środa, 4 marca 2015

Rekolekcje Miłości

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Dostałam rok, aby w sposób szczególny wejść w cierpienie i pochylić się nad nim z pokorą. Pełny rok, w czasie którego krok po kroku uczyłam się potrzeb człowieka uwięzionego we własnym ciele, pokonanego chorobą i przyjmującego starość z godnością, odbieraną przez niedołęstwo, słabość i całkowite zdanie na ludzi wokół. Uwięzienie tym bardziej dotkliwe i bolesne, że pamięć i świadomość pozostały, jedynie bezwładne ciało przestało współpracować, stając się klatką. 
Rok temu, 4 marca, moja Babcia miała udar, do którego doszła złamana szyjka kości biodrowej. W wieku 88 lat był to wyrok, pomimo tego, że do tej pory była kobietą silną, samodzielną i aktywną. Jedna decyzja lekarzy odmawiająca operacji, skazała moją Babcię na ofiarę, którą wypełniła do samego końca.
Byliśmy przy niej przez cały ten czas. Moja Babcia nie miała nikogo oprócz mnie, mojego męża i moich dzieci. Przez ten najdłuższy w naszym i jej życiu rok, nauczyłam się cierpliwości, choć łzy bezsilności i żalu płynęły strumieniami; pokory wobec cierpienia i przyjmowania każdego pojedynczego dnia jak daru, który wiele może przynieść. Doświadczyłam również łaski ogromnej wiary i zaufania, wielokrotnie uświadamiając sobie, że to, co mnie wydaje się dobrym rozwiązaniem, nie zawsze jest zgodne z wolą Tego, któremu zawierzyłam wszystko. Prowadził mnie krok po kroku, pokazywał wyjścia z sytuacji, które przerastały ludzką wytrzymałość i możliwości, posyłał ludzi, którzy wspierali i pomagali. Delikatnie wskazywał drogę, którą miałam przejść z moją Babcią, bo On miał wobec nas właśnie taki plan. Swój własny, wymagający wyrzeczeń i poświęcenia od nas wszystkich, trudny do zrozumienia po ludzku, ale prowadzący tam, gdzie On chciał nas doprowadzić. Przez ten rok nauczyłam się Go słyszeć. Nie milczał w rozmowach ze mną, ale na każde pytanie: "Dlaczego?", odpowiadał. Poprzez znaki i ludzi. Przez słowo, które do mnie kierował w przypadkowo wybranych fragmentach Pisma Świętego i rekolekcjach, w jakich uczestniczyłam. Poprzez moją codzienność, którą podejmowałam, często wstając rano ze słowami: Nie dam rady. Nie uniosę już tego. 
Umacniał, stawiając przy mnie ludzi, którzy nie zawiedli. W "dziękuję!" mojej Babci i w jej oczach, które do końca patrzyły na mnie z miłością, umniejszał trud i pokazywał, że wszystko jest do zniesienia i że nigdy nie dostanę więcej, niż byłabym w stanie udźwignąć. Pomógł mi uświadomić sobie, że pełniąc Jego wolę, On jest zawsze ze mną. We wszystkim. Do końca. 
Przez ten rok nauczyłam się wiele. Nauczyłam się pielęgnować osobę leżącą, zmieniać pampersy, walczyć z odleżynami, robić zastrzyki i bez ciśnieniomierza wiedzieć, kiedy podać dodatkowe leki. Nauczyłam się uśmiechać przez łzy, przyjąć przykre słowa, wypowiadane z bólu i nieświadomości, radzić sobie z bezsilnością i histerią, i zwracać uwagę na rzeczy, które do tej pory lekceważyłam lub mijałam obojętnie. Cała moja rodzina doświadczyła, jak wielkim problemem dla naszego państwa jest starość, i jak traktuje się starszego człowieka w szpitalu, odmawiając mu nie tylko leczenia, ale i godności. I właśnie w ciągu tego roku do marzeń, w które wierzę, dodałam jeszcze jedno - zrobię wszystko, aby założyć fundację wspierającą osoby starsze w godnym przeżyciu tych lat, jakie zostały im podarowane i przeznaczone. To takie owoce rocznych rekolekcji... 
Moja Babcia odeszła wczoraj. Czas zatoczył koło, darując nam rok, w ciągu którego stałyśmy się sobie bliższe niż przez całe moje życie, w którym Babcia była od samego początku. Miała 89 lat i do końca w jej oczach była Miłość, z którą mnie pożegnała. Bez słów, których nie mogła już z siebie wydobyć, pocałowaniem w rękę. 
Nie doświadczyłam tej łaski, aby trzymać ją za rękę, gdy będzie przekraczała próg śmiertelności i kończyła ziemską wędrówkę. Nie było mnie przy niej, gdy odeszła nocą w szpitalu, choć o tę łaskę prosiłam. Widocznie tak miało się to wypełnić do końca, w samotności. Wiem jednak, że Ona była przy mnie, bo czułam jej obecność, którą usłyszeliśmy i która nas obudziła, zanim o pierwszej w nocy zadzwonił telefon. 
Nauczyła mnie, jak być kobietą ceniącą swoją wartość i nie uginającą karku przed życiem. Nauczyła mnie kochać kapelusze i dbać o siebie dla samej siebie. Pokazała mi ponadczasowe wartości, których nie zmieni żaden system ani prawo. Nauczyła mnie celebrować chwile i niedziele, które zawsze są wyjątkowe. Byłam dla niej niedzielą... Byłam nadzieją, wiarą i miłością.  Ona była pewnikiem, na którym od dzieciństwa opierało się moje życie. Zawsze czekała na mnie z radością i sprawiała, że drobne rzeczy stawały się wielkie, a drobiazgi cieszyły. Była epoką w moim życiu, która mnie ukształtowała. Moja Babcia. Teraz już radosna i bez cierpienia wypisanego na twarzy. Szczęśliwa jak wtedy, gdy razem piłyśmy kawę, a moje dzieci przytulały się do niej uświadamiając jej, jak jest dla nas ważna. 
Moje roczne rekolekcje miłości zakończyły się w dniu wczorajszym. Dzień po imieninach Heleny, których już nie była w stanie świętować. Odeszła, zostawiając po sobie pustkę, której nikt nie będzie w stanie zapełnić, bo ludzie są niezastąpieni, a ich nieobecność fizycznie boli. Wiem, że będzie przy nas zawsze, radosna jak wtedy, gdy jeszcze mogła chodzić i rozmawiać, słysząc wszystko. Wierzę też, że to cierpienie miało sens i że ten rok był potrzebny nam obu, aby pokazać nam, że każdą słabość można pokonać, jeśli tylko zawierzy się do końca Temu, który zawsze jest obok, bez względu na to czy Go słyszymy, czy też sami dopowiadamy sobie Jego słowa, obecne w milczeniu. 
Pamięci moje Babci, Heleny, prosząc o modlitwę za nią
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
                 

niedziela, 1 marca 2015

Kazimierskie zauroczenie

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Luty z wdziękiem ustąpił miejsce Marcowi, zabierając ze sobą zimowy chłód i zostawiając subtelny zapach wiosny w powietrzu. I chociaż minie jeszcze trochę czasu zanim drzewa się zazielenią, a kolorowe kwiaty zaczną cieszyć oczy, warto już teraz wykorzystać marcowe dni i wybrać się na spacer pachnący wiosną i nową nadzieją. 
Jeśli pozwolisz, chciałabym Cię dziś zaczarować magią słów i miejsca, do którego chcę Cię zabrać. Kazimierz Dolny nad Wisłą, malownicze miasteczko, które zachwyci nawet tych najbardziej wymagających, którzy zawsze szukają dziury w całym. Kazimierz, piękny w swojej skromności, utrwalający szczegóły w pejzażu, który stał się wyzwaniem dla niejednego artysty, i zachowujący swój klimat, zatrzymany w kamienicach i domkach, będących świadkami wielu historii, które osiadły gdzieś między ścianami, zapamiętane lub zapomniane, przypominające się w niepowtarzalnej atmosferze tego miejsca. Czy czujesz to? Ten zapach starego drewna i wilgotnej ziemi, przygotowującej się na przyjęcie wiosny? Czy czujesz wiatr od Wisły, delikatnie muskający twój policzek? Jest jak czuły dotyk kogoś bliskiego, zapewniający cię, że nie jesteś tutaj sam. 
Nadwiślański bulwar zaprasza do spaceru promenadą, która biegnie wzdłuż Wisły, pozwalając nacieszyć się pięknem i dostojeństwem królowej polskich rzek. To miejsce szczególnie upodobały sobie kaczki, kołysząc się śmiesznie na swoich krótkich nóżkach i nawołując wzajemnie głośnym lamentem. 

Piękna i dostojna królowa polskich rzek, Wisła. 
Baszta, Ruiny Zamku i Fara- zabytki, przy których warto się zatrzymać
Piękno utrwalone w szczegółach

Wiosenna pogoda zaprasza na spacer, a bulwar szybko się zapełnia ludźmi spragnionymi ciepła i promieni słońca, których zima skąpiła. Kazimierz pięknieje wraz z wiosną i czaruje magią, która sprawia, że w tym miasteczku chce się być i pragnie się wracać po dobre wspomnienia. Perła polskiego renesansu zadziwia swoją skromnością i gościnnie wita każdego, kto tutaj zagląda, dumnie prezentując jednak swoje zabytki, którym warto poświęcić uwagę.
Zmęczeni spacerem, skręcamy z nadwiślańskiej promenady w ulicę Krakowską, która od razu otula nas swoim spokojem i ciszą, w którą wkomponowują się ptasie śpiewy, zupełnie jakby tutaj te podniebne stworzenia miały swój teatr, do którego zapraszają przechodniów prosząc, aby nie zakłócali ciszy tego miejsca. Ulica Krakowska jest granicą oddzielającą stojące naprzeciwko siebie domki, ciekawie obserwujące odsłoniętymi oknami spacerowiczów. Każdy z nich to odrębna historia i każdy chciałby tyle opowiedzieć... 
Jeden z nich kusi najmocniej. Przytulony do ulicy, odgrodzony drewnianym płotem, zaprasza jednak na chwilę wytchnienia i zatrzymania w świecie, który od wejścia przenosi każdego kto tam zawita do krainy czarów i dobrych wróżek, które parzą najlepszą w miasteczku herbatę. Herbaciarnia i Galeria u Dziwisza, miejsce z niepowtarzalnym klimatem i atmosferą, wśród której robi się ciepło na sercu już od progu. Cichutka muzyka, francuska, międzywojenna, soulowa i swingowa, wypełnia dźwiękami pomieszczenie zastawione różniącymi się od siebie stolikami i krzesłami jak z dobrego "targu staroci". Miękkie kanapy, udekorowane ozdobnymi poduszkami, zapraszają do tego, aby na nich przysiąść i spróbować aromatycznej herbaty, której smak długo pozostaje w pamięci. Tort bezowy, szarlotka czy wafel z kajmakiem dodatkowo rozpieszczają podniebienie rozkoszą, której nie można się oprzeć, pomimo tego, że rozsądek podpowiada co innego. 


Warto tutaj zajrzeć... 

Przebywając w tym miejscu i chłonąc jego atmosferę czujesz, jak powoli wypełniasz się spokojem. Rozbiegany świat na zewnątrz tutaj nie ma wstępu. Wszystkie rozmowy prowadzone przez nieodłączne człowiekowi telefony, zostają przed drzwiami; a wszelkie niezbędne sprawy odkładane są na półkę, z której można wyjąć jedną z wielu zaczytanych książek i pogrążyć się w lekturze, której dyskretny szept galerii sprzyja. 
Ze ścian zerkają ciekawie zawieszone tam obrazy, a każdy stolik dopieszczony jest dekoracjami stworzonymi z takim smakiem, że można się w nie wpatrywać z równą fascynacją, jak w obrazy. Naręcza wiosennych tulipanów i romantycznych róż przypominają o tym, że wiosna powoli nadchodzi, i przyniesie ze sobą bogactwo barw i smaków, za którymi tęsknimy; a dorodne jabłka na stolikach są pochwałą prostoty i chwalenia się tym, co mamy najlepszego w polskich sadach. Te wszystkie kwiaty i owoce - obok jabłek pomarańcze, cytryny i mandarynki, w blasku świec poustawianych w starych świecznikach, komponują się jak pociągnięcia pędzlem na obrazie mistrza, utrwalającego piękno w najprostszej postaci. Obszerna biblioteczka, wyłożona od podłogi po sufit książkami, dopełnia smak tego miejsca słowem, w którym można odnaleźć siebie i zagubione pragnienia serca, w tym miejscu odnajdującego swój rytm. 

To miejsce po prostu zaprasza, aby się w nim zatrzymać
Przysiądziesz na chwilę? 
Szept zatrzymanych słów unosi się w tym miejscu, czarując
Ciepło herbaciarni otula dobrymi wspomnieniami 

Czy czujesz to? Ciepło i subtelną ciszę, która nie krępuje, ale pozwala odetchnąć, odpocząć. Czy czujesz atmosferę herbaciarni, w której dobre wróżki zostawiły swoje dobre czary? Czekoladowo-herbaciany zapach dopełnia magię chwili, zapamiętanej i schowanej do szkatułki wspomnień, do której sięgam, gdy dopadają mnie smutki. Słodki smak tortu bezowego i gorzkiej kawy latte jest wciąż tak wyraźny, jakbym delektowała się tym deserem przed chwilą. Herbaciarnia i Galeria u Dziwisza w Kazimierzu Dolnym zaczarowała mnie tak bardzo, że chcę się podzielić tym miejscem z Tobą, zachęcając do odwiedzenia urokliwego Kazimierza i wstąpienia do kawiarenki, w której naprawdę można spotkać wróżki! 
Monika A. Oleksa  

Tort bezowy smakował dokładnie tak, jak wyglądał!      
To miejsce sprzyja artystom, a wena sama przychodzi, bez zapraszania:) 

czwartek, 26 lutego 2015

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.31

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Delikatny brzęk filiżanki odstawionej na porcelanowy spodeczek zakłócił ciszę panującą w dużym jasnym pokoju, pachnącym świeżością upranych firanek i umytych okien. Helena, nie zważając na luty za oknem, wpuściła już wiosnę do domu i pozwoliła rozgościć się jej w czystym mieszkaniu, w którym po zimie nie zostało już śladu. 
Eulalia zawsze podziwiała przyjaciółkę za gospodarność i dobrą organizację. Ona sama działała chaotycznie i zdecydowanie brakowało jej systematyczności. I choć po każdej wizycie u Heleny obiecywała sobie, że coś z tym zrobi - zawsze kończyło się tak samo. Jej artystyczna dusza lubiła twórczy bałagan, nad którym Eulalia starała się panować, ale jej mieszkanie dalekie było od obrazu świątyni czystości, jakim było mieszkanie Heleny. 
Dzisiejsze czwartkowe przedpołudnie spędzały tylko we dwie. Bogusię rozłożyło jakieś paskudne przeziębienie i zabroniła komukolwiek zbliżać się do siebie. Jedyną osobą, która złamała ten zakaz była Natasza, ale ona już coraz lepiej radziła sobie z własną matką i jej humorami. Jadzia wyjątkowo zajmowała się małym Franiem, co sprawiło jej więcej radości niż skłonna była to przyznać. Każda chwila z chłopcem była dla Jadzi cenna i z drżeniem serca czekała na marzec i decyzję rodziców Frania, dotyczącą podjęcia przez chłopca edukacji przedszkolnej. 
Eulalia umówiła się z Heleną na przedpołudniową kawę i ciastko, którym pachniał cały dom Helenki. Lubiła tu przychodzić. Panujący w tym miejscu spokój koił, a ciepło otulało każdego gościa już od progu. 
- Oszalałam, Helu. - Eulalia bawiła się małym uszkiem filiżanki, gładząc go ostrożnie i próbując zająć czymś ręce. - Zakochałam się jak nastolatka. Znów czuję się tak, jakbym miała dwadzieścia parę lat i wiem, że nie wyjdzie mi to na dobre, ale... nie chcę już inaczej. 
W niebieskich oczach Eulalii było tyle szczęścia, że Helena aż jej pozazdrościła przeżyć, o których ona czytała już tylko w książkach.
- Wiesz, Lala, im dłużej żyję, tym częściej dochodzę do wniosku, że nie warto w życiu być takim ostrożnym i robić wszystko z rozsądkiem. Czasami po prostu trzeba skoczyć z wysokiej skały, bez względu na to, jak głęboka jest przepaść przed tobą. 
- Naprawdę tak sądzisz, czy mówisz to tylko po to, aby mnie pocieszyć? - spytała Eulalia, z nadzieją wpatrując się w przyjaciółkę. 
- Mówię to najzupełniej poważnie - odpowiedziała Helena. - Widzisz Lala, z nami, kobietami, to jest tak, że jak wyjdziemy za mąż i gdy pojawią się w naszym życiu dzieci, to zapominamy o sobie i o tym, co kiedyś było dla nas ważne. Cały swój czas oddajemy innym i definiujemy siebie poprzez męża albo dzieci, uważając za grzech egoizm i zawalczenie o siebie. A potem kończy się tak, że mąż dostrzega tylko telewizor, dzieci się wyprowadzają, a ty stajesz się niezbędna tylko wtedy, gdy trzeba zająć się wnukami. Smutna prawda, Lala, do której dojrzałam trochę za późno. - Helena umilkła, zapatrzona w okno, za którym czarno-biała sroka podskakiwała śmiesznie po balkonowej balustradzie. 
- Helenka, z nas wszystkich ciebie jedną uważałam za szczęściarę. - Eulalia pokręciła głową, czując wzruszenie, które wilgocią pchało się do oczu. - Masz udane małżeństwo i cudowne dzieci, które nie umoralniają cię za każdym razem, jak cię widzą. Z waszego domu nie chce się wychodzić, tak dobrze każdy się tutaj czuje dzięki temu, że ty i Henio jesteście fantastyczni, a ty mi mówisz o pogrzebanych żywcem marzeniach? 
- A bo to jest tak, Lala, że zawsze nam się wydaje, że inni mają lepiej, a to czasami jedynie pozory. - Helena oderwała wzrok od rozbawionej sroki i sięgnęła po swoją filiżankę z kawą. - To nie tak, że nie kocham swoich dzieci, czy Henia. Nie wyobrażam sobie innego życia bez któregokolwiek z nich, ale... chciałabym, aby Henio spojrzał na mnie znowu jak na kobietę, a nie tylko jak na żonę i matkę swoich dzieci. I zazdroszczę ci tych motyli w brzuchu. Ja już ich nie pamiętam... 
Piwne oczy Heleny skrzyżowały się z niebieskim spojrzeniem Eulalii. Każda z nich nosiła w sercu swoje sekrety, które niejednokrotnie ukrywała przed samą sobą, aby życie było znośniejsze i nie wyrzucało zdradzonych pragnień i dziewczęcych marzeń, którym dorosła kobieta nie umiała dotrzymać kroku, pozwalając ulecieć jak zwiewnym motylom w letnie popołudnie. 
Figlarna sroka usiadła na parapecie i przeglądała się w czystej szybie, podziwiając swoje lśniące piórka. Zapach kawy uniósł się znad kruchych filiżanek i owinął wokół dwóch kobiet, które złączone wspólnym milczeniem, odnalazły drogę wgłąb siebie, i zaskoczone odkryły, jak wiele obrosłych pajęczyną złudzeń nazbierało się przez lata w zakamarkach serc, które wciąż jeszcze chciały poczuć, że żyją.   cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   

niedziela, 22 lutego 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Luty przykucnął nad brzegiem rzeki, zapatrzony na szare wrony spacerujące dostojnie po oszronionej trawie. Wielkie ptaki z czarnymi skrzydłami poruszały się dostojnie i majestatycznie, jakby świadome tego, że ktoś je obserwuje. Luty zastanawiał się, czy wrony szare zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są różne od jednolitych czarnych gawronów czy szarawych kawek, i jak piękne są w tej swojej inności, niepodobnej do niczego innego.
Luty lubił obserwować ptaki. Zachwycały go swoją radością życia, prostotą i brakiem złośliwości, tak typowej dla ludzi. Były częścią natury, którą szanowały i starały się zrozumieć. Nie przeszkadzały sobie nawzajem, i choć wchodziły sobie w drogę, nie zabijały się z tego powodu i nie warczały na siebie ostrzegawczo, pokazując siłę. Tak, ptaki były bardzo mądrymi stworzeniami i Luty podziwiał ich delikatność, mądrość natury wpisaną w bynajmniej nie ptasie móżdżki, oraz grację z jaką się prezentowały, pokazując swoje piękno tym, którzy - tak jak on, potrafili się przy nich zatrzymać.
Z rosnącego tuż nad rzeką drzewa zaskrzeczała sroka. Podskakując zabawnie, puszyła się dumnie swoimi błyszczącymi piórkami. Luty uśmiechnął się do niej, a potem wstał i podszedł do rozłożystego drzewa, wyciągającego swoje ramiona na cztery strony świata. Te nagie gałęzie na tle nieba wyglądały jak misternie utkane koronkowe wzory, połączone niepowtarzalnym splotem. Cieniutkie gałązki splecione z grubymi konarami, zachwycały prostotą i nie rzucającą się w oczy skromnością. Luty kochał takie drzewa najbardziej. Dla niego nie musiały przystrajać się w zielone listki i ukwiecone ozdoby. Nie musiały również zasłaniać się śnieżną pierzynką, bo przyjmował je takimi, jakimi były; nagie, ale nadal zachwycające, jeśli tylko ktoś poświęcił im chwilę bezcennego czasu i przyjrzał się dokładniej. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Do takich zimowych drzew Luty lubił się przytulać. Czuł ich pulsującą energię i potęgę natury zapisaną w korzeniach i grubych pniach. Dawały mu siłę i szeptały obietnice, które Natura potrafiła dotrzymać. Przyroda potrafiła być wdzięczna, jeśli człowiek umiał ją szanować i żyć obok niej, przestrzegając praw od wieków ustalonych, i coraz częściej, niestety, łamanych przez ludzi. 
W dole rzeki coś plusnęło, odwracając uwagę Lutego od drzewa. Kiedyś po tej rzece płynęła gruba kra, a wszystko wokół pokryte było białym śniegiem. Ostatnio jednak Zima kaprysiła, a Luty, choć tęsknił za mrozem i śniegiem, rozumiał ją, podobnie jak Styczeń. Z każdym dłuższym dniem, który Luty przynosił, ludzie coraz niecierpliwiej wyglądali Wiosny, a ptaki poszukiwały promieni słońca, stęsknione za ich ciepłą pieszczotą. Już niedługo Marzec wniesie ze sobą wiosenną zapowiedź radości, a zimowe miesiące odejdą w zapomnienie na cały długi rok. "Czy ktoś będzie za nimi tęsknił?", pomyślał smutno Luty, wędrując wzdłuż rzeki wąską, wydeptaną ścieżką, na której zostawały błotniste ślady stóp. 
Szara wrona uniosła swój czarny łepek i spojrzała za nim z życzliwością. Podobnie jak Luty, ona też powróci tu wraz z nadejściem chłodnych dni, gdy zmęczony Rok będzie myślał już o odejściu, robiąc bilans dobrych i gorszych dni. I tak jak Luty, odnajdzie te drobne zachwycenia, które zimą umykają tak wielu, a które mają zamknięte w sobie piękno, które tylko zatrzymanie może dostrzec i uwolnić. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wraz z Lutym, ślę najcieplejsze życzenia wszystkim urodzonym w tym miesiącu, a najmocniej ściskam Beatkę, i Duśkę - dziękując za piękną, trzydziestosiedmioletnią Przyjaźń, która przetrwała już niejedną próbę, i która wciąż niezmiernie ubogaca moje życie. Aga - dziękuję Ci za to, że jesteś! I właśnie taka, jaka jesteś! 
Monika A. Oleksa  

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
     

wtorek, 17 lutego 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: "Carte blanche"



Co czujesz, budząc się w środku zimowej nocy, otoczony ciemnością, która niepokoi? Mrok wokół ciebie rozmywa świat, za dnia oswojony i bezpieczny, nocą niepokojący i zabierający sprzed zasięgu twojego wzroku wszystko to, co w ciągu dnia jest tak oczywiste, proste, przewidywalne. Ciemność. Rozmyte kontury mebli, zarys bliskiej twarzy, której szczegóły bardziej pamiętasz niż dostrzegasz, droga wymacana rękami i poznawana dotykiem, dopóki nie trafisz na włącznik światła. Światło rozprasza mrok i pozwala ujrzeć wszystko inaczej. Wyraźniej. Ale czy możesz sobie wyobrazić, że nawet światło nie jest w stanie sprawić, że świat wokół ciebie wyostrzeje i nabierze swoich codziennych kolorów? Czy potrafisz poczuć ten lęk towarzyszący każdemu krokowi w nieznane, gdy dzień i noc wyglądają tak samo i gdy przed oczami widzisz tylko ciemność? 
"Carte blanche" w reżyserii  Jacka Lusińskiego przedstawia taką właśnie historię. Historię człowieka uwikłanego w niemoc, chwytającego się nadziei i walczącego do końca o swoją godność i poczucie pełni człowieczeństwa. 

Andrzej Chyra jako Kacper Bielik

Bohaterem tej dramatycznej opowieści jest Kacper Bielik (znakomita kreacja Andrzeja Chyry), oddany swojej pracy nauczyciel historii w jednym z lubelskich liceów. Pedagog z pasją, którego świat jednego dnia wali się, roztrzaskując z głośnym brzękiem jak szyba samochodu uczestniczącego w wypadku. Kacper dowiaduje się, że traci wzrok, a postępująca choroba spowoduje, że cały jego świat, który przez lata dorosłego życia budował, nagle przestanie istnieć. Jedna diagnoza i wyrok na resztę życia. Jak udźwignąć takie skazanie na nieuchronne, jednocześnie nie rezygnując z siebie i tego, co dla człowieka ważne? 
Kacper nie godzi się z chorobą i nie zamierza odejść z pracy. Co więcej, zataja ten fakt przed pracodawcą i kolegami, sprytnie wykorzystując umiejętności swoich uczniów, którzy nieświadomie mu pomagają. Wielkie uznanie należy się młodziutkiej Elizie Rycembel, która zagrała w filmie postać zbuntowanej Klary. Z niezwykłym przekonaniem i naturalnością wcieliła się w niełatwą bohaterkę, która tak jak potrafi radzi sobie z trudną rzeczywistością, przyjmując ją pomimo tego, że jej nie rozumie. Eliza Rycembel zachwyciła mnie swoją dojrzałością i doskonałym wyczuciem dzikiej natury Klary. Pomimo tak młodego wieku zagrała swoją rolę na równi z mistrzostwem Andrzeja Chyry, Urszuli Grabowskiej czy Arkadiusza Jakubika. 

Eliza Rycembel jako filmowa Klara

Obsada filmu przyciąga i nie zawodzi. Przejęty widz śledzi rozwijającą się akcję, doceniając wkład pracy, jaki aktorzy - zwłaszcza Andrzej Chyra, włożyli w przygotowanie się do roli. 
Film "Carte blanche" oparty jest na prawdziwej historii Macieja Białka, nauczyciela historii uczącego właśnie w lubelskim liceum. I choć nie jest wiernym oddaniem życia Macieja Białka, bo nie o to chodziło reżyserowi, Jackowi Lusińskiemu, który chciał bardziej pokazać walkę człowieka z samym sobą i własną słabością, i jego pokonywanie barier, zdawałoby się nie do pokonania; to jednak postać Kacpra Bielika przedstawiona jest z tak mistrzowskim kunsztem, że Andrzejowi Chyrze należą się za to najwyższe wyrazy uznania. Kolejny raz aktor udowodnił, że jeśli czegoś się podejmuje, robi to całym sobą i nie uznaje rozwiązań połowicznych ani bylejakości.  
Bardzo ciekawą kreację stworzyli również Urszula Grabowska, grająca nauczycielkę polskiego i bliską koleżankę z pracy Kacpra; oraz Arkadiusz Jakubik, który wcielił się w postać najbliższego przyjaciela Bielika, czasem irytującego, ale wspierającego go w postępującej chorobie. Oboje są bardzo przekonujący w swoich rolach, przedstawiając grane przez siebie postaci wiarygodnie, bez zbędnego sentymentalizmu i przesadzenia, o które tak łatwo w kinie. 
Postać Magdy (wcieliła się w nią Ewa Bakalarska), żony Wiktora, przyjaciela Kacpra, również zasługuje na uwagę. Pomimo tego, że jest to bohaterka drugoplanowa, Ewa Bakalarska przedstawiła złożone emocje Magdy w taki sposób, że widz może sobie łatwo wyobrazić co czuje ta kobieta, skazana na czekanie i dostająca czas męża między jego pracą a przyjacielem. 
Wisienką na torcie wśród obsady jest aktor starej dobrej szkoły, Wojciech Pszoniak, który zagrał rolę profesora okulistyki i zrobił to w tak wymowny sposób, że mnie, jako widza, zaczarował.   

Kacper i Ewa, z którą Bielik związał nadzieję na nowe i lepsze... 
Filmowy Wiktor, przyjaciel Kacpra
Wybitny Wojciech Pszoniak jako wybitny okulista

Film "Carte blanche" zachwycił mnie również zdjęciami mojego rodzinnego miasta. Lublin pokazany okiem kamery jest tak samo klimatyczny, jak w rzeczywistości i po prostu chce się w tym miejscu być choćby przez chwilę. Mam szczęście, bo tu mieszkam i codziennie przemierzam uliczki i osiedla pokazane w najnowszym filmie Jacka Lusińskiego "Carte blanche", który naprawdę warto obejrzeć, do czego gorąco zachęcam! Jackowi Lusińskiemu dziękuję za to, że podjął się tak niekomercyjnego tematu i przekazał go mocno, ale bez zbędnego rozczulania czy przejaskrawienia, i bez banału, którego reżyserom trudno się ustrzec na ekranie. 
"Carte blanche", naprawdę dobry film polskiego kina! 
Monika A. Oleksa 

Andrzej Chyra i Maciej Białek
Andrzej Chyra w moim rodzinnym Lublinie:) 
Maciej Białek

sobota, 14 lutego 2015

Miłość, czym jest...?

Fot. Marcin Piotr Oleksa

"Żałuję, że nie dorastałem wśród kochających się ludzi. Nawet gdyby nie kochali mnie, to już sama świadomość, że wokół panuje miłość, byłaby taka kojąca." - takie słowa wypowiada Fernando, jeden z bohaterów książki "Tysiąc dni w Toskanii", a prywatnie mąż Marleny de Blasi. 
Czym jest miłość, że człowiek o nią tak zabiega i tak bardzo jej potrzebuje? 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłość. Szukamy jej. Tęsknimy za nią. Pragniemy jej i potrzebujemy. Robimy dla niej miejsce z nadzieją, że wypełni nasz dom i zwyczajną codzienność przemieni w odświętność.
Wokół niej wirują roziskrzone iskierki, które Miłość pozostawia w oczach tych, przy których przystaje i wśród których chce się rozgościć na dłużej. Na dobre, bywa, że na zawsze. 
Miłość. Często wyklęta i niezrozumiana. Prosta, a jednak tak przez ludzi komplikowana. I często postrzegana w krzywym zwierciadle, bo widziana tak, jak człowiek chce ją widzieć. Bez głębi i prawdy, którą Miłość w sobie zawiera, dopowiadana przez pryzmat egoizmu i odbierania jej tego, co w niej najcenniejsze. Miłość nie rani, choć ludzie jej to zarzucają. Rani człowiek składający obietnicę, której nie potrafi dotrzymać. Ranią słowa nie pochodzące od Miłości, a wypowiadane przez tych, którym zaufaliśmy. Rani odrzucenie człowieka przez człowieka, bo to nie Miłość odmawia swojej obecności i nie ona odrzuca, ale człowiek zaślepiony własnym egoizmem i pragnieniem bycia w centrum, bez umiejętności dawania. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłość ma w sobie pokorę i mówi językiem codzienności. Miłość to trwanie pomimo. To również dawanie i umiejętność przyjęcia. W miłości nie ma "ja" ani "ty"; jest w niej "my" - jedność, złączona uczuciem, które nie odchodzi, gdy zgaśnie namiętność i minie zauroczenie. Miłość jest komunią dusz ludzi, którzy wzajemnie się szanują i sobie ufają. Jest prostym codziennym gestem i spojrzeniem pełnym czułości. Jest też potrzebą troszczenia się o drugą osobę, bez ograniczania jej wolności. 
Miłość to spotkanie wpół drogi i rezygnacja z udowadniania swojej racji, bez względu na to, jak prawdziwa by była. To poszukiwanie wspólnych portów, w których dwoje bliskich ludzi może się spotkać, ucząc się siebie nawzajem. 
Miłość dojrzewa wraz z tymi, którzy ją przyjmują. Uczy cierpliwości i łagodności, która przychodzi z wiekiem. Pozwala docenić najprostsze czynności i zobaczyć w nich to, czego słowa nie muszą opisywać, bo Miłość tak naprawdę ich nie potrzebuje. Ona nie wymaga nieustannego zachwytu nad sobą, tylko wychodzi naprzeciw uśmiechem na powitanie, kubkiem pachnącej herbaty po ciężkim dniu, odśnieżeniem samochodu, napaleniem w kominku, wyrzuceniem śmieci bez proszenia, czy wspólnym pomilczeniem, w którym jednak jest bliskość i porozumienie dusz, wzajemnie ze sobą połączonych, wszczepionych w siebie i odnajdujących siebie w całości dwóch istnień, a nie pojedynczych osób żyjących obok siebie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Miłości dojrzałej uczymy się latami. Dorastamy do niej, z każdym dniem wspólnej drogi dostrzegając tak wiele szczegółów, które dotąd omijaliśmy obojętnie. Słodycz słów, która w końcu może zemdlić, zostaje przyprawiona szczyptą nieuszczypliwej zrzędliwości; poczuciem humoru, bez którego życie stałoby się śmiertelnie poważne; a nawet uniesieniem kończącym się wybuchem, uwalniającym nagromadzone złe emocje. W tym wszystkim jest jednak zrozumienie i dialog, bez którego Miłość nie dojrzeje. 
Miłość. Ma wiele imion, wplecionych w życie każdego człowieka. Tak delikatna, że łatwo ją uszkodzić, ale jednocześnie tak silna, że staje się fundamentem, na którym dwoje bliskich sobie ludzi buduje dom, który nie rozpadnie się jak domek z kart. 
Życzę Ci pięknego odkrycia dojrzałej Miłości i umiejętności pielęgnowania jej w zwyczajnej codzienności.
Monika A. Oleksa 

Fot. Zbyszek Krukowski

czwartek, 12 lutego 2015

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 30.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kazimierz zimą nieodmiennie zachwycał i nawet bez śniegowej pierzynki miał w sobie taki urok, że po prostu chciało się tu być i chłonąć atmosferę tego miejsca, jedynego i niepowtarzalnego. 
Eulalia patrzyła na Wisłę, płynącą spokojnie swoim nurtem, i próbowała uspokoić rozkołatane serce, które zachowywało się przy Adamie jak serce nastolatki. Emocje, które nie tak łatwo było wyciszyć przy mężczyźnie pachnącym dobrą wodą toaletową, dalekie były od obojętności i Eulalia nawet się zastanawiała, czy damie przystoi spacerować tak blisko nieznajomego w końcu mężczyzny, doświadczając przy nim tak skomplikowanych uczuć. Bo nie potrafiła nazwać tego, co czuła przy Adamie. Czekała na ten wyjazd z podekscytowaniem własnej wnuczki, ale jednocześnie bała się konfrontacji wyobrażenia Adama o niej, z nią samą i tym, jaka była naprawdę. Wiedziała, że jest od niej młodszy i choć być może nie była to szokująca różnica lat, nie można było ukryć, że Eulalia jest już starszą panią z dolegliwościami typowymi dla wieku seniora, natomiast Strojewski był jeszcze sprawnym i czynnym zawodowo mężczyzną, na widok którego Eulalii fruwały w brzuchu kolorowe motyle, a jej myśli dalekie były od przyzwoitych. 
- O czym myślisz? - podszedł tak blisko, że jego oddech załaskotał ją w ucho. 
- Myślę o tym, co robisz tu właśnie ze mną. - Odpowiedziała szczerze, odwracając się w stronę mężczyzny i zatapiając w spojrzeniu, w którym za dużo wyczytała.
- Dlaczego tak trudno ci uwierzyć w to, że można się tobą zachwycić, Lala? 
- Zachwycać się mną można było trzydzieści lat temu, teraz opakowanie się nieco przymarszczyło i pomięło.
- Ale to, co masz w środku pozostało wciąż takie same, i przecież nie osądza się książki po okładce, prawda? 
Nie odpowiedziała, tylko odwróciła się i ruszyła nadwiślańską promenadą, chłonąc Kazimierz całą sobą. W powietrzu czuć było już powiew wiosny, na drzewach pojawiły się nieśmiałe pączki z pytaniem, czy już im wypada, a kaczki rozpoczęły swoje zaloty, pusząc się dumnie w poszukiwaniu partnera. Wisła nie przystawała, niestrudzenie biegnąc do przodu i nie oglądając się za siebie. 
Eulalia tak nie umiała. Nie potrafiła nie powracać do wspomnień, których w czasie dość burzliwego operetkowego życia trochę się nazbierało w szkatułce zdarzeń minionych, zatrzymanych wspomnieniem, czasem fotografią lub pamiątką z życia, które odeszło bezpowrotnie. 
- Wiesz co w tobie lubię najbardziej? 
Zatrzymała się i czekała. Na słowa i chwile, za które być może zapłaci tęsknotą i goryczą, ale których nie można już było powstrzymać, zupełnie jak tej rzeki, płynącej ku nieznanemu. 
- Twoje szaleństwo i nieprzewidywalność. I tę energię, którą zarażasz i którą mogłabyś obdzielić niejedną dwudziestolatkę. 
- Adam, czy ty wiesz, że ja mam sześćdziesiąt osiem lat? - rzuciła mu wyzwanie, które podjął. 
- A czy ja cię pytam o wiek? Ja mam pięćdziesiąt dziewięć i oszalałem, Lala, bo budzę się z myślą o tobie i zasypiam, mając cię pod powiekami. Na scenie gram tylko dla ciebie, bez względu na to, czy to słyszysz, czy nie, i dość już mam samotności i malkontenctwa, o które czasami siebie podejrzewam. Może byś więc dała mi w końcu szansę i przestała budować ten mur nie do pokonania, bo i tak go sforsuję, tylko... szkoda życia, Lala. - Ostatnie słowa powiedział już ciszej i tak blisko, że Eulalia poczuła przyjemny dreszcz, przebiegający po plecach. Świat wokół zawirował, a mocne ramiona Adama stały się stabilnym i bezpiecznym oparciem. Dojrzały pocałunek smakował jak czerwcowe truskawki, słodkie i soczyste, rozpieszczone przez słoneczne promienie. Było w nim wspomnienie lata i obietnica pogodnej jesieni, która nie zacina ostrym deszczem i nie mrozi chłodem. Eulalia poczuła się tak lekko, jakby miała odfrunąć. W tej krótkiej chwili bagaż lat i doświadczeń przestał ciążyć, a ona sama chciała, aby ten stan trwał jak najdłużej, i aby Adam pozostał blisko tak długo, jak tylko będzie chciał. 
- Wieczorem zapraszam cię na kolację i tańce w "Dwóch Księżycach", a potem... nie pozwolę ci już, Lala, schować się za tym murem. Zobaczysz, że świat pojaśnieje, jak tylko go zburzysz. 
Wisła zaszemrała cichutko, a kaczor głośnym nawoływaniem zawtórował Adamowi. Widoczny z promenady nadwiślańskiej Hotel "Dwa Księżyce" zamrugał z serdecznym pozdrowieniem światełkami w pokojach, a dostojna Fara objęła parę dojrzałych ludzi swoim błogosławieństwem. Baszta wyprostowała się dumnie, świadcząc swoją obecnością o latach świetności, a w ruinach zamku nastało poruszenie duchów przeszłości, tych którzy żyli tu przed wiekami i również doświadczali skomplikowanych uczuć, przeżywanych przez współczesnych. Miłość i niespełnienie. Tęsknota i obecność. Zachwyt i rozczarowanie. Upadki i powstania. To wszystko już było, pomimo mijających lat i dekad, panującej mody i zmieniającego się świata. Ludzie kochali i nienawidzili, pragnęli i wątpili, zdradzali i trwali w wierności.
Kazimierz otulił Eulalię i Adama miękkim i coraz później zapadającym mrokiem, zapisując rodzącą się historię w nurcie rzeki, która morzu znosiła opowieści o ludziach i ich pragnieniach. O życiu, które biegło i przemijało, zostawiając jednak swój ślad w pojedynczych dniach, które były prawdziwym cudem istnienia.  cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa