niedziela, 30 grudnia 2012

Sylwestrowy wieczór

Fot. Marcin Oleksa

Czuła się paskudnie. Z nosa jej ciekło, głowa pękała, a gardło paliło przy każdej próbie przełknięcia. Leżała w łóżku, a przy jej poduszce kłębił się stos zużytych chusteczek. Nie tak miała spędzić tę sylwestrową noc. Wraz z grupą znajomych planowali domową posiadówkę u Beaty i Czarka, w ich dużym, wypasionym domu, który wybudowali niecały rok temu. Miała spędzić te godziny w zgiełku i hałasie, wśród ludzi - rozkrzyczanych, wybuchających śmiechem i żyjących chwilą tej ostatniej nocy w roku. Takie były plany. Ale skomplikowała je choroba. Podstępne przeziębienie, które spadło na nią nieproszone i przekazane wraz ze świątecznym uściskiem. I teraz miała dużo czasu dla siebie. Długie, monotonne godziny, które miała jej umilić jedynie telewizja. 
Po pół godzinie miała dosyć i z ulgą powitała ciszę. Za oknem ciemniało. Od czasu do czasu huknęła petarda odpalona przez zniecierpliwionego małolata, na klatce sąsiedzi gwarnie wychodzili na sylwestrową zabawę, a jej głowa szalała; skronie pulsowały bólem, który uciszyć mogła tylko tabletka. Sięgnęła po nią, wyłączyła telefon i nakryła się kołdrą, aby nie słyszeć, zapomnieć, przespać ten czas. Ale sen nie chciał nadejść tak łatwo. Zamiast niego zaczęły napływać wspomnienia. 
Tamten sylwester był inny, wilgotny i rozświetlony gwiazdami i tysiącem fajewerków, które wyleciały w niebo z dobrą nowiną o północy. Jej ręka znalazła bezpieczną przystań w ciepłej dłoni Mateusza, a oczy nigdy wcześniej nie błyszczały tak jak tamtej nocy. Oszalała ze szczęścia i uwierzyła, że tak już będzie zawsze, że to dopiero początek. Wenecja pachniała wiatrem i dymem sztucznych ogni, a Plac Św. Marka wypełniony był falującym tłumem, mówiącym wszystkimi językami świata. Ale Ewa nie czuła się w nim obco, ani anonimowo. Czuła się wyjątkowo przeglądając się w szarych, roześmianych oczach Mateusza. Ten czas należał do nich. Zostawili resztę zespołu w hotelu i nie przyłączyli się do sylwestrowego szaleństwa suto zakrapianego przywiezionym z Polski alkoholem. We dwoje wyruszyli w magiczną podróż po wąskich uliczkach Wenecji podziwianej nocą. Ten nadchodzący rok miał być podarunkiem dla Ewy. Nieśmiałość ustąpiła miejsca zachłanności i pragnieniu zachowania Mateusza już tylko dla siebie. Ciepło jego dłoni ogrzewało zziębnięte serce, a głowa Ewy znalazła swoje miejsce na jego mocnym, silnym ramieniu. Promieniała, jak ta rozświetlona, jasna noc. I zaczęła snuć plany... 
Zima tego nowego roku była mroźna i śnieżna. Dla Ewy okazała się okrutna, bo wraz z podmuchem ostrego wiatru wniosła do życia Mateusza Ją. I wtedy ciepło jego dłoni wygasło, i nie Ewy głowa szukała znajomego wgłębienia na jego ramieniu. Zrobiło się tak zimno i pusto wokół, a w stronę jej życia powoli zaczęła zmierzać samotność... 
W ciszy pustego pokoju zegar zaczął wybijać północ. Zmęczone powieki opadły, myśli się uspokoiły. Odpływając w ciepły sen, Ewa uśmiechnęła się sama do siebie. "To będzie dobry rok" - pomyślała. I zapragnęła w to uwierzyć.
Monika A. Oleksa 


Fot. Michał Oleksa

To już kolejne spotkanie z Ewą, moją bohaterką Samotności. Stali czytelnicy ją znają, Ci mili goście, którzy tutaj do mnie zawitali i których witam z ogromną serdecznością:), znajdą Ewę w postach "Samotność" i "Magia Świąt". Ewa jeszcze wróci, być może w książce... Coraz głębiej dopuszcza mnie do swojego życia, a ja idę za nią i opisuję to, co widzę. Fascynuje mnie jej historia i coraz częściej zerkam na swoje pióro. Jeśli ono mnie poprowadzi, tak jak robi to Ewa, myślę, że pójdę za tą historią. Co Wy na to? 
Dobrego sylwestrowego wieczoru, gdziekolwiek będziecie:  
     

czwartek, 27 grudnia 2012

Ciepło, ciepło, coraz cieplej

Fot. Marcin Oleksa


Potrafimy być dla siebie mili i uprzejmi. Potrafimy się do siebie uśmiechać, spojrzeć sobie w oczy i przystanąć w zapędzeniu. Potrafimy wysłuchać, dotknąć czule i tak po prostu pobyć z drugim człowiekiem. Potrafimy, i to nie boli. Serdeczność i życzliwość są wpisane w ludzką naturę, tylko w codziennym pośpiechu zbyt często o tym zapominamy. Zapominamy o tym, że nie jesteśmy samowystarczalni, choć niejednokrotnie nam się tak wydaje. Zapominamy, że potrzebujemy drugiego człowieka, aby w pełni doświadczyć i dotknąć tego życia, które zostało nam podarowane. Zapominamy, że drugi człowiek potrzebuje nas. 
Przypominamy sobie w święta i od święta. I wtedy jest miło, dobrze i ciepło. 
"Gdzie są te listy,
w których ktoś napisze:
czekamy na ciebie, a przy nas łagodność, 
spokój i ogród szumiący drzewami.
Tutaj milczenie nie będzie przymusem,
ani nie będzie przymusem
rozmowa." Ewa Lipska 
Najpełniej przeżywamy czas świąt Bożego Narodzenia będąc dziećmi. W dorosłym życiu nieustannie poszukujemy tej radości dziecka i czasami te oczekiwania wobec świąt są tak duże, że te dni, gdy już nadejdą, rozczarowują nas. Bo kiedyś było inaczej, bo odkąd... to już nie to samo. Bo kiedyś babcia, dziadek, rodzina; a teraz ta garstka nas przy stole. A dziecko potrafi cieszyć się wszystkim; zwykłym drobiazgiem, obok którego my przechodzimy obojętnie. Cieszy radosne oczekiwanie na wigilijny wieczór; cieszy migocząca choinka, bo przecież pod nią pojawią się prezenty. Cieszy obecność rodziców i bliskość człowieka, którego dziecko potrzebuje. A potem, w miarę upływu lat, zmieniamy się i zmienia się nasze postrzeganie świąt. Obojętniejemy na wiele rzeczy i zamiast docenić to, co jest na wyciągnięcie ręki i tych, którzy są przy nas, wiecznie marudzimy. Bo to już nie taka atmosfera, nie taki smak, nie takie czasy. Bo nie ma śniegu, a wiadomo, białe święta mają swój urok, a tak... Bo kiedyś... 
Tym "kiedyś" będzie za kilka lat to, co jest dzisiaj, a radość, którą czerpiemy z tego podarowanego nam przez czas czasu i z bliskości kogoś, kto jest obok mnie, może sprawić, że święta Bożego Narodzenia będą trwały w nas jeszcze jutro, pojutrze i przez długi czas. Jeśli tylko pozwolimy, aby te dni i ci ludzie obok mnie rozgrzali moje zziębnięte serce i dłonie. Jeśli dopuścimy drugiego człowieka do siebie na tyle blisko, aby w czasie rozmowy spojrzeć mu w oczy i uszanujemy na tyle, że nie będziemy raz po raz zerkać na zegarek. Magia świąt zostanie, jeśli przestaniemy wiecznie narzekać: "Święta, święta i po świętach", tylko zrozumiemy, że czar świąt jest w nas. Od nas samych tylko zależy, jak długo ten czas będzie trwał, jeśli uświadomimy sobie, że Betlejem może być w nas, a Miłość, która się tam narodziła może właśnie przez nas wylać się na tych, których niejednokrotnie mijamy obojętnie. 
Monika A. Oleksa     


Fot. Marcin Oleksa

sobota, 22 grudnia 2012

Świątecznie

Fot. Marcin Oleksa


Życzę Ci... miłości chroniącej od zimna ludzkie serce. 
" (...) Zawsze ilekroć uśmiechasz się do Brata swego i wyciągasz do Niego rękę, zawsze wtedy jest Boże Narodzenie. Zawsze, ilekroć milkniesz, by innych wysłuchać, zawsze kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz wciskają ludzi w ich samotności, zawsze kiedy dajesz odrobinę nadziei złamanym, zawsze ilekroć rozpoznajesz w pokorze jak bardzo znikome są Twoje możliwości i jak wielka jest Twoja słabość, zawsze ilekroć pozwolisz, by Bóg pokochał innych przez Ciebie - zawsze wtedy jest Boże Narodzenie. (...)"  Matka Teresa z Kalkuty
Jeśli w Wigilijny wieczór wyszedłbyś na spacer i zajrzał w przypadkowe okna mijanych domów, w większości z nich zobaczysz małe cuda. Stół, a wokół niego pocałunki, uśmiechy, wzruszenia. Przy wystrojonej jak młoda panna choince spotykają się ludzka serdeczność i życzliwość. Przytulenie, słowa: przepraszam, kocham Cię, dziękuję... I jak refren powtarzający się trzask łamanego opłatka, który ma moc zabliźniania ran, przebaczenia, obdarowywania sobą. I życzenia, które płyną nieprzerwanym potokiem słów. Czas zatrzymany w chwili. W jednym wieczorze, który ma magiczną moc. Moc miłości. 
"Pomódlmy się w noc betlejemską, 
Noc szczęśliwego rozwiązania, 
By nam się wszystko rozplątało, 
Węzły, konflikty, powikłania (...)"  x. J. Twardowski 
Życzę Ci... Drogi Przyjacielu, który zajrzałeś tu pomimo Twoich osobistych przygotowań do najpiękniejszych dni w roku... zatrzymania się na chwilę w tym świątecznym czasie i zasłuchania pośród tych subtelnych dźwięków kolęd, w siebie i swoje pragnienia. Życzę spokoju w sercu, którym może obdarować jedynie Miłość narodzona w betlejemskiej stajence. Życzę radości z przeżywania tych świątecznych dni, ale jeszcze bardziej życzę Ci, abyś zachował tę radość na kolejne dni, kiedy święta już przeminą i zostaną wspomnieniem, a na następne trzeba będzie czekać cały długi rok. Bo przecież Boże Narodzenie w nas może trwać nieskończenie długi czas, jeśli tylko mu na to pozwolimy... Życzę Ci nadziei, która pomoże przetrwać nawet te najgorsze i najsmutniejsze dni, których w naszym życiu nie zabraknie. Życzę ludzi, którzy wtedy będą obok Ciebie i wyciągną pomocną dłoń nie oczekując niczego w zamian. Życzę Ci wiary w siebie i swoje marzenia, nie bój się wyciągać po nie ręki, a jeśli są za wysoko, stań na palcach albo podskocz, ale je chwyć. Życzę Ci ludzkiej serdeczności i życzliwości wszędzie tam, gdzie będziesz musiał pójść. Życzę wrażliwości, która pozwoli Ci spojrzeć na drugiego człowieka jak na Brata. I Miłości, która otuli Cię niepostrzeżenie i cicho, tak jak ona potrafi, abyś nigdy nie zaznał samotności i odtrącenia. 
Niechaj takie właśnie Boże Narodzenie stanie się w Twoim domu...
Z najcieplejszymi  życzeniami pięknych Świąt ode mnie - dla Ciebie. Dziękuję, że jesteś tu ze mną.   
Monika A. Oleksa     
    

Fot. Marcin Oleksa

 

środa, 19 grudnia 2012

Kruchość ludzkiego życia



Święta już tak całkiem blisko. Przypomina nam o tym kalendarz, biel śniegu za oknem, dzwoneczki świątecznych pastorałek i zabieganie, pośpiech, to nasze coroczne: Nie zdążę! Zostało już tak mało czasu do świąt, a ja jeszcze mam tyle do zrobienia! Biegamy tak, do utraty tchu, po to, aby w święta przystanąć. Obiecujemy sobie, że przez te trzy magiczne dni w roku świat się zatrzyma, a my wraz z nim. I wtedy będziemy mogli odpocząć. Od wszystkiego. Od pracy i nawału obowiązków, które tam na nas czekają. Od gotowania, sprzątania, zakupów. No przecież dlatego robię to właśnie teraz, żeby w święta o tym zapomnieć. O wszystkim zapomnieć. O sobie samym czasami też... 
Gubimy się w tej codzienności. Zapominamy o tym, co naprawdę ważne, a troszczymy o rzeczy tak w zasadzie mało istotne, choć w danym momencie wydają się nam BARDZO WAŻNE. Planujemy, odkładamy, już nawet nie marzymy, bo nie mamy czasu ani na te marzenia, ani na ich realizację. Albo marzymy, jak to będzie kiedyś... Kiedyś, jak już... Jak już będę mieć więcej czasu. Jak już się obronię. Jak skończę ten projekt. Jak wygram w lotto. Jak zmienię pracę. Jak kupię większe mieszkanie. Jak zrobię doktorat. Jak znajdę pracę. Jak... A potem staje się coś, co nie daje nam wyboru. I nieważne, że właśnie zbliżają się święta, i Wigilia, ten najcudowniejszy dzień w roku, kiedy wszystko powinno się ułożyć w całość jak w bajce. Jedna chwila i wszystkie te bardzo ważne rzeczy tracą swoje znaczenie. To chwila, gdy gaśnie życie. 
Adrian miał 25 lat. Był młodym, zdrowym mężczyzną i miał plany na sylwestra i na resztę życia. W tym życiu była dziewczyna, z którą chciał założyć rodzinę i byli bliscy, z którymi miał spędzić święta. Jak co roku. Jak Ty i ja, też czekał na te dni wypełnione świąteczną magią, chcąc odnaleźć w nich smak dzieciństwa. I też odkładał tak dużo na "potem", jak każdy z nas. I ten dzień zaczął najzwyczajniej, jak każdy poprzedni dzień swojego życia. Zjadł śniadanie, rzucił krótkie "hej" i wyszedł do pracy. Cieszył się, że miał tę pracę, bo w małej miejscowości, gdzie mieszkał trudno jest znaleźć zajęcie. A on miał i wykonywał tę pracę sumiennie. Tego przedpołudnia rozmawiał jeszcze ze starszym bratem przez telefon. Brat mieszka w Warszawie, ale miał przyjechać na święta, a potem, po świętach, planowali wspólnego sylwestra. Mieli plany... I nagle, w jednej krótkiej chwili, która nie uprzedziła, tylko przyszła bez pytania, stracił przytomność. Tętniak, którego miał w głowie nie zdając sobie z tego sprawy, wybrał właśnie ten moment i pękł. Nie wziął pod uwagę tego, że przecież już święta. Że młody chłopak, który nigdy na nic się nie skarżył, miał jeszcze tyle w życiu do zrobienia. Że się nie przygotował. Że nie przygotował bliskich. Po prostu pękł. I pokazał, jak kruche jest ludzkie życie. I że nie ma czasu na "potem". Jest teraz. 
Adrian odszedł dziś w nocy. Odszedł pomimo nadziei. Ciężko to zrozumieć i cięzko się z tym pogodzić. Wciąż wciska się na usta pytanie: "Dlaczego?"  Dlaczego on? Dlaczego tak wcześnie? Dlaczego odebrano rodzinie nadzieję? 
Basia Smal (www.czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com) tak pięknie napisała: "Najczęściej nie bierzemy pod uwagę tego, że nasze życie to teraźniejszość. Przeszłość nie istnieje już, a przyszłość jeszcze. Dzieje się to, co teraz. A my, pędząc ku jakiejś przyszłości, nawet tego "teraz" nie widzimy. To jak to ma być? Usłyszymy: później ci powiem, że cię kocham? Kiedy później? Wieczorem, jutro, czy może za dwa dni? A dlaczego nie dzisiaj? Nie w tej chwili? Nie od razu?"    
"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą." 
Monika A. Oleksa    

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Magia świąt

Fot. Marcin Oleksa


Stała przed półkami wypełnionymi świątecznymi dekoracjami i nie mogła się zdecydować, na jaki kolor chce w tym roku ubrać swoją choinkę. Od kilku lat zielone drzewko w jej domu pachniało świerkiem i migotało na czerwono. W tym roku zapragnęła coś zmienić i ta potrzeba okazała się tak silna, że popchnęła ją do odwiedzenia w tym okresie przedświątecznej gorączki jednego z supermarketów, który akurat miała po drodze wracając z pracy. Nie lubiła takich miejsc, źle się czuła w tłumie wciąż biegnących gdzieś ludzi, którzy nawet sklepowy wózek prowadzili tak, jakby brali udział w maratonie. Kto szybciej, kto więcej, kto dotrze do kasy przed tą starszą panią w eleganckim kapeluszu, kto się przepcha, itd. Dzisiaj jednak zapragnęła pobyć w tłumie, otoczyć się ludźmi, choćby bezimiennymi, ale przerwać tę samotność, która stała się udręką. 
Stojąc tak przed tą półką i chłonąc przedświąteczne dźwięki, zapachy i radosne podekscytowanie, któremu towarzyszyły wesołe dzwoneczki "Jingle bells" dobiegające z głośników, poczuła, że też czeka na te święta z radością dziecka. Znowu na dwa dni świat się zatrzyma, a ona, zupełnie jak kiedyś, będzie wypatrywać pierwszej gwiazdki, wsłuchiwać się w kojącą melodię "Lulajże Jezuniu" i patrzeć na babcię, dziękują Bogu, że jeszcze i ten rok jest razem z nią. I przymknie oko na rozbrykanych siostrzeńców, którzy wniosą do jej uporządkowanego domu nieład i radosne pokrzykiwania, od których biedny kot znów dostanie migreny i znowu przez tydzień nie wyjdzie ze swojego kąta w szafie, gdzie zwykle się przed nimi chował. Lubiła to. Czekała na to. Gwiazdka była prezentem, który chciała rozpakować. I tak było od lat. 
Sięgnęła po opakowanie obsypanych migoczącym brokatem złotych bombek i zamarła. Nie przewidziała tego, nie przygotowała się na to. Zaskoczył ją, zupełnie jak wtedy, na cmentarzu. Ale teraz miała przewagę, bo mogła patrzeć na niego, sama będąc niezauważona. Robił świąteczne zakupy, zupełnie jak dziesiątki obcych ludzi dookoła niej. Jego koszyk był wyładowany kolorowymi opakowaniami, a dwaj chłopcy trzymający sie blisko niego dokładali jeszcze kolejne rzeczy. Poczuła uderzenie gorąca i musiała rozpiąć płaszcz i zerwać z szyi szalik, bo zaczęło brakować jej powietrza. Nie mogła przestać na niego patrzeć. Wtedy, na cmentarzu, stchórzyła i uciekła. Teraz miała go jak na dłoni i mogła patrzeć na niego bezkarnie.Podobał jej się jego spokój i opanowanie. Widać było, że ma dobry kontakt z chłopcami i spędza z nimi dużo czasu, bo wszyscy trzej rozumieli się bez słów i działali jak jedna, zgrana drużyna. Nie krzyczał, nie panikował, nie unosił się. Po prostu metodycznie wykonywał pewne zadanie, z którym został tu wysłany. Jak zafascynowana patrzyła na jego mocne, silne ręce. Pamiętała te dłonie i ich dotyk i tak strasznie zatęskniła za tym ciepłem, który niósł z sobą.
Ciekawe, gdzie teraz jest ona i czy zdaje sobie sprawę z tego, że całkowicie zburzyła świat Ewy i wywróciła go do góry nogami? Bo to nie tak miało być. Zupełnie nie tak. To Ewa miała teraz robić z nim zakupy i to ich dzieci miały przybiegać z uśmiechem na buziach i dokładać nowe pokusy do koszyka. To Ewa miała przygotowywać dla niego potrawy wigilijne, a potem razem z całą rodziną kolędować przy świątecznym stole. Przygotuje te potrawy i będzie kolędować, ale nie z nim. Nie w jego oczy zapatrzy się w płomieniu świec i nie dla niego tak starannie zapakuje prezent jak robiła to od lat dla babci i dla Magdy. I nie u jego boku stanie na Pasterce, aby uczcić Boże Narodzenie. 
Patrzyła jak znika za rzędem półek, wpatrzony w trzymaną w ręku kartkę. Lista zakupów, napisana jej ręką. Tą samą ręką, która może go dotykać bezkarnie, bo on należy do niej. Nie do Ewy. Z trudem oderwała wzrok od zakrętu, za którym zniknął. Wrzuciła do koszyka złote bombki i przemknęła do kasy, niezauważona przez tego, który kiedyś był dla niej powietrzem, bez którego nie potrafiła odetchnąć.     
Monika A. Oleksa




Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 13 grudnia 2012

Chwile wzruszeń

Moje nieustanne wzruszenie:) Fot. Marcin Oleksa


Wzruszenie. Chwila, kiedy odbiera nam głos, ściska gardło, a w kącikach oczu pojawiają się łzy. Czasem popłyną; potoczą się wąskim strumyczkiem po policzku, ogrzewając go swoim ciepłem, albo zostaną w tych kącikach i sprawią tylko tyle, że oczy zwilgotnieją. Na moment. Przez chwilę. Na to jedno zdanie, na czas trwania melodii, piosenki, utworu. Na słowa wypowiedziane do nas lub przez nas do kogoś. Na spotkanie - wyczekane lub niespodziewane. Przypadkowe. Znacie to i z pewnością niejednokrotnie tego doświadczyliście. W środku zabieganego dnia przychodzi nagle esemes. Niewyczekiwany. Zaskakujący. Prosty i ciepły. Ktoś o mnie pomyślał i oddał mi kilka minut swojego życia, aby to napisać. Zakomunikował: Jesteś dla mnie ważna/ważny. Pamiętam o Tobie. Kilka słów, jedno zdanie. Uśmiech wysłany od serca. Ludzkie uczucie. Wzrusza. 
Wzrusza pamięć ludzi. O nas, o ważnym dla nas dniu lub wydarzeniu. ktoś zadzwoni, ktoś inny niespodziewanie stanie w drzwiach z uśmiechem i przesłaniem: Pamiętam. Wzruszą kwiaty przyniesione przez męża po szesnastu latach małżeństwa ot tak, bez powodu. Wzruszy pamięć kogoś o tym, co lubię. Co dla mnie ważne. 
Wzruszenie jest ludzkie i nie jest nam obce. Ja swoje chwile wzruszeń przeżyłam całkiem niedawno, na koncercie Edyty Geppert. W mroźny, grudniowy wieczór Pani Edyta rozgrzała dużą salę swoim niesamowitym, mocnym głosem i nastrojowymi tekstami, w których można się zasłuchać i zapomnieć. Gdy śpiewała, drżał nie tylko mikrofon w jej dłoni, ale i ludzkie serca poruszone słowami, które mają w sobie treść niosącą pewne przesłanie. Czerń, prostota, niepowtarzalna siła głosu trafiającego do serc i figlarne iskierki w oczach, to pani Edyta. Jedyna i nie do podrobienia. Ta, która wzrusza i przyciąga. Wypełnione po brzegi sale świadczą o niesamowitym kunszcie. Bo Edyta Geppert nic nie robi "na pół gwizdka". Wszystko jest dopracowane do perfekcji. Ona sama wymaga chyba od siebie najwięcej i to się przekłada na występ, który słucha się w wyciszeniu, w zadumie i smakuje jak najpiękniejsze chwile, które potem na długo pozostają w pamięci.  
"Znowu dzień mi przeleciał, wyprzedził mnie
O dzień jestem starsza, 
bonjour nowa zmarszczko, pozdrawiam cię..."
Takie to ludzkie, takie kobiece. Takie prawdziwe. 
"Ty Panie tyle czasu masz
mieszkanie w chmurach i błękicie
A ja na głowie mnóstwo spraw
i na to wszystko jedno życie (...) 
To życie minie jak zły sen
jak tragifarsa komediodramat
A gdy się zbudzę westchnę - cóż 
To wszystko było chyba... zamiast.
Lecz póki co w zamęcie trwam
liczę na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl
Przecież nie jestem tu za karę." 
Zamiast. Jeden z najpiękniejszych tekstów Magdy Czapińskiej, wykonywany przez Edytę Geppert tak, że wszystko zamiera, trwa tylko cisza i wzruszenie. A łzy na scenie i w oczach publiczności są takie prawdziwe. Jak to życie, które kochamy, pomimo wszystko. 
Jeśli jeszcze nie wsłuchiwałaś się dokładnie w teksty Edyty Geppert, daj się uwieść jej i jej nieprzeciętnemu głosowi. Chwila z nią spędzona nie będzie chwilą straconą czy zmarnowaną. W tym życiu, które pędzi, dostajemy od niej czas na refleksję. Nad sobą, własnym życiem i tym co ważne i ważniejsze. To dobry czas i dobry pomysł na gwiazdkowy prezent. Dla siebie samej. 
Za chwile wzruszeń - dziękuję Pani Edyto.   
Monika A. Oleksa 


 
Fot. Marcin Oleksa
 
     

piątek, 7 grudnia 2012

Mocne strony mężczyzny

Fot. Marcin Oleksa

"Mężczyzna tworzy historię; kobieta jest historią."

Mój wierny czytelnik zarzucił mi, że piszę tylko dla kobiet i o kobietach. A mężczyźni? Przecież dzielą ten świat razem z nami i są. Tuż obok, czasami blisko, czasami gdzieś dalej. Ale są. Specjalnie dla pana, Panie M.! Dziś o mężczyznach.
Nie jest łatwo być dzisiaj mężczyzną. Współczesny świat żąda samych samców Alfa. Stawia przed nimi wciąż nowe zadania i wpycha w wyścig wściekłych szczurów, które w zmęczonych oczach mają tylko tabelki, wykresy, plany wynikowe i deadline. I wciąż słyszą: Musisz być najlepszy! Musisz się bardziej wykazać! Musisz dać z siebie więcej! Musisz się bardziej zaangażować! Przecież to nasz wspólny cel, rozumiesz. Dobro firmy to twoje dobro. A mężczyzna tego słucha i przytakuje. Bo przecież rozumie. Trzeba dać z siebie wszystko, bo tego od niego żądają. Współczesny świat nie zostawia miejsca na kompromis - wszystko albo nic. 
Tylko jak to wszystko albo nic pogodzić z potrzebą bliskości? Bo mężczyzna, pomimo maski twardego zawodnika, którą na siebie nakłada, też potrzebuje bliskości, ciepła i przytulenia. Potrzebuje kobiety, która stworzy mu dom, do którego on będzie mógł wracać po dniu wypełnionym pracą i zawodowymi obowiązkami. Potrzebuje miejsca, gdzie się zresetuje i gdzie niczego nie będzie musiał. Miejsca, gdzie będzie mógł okazać swą słabość i gdzie zostanie zrozumiany. Takim miejscem są kobiece ramiona. Dobrze, kiedy chcą miękko przytulić, wesprzeć i podtrzymać. Gorzej, gdy zaciskają się kurczowo wokół mężczyzny i żądają od niego pełnej gotowości prowadzenia jej przez życie i podejmowania każdej decyzji za nią, bo przecież jest mężczyzną. W takiej relacji mężczyzna zaczyna powoli się gubić. Jest mu niewygodnie, bo wciąż musi być w pełnej gotowości. Nie ma czasu na słabość, nabranie dystansu i odetchnięcie od ciągłej pogoni za czymś, bo przecież mężczyzna wciąż coś goni. Tak już ma, że wciąż go za czymś pcha i wciąż ma jakieś zadanie do wykonania. A jeśli kobieta mu jeszcze tych zadań dorzuci, ugina się i pomimo tego, że jest silny, często się pod tym załamuje. I szuka na to różnych rozwiązań. Ucieka. W pracę, żeby tylko wyjść z domu i zająć się tym, za co go docenią. W alkohol, bo rozmywa ostre kontury świata i zniekształca pełne wyrzutu słowa kobiety. W romans, bo gdy znajdzie te pełne zrozumienia ramiona, nie chce z nich wychodzić i chce do nich wracać. W milczenie, bo po pewnym czasie staje się murem, który trudno pokonać pretensjom kobiety. W depresję, kiedy już życie go przerośnie. Bo tak naprawdę mężczyzna jest prosty, ale kobieta może bardzo skomplikować jego świat. Mężczyzna nie lubi być sprowadzany do roli: "Trzeba to zrobić.", ze wskazaniem na niego. Nie lubi słów: Zrób. Kup. Załatw. Poodkurzaj. Idź. Wróć szybko. Po co? Dlaczego? Na jak długo? Czy musisz? I znowu. Przecież ci mówiłam. Prosiłam, żebyś. Lubi za to słowa: Kochanie. Tęsknię. Brakuje mi ciebie. Ty jesteś w tym najlepszy. Proszę. Dziękuję. Jesteś niezastąpiony. Nikt nie zrobiłby tego lepiej. 
Mężczyzna lubi czułość, byle nie do przesady. Lubi się kobietą opiekować, ale nie na tyle, aby przejąć kontrolę nad jej życiem. Lubi być potrzebny, ale nie niezbędny. Lubi gdy kobieta jest o niego zazdrosna, ale nie znosi zaborczości. Nie lubi dentysty, ale nie przyzna się do strachu przed nim. W ogóle nie przyzna się do strachu. Przed niczym. Bo to niemęskie. I weźmie wszystko na bary, bo tak został wychowany. W kulturze, że chłopaki nie płaczą, a prawdziwy macho nie może sobie pozwolić na słabość. Twardy jak skała, nieustraszony jak lew, silny jak niedźwiedź. Mężczyzna. "Szlachetnego męża dobre słowo kobiety daleko zaprowadzi." J.W. Goethe      
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
   
 Więcej na temat mężczyzny (to przecież temat - rzeka, prawda?:)) na stronie Basi Smal www.czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com, w poście "Gdzie ci mężczyźni?" Polecam! :D 

wtorek, 4 grudnia 2012

Samotność osamotniona

Fot. Marcin Oleksa


Na stole stały dwie porcelanowe filiżanki, przy nich łyżeczki jeszcze ze ślubnego kompletu. Wyciągała je kiedyś tylko na specjalne okazje, aby jak najdłużej zachować te dobre wspomnienia i smakować je jak puszysty sernik, który zjadała powoli, delektując się każdym kęsem. Z wiekiem nauczyła się pić z najlepszych filiżanek i używać srebrnych łyżeczek każdego dnia, nawet tego najbardziej powszedniego. To pomagało jej choć przez chwilę poczuć się wyjątkową. Była taka w oczach Tomasza. Bez względu na to, co miała na sobie, czy przeżywała właśnie swój dobry, czy też gorszy dzień, w makijażu i bez, dla niego zawsze była wyjątkowa. Dlatego po jego odejściu postanowiła, że dla siebie też będzie wyjątkowa i że każdy jej dzień będzie takim małym świętem. Dla niej samej. Nie zawsze to wychodziło. Bywały dni, że nie chciało jej się nawet wstać z łóżka. Poddawała się temu uczuciu wszechogarniającej niemocy. Jedyne na co miała wtedy siłę to odwrócić jego zdjęcie i nie patrzeć w te oczy, w których był wyrzut. I wściekłość. Bo Tomasz był wściekły, kiedy ona była taka emocjonalnie rozmemłana i bezwolnie pozwalała, aby wciągała ją czarna dziura depresji i przygnębienia. Tak, w takie dni Tomasz nadal był wściekły, pomimo tego, że minęło już dwanaście lat, odkąd go zabrakło. Odszedł, nie pytając ją wcale o zdanie. Nie była na to gotowa. Nie miała przygotowanego scenariusza na życie bez niego. Bolało wszystko, nawet powietrze, którym oddychała. Bez niego była jak żaglówka na wzburzonym morzu z wyłamanym masztem i poszarpanym żaglem. 
Przeżyli ze sobą czterdzieści trzy lata. W zasadzie to nie pamiętała, jak to było przed nim. Jaka wtedy była? Co lubiła? Z czego się śmiała? On stworzył ją na nowo. Przy nim poznawała życie i uczyła się go każdego dnia. Byli jednością - jednym ciałem, jedynym umysłem, jednym sercem, które pękło na pół, gdy jego przestało bić. Przyzwyczajała się do swojej samotności długo i wolno. Buntowała się, wygrażała Panu Bogu, aż w końcu ucichła. Nie miała już siły z nią walczyć. Samotność po prostu była. Któregoś dnia weszła bez zaproszenia do jej mieszkania i już w nim została. Nie pytała, czy może, czy ona chce, czy potrzebuje jej obecności. Po prostu zamieszkała z nią, rozepchała się po kątach i doszła do wniosku, że tu zostanie. Nie potrafiła z nią dyskutować, ale zaczęła ją ignorować. Wciąż czekała. Najpierw na niego, choć wiedziała, że już nie przyjdzie. Potem na dzieci i wnuki. Na sąsiadkę. Na listonosza. Na wiosnę. Na lato. Na święta, bo wtedy przychodziły dzieci. Czekała na dzwonek do drzwi. To nic, że ktoś się pomylił i nacisnął jej dzwonek chcąc zapalić światło. Ale każdy dźwięk dzwonka sprawiał, że się uśmiechała, a samotność kuliła się wtedy w swoim kącie, wyglądając z zaciekawieniem i zazdrością. A ona patrzyła w ciemność pustej klatki schodowej i widziała w niej jego. I rozjaśniała się w tym oczekiwaniu. I trwała tak, dopóki zimna dłoń samotności na jej ramieniu nie uświadomiła jej, że to tylko pusty dzwonek. Przez przypadek. Nie do niej. Bo ona nie miała już na kogo czekać. Dzieci? Przecież są wiecznie zajęte sobą. Praca. Dom. Przedszkole. Szkoła. Angielski. Hiszpański. Narty. Basen. "Mamo, bardzo byśmy chcieli, ale sama rozumiesz, brak czasu. Wpadniemy w przyszłym tygodniu." Albo jeszcze w przyszłym... Czasami zadzwonią spytać jak się czuje. A ona odpowie: Dobrze. Bo nie chce ich zadręczać swoim niedomaganiem. Westchnie sobie tylko cichutko, zrzuci ciężką dłoń samotności i zaparzy zielonej herbaty i ukroi kawałek sernika, który przyniosła sąsiadka. Drugą filiżankę postawi naprzeciwko siebie. Do niej również naleje herbaty. Czarnej, bo taką Tomasz lubił najbardziej. Nieważne, że wystygnie i będzie musiała ją wylać. Ważne, że choć przez krótką chwilę oszuka samotność i uśmiechnie się do Tomasza, który razem z nią usiądzie przy tym odświętnie nakrytym stole. 
Monika A. Oleksa  



On też jest samotny:) Fot. Marcin Oleksa


To już ostatnia bohaterka Samotności. No to do której chcecie zajrzeć? Którą najbardziej polubiłyście? Wszystkie cztery będą się teraz przygotowywały do świąt...

piątek, 30 listopada 2012

Epoka

Fot. Marcin Oleksa


Nie udała się Panu Bogu starość. No, nie udała. Ciało, które służyło nam przez całe życie i którym przez większą jego część wcale się nie przejmowaliśmy, nagle odmawia posłuszeństwa. Proste czynności zaczynają być z dnia na dzień skomplikowane, a droga do osiedlowego sklepu wydłuża się, a po jakimś czasie wizyta w tym sklepie staje się jedynym celem dnia. Bo każdy dzień ma swój cel. Czasami jest  nim po prostu wstanie z łóżka. Trudno jest się pogodzić z tym, że człowiek, który przez całe życie był aktywny, nagle zdany jest na pomoc innych, bo sam przestaje sobie radzić. 
Ale może dostaliśmy tę starość po coś? I pisząc "my" nie mam na myśli schorowanych emerytów i ludzi mniej lub bardziej pogodzonych z ograniczeniami własnego ciała, ale nas - trzydziesto, czterdziesto, pięćdziesięciolatków. Bo przecież w życiu każdego z nas, tuż obok, czasami zupełnie blisko, jest ktoś, kto już sobie nie radzi sam ze sobą i potrzebuje naszych rąk, nóg, umysłu, a czasami po prostu naszego towarzystwa. 
Nasze społeczeństwo się starzeje, żyjemy w coraz większym pośpiechu, nie mamy czasu, żeby porządnie zjeść, wyspać się czy zadbać o siebie. Nie mamy czasu, żeby zwrócić uwagę na drugiego człowieka, który jest zbyt dumny, aby powiedzieć, że sobie nie radzi i że prawdziwym przekleństwem starości jest samotność. Pustka, obijająca się o ściany mieszkań, które kiedyś tętniły życiem. Poszarzałe ściany dzisiaj milczą, a kiedyś, jeszcze tak całkiem niedawno, odbijał się od nich śmiech, płacz, kłótnie rodzeństwa walczącego o swoje terytorium, słowa, które płynęły nieprzerwanym potokiem bez względu na to, czy były ważne, czy nie. Dziś wszystko zamilkło, tylko telewizor się nie poddał. Został tym "oknem na świat", bo w nim przecież "samo życie". I jedna niewielka emerytura, za którą trzeba przeżyć. Dni wypełnione są długimi godzinami, które przynoszą gorycz wspomnień, bo tamtem czas już nie powróci. Wszystko jest inne, świat stanął na głowie, a człowiek człowiekowi wilkiem. Pewna epoka się zakończyła, a dziś... to nie są dobre czasy dla starych ludzi.  
Epoka w moim życiu to moja babcia. Jedna odeszła trzynaście lat temu, obojętniejąc na ten świat. Los obszedł się z nią łaskawie, zostawił starość, ale odebrał pamięć. Pozostały migawki z młodości, dzieciństwa i czasów, które przeminęły, ale w zamkniętej pamięci mojej babci były wciąż żywe i bardziej aktualne niż ta szklanka z herbatą stojąca przed nią na stole. Druga babcia wciąż jest przy mnie i jest mi bardzo bliska, choć czasami już bezradna jak dziecko. Kiedy patrzę na nią, widzę historię wyrytą w każdej zmarszce. Babcia to najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa. To pełna akceptacja i miłość, która nie stawia warunków. Babcia to czas beztroski i zatrzymania. Nawet teraz, gdy pijemy razem kawę, albo herbatę, ta chwila ma magiczną moc cofania czasu. Jej dom ma wciąż ten sam zapach co przed laty, a przedpołudnie smakuje spokojem. Wyblakłe oczy patrzą z mądrością, bo niejedno już widziały, a każda rada zaczynająca się od: "Pamiętaj, jak mnie już nie będzie...", jest na wagę złota. Czas zatacza koło. Rodzimy się bezbronni i zdani na opiekę innych i odchodzimy w ten sam sposób. Drugi człowiek jest nam niezbędny do tego, aby przeżyć. Potrzebujemy czyjejś obecności i zapewnienia o tym, że wciąż jesteśmy dla kogoś ważni. I potrzebni. 
Starość jest smutna, ale może być piękna, gdy przeżywamy ją z godnością i gdy pomimo ułomności swojego ciała, które z dnia na dzień coraz mniej jest nam posłuszne, wytyczamy sobie małe cele, które z konsekwencją realizujemy. Nie ma nic gorszego niż wycofanie, zamknięcie się w czterech ścianach swojego mieszkania i zobojętnienie na wszystko, co poza tą przestrzenią, która w pewnym momencie staje się więzieniem. 
Lubię starszych ludzi. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Fascynuje mnie czas zamknięty w jednym życiu. Mają wiele do powiedzenia, ale tak często nie chcemy ich słuchać. Dlatego gdy już znajdą słuchacza, zasypują go informacjami na temat swojego zdrowia. Bo tu boli, tu odjęło, tam przybyło, tu strzyka na niepogodę i wstać z łóżka tak trudno gdy się człowiek zależy. Wciąż się uczę z tego słowotoku wybierać to, co ważne, czasami drogocenne. Skrawki młodości, uczucia - te odwzajemnione i nie, życie w czasach, które znamy z filmów i książek. Żywi świadkowie historii. Ale żeby ją poznać, musimy się przy nich zatrzymać. I pochylić nad starością, a nie uciekać od niej.
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Oleksa
  

czwartek, 29 listopada 2012

Ratunku, jestem mamą!

Fot. Marcin Oleksa


"Dziecko to miłość, która stała się rzeczywistością."   
Najpierw czekasz z niecierpliwością na pojawienie się różowej kreseczki, która zwiastuje nowe życie. Czekasz na tę kreseczkę z niepokojem, radością, nadzieją, a czasami z rozpaczą. Potem to małe ziarenko dojrzewa w tobie i nosisz je pod sercem dziewięć miesięcy. Czujesz maleńkie rączki i nóżki, które cię boksują i nie możesz się doczekać, kiedy weźmiesz je w ramiona i przytulisz już po tej stronie. A potem mijają miesiące i lata i każdy dzień wypełniony jest po brzegi emocjami, gwarem, śmiechem, radością, ale i strachem o to życie, które zostało nam powierzone do wychowania. A to wychowanie wcale nie jest proste i niejednokrotnie z twoich oczu popłynie łza, zadrży głos albo zacisną się z bezsilności usta, bo bycie mamą jest chyba najtrudniejszą rzeczą na świecie. Jak wychować tego małego człowieka, obdarowując go pokładami mądrej miłości i jednocześnie nie zepsuć, nie rozpuścić i wytyczyć granice, które potem z trudem można utrzymać, bo serce matki mięknie pod wpływem spojrzenia, które roztapia. Jak szanować, nie pozwalając na wszystko, jak karcić, żeby nie zranić? 
Dorastałam ze zdaniem wypowiadanym z mądrością przez moją babcię: "Małe dzieci - mały kłopot; duże dzieci - duży kłopot." Nie rozumiałam, dopóki sama nie zostałam mamą. Moje słodkie maleństwo, które jeszcze tak niedawno rozświetlało się bezzębnym uśmiechem na mój widok, teraz potrafi dotknąć ostrym słowem wypowiedzianym ot tak. Słodki aniołek, z którym nigdy nie było kłopotów, nagle naburmusza się i tupie z uporem małą nóżką, wyrażając swoje odmienne zdanie i do tego jest głuchy na wszystkie logiczne argumenty. Bo logika dziecka działa zupełnie inaczej, czasami w sposób dla nas, dorosłych, niepojęty. A kiedy w naszym domu pojawia się nastolatek z burzą hormonów pod skórą, dopiero robi się ciekawie. Inaczej niż dotychczas. "No weź!", "Mama, przestań.", "Oj tam, oj tam.", "No i co z tego?", "Ty nic nie rozumiesz!". 
No właśnie, ja nic nie rozumiem. Patrzę na to moje dziecko i zastanawiam się, kto mi je podmienił? I kiedy? Kiedy ten miluśny szczeniaczek przeistoczył się w kota chodzącego własnymi drogami? Szanuj. Rozmawiaj. Staraj się zrozumieć. Staram się, ale to trudne, kiedy dzieli nas całe pokolenie. Ja dorastałam w zupełnie innych czasach, inaczej spędzałam wolny czas i inaczej się uczyłam. Moje dzieci są albo takie zdolne, albo poziom polskiej edukacji znacznie się obniżył, bo nie spędzają nad książką i zeszytem tyle czasu, ile ja spędzałam. I tu zaczyna się problem niezrozumienia. "Dlaczego ty się nie uczysz?" "Już się nauczyłem. Mogę włączyć komputer?" "Co robisz?" "Nic." "Jak to nic? Przecież widzę, że trzymasz komórkę w rękach i oczu od niej nie odrywasz, więc pytam, co robisz?" "No przecież widzisz, że nic." I tak w kółko. Wypełniają cały twój świat i nie wyobrażasz sobie życia bez nich, ale czasami są takie chwile, że uciekłabyś od nich na koniec świata. Nie na długo. Na chwilkę. Aby nabrać sił i nie zwariować. I aby w tym poświęceniu siebie dla nich nie zagubić i nie stracić z oczu tego, co ważne - swojego ja, moich pragnień i mojego życia, które trwa równolegle i chociaż splecione z życiem moich dzieci, jest moje. Bo dzieci dorosną i odejdą do swojego świata, którego my już nie będziemy częścią. a jeśli nauczymy się żyć tylko dla nich, zostaniemy samotne i zgorzkniałe, z wieczną pretensją, że tyle im poświęciłyśmy, a one tak łatwo zapomniały. Nie popełniajmy tego błędu. One nie zapomną i będą znacznie spokojniejsze i szczęśliwsze, gdy ich mama nie będzie wiecznie żyła ich życiem, ale będąc blisko, będzie potrafiła się odnaleźć w świecie własnych pragnień, pasji i spełnianych marzeń, na które dotąd nie było czasu i które były wiecznie odkładane na później. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
  

poniedziałek, 26 listopada 2012

Samotność - razem czy osobno?

Fot. Marcin Oleksa


Poczuła ten chłód jak tylko weszła do domu. Przerażające zimno, które przeniknęło jesienny płaszcz i prześliznęło się nieprzyjemnym dreszczem w dół kręgosłupa. Znowu nie zamknął okna, chociaż go o to prosiła. Nie zdejmując płaszcza weszła do pokoju i z głośnym hukiem przymknęła plastikową framugę, wyładowując całą swoją wściekłość na niewinnej niczemu klamce. Spojrzała na zegarek. 50 minut. Miała 50 minut, zanim trzeba będzie biec po Natalię i odebrać ją z przedszkola. Zdąży jeszcze coś zjeść i napić się gorącej herbaty zanim na dobre zamarznie od środka. Właściwie... to zimno od dawna już nosiła w sobie. Wieczorami ocieplała się przy uściskach i pocałunkach Natalii, ale już rano, kiedy wkładała bose stopy w wyziębione kapcie, chłód powracał i na nowo ją zamrażał. Słowa, które wychodziły z niej w ciągu dnia były już oszronione, ostre jak odłamki lodu. Raniły, a ona wiedziała o tym i nie potrafiła nad nimi zapanować. Była wobec nich bezradna, tak jak bezradna była wobec pustki jaką czuła wokół siebie od dłuższego już czasu.
Kiedy to się zaczęło? Ta dotkliwa samotność w domu wypełnionym bliskimi, zdawałoby się, sobie ludźmi? Przecież oboje z radością czekali na Natalkę, a potem wspólnie zaśmiewali się do łez nad jej nieporadnymi słowami, wzruszali pierwszymi krokami i kibicowali pierwszym próbom bez pieluszki i smoczka. Przeżywali to razem, wspólnie. Byli rodzicami. Jednością. Żyli ze sobą, a nie obok siebie. Dziś nadal są rodzicami tej samej córeczki, ale coś się zmieniło. Kiedy? Jak? Nie pamiętała. Czy to ona go od siebie odepchnęła, czy sam się odsunął, bo zaczęło mu być niewygodnie? Kiedy przestała z nim rozmawiać, a zaczęła do niego mówić? Informować o rzeczach, które trzeba zrobić, kupić, załatwić, odwołać? Kiedy po raz pierwszy zranił ją tym, że nie zauważył? Tego, że dla niego włożyła sukienkę, w której źle się czuła; że upiekła ciasto, choć tego nie znosiła; że zmieniła kolor włosów, żeby mu się nie znudził wciąż ten sam; że posprzątała kuchenne szafki, chociaż do świąt było jeszcze daleko; że zajmowała się tysiącem drobiazgów składających się na ich wspólną codzienność, aby tylko zauważył. Powiedział choć słowo. Albo przytulił bez słowa. A nie milczał, wpatrzony w ekran swojego laptopa lub  wiadomości w telewizji, choć oglądał te same godzinę wcześniej. Ich dom, wypełniony dźwiękami, tak naprawdę milczał, tak jak oni. I tak jak oni, wyziębiał się i wiał pustką i samotnością. 
Gorąca herbata rozgrzała zziębnięte ciało, ale nie ogrzała serca, które zamarzło. Podniosła się, obciągnęła sweter i sięgnęła po płaszcz. Do torebki wsunęła swoją samotność. A potem wyszła w listopadowy chłód, zostawiając przy stole niespełnione nadzieje. 
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa


To trzecia bohaterka Samotności. Co o niej sądzicie? I do której z nich chcecie powrócić? W której życie zajrzeć głębiej? Oddaję je Wam i czekam, aż przyjdzie do mnie ta czwarta...

czwartek, 22 listopada 2012

Kobieta

Fot. Andrzej Jaksim ( gościnnie:D) 


"Kobieta jest arcydziełem we wszechświecie." Trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że nie każda z nas tak o sobie myśli. Dorastamy jak brzydkie kaczątka, pełne kompleksów i braku akceptacji dla samych siebie. Oglądamy się w lustrze i wytykamy sobie braki i niedociągnięcia natury; a to, że jesteśmy za grube, albo zbyt kościste, mamy za mały albo za duży biust, nos zbyt zadarty, albo zbyt garbaty, albo duży, lub tak mały, że trudno go zauważyć. Zawsze coś się znajdzie. Rzadko kiedy jesteśmy zadowolone ze swojego wyglądu i tak w ogóle, z siebie samych. Nie kochamy siebie, nie rozpieszczamy się. Jesteśmy pełne krytyki i od siebie zazwyczaj wymagamy najwięcej. 
A przecież kobieta to ktoś wyjątkowy. To piękno, zamknięte we wrażliwej duszy i ciele, któremu przez cały czas coś zarzucamy. To my, kobiety, dodajemy smaku życiu i bez nas - bez Ciebie, beze mnie i bez niej, świat byłby jednolity. Mdły. Agresywny. Smutny. I pewnie zimny, bo kobieta to wulkan uczuć, o których mniej lub bardziej lubimy mówić, ale które są w nas. Tyle różnych emocji nosimy w sobie, tyle spraw dotykamy naszym kobiecym sercem. Czujemy innych, współodczuwamy ich radość i smutek, bo posiadamy wielkie pokłady empatii; coś, czego mężczyzna nie potrafi do końca pojąć, choć próbuje. Jesteśmy silne. Nie mamy fizycznej siły mężczyzny, ale na swoich ramionach potrafimy unieść dużo więcej niż niejeden kulturysta czy wyrzeźbiony wielbiciel siłowni. I choć niejednokrotnie pochylimy się pod tym ciężarem, dzielnie idziemy z nim dalej, bo takie już jesteśmy. twarde, choć ubrane w zwiewny jedwab. Kruche, ale niełatwo nas złamać. Łatwiej zranić. Słowem, lub jego brakiem, zimnym spojrzeniem, chłodem wspólnych dni, nieuczciwością.
"Od kobiety bije światło." To prawda. Jaśniejemy. Rozświetlamy się przy ludziach, których kochamy. Piękniejemy przy mężczyźnie i dla mężczyzny, który zatrzyma się w naszym życiu. Tym blaskiem rozpalamy to nasze ognisko domowe, którego potem strzeżemy. Naszą obecnością ocieplamy pomieszczenia, dotykiem łagodzimy konflikty, milczeniem niepokoimy. W kobiecie jest tajemnica, którą odkrywa się przez całe życie. Jest zmysłowość, zatrzymana w prostym geście odgarniania opadłego na policzek pasma włosów. jest mądrość, pozwalająca rozróżnić rzeczy najważniejsze, od tych mniej ważnych i duma, z którą potrafimy przetrwać najgorsze dni i wyjść z nich z podniesioną głową. Czy kiedykolwiek spojrzałaś na siebie w ten sposób? Stań przed lustrem i popatrz w swoje oczy. Prawda, że są piękne? Odbijają to, co nosimy głęboko w sobie. Nasze tęsknoty i pragnienia. Błyszczą, tak jak Ty. Uśmiechnij się do swojego odbicia i powiedz sobie głośno, tak żebyś usłyszała, to co ja mówię Ci właśnie teraz: Jesteś wyjątkowa. 
Uwierz w to. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
    
  

niedziela, 18 listopada 2012

Samotność - druga odsłona



Lusterko roztrzaskało się na kilkanaście małych, błyszczących srebrem kawałeczków. Patrzyła na nie bezradnie z wyciągniętą przed siebie ręką, w której trzymała wysychający tusz. Chciała tylko pomalować oczy. Dla niego. Lubił, gdy miała na sobie delikatny makijaż. 
Zakręciła tusz i odstawiła go na półkę nad wanną, a potem kucnęła i zaczęła zbierać migoczące drobinki. Jej brzuch zafalował, dając wyraźnie do zrozumienia, że maleństwu jest w tej pozycji niewygodnie. Uspokoiła go, gładząc delikatnie napiętą skórę. Z miesiąca na miesiąc czuła się coraz mniej atrakcyjna. Cieszyła się powiększającym brzuchem, bo przecież tak długo czekali na to maleństwo, ale jednocześnie czuła, że P. coraz mniej uwagi jej poświęca i już nie patrzy na nią tak, jak dawniej. Jego wzrok ślizgał się po niej, nie zatrzymując nigdzie na dłużej. I tak długo teraz pracował. Nie zauważała tego wcześniej, kiedy jej dni wypełnione były pracą i obowiązkami zawodowymi. Wciąż brakowało jej na wszystko czasu i nie dostrzegała, że z P. widują się tylko wieczorami. Teraz, odkąd była na zwolnieniu, dni dłużyły się niemiłosiernie, godziny przeciekały leniwie jedna za drugą, a ona czuła się coraz bardziej samotna i rozdrażniona. Brakowało jej P. Był, ale w rzeczywistości wcale go nie było. była za to pustka. I niepokój, który narastał każdego dnia. Dlaczego od wieków tak było, że kobiety czekały? Kiedyś mężczyźni chodzili na polowanie, potem szli na wojnę, a teraz znikają w pracy na długie godziny. Wieczni wojownicy. A kobiety wciąż czekają i doglądają tego ogniska domowego. I czuwają, aby nie wygasło, bo bez ich obecności i dbania o nie, dom wypełniłby się zimnem, a pokoje byłyby tylko przestrzenią, a nie miejscem, które udomowiły. Ale samotność bolała, szczególnie jeśli była to samotność we dwoje przeżywana w pojedynkę.  
Podniosła się i ruszyła do kuchni z garścią pełną ostrych odłamków. Co oznaczało to rozbite lusterko? Jeśli w ogóle mogło coś oznaczać... 
Brzuch ponownie zafalował, a w zamku zazgrzytał klucz. Metaliczny dźwięk, który dla niej brzmiał jak najpiękniejsza muzyka. Samotność na jakiś czas została rozproszona. Wiedziała, że to nie potrwa długo i znów zostanie sama z minutami pełzającymi wokół niej jak zjadliwy wąż. Ale teraz chciała się cieszyć tym, że jest ktoś, kto przeżywa to życie razem z nią. Nawet jeśli był obok. 
Monika A. Oleksa 




Dzisiejsza bohaterka to zupełnie inna osoba niż ta z poprzedniej Samotności. Ale samotność przeżywa podobnie. Przedstawię jeszcze dwie, jeśli będziecie chcieli czytać dalej:) Cztery kobiety, a każda inna, jak cztery pory roku, cztery strony świata. Łączy je tylko ta sama samotność... To Wy, moje kochane, drogie czytelniczki ( i czytelnicy!:)) zdecydujecie, do której z nich będziecie chcieli powrócić, w czyje życie zajrzeć i podpatrzeć zza uchylonych drzwi. I Wy pomożecie mi zdecydować, o której ma powstać książka. O jednaj, o dwóch, a może o wszystkich czterech? 
Czy mam kontynuować tę opowieść...?