Nowa Opowieść O Dwunastu Miesiącach: Luty

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Luty nie mógł się zdecydować, czy bliżej mu do Zimy czy do Wiosny. Był taki w pół kroku. Pół kroku po i pół kroku przed, gdzieś między pozimiem a przedwiośniem. Należał do miesięcy zimowych i starał się wywiązywać z zimowych obietnic. Od czasu do czasu sypnął śniegiem, zmroził lodowatym powietrzem, ale częściej niż Styczeń rozmawiał ze słońcem, starając się przekonać je, by dłużej poogrzewało przemarzniętą ziemię, dając ludziom sygnał, że Wiosna jest już w drodze. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Luty był marzycielem. Był inny od wszystkich miesięcy roku. Najkrótszy i taki niby zimowy, ale już zapowiadający przemianę, wybudzenie i wiosenne ocieplenie. Zazdrościł Marcowi przywileju wprowadzania Wiosny. Luty też chciał budzić uśpioną przyrodę, sprowadzać z dalekich krajów czaple, żurawie i bociany, oswajać nieśmiałe krokusy i składać na policzkach ludzi słoneczne pocałunki. Nie chciał, by kojarzono go z przeciągającym się oczekiwaniem, zimnem które już dokuczyło, czy sezonem grypowym. Zima grała w zimno-ciepło, jeden dzień przynosił śnieg i mróz, który skuwał ziemię twardą powłoką, a kolejny budził temperaturą plus, wszystko topniało, świat brunatniał, a błoto przylepiało się niemal do wszystkiego. Zima była kapryśna i nie lubiła podlizywać się ludziom, którzy jej nie doceniali. A Luty zbierał te wszystkie skargi i zażalenia, pokornie spuszczając głowę, i przepraszał, wykradając Marcowi cieplejsze, słoneczne chwile, by udobruchać nimi wiecznie niezadowolonych ziemian.  

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Robił, co mógł i nieustannie marzył o tym, by wszystko było jak dawniej, na swoim miejscu, by nikt nie zakłócał ustalonego przed wiekami porządku, by ludzie przyjmowali każdy dzień z wdzięcznością i nie wybierali sobie tych, które pozornie wydawały się najprzyjemniejsze. Luty wiedział, że ziemia potrzebuje zimowego odpoczynku, by na nowo odrodzić się wówczas, gdy przyjdzie na to czas. Rozumiał jednak potrzebę człowieka obcowania ze słońcem i jego tęsknotę za światłem i ciepłem. Dlatego każdego dnia stopniowo wydłużał czas jasności, skracając mrok, bo w mroku trudniej było odnaleźć radość. A Luty, jak to marzyciel, chciał, aby ludzie tę radość potrafili odnajdować w najzwyklejszej codzienności. I aby uwierzyli i zrozumieli, że każdy człowiek został powołany do miłości.

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

O tej miłości Luty przypominał swoim czternastym dniem, którego opiekunem stał się wielki przyjaciel Lutego, św. Walenty, niewiele mający wspólnego ze skomercjalizowanym obchodzeniem tzw. walentynek. Św. Walenty był patronem uzdrawiającej miłości człowieka do człowieka, a Luty, swoim czternastym dniem, starał się uświadamiać ludziom, że w ich pierwotną naturę została wszczepiona potrzeba kochania - obdarowywania miłością i przyjmowania jej od innych. 

Fot. Monika A. Oleksa 

Luty przykucnął i nachylił się nad wychodzącymi z ziemi, ku słońcu, krokusami. Dotknął ich delikatnie, jakby w ten sposób dając im znak, że są tak bardzo wyczekiwane po tej zimowej stagnacji. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł, że pierwsze tulipany też z ciekawością wyglądały ponad ziemię. Zaczynał się czas odradzania i wybudzania, ale to zadanie należało już do Marca, dlatego Luty podniósł się, otrzepał i z rozmarzonym uśmiechem powędrował przed siebie, z głową w chmurach.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kobieta z Kobietą: Smakowanie życia

Uważność

Październikowa Premiera