sobota, 13 sierpnia 2016

Drużyna jednej obrączki

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Budzi mnie szum potoku przepływającego pod oknem domu, który gościnnie przygarnął naszą rodzinę na jakiś czas. Otwierając oczy i wsłuchując się w radosny śpiew górskiej wody, wyłapuję jeszcze na wpół sennie inne odgłosy budzącego się za oknem życia. Piękne białe indory gulgocą w stronę drogi, pusząc się niemal jak pawie. Kogut obwieszcza całemu światu, że już najwyższy czas rozpocząć pracowity dzień, a kury przytakują mu wrzaskliwym gdakaniem. Dźwięczne owcze dzwonki pobrzękują głośno, a towarzyszące im pobekiwanie oznajmia, że nowy dzień w Tatrach już się rozpoczął i szkoda marnować czasu na wylegiwanie się w łóżkach. 

Lubię zawierać nowe znajomości :)
Moi tatrzańscy, mali przyjaciele
No, trochę przekupieni... :D 
I bardzo zaciekawieni! 

Stateczne góry witają nas rześkim chłodem o poranku. Słońce jeszcze nie zdążyło rozgrzać nocnego wyziębienia, a para lecąca z ust podczas marszu uświadamia ze smutkiem, że sierpniowi bliżej już do jesieni niż do lata. Taka jest kolej rzeczy, jak w życiu, pory roku mają swój początek i koniec, do którego subtelnie nas przygotowują.  
Wędrując tatrzańskimi ścieżkami w porannej jeszcze ciszy wypełnionej jedynie szumem potoku, trzaskiem gałęzi pod butem czy zaśpiewem ptaka odzywającego się znienacka, chłonę zapach, widok i bliskość tej potęgi, która mnie otacza. Zapach wilgotnych skał i kamieni obrośniętych mchem, przemieszany z leśną wonią żywicy i zroszonych małymi kropelkami liści dodaje energii potrzebnej do przejścia trasy, którą na dziś zamierzyliśmy. Wyruszając od Doliny Kościeliskiej, chcemy dotrzeć na Czerwone Wierchy i spełnić marzenie naszych synów, zdobywając pierwsze w ich życiu dwutysięczniki. Wiemy, że jest to wyzwanie, ale znamy siebie i naszą wytrzymałość i wierzymy, że mu sprostamy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Marcin Piotr Oleksa

Pogoda nam sprzyja, a niemal bezchmurne niebo, pomimo rannego chłodu doliny, zapowiada słoneczny i ciepły dzień. Tabliczka z rozpoczynającym się, czerwonym szlakiem informuje, że przed nami prawie cztery godziny ostrej wspinaczki. Trasa, którą wybraliśmy jest jedną z przyjemniejszych. W dużej części prowadzi przez las, chroniący przed przygrzewającymi coraz śmielej promieniami słonecznymi. Droga wciąż pnie się do góry, prowadząc nas ku Ciemniakowi, którego jeszcze nie widać. Zasłania go góra, przez którą prowadzi nasza trasa. Nie patrzymy na zegarek. Idziemy, prowadzeni szlakiem, zatrzymując się, aby wyrównać oddech, wymienić pozdrowienie z mijanymi po drodze ludźmi i podziwiać widoki, które się pod nami rozpościerają. Wolność. Tego uczucia najpełniej doświadcza się właśnie w górach, kiedy nic poza ograniczeniami własnego ciała nie powstrzymuje człowieka od tego sam na sam z potęgą, jakiej nie można lekceważyć.  

Fot. Marcin Piotr Oleksa
  
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Leśna ścieżka wchodzi między kosodrzewiny, a potem między murawy halne, a my z każdym krokiem pnąc się wyżej, podziwiamy coraz rozleglejsze widoki. Na wielkiej polanie Upłaz, jeszcze w piętrze lasów, robimy pierwszy postój. Jagodzianki i drożdżówki z wiśniami i z kruszonką smakują jak delicja, a zwykła woda nie tylko orzeźwia, ale i dodaje potrzebnych do dalszej drogi sił. Wcięcie Chudej Przełączki za Chudą Turnią to dopiero połowa naszej wędrówki, która zakończyć się ma w Dolinie Małej Łąki, bo przecież nie jest sztuką zdobyć szczyt, ale trzeba jeszcze z niego zejść i zrobić to z klasą. 
Zaczyna brakować sił i coraz trudniej złapać oddech, ale w nagrodę, jakby dla umocnienia w wytrwaniu, dostajemy prezenty - na naszych ramionach przysiadają kolorowe motyle, ze skały tuż przed nami odrywa się czarny orzeł, a potem kołuje nad doliną ponad którą stoimy na skalnej ścieżce przytulonej do zbocza góry. Widoki są imponujące i naprawdę zapierają dech. Patrząc na rozciągające się przede mną piękno w najczystszej postaci uwielbiam Boga bezsłowną modlitwą, wychwalając wszystkie Jego dzieła, które tutaj, w Tatrach, przyjmuję z całą ich doskonałością i potęgą. A kiedy tuż przed naszymi stopami, przecinając ścieżkę po której się wspinamy, przebiega stado górskich kozic, w przeciwieństwie do nas zupełnie nie zaskoczonych obecnością ludzi, wiem już, że przeżywam właśnie jedną z najpiękniejszych przygód swojego życia, wracając do tych samych ścieżek, po których dwadzieścia lat temu wędrowaliśmy z Marcinem jako narzeczeni. Góry zahartowały naszą miłość i umocniły ją. To właśnie w Tatrach, dwadzieścia jeden lat temu zaręczyliśmy się, podejmując wspólną decyzję o dalszej drodze, już we dwoje. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Jeden z "prezentów", jaki dostaliśmy w czasie wędrówki na Czerwone Wierchy 
Dwadzieścia lat temu... 
Z naszym kilkuletnim synkiem Michałkiem :) Tatry... 

Tatry głęboko wpisały się w naszą historię i dawno temu obiecaliśmy sobie, że nie zapomnimy ani tej miłości, która nas połączyła obrączką, ani miłości do gór, którą przekazaliśmy naszym chłopcom.  
Stworzyliśmy drużynę jednej obrączki. Jednej, bo połączyła miłość w jedną rodzinę; pomimo tego, że obrączek jest dwie, stanowią jedno, tak jak my. A to wędrowanie tatrzańskimi szlakami pokazało nam, jak bardzo się nawzajem uzupełniamy, jakim wsparciem dla siebie jesteśmy i jak daleko możemy dojść, kiedy trzymamy się razem. Bo nawet jeśli na naszej drodze pojawią się przeszkody, kiedy skały i korzenie będą podstawiać nam nogi, a jedynym zejściem w dół będzie ryzykowne ześlizgiwanie się po wygładzonej skale na łańcuchach do potężnego Kobylarzowego Żlebu w Dolinie Litworowej, poradzimy sobie kiedy będziemy się wzajemnie asekurowali i umacniali słowem: "Dasz radę! Nie możesz się teraz poddać!". 

Jeden z drużyny obrączki :)
Małe nóżki Miłosza nadawały tempo naszej wędrówce 
Udało nam się wszczepić miłość do Tatr w serca naszych synów

Dwadzieścia lat temu chodziliśmy po górach z większą odwagą, a zejścia nie sprawiały takiego problemu jak teraz. Ale w tamtym czasie byliśmy odpowiedzialni tylko za siebie i nieświadomi, jak to młodość, wielu zagrożeń i niebezpieczeństw. Dziś, dzieląc odpowiedzialność na czworo i zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zdradliwy może być jeden nierozważny krok, uczymy nasze dzieci pokory wobec gór i nieprzeceniania własnych możliwości, a samych siebie zaufania do nich, bo są mądrzy i szybko się uczą. 
To nasze rodzinne przemierzanie tatrzańskich ścieżek pokazało mi, jak fantastycznym młodym człowiekiem jest mój starszy syn, Michał, który w momentach mojej słabości był tuż obok, wyciągniętą ręką, mocnym uściskiem i zagrzewającym słowem pomagając mi uwierzyć, że dojdziemy i wrócimy bezpiecznie tam, gdzie zamierzyliśmy. Podziwiam też małe nóżki Miłosza, za którymi nie mogliśmy nadążyć, takie nadawał tempo naszym wędrówkom. 
Marcin i ja odnaleźliśmy po drodze wszystkie nasze ślady, które zostawiliśmy tu przed laty wraz z marzeniami o tym, jak będzie wyglądało nasze życie razem. Rzeczywistość przerosła marzenia, bo nie baliśmy się  po nie sięgnąć, a jako drużyna jednej obrączki nie zatrzymujemy się wpół drogi, tylko kroczymy dalej, uparcie przed siebie, razem. 
Pozdrawiam najserdeczniej z przepięknych tatrzańskich szlaków :) 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Piotr Oleksa  
Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Moja drużyna :) 
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

5 komentarzy:

  1. Jak fajnie rozpoznać znajome miejsca i klimaty. U nas już 32 lata minęły tego wspólnego wędrowania i także to nasz syn był zawsze blisko, by dodać otuchy w trudnych chwilach.
    Pozdrawiam serdecznie:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniała ta Twoja drużyna (-: Zdjęcia, jak zawsze, są doskonałym uzupełnieniem pięknego tekstu i dla mnie w tym też przejawia się Wasza jedność (-: Pozdrawiam serdecznie R.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę Wam zazdroszczę tych przepięknych widoków. Mam nadzieję, że jak moje łobuzy trochę podrosną to PrzeMamusia pozwoli na wyjście w góry.
    I poproszę jeszcze o zmiane koloru czcionki na bardziej kontrastową. Na małym ekranie smartfona słabo się czyta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna drużyna i piękne widoki:) Pozdrawiam Kochani, a co się tak zdenerwowałaś na fotografa? :) Buziaki

    OdpowiedzUsuń