czwartek, 7 września 2017

Zapamięta tylko morze...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Moje lato to zawsze czas wytężonej pracy twórczej. Co prawda jej owoce trafią do rąk Czytelnika dopiero w przyszłym roku, ale dziś uchylę rąbek tajemnicy... To obecnie powstaje... :) 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


Najpierw poczuł zapach. Ostry, charakterystyczny, zapomniany. Zaraz potem gwałtowny podmuch wiatru smagnął go piaskiem po łydkach, kłując szczypiącymi drobinkami, które drażniły. Maks naciągnął na głowę kaptur, schował ręce do kieszeni i ruszył przed siebie pustą plażą. 
Wrócił, choć wcale tego nie chciał. Wszystko w nim buntowało się przeciwko temu miejscu, bez którego kiedyś nie umiał żyć. Ale nie potrafił też żyć w nim bez niej. 
Morze krzyczało. Odbierał ten krzyk bardzo osobiście. W nim też taki krzyk wzbierał przez trzynaście lat. Zagłuszał go, każdego dnia podejmując ciężką fizyczną pracę, która hartowała. Nie oszczędzał się pracując do takiego zmęczenia, po którym zasypiał natychmiast gdy tylko padł na łózko. Nie myślał, nie śnił i żył dniem dzisiejszym. Bez planowania jutra i spoglądania w przeszłość. Bez szarpiącego bólu wspomnień, które powyrywał z siebie z taką zaciętością, z jaką wyrywa się chwasty z zarośniętego ogrodu. Bez jej twarzy, której nawet we śnie nie pozwalał powracać. 
Miał nadzieję, że tak już zostanie. Wykreślił małą nadmorską wioskę rybacką z mapy świata. W jej miejscu pojawiła się jedynie biała, rozmyta plama, zupełnie niewidoczna z odległej Islandii. Jeden telefon zburzył wszystko. Cała misternie i z takim trudem wybudowana fortyfikacja runęła, pozostawiając Maksa bezbronnego wobec nadciągającej fali, z którą musiał się zmierzyć, choć zupełnie nie miał na to ochoty. 
Bałtyk witał go groźnym pomrukiem sztormu, jakby mierząc siły z mężczyzną, który niejednokrotnie rzucał wyzwanie życiu. Na opustoszałej plaży porozsiadały się mewy. Skulone w upierzone kłębuszki, powtulały dzioby w szare pióra, chowając je pod skrzydłami. Maks uwielbiał ich krzyk budzący go każdego ranka. Potrafił obserwować je godzinami, patrząc jak z wrzaskiem biją się o jedzenie wzajemnie wyrywając sobie z dziobów bardziej smaczne kąski, i jak śmiesznym kaczym chodem wędrują po piasku, pozostawiając na nim ślady kotwicy. Tylko mewa i rybitwa zostawiała po sobie takie odbicie małych nóżek, które kojarzyło się z kotwicą. Nic dziwnego, że te ptaki tak kochały morze i nie potrafiły bez niego żyć, pomimo surowych warunków. Maks był taki sam jak te mewy. Mógł żyć z dala od miejsca, w którym się urodził, ale potrzebował surowości i potęgi morza, bez którego usychał i dusił się jak ryba wyrzucona na brzeg. 
Nagły podmuch wiatru uderzył z taką siłą, że mężczyzna zgiął się, jakby kłaniając się morzu. W oddali zamajaczyły paliki oszlifowanego wodą i upływem lat falochronu. Nie zmieniały się, trwając w tym samym miejscu i wpisując się w jego krajobraz jako stały element. Maks wiedział, że na czwartym ich rzędzie idąc w stronę przekopu, można wypatrzyć czarne kormorany, wyróżniające się swoją majestatyczną dumą na tle pospolitych mew. Kiedyś lubił tu przychodzić i podpatrywać ptaki. Kiedyś właśnie tu po raz pierwszy pocałował Beatę. 
W jego kieszeni rozdzwoniła się komórka. Nie słyszał dźwięku zagłuszanego rykiem morza. Wyczuł jedynie wibrowanie. Wyciągnął rękę z kieszeni kurtki i sięgnął do dżinsów, z trudem wydobywając wysłużonego smartfona z popękanym wyświetlaczem. Wiedział, że w tym huku za plecami i tak niczego nie usłyszy, skręcił więc w stronę lasu, popychany wiatrem, który jakby nie mógł się zdecydować w jakim kierunku ma wiać. Wspiął się po wydmie i wszedł między sosny, odgradzając się od żywiołu, którego przez najbliższe dni nic nie było w stanie wyciszyć czy uspokoić. Sztorm dopiero się zaczynał i Maks czuł, że tak łatwo nie odpuści. 
Zdjął z głowy kaptur i wybrał numer, którego nie zdążył odebrać. Kobiecy głos zgłosił się po dwóch sygnałach. 
- Dzwoniłaś do mnie - rzucił w odpowiedzi na krótkie "halo" po drugiej stronie. 
- Lekarz prowadzący chce z tobą rozmawiać. Przyjedź jak najszybciej. 
- Daj mi pół godziny - odpowiedział i rozłączył się, nie tracąc czasu na czcze gadanie. 
Rzeczywistość, do której wrócił upomniała się o niego. Nie mógł już dłużej przed nią uciekać. Nadszedł czas, aby stawić jej czoło. 
Monika A. Oleksa    

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz