wtorek, 30 października 2012

Moje miasto

 Lublin uchwycony moją ręką



Lubię patrzeć na moje miasto, rozpędzone i żyjące własnym życiem. Od rana roześmiane i wypełnione dźwiękami. W zwykły, powszedni dzień budzi mnie warkot samochodów dostawczych i hałas wyładowywanego towaru. Mieszkam tuż przy sklepie, tzw. osiedlowych delikatesach, do których zaglądamy codziennie. Lubię to miejsce, znam przyjazne twarze pracujących tam pań i dobrze się tu czuję. Ten sklep i jego atmosfera zainspirowały mnie do nowej książki, nad którą teraz pracuję. Ale o tym kiedy indziej:)
Moje miasto jest wypełnione studentami, przemierzającymi ulice Lublina i nadającymi mu specyficzny klimat miasta uniwersyteckiego. Ich śmiech, młodość, snute plany i marzenia przypominają mi lata, kiedy sama biegłam na uczelnię i z nici babiego lata splatałam obraz mojej przyszłości. 
Moje miasto to trolejbusy i wąskie ulice, przez które trudno się przebić, szczególnie w godzinach szczytu. Przy tych ulicach przycupnęły sklepy, sklepiki, bary, restauracje i garmażerki; zakłady fryzjerskie i salony kosmetyczne, a także wyniosłe, trochę napuszone i zadzierające nosa galerie, wśród których króluje położona w samym centrum Plaza, miejsce spotkań większości lublinian. 
Moje miasto to również setki studzienek kanalizacyjnych, które wymija się slalomem, co rusz wpadając w dół lub podskakując na wybrzuszeniach. 
Lublin to miasto, gdzie historia splata się ze współczesnością. Stare Miasto z krętymi uliczkami i przytulnymi kawiarenkami zaprasza i zachwyca. To miejsce, gdzie czas spowalnia i plecie się leniwymi minutami. Imbryczek aromatycznej herbaty w Akwareli sprawia, że świat nabiera kolorów, a troski odpływają. Lubię tam siedzieć, słuchać Basi i obserwować ludzi. Każdy człowiek ma swoją twarzą tyle do opowiedzenia! Wystarczy tylko przyjrzeć się uważnie i utrwalić tę historię na kartce papieru. Stare Miasto to kościół Dominikanów z relikwią Świętego Krzyża i surowym wnętrzem starych murów, których cisza sprzyja skupieniu i modlitwie. Nic dziwnego, że tak wiele par zawiera tutaj sakrament małżeństwa. Ten kościół ma swoją wielowiekową tradycję i urok, któremu nie sposób się oprzeć, a przy tym tyle w tym wnętrzu prostoty i pokory. 
Moje miasto to duże i małe osiedla, rozłożone w różnych częściach Lublina. Te śliczne, jak wymalowane, pachnące nowością i świeżością; i te starsze, czasami z maleńkimi dziupelkami i odrapanymi windami, ale kolorową elewacją, bo Lublin nam pięknieje. Zmienia się, rozbudowuje i przebudowuje, czasami zaskakuje, ale zawsze przytula miękkim uściskiem, bo to przecież moje rodzinne miasto. 
Moje miasto nocą mieni się tysiącem migoczących świateł. Jestem mieszczuchem i nie umiem bez nich żyć. Lubię Lublin nocą. Jest taki cichy i spokojny. Uśpiony. Odpoczywający po dniu wypełnionym pracą i zabieganiem. Lubię wracać do domu pustymi ulicami. Patrzę na rozświetlone miasto układające się do snu i czuję, że jestem tu, gdzie być powinnam. Bo to moje miasto, a ja jestem stąd. Z Lublina. 
Monika A. Oleksa


Fot. Marcin Oleksa
 

czwartek, 25 października 2012

Magia miejsc

Fot. Marcin Oleksa


Jesień potrafi zachwycić, pomimo chłodu i szarości za oknem. Szczególnie kochamy tę piękną i złotą, która zagościła u nas w ubiegły weekend. Chcąc zatrzymać ten zachwyt na dłużej i naładować nasze akumulatory słoneczną energią, wybraliśmy się do magicznych miejsc, które zawsze nastrajają pozytywnie - do Kazimierza i Nałęczowa. 
Kazimierz jesienią... ze słońcem odbitym w żółto-czerwonych liściach i spowity mgłą unoszącą się ponad Wisłą. Zapach jesieni to zapach wilgotnej ziemi wyłożonej aksamitnym dywanem liści. To również zapach ciepłej szarlotki i dojrzałych jabłek. Jesień to palce lepkie od soku ze śliwek i delikatny dotyk mgły na policzku. I chłód, który pomimo przebijających jeszcze przez chmury promieni słonecznych, przenika i wdziera się pod płaszcze i kurtki. Kazimierz jesienią wygląda jak pejzaż wymalowany ze szczegółami przez uzdolnionego artystę. Widok z góry Trzech Krzyży zapiera dech i niemalże rzuca na kolana. Tyle piękna w zasięgu ręki -  cały Kazimierz rozciągający się u jej podnóża,z migoczącą wstążeczką Wisły, małymi wypieszczonymi domkami i zabytkowymi kamienicami. I wszystko osnute delikatną mgłą, która strzeże tajemnic swojego miasteczka i nie chce ujawnić wszystkiego. Tylu artystów próbowało uchwycić to magiczne miejsce, które nieustannie zachwyca  i jego atmosferę pędzlem czy słowem; na próżno. Bo nie sposób zamknąć Kazimierza w kawałku obrazu czy fragmencie prozy. Tam po prostu trzeba się znaleźć i odetchnąć tym powietrzem, którego nie da się porównać do żadnego innego. Tam trzeba pobyć, a jesień jest chyba najbardziej odpowiednią porą, bo niczego nie ujmuje pięknu Kazimierza, a do tego można spokojnie, bez tłumu turystów i gości przemierzać te wybrukowane uliczki i chłonąć Kazimierz aż po czubki zdrętwiałych od chłodu i spaceru palców. 
A żeby rozgrzać zmarznięte dłonie i stopy, wystarczy zejść z promenady nad Wisłą i wejść w przytulną atmosferę Dwóch Księżyców. Dwa Księżyce - restauracja i hotel z bajecznym widokiem z okien i ogródkiem, w którym tak przyjemnie posiedzieć w cieplejszy,  nagrzany słonecznymi promieniami dzień. Czerwona markiza nad brązowymi, drewnianymi stołami. Ogródek wyłożony drobną kostką, na stołach białe świeczniki w kształcie latarenek. Na murku donice z drobną surfinią. Srebrzysty świerk, fontanna, białe parasole i karmnik dla ptaków, a wszystko otoczone brązowym płotkiem. Nad tym wszystkim czuwają stylowe czarne latarnie, które po zmierzchu dodają temu miejscu ciepła i sprawiają, że wygląda jak z bajki, w której chciałoby się znaleźć. I jeszcze cis z czerwonymi koralikami, który tak pięknie wkomponowuje się w jesienny krajobraz. Warto tam wstąpić, zwłaszcza wieczorem, kiedy przy dźwiękach pianina można cofnąć się w czasie i poczuć jak w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Lubię to miejsce. Tam odpoczywam i zrzucam z siebie stres i pośpiech. Podobnie jak w nałęczowskiej Ewelinie, po prostu trwam, chwytam chwilę i wiem, że żyję. Jestem. Tu i teraz i cieszę się tym, co mam. Moje magiczne miejsca... warto się tam wybrać, pomimo jesieni:)
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
    

czwartek, 18 października 2012

Magia liter

Fot. Marcin Oleksa


Pozwolicie, moi mili, że zostanę jeszcze przy nowej książce? Cieszę się nią jak dziecko upragnioną zabawką i wiem, że marzenia się spełniają. Trzeba w nie tylko mocno wierzyć i mocno pragnąć. Ja chciałam pisać jeszcze jako mała dziewczynka. O swoich książkach na półkach w księgarniach marzyłam zapisując zeszyty jako nastolatka. Dziś dotykam gładkiej okładki i czuję ogromną radość i wdzięczność za to, że mogę realizować swoją pasję i żyć marzeniami. 
"Ciemną stronę miłości" zadedykowałam wszystkim mądrym kobietom, które codziennie biorą swoje życie na ramiona i niosą je pomimo przeciwności. Ta książka jest dla każdej z Was. Dla tych wszystkich kobiet, które spotykam codziennie w swojej pracy, w sklepie, na ulicy, za kierownicą aut i na przystankach. Dla moich cudnych czytelniczek, które dzielą się swoimi refleksjami i otulają słowami, od których w styczniu robi się gorąco. To książka dla mamy, babci, córki i wnuczki. Dla teściowej i synowej. Bo to książka o nas, chociaż  problem, z jakim zmaga się Małgorzata, nie dotyczy  każdej z nas. Ale jej życie to również walka z hormonami dorastającej córki ( znamy to, prawda :)?), szef, który chciałby, aby najlepiej wcale nie wychodziła z pracy, czy małżeństwo z całą jego barwą złych i dobrych dni.
W sposób szczególny "podarowałam" tę książkę sześciu kobietom, które odcisnęły w moim życiu swój głęboki ślad i którym w taki sposób chciałam podziękować. 
Irysek to przyjaciółka ze wspólnej ławki w podstawówce. Minęło tyle lat, a ona niezmiennie jest ze mną w chwilach radości i trudności. Jej obecność w moim życiu daje siłę, a troska w oczach - przeświadczenie, że przyjaźń to obdarowywanie i że pomimo upływu lat, my wciąż jesteśmy takie same. Bo miejsca w sercu na kochanie drugiego człowieka jest wiele. Naprawdę wiele. Ostatnio, przy wakacyjnych porządkach, wygrzebałam starą, pożółkłą kartkę podarowaną mi przez Iryska. Fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego. Drogowskaz, który mi podarowała w 1991 roku. 
"Nie płacz w liście 
nie pisz, że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś, gdy mówisz, że kochasz"
Wtedy te słowa pięknie brzmiały. Dziś są moim życiem i prowadzą mnie, a ona wciąż jest obok.
Paulina pojawiła się w mojej codzienności pięć lat temu. Weszła cichutko, z całą swoją skromnością i uśmiechem, który ogrzewa najbardziej zziębnięte serce. Pomimo jej delikatności, jest w tej kobiecie siła, która potrafi podnieść z każdego upadku. Paulina to gotowość. Gotowość na rozmowę, pomoc, wysłuchanie. To przyjaciel, który nie zawodzi. 
Dorota... Nasze drogi zeszły się na studiach. Wspólne sesje, egzaminacyjny stres i wchodzenie w dorosłość. Zwariowane studenckie imprezy i pomysły, w które teraz trudno uwierzyć. To ona była przy mnie w najważniejszym dniu w życiu - dniu mojego ślubu. Moja druhenka. Moja przyjaciółka, która bardzo starannie dba o mój rozwój intelektualny i kulturalny:) Kiedyś podsuwała mi wartościowe książki do przeczytania, dziś chodzi ze mną do teatru i oddaje mi swoją sypialnię, kiedy tylko zawitam do stolicy:)
Marzena to mądrość i wrażliwość. Tę przyjaźń przywiozłam z Dąbek. Ile to już lat? Ile przegadanych wieczorów? I ile przez ten czas się wydarzyło rzeczy dobrych i złych? Marzena to dowód na to, że odległość w przyjaźni nie jest żadną przeszkodą, Bo jeśli chcesz być blisko drugiego człowieka, to po prostu jesteś. Tak jak ona. Jest blisko, a ja to czuję. I tak naprawdę mam jej ciepłe serce na wyciągniętej dłoni. I nigdy tej dłoni nie odtrącę. 
I Marysia. Moja bratnia dusza i niesamowite ciepło, w którym tak lubię się ogrzewać. Czasami mam wrażenie, że sobie ją wymyśliłam, bo tyle w niej bezinteresownego dobra i zatroskania o drugiego człowieka. To ona pierwsza we mnie uwierzyła i ona dodawała mi skrzydeł, kiedy opadały. Marysia samą swoją obecnością wnosi radość w  życie mojej rodziny. Jest darem, który spadł mi z nieba zupełnie nieoczekiwanie, a przyjmując go, zupełnie nie wiedziałam, dokąd mnie zaprowadzi. Właśnie jej należy się moje największe podziękowanie, bo bez Marysi nie byłoby tej książki. 
I moja mama. Za Małgorzatą powtórzyłam - dziękuję. Dziękuję mamo. Za to, że jesteś. Za to, że zawsze byłaś. 
Dziękuję również pani Kasi Lajborek - Jarysz za całą opiekę, którą od początku objęła moją książkę i za sprawną współpracę, jakiej mogę tylko życzyć innym autorom. I pani Aldonie Zysk, za cenne uwagi i spostrzeżenia, które ubogaciły "Ciemną stronę miłości". I za czas, który poświęciła na przeczytanie mojej książki. 
Ta książka jest dla Ciebie. Dla kobiety, w której ukryte jest tyle piękna i tyle pragnień, po które boimy się sięgnąć. Dedykuję ją Tobie, moja najmilsza czytelniczko, z życzeniami odkrywania w szarej codzienności okruszków szczęścia i dostrzegania tego, co naprawdę ważne. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
                

sobota, 13 października 2012

Premiera

Fot. Marcin Oleksa


Witaj! Tak się cieszę, że tu jesteś. Zmęczona? Na pewno, po całym tygodniu zabiegania i pogoni za uciekającym czasem, radzenia sobie z obowiązkami i zmaganiem się z codziennością. Znów zabrakło Ci czasu dla siebie, chociaż sobie obiecywałaś, że tym razem już na pewno, że życie przecież nie polega na kręceniu się w kółko w rutynie, która przygniata, że przecież można inaczej. I znów nie wyszło, bo tysiące rzeczy wyrosło przed Tobą jak stroma ściana i trzeba to wszystko na nowo poukładać, uporządkować, a ja... Poczekam. Może jutro, może za tydzień, a w ogóle to już niedługo święta, wtedy odpocznę, zatrzymam się i być może znajdę ten czas dla siebie. Często tak myślisz, prawda? Ja też. I dlatego cieszę się, że mam Basię i jej słowa (W środku życia), bo ona potrafi mną mocno potrząsnąć i pokazać jaki jest sens naszego życia. I że można inaczej. Polecam bardzo ostatni list Basi do M. w jej zakładce Jedna do Drugiej. 
Ja też chcę Cię na chwilkę zatrzymać i chociaż jesteś w takim locie jak ta cudna mewa uchwycona przez mojego męża, chcę Cię złapać za rękę i powiedzieć: Poczekaj. Nie goń tych minut, których i tak wiecznie brakuje, tylko usiądź, wypij spokojnie tę filiżankę kawy czy herbaty, którą masz właśnie przed sobą, skuś się na kawałek ciasta czy tę czekoladkę, na którą masz ochotę, ale wiesz, że nie powinnaś, bo jeśli sprawi Ci to przyjemność, to dlaczego masz dziś sobie jej odmówić? Usiądź, spójrz za okno na tę cudną jesień, która nas tak hojnie obdarowała, odetchnij głęboko i zostań ze mną przez chwilkę. To tylko maleńka chwilka, ale może dzięki niej poczujesz, że nie jesteś sama.
W tym tygodniu do księgarni wchodzi powolutku i cicho, bez medialnego szumu moja nowa książka "Ciemna strona miłości". Tytuł być może prowokuje, ale treść zaskoczy, mam nadzieję, że pozytywnie, bo nie jest to ckliwa ani banalna opowieść o miłości, tylko... no właśnie. Zapraszam do lektury. Wybrałam fragment, który pisało mi się z radością, którą chcę przekazać Tobie na koniec tego i początek nowego tygodnia. I wierzę, że będziesz chciała poznać Agnieszkę i Małgorzatę bliżej i że sięgniesz po książkę, aby podarować sobie tę dawno odkładaną chwilę zatrzymania. 

"W kolejny upalny, lipcowy poranek wyruszyła swoimi ścieżkami, szukając jakiejś wskazówki i natchnienia. W ręku zamiast torebki trzymała podniszczoną książkę, a potrzebne drobiazgi wrzuciła do małego plecaczka, który zarzuciła na ramiona. Była dziś lekka tą wakacyjną beztroską, którą żyła Warszawa. Wtopiła się w tłum turystów i razem z nimi przemierzała uliczki Starego Miasta. Lubiła tu przyjeżdżać. Miejsca Małgosi stały się jej miejscami, do których wracała z radością. Ulica Ciasna, Świętojerska, Rynek Starego Miasta stały się tak bliskie jak Floriańska w Krakowie. Czuła się tak, jakby budziła się z długiego snu, w który zapadła w dniu pogrzebu Teresy.
Zmęczona wędrowaniem i dopytywaniem o możliwość zatrudnienia usiadła w jednym z letnich ogródków i zamówiła kawę latte. Chciała się porozpieszczać i jak najdłużej zachować ten nastrój radosnego uniesienia, który dziś towarzyszył jej od rana. Obserwowała toczące się wokół niej życie, wolno spacerujących ludzi, gwarne kolonie i czuła się częścią tego świata, który na nowo zaczynał ją fascynować.
  • Poetka!
  • Nie. Góralka - podniosła wzrok znad tomiku Leśmiana, który przywiozła z nałęczowskiej biblioteczki Małgorzaty i spojrzała spod przymrużonych powiek w stronę stojącego przed nią chłopaka.
  • Turystka.
  • W pewnym sensie. Raczej przyjezdna. Tymczasowa.
  • Mogę? - Wskazał na wolne krzesło przy jej stoliku.
Zawahała się przez chwilę, a potem skinęła wolno głową.
  • Jestem Kuba - śmiało wyciągnął rękę. Uścisnęła ją mocno i zdecydowanie.
  • Agnieszka.
  • Agnieszka-góralka, która czyta Leśmiana na Starym Mieście w Warszawie. Kto dziś czyta wiersze?
  • Ja - uśmiechnęła się przekornie.
  • I ja. Czasami.
Bawił ją. Był taki bezpośredni i sympatyczny. Ciepły. Jasne włosy ze słonecznymi pasemkami sterczały mu w twórczym nieporządku we wszystkie możliwe strony. Na pogodnej uśmiechniętej twarzy i odsłoniętych ramionach widać było ślady lipcowej opalenizny. Zielone oczy z krótkimi jasnymi rzęsami patrzyły ciekawie na Agnieszkę. Wyprostowała się, prezentując sukienkę, którą kupiła jej Małgorzata."

Miłej lektury:) 
Monika A. Oleksa  
 

niedziela, 7 października 2012

Sekrety damskiej torebki



Pamiętacie taką sytuację- stoicie przed zamkniętymi drzwiami i w pośpiechu próbujecie znaleźć w torebce klucze. Po drodze natrafiacie ręką na wszystkie te rzeczy, które są na tyle ważne, aby je trzymać przy sobie, ale klucze pochłonęła gdzieś przepastna przestrzeń, której kobieta potrzebuje nawet w torebce. Klucze gdzieś są, bo brzęczą, ale w żaden sposób nie możemy wyczuć metalowego chłodu pod palcami. Ja zazwyczaj w takim momencie rzucam na ziemię wszystko, co aktualnie mam w rękach (a zawsze jest tego wiele!), otwieram szeroko torebkę i próbuję zajrzeć do środka, zastanawiając się, po co mi tyle rzeczy i czy naprawdę potrzebuję trzech paczek chusteczek i dwóch pomadek w zupełnie odmiennych kolorach? 
Potrzebuję. Bo jestem kobietą, a ona, wiadomo, zmienna jest. Damska torebka potrafi tyle powiedzieć...  
Pomadka i błyszczyk, niezbędne atrybuty podkreślające kobiecość i sprawiające, że czuję się lepiej mając je pod ręką. Mała rzecz, a cieszy:). Ostatnio kupiłam sobie czerwoną pomadkę. Używam jej głównie w poniedziałek i staram się, aby był wyjątkowy. I wiesz... naprawdę mi się to udaje. Polubiłam poniedziałki. Nie kocham ich, ale je polubiłam. No więc pomadka, błyszczyk, lusterko, leki przeciwbólowe i nieodłączna komórka, bez której nie umiem już wyjść z domu. Klucze, dokumenty, niezbędnik z długopisami i mały notes, do którego wrzucam wszystkie myśli, które przychodzą mi do głowy w najmniej oczekiwanym momencie. Są tak ulotne, że jeśli ich natychmiast nie zapiszę i nie utrwalę, uciekną i nie powrócą.
Sięgam głębiej i wyciągam zapisany gdzieś w pośpiechu numer telefonu. Do kogo należy? Ach tak, spotkanie po latach i wspomnienie z podstawówki. Beztroskie lata, kiedy świat, pomimo szarości, był kolorowy i nie pędził tak bezlitośnie do przodu jak dziś. Młody człowiek miał wtedy dużo wolnego czasu i nie spędzał go bezsensownie siedząc przed telewizorem czy ekranem komputera, ale twarzą w twarz z rówieśnikami, głównie na dworze, bez względu na warunki pogodowe i porę roku. Stare, dobre czasy... Ale czy teraz będziemy potrafili je odnaleźć w swobodnej rozmowie? Po tylu latach? Więc po co trzymam ten numer telefonu? A może kiedyś się przyda...
W mojej torebce jest zawsze zdjęcie tych, którzy są dla mnie najważniejsi- mojej rodziny. Spokojne, szare oczy mojego męża patrzą na mnie z czułością w chwilach, kiedy życie mnie przerasta i sobie z nim nie radzę. Uśmiechy moich synów są ukojeniem po męczącym dniu, kiedy znowu wszystko gna i pędzi, a ja wraz z tym. Jesteśmy jak jedna dłoń, która potrzebuje wszystkich pięciu palców, aby sprawnie funkcjonować. Brak, choćby tymczasowy, jednego z nich odczuwamy dotkliwie. Potrzebujemy siebie- moi chłopcy mnie, a ja ich.
Płyn do nawilżania soczewek, paragon sklepowy, czasami jakieś listy, różaniec. Drobiazgi, które ukrywają się gdzieś w zakamarkach, przegródkach i kieszonkach. Życie kobiety w jednej torebce. I nieustanny bałagan, który tam panuje, niemożliwy do ujarzmienia. Lubimy swoje torebki, a one lubią nas i przyrastają do nas, stając się nie tylko modnym dodatkiem, ale i naszym królestwem, w którym możemy panować niepodzielnie.
 Monika A. Oleksa 


 
Ja i moja torebka:)