czwartek, 25 lutego 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc.41

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Bogusia siedziała przy przedpołudniowej kawie, z pewnym niepokojem zerkając w stronę zamkniętych drzwi małego pokoju. Dochodziła dwunasta, a Kornelia nie dawała znaku życia. Bogusia zastanawiała się, czy wypada jej po prostu zapukać i sprawdzić, czy z kuzynką wszystko jest w porządku, czy też pozwolić jej się wyspać skoro tego potrzebowała. Szczerze mówiąc, cieszyły ją te spokojne, poranne godziny, które mogła spędzić w ciszy. Złapała się na tym, że aby nie wybudzać kuzynki zbyt wcześnie i uniknąć jak najdłużej jej męczącego towarzystwa, nie włączała nawet radia i zachowywała się dokładnie jak wtedy, gdy maleńkiej Nataszy udało się zasnąć, a Bogusia chciała po prostu odetchnąć. 
Kilka dni z Kornelią wystarczyły, aby przestawić życie Bogusi do góry nogami. Kornelia chciała być wszędzie na raz, przy czym wizja Polski z jaką przyjechała, zupełnie odbiegała od rzeczywistości. 
- Tu jeszt żbyt nowocześnie! Budynki że szkła, ogromne czentra handlowe i szklepy jak z Fifth Avenue. I pełno szamochodów pędżączych tak, jak w Amerycze! 
- A czego ty się niby spodziewałaś? - obruszyła się Bogusia. - Brukowanych ulic, kurnych chatek i wozów drabiniastych? Jesteś w Europie, moja droga, a Polska to kraj rozwinięty. 
- Ale ja chczałam żobaczyć te kamienyczki, o których opowiadała moja mamusza, i kwitnącze szady za krytymi gontem domamy, z malwamy rosznącymi pod oknamy i pachnączą maciejką... 
- Ta maciejka i kwitnące sady to nie ta pora roku - sarkastycznie zauważyła Bogusia. - Zachowujesz się, moja droga, zupełnie tak jak Szopen wspominający z nostalgią płaczące wierzby. Powinnaś się cieszyć, kuzynko, że idziemy z postępem, i że ta cała twoja Ameryka nie jest już dla nas niedoścignionym snem dla wybranych. - Ależ ja szę cieszę, kochana kużynko, naprawdę, bardżo szę cieszę, tylko że ja przyjechałam tutaj dotknącz korzeny, rożumiesz? Brakuje my polskoszczi, takiej, jaką pamiętam z dżeczynstwa. 
- To trzeba było tu zostać i nasiąkać nią przez te lata, a nie uciekać na drugi koniec świata w pogoni nie wiadomo za czym. - Bogusia zawsze mówiła to, co myślała, i nie zamierzała się zmieniać nawet z grzeczności dla kuzynki. 
Na taki argument Kornelia zamilkła urażona i nie odezwała się już cały wieczór, a teraz nie dawała znaku życia za zamkniętymi drzwiami, co coraz bardziej zaczynało niepokoić Bogusię, dlatego postanowiła jednak włączyć radio i przy dźwiękach Radiowej Jedynki wypić kawę z nadzieją, że Kornelia w końcu wyjdzie z pokoju. 

Lublin w obiektywie Michała A. Oleksa  z okna samochodu

Dwie godziny później radosna jak skowronek Kornelia przymierzała piąte już futro, nie mogąc zdecydować się pomiędzy norkami a karakułami. Pani Krysia z salonu futrzarskiego "Krystyna", donosiła nowe modele, a jedyny mężczyzna w tym salonie, pan Sławcio, doradzał, patrząc fachowym okiem na wymagającą, ale obiecującą klientkę. 
Bogusia siedziała w wygodnym fotelu, obserwując Kornelię. Po wczorajszej, wieczornej rozmowie kuzynka była dziś jakby mniej krzykliwa, a nawet wyciszona. Gdy pojawiła się w kuchni, jeszcze z opaską na oczach i rozczochranymi snem włosami, zawiadomiła Bogusię, że zamierza dziś pojechać na zakupy, a konkretnie potrzebuje futra i nowych kapeluszy. 
- Popatrz - pokazała małe, czarno-białe zdjęcie, na które Bogusia patrzyła ze wzruszeniem. Kiedyś nawet zdjęcia były małym dziełem sztuki. To nie był jedynie zwykły prostokąt, ale ozdobiony drobnymi ząbkami obrazek, przedstawiający dwie eleganckie damy, obie w długich futrzanych płaszczach z rozłożystymi kołnierzami i w twarzowych kapeluszach, stojące przed cukiernią "Chmielewski" i uśmiechające się do obiektywu.
- Pożnajesz? To moja i twoja mamusza. Siostrzyczky. Obieczałam szobie, że nigdy nie żapomnę o tym, jaka była i czego w życzu chczała mnie nauczyć moja mamusza. Chczę, żebyśmy zrobiły szobie podobne żdjęcze, ale potrzebuję futra i przynajmniej dwóch kapeluszy. 
Spełniając więc jedno z marzeń kuzynki, siedziała teraz w salonie "Krystyna" i cierpliwie czekała, aż Kornelia się zdecyduje i wybierze to jedno futro, które zostanie utrwalone wraz z nią dla potomnych. Cieszyła się również, że cukiernia i kawiarnia "Chmielewski" nadal istnieje i funkcjonuje, bo kuzynka niechybnie poleciłaby jej znalezienie podobnej scenerii jak na prezentowanym zdjęciu, przy czym spełnianie oczekiwań Kornelii nie należało do rzeczy łatwych i stawiało przed Bogusią nie lada wyzwanie. 
- Bogusza, jaka jeszt twoja opinia? - Kornelia wyrwała Bogusię z zamyślenia, okręcając się przed nią w długim płaszczu o dość niespotykanym kolorze rudości, a konkretnie rdzy. 
- Uważam, że jak płaszcz, to zdecydowanie norki, a ten po prostu jest jak z bajki. 
- Kużynka żdeczydowała, biorę. 
- Rozumiem, że wychodzi pani z salonu w tym? - Pan Sławcio wskazał na zawieszone na ramionach Kornelii futro. 
- Dokładne tak, pane Sławku, dokładne tak. Muszę dopaszowacz kapelusz, więcz muszę miecz to na szobie. Moją kurtkę proszę żapakowacz.  Jak my sze teraz z tym zabierzemy? Bogusza, dlaczego ty nie masz szamochodu?
-  Bo emerytów w Polsce nie stać ani na benzynę, ani na utrzymanie auta. Wszystko na leki wydają. Dlatego! - Odpowiedziała Bogusia, czując powracającą irytację do kuzynki i jej typowo amerykańskiego sposobu myślenia. - A do sklepu z kapeluszami nie jest daleko. Pójdziemy pieszo. 
- Pieszo? - Kornelia była tak zaskoczona propozycją Bogusi, jakby ta zaproponowała jej zjeść ślimaka na surowo. - W Amerycze nikt nie chodzi pieszo! 
- A w Polsce chodzimy! I w kolejce do taniej apteki stoimy, pomimo tego, że obok jest apteka zupełnie pusta, ale nietania. Komunizm nauczył nas rozsądku i oszczędności. 
- Czo ty tak, Bogusza, cały czasz z tą apteką? Chora jeszteś? 
- A widziałaś kiedyś zdrowego emeryta? W Polsce takich nie ma. Ustrój, bez względu na to jaki jest, wykańcza nawet najbardziej zdrowego człowieka. 
- No widżę! - zagrzmiała Kornelia. - Szczególnie nerwowo! Melisę szobie musisz w tej aptece kupicz, bo sztrasznie nerwowa jeszteś, Bogusza. Chodż kużynko. Płaczymy i pójdziemy pieszo po kapelusze, szkoro to niedaleko. 
- Ciastko u "Chmielewskiego" zjemy przy okazji. Od czasu do czasu na to jeszcze mnie stać - mruknęła Bogusia wstając z wygodnego fotela i zmierzając za kuzynką, która z werwą ruszyła przed siebie, maszerując w górę ulicy Świętoduskiej i chłonąc atmosferę Lublina, który wśród zachowanych w swoich murach wspomnień, pamiętał inne zimy i inne kobiety, o których opowiadał cichutko swoje historie tym, którzy chcieli się w nie wsłuchać... cdn...
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

   

3 komentarze:

  1. Wyśmienite:) Scena wyborna i filmowa, a przede wszystkim wprawiająca w świetny nastrój, jestem fanką Bogusi:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda że nie spotkałam Bogusi z kuzynką, jak plątałam się po lubelskich galeriach :) chętnie bym z nimi kawkę wypiła :)

    OdpowiedzUsuń