wtorek, 29 sierpnia 2017

Z gościną w Domu Kuncewiczów

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W piękną, letnią i jeszcze tak bardzo wakacyjną sobotę, 26 sierpnia, spełniło się jedno z moich przechowywanych od dawna w sercu marzeń - miałam zaszczyt być gościem Domu Kuncewiczów i własnie tam, na tarasie, w przepięknym otoczeniu, spotkać się z Czytelnikami, których przyciągnął "Spacer nad rzeką". 
Do Kuncewiczówki, prawdziwego domu z duszą, przyjechałam na zaproszenie pani Moniki Januszek-Surdackiej. Ona również, w niezwykle ciekawy sposób, poprowadziła moje spotkanie autorskie, które przerodziło się bardziej w serdeczną rozmowę niż typowe spotkanie z autorem. 

Pani Monika Januszek-Surdacka, dziennikarka, kierownik Muzeum DK


W niezwykłym anturażu, w towarzystwie ptaków, zająca i wyjątkowych Czytelników, zarówno mieszkańców Kazimierza, jak i gości, rozmawialiśmy nie tylko o warsztacie pisarskim, wenie, bohaterach i pomysłach na książkę, ale i o literaturze kobiecej, i romansie jako jednym z gatunków, wzbudzającym wśród czytelników sprzeczne emocje. 
W domu, w którym na każdym kroku czuć było namacalną wręcz obecność Marii i Jerzego Kuncewiczów, nie mogło zabraknąć refleksyjnego zatrzymania przy marzeniach i skrzydłach, zasłuchania w siebie i w pragnienia poukrywane głęboko w sercu, których nie wolno tam pozostawiać. Każda podjęta droga zmierzająca do ich realizacji, doprowadza do ludzi i miejsc, których nie poznamy, jeśli nic nie zrobimy. Bierność nie wniesie w nasze życie niczego wartościowego, spowoduje jedynie, że kurz codzienności osiądzie na człowieku, przysłaniając światło i kolory. Każdy z nas dostał jakiś talent i prawo do marzeń. Żaden człowiek nie jest tak po prostu zwyczajny, nijaki, nie mający nic, co wzbudziłoby czyjś zachwyt. Często jednak zagłuszamy w sobie pragnienie sięgnięcia po marzenie, bo wydaje nam się, że tak jest bezpieczniej. Dla nas lub dla naszych bliskich. Rezygnujemy z podjęcia walki o swoje skrzydła, po jakimś czasie zapominając, że w ogóle je mamy. Sami siebie pozbawiamy smaku życia, odsuwając się na bok i nie dostrzegając, jak wiele ma nam do zaoferowania każdy pojedynczy dzień. A on zawsze przynosi małe cuda codzienności, które zauważyć potrafi jedynie ten, kto patrzy uważnie, dostrzegając drobiazgi. 





   




Popołudnie spędzone w towarzystwie niezwykłych Czytelników w Kuncewiczówce było prawdziwą magią. Jak zaczarowana chłonęłam wszystkie słowa, zapisując je w pamięci i starannie wkładając do mojej szkatułki niezapomnienia. Dzieląc się sobą, otrzymałam w zamian taki ładunek dobra, serdeczności i wewnętrznego bogactwa ludzi, których tego dnia spotkałam, że nie mogę tego zatrzymywać dla siebie, i chcę to przekazywać dalej. W swoich książkach i myślach utrwalanych na blogu, w słowach zebranych do słów na moim profilu Facebook'owym, w rozmowach i bardzo osobistych spotkaniach z ludźmi, których nieustannie odkrywam, i w obecności, nawet bez słów przy tych, którzy tej obecności potrzebują. 
Moje serce rosło, gdy słuchałam ludzi opowiadających mi o  swoim Kazimierzu. Doskonale rozumiem zachwycenie tym miasteczkiem państwa Ewy i Daniela, i ich chęć powrotów tutaj dwa razy w roku. Wiem, co urzekło panią Beatę i dlaczego pani Aldona z Poznania zaczyna dzień od lektury Kazimierskiego Portalu Internetowego. Wzruszyła mnie pani Ilona z Wrocławia, która przyjechała na spotkanie z Kazimierzem i ze mną po lekturze "Spaceru nad rzeką", rozbawiła opowieść o tym, jak pani Elżbieta, mieszkanka Kazimierza, zastanawiała się, która to aptekarzowa w Kazimierzu ma dwóch synów (Joanna Rybicka :D); zadziwiła informacja o fryzjerce Wioli, którą to postać podpowiedziała mi wena, a która istnieje naprawdę i można się ostrzyc właśnie u pani Wioli w Kazimierzu! :D. Zaszczyciła mnie również obecność pani Moniki Kubiś-Arbuz, Katarzyny Barton, pani Izy Dreszer, pana dyrektora Mirosława Korbut z małżonką:), Ani i Jurka Gowinów, Marty Rodzoch, oraz pani redaktor Anny Ewy Soria. Każdemu z osobna serdecznie dziękuję za możliwość osobistego spotkania w  tak niecodziennym miejscu, jakim jest Dom Kuncewiczów.    








Sam dom przyjął mnie i Marcina przyjaźnie. Przyznam, że przeszedł nam po plecach zimny dreszcz, gdy dowiedzieliśmy się, że mamy spędzić noc w muzeum sami, tylko we dwoje  w tym dużym, starym domu. Wracaliśmy z wieczornego spaceru nad Wisłą z lekkim niepokojem, zadając sobie pytanie, co się wydarzy w nocy? Pani Monika Januszek-Surdacka pożegnała nas ze słowami, że ten dom lubi pokazać kto tu rządzi. Nic więcej nie chciała powiedzieć, poprosiła tylko o zdanie relacji z wrażeń po przespanej (lub nie!) nocy. 
"W 1936 roku, kiedy dom stanął i nareszcie, wyniesiona ponad drzewa mogłam patrzeć na rzekę, na farę, na basztę, na wzgórze Trzech Krzyży i na przyszłość... (...)" - pisała Maria Kuncewiczowa o swoim ukochanym domu w Kazimierzu. W nim spędziła wraz z mężem, Jerzym Kuncewiczem, najpiękniejsze przedwojenne lata, on również stał się miejscem stałego zamieszkania Kuncewiczów po ich powrocie z emigracji w 1962 roku. (Maria Kuncewiczowa. Świadectwo XX wieku. Wydawnictwo Lubelskie).  
Jakże więc dom z taką historią zapisaną w jego ścianach, nie chciałby poopowiadać nam o sobie, wykorzystując letnią noc i uwagę słuchaczy, którzy byli nim zafascynowani.  Nie zrobił jednak tego, usypiając wszelkie dźwięki. Nawet drewniane schody nie zaskrzypiały ani razu po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi pokoju Basi. Nie odezwało się pianino, ani nie zastukała maszyna do pisania. Nikt nie przechadzał się po uśpionych pokojach i nikt nie dał nam do zrozumienia, że jesteśmy tam intruzami, choć obecność nieobecnych była mocno wyczuwalna. Odsunięte w kuchni krzesła do rana pozostały w tym samym miejscu, nic się nie pobiło i nic złowieszczego nie wydarzyło, być może dlatego, że oboje z Marcinem od samego początku weszliśmy do tego domu z wielką pokorą, nie narzucając mu siebie i przyjmując z wdzięcznością to, co nam zaoferował. Uszanowaliśmy pamięć  o dawnych mieszkańcach odmawiając za nich dziesiątek różańca, i dziękując za to, że zechcieli się tym domem i jego duszą z nami podzielić. 


Fot. Marcin Piotr Oleksa




Urocze spotkanie w Domu Kuncewiczów zaowocowało nie tylko podjętą wspólnie inicjatywą zorganizowania w Kazimierzu "bombkowego" i "jajcowania", ale i nawiązanymi znajomościami, które nie są na chwilę. Mając możliwość spotkania tak fantastycznych kobiet, które spędziły to sobotnie popołudnie razem ze mną, z milczącą, ale wyczuwalną obecnością tej najważniejszej, Marii Kuncewiczowej, grzechem byłoby przejść obok nich obojętnie, wracając jedynie wspomnieniem do tego, co się zadziało na magicznym tarasie Kuncewiczówki. Wiem, że będę wracać do Kazimierza jeszcze częściej niż dotychczas i dotrzymam obietnicy, którą złożyłam nie tylko Czytelnikom, ale i samej pani Marii Kuncewiczowej w noc, w którą przyjęła mnie w swoją gościnę. Będzie kolejna książka z malowniczym Kazimierzem nad Wisłą w tle, na kartkach której pojawi się i Dom Kuncewiczów, i sama Maria Kuncewiczowa, a obok niej zwyczajni mieszkańcy Kazimierza, których zamierzam bliżej poznawać w czasie pracy nad nową książką :). 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Relacje ze spotkania w Domu Kuncewiczów: Anna Ewa Soria - Kazimierski Portal Internetowy
Monika Januszek-Surdacka

Przy biurku Marii Kuncewiczowej 

sobota, 26 sierpnia 2017

To jedno lato...Opowiadanie konkursowe

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Opowiadanie Małgorzaty Kasprzyk nagrodzone "Spacerem nad rzeką". Zapraszam do lektury na pogodny weekend :). 

                                   NIEPLANOWANA MIŁOŚĆ   

Iga nie widziała nigdy wschodu słońca nad morzem, ponieważ z natury była śpiochem i myśl o tym, żeby wstać o czwartej rano budziła w niej zdecydowaną niechęć. W czasie wszystkich swoich pobytów nad Bałtykiem odkładała decyzję z dnia na dzień, a potem zwykle było już za późno. Tym razem postanowiła jednak załatwić sprawę wkrótce po przyjeździe. Wieczorem nastawiła budzik i przygotowała sobie odpowiednie ubranie, wychodząc z założenia, że o świcie na plaży będzie zimno.  
  Plan okazał się dobry i o wpół do piątej Iga cichutko wymknęła się z pokoju. Kiedy wyszła na zewnątrz, odniosła wrażenie, że cały Sopot jeszcze śpi. Dotarcie do celu nie zajęło jej dużo czasu, gdyż pensjonat, w którym mieszkała, położony był dość blisko morza. Potem usiadła na lodowatym piasku i spokojnie obserwowała, jak wstaje dzień. Myślała, że jest całkiem sama, lecz gdy pierwsze promienie słońca  oświetliły plażę, zauważyła, że w Bałtyku kąpie się jakiś chłopak. Przez dłuższą chwilę patrzyła na niego ze zdziwieniem, zastanawiając się, co go skłoniło do pływania w morzu bladym świtem. Dopiero gdy wyszedł z wody i zaczął iść w jej kierunku, odruchowo się poderwała.
  - Nie bój się! – krzyknął wesoło. – Nic ci nie zrobię. Po prostu siedzisz obok mojego ubrania.
  Machinalnie rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że dwa metry od niej leży ręcznik, a przy nim bluza dresowa i klapki. Nie dostrzegła tych rzeczy, kiedy było ciemno.
  - Co tu robisz o tej porze? – zapytał.
  - Przyszłam obejrzeć wschód słońca – odpowiedziała niepewnie. – A ty?
  - Walczę z różnicą czasu. Trzy dni temu wróciłem z Azji, więc dla mnie jest już dziesiąta rano. Nie chciało mi się leżeć w łóżku i czekać aż wszyscy wstaną, dlatego postanowiłem się wykąpać.    
  Uspokoiła się, widząc, że nie jest wariatem ani zboczeńcem. Gdy się ubrał, zaproponował, że ją odprowadzi i wtedy okazało się, że mieszkają w tym samym pensjonacie. Nie widzieli się dotąd, ponieważ przyjechał poprzedniego dnia późnym wieczorem.  Wracali zatem razem, rozmawiając wesoło i gdy doszli na miejsce, miała wrażenie, że znają się od dawna.
  - Do zobaczenia na śniadaniu! – powiedział na pożegnanie.
Idąc do swojego pokoju, spotkał panią Basię, właścicielkę pensjonatu, która także wstawała wcześnie. Patrzyła na niego z pewnym zdziwieniem.
  - Nie mogłem spać i poszedłem popływać – wyjaśnił.
Wyraz zaskoczenia nie zniknął z jej twarzy.
  - Z dziewczyną Łukasza? – zapytała zdumiona.    
Damian i Łukasz mieszkali po sąsiedzku i znali się od dzieciństwa. Kiedyś przyjeżdżali do pensjonatu pani Basi z rodzicami, a potem zaczęli się w nim pojawiać ze znajomymi.
  Teraz Łukasz też przyjechał z towarzystwem, na które składało się dwóch chłopaków i trzy dziewczyny. Damian oczywiście dołączył do ich grona i razem spędzali czas na typowo wakacyjnych rozrywkach typu plażowanie, pływanie i zwiedzanie.  Ponieważ pogoda dopisywała, byłby to dla niego bardzo udany pobyt, gdyby nie owo przypadkowe spotkanie z dziewczyną Łukasza pierwszego ranka. Ciągle miał przed oczyma jej zdumioną twarz, widoczny przestrach i wyraz ulgi, który pojawił się wkrótce potem. Pewnie początkowo uznała go za wariata albo zboczeńca. Mimo to ślicznie wyglądała w promieniach wschodzącego słońca, a kiedy zaczęła z nim rozmawiać i się uśmiechać, oczarowała go do reszty.
  Po kilku dniach zaczął zdawać sobie sprawę, że ona bardzo mu się podoba i temu odkryciu towarzyszył pewien niepokój. Przecież Łukasz jest jego kumplem! Nie może podrywać tej dziewczyny, choćby nie wiem jak mu się podobała. Takich rzeczy się nie robi! Co prawda musiała to być raczej świeża znajomość, ponieważ miesiąc wcześniej, gdy wyjeżdżał do Szanghaju, aby odwiedzić swego kuzyna, który przebywał tam służbowo, Łukasz z żadną Igą się nie spotykał. Wychodziło na to, że poznał ją dopiero w trakcie jego nieobecności. Ciekawe, jak to się stało, że tak szybko zaczęli ze sobą chodzić? W końcu nie wytrzymał i zapytał o to wprost, gdy siedzieli w kawiarni na Monciaku i jedli lody. 
- Poznaliśmy się w czerwcu w czasie letniej sesji – wyjaśniła Iga. – Byłam u koleżanki i uczyłyśmy się do dziesiątej, a kiedy od niej wyszłam, zaczepiło mnie dwóch pijaczków. Chcieli pieniędzy na jakieś tanie wino. Zaczęłam szukać portmonetki, żeby im dać parę groszy na odczepnego. Widocznie to ich  zniecierpliwiło, bo próbowali wyrwać mi torebkę. Wtedy pojawił się Łukasz. Wyszedł z sąsiedniego bloku, zobaczył, co się dzieje i powiedział, żeby dali mi  spokój. Jak nie posłuchali, odepchnął ich obu, a potem chwycił mnie za rękę i razem uciekliśmy.
  Damian był pod wrażeniem tej historii. Nic dziwnego, że ona tak od razu się zakochała. Przecież dziewczyny lubią rycerzy, którzy ratują je z opresji. Do tej pory ich spotkanie nad morzem o wschodzie słońca wydawało mu się romantyczne, lecz teraz zrozumiał, że nie wytrzymuje porównania z początkiem jej znajomości z Łukaszem. Po namyśle doszedł jednak do wniosku, że może to lepiej. On musi się zainteresować jakąś inną dziewczyną! Tyle ich chodzi po sopockiej plaży, zgrabnych, opalonych, rzucających zalotne spojrzenia. Dlaczego właśnie Iga tak mu się podoba, skoro nie jest wcale ładniejsza od nich? Co na nim robi takie wrażenie? Może jej uśmiech, pełen ciepła, a zarazem lekko figlarny? Może jej oczy w takim dziwnym kolorze, nie wiadomo, czy bardziej zielone, czy niebieskie? A może ten wdzięk z jakim się porusza i przechyla głowę? Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. 
  Próbował rozglądać się dookoła, aby wzbudzić w sobie chociaż cień zainteresowania inną i chęć poznania jej, lecz jego wzrok wciąż powracał do Igi i Łukasza, jakby nie mógł się powstrzymać od obserwowania tych dwojga. Co więcej, wkrótce zaczął dostrzegać rzeczy,  które go zastanowiły. Miał wrażenie, że oni zachowują się jak para przyjaciół i nie ma między nimi żadnej chemii. A przecież powinna być, zwłaszcza na tym etapie znajomości… 
  Tymczasem wcale nie starali się ciągle trzymać za ręce ani przytulać do siebie, a kiedy Łukasz nacierał plecy Igi olejkiem do opalania, robił to bez żadnego zmysłowego kontekstu, zupełnie jakby oddawał tą przysługę matce albo siostrze.  Gdyby to on był na jego miejscu, na pewno zachowywałby się inaczej!
  Po tych obserwacjach przyszły jednak pewne refleksje i Damian doszedł do wniosku, że po prostu widzi to, co chce widzieć. Nie ma sensu ulegać złudzeniom, zaś prawda jest taka, że Łukasz i Iga są parą. Musi się z tym pogodzić, to jedyne wyjście.   
  Przełomowym momentem w relacjach z przyjacielem i jego dziewczyną stał się wieczór, kiedy poszli na dyskotekę. Damian przyglądał się Idze przez dłuższy czas, zastanawiając się, czy wypada mu poprosić ją do tańca. Ze zdziwieniem dostrzegł wówczas rumieniec na jej twarzy i pewne zmieszanie w zachowaniu, wyraźnie sugerujące, że jego spojrzenia robiły na niej wrażenie. Wtedy nieco zakręciło mu się w głowie i bez słowa pociągnął ją na parkiet, a potem przytulił do siebie. Nie odsunęła się i tańczyli  tak przez kilka minut, zupełnie nie zwracając uwagi na otaczających ich ludzi. Damian zapomniał o całym świecie, trzymając ją w ramionach i czując ciepło jej ciała oraz oddechu delikatnie muskającego mu szyję. Dopiero kiedy muzyka przestała grać, zrozumiał, że jego zachowanie wymknęło się spod kontroli. Nie tańczył już więcej i wrócił do pensjonatu wściekły na siebie. Co go opętało? Miał nie podrywać dziewczyny Łukasza! Skoro nie potrafi nad sobą zapanować, musi wyjechać. Najwyżej wróci do domu trzy dni wcześniej. Wyciągnął torbę podróżną i zaczął wrzucać do niej swoje rzeczy w nadziei, że to zajęcie go uspokoi. Nagle usłyszał pukanie do drzwi.
  - Mogę na chwilę? – zapytał Łukasz.
  - Tak, wejdź.
  - Co ty wyprawiasz?
  - Wyjeżdżam. Chyba się zakochałem w twojej dziewczynie. Ale nie przejmuj się, nie będę wam wchodził w drogę.
  - Mów ciszej, bo jeszcze ktoś usłyszy – ostrzegł go Łukasz. – I nie rób żadnych głupot. To nie jest moja dziewczyna.
  Damian przerwał pakowanie i popatrzył na niego ze zdumieniem. Przez parę minut nie był w stanie wykrztusić słowa. 
  - Jak to? Historia waszego pierwszego spotkania to też kłamstwo? – zapytał wreszcie.
  - Nie, to akurat prawda. Po tym, jak uciekliśmy tym pijaczkom, poszliśmy na kawę i Iga powiedziała, że  chętnie oddałaby mi jakąś przysługę w rewanżu za to, co dla niej zrobiłem.  Wtedy poprosiłem ją, żeby mi doradziła, jak zdobyć  dziewczynę, która mi się podoba. Chodziło o Anetę. Już od pewnego czasu chciałem się z nią umówić, ale ona ciągle kręciła nosem. Iga się roześmiała i odpowiedziała, że najlepiej udać zainteresowanie inną. Podobno sposób „na zazdrość” jest stary jak świat i zazwyczaj przynosi efekty. Wówczas wpadliśmy na pomysł, żeby ona sama przez jakiś czas udawała, że jest moją dziewczyną. Najlepiej przez wakacje. Potem się rozstaniemy, a ja powiem Anecie, że to było tylko  jedno z tych letnich zauroczeń, które z reguły mijają z nastaniem jesieni.
 - Czasami nie mijają…   - westchnął Damian.          
 - Kurcze, widzę, że ciebie naprawdę wzięło – stwierdził wesoło Łukasz. – Ale nawet mi to na rękę.  Zauważyłem, że Aneta już połknęła haczyk, więc możemy zakończyć sprawę wcześniej. Po powrocie do domu powiem jej, że Iga  rzuciła mnie dla ciebie i pozwolę się pocieszyć. Tylko wytrzymaj jeszcze te trzy dni.   
Damian słuchał go z coraz większym zdumieniem. Aneta, jedna z tych  dziewczyn, które przyjechały z Łukaszem…   Ona faktycznie wydawała się trochę zazdrosna o Igę…
  - To jak, umowa stoi? 
  - Słucham?
  - Zostaniesz do końca i nie będziesz się wygłupiał?
  - Pewnie, że zostanę.
 - To świetnie. A swoją drogą okazałeś się dobrym kumplem – stwierdził Łukasz z uznaniem. - Chciałeś wyjechać, żeby uniknąć pokusy i nie zrobić mi świństwa… 
 Iga siedziała na tarasie  i w zamyśleniu patrzyła na  gwiazdy. Kto by przypuszczał, że to wszystko tak się skomplikuje?
  Początkowo świetnie się bawili z Łukaszem udając zakochanych. Dopiero gdy przyjechali tutaj i zobaczyła Damiana na plaży w promieniach wschodzącego słońca, zaczęła żałować, że musi grać przed nim tą komedię. Pojęcia nie miała, co ją tak urzekło w tym chłopaku. Owszem, był przystojny, ale przecież nie bardziej od innych, którzy  się kręcili po sopockiej plaży. Może chodziło o ten lekko łobuzerski uśmiech i wesołe iskierki w jego piwnych oczach? Może o ten śmieszny sposób, w jaki marszczył brwi, gdy się nad czymś zastanawiał? A może o tembr jego głosu, który sprawiał, że tak bardzo lubiła go słuchać? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Czuła jednak, że wobec niego wolałaby być sobą i móc jakoś okazać to, że  jej się podoba. Dlatego w końcu poprosiła Łukasza, żeby z nim porozmawiał. Miała nadzieję, że kiedy wyjaśni mu, o co chodziło, będzie jej łatwiej dotrwać do końca tego pobytu.
  Nagle drgnęła, usłyszawszy za plecami czyjeś kroki. Odwróciła się i zobaczyła Damiana, który stał w drzwiach prowadzących na taras i przyglądał jej się  z uśmiechem na twarzy.
  - Już wiesz? – zapytała ostrożnie.
  - Tak, Łukasz mi powiedział.
  Podszedł bliżej i usiadł obok niej.
  - Ciekawa historia – stwierdził spokojnie. – Tylko jest jedna rzecz, której nie rozumiem…
  Iga popatrzyła na niego pytająco.
  - Jak to się stało, że ty naprawdę się w nim nie zakochałaś? Przecież cię uratował z rąk tych pijaczków. Oczywiście wiem, że nie chcieli ci nic zrobić, tylko ukraść torebkę, ale i tak miałabyś masę kłopotów, bo na pewno trzymałaś w niej dokumenty, komórkę…    
  - Nawet indeks.
  - No właśnie!
  Iga roześmiała się swobodnie.
  - Łukasz to bardzo miły chłopak, ale zupełnie nie w moim typie!  
Małgorzata Kasprzyk        

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

czwartek, 24 sierpnia 2017

To jedno lato... - rozwiązanie konkursu!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

To jedno lato... Zapamiętane, wpisane w serce, przywracające nadzieję, przynoszące radość. Dziękuję wszystkim, którzy chcieli się nim ze mną podzielić w komentarzach (tutaj i na facebook'u) i w mailach. Moment wybierania zwycięzcy jest dla mnie zawsze trudny, nie jest prosto zdecydować która spośród wielu wypowiedzi jest tą najlepszą, bo w jaki sposób można ocenić czyjeś zwierzenie? Jakim kryteriom poddać pracę, na co zwracać uwagę, jak bardzo być krytycznym jeśli ktoś pisze od serca o tym, co było dla niego ważne? 
Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy wzięli udział w wakacyjnym konkursie. Niestety książek było tylko trzy :( 
"To jedno lato" Doroty Milli umili jeszcze letnie popołudnia pani Edyty Chmury, której praca prosto jak strzała trafiła w moje serce :D 
"Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdaleny Witkiewicz powędruje do pana Włodka Piaseckiego, którego historia jest dowodem na to, że nie tylko młodość ma monopol na piękną miłość, bo dojrzałość też potrzebuje czułości i bliskości, i niejednokrotnie docenia uczucie i obdarowuje nim dużo intensywniej niż szalone porywy młodości. 
"Spacer nad rzeką" Moniki A. Oleksa :) trafi w ręce pani Małgorzaty Kasprzyk, której opowiadaniem podzielę się na blogu już wkrótce :). 
Zwycięzcom gratuluję, a wszystkim pozostałym bardzo dziękuję, jednocześnie zapraszając do kolejnych konkursów :). 
Monika A. Oleksa

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

TO JEDNO LATO - WSPOMNIEŃ CZAR ;)
„Uwielbiam niedziele” – myślałam wpatrując się w leniwie płynące na lazurowym niebie białe chmurki. Było gorące letnie popołudnie, a ja leżałam na trawniku, co chwila odrywając się od „Pożegnania z Afryką”, aby rozejrzeć się jak pięknie jest u mnie w domu na wsi. Z ziemi wyskoczyło mnóstwo stokrotek, które uśmiechały się do mnie radośnie, zwracając swe główki ku słońcu. Różne myśli przychodziły mi do głowy i niczym kadry w filmie przeskakiwały obrazy z dzieciństwa, twarz Mamy, skakanie po kopkach siana z koleżankami i podjadanie czereśni z sadu sąsiada…To były lata! Mimo, że miałam dużo obowiązków i pracy, bo oczywiste było, że muszę pomagać rodzicom, a na wsi zajęć zawsze jest bez liku, to i tak dzieciństwo kojarzy mi się z taką błogością, jaką czuję właśnie teraz, leżąc sobie na kocyku i ciesząc się chwilą.
„Mam nadzieję, że też będziesz miał szczęśliwe dzieciństwo, Maleńki” – powiedziałam na głos spoglądając na swój coraz większy brzuch. Byłam już w czwartym miesiącu ciąży i lekarz zapewniał, że niedługo poczuję, jak mój Skarbek pływa sobie beztrosko. Rozmawiałam z nim często, chciałabym aby znał mój głos, czuł miłość. „Może nie znamy się jeszcze zbyt dobrze, ale nie mogę się doczekać, kiedy się spotkamy :)”. Mój cud! Westchnęłam…chciałam wrócić do czytania, ale jakoś nie mogłam się skupić. Mama powtarzała, żebym nacieszyła się ostatnimi miesiącami wolności, bo potem już nie będę miała czasu na odpoczynek, książki i rozmyślania o niebieskich migdałach. Już nie będę się wsłuchiwać w cykanie koników polnych i poranne trele wróbli przy moim oknie, nie będę przypatrywać się chmurom, zastanawiając się, jaki kształt przypominają…całym moim światem stanie się dziecko, a codzienność zabierze mi leniwe niedziele. No cóż, jak zawsze, Mama miała rację, no może tylko co do książek się pomyliła, bo nie potrafię z nich zrezygnować i nawet kosztem swego snu, sięgam po nie każdego dnia.
Ale dlaczego wspominam właśnie tamten letni dzień? Co było w nim takiego wyjątkowego? Dla mnie nastąpiło wówczas trzęsienie ziemi…z odległych krain, do których zawiodły mnie myśli, wyrwał mnie jeden kopniak, tak wyraźny, że już nie miałam wątpliwości, że synek przypomina mi o sobie…nareszcie! Odpowiedział mi, słyszy mnie, rozumie, jesteśmy jednością! Ucieszyłam się tak bardzo, że biegnąć (no dobra, człapiąc ;)) do męża z radosną nowiną sprawiłam, iż sądził, że trafiłam szóstkę w totka. Jeden ruch, odpowiedź na moje czcze gadanie, sprawił, że na zawsze zapamiętałam ten dzień…To był 21 lipca…niedzielne popołudnie.
Edyta Chmura



Moje lato ....to jedno lato .... Najważniejsze dla mnie lato było 6 lat temu ponieważ pierwszy raz wymarzona kobieta przyjechała z południa Polski do mnie, nad morze . 
Ja po nieudanym pierwszym małżeństwie myślałem, że już pozostanę samotnym facetem ale dobry Bóg i wujaszek Google pozostawili na mojej drodze piękną blondynkę o niebieskich oczach i cudownym uśmiechu. Ona też po nieudanym pierwszym związku zgodziła się do mnie przyjechać na 3 dni..... byłem cały w skowronkach !!!!!! 
Wcześniej pisaliśmy do siebie, rozmawialiśmy na Skype a nasza pierwsza randka odbyła się w połowie drogi, czyli w Warszawie. Trwała parę godzin ale oboje już wiedzieliśmy, że nie chcemy bez siebie żyć . 
Nastał ten dzień, w którym moja Marta postawiła swoje stopy na nadmorskiej ziemi .... proszę mi wierzyć, że nie czułem upału, który wtedy panował. Miałem motyle w brzuchu.....
3 dni były najwspanialszymi z całego lata 2011 roku... Zabrałem ją nad morze, a w ręku ściskałem okazały pierścionek zaręczynowy. 
Pierścionek wręczyłem jej oświadczając się. Liczyłem, że powie TAK ....
Odpowiedziała NIE!!!!!!
Nie, że mnie nie chciała...
Chciała bo kochała ...... pierścionek TYLKO nie był w guście jej.
Zamiast skromnego -olbrzyma dostała , pół dłoni przesłonił jej. 
Widząc ma minę uśmiechnęła się z miłością do mnie i powiedziała: "Pójdziemy wymienić klejnot na coś skromniejszego". I wybrała sama śliczny pierścionek -srebrny z bursztynkiem, tańszy o połowę .
Oświadczyny przyjęła, TAK mi powiedziała. Pierścionek z bursztynem również pokochała 💛 
Jesteśmy teraz szczęśliwym małżeństwem, żona Marta Piasecka przeprowadziła się do mnie, a w wianie wniosła biblioteczkę i po zajrzeniu do niej.... zakochałem się również w książkach. Dzięki żonie nie pozostałym podstarzałym tetrykiem lecz jestem ROMANTYKIEM i nie wstydzę się tego 👏 
Oboje z czułością wspominany to wyjątkowe lato ---nasze LATO 💏🌅
Włodek Piasecki 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Szkatułka zamknięta na kłodkę

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

W momencie narodzin każdy człowiek otrzymuje własną szkatułkę z powkładanymi tam darami. We właściwym czasie uczymy się jak spośród nich wybierać te, których w danym momencie życia potrzebujemy najbardziej, i jak nie roztrwonić wszystkiego, zachowując na długo to, co zostało tam ukryte. 
Mała niepozorna szkatułka mieszcząca w sobie tak wiele. Talenty i zdolności. Wewnętrzną siłę mającą moc podnoszenia po najboleśniejszym upadku. Prostą radość, pozwalającą cieszyć się każdym dniem. Wrażliwość. Wdzięczność. Wewnętrzny spokój i umiejętność radzenia sobie z życiowymi przeszkodami. Skarby, o których niejednokrotnie na długie lata zapominamy.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Będąc dziećmi, czerpiemy z naszych szkatułek garściami. Nie stawiamy żadnych granic marzeniom i z dziecięcą naiwnością wierzymy, że większość z nich się spełni. Ta wiara jest zupełnie naturalna, ufna. Takie same są nasze dziecięce emocje. Szczere, pozbawione filtrów, spontaniczne. Na dziecięcej buzi smutek czy radość widoczne są od razu. Dziecko nie maskuje uczuć tak, jak czynimy to my, dorośli. Dziecko świadomie otwiera swoją szkatułkę, zagląda do niej z ciekawością i zanurza rękę, aby wyjąć to, czego potrzebuje. 
Dorastając, stajemy się bardziej ostrożni wobec życia i wobec siebie nawzajem. Z większym rozmysłem sięgamy do szkatułki, stawiając jednak dość pewne kroki w dorosłe życie. Młodość odurza jak dobry alkohol, i wciąż zostawia miejsce na marzenia, które są bardziej wysublimowane niż te dziecięce. Młodość sprzyja podejmowaniu wyzwań, a posag zdolności i talentów poukrywanych w szkatułce daje poczucie, że z tymi wyzwaniami sobie poradzimy, bo kto jak nie my! Kiedy jesteśmy młodzi sięgamy wysoko, biegamy z głową w chmurach, boso stąpamy po miękkim mchu, i otwieramy się na nowe możliwości, wybierając często drogi mniej uczęszczane. Mogę wszystko! Tak myśli młodość, wbiegając z rozpędem w dorosłość. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

A potem życie zaczyna jasno komunikować, że nie składa się jedynie z przyjemności, i że wcale nie jest takie proste jakim wydawało się z perspektywy młodości. Narzuca obowiązki, oplątuje rutyną, przygniata ciężarami i nie pozostawiam zbyt dużo czasu na podejmowanie decyzji. Pogania, popycha, niejeden raz upokorzy, piętrzy trudności i zamiast być usłane różami, zmusza do stąpania po kolcach. Pochłonięty walką z wiatrakami człowiek zamyka swoją szkatułkę na kłódkę w obawie, by nic się z niej nie wysypało, i ukrywa ją głęboko na potem. Na później. Na kiedyś. Bo teraz nie ma czasu do niej zaglądać. Bo tyle jeszcze ma do zrobienia. Bo sam musi sobie ze wszystkim poradzić. 
A potem zapomina. Zapomina o marzeniach i o naturalnych darach, w które został wyposażony. Zapomina o tym, że w szkatułce, którą dostał w posagu na całe życie, jest tak wiele dobrych narzędzi, dzięki którym może odnaleźć odpowiedź na każde, nawet te najtrudniejsze pytania, unieść ciężar wydający się nie do uniesienia, rozwiązać problem z pozoru nie do rozwiązania i rzucić wyzwanie światu, który nie lubi indywidualizmu. 

Ja cenię indywidualizm, a ten Bernatki z Mysłowic po prostu mnie zachwycił

Zamknięta na kłódkę szkatułka pokrywa się kurzem, a po jakimś czasie pod jego brudną szarą warstwą tak wtapia się w tło, że człowiek przestaje ją zauważać. Przestaje o niej pamiętać. Poddaje się przygnębieniu, nie dostrzega własnej wartości, nosi w sercu poczucie odrzucenia i tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nazwać. Jego życie zabarwia się na szaro, wokół siebie nie potrafi odnaleźć ludzi, którym mógłby zaufać, a wszechogarniająca pustka paraliżuje przed każdym odważniejszym krokiem, ściągając w dół, w dół i w dół. Życie staje się pasmem udręki, problemy mnożą się i wchodzą do domu nieproszone, przyszłość jest czarną dziurą a teraźniejszość balansowaniem po linie zawieszonej gdzieś pomiędzy budynkami. Gorycz i rozczarowanie na dobre rozsiadają się na kanapach, a człowiek nawet nie ma już siły prosić o więcej. Bo już w nic więcej nie wierzy.   


Masz w sobie siłę, aby zmienić to, co uwiera. Naprawdę masz. Musisz w nią tylko uwierzyć, ale nie zrobisz tego bez swojej szkatułki darów i talentów. Ukryta, nie będzie miała mocy przywrócenia ci poczucia własnej wartości; dodawania odwagi w pewnych krokach przez życie bez obawy, że za chwilę będziesz musiała się cofnąć, bo nie dajesz rady; chęci sięgania po marzenia i zaspokojenia tęsknoty serca, które po prostu chce żyć. Żyć  pełnią, bez klatki jaką najczęściej sami dla siebie stawiamy. Pamiętaj, że nie musisz godzić się na to, co ci przeszkadza i nie musisz w tym tkwić. Masz tylko jedno życie, które naprawdę się nie powtórzy. Wykorzystaj je, żyjąc pełnią. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Twoja szkatułka nigdy nie jest pusta. Ma taką zadziwiającą zależność, że im częściej do niej sięgasz, tym pełniejsza się wydaje, im częściej korzystasz ze swoich naturalnych darów, tym więcej ich w sobie odkrywasz. Nie rozdawaj ich, ale dziel się nimi. I nie zakopuj ich, bo nikt inny i tak nie otworzy twojej szkatułki, choćby nawet ją znalazł. Tylko ty masz do niej klucz i tylko ty możesz otworzyć kłódkę. Uwierz, że masz w sobie wiele cennych talentów i sięgaj do nich, by rozsmakować się w życiu. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Tekst ten w sposób szczególny dedykuję Danusi. Dziękuję za to, że opowiedziałaś mi o swojej szkatułce. I dziękuję za wspólne godziny i Łazienki, których zawsze mam niedosyt!           

piątek, 18 sierpnia 2017

Lato jest kochane!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moja Babcia powtarzała to każdego roku, gdy tylko zaczynały się pierwsze ciepłe dni - "Lato jest kochane!". Wstający bardzo wcześnie dzień przynosi wiele obietnic, a zaglądające w okno słońce nastraja optymistycznie i zachęca do tego, aby ten dzień pochwycić i wykorzystać jego cenne, choć ulotne godziny. Zasilana latem energia skłania niemal wszystkich do wyjścia z domu i podjęcia, każdy na swój sposób, wędrówki piechotą do lata, które rozpala zmysły, budzi tęsknotę, skłania do spotkań towarzyskich, łączy dłonie i ma smak pierwszych pocałunków, truskawek, malin, wiśni i czereśni. Ciepłe wieczory sprzyjają długim i ważnym rozmowom oraz spacerom, a krótkich nocy aż szkoda tracić na sen mając świadomość, że ten czas już się nie powtórzy. Dlatego tak ważne jest dostrzeganie wyjątkowości tego, co dostajemy tu i teraz, bez marudzenia, że mogło być inaczej, lepiej, ciekawiej.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Każdy mój dzień składa się na moje życie, i w każdym z nich zostawiam swój ślad. Nie ma tych mniej lub bardziej ważnych, wszystkie są wyjątkowe i niepowtarzalne. To my je kategoryzujemy, nastawiając się sceptycznie do większości powszednich dni tygodnia. Jeżymy się na poniedziałek, lekceważymy środę, a na czwartek patrzymy przez pryzmat zbliżającego się weekendu. Kochamy sobotę, ale z mniejszym entuzjazmem przyjmujemy niedzielę, bo od niej już tylko krok do poniedziałku. Z góry sami sobie, a często i innym, narzucamy pewien sposób myślenia, odbierając codzienności jej wyjątkowość.

Fot. Michał Oleksa 

Lato daje nam możliwość przyjrzenia się siedmiu  dniom tygodnia bliżej, dokładniej i z innej perspektywy. Prawie każdy letni dzień budzi nas zaglądającym ciekawsko w okna słońcem, a gdy przymkniemy oczy i wsłuchamy się w to, czym to lato do nas przemawia, oprócz znajomych dźwięków miasta usłyszymy nie tylko śpiew budzących się wcześnie ptaków, ale również gruchanie, bzyczenie, brzęczenie, kumkanie, postukiwanie i poskrzypywanie, cykanie i trzepotanie. Dźwięki lata. Energetyzujące, skłaniające do uśmiechu, zasłuchania i obserwacji świata, który jest piękny bez względu na to, czy jesteśmy akurat na urlopie, czy już podejmujemy zwyczajność. 
Lato uczy nas chwytania niepowtarzalnych momentów, doceniania chwili, zachwytów nad każdym dniem, niezależnie od tego czy jest wtorkiem czy piątkiem. I radości, bo samo lato jest radosne, uśmiechnięte, pozytywnie zakręcone, trochę szalone, szczere i bliskie. Stajemy wobec niego tacy, jacy jesteśmy naprawdę. Bez masek i makijażu, bezwstydnie odsłonięci, obnażeni. Pełni nadziei i planów na snucie których mamy w końcu czas. Latem łagodniejemy, częściej się uśmiechamy i częściej jesteśmy mili dla innych. Latem ze sobą rozmawiamy. Uczymy się słuchać, również siebie. Szukamy bliskości i dotyku, ulegamy magii. I nie chcemy się z tego snu nocy letniej wybudzać. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Doceń lato, póki jeszcze z nami jest. Rozsmakuj się w nim i nie marudź, że jest takie krótkie i niedługo ustąpi miejsca jesieni. Póki co, ono jest jeszcze z tobą, więc nie trać czasu na narzekanie, i nie pozwól by te ostatnie dni upłynęły niezauważone. Zachowaj w sobie dziecięcą radość i spontaniczność, magazynuj dobrą energię, pozamykaj ją wraz z przetworami w słoikach, nie trać kontaktu z tymi, z którymi byłaś i byłeś w czasie tego lata blisko, i nie pozwól odejść bliskości, która się narodziła. Daj się latu jeszcze podopieszczać i pozwól mu, by nauczyło cię, że poniedziałek, wtorek, środa i czwartek też mogą być wyjątkowe, bo tak naprawdę tylko od ciebie zależy jakimi je uczynisz. 
Daj się latu zaczarować, zachowaj je dla siebie i dla tych, którzy jesienią i zimą będą potrzebować twojej energii i zasilanej latem radości. I świadomie zostawiaj swój niepowtarzalny ślad w każdym z dni, które dostajesz. Codziennie. Chwytaj lato i czerp z niego pełnymi garściami. Kochane lato... 
Z letnim pozdrowieniem
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
   

środa, 9 sierpnia 2017

Wakacyjny konkurs :)

Fot. Michał Oleksa 

Bez względu na to ile mamy lat, letnie miesiące zawsze mają dla każdego z nas niepowtarzalny smak. Zza pootwieranych na oścież okien dolatują kuszące zapachy owocowych ciast, na naszych stołach wszechobecne są sezonowe owoce i warzywa, długie jasne dni wywabiają nas na spacery, a lipcowe i sierpniowe noce sprzyjają długim i ważnym rozmowom oraz bliskości. Lato. 
Każdy z nas ma swoje wspomnienia wpisane gdzieś głęboko w pamięci, poukładane w szkatułce niezapomnienia, zachowane na pochmurne życiowe dni. Każdy z nas również zapamiętał szczególnie to jedno lato, które było wyjątkowe; być może coś nieodwracalnie w życiu zmieniło, ubarwiło dni, przyniosło miłość, obdarowało trwałą przyjaźnią, pozostało w pamięci na zawsze. 

Podziel się ze mną tym jednym latem, napisz o nim w komentarzu, lub w mailu na adres: monicao.jesienna@gmail.com. Ubierz słowa we wspomnienia lub w opowiadanie. Najciekawsze, za zgodą autora, opublikuję na swoim blogu. Być może, w przyszłym roku powstanie z nich zbiór o tym jednym lecie...? 

Nagrodą w konkursie są książki WYDAWNICTWA FILIA: 

"To jedno lato" Doroty Milli
"Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdaleny Witkiewicz
"Spacer nad rzeką" Moniki A. Oleksa (z imienną dedykacją autorki :D)

Miło będzie, jeśli polubisz: 

Czas trwania konkursu: 09.08 - 23.08. 2017 (do północy)

Chwytaj sierpniowe dni lata i wygraj książkę, bo przecież "Kto czyta - żyje wielokrotnie, kto zaś z książkami obcować nie chce, na jeden żywot jest skazany." J. Czechowicz

Fot. Michał Oleksa 
Fot. Michał Oleksa 


sobota, 5 sierpnia 2017

Cenne...

Fot. Michał Oleksa 


Są takie rzeczy, których nie da się kupić za żadne pieniądze. Są sytuacje, których nie da się wyreżyserować, choćby poświęciło się na układanie scenariusza wiele godzin i wkładu pracy. Są takie wspomnienia, które przechowuje się najstaranniej, i wraca do nich szczególnie wtedy, gdy życie przygniecie. 
Odruchy ludzkiego serca. Coś, czego nie da się wytłumaczyć żadnymi słowami. Można je jedynie poczuć, uchwycić na fotografii, przekazać wspomnieniem, czułością, przytuleniem. Podać dalej. 

Fot. Michał Oleksa 

Od dwunastu lat, każdego lata, przyjeżdżam do tej samej maleńkiej nadmorskiej miejscowości. Dąbki koło Darłowa. Morze, jezioro, las, i rozległa piękna plaża z białym piaskiem. Od dwunastu lat zatrzymuję się w tym samym pensjonacie - D.W. Maria, na ulicy Piaskowej - ZAJRZYJ, prowadzonym przez Marię i Franciszka Sawickich. Przez te lata, jak to ziarenko piasku, znalazłam tu pokrewne dusze, które pomimo upływu czasu są wciąż obecne w moim życiu, przytulone w dobrych, ubogacających relacjach. 
Maria Sawicka w moim sercu po prostu zamieszkała. Oboje z mężem znaleźliśmy tu przyjaciół, mieszkających w różnych częściach Polski, a nasze dzieci nawiązały trwałe relacje i przyjaźnie, utrzymywane przez cały rok, dzielący lato w Dąbkach od lata w Dąbkach :). Coś bezcennego, czego nie da się kupić, bo to rodzi się w ludzkich sercach. 
Zwykła kawa, wypita w towarzystwie przyjaciół, nabiera niezwykłego smaku. Uśmiech, skierowany do drugiej osoby z przesłaniem: Dobrze, że jesteś!, potrafi zdziałać więcej niż słowotok, w którym nie ma zainteresowania drugą osobą. Wieczorny spacer we dwoje ma moc otwierania i powierzenia sobie najskrytszych myśli, których być może nie wyjawiłoby się w innych okolicznościach. Czasami wystarczy zwykłe zatrzymanie się przy kimś, z pytaniem: Co się dzieje? Jak mogę ci pomóc?; albo przytulenie bez słowa, wyrażające to, czego kanciaste zdania nie wyrażą. 

Zwykła kawa w niezwykłym towarzystwie... 

Cenne okruchy ludzkiego serca. Niby nic, a potrafią czynić cuda. Naprawiać. Zalepiać. Koić. Ocieplać. Przynosić nadzieję. Odbierać lęk. Rozświetlać w uśmiechu. Wzruszać. Poruszać. Umacniać. Czynić dobro. 
Serce sercu i człowiek człowiekowi. 

Odruch serca - ogromne DZIĘKUJĘ! wypowiedziane dla Marii i Franciszka

Odruchem serca zupełnie przypadkowi ludzie, zebrani w tym samym miejscu o tym samym czasie, niektórzy znający się jedynie z widzenia, podziękowali Marii i Franciszkowi Sawickim za te wszystkie lata prowadzenia ośrodka wypoczynkowego z takim sercem, jakie rokrocznie jest tutaj wkładane, i z taką starannością o gości, z jaką czynią to Państwo Sawiccy. Zaskakującym okazało się to, że przy takiej ilości ludzi wtajemniczonych i mających swój wkład w przyjęcie niespodziankę, adresaci tego przyjęcia niczego się wcześniej nie dowiedzieli. I niczego nie podejrzewali. Dlatego zaskoczenie i wzruszenie było autentyczne, podobnie jak nasze życzenia, jakie popłynęły z głębi naszych serc. Ten wieczór z tortem od wczasowiczów i wspólną herbatą, z opowieściami i wspomnieniami, zjednoczył ludzi, którzy niewiele o sobie wiedzieli poza tym, że odpoczywają w tym samym miejscu. Zakończyliśmy go nocnym wyjściem na plażę i rozpaleniem dużego serca, wyrysowanego na piasku i płonącego dzięki małym świeczkom, każda zapalona osobiście przez tych, dla których D.W. MARIA jest po prostu drugim domem. Jeden odruch serca i mała iskierka, która miała taką moc, że rozpaliła cały pensjonat i wywołała ogień, pomimo odrębności i indywidualności gości. Coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. 

Fot. Agnieszka Kanabus
Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Ludzkie serca to wszystko zaaranżowały
Pisemne wyrazy wdzięczności
I wzruszenie... 
Aż szkoda było go jeść... :) 
Nie wszyscy wczasowicze zmieścili się w kawiarni, ale tortu starczyło dla wszystkich :) 

Daj coś z siebie, a nie tylko bierz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, powiedz o tym, a jeśli czujesz się gdzieś lub z kimś dobrze, podziękuj mu za to, co doceniasz i zauważasz. Proste gesty, a jednak cenniejsze niż dobra materialne. Odruchy serca. 
Dziel się nimi. Uśmiechaj się do ludzi i przekazuj dobro wbrew temu, czego uczy współczesny świat. Nie pluj nienawiścią i zastanów się, zanim wypowiesz raniące kogoś słowa pamiętając, że to, co od ciebie wyjdzie, za jakiś czas do ciebie powróci. Być może z rażącą siłą, bo umocnione żółcią innych. 
Pielęgnuj cenne chwile bliskości, pocelebruj urlopową ciszę, i częściej wsłuchuj się w swoje serce, bo oczy często dają się nabrać na ułudę, będącą jedynie imitacją szczęścia.
Monika A. Oleksa   

Bezcenne odruchy ludzkich serc
    
Nasze DZIĘKUJĘ! wypisane świeczkami na plaży