Opowieść o dwunastu miesiącach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Listopad doszedł do rozdroża i przystanął zafrapowany. Dwie drogi, dwa wybory. Jedna prowadząca w łagodną szarość odchodzącego dnia i wtuloną w niego wieś, z domami przykucniętymi na poboczu; druga - rozświetlona i rozpraszająca zapadający mrok blaskiem tysięcy miejskich okien, zaglądających jedno w drugie. 
Którędy pójść i którą z dróg wybrać? Nigdzie nie był mile widziany i nikt go nie oczekiwał. Na sam dźwięk jego imienia - Listopad - ludzie się wzdrygiwali, krzywili i kręcili głowami. Oczekiwali Maja, cieszyli się słonecznym Lipcem i nawet lubili Październik. Grudzień witali z uśmiechem, bo miał w sobie magię świąt, ale o Listopadzie najchętniej by zapomnieli. Kojarzył się ze smutkiem i odchodzeniem, miał w sobie nostalgię i melancholię, a szary płaszcz utkany z mgieł mało kto umiał docenić. 
Przyzwyczaił się już do tego i nie oczekiwał wiele, ale mimo to przynosił zaskakujące niespodzianki, niekiedy ozdabiając świat puszystym śniegiem, którym sypnął, aby rozjaśnić szarość; albo zatrzymując słoneczne promienie, które wplątywały się w nagie konary drzew, oplątując się dookoła nich i złocąc między gałęziami. Jak  żaden inny miesiąc, Listopad potrafił zatrzymać świat chwilą refleksji i zadumania, przywracał pamięć o tych co odeszli, chroniąc ich od zapomnienia. Chwytał zabieganych ludzi, zaglądając im w zamyślone oczy, a oni tylko ocierali twarz z wilgoci i szczelniej otulali się kołnierzami płaszczy lub naciągali na głowę kaptury, oddzielając się od przenikliwego zimna, będącego wołaniem Listopada. Bo jego szeptu, unoszącego się ponad mgłą, nikt nie chciał usłyszeć. A w tej mgle, którą Listopad spowijał oddane mu dni, była tajemnica, przeznaczona do odkrycia przez każdego, kto miał odwagę w nią wejść. 

Listopad też ma kolory, tylko nie zawsze chcemy je dostrzec... 

Listopadowe szarości miały w sobie wiele odcieni. Nie było w nich monotonii, chociaż tak wydawało się większości. Listopadowe dni, pomimo tego, że krótkie, wypełnione były po brzegi, a ciepło, którego zabrakło na zewnątrz, przechodziło z jednych ludzkich rąk do drugich, wyciągniętych i otwartych. 
Każdego roku Listopad przychodził z nową nadzieją, że tym razem nie zostanie powitany narzekaniem i niezadowoleniem. Każdego roku, na nowo, tliło się w nim światełko wiary, że ludzie zaakceptują go i choć trochę polubią za to, jaki jest - za dni przejścia od złotej jesieni do zimy, i od światła do mroku, po którym znów zajaśnieje światło; i za przeprowadzenie niełatwą drogą ziemskiego wędrowania, którą tak jak umiał, starał się ubogacać, hartując ludzkie charaktery i pomagając człowiekowi w przezwyciężaniu swoich słabości, czyniąc go silniejszym. I każdego roku spotykał się z odrzuceniem. 


A teraz stał na rozstaju dróg, tuż przy figurze zafrasowanego Chrystusa, opuszczonego podobnie jak Listopad, i zastanawiał się, dokąd powinien pójść, ustępując przed zbliżającym się Grudniem. Na ramieniu wyrzeźbionego w drzewie Chrystusa przysiadł lśniący atramentową czernią kruk. Przekrzywił łepek i przyglądał się Listopadowi z zaciekawieniem, wypatrując uważnie czy z jego kieszeni nie wypadnie orzech. Podniebny posłaniec, przynoszący pozdrowienie wszystkim tym, którzy gotowi byli go przyjąć. 
Listopad sięgnął po orzecha i położył go na wyciągniętej dłoni. Kruk przez chwilę przyglądał się nieufnie, a potem sfrunął z Chrystusowego ramienia i ostrym dziobem delikatnie odebrał podany dar. 
Z nagiego pola wybiegła nagle polna myszka, zatrzymując się tuż przed stopą Listopada. Uśmiechnął się łagodnie i odszukał w głębokiej kieszeni pszeniczne ziarna, które podał szarej myszce. Wiedział, że szuka ciepłego schronienia, aby przetrwać zimę i westchnął, bo nie mógł zabrać jej ze sobą. 


Ciekawski wiatr, rozdrażniony nieruchomym trwaniem Listopada, porwał jego płaszcz i zakołysał nim, szarpiąc niespokojnymi podmuchami. Listopad skulił się i ruszył przed siebie, gubiąc po drodze zaplątane we włosy jarzębinowe koraliki, wyschnięte liście i orzechy, przechwytywane przez kruki, wrony i kawki, ukradkiem ocierając srebrzące się jak poranny szron łzy, opadające wilgocią na ziemię. Część z nich porwał wiatr, zostawiając je na twarzach przebiegających ulicami ludzi, z których żaden, ocierając tę wilgoć, nie uświadomił sobie, że dotyka listopadowych łez rozczarowania. Bo znów nikt go nie oczekiwał i nikt nie żegnał z nostalgią. A on wiedział, że i tak powróci z nadzieją na przyjęcie, w kolejnym roku podarowanym ludziom wraz z dwunastoma miesiącami, z których każdy miał swoją rolę do spełnienia i żadnego nie można było zastąpić, bo taki po prostu był. Listopadowy miesiąc, mgliście tajemniczy, refleksyjnie melancholijny, nastrojowy i nostalgiczny, który w swojej szarej codzienności ujawnia niezwykłości zwyczajnego życia. 
Monika A. Oleksa 

Te kwiaty też jeszcze listopadowe... nałęczowskie... 
      

Komentarze

  1. Zawsze mamy kilka dróg do wyboru...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, często stajemy na rozdrożu z dylematem, którędy pójść. Wiele dróg i wiele wyborów. Zdarza się, że zbłądzimy, ale zawsze mamy możliwość powrotu i rozpoczęcia na nowo...
      Przytulam Cię mocno, droga Tęczowa Duszo!
      M.

      Usuń
  2. Każdy miesiąc jest niepowtarzalny i potrzebny, jak to widać w Twoich opowieściach i nie tylko. Musi przecież być taki czas, w którym wszystko się wycisza i przygotowuje sie do snu. My też nie skaczemy od razu do łózka i nie zasypiamy, tylko potrzebny jest jakiś wieczorny obrządek.
    Myślę że taka właśnie rola przypadła w udziale Listopadowi ;) Buziaki grudniowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ładnie to Gabrysiu, porównałaś - wieczorny obrządek i przygotowanie. A wiesz, że ja lubię Listopad? Szczególnie zachwyca mnie w nim ta tajemnicza mgła, która prowadzi moją wyobraźnię daleko wgłąb siebie. Masz rację, każdy miesiąc jest potrzebny, bo każdy nam coś przynosi. A listopad to dobry czas wyciszenia...
      Ściskam Cię mocno, wieczorną porą:)
      M.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak