włączają się słuchacze, nie tylko zadając pytania, ale ciekawie opowiadając o swoich odczuciach i przemyśleniach sprowokowanych czytanymi fragmentami. Lubię to. Lubię, gdy moje spotkanie nie jest wykładem ani próżnym monologiem z "ja" wysuniętym na pierwszy plan, ale właśnie rozmową. Spotkaniem z człowiekiem, który przychodzi do biblioteki po to, aby zatrzymać się na ten czas ze mną, wymienić się myślami, coś od siebie zostawić, a coś ode mnie przyjąć, zamknąć w sobie i wrócić do tego, gdy się pożegnamy. Taka magia przeróżnych osobowości, które się wzajemnie ubogacają.

 Pani Magda Rój, niezwykle bogata osobowość i przemiła kierownik 
Dzięki osobowości pani Magdy, ta biblioteka ma swój czar
Każdy słuchacz to dla mnie ubogacenie
Panowie bardzo ciekawie zabierali głos, słuchałam ich z zainteresowaniem
Nieduża przestrzeń to przytulny klimat
Te artystki zawsze na pierwszym planie:) 

Styczniowe spotkanie autorskie na Angorskiej było kameralne, przytulne i owocne w ważne przemyślenia i refleksje. Niejednokrotnie mówiłam o tym, że powstanie "Samotności..." jest dla mnie tajemnicą, bo nie planowałam tej książki; jej bohaterowie po prostu mi się "objawili" (nie, kochana Sabinko, nic dzisiaj nie brałam:D), pociągając mnie za sobą i skłaniając do napisania tej historii. Po raz pierwszy jednak zatrzymałam się przy zdaniu wypowiedzianym z mądrością przeżytych lat i głębszym spojrzeniem na życie, które dało mi wiele do myślenia: "A czy nie sądzi pani, że ta książka powstała po to, aby przygotować  panią na to, co się stało z pani babcią?". 
Moja babcia w marcu doznała udaru. W ciągu jednego dnia z osoby samodzielnej, stała się więźniem we własnym ciele, wymagającym całodobowej opieki. Mój świat dziewczynki, bezpieczny i przewidywalny, nagle przestał istnieć, podobnie jak świat mojej babci, do którego była przyzwyczajona. Obie doświadczyłyśmy samotności, którą każda z nas musi przepracować na swój własny sposób. Jedno spotkanie, jedno zdanie i tyle refleksji, za skłonienie do których dziękuję! 

Książka - zagadka
Uchwycona oczami męża:) 
To popołudnie na Saskiej Kępie to był dobry czas... 
... przyniósł wiele refleksji i głębokich przemyśleń... 
Uchwycony na czytaniu... 
Pani Magda zmierzyła się z Czwartkowymi Obiadami, za co bardzo jej dziękuję!

Ciekawa dyskusja potoczyła się po fragmencie o zaglądaniu w cudze okna. Jesteśmy podglądaczami i interesuje nas to, co dzieje się po drugiej stronie okiennej szyby. Czyjeś życie tam, za firanką, zasłoną, czy roletą, jest dla nas pewnym odniesieniem i często daje nam poczucie niezmienności, wpisując się nawet w nasz codzienny grafik, o czym słuchacze w bibliotece na Angorskiej tak ciekawie opowiadali. Te wszystkie historie zapisuję głęboko w sobie. Będą czekały na moment, gdy wpasują się, jak brakująca część układanki, w kolejną książkę... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Tacy Czytelnicy dodają skrzydeł:) 
Pierwsze styczniowe spotkanie było bardzo miłe... 
... ciepłe i refleksyjne. 
Z przyjemnością tu wróciłam!

15 stycznia, w dniu bardzo dla mnie ważnym, bowiem dokładnie dziesięć lat temu urodziłam swojego młodszego syna, Warszawa przytuliła mnie do siebie serdecznym przyjęciem na Saskiej Kępie, za co z serca dziękuję pani Magdalenie Rój i pani Marcie, oraz wszystkim osobom, które miałam przyjemność spotkać w bibliotece na Angorskiej. Czuję się zaproszona na Dni Saskiej Kępy, a zmotywowana oczekiwaniem Czytelników, obiecuję jak najszybciej skończyć książkę, nad którą obecnie pracuję :D (ten uśmiech dedykuję Sabince i Marcinowi - wiecie dlaczego!) 
Ulica Francuska uśmiechnęła się do mnie światełkami jak z bajki. Uśmiechały się również twarze przyjaciół, z którymi spędziłam ten zaczarowany wieczór po spotkaniu z Czytelnikami. Smak włoskiej kuchni na długo pozostanie w mojej pamięci i dobrych wspomnieniach, podobnie jak bliskość i długa rozmowa z ludźmi, którzy przyjmują mnie taką, jaka jestem i wiele dla mnie znaczą; i którym zawsze wychodzę naprzeciw, obdarowując ich sobą i czerpiąc z ich bogactwa, za które Kasiu, Michale i Marcinku - dziękuję! 
Monika A. Oleksa 

Za spotkanie 15 stycznia - wszystkim z serca dziękuję!
To Wy zakończyliście ten wieczór ze szczyptą magii. Czuję ją do dziś!

niedziela, 18 stycznia 2015

Małe kroki

Fot. Marcin Piotr Oleksa


Marzenia uskrzydlają. Kolorują otaczający nas świat ciepłymi barwami sprawiając, że rzeczywistość, której codziennie stawiamy czoła staje się bardziej do przyjęcia, bo towarzyszy jej nadzieja. Marzenia są motorem naszego życia. Motywują do działania i sprawiają, że w szarości odbijają się tęczowe refleksy, po które chcemy sięgnąć. Bez marzeń życie traci smak i staje się bezbarwne, nijakie, rutynowe. Pozbawiając się ich stajemy się strasznie poważni, często zgorzkniali, bo świat wokół traci smak, i skłonni do narzekań, bo nic nie jest w stanie cieszyć, kiedy niczego od życia nie oczekujemy oprócz stabilizacji i świętego spokoju. 
Pamiętasz mniej lub bardziej beztroskie lata dzieciństwa? Czas w życiu człowieka, kiedy wszystko dookoła aż kipi intensywnością barw, smaków, zapachów, a dziecko, będące świadkiem toczących się gdzieś obok wydarzeń, potrafi śmiać się na głos i dostrzegać szczegóły, które z czasem umykają uwadze dorosłego. Dzieci nie boją się marzyć. Wielokrotnie świat wyobraźni pozwala im przetrwać traumatyczne przeżycia i wyprzeć wspomnienia, do których nie chcą wracać. Dziecięce marzenia nie mają granic i nie podcinają skrzydeł, które sprawiają, że dzieci z radością oczekują każdego dnia, przyjmując go jak pięknie opakowany prezent, kuszący zagadką tego, co jest w środku. Kiedy to gubimy, uginając się pod ciężarem tego, co narzuca na nas życie? Kiedy dziecięcą wiarę zamieniamy w rozsądek i naukowe wytłumaczenie wszystkiego, co dzieje się dookoła nas? Porzucamy marzenia pozwalając, aby zarosły kurzem zapomnienia i nakreślamy sobie granice, których boimy się przekroczyć. Uwięzione marzenia umierają, a wraz z nimi odchodzi prosta radość życia i wiara w niemożliwe. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Pamiętasz jeszcze o czym marzyłaś jako mała dziewczynka i dorastająca nastolatka? Czy jest jeszcze w tobie ten chłopiec, który stawiał czoło wielkim wyzwaniom i miał głowę zaprzątniętą małymi-wielkimi sprawami i serce wojownika? Czy wciąż nosisz w sobie marzenia, czy zdradziłeś je dawno temu? 
Wyobraź sobie, że dostałbyś szansę. Jedną, niepowtarzalną i właśnie teraz, w styczniu, na początku Nowego Roku. Co byś zrobił i zrobiła, gdybyś miał pewność, że ci się uda? Jakie marzenie byś odkurzył, jakiemu wyszedł naprzeciw, i po jakie sięgnął wiedząc, że się spełni? Nie samo z siebie, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, ale we współpracy z tobą. Co zrobisz mając pewność, że ci się uda? 
Zamknij oczy i wsłuchaj się w siebie. Wycisz niepotrzebne myśli, które wciskają się nieproszone, odsuń terminarze z wszystkimi "muszę" i "powinienem-powinnam", wyłącz telefon i spróbuj nie myśleć o tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Przypomnij sobie o tym co sprawiało, że twoje serce biło szybciej, a tobie spieszyło się żyć, bo jeszcze tyle było przed tobą. Pamiętasz to? Rozpoznajesz pragnienia swojego serca, które zachowało twoje marzenia jak album stare fotografie? 
Co zrobisz, mając świadomość, że dosięgniesz marzenia wpisanego w twoje serce?
Wyjmij jedno z nich, przyjrzyj się mu uważnie i wyjdź poza granice, które zakreśliło dla ciebie życie z twoją pomocą. Nie biegnij, bo szybko się zmęczysz i zniechęcisz, i nie porywaj się na za wiele od razu, ale stawiaj małe kroki, nie cofając się i nie oglądając z obawą za siebie. Naprawdę możesz wiele, tylko w to uwierz. Nie zamykaj samego siebie w klatce, do której klucz masz tylko ty, ale wyjdź naprzeciw temu co nowe, podskocz, albo kucnij, aby popatrzeć na swoje dotychczasowe życie z nieco innej perspektywy. Nie bój się zmian, bo one przynoszą wiele dobra, i zaufaj sercu, bo ono jest najlepszym przewodnikiem. 
Nowy rok przynosi nową nadzieję, nie opuszczaj jej. I nie zostawiaj swoich marzeń. Pamiętasz, one sprawiły, że twoje dzieciństwo, pomimo szarości PRL-u, odbijało się pastelowymi kolorami, które szeptały ci, że możesz wszystko. Teraz kolej na ciebie i twój krok. Pomóż im odnaleźć drogę do ciebie i nie bój się pójść za tym jednym, konkretnym, które - uwierz w to - jest w zasięgu twojej ręki. Czasami trzeba tylko podskoczyć, albo wspiąć się na palce. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 

wtorek, 13 stycznia 2015

Wydarzenia i aktualności



Serdecznie zapraszam na pierwsze w tym roku spotkanie autorskie w Warszawie, na Saskiej Kępie, ul. Angorska 14. Będzie ciepło, jak zawsze; miło i interesująco:)
Zapraszam również wszystkich z okolic Poznania na styczniowe spotkania w Wielkopolsce: 

28 stycznia 2015, środa, godz. 18.00
LUBOŃ
Biblioteka Miejska
ul. Żabikowska 42

29 stycznia 2015, czwartek, godz. 18.00
POZNAŃ
Księgarnia Zysk i S-ka Wydawnictwa
ul. Wielka 10

Całym sercem wspieram Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i zapraszam również na licytację moich książek: 


Z życzeniami dobrego tygodnia
Monika A. Oleksa 





niedziela, 11 stycznia 2015

Kazimierska opowieść

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Zmęczony całoroczną wędrówką Grudzień przysiadł w pewien magiczny, świąteczny wieczór przy kominku i zapatrzył się na gości, którzy przy stolikach nakrytych odświętnie delektowali się słodkim poczęstunkiem, popijając rozgrzewającą herbatę i wsłuchując w słowa wkomponowane w tą nastrojową grudniową noc. Słowa, splecione z delikatnymi dźwiękami pianina i nutkami wybiegającymi spod palców wirtuoza Jerzego Kuny, dotykającego klawiszy pianina z taką samą delikatnością, z jaką ja sięgam po pióro, zatrzymały się w ciszy Hotelu i Restauracji "Dwa Księżyce", przysiadając na oparciu krzeseł, opierając się na gałązkach żywej choinki czy igrając z ogniem w kominku. Wyrosłe w zaczarowanym ogrodzie i starannie przeze mnie pielęgnowane słowa, w tym niepowtarzalnym miejscu w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą rozsnuły swoją opowieść, zatrzymując tych, którzy chcieli ich wysłuchać na chwilę, która połączyła. 

Personel "Dwóch Księżyców" zadbał świątecznie o najdrobniejsze szczegóły
Choinka, pomimo swojej skromności, wyglądała jak strojna panna
Moje Eulalie bardzo dobrze czuły się w tym miejscu:)
Kazimierz - miasteczko z bajki

Niepowtarzalny klimat "Dwóch Księżyców" i cisza Kazimierza przysypanego białym, śniegowym puchem sprawiły, że słowa dotarły tam gdzie zmierzały - do serc słuchaczy, dzięki którym ten wieczór był właśnie taki - zasłuchany, zatrzymany, wyciszony i wyjątkowy.
Pomysł tego spotkania, tak innego od wszystkich pozostałych, narodził się w sercu i głowie pani Ewy Grzegrzółki i pana Aleksandra Serwatki, czarującego właściciela Hotelu i Restauracji "Dwa Księżyce", którego mogę śmiało nazwać mecenasem sztuki, bowiem dzięki jego uprzejmości "Samotność ma twoje imię" tak wiernie oddała niepowtarzalny klimat Kazimierza i "Dwóch Księżyców". Grudniowe spotkanie ze słowem zainaugurowało cykl podobnych spotkań artystycznych - literackich, poetyckich i muzycznych, które cyklicznie będą się odbywać w tym wyjątkowym i tak bardzo nastrojowym miejscu, wartym odwiedzenia, aby osobiście przekonać się o jego magii. 

"Dwa Księżyce" -  miejsce, w którym aż chce się być!
Ciepło lampy i kominka złagodziło zmierzch za oknem
Powitanie Gości, z którymi miałam przyjemność dzielić się swoją pasją
Klimat Restauracji sprzyja takim spotkaniom
Moja bohaterka, Róża Serwińska była przez cały ten czas obecna wśród nas...
... właśnie w tym miejscu po raz pierwszy ją "zobaczyłam" w mojej wyobraźni

Słowa z ogrodu mojej wyobraźni znalazły tutaj swoich wdzięcznych odbiorców. Fragmenty książek, które wybrzmiały, zostały zinterpretowane w niepowtarzalny sposób męskimi głosami. Trzech mężczyzn, trzy tytuły i różne emocje włożone w czytany tekst były taką "przyprawą", która doprawiła ten wieczór prawdziwym smakiem i sprawiła, że opowieść o pasji pisania nie była mdła, ale doskonale - dzięki panom - doprawiona. Serdecznie dziękuję każdemu z panów - panu profesorowi UW Lechowi Kolago, panu Piotrowi i mojemu mężowi, Marcinowi, za odwagę publicznego wystąpienia bez przygotowania i zinterpretowanie czytanych fragmentów właśnie w taki sposób, z dokładnością podyktowaną męskim sposobem odbierania rzeczywistości, bez patosu i przesady, ze starannością oddania szczegółów, które wybrzmiały. Panowie, to był dla mnie zaszczyt oddać swoje książki w Wasze ręce, i serdecznie każdemu z Was dziękuję!

Pan profesor Lech Kolago podjął się trudnego zadania interpretacji....
... któremu sprostał w niezrównany sposób. 
Pan Piotr poradził sobie z zadaniem swobodnie i z aktorską pewnością.  

Dziękuję wszystkim przybyłym gościom za to, że chcieliście Państwo spędzić ten świąteczny wieczór w Kazimierzu właśnie w taki sposób, i za ubogacającą dyskusję i wymagające pytania, którym starałam się sprostać. Mam nadzieję, że podobnie jak ja, wynieśliście Państwo w sercach wiele emocji, wzajemnej ciekawości i ciepła, którym wszyscy - dzięki magii "Dwóch Księżyców", zostaliśmy obdarowani. 
Panu Jerzemu Kunie dziękuję za doprawienie wieczoru dźwiękami pianina, oraz za ciekawe opowieści o Kazimierzu, jakiego nie znamy, a w którym warto się zakochać, bo to urokliwe miasteczko każdą miłość odwzajemnia, pod warunkiem, że jest okazywana z szacunkiem do tutejszych mieszkańców i długiej tradycji. 
Pani Ewie Grzegrzółce i panu Aleksandrowi Serwatce z serca dziękuję za zaproszenie i zorganizowanie całego spotkania w tym pięknym świątecznym klimacie, a całemu niezawodnemu personelowi Hotelu i Restauracji "Dwa Księżyce" składam ogromne podziękowania za włożoną w przygotowanie spotkania pracę i dbałość o najdrobniejsze szczegóły, dzięki którym Wasi goście czują się naprawdę wyjątkowo!
Mojemu ukochanemu mężowi dziękuję za nieustanną obecność przy mnie, artystyczne zdjęcia, w które wkłada całe swoje serce i sprostanie zadaniu zinterpretowania fragmentu "Samotności...". 

Pan Jerzy Kuna i jego dźwięki, od których nie chce się  odchodzić... 
...można tak siedzieć przy stoliku i słuchać, z głową pełną zadumania.
Moje słowa przysiadały na oparciach krzeseł i stolikach....
Za każdym razem wracam w to miejsce z taką samą przyjemnością
Pani Ewa i pan Aleksander - gospodarze spotkania 26 grudnia
Pan Aleksander Serwatka - mecenas i prawdziwy koneser sztuki  
Wszystkim gościom obecnym na spotkaniu - serdecznie dziękuję!

Grudniowy Kazimierz, przyobleczony w śnieżną pelerynkę i przyozdobiony światełkami migoczącymi radośnie do przechodniów, był najpiękniejszym prezentem świątecznym, jakim zostałam na koniec roku obdarowana. Spacerując nocą po uśpionych uliczkach czułam się tak, jakbym przeniosła się do krainy z baśni, w której dzieją się tylko dobre rzeczy, i do której chce się wracać, nawet jak przestaje się być dzieckiem. Biel puszystego śniegu dopieściła każdy zaniedbany zakątek miasteczka, oprószając nagie gałęzie drzew i zielone, pachnące żywicą choinki, przykrywając dachy i zdobiąc nadwiślańską promenadę i malowniczy krajobraz, który zajaśniał z dumą odświętnie przystrojony. Kazimierz wyciszył się, trwając w oczekiwaniu na przyjście kolejnego dnia, który miał nadejść ze swoją obietnicą małych cudów i dobrych chwil, dostrzegalnych dla tych, którzy potrafią zwrócić na nie uwagę i docenić. A magia grudniowego wieczoru pozostała w "Dwóch Księżycach", którego wyjątkową atmosferę można poczuć TUTAJ - KLIK.
Monika A. Oleksa 

Każda dedykacja to skrawek serca włożony między kartki książki
Bordowe pióro też daje "coś" od siebie:) 
Chwila pełna cudów...
... i bajka uchwycona przez mojego męża.
Fot. Marcin Piotr Oleksa - Autor w tle...