piątek, 30 października 2015

Śląskie posiady literackie



Wrzesień jest miesiącem równie ważnym w kalendarzu jak styczeń. Podobnie jak pierwszy miesiąc roku, wrzesień jest początkiem nowego cyklu, oddzielającym lato od jesieni i zapowiadającym czas nowych wyzwań i pracy. Czas obowiązków, ale i obietnic, których dotrzymuje, gdy w nie uwierzymy. Wrzesień, pierwszy miesiąc mojej ulubionej pory roku, jesieni, rozpoczął kolejny cykl spotkań autorskich. Poezja i proza splotły się w ciepłych opowieściach, którymi wspólnie z Gabrysią Kotas, autorką tomiku "Pogodna dojrzałość",otuliłyśmy Czytelników w Katowicach, Siemianowicach Śląskich, Imielinie i Mysłowicach. Z mojej kolejnej podróży na Śląsk znowu wywiozłam moc serdecznych słów, wór ludzkiej życzliwości i dobre wspomnienia, które nazbierałam w Ławkach:)  



Po raz pierwszy w moich podróżach literackich odwiedziłam Katowice. W Miejskiej Bibliotece Publicznej, Filii nr 25, powitał nas ogrzewający i wdzięczny uśmiech pięknej kobiety o dźwięcznym imieniu Antonina. Pomimo chłodnego popołudnia, w czytelnianej sali zrobiło się przytulnie, miło i refleksyjnie, i trudno się temu dziwić, bo na spotkaniu wybrzmiały liryczne fragmenty "Samotności...", a dwie poetki, Gabrysia Kotas i Teresa Jagiełło, dopełniły ten wieczór - Gabrysia - wierszami, a pani Teresa swoją obecnością i dobrą aurą, którą emanowała. Cisza i zasłuchanie Czytelników świadczyły o tym, że to był dobry, wspólnie spędzony czas, z którego każdy wyniósł w sercu coś dla siebie, i że rozpoczynająca się jesień przyniosła wraz ze sobą energię, którą wraz z Gabrysią wymieniłyśmy się z tymi, którzy przybyli na nasze śląskie spotkania na chwile zatrzymania z prozą i poezją. 


MBP Filia 25 w Katowicach 

Kolejnym przystankiem na śląskiej trasie autorskiej były Siemianowice Śląskie (Biblioteka Miejska w Siemianowicach Śl.), w których gościłam półtora roku temu. Z serdeczności pani dyrektor, Wiesławy Szlachty, nic nie ubyło, wręcz przeciwnie, przy tym kolejnym spotkaniu było jeszcze milej i serdeczniej, a ciepło pani Ani Leszczak i jej uśmiech pełen dobrej energii i ogromnej życzliwości sprawiły, że obie z Gabrysią dałyśmy się zaczarować tą atmosferą i wciągnąć czytelników w świat zasłuchania i refleksji. Nie zabrakło również zabawnych akcentów w przeczytanym fragmencie "Czwartkowych obiadów". Specjalny odcinek został wybrany nieprzypadkowo, jestem złodziejką słów i opowieści, które często wplatam w kartki swoich książek i losy bohaterów. Obserwuję życie i uważnie słucham ludzi, a potem rodzą się z tego historie, takie jak przygoda ze szczęką, która przytrafiła się Helenie, a którą to historię usłyszałam właśnie tu, w Siemianowicach Śl., opowiedzianą przez panią Wiesię i podaną przeze mnie w nieco zmienionej formie:) 



Siemianowice Śląskie to takie miasto, które odpycha i przyciąga zarazem. Miasto łączące w sobie brzydotę i piękno poukrywane w szczegółach, które łatwo przeoczyć gdy patrzy się zbyt szybko i tylko powierzchownie. Z każdą moją wizytą Siemianowice czymś mnie zaskakują i pozostawiają niedopowiedzenia, które sprawiają, że chcę tu powrócić. To niepozorne miasto zaskoczyło mnie ludźmi, którzy w pewnym momencie mojego życia stali się mi bardzo bliscy - tutaj odnalazłam Basię, która poprzez Gabrysię stała się niemalże członkiem rodziny, przysposobioną Kuzynką :), z zawsze wyciągniętą, pomocną dłonią; tutaj również spotkałam Olę, której dziękuję za to, że jest - właśnie taka, jaka jest! Magiczne spotkanie z Olą było dla mnie ogromną niespodzianką, której się nie spodziewałam, a którą zostałam obdarowana jak gwiazdkowym prezentem, wywożąc z Siemianowic niedosyt i piękne wspomnienia. 

Ciepli i serdeczni Czytelnicy w Siemianowicach Śl. 


Pani Wiesia, Gabrysia i słoneczniki, które kocham
To miejsce pełne serdeczności, którą było czuć przez całe spotkanie

Imielin to również powroty, bardzo sentymentalne, bo tutaj zaczęłam swoje pierwsze śląskie spotkania! Cudownie było wrócić do pięknej, nowej biblioteki (Biblioteka Miejska w Imielinie) i po raz kolejny czerpać z niesamowitej energii pani Jadwigi Mikundy, która z każdym rokiem wciąż wygląda dziewczęco i nie potrafi siedzieć z założonymi rękami, tylko walczy o to imielińskie miejsce kultury, dbając o powierzonych jej czytelników i ściągając tu ciekawe osobowości na "posiady literackie przy kawie". Energia wkładana przez panią Jadwigę w organizację wydarzeń kulturalnych przyciąga, co szczególnie widać było na spotkaniu. Sposób na udane spotkanie autorskie? Pani Jadwiga nie ma gotowej recepty. W dzisiejszych czasach ludzie zamykają się w swoich domach, z Internetu i telewizora robiąc swoje okno na świat i spotkanie z kulturą. Ci, co przychodzą, aby pobyć z człowiekiem, wynoszą coś bezcennego; coś, do czego się wraca i o czym długo nie można zapomnieć. Nastrój, chwilę refleksji i zatrzymania, rozmowę pełną zainteresowania, moje "ja' z "ty" osoby, która chce mnie ubogacić, czasami dopełnić czy coś uświadomić. Imielińskie spotkanie właśnie takie było - nastrojowe, refleksyjne, bogate w ludzkie osobowości, ciekawe i zaciekawione. Więź, która łączy mnie z Czytelnikami, do których wracam, jest czymś bezcennym. Moim wiernym, imielińskim Czytelniczkom dziękuję za to nasze osobiste spotkanie, za uskrzydlające i motywujące słowa, za powroty i szczere zainteresowanie. Jesteście wspaniałe! A posiady literackie przy kawie, pani Jadwigi to pomysł warty naśladowania, bo zwykłe spotkanie staje się czymś niezwykłym, tak jak Imielin 23 września. 

Niezapomniany Imielin, w którym została część mojego serca
Literackie posiady przy kawie w Imielinie
Cudne imielińskie Czytelniczki
To nie plakat wyborczy, tylko zaproszenie na spotkanie w Imielinie:) 

Ostatnim przystankiem na Śląsku był Miejski Ośrodek Kultury w Mysłowicach. Spotkanie zupełnie inne od pozostałych, dyskusyjne, poetyckie i otwierające cykl poetyckich spotkań Gabrysi Kotas, która już zapowiedziała swój drugi tomik "Uśmiech codzienności", który trafi w ręce czytelników jeszcze przed Gwiazdką! Spotkanie w Mysłowicach przeniosło nas przez chwilę w świat przedwojennej bohemy, a głębokie rozmowy o miłości, samotności i skomplikowanym wnętrzu człowieka stały się intelektualnym wyzwaniem, któremu sprostałyśmy zarówno my, jak i zebrani słuchacze. 

Mysłowice i świat bohemy, do którego się przenieśliśmy



Dopełnieniem wszystkiego była zupa dyniowa i tradycyjne kluski śląskie - specjalność Gabrysi, i spotkanie z Rozalką, która niestety, już mnie nie poznała :( Za sycylijskie spotkanie w Silesii bardzo dziękuję Kuzynce Basi, a na ręce moich gospodarzy, Gabrysi i Bogdana, składam wielkie podziękowania za gościnę, ciepło i serce, którym się ze mną kilka lat temu podzielili, i nie upominają się o to, abym go zwróciła :D 
Z całego serca pozdrawiam też moją ukochaną bibliotekę w Lędzinach, składając obietnicę, że pojawię się u Was, kochani już z nową książką na wiosnę:) 
Monika A. Oleksa 





niedziela, 25 października 2015

Dźwięki jesieni

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moje jesienne dźwięki dedykuję Bożence - na rozświetlenie poniedziałku i z podziękowaniem za wszystko :D

Kocham jesień, ale jak każdy poddaję się jej zmiennym nastrojom i melancholii. W takie dni kiedy niebo szarzeje, a ja tracę energię i opadają mi skrzydła, lubię otulić się dźwiękami, które przenoszą mnie w mój własny świat, tam gdzie czuję się dobrze i bezpiecznie. W świecie dźwięków to nie szarość skupia moją uwagę, ale ciepło muzyki, którym się owijam jak szalem, poprzez miękkość którego otaczający mnie świat łagodzi kontury i wydaje się dużo bardziej przyjazny i barwny. 
Moje jesienne dźwięki to przede wszystkim Kraina Łagodności, do której wkraczam wraz z pierwszym chłodniejszym powiewem wrześniowego wiatru i w której zostaję aż do zimy. Każda pora roku stroi dla mnie inne instrumenty, które czekają na swój czas. Mam ulubione płyty, które słucham wyłącznie jesienią i zimą - wyciszające, kojące i miękkie w swoim brzmieniu, te pełne energii i ostrości zostawiając na wiosnę, gdy wraz z przyrodą się wybudzam. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Kraina Łagodności to nie tylko muzyka; to mój sposób na życie, w którym staram się nie skupiać jedynie na zbyt wielu obowiązkach i zbyt krótkiej dobie, ale dostrzec szczegóły, którymi codziennie obdarowuje mnie otaczający świat. Otwieram się na niespodzianki, które przynosi życie, podnosząc z ziemi sypiące się przede mną kasztany, i cieszę się jak dziecko, krocząc po szeleszczącym dywanie złotych liści pod moimi stopami. Odczytuję wiadomość zamkniętą w opadłym z drzewa liściu, wsłuchując się w "Koncert jesienny na dwa świerszcze" Magdy Umer. Ta piosenka jest magiczną bramą, przez którą wchodzę do świata takiej jesieni, jaką kocham. Z siwym dymem snującym się nad ogniskiem, wilgotnym zapachem liści, ciepłem przytulnego domu, i świerszczem wygrywającym za kominem swoje jesienne koncerty. Słucham tej piosenki od tylu już lat i zawsze nastraja mnie ona pozytywnie. 
Moje dzieci nasiąkały melodiami Krainy Łagodności od dzieciństwa. Pamiętam takie zdarzenie, gdy Michał (dziś szesnastoletni młody człowiek), miał trzy latka. Mieliśmy akurat gości, a że był to czas jesienny, z odtwarzacza płynął koncert dwóch świerszczy, pięknie wyśpiewany aksamitnym głosem Magdy Umer. Moje dziecko weszło do pokoju, zastygło na moment nasłuchując, i wyrecytowało: "Koncelt jesienny na dwa świersce", Magda Umel.
Przy stole zapadła cisza, a gościom, kolokwialnie mówiąc, poopadały szczęki, bo prawdę mówiąc sami nie do końca wiedzieli czego słuchają. Moje dziecko ukłoniło się słysząc zdania pełne zachwytu nad swoją elokwencją, i wybiegło z pokoju do swoich bardzo ważnych zajęć trzylatka. Dobry gust muzyczny pozostał mu do dziś, wspierany podsuwanymi mu płytami z utworami, których oboje z Marcinem kiedyś sami słuchaliśmy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Magda Umer wprowadza mnie więc do Krainy Łagodności, w której pozostaję aż do wiosny. Obok niej swoim głosem koi niespokojne godziny mojej codzienności Edyta Geppert, której ciepła barwa zawsze kojarzy mi się z przytulnością i bezpieczeństwem. Jesienią Olga Bończyk rozpieszcza mnie kalinowymi "Listami z daleka", które przesyłam sama do siebie, delektując się tą płytą i jej delikatnością, a na deser zostawiam sobie słoneczną "Sobremesę" Anny Marii Jopek, którą jestem oczarowana. W tych wszystkich dźwiękach jesieni odkrywam magię, która ociepla chłód coraz krótszych dni i barwi mój świat czerwono-złotym pomarańczem, który nieustannie dostrzegam wokół siebie. Tymi dźwiękami odganiam również przyczajoną depresję i lęki towarzyszące życiu, poukrywane po kątach. Owijam się tą jesienną muzyką jak pledem, grzejącym mnie pomimo spadającej temperatury, i nastrajam się pogodnie w drodze do pracy, aby swoim uczniom przekazać dobrą energię i motywować do nauki pomimo mroku za oknem, zapadającym już coraz wcześniej. 

W szumie liści też jest ukryta moja jesienna muzyka... 

Do moich jesiennych dźwięków rok temu dołączył Fismoll. Łagodne gitarowe brzmienie i głos, który mnie wycisza i nastraja refleksyjnie. Przy nim odpoczywam, odprężam się i wchodzę w nowy dzień z oczekiwaniem na to, co mi przyniesie. Wiolonczela, skrzypce i pianino dodatkowo wplatają w moje dni subtelne nuty rozmarzenia, przy których zrzucam napięcie, zapominam o chronicznym braku czasu i snu i wraz z Fismollem przenoszę się tam, gdzie mi dobrze. Nad morze, bo tam po raz pierwszy usłyszałam brzmienie Fismoll. Na pustą o tej porze roku plażę, po której przespacerowałabym się z tymi, którzy są tak daleko, a tacy bliscy, i gdzie morzu oddałabym wszystkie swoje troski, przysłuchując się opowieści nadmorskiego kamyka. Magiczna płyta, mająca moc leczenia smutków, odganiająca czarne myśli i w kroplach monotonnego deszczu pozwalająca dostrzec tęczę. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moje jesienne dźwięki są jak ciepły sweter, który lubię na siebie wkładać w chłodne dni. Ogrzewają, rozświetlają ponure popołudnia i sprawiają, że każdego dnia uśmiecham się do Jesieni, dziękując jej za wszystko, co od niej dostaję. Kieszenie mojego płaszcza są pełne kasztanów, w wazonach stoją jesienne róże lub żółte i kremowe chryzantemy, które są jak małe, kuliste, prywatne słońca, a trawnik pod moim oknem przyozdobiony jest opadłymi z drzew liśćmi, układającymi się na nim jak wzory na perskim dywanie. 
Miarowe stukanie kropel deszczu o parapet wkomponowuje się w jesienną melodię, której przysłuchuję się z uwagą, przekładając dźwięki na litery i słowa, którymi w ten coraz chłodniejszy już czas chciałabym Cię otulić i ogrzać, pokazując jesień, którą naprawdę można przyjąć bez narzekania, ciesząc się tym, co przynosi dla mnie i dla Ciebie. Barwy, kasztany i żołędzie, chwilę refleksji, konfitury ze śliwki i nowe dni, które wkłada w nasze ręce. Dni, które naprawdę są pełne obietnic, jeśli tylko zechcemy je przyjąć. 
Monika A. Oleksa   

Pan Prus też lubi jesień... 
Pozdrawiam Cię jesiennie, życząc nieustannego piękna wokół ... 


czwartek, 22 października 2015

Targi Ksiązki w Krakowie :)

Fot. Michał Andrzej Oleksa

Jutro (Piątek - 23 października), o godzinie 16:00, będę podpisywać książki na stoisku Wydawnictwa Zysk i S-ka (D-35) na Targach Książki w Krakowie :)

Zapraszam bardzo serdecznie :)

czwartek, 15 października 2015

Literackie Czwartki: Nadbużańska opowieść

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Są takie miejsca, z pozoru nieciekawe, często pozostawione same sobie i przykucnięte gdzieś na mapie Polski, które wdzierają się do serca człowieka pomimo swojej niepozorności, i mają w sobie to "coś", co zachwyca, przyciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Rok temu odnalazłam takie miejsce tuż nad Bugiem. Świerże, otulone listopadową mgłą, niemalże mistyczne, skryte za zasłoną mroku, wdarły się tak głęboko w moje serce serdecznością mieszkańców i niepowtarzalną atmosferą, że powracam tam poszukując tego, co odnalazłam w tej miejscowości - życzliwość i ciepło ludzi, które stamtąd wywożę; miłość do miejsca, z którego są dumni i bezinteresowna praca, dzięki której Świerże pięknieją i jeszcze dużo będzie o nich słychać... 
Wszystkim mieszkańcom i przyjaciołom Świerż - dedykuję... 

Świerże, cicho brzmiące owadzią muzyką
z pięknem Bugu w krajobraz wpisanym
szumem dębów i leśną klasyką
w pięciolinię nut wkomponowanym.

Miejsce skrzętnie na mapie ukryte
z sercem ludzi podanym na dłoni
witającym przybyłych z uśmiechem
z ciepłem słowa wychodzącym do nich. 

Park Podworski na spacer zaprasza
cień historii w alejach rozsnuwa
w liście grabów wspomnienia powplata
śpiewem ptaków uwagę przykuwa.

Kasztanowa Altana w cieniu koron ukryta
na spoczynek zaprasza strudzonego wędrowca
tu hrabina w leśne mgły spowita
z ciekawością zerka spod tulipanowca.

A ci co wciąż trwają, choć minęły lata
na bieg Bugu patrzą urzeczeni
u jego brzegu historia się splata
a przeszłość dziś przyszłość odmieni. 

Monika A. Oleksa 30 sierpnia 2015r


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Nad Bugiem wstawał nowy dzień. Świerże budziły się do swoich obowiązków, witając ten sierpniowy poranek wdzięcznym śpiewem ptaków, dziękujących Stwórcy za cud istnienia, i odgłosami rozpoczynającej się pracy mieszkających tu ludzi. 
Jasne promienie słońca zajrzały ciekawie do sypialni, przysiadając na poduszce, a potem delikatnie i pieszczotliwie dotknęły swoim ciepłem policzka śpiącej kobiety. Celina uśmiechnęła się nieświadomie, i będąc jeszcze na pograniczu snu i jawy, przekręciła się na bok, uciekając przed jaskrawym i drażniącym zamknięte oczy blaskiem. A słońce nie odpuszczało. Coraz śmielej wchodziło do sypialni, jakby chciało zawołać: "Spójrz jaki piękny dzień! Szkoda go marnować na sen."
Celina otworzyła oczy i przeciągnęła się leniwie, a potem usiadła na łóżku, wsłuchując się przez moment w ciszę poranka. Zwabiona grą światła na umytej przed paroma dniami szybie wstała i podeszła do okna, otwierając je na oścież. Zapach lata wpadł do środka wraz z brzęczącą osą. Celina przymknęła oczy i syciła się orzeźwiającym chłodem poranka i słodyczą owocowych drzew, którą wyczuwała w powietrzu. Pod powiekami miała Bug, który był tuż na wyciągnięcie ręki. Ten widok rzeki kochała ponad wszystko. Nurt, który przyspieszał i zwalniał, w zależności od zmiennego nastroju rzeki i Park Podworski, powoli wracający do lat swojej świetności dzięki bezinteresownej inicjatywie tutejszych mieszkańców, chcących zachować od zapomnienia ważny kawałek ciekawej historii. Ten park i Bug były całym sensem jej trwania tutaj. Kochała Świerże i pielęgnowała wspomnienia, które łączyły ją z tym miejscem. Po śmierci Tadeusza nie pozwoliła dzieciom zmienić tutaj niczego. Nie pozwoliła się również stąd zabrać, choć tak przecież byłoby wygodniej. Dla nich, bo miałyby ją bliżej i nie musiałyby marnować swojego cennego czasu na to, aby tu przyjeżdżać i jej doglądać. Na szczęście Celina jeszcze doskonale sobie radziła sama, a jak coś stawało się ponad jej siły, prosiła o pomoc. Tego też się w Świerżach nauczyła. Schowała głęboko do szuflady dumę doktorowej i wyszła do ludzi komunikując, że nie jest tak niezniszczalna, jak dotąd o sobie sądziła. Upływający czas rozdzielał równo pośród wszystkich, choć czasami dla jednych był łaskawszy, a innym dokładał. Ona umiała się z nim zaprzyjaźnić. Z czasem, który leczył i dokądś zmierzał. I prowadził ją przez życie, teraz już łagodnie, choć dawniej jego ścieżki były bardzo wyboiste. Promień słońca zaplątał się w koronę żółknących po upalnym lecie drzew w Parku Podworskim. Celina uśmiechnęła się do siebie i tego pogodnego dnia, który dopiero się zaczynał. Miała dziś w sobie dużo siły. Na tyle dużo, aby odwiedzić Kasztanową Altanę, która pomimo upływu pół wieku, wciąż powodowała, że serce Celiny trzepotało jak wtedy, tamtego lata, gdy życie ją tak zaskoczyło. A potem podarowało jej najpiękniejsze chwile, o których już nigdy nie pozwoliło zapomnieć. 
Celina otworzyła szerzej okno i wciągnęła zapach Świerż, którego nie było w stanie zastąpić żadne inne miejsce na ziemi. Była gotowa na przyjęcie tego wszystkiego, co jej dzisiejszy dzień przyniesie. Sama była go ciekawa. Miała się dzisiaj spotkać z Zofią i Ewą. Grupa Odnowy Świerż walczyła o to miejsce, które miało w sobie tyle prostego piękna i nadbużańskiego klimatu, a tak bardzo o nim zapomniano, zresztą zupełnie jak i o całym wschodzie Polski, zawsze traktowanym jak prowincja i niewarty uwagi zaścianek. Celinę to irytowało, a Tadeusz wyciszał jej emocje wskazując na to wszystko, co oni mieli na wyciągnięcie ręki, a czego inni nie potrafili sobie nawet wyobrazić. Nieujarzmiony Bug, codziennie inny, zaskakujący, często mroczny i wpisujący się w serce miłością, bez której Celina już nie potrafiła żyć. I te łąki, lasy i pola, układające się wielobarwną mozaiką jak pociągnięcie pędzla artysty, który w stworzenie tego dzieła wkłada swoje serce. Naturalne piękno, które dostawała codziennie wyglądając przez okno swojego domu. Tak, w takich chwilach musiała przyznać Tadeuszowi rację. Mieli więcej, niż inni mogli sobie nawet wyobrazić. 
Brakowało jej Tadeusza, jego opanowania i spokoju, którym łagodził jej niepokój. Odszedł niedługo po tym, gdy zrozumiała, ile dla niej poświęcił i czym jest prawdziwa miłość. 
Nie, nie będzie poddawać się dzisiaj melancholii! Dzień jest za ładny na to, aby zagrzebać się w smutnych wspomnieniach. Nie wiadomo, ile jej jeszcze takich dni zostało, zamierzała wykorzystać ten na dobre rzeczy i miłe spotkania. Odwiedzi dziś panią Beatkę, bibliotekarkę, która zawsze z serdecznym uśmiechem podsuwała jej książki warte przeczytania, a przy okazji podziękuje Monice za ciasto, które od niej dostała. Świerżanie dbali o nią, ale Celina nie miała złudzeń, że robią to głównie przez pamięć o Tadeuszu. Ona była tylko doktorową, a on ich przyjacielem. Człowiekiem, którego pamiętali i cenili za bezinteresowną pomoc i ludzkie serce, którego Celina tak długo docenić nie umiała. "Zupełnie jak Barbara Niechcic", pomyślała i uśmiechnęła się smutno. Tęskniła za Tadeuszem z każdym upływającym rokiem coraz bardziej. W tym jednym przypadku czas nie leczył ran, ale je rozdrapywał, a Celina miała już w sobie coraz mniej sił, aby z tym walczyć...
Monika A. Oleksa - fragment książki, która gdzieś tam, powoli się układa... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 13 października 2015

Dom

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nie mieszkam w domku z ogródkiem ( choć chciałabym!), tylko w trzypokojowym mieszkaniu w bloku, a w zasadzie w wieżowcu, ale budząc się rano czuję zapach pieczonego chleba, którym pachnie cały dom, i pomimo chłodu za oknem otula mnie ciepło, które zamieszkało w tych oswojonych ścianach i wypełniło sobą wszystkie pomieszczenia. 
Dom. Jedno krótkie słowo, w którym tyle się zawiera. Miejsce, do którego chce się wracać i w którym chce się ogrzać, zrzucając wraz z przekroczeniem progu wszystkie maski, jakie wkładamy dla świata. Magia, która zwyczajne ściany zmienia w coś niezwyczajnego, zupełnie jak różdżka Matki Chrzestnej Kopciuszka, która przemieniła zwykłą dynię w karetę na miarę księżniczki. Zapach, który chowa się po katach i snuje po mieszkaniu, znajome odgłosy, do których się przyzwyczajamy i temperatura uczuć, którą tą przestrzeń zapełniamy. Dom to takie miejsce na ziemi, które daje nam poczucie bezpieczeństwa; nasz azyl, w którym chronimy się przed światem, zamykając drzwi przed tym, czego nie chcemy tam wpuścić i przed tymi, którzy za mocno wtykają nos w nasze życie. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Dom to miejsce, które wypełniamy sobą. To przestrzeń, która przesiąka tym, co w sobie przynosimy; tym co w nas tkwi i również tym, przed czym uciekamy. Odbicie naszego wnętrza i zachowanej w nim harmonii lub jej braku. Wszystkie emocje, jakie nosimy w sobie i to, jacy jesteśmy doskonale widoczne jest na tym kawałku podłogi, który oswajamy. I jest tak, że poszukując wciąż swojego miejsca i zmieniając domy, mieszkania i adresy, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tak naprawdę wszystko jest w nas, i że gdziekolwiek wyjedziemy czy się przeprowadzimy, niewiele się zmieni jeśli uciekamy od siebie. 
Znam ludzi z demonami, które noszą w sobie. Z uzależnieniami i zniewoleniami, silniejszymi niż wolna wola człowieka. Patrzę na ich ucieczki i pogoń za lepszym życiem w innym miejscu, i pomimo tego, że mam odwagę z nimi o tym rozmawiać, nie potrafię przebić się przez pancerz nieświadomości i braku zrozumienia, że to nie miejsce jest winne, bo ono tylko pozornie coś zmieni na inne, lecz serce uwięzione w pokusach świata, który czyni z ludzi niewolników własnych uzależnień. I choćby nawet zamieszkali na innej półkuli, wśród innych ludzi i w innych warunkach, nie odmienią swojego życia, jeżeli nie podejmą walki z samym sobą. Trudnej, bolesnej, często bez wiary w pomyślność, ale niezbędnej, aby odnaleźć spokój i wypełnić nim metry kwadratowe, w których zamieszkamy i które dopiero wówczas nazwiemy domem. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa - Pałac w Kozłówce

Kiedy byłam mała, idąc wieczorem ulicą z ręką ufnie wtuloną w dłoń mojej mamy, zaglądałam w oświetlone okna bloków. Szukałam tam "ciepełka", którego nie potrafiłam odnaleźć w rodzinnym domu. To magiczne "ciepełko", które sobie wymyśliłam powodowało, że za oknami, w które się wpatrywałam nie było strachu ani zimna, które mrozi zziębnięte serce; był za to beztroski śmiech, zapach domowego ciasta i rozmowa, w której nie było agresji, ani słów, które są jak trucizna lub pocisk i ranią, pozostając głęboko. Będąc małą dziewczynką wiedziałam, że moje ciepełko gdzieś na mnie czeka, muszę je tylko odnaleźć. 
Zaglądanie w okna pozostało mi do dziś. Nie szukam już w nich "ciepełka", bo odnalazłam je dziewiętnaście lat temu, zaglądam tam z ciekawości i patrząc oczami wyobraźni, przenoszę to, co tam "zobaczę", na kartki moich książek. Każde okno, w które spoglądam, uśmiecha się do mnie i zaprasza, abym to właśnie jego historię opisała i weszła głębiej do świata, który skrywa za swoimi szybami. Kusi mnie, a ja podejmuję wyzwanie i wraz z moimi bohaterami wchodzę tam, gdzie są ludzie i te wszystkie ludzkie sprawy, których w swoich powieściach dotykam.

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Mój dom pachnie domowym ciastem, pieczonym chlebem i psem, o posiadaniu którego marzyłam od dzieciństwa. W dorosłym życiu spełniam marzenia małej Moniki, dając jej to, czego kiedyś nie mogła mieć, choć bardzo tego pragnęła. Opiekuję się tą małą dziewczynką we mnie, dla której stworzyłam taki dom, jaki kiedyś chciała mieć. I pomimo tego, że brakuje mi jednego pokoju, paru metrów kwadratowych i ogródka, a przynajmniej dużego tarasu, lubię moje mieszkanie, bo w nim oboje z mężem stworzyliśmy dom, w którym nasze dzieci czują się bezpiecznie, i do którego każde z nas wraca z tęsknotą i radością. Dom, który pomimo tego, że niewielki, otwiera swoje drzwi dla gości i wszystkich tych, z którymi nam dobrze, i który ogrzewa każdego, kto się z nami zatrzyma. Dom, który wita mnie spokojem i mokrym psim nosem; ciepłem ramion, słów i uśmiechów; dom wypełniony rozmową i wzajemnym zainteresowaniem, ale również z pochowanymi po kątach lękami, których nie tak łatwo się pozbyć, pomimo upływu czasu. 
Dom to coś więcej niż ściany i metry kwadratowe; to coś niepowtarzalnego, co jest w nas i czego nie zaprojektuje za nas żaden dekorator wnętrz. Dom nosimy w sobie i to miejsce, nawet skromnie urządzone, będzie zawsze odbiciem tego, co jest w naszym sercu; co tam włożymy, to samo otrzymamy i tym samym wypełnimy otaczającą nas przestrzeń, w której zamieszkamy. Moje miejsce na ziemi. Mój dom.
Monika A. Oleksa       



niedziela, 4 października 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wraz z wrześniem moje życie znacznie przyspieszyło, a ja nigdy nie byłam dobra w bieganiu, więc za nim po prostu nie nadążam, wrześniowa opowieść więc pojawia się już w październiku... 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Mieniący się nitkami babiego lata Wrzesień spacerował po lesie, wypatrując Jesieni, którą witał jako pierwszy z oddanych jej miesięcy. Pojedyncze żółte listki, poskręcane starością, układały się we wzorzystym dywanie na leśnej ścieżce, a wśród nich przycupnęły leszczynowe orzechy, pracowicie zbierane przez zwinne wiewiórki, gromadzące zimowe zapasy. Świat zmieniał powoli swoją szatę, przystrajając się w kolory, obok których nie dało się przejść obojętnie. W zieleń, która odżyła po upalnym lecie, wplotły się miedziane pasemka, a promyki zaprzyjaźnionego z wrześniem słonka dopieszczały leśne, parkowe i osiedlowe korony, zabarwiając ubrane jeszcze drzewa pomarańczową poświatą. 
Wrzesień najlepiej czuł się właśnie w lesie. To tutaj doglądał grzybów, przyciągając na spacery ich poszukiwaczy, smakoszy i spragnionych balsamicznego powietrza ludzi, poszukujących w leśnej ciszy spokoju i zatrzymania. Las też z tęsknotą wyczekiwał września, częstując go dzikimi jeżynami i zapraszając na rykowisko - spektakl, do którego tylko nieliczni zostali dopuszczeni. 
Wrześniowe sady pachniały śliwkami, gruszkami i jabłkami, a lepki sok owoców przyciągał wścibskie osy, nęcone słodkim zapachem. W domowych kuchniach unosił się zapach szarlotek i drożdżowych ciast ze śliwkami, wypełniając wyziębione wnętrza ciepłem i zbierając przy wspólnym stole tych, którzy te domy zamieszkiwali. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wrzesień przychodził z całą gamą smaków, zapachów i barw. Chłodne poranki rekompensował ciepłem dnia, a coraz szybciej nadchodzące wieczory ubierał w mgłę, tajemniczo wychodzącą z lasów. Na długie wieczory podsuwał dobrą książkę i gorącą herbatę z malinowym sokiem, który rozgrzewał i przynosił ze sobą wspomnienie lata, za którym ludzie już coraz mniej tęsknili. 
Wrzesień doszedł do leśnej polany i przysiadł na ściętym niedawno pniu. W powietrzu czuć było wilgotną nostalgię, która zawsze miała oczy pełne łez. W oddali, ku niebu snuł się dym z ogniska, w którym piekły się ziemniaki, a w ogródkach kołysały się na wietrze astry, aksamitki i cynie, jesienne kwiaty zdobiące kolorami szarzejące dni. Królową ogrodów była jednak dynia, zamykająca w sobie pomarańczową barwę lata, dopieszczana przez Wrzesień, który dbał o to, by dojrzała. Czerwona, żółta i zielona papryka doskonale komponowała się z dyniowym pomarańczem, tworząc na kuchennych parapetach smakowite ekspozycje. 
Na zalaną słońcem polanę wskoczyła sarenka, gubiąca już wiosenno-letni rudy kubraczek, i wdziewająca szare futerko, chroniące przed chłodem jesieni i zimy. Wrzesień wyciągnął do niej rękę, a ona zastygła w bezruchu, obserwując go uważnie. Podeszła nieufnie, gotowa do odwrotu i ucieczki w bezpieczny las, który był jej domem. Zimnym nosem dotknęła dłoni Września, zostawiając na niej mokry ślad. 
Niesforny wiatr bawił się z drzewami, wystawiając dla Września teatr, któremu ten przyglądał się z zachwytem. Delikatne listki brzozy migotały w lekkim drżeniu, a białe smukłe gałązki kołysały się z wdziękiem baletowych tancerek. Słońce chowało się między tymi listkami, podświetlając je od dołu, a wiatr szemraniem i szelestem prowokował je do występu, od którego Wrzesień nie mógł oderwać oczu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Dobrze mu było na tym świecie. Lubił czas, w którym przychodził i cieszył się, że należy do Jesieni. W zasadzie miał w sobie również elementy lata, ale nie czuł się z latem związany. Był mostem przeprowadzającym ludzi od Lata ku Jesieni. Miesiącem, którego nie darzono szczególną sympatia, bo wprowadzał zmiany. A do zmian ludzie dojrzewają powoli. 
Wrzesień o tym wiedział, dlatego jak najdłużej przytrzymywał ciepłe słoneczne promienie, ogrzewając jeszcze jasne dni powiewem lata. Wiedział, że ludzie i tak będą narzekali, ale przecież wszystko ma swój czas i swoje miejsce, i nie da się oszukać przyrody, bo pory roku zmieniają się od stworzenia świata. Lato musi odejść, aby zrobić miejsce Jesieni, po której nadejdzie Zima. Wszystko zostało stworzone tak, by nie zachwiać panującego od wieków porządku, a Wrzesień co roku próbował uczyć ludzi akceptacji i poddania się rytmowi, na który i tak nie mieli wpływu. 
Gdzieś w lesie zahukała sowa, a dzięcioł niezmordowanie leczył chore drzewa. 
Wrzesień podniósł się i otrzepał z mrówek, którym dobrze wędrowało się po nogawkach jego spodni. Ruszył przed siebie, pieszczotliwie dotykając dłonią pni drzew, które dzieliły się z nim swoją siłą i dobrą energią. Podziękował im za to wrześniowym uśmiechem, zostawiając za sobą srebrne niteczki babiego lata i obietnicę pięknej, złotej Jesieni. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
      

czwartek, 1 października 2015

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.37

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Odcinek ze specjalną dedykacją dla Pani Magdy:) 

Kapryśne wrześniowe słońce zajrzało przez czystą szybę do wysprzątanego pokoju, w którym przy elegancko nakrytym stole siedziały cztery kobiety zajęte ożywioną rozmową. Jasne promienie zatrzymały się na lnianym, haftowanym obrusie, rozlewając się jasną plamą na półmisku z upieczonym schabem nadziewanym śliwkami. Dzisiejszy czwartek był wyjątkowy, bo wszystkie cztery spotykały się po dłuższej nieobecności i do tego świętowały imieniny Bogusi, które wypadały dwudziestego trzeciego września. Gospodyni spotkania z pomocą Nataszy, przygotowała ucztę, dla której warto było zapomnieć o dietach i podwyższonym poziomie cukru i cholesterolu. Z tej okazji na stole pojawiła się nawet nalewka zakupiona przez Bogusię na Lubelskich Targach Smaku, które odbywały się na początku września, ożywiając lubelskie Stare Miasto i kusząc mieszkańców bardziej lub mniej znanymi produktami i dobrym smakiem. Akcentem rozsądku i zdrowia była kasza jaglana, do której Bogusia dopiero niedawno się przekonała, zachęcona przez anielską Gabrielę z Siedliska w Ławkach. Oprócz schabu i jaglanki na stole pojawiły się jeszcze drobiowe kotleciki w panierce oraz trzy rodzaje sałatek, po które wszystkie cztery sięgały najchętniej. 
Niespodzianka popołudnia chłodziła się w lodówce - bezowy tort z masą z serka mascarpone i borówką, który przygotowała Natasza, chcąc mieć swój wkład w to imieninowe spotkanie mamy, wiedząc, jak bardzo Bogusia nie lubi wypiekać i jak piekli się w kuchni przygotowując nawet najprostszy deser. 
- Bogusia, jako solenizantka masz prawo zacząć i do tego możesz mówić bez ograniczania się w czasie. Dzisiaj możesz się nagadać do woli. - Eulalia puściła oko do przyjaciółki i podniosła kieliszek, w którym zamoczyła usta. 
- Brzmi kusząco, ale bez obawy, was też, moje kochane, dopuszczę do głosu, bo jestem ciekawa wieści ze świata, w którym bywacie. 
- Kto bywa, ten bywa - odpowiedziała szybko Helena, krojąc schab i patrząc wymownie w stronę Eulalii. - Ja tam w lecie bywałam z Heniem głównie na działce i patrzyłam z bólem serca jak wszystko usycha. 
- Ale ty to lubisz. - Bogusia włożyła do ust widelec z ziarenkami kaszy. 
- Co? Suszę? - nie zrozumiała Helena. 
- Swoją działkę! I te wspólne wasze ranki z Heniem. 
- No, lubię. - Przytaknęła Helena. - Lubię ziemię i lubię patrzeć, jak wyrasta z niej coś, co było ziarenkiem albo małą roślinką. To tak, jak w życiu - troszczysz się o kogoś i podlewasz miłością, poświęcasz czas i pielęgnujesz z troską, a potem zbierasz owoce. I wiecie co - Helena na moment zamilkła. - Teraz, kiedy tak o tym mówię, uświadomiłam sobie, że to co teraz przeżywamy z Heniem, te spokojne lata i wspólne chwile na działce, to owoc tych wszystkich lat małżeństwa, kiedy oboje o siebie dbaliśmy i wzajemnie się o siebie troszczyliśmy. 
Wszystkie słuchające Helenę kobiety zgodnie pokiwały głowami, pozostając w refleksyjnym nastroju, w który wprowadziła je przyjaciółka. 
- Ja chyba podlewałam zbyt obficie, bo Staszek, jak wiecie, jest moim trzecim partnerem. Mam w sobie albo deficyt, albo nadmiar miłości, skoro jeden ze mną nie wytrzymał tyle lat, co Henio z Heleną. A w ogóle to mam mały problem, i wygląda na to, że przez jakiś czas będę musiała zrezygnować ze świętego spokoju i wpuścić do własnego domu współlokatora. - Bogusia nie wyglądała na szczęśliwą, mówiąc te słowa. Trzy pary oczu patrzyły na nią wyczekująco, a wędrujący promyk słońca połaskotał jej twarz, zmuszając do zmrużenia oczu. 
- Natasza się do ciebie sprowadza? - spytała Eulalia, dokładając sobie porcję sałatki z rukolą. 
- Nie, obawiam się, że moja córka by ze mną nie wytrzymała, ale to byłoby miłą odmianą. Dwa tygodnie temu dostałam list od kuzynki, która na stałe mieszka w Stanach. Zapowiedziała, że zamierza odwiedzić rodzinny kraj i chce zatrzymać się u mnie, bo przecież jesteśmy bliską rodziną. 
-  A jesteście? - spytała z ciekawością Helena. 
- No, w zasadzie tak - westchnęła Bogusia. - Moja kuzynka, Kornelia jest córką siostry mojej mamusi. Wyemigrowała z Polski ponad trzydzieści lat temu, a teraz chce zafundować sobie podróż sentymentalną, i akurat ja mam być jej przewodnikiem.
- Będziesz miała jakąś odmianę w twojej codzienności seniora. - Powiedziała Eulalia, rozsmakowując się w świeżej sałatce. 
- Ale moja codzienność jest naprawdę urozmaicona i nie potrzebuję dodatkowych wrażeń! - wykrzyknęła Bogusia. - A poza tym ja już nie potrafię mieszkać z kimś. Nawet Staszek to rozumie. 
- Lala też długo mieszkała sama, a jakoś się z Martą ułożyły - wtrąciła Jadzia, słuchając z uwagą rozmowy przyjaciółek. 
- Ale Lalka ma inny charakter - machnęła ręką Bogusia. - Ona jest mniej drażliwa, a mnie przeszkadza jak ktoś mi się kręci po domu.
- A ta Kornelia - spytała Helena, odkładając sztućce na pusty już talerz - to nie ma tutaj nikogo oprócz ciebie? 
- Nataszę - odpowiedziała Bogusia. - Ale moja córka pamięta tę ciotkę jak przez mgłę, a poza tym nie zrzucę jej na głowę starego, zrzędliwego babska. 
- A skąd wiesz, że jest zrzędliwa? - dociekała Jadzia. 
- Zwizualizowałam ją sobie. - Bogusia skrzywiła się. - Oj, w pewnym wieku każdy robi się zrzędliwy - dodała tonem usprawiedliwienia. 
- Mów za siebie, bo ja się wcale za zrzędliwą nie uważam - powiedziała urażona Eulalia.
- Dasz radę, Bogusia. Będziemy cię wspierać - dopowiedziała Helena, a Jadzia cicho dodała: 
- I zawsze będziesz mogła u mnie przenocować, jak ci ta Kornelia dopiecze. 
Bogusia popatrzyła z wdzięcznością na swoje przyjaciółki. Bez nich na pewno by zwariowała i stała się zrzędliwą starą babą, o jakiej mówiła. Te trzy kobiety, które przyszły tu, aby swoją obecnością podkreślić, jak ważna jest dla nich sama Bogusia i jej święto, które niedawno obchodziła, od lat zmieniały jej życie na lepsze i rozpromieniały każdy czwartek światełkiem przyjaźni, nadziei i wiary w szczerość ich intencji. 
- Do przyjazdu Kornelii jeszcze trochę czasu, a w ogóle może się rozmyśli i wcale nie przyjedzie. - Bogusia dyskretnie otarła łzę, która już zbierała się w kąciku oka, by popłynąć strumyczkiem wzruszenia. - Lala, co u ciebie? Opowiesz nam o Kazimierzu z Adamem? - Bogusia uśmiechnęła się do przyjaciółki, a Eulalia pogroziła jej palcem. 
- Tak osobistych rzeczy nie będę tu wywlekać, ale muszę wam powiedzieć, że Marta się zaręczyła, a ja mam tak mieszane uczucia, że sama nie wiem, czy mam się cieszyć, czy wręcz przeciwnie. 
- A kto ośmielił się prosić twojego zięcia o rękę jego ukochanej jedynaczki? - Helena z wrażenia wypiła cały kieliszek miodowej nalewki. 
- Czyżby to ten młodzieniec z pociągu? - Bogusia już całkowicie wróciła do siebie, podekscytowana teraz nowiną Eulalii, która dla niej samej chyba taka radosna nie była, bo Lala tylko smutno pokręciła głową. 
- No, niestety nie, chociaż ja bym wolała tego Alka. Wydaje się bardziej odpowiedzialny i troskliwszy niż ten Bartek. Ale to jej życie, a ja mogę jedynie podpowiadać dobre rady, ale wtrącać się nie powinnam, choć chciałabym. Matkę ma od tego. 
- No to będziecie mieli ręce pełne roboty - zauważyła Helena. 
Eulalia machnęła ręką. 
- Terminu ślubu jeszcze nie ustalili, a teraz młodym jakoś się z tym nie spieszy. Na razie podchodzę do tego na spokojnie i bez emocji. Jak to mówiono za naszych czasów: Pożyjemy - zobaczymy, co z tego będzie. 
- Może babka wcześniej ją ubiegnie? - uśmiechnęła się znacząco Bogusia, a Eulalia tylko popukała się palcem w czoło. 
Dźwięk upadającej na podłogę łyżeczki przerwał rozmowę przyjaciółek. Trzy pary oczu spojrzały na Jadzię, która siedziała blada, ze wzrokiem wbitym w swój pusty talerz. 
- Jadziu, dobrze się czujesz? - spytała zaniepokojona Helena. 
Jadzia nie odpowiedziała, co jeszcze bardziej zaniepokoiło trzy kobiety znajdujące się w pokoju. Siedziała nieruchomo, z rękami na spódnicy i wzrokiem utkwionym w haftowane wykończenie obrusu. Jej palce bawiły się bezwiednie szydełkową koronką, a pobladła twarz wyrażała emocje, których przyjaciółki nie potrafiły określić. 
- Jadzia? Wszystko w porządku? - powtórzyła pytanie Helena. 
- Przyniosę wody! - Bogusia wstała gwałtownie od stołu, ale nie zdążyła odejść zbyt daleko, bo Jadzia przemówiła cichym, lekko drżącym głosem: 
- Całowałam się. Wczoraj. Nie sądziłam, że jeszcze to potrafię... I chyba mam motyle w brzuchu. Ja... zakochałam się. - Zamilkła, bojąc się podnieść wzrok i spojrzeć na przyjaciółki, które zamarły, każda w innej pozie, z otwartymi ustami, w których nagle zabrakło słów. cdn... 
Monika A. Oleksa       

Wyglądają na zdziwione? :D