poniedziałek, 30 listopada 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Listopad doszedł do rozdroża i przystanął zafrapowany. Dwie drogi, dwa wybory. Jedna prowadząca w łagodną szarość odchodzącego dnia i wtuloną w niego wieś, z domami przykucniętymi na poboczu; druga - rozświetlona i rozpraszająca zapadający mrok blaskiem tysięcy miejskich okien, zaglądających jedno w drugie. 
Którędy pójść i którą z dróg wybrać? Nigdzie nie był mile widziany i nikt go nie oczekiwał. Na sam dźwięk jego imienia - Listopad - ludzie się wzdrygiwali, krzywili i kręcili głowami. Oczekiwali Maja, cieszyli się słonecznym Lipcem i nawet lubili Październik. Grudzień witali z uśmiechem, bo miał w sobie magię świąt, ale o Listopadzie najchętniej by zapomnieli. Kojarzył się ze smutkiem i odchodzeniem, miał w sobie nostalgię i melancholię, a szary płaszcz utkany z mgieł mało kto umiał docenić. 
Przyzwyczaił się już do tego i nie oczekiwał wiele, ale mimo to przynosił zaskakujące niespodzianki, niekiedy ozdabiając świat puszystym śniegiem, którym sypnął, aby rozjaśnić szarość; albo zatrzymując słoneczne promienie, które wplątywały się w nagie konary drzew, oplątując się dookoła nich i złocąc między gałęziami. Jak  żaden inny miesiąc, Listopad potrafił zatrzymać świat chwilą refleksji i zadumania, przywracał pamięć o tych co odeszli, chroniąc ich od zapomnienia. Chwytał zabieganych ludzi, zaglądając im w zamyślone oczy, a oni tylko ocierali twarz z wilgoci i szczelniej otulali się kołnierzami płaszczy lub naciągali na głowę kaptury, oddzielając się od przenikliwego zimna, będącego wołaniem Listopada. Bo jego szeptu, unoszącego się ponad mgłą, nikt nie chciał usłyszeć. A w tej mgle, którą Listopad spowijał oddane mu dni, była tajemnica, przeznaczona do odkrycia przez każdego, kto miał odwagę w nią wejść. 

Listopad też ma kolory, tylko nie zawsze chcemy je dostrzec... 

Listopadowe szarości miały w sobie wiele odcieni. Nie było w nich monotonii, chociaż tak wydawało się większości. Listopadowe dni, pomimo tego, że krótkie, wypełnione były po brzegi, a ciepło, którego zabrakło na zewnątrz, przechodziło z jednych ludzkich rąk do drugich, wyciągniętych i otwartych. 
Każdego roku Listopad przychodził z nową nadzieją, że tym razem nie zostanie powitany narzekaniem i niezadowoleniem. Każdego roku, na nowo, tliło się w nim światełko wiary, że ludzie zaakceptują go i choć trochę polubią za to, jaki jest - za dni przejścia od złotej jesieni do zimy, i od światła do mroku, po którym znów zajaśnieje światło; i za przeprowadzenie niełatwą drogą ziemskiego wędrowania, którą tak jak umiał, starał się ubogacać, hartując ludzkie charaktery i pomagając człowiekowi w przezwyciężaniu swoich słabości, czyniąc go silniejszym. I każdego roku spotykał się z odrzuceniem. 


A teraz stał na rozstaju dróg, tuż przy figurze zafrasowanego Chrystusa, opuszczonego podobnie jak Listopad, i zastanawiał się, dokąd powinien pójść, ustępując przed zbliżającym się Grudniem. Na ramieniu wyrzeźbionego w drzewie Chrystusa przysiadł lśniący atramentową czernią kruk. Przekrzywił łepek i przyglądał się Listopadowi z zaciekawieniem, wypatrując uważnie czy z jego kieszeni nie wypadnie orzech. Podniebny posłaniec, przynoszący pozdrowienie wszystkim tym, którzy gotowi byli go przyjąć. 
Listopad sięgnął po orzecha i położył go na wyciągniętej dłoni. Kruk przez chwilę przyglądał się nieufnie, a potem sfrunął z Chrystusowego ramienia i ostrym dziobem delikatnie odebrał podany dar. 
Z nagiego pola wybiegła nagle polna myszka, zatrzymując się tuż przed stopą Listopada. Uśmiechnął się łagodnie i odszukał w głębokiej kieszeni pszeniczne ziarna, które podał szarej myszce. Wiedział, że szuka ciepłego schronienia, aby przetrwać zimę i westchnął, bo nie mógł zabrać jej ze sobą. 


Ciekawski wiatr, rozdrażniony nieruchomym trwaniem Listopada, porwał jego płaszcz i zakołysał nim, szarpiąc niespokojnymi podmuchami. Listopad skulił się i ruszył przed siebie, gubiąc po drodze zaplątane we włosy jarzębinowe koraliki, wyschnięte liście i orzechy, przechwytywane przez kruki, wrony i kawki, ukradkiem ocierając srebrzące się jak poranny szron łzy, opadające wilgocią na ziemię. Część z nich porwał wiatr, zostawiając je na twarzach przebiegających ulicami ludzi, z których żaden, ocierając tę wilgoć, nie uświadomił sobie, że dotyka listopadowych łez rozczarowania. Bo znów nikt go nie oczekiwał i nikt nie żegnał z nostalgią. A on wiedział, że i tak powróci z nadzieją na przyjęcie, w kolejnym roku podarowanym ludziom wraz z dwunastoma miesiącami, z których każdy miał swoją rolę do spełnienia i żadnego nie można było zastąpić, bo taki po prostu był. Listopadowy miesiąc, mgliście tajemniczy, refleksyjnie melancholijny, nastrojowy i nostalgiczny, który w swojej szarej codzienności ujawnia niezwykłości zwyczajnego życia. 
Monika A. Oleksa 

Te kwiaty też jeszcze listopadowe... nałęczowskie... 
      

wtorek, 24 listopada 2015

Wtorkowe spotkania kulturalne: Hanna Kowalewska - spotkanie autorskie

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

W życiu każdego człowieka, dla którego książka to coś więcej niż zadrukowane kartki papieru, są takie tytuły, które sprawiły, że coś się odmieniło. Sposób patrzenia na świat, myśli, które dotąd biegły w zupełnie innym kierunku, oczekiwania wobec życia czy wiara w marzenia, po które mamy odwagę sięgnąć. Są takie książki, które coś w nas pootwierały, albo coś bolesnego pomogły nam pozamykać; książki, które nie pozostawiły nas obojętnymi i które długo, a może w ogóle nie pozwalają o sobie zapomnieć. W moim życiu taka książka pojawiła się ponad szesnaście lat temu. Po jej przeczytaniu długo nie mogłam dojść do siebie, będąc pod wpływem emocji, jakie ta powieść na mnie wywarła, i zachwycając się językiem, którego od tej pory szukam w każdej opowieści, po którą sięgam. Od tej jednej książki każdą inną oceniam już nie poprzez fabułę i treść, ale poprzez klimat, nastrój i język, w którym autor wyraża - lub nie - swój szacunek wobec czytelnika. Powieść "Tego lata w Zawrociu" stała się książką, która jest ze mną nieustannie, do której wracam i która nieodmiennie mnie zachwyca, a jej Autorka, Hanna Kowalewska, stała się dla mnie królową literatury polskiej, której do tej pory nikt nie zdetronizował. Patrz recenzja - KLIK 

Hanna Kowalewska - królowa literatury polskiej

Jednym z moich marzeń jako wiernego i oddanego czytelnika, było spotkać Hannę Kowalewską osobiście i porozmawiać z nią o tym wszystkim, co odnalazłam w jej powieściach. Wierzę w to, że marzenia się spełniają, a pragnienia naszego serca są odczytywane. Kilka dni temu, 20 listopada, miałam ogromną przyjemność poprowadzić spotkanie autorskie pani Hanny Kowalewskiej w moim rodzinnym Lublinie, w Filii nr 28 Miejskiej Biblioteki Publicznej, przy ul. Nadbystrzyckiej 85. 

Niesamowity, uroczy wieczór i moje spełnione marzenie:) 

To był dla mnie magiczny wieczór. Miałam swoją ulubioną Autorkę tuż na wyciągnięcie ręki, mogłam zadać pytania, które towarzyszą czytelnikowi w czasie przygody z książką, oraz porozmawiać z panią Hanną jak kobieta z kobietą. W piątkowy wieczór czas dla mnie przystanął, a słowa wymieniły się na słowa, i owinęły wokół przybyłych Słuchaczy, zatrzymując i zaczarowując. 
Matylda i Inka. Dwie bohaterki stworzone przez Hannę Kowalewską, pochodzące z dwóch różnych światów - Matylda z ukochanego przeze mnie i przez niezmiernie wielu Czytelników Zawrocia, o historii którego pani Hanna opowiedziała na spotkaniu; Inka natomiast z Jantarni, do której pióro Hanny Kowalewskiej przenosi nas w jej najnowszej powieści "Tam, gdzie nie sięga już cień". Dwie różne bohaterki, każda ze swoją tajemnicą i skomplikowanym wnętrzem, którego nie odkrywają od razu, ale dają Czytelnikowi przyjemność wchodzenia w ich świat i podążania za sobą, strona po stronie, ujawniając tylko to, na co są gotowe, resztę zachowując dla siebie. "Powieści niedopowiedziane", tak można określić prozę Hanny Kowalewskiej. Powieści, które dłużej żyją w czytelniku, pozostawiając go z uczuciem emocjonalnego rozbicia, jakie można doświadczyć tylko po dobrej książce. A książki Hanny Kowalewskiej właśnie takie są - niebanalne, bardzo dobre i urzekające poetycką prozą i językiem, który brzmi jak melodia, a nie jak zlepek przypadkowych słów ubranych w coś, co niestety coraz częściej pojawia się na księgarskich półkach.
Hanna Kowalewska to dobra polska literatura, po którą warto sięgnąć, aby się przekonać na czym polega fenomen i wyjątkowość tej pisarki. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Fot. Michał Andrzej Oleksa
To była naprawdę fascynująca rozmowa, którą chłonęłam

Czy Matylda i Inka mogłyby się spotkać? Są w podobnym wieku, obie przemierzają ulice Warszawy, w której mieszkają, obie kochają sztukę i obie są wewnętrznie głęboko poranione, przepracowując te powbijane dawno temu drzazgi każda na swój sposób. Czy polubiłyby się? 
"Myślę, że tak", odpowiada zapytana o to Autorka.
Ulubione książkowe postaci? Jest ich wiele. Weronika i Truda Tryska z najnowszej powieści. Bohaterowie młodzieżowej "Letniej akademii uczuć"; Bazyli, ukochany bohater, darzony największym sentymentem z powieści "Julita i huśtawki", którą pani Hanna uważa za swoją najlepszą książkę. "Tworząc te postaci nie da się pozostać wobec nich obojętnym. W pewien sposób stają się częścią życia autora". 
Moją ulubioną bohaterką powieści Hanny Kowalewskiej jest Aleksandra Milska z cyklu o Zawrociu. Rozumiem tę kobietę i jej wybory, i w pewien sposób jest mi najbliższa ze wszystkich innych postaci pojawiających się w tych książkach. Babka Aleksandra, kobieta z charakterem, która nawet po śmierci rządzi w swoim Zawrociu, obecna tam w każdym zakamarku. Wiedźma? A może po prostu ktoś, kto nie potrafi żyć w narzuconych ramach, i kto nie potrafi zadowolić się szarością ani bylejakością. Lubię ją i razem z Matyldą poszukuję jej śladów w każdej kolejnej powieści, splatanej z magicznych słów pani Hanny, która uchyliła rąbka tajemnicy mówiąc, że pracuje obecnie nad kolejnym tomem Zawrocia... 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Zasłuchani Czytelnicy...
Ubogacająca rozmowa i zatrzymanie
Fragment książki w wykonaniu  Autorki

Pani Hanna wciągnęła nas w swój świat pisania, a my, słuchający jej, odkrywaliśmy krok po kroku kim jest kobieta, która pisząc swoje książki słowem, maluje nim najpiękniejsze obrazy, które długo pozostają pod powiekami. 
Ile jest Hanny Kowalewskiej w jej bohaterach? Jak wygląda warsztat pracy i kiedy, tak naprawdę, zaczęli "przychodzić" do niej ci bohaterowie, których znamy z kart jej powieści? Co się zmieniło w kobiecie, której nazwisko jest na okładkach prozy i poezji, od "Kapelusza z zielonymi jaszczurkami" do "Tam, gdzie nie sięga już cień"? Na te wszystkie pytania pani Hanna odpowiadała, zatrzymując nas przy swoim słowie, które chłonęliśmy jak jej książki.  
Autorka również tomików wierszy: "Winoroślinność" i "Anna tłumaczy świat", bardziej jednak czująca się prozatorką niż poetką. Ale to właśnie dzięki wrażliwości tej poetki w Autorce, książki Hanny Kowalewskiej są właśnie takie - nacechowane liryzmem, ubarwione słowem, po którym nie da się prześliznąć i pełne bogactwa pięknego języka polskiego. 
Jak odpoczywa Autorka po skończonej książce? Hanna Kowalewska kocha morze i góry. Lubi samotne wędrówki i zapuszcza się w miejsca zapomniane i niedocenione przez turystów. Podobnie jak Aleksandra Milska, nie lubi żyć w ramach, przeciwko którym kiedyś się zbuntowała. Ceni swoich wiernych Czytelników i dla nich pisze. Ale pisze też dla siebie, bo pisanie uzależnia, i jeśli jest pasją, staje się silniejsze od czegokolwiek innego i nie da się mu przeciwstawić. Pisarz, oddając Sztuce samego siebie, staje się w pewnym momencie medium, przez które milczący dotąd bohaterowie chcą opowiedzieć swoją historię i dzięki niej się narodzić. Hanna Kowalewska sprowadza postaci swoich książek na świat w mistrzowski sposób, a dla mnie był to prawdziwy zaszczyt prowadzić to spotkanie, o wystrój i atmosferę którego zadbały panie Maria Poręba, Beata Gryka i Iwona Rogala. Samo zaś spotkanie odbyło się dzięki inicjatywie pani Anny Ostęp, której w imieniu Czytelników zachwyconych twórczością Hanny Kowalewskiej, serdecznie dziękuję! 

Podziękowania Czytelników
Wymiana wrażeń po spotkaniu... 
Podziękowania Pani Marii Poręby, Kierownik Filii nr 28
Był również czas na pytania Czytelników

"Cudowny przystanek w rozpędzonym życiu", powiedziała uczestnicząca w spotkaniu pani Dorota Korbut. "Czułam się tak, jakbym wysiadła z rozpędzonego autobusu życia. Odpoczęłam." 
Piękne słowa, które wystarczą za podsumowanie. 
Naprawdę warto bywać na spotkaniach autorskich, bo one ubogacają i dają coś, czego nie da się doświadczyć nigdzie indziej. Spokój, zatrzymanie, inny świat oraz poruszenie tych delikatnych strun duszy, o których na co dzień zapominamy. 
Pani Hanno, za możliwość tego spotkania i rozmowę, która na zawsze we mnie pozostanie - DZIĘKUJĘ! 
Monika A. Oleksa      

W roli prowadzącej spotkanie ...  
Przystanek od codzienności...
Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Najcenniejsza dedykacja! 
Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Rozmowy zakulisowe... 

niedziela, 22 listopada 2015

Świt

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Listopadowy świt nadchodzi niespostrzeżenie. Zakrada się cichutko, jakby w obawie, że wybudzi uśpiony świat zbyt gwałtownie. Miękkość nocy powoli przepuszcza jasne smugi, które sprowadzą dzień zmuszający do działania. Cisza dnia stojącego u progu, koi. Nie ma w niej jeszcze pośpiechu, ani niepokoju, który wślizgnie się wraz z przebudzeniem. Jest za to spokojne oczekiwanie na to, co przyniosą najbliższe godziny i nieświadomość nowego, przysłoniętego jeszcze mleczną mgłą, za którą ukryło się życie. 
Każdy świt przynosi z sobą tajemnicę, a potem rozrzuca godziny, które daje na jej odkrycie. Każdy brzask nowego dnia jest obietnicą, z której dzień zawsze stara się wywiązywać. Czas, odmierzany miarowymi krokami wskazówek zegara, jeszcze nie przyspiesza, budząc się z takim samym ociąganiem co zmęczony człowiek. Przyspieszy, gdy życie nabierze tempa, a potem rozpędzi się tak, że trudno będzie za nim nadążyć. Teraz jeszcze drzemie pozwalając, aby świt nie zaskoczył zbyt natarczywie, pozostawiając leniwe chwile rozbudzania. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Poranny półmrok jest inny niż ten wieczorny. Nie ma w sobie nerwowości, którą narzuca pośpiech i świadomość niedokończonych obowiązków. Ten półmrok jest miękki i sprawia, że człowiek nie obija się o ostre kanty rzeczywistości, jeszcze złagodzonej spokojem. 
Każdy świt ma zielone oczy nadziei, która uśmiecha się do ludzi z wiarą, że ją dostrzegą. Każdego poranka przeciąga się znużona tym, że tak często człowiek wymija ją obojętnie, pogrążony w swojej rozpaczy, która zamyka mu oczy na wszystko dookoła. Każdy świt przynosi nadziei siłę, aby dotykała każdego i pukała do zamkniętych drzwi wierząc, że jej nie zlekceważą. Widzisz jej zielone spojrzenie, którym wodzi za tobą od rana? Śledzi każdy twój krok czuwając i będąc blisko wtedy, gdy będziesz jej potrzebować. 
Nikłe światło powoli rozprasza ciemność. To magiczny moment narodzin nowego dnia. Jeśli wstaniesz na tyle wcześnie, aby być tego świadkiem, doświadczysz cudu, który zdarza się również w codzienności. Smugi rozpraszające mrok i cisza wypełniona spokojem. Zepchnięte przez noc do kąta problemy jeszcze przyczajone, w tej chwili przechodzenia ciemności w jasność nie mają do ciebie dostępu. Jesteś sam na sam z życiem, które trwa. Podejmiesz kolejny dzień, nowy, niezapisany, świeży. Dostajesz go na wyprostowanie wcześniejszych pomyłek, odnalezienie tego, co po drodze, w biegu codzienności pogubiłeś, na dokończenie przerwanej rozmowy, wyjaśnienie niedopowiedzeń, spojrzenie w oczy komuś, kogo wzroku od dawna unikałeś. Nowy dzień na wykorzystanie nowych szans, uwierzenie, że dużo zależy od ciebie, i postawienie jednego kroku naprzód, poza przeciętność i utarte ramy codzienności. 


Nadchodzący cichutko świt nie chce płoszyć dobrych myśli, które jeszcze towarzyszą nam o poranku. Gdyby mógł, jak najdłużej wstrzymywałby dzień, który już zagląda mu przez ramię, zniecierpliwiony biernością. Czas nie może stać w miejscu, choć świt chciałby go zatrzymać. Wypełniony po brzegi dzień nie lubi czekać. Narzuca obowiązki, zmusza do działania, popycha, popędza i wykrada czas. A świt chciałby tak stopniowo i powoli, szepcząc i obiecując. 
Przebudzone ptaki przechadzają się po trawnikach, które o tej porze należą tylko do nich. W niektórych oknach zapalają się światła, wybudzając jeszcze śniące się sny, a w kuchni czuć zapach świeżo parzonej kawy, która zawsze kojarzy się z czymś miłym. Spotkaniem. Zatrzymaniem. Rozmową. Chwilą przerwy. Rozbudzeniem. Energią. 
Świt wycofuje się powolutku. Jeszcze tylko nakreśli na porannym niebie świetlne kreski lub chmurami przesłoni świat, aby pozostawić go w klimacie zamyślenia. Obietnice wyłoży na progu domów, pomacha Nadziei i odejdzie, ustępując przed dniem, który zniecierpliwiony czeka na odkrycie. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
       

środa, 11 listopada 2015

Opowieść o dwunastu miesiącach

Zamyślony pan Prus, z marsem na czole

Zmęczony długim spacerem Październik przysiadł na ławce w nałęczowskim Parku Zdrojowym, tuż obok Bolesława Prusa zamyślonego nad życiem i słowami. Zimna ławka nie pamiętała już ciepła letnich miesięcy, ale poprzez ozdobione koronką liści drzewa przedzierały się nikłe promienie słońca, odbijając się w rudych, październikowych włosach iskrzącymi błyskami. Pałac Małachowskich przyozdobiony był jesiennymi barwami, a żółto-pomarańczowe liście słały się na parkowych alejkach jak miękki dywan z niepowtarzalnymi wzorami. 
Październik schylił się i podniósł dwa najładniejsze, wielokolorowe. Jeden zostawił dla siebie, drugi podał panu Prusowi, aby rozgonić ten surowy mars z jego czoła. 
Nałęczowski Park Zdrojowy pełen był ludzi wędrujących po przytulnych alejkach i cieszących się ostatnimi dniami Października i atmosferą tego miasteczka, które stawało się bliskie każdemu, kto choć raz się tutaj zatrzymał na spacer pełen zamyślenia. Dumne łabędzie, świadome swojego piękna i królewskiego majestatu, wyciągały w górę swoje szyje, oczekując podziwu, który dostawały. Pomiędzy nimi plątały się szare kaczki i kolorowe kaczory, drepcząc nieporadnie na swoich krótkich nóżkach i kwacząc dla podkreślenia swojej obecności. 

Dumny i majestatyczny, czekający na podziw łabędź. Piękny...
I  kaczka, zbyt zajęta swoimi sprawami, aby zwracać uwagę na fotografa...

Październikowy świat ubrany był w najpiękniejsze kolory roku. Rdza i miedź przeplatała się z bladą żółcią i ciepłym pomarańczem, a ognista czerwień wyróżniała się na tle jeszcze świeżej po deszczach zieleni traw, które odżyły po upalnym lecie. Październik miał w sobie łagodność, którą obdarowywał ludzi, uśmiechając się do nich z serdecznością jesiennego miesiąca. Jak kobieta, przywdziewał płaszcze i szale, które ciągnęły się za nim mleczną mgłą i złotą poświatą słońca wplątanego między kolorowe liście. Miał w sobie również ciepło jesiennych wieczorów, rozgrzewanych herbatą z sokiem malinowym i ciepłą szarlotką, puchatą od nabrzmiałych sokiem, pachnących jabłek z polskich sadów. Październikowe kuchnie wypełniał zapach zupy dyniowej, papryki i zalewanych octem gruszek, zamykanych w słoikach by zimą oddały smak, którego brakowało. Wieczorny mrok rozświetlało delikatne światło lamp i świec, łagodzących ostrość nocy i dających przytulność, której ludzie jesienią szczególnie potrzebowali. 
Ruda wiewiórka z długą kitą zeskoczyła z drzewa i z zaciekawieniem podeszła do ławki pana Prusa. Październik uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę z laskowym orzeszkiem. Wiewiórka wspięła się na tylne łapki i nieufnie obwąchała wyciągniętą dłoń, a potem szybko zabrała orzeszek i odbiegła, zastanawiając się gdzie go schować.
Nieporuszony pan Prus tworzył w myślach nową opowieść, a Październik przesłał światu jesienny pocałunek. Październikowe pocałunki sprawiały, że drzewa rumieniły się zawstydzone i emanowały złotą poświatą jak zakochani miłością. Ta więź łącząca Październik z uwodzoną przez niego przyrodą dawała się wyraźnie odczuć każdemu, kto umiał patrzeć dostrzegając szczegóły wplecione w jesienną melancholię. Zakochane drzewa wysyłały do Października kolorowe listy, w których dziękowały za to, że przychodzi co roku, nieodmiennie o tej samej porze, rozdając piękno, którego nie lubił zachowywać dla siebie. Dzielił się tym, co w nim najlepsze, nie oczekując niczego w zamian. Z czułością podnosił z ziemi lśniące brązowe kasztany, a z czerwonych koralików jarzębiny tworzył naszyjniki, które potem zawieszał dumnie na szyi. W jesiennym prezencie przynosił ludziom to, czego zawsze im brakowało - czas. Jedną dodatkową godzinę, którą każdy z nich mógł wykorzystać po swojemu bez rozliczania. Zaczarowany jesienny miesiąc, który całym sobą opowiadał bajkę, odczytywaną przez nielicznych. 

Jesienny talerz przygotowany przez panią Annę Rafalską:) 
  
Rozmarzony Październik wstał z ławki, dziękując panu Prusowi za miłe towarzystwo i wspólne milczenie, które nie męczyło. Pan Prus również podziękował nieuchwytnym skinieniem głowy, poprawiając szalik, w którym nagle zrobiło się ciepło i przyjemnie. Mała sikorka z żółtym brzuszkiem przysiadła na gubiącym liście klonie i mrugnęła radośnie do Października. Pozdrowił ją uniesioną dłonią i ruszył alejką, wymijając spacerujących ludzi, uśmiechających się do siebie i do Nałęczowa, który dał się tak pięknie wymalować Październikowi. 
Łapiąc ostatnie tak piękne promienie słońca, które już wkrótce zostanie przesłonięte przez grube chmury, spowijające świat szarą tajemnicą, Październik wybrał Aleję Lipową i pozwolił jej doprowadzić się do "Eweliny". Przytulne wnętrze zachęcało do zatrzymania przy rozpływającym się w ustach ciastku, któremu nawet Październik nie mógł się oprzeć. Ciepło tego miejsca rozleniwiało sprawiając, że nie miał ochoty wędrować już dalej. Zasłuchany w cichutką melodię, łagodnie wkomponowującą się w ciszę popołudnia, postanowił właśnie tutaj poczekać na Listopad, którego nadejście zwiastowały już opadające z drzew, kolorowe liście. 
Z opóźnieniem - Monika A. Oleksa 

W dobrym towarzystwie Października, Eli Krukowskiej i Pana Prusa
Kazimierz też poddał się malarstwu Października
Przystojny ten Październik :) Nic dziwnego, że to mój ulubiony miesiąc...

piątek, 6 listopada 2015

Moim Czytelnikom ...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wiem, minął kolejny czwartek bez "Czwartkowych obiadów", Eulalia i  Bogusia są na mnie obrażone, Jadzia taktownie milczy, a Helena tylko gładzi mnie po policzku jak jeszcze tak niedawno robiła to moja Babcia... Wiem, zamilkłam na dłużej, mam zaległości w relacji ze spotkań autorskich (Lublin, Kraków i Warsztaty Słowa dla młodzieży), i opóźnienie w odpowiedzi na komentarze, z których każdy jest dla mnie cenny i za każdy z serca dziękuję... Obiecuję, że wszystkie zaległości ponadrabiam, proszę jeszcze tylko o trzy tygodnie cierpliwości - do końca listopada MUSZĘ oddać nową książkę do Wydawnictwa, które i tak jest cierpliwe, dając mi czas, którego potrzebowałam. Ostatnie strony, przenoszenie rękopisu na komputer, ostatnie szlify, a w międzyczasie praca, w której jestem potrzebna - to szczególny rok dla mnie, kilka kroków do mety z maturzystami, z którymi jestem już tyle lat, że wzajemnie staliśmy się częścią swojego życia, uczestnicząc we wzlotach i upadkach, z nieustanną wiarą, że damy radę. Czas, który zawsze ceniłam, teraz stał się bezcenny, noc za krótka, a dzień wypełniony po brzegi. Ale w tym wszystkim mam poczucie, że każda z tych rzeczy ma ogromny sens, dlatego przepraszam za długie milczenie i proszę o cierpliwość, kiedy nie ma mnie tu przez dłuższy czas :( Niech nagrodą za to będzie świadomość, że na wiosnę do rąk moich cudownych Czytelników trafi najnowsza książka, której kolejny fragment właśnie Wam, moi drodzy, dedykuję...

Moim cudownym Czytelnikom... 
  
Emilia tańczyła w deszczu. Z zamkniętymi oczami i twarzą zwróconą w stronę zasnutego chmurami nieba, łapała ciepłe krople w uniesione dłonie i zatrzymywała je na twarzy pozwalając, aby skapywały, jak łzy, po policzkach. Całą sobą czuła rytm, którym pulsowała ziemia i zatracała się w nim, chcąc oczyścić umysł i zmęczone upałami ciało. Żyła i chłonęła to wszystko, czym człowieka obdarowywała natura. Ukryta za zasłoną powiek, odgrodziła się od świata, nie widząc wpatrujących się w nią, zdziwionych spojrzeń i pobłażliwych uśmiechów. Nie słyszała rzucanych mimochodem uwag, którymi już dawno przestała się przejmować. Przyzwyczaiła się do tego, że ludzie traktowali ją jak wariatkę, i nie zależało jej na tym, aby za wszelką cenę przekonać ich, że nie mają racji. Ceniła znajomości i przyjaźnie, które dostała w darze od życia, a nowych nie poszukiwała. Ona nie miała problemu z ludźmi, bo umiała żyć obok nich, wkomponowując się w złożoną mozaikę lokalnej społeczności. To ludzie mieli problem z nią, bo nie pasowała do żadnych ram i nie dawała się zamknąć w schematach. Była inna przez to, że po prostu starała się być sobą. I nie ukrywała szczęścia, które potrafiła czerpać z każdego dnia. Bo Emilia wiedziała, że każdy ma jej coś do zaoferowania. 
Teraz, schowana za kroplami deszczu, leczyła żal po stracie kolejnej, bliskiej jej osoby. Wiedziała, że Marianna w tej chwili się do niej uśmiecha, pozbawiona trosk i ziemskich zmartwień. Całym swoim sercem czuła, że stamtąd gdzie jest teraz, Marianna nie chciałaby wrócić, nawet gdyby dostała młode i zdrowe ciało. Emilia w to wierzyła, ale dusza bolała, a w wyszczerbionym sercu powstała kolejna wyrwa, której zakleić się nie dało. Bo to serce rządziło się swoimi prawami i nikogo nie słuchało. Było autonomiczne; obejmowało sobą bez pytania o zdanie i wyszczerbiało się po czyjejś stracie. I nie można go było wymienić na nowe. Emilia już to wiedziała i nauczyła się z tym żyć. Klaudia była dopiero na początku tej drogi. Przeżywała żałobę smutkiem, opłukiwanym przez łzy. Manifestowała swój żal wobec całego świata, z nieustannym pytaniem: „Dlaczego?” na ustach. Szukała winnych, nie potrafiąc przyjąć prawdy. 
Z ulgą wróciła zaraz po pogrzebie do domu Emilii. We własnym nie potrafiła się już odnaleźć. Ślady jej matki zostały zadeptane przez bratową, która poczuła się już gospodynią na swoim. Dla Klaudii nie było tam miejsca. 
W ciepłym domu Emilii psy witały ją radośnie merdając ogonami, a koty kładły się na kolanach, bądź wtulały w szyję, gdy nie potrafiła powstrzymać szlochu w ciemności. Oczy ciotki śmiały się od samego rana, a czajnik gwizdał wesoło na gazie, zupełnie jak u mamy, gdy jeszcze kręciła się po kuchni… W domu Emilii nikt nie robił jej wyrzutów i nikt nie dawał jej do zrozumienia, że przeszkadza. Klaudia ogrzewała się w tym miejscu pełnym miłości, coraz bardziej tu wrastając i odnajdując samą siebie. Ciotka Emilia fascynowała ją. Była inna niż ludzie, których Klaudia znała i których spotykała. Nie przejmowała się ludzkim gadaniem i obojętnie przechodziła obok spojrzeń, które Klaudię początkowo krępowały. Po pewnym czasie jednak ona też zaczęła się do nich przyzwyczajać i ich nie dostrzegać. 
Teraz, patrząc na Emilię roztańczoną w kroplach deszczu, uśmiechnęła się. Ona też tak robiła, ale na łące, kiedy nikt nie patrzył. Uciekała tam, kiedy było jej źle, lub gdy Jadźka jej dopiekła. Latem chodziła boso po trawie, albo kładła się w cieniu brzóz i obserwowała chmury, wysyłając do nieba swoje rozgoryczenie. W ciepłe dni właśnie tam, na łące, uczyła się i odrabiała lekcje. W tamtym miejscu mogła się skupić i nikt nie wyszukiwał jej roboty w gospodarstwie, ani nie tłukł demonstracyjnie garnkami, gdy Marianna kategorycznym tonem oznajmiała synowej, że nauka jest dla Klaudii najważniejsza i nie będzie się zajmować niczym innym poza nią. Łąka przyjmowała wszystko, z czym Klaudia przybiegała. Odpowiadała cichym brzęczeniem owadzich skrzydełek i śpiewem ptaków, zamieszkujących pobliski lasek. Latem na tej łące Klaudia spotykała bociany. Patrzyła w zachwyceniu jak kroczyły dostojnie na swoich wysokich czerwonych nogach, wyłapując polne myszki. Pomimo swojej pospolitości, miały w sobie szlachetną majestatyczność, bez dumy i napuszenia pawia. Łąka i zamieszkujące lub odwiedzające ją stworzenia była tą częścią życia Klaudii, za którą najbardziej tęskniła. 
Dlatego rozumiała Emilię i jej potrzebę obcowania z naturą. Tylko… zazdrościła ciotce tej umiejętności lekceważenia tych, dla których jej zachowanie było dziwaczne. Klaudia pomyślała, że do tego trzeba mieć odwagę i silną osobowość. 
Deszcz, pomimo swojej intensywności, był ciepły, a rozgrzane latem powietrze nabierało po nim świeżego oddechu. Klaudia wystawiła rękę, do której od razu przytuliły się mokre krople, gładząc skórę dziewczyny spływającymi strugami. To uczucie było tak przyjemne, że wyszła spod ochronnego daszka klatki schodowej i pozwoliła, aby ten dotyk deszczu objął ją całą. A potem podbiegła do Emilii i chwytając ciotkę za ręce, zakręciła się z nią w kółku, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i bawiła się w ten sposób z mamą lub tatą. Świat wokół nich zawirował, a drzewa pomachały im przyjaźnie gałązkami. Klaudia otworzyła oczy i spojrzała w górę, na niebo, które zsyłało deszcz wysuszonej i stęsknionej wilgoci ziemi. Wyobraziła sobie, że za tymi gęstymi chmurami jest mama, i uśmiechnęła się do niej pozwalając, aby spływający po twarzy deszcz zabrał ze sobą łzy i obmył ją z nieutulonego żalu, z którym sama nie umiała sobie poradzić...
Monika A. Oleksa 

Już niedługo... :)))

W pogoni za marzeniami... 


niedziela, 1 listopada 2015

Przystanek: Niebo

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nasze życie jest podróżą. Nieustanną drogą, która prowadzi nas krętymi wybojami przez góry i doliny naszej codzienności. Każdy dzień, który podejmujemy z banku życia jest maleńkim etapem tej podróży, z której celu nie do końca zdajemy sobie sprawę. Przemierzamy autostrady lat, i szukając wewnętrznej harmonii i spokoju, paradoksalnie wsiadamy do najbardziej zatłoczonych autobusów i pociągów, unikając pustyni, na której zostalibyśmy sami i gdzie mielibyśmy w końcu możliwość spojrzeć na swoje życie innymi oczami, oceniając je nie według reguł narzuconych przez współczesny świat, ale zgodnie z sumieniem, które zagłuszamy. Żyjemy tak, jakby liczba naszych dni była nieograniczona, i jakby życie tutaj miało się nie skończyć. Pędzimy za tyloma nieistotnymi sprawami, zamartwiamy tym, na co nie mamy wpływu i zajmujemy tyloma rzeczami na raz, że nie starcza nam czasu na to, aby po prostu żyć, ciesząc się jego pełnią już tutaj. 
Dni takie jak Pierwszy i Drugi Listopada, uświadamiają nam, że wcześniej czy później, bez względu na to jak podróżujemy, dotrzemy do przystanku końcowego, na którym trzeba będzie wysiąść. Dalej już nie pojedziemy, nawet jeśli byśmy chcieli. I nie uda nam się nikogo przekupić, oferując w zamian te wszystkie dobra materialne, jakie gromadzimy. Silnik zgaśnie, pociąg się zatrzyma, a my będziemy musieli wysiąść w miejscu zupełnie dla nas nowym. Czy będzie to przystanek: Niebo? Nie wiem. Nikt z nas tego nie wie. Jedyne co wiem, to to, że przejazdówkę tam dostaję na początku podróży, w którą wyruszam z dniem mojego narodzenia z wody i Ducha Świętego. Co z nią zrobię, zależy już tylko ode mnie. To ja dokonuję wyboru, czy ją wymienię na inny bilet donikąd, czy zawieruszę po drodze, czy upchnę pod stos nieużywanych prawd, które się przestarzały, bo przecież świat idzie naprzód, i wszystko się zmienia; czy też włożę ją w takim miejscu, że codziennie będzie przy mnie przypominając mi, że wszystko, każda najdrobniejsza rzecz ma sens, każde zdarzenie dokądś prowadzi i żadne pytanie nie pozostaje bez odpowiedzi. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Przystanek: Niebo. Myślę o nim, odwiedzając groby moich bliskich. Wiem, że ci co odeszli, wciąż z nami są. Nie w tych ciemnych grobach, które są tylko symbolem dla nas, jeszcze pielgrzymujących, i prośbą o to, abyśmy pamiętali; ale w codziennym życiu, w którym patrząc już z innej perspektywy, opiekują się nami, czuwają i podpowiadają rozwiązania, gdy stoimy na rozdrożu. Oni już wiedzą, dokąd dojechali i dają nam szansę usłyszeć to w chwili zadumy, refleksji i prawdziwego zatrzymania, które dokonuje się gdzieś wewnątrz człowieka. 
Moja Babcia bardzo bała się momentu przejścia z życia do Życia. Przeżyła 89 lat, w czasie których straciła wszystkich tych, którzy byli jej codziennością. Pochowała dwóch synów i męża, dostając w zamian tylko mnie, a potem moje dzieci, przy których odtajała i nauczyła się czułej miłości. Najbardziej ze wszystkiego bała się ciemności i grobu, w którym zostanie zupełnie sama. Pamiętałam o tym, gdy odchodziła. Byłam przy niej, otaczając ją modlitwą, której potrzebowała. Przyszła do mnie dwa dni po pogrzebie. Zobaczyłam ją we śnie tak wyraźnie, jakby stała tuż obok i tak realną, że wiedziałam, że to nie jest tylko sen. Była radosna i uśmiechnięta. Bez bólu, który towarzyszył jej przez ostatni rok, bez wypisanego na twarzy cierpienia i bez tego poddania się, którego byłam świadkiem. Jaśniała, szczęśliwa i wolna. Nieograniczona złamanym biodrem i taka, jaką pamiętałam ją z dzieciństwa, tylko dużo bardziej szczęśliwsza. Pamiętam, że w tym śnie byłam na cmentarzu i stałam przy jej grobie, układając kwiaty i zapalając znicz. Dotknęła mojego policzka, zupełnie jakby chciała obetrzeć łzy, które jeszcze nie obeschły, i powiedziała do mnie: "Mnie tutaj nie ma." A potem uśmiechnęła się i odeszła, lekka, bez bagażu, który dźwigała na sobie przez całe życie. Przyszła do mnie, aby mi powiedzieć, że już się nie boi i żebym się o nią nie martwiła, bo ona trafiła na właściwy przystanek. I pomimo tego, że swoją przejazdówkę gdzieś w życiowym biegu zagubiła, dostała ten ostatni rok po to, aby dojechać na właściwą stację. Żadne cierpienie nie idzie na marne i choć człowieka nie uszlachetnia, daje mu coś bezcennego - bilet wstępu i możliwość opuszczenia środka lokomocji, którym podróżujemy, właśnie na przystanku: Niebo. 


Szepczą nam o tym ci, którzy odeszli przed nami. Ich głosy, zaplątane z wiatrem w gałęzie drzew na cmentarzach, odpowiadają na pytanie "Dlaczego?", które zadajemy. A gdy wciąż nie słyszymy, ogłuszeni zgiełkiem dookoła nas, zdmuchują przekornie płomień świecy, którą dla nich zapalamy. Są przy nas, przyglądając się z wyrozumiałością błędom, które wciąż popełniamy, i dotykając nas z czułością w chwili, w której nagle ogarnia nas wewnętrzny spokój. Tyle chcieliby nam powiedzieć i tyle przekazać, ale dobrze wiedzą, że tak jak oni przed nami, tak i my musimy po swojemu. Bo każdy odpowiada za swoje życie, dokonując wyborów według własnego sumienia. I nawet gdyby udało im się wysłać do nas list, którego byśmy nie przeoczyli, nie uwierzylibyśmy, zmagając się po swojemu z życiem, które jest podróżą. Oni już dotarli do celu i niczego nie mogą zmienić. My możemy natomiast zawrócić kurs, nawet gdy odpłynęliśmy czy odeszliśmy zbyt daleko. 
Tego dnia, kiedy Wszyscy Święci uśmiechają się do nas zza zasłony Nieba, zapalając światełko przypomnijmy sobie słowa modlitwy za tych, którzy odeszli przed nami, bo tak naprawdę to ona jest bezcenna, a nie te wszystkie kwiaty, wieńce, wiązanki i znicze, którymi dekorujemy groby zmarłych. Ich tam nie ma. Ale przystanek: Niebo jest dla każdego z nas. Ja chciałabym tam dojechać i wierzę, że moi bliscy, którzy już tam dotarli, kiedyś mnie poprowadzą, wskazując właściwy kierunek.
Monika A. Oleksa