niedziela, 28 lutego 2016

Żyj kolorowo!

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Szaro-bury świat za oknem ze zmiennymi humorami pozimia - najbrzydszej i najbardziej kapryśnej pory roku, nie zostawia w nas zbyt dużej dawki optymizmu, a wszechobecna szarość zachodzi za skórę i wciska się wszędzie tam, gdzie uda jej się wedrzeć powodując przygnębienie, osłabienie i skłonność do narzekania. Wiosna przysyła listy z dalekiej podróży, obiecując nadejście, ale jednocześnie sprytnie nie podając terminu, a Zima ma dylemat, czy się na dobre obrazić i odejść, czy też jeszcze pozaskakiwać opadami śniegu i przymrozkami. 
W takie dni szczególnie potrzebujemy kolorów wokół siebie po to, aby wypełnić się tą jasnością i pastelowymi barwami od środka, przekazując to światło w nas tym, którzy utknęli w szarości. 

Deszczowe diamenty zawieszone na gałązkach

Popatrz dziś i jutro na to wszystko, co Cię otacza przychylniej. I nawet jeśli nowy dzień nie powita Cię promieniami słońca, postaraj się je odnaleźć w sobie, nie marudząc, że znów za niskie ciśnienie i że pada. Lubimy narzekać, a przecież nawet w kroplach deszczu jest wiele uroku, jeśli przyjrzymy się im dokładniej. Widzisz, zawieszone na gałęzi drzewa, której się uchwyciły, wyglądają zupełnie jak diamentowy naszyjnik, zgubiony w pośpiechu przez roztargnioną wróżkę. A te, które stukają w parapet twojego okna albo spływają po samochodowej szybie uciekając przed wycieraczkami, są jak melodia, którą zagłuszamy wrzaskami radia czy telewizora, albo od której odgradzamy się słuchawkami. W brzydocie też można odkryć piękno, które potrafi zaskoczyć; a pięknem nie zawsze jest to, co przyciąga wzrok i błyszczy z daleka. Najczęściej to właśnie drobiazgi sprawiają, że coś zachwyci i nie pozwoli przejść obojętnie, pozostawiając dobre wspomnienia po dniu, który nie zapowiadał niczego obiecującego. I dzięki tym drobiazgom odnajdujemy w swoim życiu kolory nawet tam, gdzie inni ich nie dostrzegają, i potrafimy żyć kolorowo na przekór wszystkiemu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nie czekaj na nadejście Wiosny, wyglądając jej niecierpliwie, ale stwórz wiosnę w swoim domu, chowając do pudełka zapomnienia zimowe przygnębienie, chłód i marudzenie, wraz z ostatnimi zimowymi dekoracjami. Przewietrz pokoje, wpuszczając energetyzujące świeże powietrze, a do wazonu włóż kwiaty, które już zwiastują nowe. Żółty kolor żonkili skojarzy się ze słońcem, a czerwień i fiolet tulipanów (choć ja osobiście najbardziej lubię żółte) będzie wysyłać do Ciebie uśmiechy, czekając na odwzajemnienie. Każdy dodany szczegół, inny od zimowej codzienności, sprawi, że zobaczysz wokół siebie Nadzieję, która patrząc na Ciebie swoimi zielonymi oczami, przeciągnie się jak po długim śnie, i razem z Tobą usiądzie przy stole, nakrytym obrusem z kwiatowymi motywami. Nowy kubek lub filiżanka z delikatnymi kwiatami też zdziała cuda, jeśli pijąc z nich kawę lub herbatę pomyślisz o czymś szczególnie miłym, albo o kimś szczególnie bliskim. Namów przyjaciółkę, przyjaciela, rodzinę lub po prostu samego siebie na spacer. Przynajmniej raz dziennie wyjdź z domu i odetchnij rześkim powietrzem, nie zwracając uwagi na to, co niedoskonałe i co przeszkadza, ale starając się dostrzec to, co dopiero zapowiada piękno, ale już potrafi wzruszyć. 

Ja już zaprosiłam wiosnę do domu:)

Czy zauważyłaś i zauważyłeś, że dni są już coraz dłuższe, a świt wraz z jasnością, coraz wcześniej zagląda w Twoje okna? Zapadający mrok też nie ma już w sobie tej ciemności, jaką miały zimowe, bezśnieżne miesiące, a ptaki - szczególnie rankiem - śpiewają tak głośno i radośnie, że ta ich radość się udziela, dodając odwagi do odkurzenia uśpionych marzeń i wypowiedzenia ich - choćby szeptem, ale tak, byśmy sami je usłyszeli. 
Rozpal w sobie wiosenną iskrę odrodzenia i nastaw na to, co dobre, szepcząc: Zaskocz mnie, Życie! 
I doceń drobne podarunki, które to życie Ci przynosi, przyjmując je bez marudzenia i bez oczekiwania na to, co według Ciebie może Cię uszczęśliwić, bo w ten właśnie sposób wypuszczamy z rąk prawdziwe szczęście. 
Żyj kolorowo, na przekór szarości i zniechęceniu; i postaraj się w każdym dniu odliczanym do wiosny, odnaleźć przynajmniej jedną rzecz, za którą będziesz wdzięczny, i dzięki której otaczający Cię świat naprawdę nabierze koloru nadziei. 
Monika A. Oleksa 

"Uśmiech rozprasza chmury nagromadzone w duszy."
św. Urszula Ledóchowska

Świat w kolorze nadziei w obiektywie Marcina

czwartek, 25 lutego 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc.41

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Bogusia siedziała przy przedpołudniowej kawie, z pewnym niepokojem zerkając w stronę zamkniętych drzwi małego pokoju. Dochodziła dwunasta, a Kornelia nie dawała znaku życia. Bogusia zastanawiała się, czy wypada jej po prostu zapukać i sprawdzić, czy z kuzynką wszystko jest w porządku, czy też pozwolić jej się wyspać skoro tego potrzebowała. Szczerze mówiąc, cieszyły ją te spokojne, poranne godziny, które mogła spędzić w ciszy. Złapała się na tym, że aby nie wybudzać kuzynki zbyt wcześnie i uniknąć jak najdłużej jej męczącego towarzystwa, nie włączała nawet radia i zachowywała się dokładnie jak wtedy, gdy maleńkiej Nataszy udało się zasnąć, a Bogusia chciała po prostu odetchnąć. 
Kilka dni z Kornelią wystarczyły, aby przestawić życie Bogusi do góry nogami. Kornelia chciała być wszędzie na raz, przy czym wizja Polski z jaką przyjechała, zupełnie odbiegała od rzeczywistości. 
- Tu jeszt żbyt nowocześnie! Budynki że szkła, ogromne czentra handlowe i szklepy jak z Fifth Avenue. I pełno szamochodów pędżączych tak, jak w Amerycze! 
- A czego ty się niby spodziewałaś? - obruszyła się Bogusia. - Brukowanych ulic, kurnych chatek i wozów drabiniastych? Jesteś w Europie, moja droga, a Polska to kraj rozwinięty. 
- Ale ja chczałam żobaczyć te kamienyczki, o których opowiadała moja mamusza, i kwitnącze szady za krytymi gontem domamy, z malwamy rosznącymi pod oknamy i pachnączą maciejką... 
- Ta maciejka i kwitnące sady to nie ta pora roku - sarkastycznie zauważyła Bogusia. - Zachowujesz się, moja droga, zupełnie tak jak Szopen wspominający z nostalgią płaczące wierzby. Powinnaś się cieszyć, kuzynko, że idziemy z postępem, i że ta cała twoja Ameryka nie jest już dla nas niedoścignionym snem dla wybranych. - Ależ ja szę cieszę, kochana kużynko, naprawdę, bardżo szę cieszę, tylko że ja przyjechałam tutaj dotknącz korzeny, rożumiesz? Brakuje my polskoszczi, takiej, jaką pamiętam z dżeczynstwa. 
- To trzeba było tu zostać i nasiąkać nią przez te lata, a nie uciekać na drugi koniec świata w pogoni nie wiadomo za czym. - Bogusia zawsze mówiła to, co myślała, i nie zamierzała się zmieniać nawet z grzeczności dla kuzynki. 
Na taki argument Kornelia zamilkła urażona i nie odezwała się już cały wieczór, a teraz nie dawała znaku życia za zamkniętymi drzwiami, co coraz bardziej zaczynało niepokoić Bogusię, dlatego postanowiła jednak włączyć radio i przy dźwiękach Radiowej Jedynki wypić kawę z nadzieją, że Kornelia w końcu wyjdzie z pokoju. 

Lublin w obiektywie Michała A. Oleksa  z okna samochodu

Dwie godziny później radosna jak skowronek Kornelia przymierzała piąte już futro, nie mogąc zdecydować się pomiędzy norkami a karakułami. Pani Krysia z salonu futrzarskiego "Krystyna", donosiła nowe modele, a jedyny mężczyzna w tym salonie, pan Sławcio, doradzał, patrząc fachowym okiem na wymagającą, ale obiecującą klientkę. 
Bogusia siedziała w wygodnym fotelu, obserwując Kornelię. Po wczorajszej, wieczornej rozmowie kuzynka była dziś jakby mniej krzykliwa, a nawet wyciszona. Gdy pojawiła się w kuchni, jeszcze z opaską na oczach i rozczochranymi snem włosami, zawiadomiła Bogusię, że zamierza dziś pojechać na zakupy, a konkretnie potrzebuje futra i nowych kapeluszy. 
- Popatrz - pokazała małe, czarno-białe zdjęcie, na które Bogusia patrzyła ze wzruszeniem. Kiedyś nawet zdjęcia były małym dziełem sztuki. To nie był jedynie zwykły prostokąt, ale ozdobiony drobnymi ząbkami obrazek, przedstawiający dwie eleganckie damy, obie w długich futrzanych płaszczach z rozłożystymi kołnierzami i w twarzowych kapeluszach, stojące przed cukiernią "Chmielewski" i uśmiechające się do obiektywu.
- Pożnajesz? To moja i twoja mamusza. Siostrzyczky. Obieczałam szobie, że nigdy nie żapomnę o tym, jaka była i czego w życzu chczała mnie nauczyć moja mamusza. Chczę, żebyśmy zrobiły szobie podobne żdjęcze, ale potrzebuję futra i przynajmniej dwóch kapeluszy. 
Spełniając więc jedno z marzeń kuzynki, siedziała teraz w salonie "Krystyna" i cierpliwie czekała, aż Kornelia się zdecyduje i wybierze to jedno futro, które zostanie utrwalone wraz z nią dla potomnych. Cieszyła się również, że cukiernia i kawiarnia "Chmielewski" nadal istnieje i funkcjonuje, bo kuzynka niechybnie poleciłaby jej znalezienie podobnej scenerii jak na prezentowanym zdjęciu, przy czym spełnianie oczekiwań Kornelii nie należało do rzeczy łatwych i stawiało przed Bogusią nie lada wyzwanie. 
- Bogusza, jaka jeszt twoja opinia? - Kornelia wyrwała Bogusię z zamyślenia, okręcając się przed nią w długim płaszczu o dość niespotykanym kolorze rudości, a konkretnie rdzy. 
- Uważam, że jak płaszcz, to zdecydowanie norki, a ten po prostu jest jak z bajki. 
- Kużynka żdeczydowała, biorę. 
- Rozumiem, że wychodzi pani z salonu w tym? - Pan Sławcio wskazał na zawieszone na ramionach Kornelii futro. 
- Dokładne tak, pane Sławku, dokładne tak. Muszę dopaszowacz kapelusz, więcz muszę miecz to na szobie. Moją kurtkę proszę żapakowacz.  Jak my sze teraz z tym zabierzemy? Bogusza, dlaczego ty nie masz szamochodu?
-  Bo emerytów w Polsce nie stać ani na benzynę, ani na utrzymanie auta. Wszystko na leki wydają. Dlatego! - Odpowiedziała Bogusia, czując powracającą irytację do kuzynki i jej typowo amerykańskiego sposobu myślenia. - A do sklepu z kapeluszami nie jest daleko. Pójdziemy pieszo. 
- Pieszo? - Kornelia była tak zaskoczona propozycją Bogusi, jakby ta zaproponowała jej zjeść ślimaka na surowo. - W Amerycze nikt nie chodzi pieszo! 
- A w Polsce chodzimy! I w kolejce do taniej apteki stoimy, pomimo tego, że obok jest apteka zupełnie pusta, ale nietania. Komunizm nauczył nas rozsądku i oszczędności. 
- Czo ty tak, Bogusza, cały czasz z tą apteką? Chora jeszteś? 
- A widziałaś kiedyś zdrowego emeryta? W Polsce takich nie ma. Ustrój, bez względu na to jaki jest, wykańcza nawet najbardziej zdrowego człowieka. 
- No widżę! - zagrzmiała Kornelia. - Szczególnie nerwowo! Melisę szobie musisz w tej aptece kupicz, bo sztrasznie nerwowa jeszteś, Bogusza. Chodż kużynko. Płaczymy i pójdziemy pieszo po kapelusze, szkoro to niedaleko. 
- Ciastko u "Chmielewskiego" zjemy przy okazji. Od czasu do czasu na to jeszcze mnie stać - mruknęła Bogusia wstając z wygodnego fotela i zmierzając za kuzynką, która z werwą ruszyła przed siebie, maszerując w górę ulicy Świętoduskiej i chłonąc atmosferę Lublina, który wśród zachowanych w swoich murach wspomnień, pamiętał inne zimy i inne kobiety, o których opowiadał cichutko swoje historie tym, którzy chcieli się w nie wsłuchać... cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

   

wtorek, 23 lutego 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Alicja Majewska

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Są artyści ponadczasowi, tacy, których utwory - czy to książki, czy teksty piosenek, wpisywały się zarówno w rzeczywistość im współczesną w chwili gdy powstawały, jak i w obecną - bo tyle w nich przesłania wciąż aktualnego również dziś. Są Artyści, przed którymi z szacunku skłania się głowę, i do których się wraca z jednakowym apetytem i świadomością, że spotkanie z nimi nie rozczaruje. Taką artystką jest bez wątpienia Alicja Majewska, której koncertu miałam ogromną przyjemność wysłuchać 11 lutego w lubelskim Teatrze Starym. Scena i miejsce idealne dla wielkich nazwiskiem, a skromnych i pięknych wewnętrznie - duetu Alicja Majewska i Włodzimierz Korcz, oraz kwartetu smyczkowego Opera Quartet  w składzie: Michał Lisiewicz - I skrzypce, Sławomir Talacha - II skrzypce, Elżbieta Porębska - altówka, Marta Ziarko-Wiśniewska - wiolonczela. 
Któż z nas nie pamięta przebojów, które ściskały serce przed laty i które nadal mają taką moc, że zapierają dech i słucha się ich z tym drżeniem, które porusza w człowieku najczulsze struny - "Odkryjemy miłość nieznaną" i "Jeszcze się tam żagiel bieli". Melodia, która porywa, autorstwa niezastąpionego Włodzimierza Korcza i słowa Wojciecha Młynarskiego, których się słucha i które się rozumie. Słowa wyśpiewane przez Alicję Majewską tym charakterystycznym głosem z chrypką, w której wykonaniu słychać łopot białych żagli i szum morza wyrzucającego gwałtownie fale na brzeg, na którym czekają samotnie kobiety... 
Piosenki w wykonaniu tej Artystki mają duszę. Każdą z nich słucha się z zamyśleniem i refleksją; obok żadnej nie da się przejść obojętnie. Sama Alicja Majewska wykonując te utwory z pasją, skłania publiczność do pochylenia się nad słowem i treścią, podsuwając pewne myśli, nasuwając refleksje i nie pozwalając prześliznąć się przez piosenkę, przytupując do rytmu; ale swoim magnetyzmem wciąga słuchacza w świat wartości, w którym można odnaleźć wszystko to, co leży u podstaw człowieczeństwa. 

"To nie sztuka wybudować nowy dom.
Sztuka sprawić, by miał w sobie duszę. 
Podków szczęścia nie wyrzuca się na złom,
nie wynosi się na śmietnik słów i wzruszeń. 
To nie sztuka wytrenować sobie mózg, 
sztuka sprawić, by rozumiał ludzi, 
by pozwolił nam się wsłuchać w deszczu plusk..." 

To nie sztuka skomponować przebój. Sztuką jest sprawić, aby ten utwór przetrwał pokolenia i wzruszał z taką samą siłą pomimo upływu lat i wbrew zmieniającej się rzeczywistości. Sztuką jest, by jego treść wciąż skłaniała do zamyślenia i poszukiwania w sobie tego, co najlepsze, a nie jedynie była zlepkiem powtarzających się wyrazów, które mają w sobie pustkę i miałkość. Sztuką jest z mądrością iść pod prąd i zachować w sobie wartości, które w dzisiejszych czasach są niemodne. I sztuką jest pozostać sobą, z piękną osobowością i wnętrzem, i z wielką skromnością, pomimo wielkiego nazwiska i popularności nie słabnącej od czterdziestu już lat. 

fot. wysokieobcasy.pl

Przy duecie A. Majewska - W. Korcz "przystaje dusza w codziennej pogoni", świat wokół pięknieje i "wszystko w poezję się zmienia", a dzięki temu, co razem wypracowali przez lata, słuchacz nabiera apetytu na życie i na kolejne płyty, bowiem jest świadomy, że na każdą z nich warto czekać! Warto, bo każdy utwór jest dopracowany, bo każde słowo ma sens, bo to, o czym śpiewa Alicja Majewska jest właśnie ponadczasowe i takie bliskie sercu człowieka. 

"Miłość jest jak cień człowieka
uciekasz - to cię goni, 
a kiedy ją gonisz - ucieka
jak cień, jak cień..." 

Miłość wyśpiewana przez Alicję Majewską jest uczuciem, a nie jedynie słowem rzucanym na wiatr, czy niedotrzymaną obietnicą. Jest prawdziwa, tak jak i prawdziwa jest Artystka budząca emocje, poruszająca najczulsze struny w duszy człowieka, i otulająca ciepłem - nie tylko głosu, ale i osobowości. Artystka śpiewająca o rzeczach oczywistych, a jednak tak często w życiu zaniedbywanych, lekceważonych. O bliskości i wyjściu człowieka do człowieka; o prostym zachwycie życiem, które przecież piękne jest; i o tym, że marzeniom powinno się wychodzić naprzeciw i że "najważniejsze, żeby znaleźć przyjaciela...". 
Teatr Stary w Lublinie, który był świadkiem tego niezapomnianego koncertu, swoją atmosferą i niepowtarzalnym klimatem dopełnił wieczoru, który na długo pozostanie w pamięci i sercach tych, którzy dziękowali Artystom owacjami na stojąco, chcąc podkreślić jak bardzo doceniają to, czym zostali obdarowani w słowie, muzyce, magnetyzującym głosie i oprawie kwartetu smyczkowego Opera Quartet, który był na tym koncercie jak szczypta dobrej przyprawy, dopełniająca smaku całości. 
Za te wszystkie emocje, poruszenie serca, ciepło i utwory, którymi Słuchacz się delektuje - nutka po nutce i słowo po słowie, serdecznie dziękuję - Pani Alicjo i Panie Włodzimierzu! I wierząc, że cierpliwość jest cnotą, będę wypatrywać jesieni i nowej płyty ze spokojem, płynącym z bliskich mi piosenek, które są dowodem na to, że prawdą jest iż "co nagle, to po diable", a doskonałość wymaga czasu i pochylenia się nad słowem, nutą i wykonaniem. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
  


niedziela, 21 lutego 2016

Wielkopostne rozważania z Marią Magdaleną

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Skąd w człowieku tyle okrucieństwa, Panie? Skąd tyle nienawiści? Wzgardy? Kim są ci wszyscy ludzie, którzy tak głośno krzyczą: "Ukrzyżuj!"? Gdzie się podziały te tłumy, które nauczałeś i które szły za Tobą, szukając nadziei i prawdy? Dlaczego tak niewielu z nich potrafiło ją przyjąć, a tak wielu zwróciło się przeciwko Tobie? 
Stajesz bezbronny, Panie, pośród tej masy, patrząc na wykrzywione nienawiścią twarze. Nie oceniasz ich i nie osądzasz. To oni osądzili Ciebie, wydając na śmierć krzyżową. Trzech sędziów, przed którymi Cię postawiono, wydało ten sam wyrok. Obrażona pycha Kajfasza, słabość i chwiejność Piłata, płytkość Heroda, żądnego jedynie rozrywki; wszystko to doprowadziło Cię, Panie, na Golgotę. Człowiek wydał sąd nad Bogiem, znieważając Go i oddając tym, którzy Go nie przyjęli i nie uwierzyli. 
Nie powiedziałeś ani jednego słowa, Panie. Nie próbowałeś z nimi dyskutować, ani się bronić. Wypełniłeś do końca wolę Ojca, poddając się temu, co dla Ciebie przygotowano. Przyjąłeś w milczeniu i z uniesioną głową to ich: "Ukrzyżuj!" i "Uwolnij Barabasza!". Bałeś się. Wiem, że się bałeś, Panie, bo Twoje ludzkie ciało odczuwało ból tak jak moje. Wiedziałeś, co Cię czeka i dokąd zaprowadzi Cię ta droga, która rozpoczęła się w tym miejscu skazania, a pomimo to, z ufnością zawierzyłeś wszystko Ojcu. 
"Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!" Łk 22, 42
I tylko patrząc na tych ludzi, których oczy zasłoniła czerwona mgła, a serca oplatał kolczasty drut, wyszeptałeś słowa, które już słyszałam od Ciebie: "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone." Łk 6, 37
Jakże często wydajemy niesprawiedliwe osądy? Jakże często dostrzegamy drzazgę w oku bliźniego, nie widząc belki w swoim? Oceniamy i skazujemy. Plujemy jadem i napełniamy się pogardą. Wytykamy innym błędy, samych siebie uważając za doskonałych. Nie potrafimy wybaczać. Nie potrafimy kochać za nic i pomimo. Nasze zaciśnięte pięści gotowe są na to, aby rzucić kamieniem, ale tak trudno je rozluźnić i wyciągnąć w geście pojednania. Ludzka pycha gubi człowieka, za którego Ty, Panie, oddałeś swoje życie. Za tego człowieka wziąłeś, Panie Jezu, krzyż na swoje ramiona, choć jego ciężar ranił Twoje umęczone biczowaniem ciało. Z Twoich ust nie padło ani jedno słowo skargi, a my nieustannie walczymy o swoje i wykłócamy się, broniąc siebie i swoich racji, nawet wówczas, kiedy się mylimy. Przymykamy oko na niesprawiedliwość i zachowujemy się jak tłum; jak masa, która poddaje się biernie, wybierając prawdy tego świata, bo te, które Ty głosiłeś, Panie, tak często są niewygodne. 
Stałam tam, na tym placu, Panie, z bólem w sercu i bezsilnością wpatrując się w tych, którzy Cię opuścili, tak szybko zapomnieli, poddali się masie. Stałam tam, wpatrzona w Twoje oblicze wiedząc, że pójdę za Tobą, choć bardzo się boję. W głębi siebie słyszałam Twoje słowa, którym uwierzyłam. Tak, jak uwierzyłam Tobie. "Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje." 
Mt 16,24.
Panie Jezu, jestem przy Tobie od początku tej drogi krzyżowej. Jestem przy Tobie bo wiem, że Ty nigdy mnie nie opuściłeś i nie osądziłeś. Szanując moją wolną wolę, zawsze dajesz mi wybór, którego Tobie nie dano. 
Proszę Cię, zachowaj mnie od pogardy drugim człowiekiem i od nienawiści, która zabija miłość. Zachowaj, Panie, moje serce od zatwardziałości, aby zawsze gotowe było objąć sobą nawet tych, którzy otoczyli samych siebie kolczastym pancerzem. Naucz mnie nie oceniać i nie wydawać osądów ani pochopnych wyroków. Naucz mnie nie krzywdzić. 
Twoja Maria Magdalena 

M. A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 



    

czwartek, 18 lutego 2016

Spotkanie autorskie w Raciborzu - informacja


Bardzo serdecznie zapraszam na jutrzejsze spotkanie autorskie w Raciborzu. 

Dzień: 19 lutego
Godzina: 18:00
Miejsce: Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna im. R. Kincla w Raciborzu, ul. Kasprowicza 12


niedziela, 14 lutego 2016

I Ślubuję Ci Miłość

Fot. Marcin Piotr Oleksa  


"Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy;
największa z nich jednak jest miłość." 1Kr 13,13

Gdy się pojawia, zmienia wszystko. Zmienia nas i postrzeganie świata, który robi się dużo przyjemniejszym miejscem niż dotychczas. Wywraca życie do góry nogami i sprawia, że łagodniejemy, nosząc w sobie szczęście. Miłość. Najpotężniejsze uczucie, którego nic nigdy nie pokona, bo to właśnie ona, Miłość, zbawiła świat, złożona wraz z życiem w ofierze odkupienia człowieka. 
Miłość. Zaczyna się od tajemnicy. Dwoje zupełnie sobie obcych ludzi z dwóch różnych opowieści, nagle odnajduje tę samą bajkę. I trudno wytłumaczyć jak to się dzieje, że to jedno spojrzenie, jeden szczególny uśmiech, przelotne muśnięcie dłonią, czy niby zwyczajne spotkanie, zmieniają wszystko. W ciągu jednej magicznej chwili świat wokół nabiera barw, dzień staje się tęsknotą, a przesuwające się godziny odliczają czas oczekiwania na bliskość, która się narodziła. Kiedy rodzi się miłość, dwoje ludzi wciąż jest siebie ciekawych. Stopniowe odkrywanie siebie i tego co w sobie nosimy, poznawanie codzienności drugiego człowieka, który głęboko zakorzenia się w naszej zwyczajności, nasycanie się swoją wzajemną obecnością, to wszystko jest jak smakowanie belgijskiej czekoladki, która zjedzona na raz - nie sprawia przyjemności. Podobnie jak miłość, która potrzebuje czasu na to, aby się narodzić. I jeśli ma być trwała, trzeba jej dać ten czas, aby dojrzewała, bo zbyt wcześnie zerwana - jedynie rozczaruje.

Miłość to więź, która jest między dwojgiem bliskich sobie ludzi

Trzepotanie serca, motyle w brzuchu, blask bijący od kobiety, która czuje się kochana, i duma mężczyzny, który został tą miłością obdarowany. Uczucie tak silne, że zmienia wszystko, a jednocześnie tak delikatne i wymagające nieustannej pielęgnacji. Czekamy na nią. Wypatrujemy jej i nosimy w sobie tęsknotę, jeśli w naszej życiowej wędrówce gdzieś ją przeoczyliśmy, albo jeszcze nie odnaleźliśmy. A kiedy uda nam się ją uchwycić, przyjąć i nią obdarować, marzymy o tym, by była na zawsze. 
Jako nastolatka byłam niepoprawną romantyczką (część niej wciąż we mnie tkwi). Czytając biblijne zdanie o miłości i o tym, że ona nigdy nie ustaje, marzyłam aby taka właśnie była moja miłość, ta wymarzona, wyczekana i wymodlona. Marzyłam o miłości, która nie zawiedzie i nie zrani; o takiej, do której biegnie się z radością po pracy i w której ramionach odchodzą smutki, a problemy dzieli się na pół. Marzyłam o miłości, która nie podnosi ręki i nie odwraca się plecami wtedy, gdy jej potrzebuję. O miłości, która wspiera i wierzy nawet wówczas, gdy mnie samej zabraknie tej wiary. O miłości, która ufa i rozumie, i która zawsze czeka z kolacją. O taką miłość prosiłam Tego, który jest Najlepszym Ojcem i zna wszystkie pragnienia i zamysły ludzkich serc. 
Zostałam wysłuchana i obdarowana miłością, za którą wzięłam odpowiedzialność. Pamiętam zimowy i mroźny dzień, kiedy z roziskrzonymi szczęściem oczami szepnęłam mojej najwierniejszej przyjaciółce: "Zakochałam się!". Do dziś noszę w sobie słowa, które mi wtedy powiedziała: "Nie skrzywdź go!". 
Minęło dwadzieścia dwa lata, a my wciąż uczymy się siebie na nowo, odkrywając z zaskoczeniem ile jeszcze o sobie nie wiemy. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania, niejednokrotnie zrzuca ogromne kłody tuż pod nogami, i częściej nam w tej codzienności pod górkę niż z górki, ale dzięki miłości, którą wzajemnie się obdarowaliśmy, i którą sobie ślubowaliśmy bez względu na to, co w naszym życiu się wydarzy, jesteśmy silniejsi wierząc, że dopóki sami jej nie zniszczymy, ona wciąż będzie żywa i obecna w naszym domu i rodzinie. 

Miłość odnaleziona dwadzieścia dwa lata temu...
    
Miłość to łaska i dar. Dar, który jest zobowiązaniem. Uczucie, które nie przetrwa, jeśli o nie nie zadbamy - wzajemnie troszcząc się o siebie, obdarowując każdego dnia dobrymi słowami i czułością, dzieląc się życiem i zdejmując z siebie nawzajem troski codzienności poprzez wsparcie i zapewnienie: Nie jesteś z tym sam! Nie jesteś z tym sama! 
Miłość to dialog, w czasie którego wyjaśniamy sobie to, co się popsuło albo gdzieś po drodze rozsypało, w którym mówimy o swoich potrzebach i oczekiwaniach, nadziejach i pragnieniach, ale i słuchamy uważnie, starając się zrozumieć współmałżonka i spojrzeć niejednokrotnie na siebie inaczej, jego lub jej oczami. Miłości, którą ślubujemy sobie wzajemnie nie dostajemy na chwilę. Dostajemy ją na całe wspólne życie. Na dni świąteczne i te zupełnie zwyczajne, na życiowe sztormy i burze, na dni słabości i noce zwątpienia. Wzajemnie jesteśmy za siebie odpowiedzialni, oboje w takim samym stopniu. Tracimy ją wpuszczając do domu przyzwyczajenie, obojętniejąc na najbliższą na świecie osobę, oczekując i nic nie dając w zamian, i za milczeniem chowając w sobie to, co uwiera, a o czym nie chcemy rozmawiać. Tracimy ją także wtedy, gdy tak się do niej przyzwyczajamy, że zupełnie przestajemy ją dostrzegać. Gubimy po drodze wzajemny szacunek, nie umiemy się już sobą zachwycać, wszystko nam powszednieje. każdy dzień staje się taki sam i nie wnosi niczego nowego, a my nie umiemy już dostrzec w osobie, z którą żyjemy tego lub tej, która kiedyś, może wcale nie tak dawno temu, była całym światem, jedynym, w którym chcieliśmy być. 

"Miłość nie odnawiana każdego dnia staje się przyzwyczajeniem, a z biegiem czasu niewolą."  Khali Gibran 

Życzę Ci miłości, która nie spowszednieje, i która każdego dnia na nowo będzie zaskakiwać i sprawiać, że w Twoich oczach do końca pozostanie ten blask, który Twoja miłość w nich rozpaliła lub dopiero rozpali.
Monika A. Oleksa 



Na deser zapraszam na ciekawą rozmowę przeprowadzoną ze mną przez Agnieszkę Krizel :) - ZAJRZYJ TUTAJ 

piątek, 12 lutego 2016

Powiedz mi, Anno, dlaczego?


Fot. Marcin Piotr Oleksa 


- Cześć. 
- Cześć. 
Dwa słowa, odbite o wyrównane gładzią ściany dużego domu, powróciły głuchym echem, a potem opadły, jak ptak z podciętymi skrzydłami. Dwa spojrzenia nawet o siebie nie zahaczyły, nie objęły się w czułym powitaniu, podobnie jak kobieta i mężczyzna, którzy wybudowali ten dom z miłości. Kiedyś potrafili jej dotknąć. Kiedyś pomogła im ułożyć życie na nowo. Teraz, w licznych pokojach dwupiętrowego domu, rozgościła się głównie pustka. I obojętność. 
Powiedz mi, Anno, dlaczego dwoje najbliższych sobie ludzi nie potrafi znaleźć w sobie ciepła i czułości do człowieka, który kiedyś przesłonił świat? Dlaczego zimno wciska się do każdego zakamarka, pomimo rozpalonego kominka z trzaskającym w ogniu drzewem, i przenika każdego, kto przekroczy próg tego miejsca? Powiedz mi, Anno, dlaczego ludzie tak bardzo nie doceniają daru miłości, traktując to uczucie jak złożony w banku depozyt? Raz otrzymany, schowany głęboko, aby nikt go nie odebrał. A przecież miłość to codzienność. Drobne gesty uprzejmości, nie tej wymuszonej i wyuczonej, ale wypływającej z potrzeby serca. Miłość to słowa. Najprostsze, ale zawierające w sobie to wszystko, czym dwoje ludzi zabiegających o siebie na początku związku, chce się obdarowywać.  
"Jak ci minął dzień, kochanie?", "Zmęczony?", "Myślałem dziś o tobie.", "Tęskniłam", "Proszę.", "Dziękuję.", "Przepraszam." 
Słowa, które łączą, umacniają, dają poczucie, że jesteśmy potrzebni i nadal wyjątkowi w życiu tego lub tej, którzy tę wyjątkowość w nas odkryli. Słowa budujące, nie niszczące, bo te są jak pociski. 
"Dlaczego znów jesteś tak późno?".
"Może w ogóle przeprowadzisz się do biura?".
"Znów zapomniałeś? Wiedziałam!".    
"Domyśl się. Nie wiesz?". 
Drobne szpileczki, które najpierw wbijają się głęboko, a potem, jak zadawnione drzazgi, odbijają się ukrytym bólem, nie pozwalającym o sobie zapomnieć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Powiedz mi, Anno, dlaczego ludzie nie potrafią odnaleźć szczęścia w tym, co mają, tylko rozglądają się dookoła, oczekując zupełnie czegoś innego? Dlaczego ignorują się wzajemnie oziębłością, milczeniem i przyzwyczajeniem? Dlaczego nie potrafią ze sobą rozmawiać, wymieniając się jedynie informacjami, a w kłótni trzaskają drzwiami i uciekają przed niewygodnymi tematami, zamiast poszukać w sobie odpowiedzi, co można wspólnie zrobić, aby do domu powrócił ogień, od którego wszystko się zaczęło? Dlaczego tak łatwo zapominają o odpowiedzialności za miłość, która wymaga uwagi i pielęgnacji, bo jest jak najdelikatniejszy kwiat - zaniedbana, umiera. 
Dlaczego patrząc na siebie po wielu latach wspólnego bycia razem, potrafimy dostrzec niedoskonałości partnera i wymienić jednym tchem jego wady i zaniedbania, a tak trudno nam zauważyć to, co wciąż powinno zachwycać? Kolor oczu, w które kiedyś mogliśmy się wpatrywać z czułością i niewypowiedzianymi słowami podawanymi niemal jak na dłoni w tym spojrzeniu, a teraz omijane obojętnie wzrokiem, bo zapomnieliśmy o czułości. Dłonie, które obdarowywały ciepłem, a teraz przypadkowo dotykają nas w przelocie lub odszukują w ciemności nocy, ale już bez tej pasji, która była tak mocno obecna, a później gdzieś się zagubiła. Głos, na dźwięk którego serce przyspieszało, a na który zobojętnieliśmy. Wymiana mojego "ja" na "ty", aby oba stały się jednym. Drobiazgi, które łączą i przyzwyczajenie, które zaczyna dzielić. A w tym wszystkim pustka, która dotyka nie tylko coraz bardziej oddalających się od siebie ludzi, ale i rodzinę. Jak w takiej pustce i obojętności wobec siebie, wychować, Anno, dzieci tak, aby kiedyś potrafiły kochać, rozumiejąc czym jest to słowo - zobowiązanie? Jak nauczyć troski o drugą osobę, skoro nie umiemy tego zrobić przykładem? 
"Zjesz coś?".
"Jadłem na mieście.". 
"Odbierzesz jutro Czarka.".
 "Przecież wiesz, że nie mogę.".
"Czy pomyślałeś kiedykolwiek o mnie?". 
"Uważasz, że tylko twoja praca jest najważniejsza?". 
Dlaczego, Anno, ludzie czynią wrogiem tych, którym obiecywali miłość? Dlaczego w związku szukają swego, odpłacając "jak ty mnie, tak i ja tobie"? Dlaczego się wzajemnie oszukują, i co gorsze, oszukują samych siebie, trwając w iluzji, że tak właśnie wygląda życie? Gdzie w tym wszystkim dar, który otrzymali na dobrą, wspólną drogę? Gdzie w tym wszystkim miłość, o której wstydzimy się rozmawiać? 
Powiedz mi, Anno, dlaczego tak szybko zapominamy...?
Monika A. Oleksa       

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 9 lutego 2016

Potrzeba zachwytu

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Kilka dni temu usłyszałam słowa wypowiedziane w audycji radiowej przez Sławę Przybylską. Piosenkarka, bardzo dojrzała wiekowo i życiowo, powiedziała, że wydaje jej się, iż właśnie potrzeba zachwytu trzyma ją tak długo przy życiu, bo ona wciąż się tym życiem zachwyca, bez względu na wszystko co przynosi. Pomyślałam sobie wtedy, że wielu z nas tak ma - potrzebę zachwytu i otaczania się pięknem, często niepozornym, zamkniętym w szczegółach, oraz ludźmi pięknymi wewnętrznie, noszącymi w sobie światło. Dzięki tej potrzebie zachwycania się życiem artyści od wieków sięgali po pióra, pędzle, płótna i inne narzędzia pracy twórczej, aby utrwalić moment i zobrazować uczucia nagromadzone pod wpływem chwili, spotkania, zachwycenia. Ich ponadczasowe dzieła podziwiamy współcześnie, mogąc w sposób niemal magicznego przeniesienia w czasie odczuć dokładnie te same emocje, które kłębiły się w twórcy, i zobaczyć tę samą zatrzymaną chwilę. 
Lubimy uczucie zachwytu, bo jest czymś ponad zwyczajnością i przeciętnością, często jednak lekceważymy na pozór niczym nie wyróżniające się szczegóły codzienności, przechodząc obok nich obojętnie. Często wydaje nam się też, że zachwyt powinien być zarezerwowany jedynie dla jakichś widowiskowych krajobrazów, ponadprzeciętnych umiejętności, wybitnych dzieł, ludzi o olśniewającej urodzie, czy dla sztuki, która jest arcydziełem. A przecież tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi, ale o prosty zachwyt życiem, które jest cudem istnienia. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Lubię wyglądać przez okno swojej kuchni, spoglądając ponad zazdrostkami na migawki zwyczajności toczącego się swoim rytmem dnia. Zaczynam od przywitania uśmiechem lśniących atramentową czernią gawronów, które przysiadają jak nastroszone kule na nagich gałęziach rosnącego przed moim oknem drzewa, albo dostojnie kroczą po trawniku, ignorując zupełnie plączące się między nimi kawki i trzymające się na uboczu gołębie. Te czarne ptaki są częścią mojej codzienności. Przyzwyczaiłam się do nich, i choć nie są rozkrzyczanymi mewami, które kocham i które czekają na mnie w Dąbkach, umiem dostrzec ich piękno wpisane w zimowy krajobraz i umiem je docenić. 
Podobnie mam z drzewami. Podziwiam je nie tylko w ukwieconych sukienkach czy w zielonej koronie liści, ale zachwycają mnie również swoją nagością, pośród której jestem w stanie dostrzec delikatne gałązki, kojarzące mi się z koronkowym splotem. Wiosenne drzewo nie ma w sobie tej magii, którą ja odkrywam w zimowym - nagim, a jednak wciąż pełnym majestatu. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czy zauważyłaś, że dostrzegając w codzienności drobiazgi i przystając przy nich w zachwyceniu, nasze życie pięknieje? I nawet wtedy, gdy jego trud zaczyna nas przerastać, prosty zachwyt nad szczegółem, z pozoru niepozornym, pomaga zachować równowagę i nie poddać się do końca przygnębieniu, tylko uwierzyć, że z każdego tunelu, nawet najdłuższego, zawsze jest wyjście, a najgorsze co możemy zrobić, to zatrzymać się w środku, widząc dookoła siebie jedynie ciemność. 
Dzięki potrzebie zachwytu szaro-bure dni, zawieszone gdzieś pomiędzy zimą a przedwiośniem, stają się równie cennymi podarunkami jak te lipcowe czy majowe. Wyszukując w nich to, co piękne i przynoszące radość, sami siebie obdarowujemy najcenniej - pięknem życia i uchwyconym w dłonie szczęściem, dostrzeżonym właśnie w tych drobiazgach codzienności. 
Potrzeba zachwytu, wpisana w naturę człowieka, to także wrażliwość na muzykę i obraz. "Pieśnią gruzińską" z najnowszej płyty Sławy Przybylskiej - "Mój Okudżawa", mocno się zachwyciłam, dzielę się więc nią z Tobą, podobnie jak zdjęciami mojego męża, które zatrzymały chwilę, jedną z wielu, każdą wyjątkową. Jeśli i Ciebie zachwyciły, proszę o oddanie głosu przez jeden klik, na który Marcin naprawdę zasłużył swoją wrażliwością i potrzebą dzielenia się zatrzymanymi chwilami z każdym, kto tutaj zagląda, nie zachowując ich dla siebie. Jeden KLIK na każdy z podanych linków, i drugi KLIK na: Zagłosuj.   Za każdy serdecznie dziękujemy! 
Monika A. Oleksa  i Marcin Piotr Oleksa 



Fot. Marcin Piotr Oleksa 





piątek, 5 lutego 2016

Odczaruj Listopad! - Warsztaty Literackie



"Listopad - liść i padać.
Dużo liści, często pada. 
Nie lubię listopada." 
Julia Surowiec, Gimnazjum nr 9, im. cc mjra Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora" w Lublinie 

Większość tak ma. Na sam dźwięk słowa "listopad" czuje przechodzące po plecach ciarki, i najlepiej przespałaby ten miesiąc, zapominając, że on w ogóle istnieje. Ja lubię na przekór. Kocham jesień, październik to mój ulubiony miesiąc w roku, a listopad zupełnie mi nie przeszkadza - nawet jak jest dużo liści i często pada:)
W listopadzie spotkałam się z młodzieżą 9 gimnazjum im. cc mjra Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora" w Lublinie, na rozmowie o słowach, które mają moc. Poprosiłam wtedy o odczarowanie tego miesiąca, którego prawie nikt nie lubi, sama będąc ciekawą jak to zrobią. Prace młodzieży zaskoczyły mnie pomysłowością, barwnością formy i środków literackich, dość dobrym stylem i różnorodnością. Z prawdziwą przyjemnością wczytywałam się w metody zaczarowania najbardziej nostalgicznego miesiąca w roku, trafiając na prawdziwe perełki, które zostały zaproszone na warsztaty literackie, poprowadzone przeze mnie, z ogromną pomocą pani Małgorzaty Łopuszyńskiej-Ratyny, której serdecznie dziękuję za wsparcie i dopilnowanie szczegółów. 



Tematem przewodnim warsztatów była "Opowieść o dwunastu miesiącach", które poprowadziły nas przez cały rok, układając magiczną opowieść i dając młodzieży możliwość pobawić się słowem, oszlifować go i zajrzeć wgłąb siebie, wydobywając zdania, które zaskakiwały. Miesiące, od których nagle zrobiło się tłoczno w niewielkiej, ale bardzo przytulnej czytelni, przybrały realną postać ludzi i pozwoliły nam się zobaczyć poprzez słowa wyczarowane przez młodzież gimnazjalną. Nie tylko stały się barwną opowieścią o zmieniających się porach roku, ale pozwoliły nam również zobaczyć, że wszystko można zwizualizować, także marzenia. Najpierw każdy z nas zobaczył je za zamkniętymi powiekami, zaglądając w swoje pragnienia poukrywane głęboko; następnym krokiem było zapisanie ich słowem-symbolem, które ma towarzyszyć tym młodym ludziom, przypominając im, aby nigdy nie zakopali swoich marzeń, ale wierzyli mocno w to, że któregoś dnia zostaną one spełnione. Bo tak naprawdę wiele zależy od nas i od tego, jak pokierujemy swoim życiem i jakich wyborów dokonamy. 

Fot. Małgorzata Ratyna 
Przez warsztaty literackie poprowadziły nas miesiące

Każde spotkanie z młodzieżą daje ogromną dawkę dobrej energii!

Młodzież, z którą się spotkałam na warsztatach literackich, zaskoczyła mnie swoją dojrzałością przemyśleń, głębią słowa, niebanalnością spostrzeżeń i kreatywnością. Nikt nie siedział nad pustą kartką, zastanawiając się co napisać i jak wykonać zadanie, o które poprosiłam. Co więcej, młodzi ludzie bardzo szybko nawiązali ze sobą dobry kontakt i podjęli współpracę, pomimo tego, że nie wszyscy się znali. Patrzyłam na nich z prawdziwą przyjemnością, chłonąc każde słowo i starając się zamknąć w sobie jak najwięcej dobrych emocji i energii, którą mogłam od nich czerpać. 
" Październik ubrany jest w długi, ciemnożółty płaszcz i czerwone kalosze. W ręce trzyma kolorową parasolkę. Lubi chodzić w deszczu, zbierać opadające liście z drzew i tworzyć z nich bukiety. Na twarzy ma często smutny wyraz, ale to tylko pozory, bo Październik, tak naprawdę, jest cały uśmiechnięty." 
Aleksandra Kuchta, 9 Gimnazjum w Lublinie

"Lipiec to chłopak, który przyniósł słońce, ciepły wiatr i długie dni. On nie przejmuje się czasem i problemami, woli stanąć, zamknąć oczy, poczuć ciepły otulający go wiatr, ciepły piasek pod stopami i szum wody. Może tak stać cały dzień i całą noc. Lubi cieszyć się takimi chwilami." 
Natalka Połyńczuk, 9 Gimnazjum w Lublinie

"Czerwiec, dziewczyna z włosami upiętymi w dwa kucyki. Kapelusik na głowie, sukienka w kwiaty i pantofelki. Z uśmiechem bawiąca się na placu zabaw."
Małgosia Borkowska, 9 Gimnazjum w Lublinie

Dwie godziny intensywnej pracy twórczej... 
... nie było łatwo, ale młodzież stanęła na wysokości zadania


Przy ostatnim zadaniu na skojarzenia młodzież zaskoczyła mnie najbardziej, udowadniając, że bardzo szybko zrozumieli, czego w czasie tych warsztatów od nich oczekiwałam i naprawdę stanęli na wysokości zadania. Banalne słowa: "ołówek", "szuflada", "półka", oddały słowa zwrotne: "zapisane wspomnienia", "coś ukrytego", "podpora". Słuchałam ich jak urzeczona. I chłonęłam z prawdziwą radością wiedząc, że warsztaty słowa nie były zmarnowanym czasem, i że dzięki temu spotkaniu wzajemnie wymieniliśmy między sobą doświadczenie i świeżość pomysłów, które są jak biały, puszysty śnieg, jeszcze niczym nie skażony. Niesamowity czas z młodzieżą, której bardzo dziękuję za to, że miałam możliwość wspólnej pracy i spotkania, z którego wyszłam z ogromną dawką pozytywnej energii i wiary w te młode umysły, które wszystko mogą, jeśli tylko dostatecznie mocno będą w to wierzyć. 




Serdecznie dziękuję Pani Dyrektor Gimnazjum nr 9 w Lublinie, Urszuli Sławek za dotychczasową, myślę że owocną, współpracę i za możliwość rozpalania tych młodych talentów, które odkryłam, oraz za wiarę, że o dobrym słowie warto rozmawiać, bo ono naprawdę ma moc przemiany życia. Pani Małgorzacie Ratynie z serca dziękuję za życzliwość, zaproszenie mnie do szkoły, za wsparcie i monitorowanie listopadowego konkursu, oraz za to, że wkładając w swoją pracę serce, stara się pokazać młodzieży niesamowity świat książek, które bynajmniej nie są nudą, ale otwartą dla każdego bramą do przygody życia, która doprowadzić może naprawdę daleko, do spełnionych marzeń. 
Monika A. Oleksa 




"Blada kobieta siedziała w saniach zaprzężonych w renifery. Na głowie miała dość postawną koronę, a jej usta były prawie tak niebieskie jak jej włosy. Wydawałoby się, że jest chora lub zmarznięta, lecz jej oczy w kolorze stalowego błękitu nieba, skrywały nienawiść i gniew. Pędziła, a jej biała suknia ze srebrną koronką powiewała na wietrze." 
Agata Gajdziel, 9 Gimnazjum w Lublinie

"Sierpień to miłośnik snu, zabawy, wypoczynku nad brzegiem jeziora, na plaży, w basenie. Sierpień kocha jazdę na rowerze i na rolkach, pływanie, bieganie, wieczorne spacery. Sierpień uwielbia barwne sukienki. Jest spragniony wolności, spokoju, swobody, zabawy, bo wie, że zaraz zastąpi go inny miesiąc, pełen obowiązków i stresów. Chce wykorzystać swój czas, jaki jest mu dany, jak najlepiej. Nie marnuje ani minuty." 
Daria Pitek, 9 Gimnazjum w Lublinie

"Słońce przebiło się przez kwitnącą jabłoń docierając do mojego pokoju. Ciepłe światło sprawiło, że pierwszy raz od roku miałam ochotę wyjść z łóżka. Wstałam, ale nie poszłam się ubrać. Jedyne na co miałam ochotę to podejść do okna i odetchnąć zapachem wiosny. I tak zrobiłam. Uderzył mnie pierwszy podmuch ciepłego powietrza, przepełniony zapachem kwiatów, liści, drzew. Zapach najpiękniejszych perfum maja. Po woni dotarły do mnie dźwięki. Piękna symfonia ptasich śpiewów, zagłuszająca daleki uliczny gwar. Wiosna dotarła do mnie i ogarnęła wszystkie moje zmysły." 
Aleksandra Kubicka, 9 Gimnazjum w Lublinie 




wtorek, 2 lutego 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Parnaz Foroutan "Dziewczyna z ogrodu"

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Wyobraź sobie, że za twoim oknem nie ma dziś pozimia ani przedwiośnia, najwilgotniejszej i najbrzydszej z pór roku, która oferuje jedynie brunatność i ogołocenie. Wyobraź sobie, że zerkając przez okienną szybę, widzisz ogród w pełnym rozkwicie. Zapach rosnących w nim wiciokrzewów i jaśminów przyprawia o zawrót głowy, figowiec ugina się pod ciężarem owoców, gałęzie nabrzmiałej i brzemiennej jabłoni niemal dotykają ziemi, a drzewko pomarańczowe rodzi przez cały rok. Ziemię okrywają pnącza mięty i obsypane kwiatami nasturcje, a w dużych glinianych donicach wschodzi geranium. Rośnie tam również drzewo granatu i róże. Ogród, na który patrzysz, pełen jest kwitnących róż: żółtych, różowych, o luźnych liściach, o płatkach w czerwono-białe paseczki, o ostrym zapachu i bezzapachowe, na długich gałęziach i niskich. Ten ogród należy do pewnej kobiety. Nazywa się Mahbube Malakuti. Jej imię oznacza "najukochańsza", a nazwisko "przez niebiosa". 
To właśnie ona, dziewczyna z ogrodu, a dziś już starsza kobieta, prowadzi nas przez historię żydowskich kobiet, mieszkających w Iranie w drugiej połowie XX, pokazując ich świat, w którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce, i w którym od lat utrwalone reguły porządkują skomplikowany wzór ludzkich zachowań i podporządkowane im uczucia. 
Mahbube kocha swój ogród, ale w głębi serca czuje, że to miejsce nie należy do niej, tak jak i ona nie należy do niego. 

"To nie dom. To miejsce, które wymazuje całą pamięć o przeszłości."

A jednak ta przeszłość wraca do niej, napływając falami i przynosząc ze sobą twarze. Rachel i Chorszid. Dwie młode dziewczyny, poślubione dwóm braciom Malakuti, szwagierki i w pewnym sensie przyjaciółki, choć Rachel nie lubi opowiadać o przeszłości i wielokrotnie pytana przez młodziutką Mahbube: "Jak umarła moja matka?", odpowiada krótko: "Umarła z żalu." 
Mahbube nie pamięta twarzy matki, za to bardzo wyraźnie przypomina sobie Rachel, jej surowość i szorstkość, pod którą ukryta była wielka tragedia młodej dziewczyny, a potem już dojrzałej kobiety. 

"A co było źródłem tego żalu?"
"Skąd mam to wiedzieć? Dlaczego mnie o to pytasz?"
"Bo ty tam przecież byłaś."
"Czy myślisz, że mogłam wtedy cokolwiek zrobić? Miałam akurat taki sam wybór, jak ona..."

Powracająca we wspomnieniach Mahbube Rachel, pokazuje nam historię dwóch braci - Aszera, jej małżonka, i Ibrahima; Żydów mieszkających w Kermanszahu, w Iranie; dwóch wykształconych i zamożnych mężczyzn, których najważniejszym życiowym powołaniem było pozostawić po sobie syna. Młoda żona Ibrahima, Chorszid, oczekuje dziecka, dając całej rodzinie nadzieję na potomka, który przejmie owoce i plony pracy swojego ojca. Brzemienna Chorszid jest radością nie tylko dla Ibrahima, który w jej stanie odczytuje Bożą łaskę i błogosławieństwo, ale i dla teściowej Zolechy, która z ogromną mądrością samotnie wychowywała swoich synów po śmierci męża. Wśród tej radości oczekiwania na narodziny dziecka Chorszid i Ibrahima, jest również nadzieja Aszera i zazdrość Rachel, która pomimo upływu trzech lat od poślubienia starszego z braci Malakuti, wciąż nie może zajść w ciążę. 

"Panie, daj mi dziecko - szeptała w stronę ciemnej wody. - Proszę, daj mi dziecko. Syna, Panie. Tylko syna, tak żeby mąż był ze mnie zadowolony. Tak, żebym zawsze miała miejsce w jego domu. Błagam, Panie, ja muszę mieć dziecko!" 

Za wysokim murem pięknego domu, z ogrodem dużo piękniejszym niż ten, który widzi przez okno Mahbube, obok radości i nadziei zamieszkał niepokój, żal, a potem rozgoryczenie. Zmieniające się pory roku nie przynoszą Rachel nic, z wyjątkiem upokorzenia, kiedy zniecierpliwiony brakiem dziecka Aszer, bierze sobie drugą żonę, starszą od Rachel Kokab; kobietę z własną tragedią, która ma stać się spełnionym pragnieniem, początkiem i końcem, dopełniającym zamierzony przez Aszera plan i zaspokojeniem jego wieloletniej namiętności, o której wie tylko on sam. 

"Samotność to uczucie, którego można dotknąć. To obecność nieobecności." 

Kilka dni przed swoim ślubem z Rachel, Aszer zobaczył kobietę. Była to młoda żona jego kuzyna, Kokab. Patrząc na stojącą w fontannie, przyłapaną w chwili samotności kobietę, Aszer nie może się poruszyć. Od tej jednej chwili wie, że oddałby wszystko - bogactwo, przyszłość swojego potomstwa, cześć własnego nazwiska  - za możliwość posiadania tej kobiety, której nie wolno mu było tknąć. Od tego momentu Kokab stała się niezaspokojonym pragnieniem, pozbawiając Rachel już na starcie miłości męża, i spychając ją do jednej funkcji - przyszłej matki upragnionego przez Aszera dziecka. 

"Jutro wieczorem w moich ramionach znajdzie się nagie ciało Rachel... ale nie tamtej, przez którą drżę, której spojrzenie skradło mi duszę..." 

Nie odzyskał tej duszy nawet wówczas, gdy sprowadził do domu Kokab. Przybyła pod koniec zimy, zwiastując nadejście nowego. Mówiono, że kiedy się pojawiła, Aszer Malakuti jakby na nowo zbudził się do życia. Coś się w nim otworzyło, zmienił się. 
A Rachel? Odsunięta przez męża, upokorzona, zraniona i pozbawiona jego zainteresowania, pusta jak wydrążony owoc i zagrożona utratą swojej pozycji w jedynym domu, poza którym nie miała już żadnego innego. Co musiała przeżywać ta zraniona i zdradzona przez najbliższych dziewczyna, która całą winę za pojawienie się Kokab wzięła na siebie, wyrzucając sobie sprawiony mężowi zawód i bezdzietność, która - według reguł tamtejszego prawa, stawiała ją na najniższej pozycji. Czuła się bezwartościowa, pusta, naznaczona. Nie było w niej nic oprócz żalu do Boga i świata; nic oprócz zazdrości, gdy patrzyła na szczęśliwą Chorszid, kołyszącą swojego synka w ramionach i nucącą mu cichutko; oraz pustki, której nikt nie był w stanie zapełnić. 

"Mamy tylko tyle czasu na żal, na ile sobie możemy pozwolić."

Żal trawiący Rachel niszczy ją samą i wszystkich dookoła. Pomimo młodego wieku, gorzknieje, czując się staruszką, której już nic nie pozostało, oprócz rozpamiętywania. 

"Czas to balsam na bolące serce." 

Ten czas nie jest w stanie uleczyć Rachel. Zbyt wiele w niej złych emocji, zbyt wiele nienawiści, którą kieruje nawet w stronę jedynego sprzymierzeńca - Chorszid, nie będąc w stanie znieść szczęścia młodej matki. 

"Jeśli tam jesteś, jeżeli mnie słyszysz... - mówiła to ochrypłym szeptem, raczej rozkazując, niż błagając. - Zapewnij mi syna. Mówią, że Ty czynisz cuda. Proszę Cię tylko o jedno. Tylko o to jedno w życiu Cię poproszę!". 

"Bóg nie odbiera niczego, jeśli nie daje czegoś w zamian.". Bóg spełnił pragnienie serca Rachel i dał jej syna. Uczynił ją matką i kobietą, która zasłużyła na szacunek męża, będąc dla niego mądrością i podporą do starości. 
Co się stało z Kokab? Dlaczego śmierć Chorszid okryto taką tajemnicą przed jej córką, Mahbube, i nikt nie chciał o tym rozmawiać? Czym była micwa, akt współczucia i dobry uczynek, który wpłynął na życie obu braci Malakuti? 
Parnaz Forountan w swojej książce "Dziewczyna z ogrodu", odsłania przed nami wszystkie niedopowiedziane tajemnice, doskonale opisując codzienne życie w Iranie na początku drugiej połowy ubiegłego wieku. Czytelnik z wypiekami na twarzy przekręca kartki powieści, od której naprawdę ciężko się oderwać, choć książka wymaga chwil zatrzymania i przemyśleń, do których skłania. Emocje obecne na zapisanych stronach stają się tak wyraźne, że pomimo spokojnego przekazu rodzinnej historii, narasta w nas napięcie, niezgoda i pytania, na które trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Ostatnie zdania pozostawiają niedosyt, i jeszcze długo nie dają o sobie zapomnieć sprawiając, że historia Rachel staje się  bliska, pomimo odmienności kulturowej i różnicy czasowej. 
Czytając "Dziewczynę z ogrodu" czułam podobny klimat, jak w czasie lektury "Czerwonego namiotu" - KLIK - ZAJRZYJ, zafascynowana zarówno słowem, jak i treścią mądrej opowieści opartej na faktach, którą bardzo gorąco polecam szczególnie kobietom, zapewniając, że ta książka nie rozczaruje, lecz ubogaci." 
Monika A. Oleksa 

Za możliwość przeczytania książki i za namówienie mnie na jej lekturę dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu


Fot. Marcin Piotr Oleksa