czwartek, 28 kwietnia 2016

Monika A. Oleksa "Niebo w kruszonce" - zapowiedź premiery!



Natarczywy dźwięk budzika wdarł się w uśpioną jeszcze ciszę budzącego się powoli dnia. Bez patrzenia na wskazówki zegara Renata wiedziała, że jest czwarta czterdzieści pięć, i że nie może pozwolić sobie nawet na pięć minut drzemki, jeśli chce dotrzeć do pracy na czas. 
Pochmurny kwietniowy dzień nie ułatwiał powitania z rzeczywistością, która w pewnych sprawach była po prostu bezlitosna. Tak, jak dziś. 
Renata westchnęła i wystawiła bosą nogę zza kołdry. Najpierw poczuła chłód, a potem zimny nos i ciepły psi język. Radośnie merdający ogon poinformował jeszcze lekko nieprzytomną kobietę, że Teodor bardzo się cieszy z jej przebudzenia, i razem z nią ochoczo zaczyna dzień tym bladym świtem. 
- No i co się tak cieszysz? - zwróciła się do psa, ziewając przeciągle. - Ty sobie odeśpisz te brakujące godziny, a ja będę mogła jedynie o tym pomarzyć. 
Teodor jeszcze żwawiej machnął długim ogonem szczęśliwy, że jego ukochana pani rozmawia z nim o tak wczesnej porze. A jeśli rozmawia i wstaje, oznacza to, że niedługo wyprowadzi go na spacer. Poranny spacer zaś był tym, co Teodor po prostu uwielbiał!
Wbrew nieludzkiej porze, Renata też lubiła ten wspólny czas z Teodorem, kiedy chłodne powietrze rozbudzało na dobre i pozwalało uporządkować myśli przed wejściem w rozpędzony rytm dnia. Wiosna, która na dobre rozgościła się już na świecie, oszałamiała świeżością porannego zapachu i rozśpiewanym chórem ptaków, przekrzykujących się wzajemnie i wymieniających najnowsze ploteczki. Intensywna zieleń koiła, a zapowiedź światła na szarym jeszcze niebie przynosiła nadzieję, której Renata chciała zaufać. 
Tęsknota bolała, ale łagodny i mądry czas uczył pogody i radzenia sobie w pojedynkę z tym, co przynosiły kolejne dni. Łaskawy los również sprzyjał, stawiając na drodze życia ludzi, którzy dzielili się swoją dobrą energią, czasami popychali do przodu, wspierali i po prostu byli, dając Renacie świadomość, że nie musi walczyć ze światem ani się przeciwko niemu buntować, ale wybrać dla siebie to, co dobre, resztę po prostu ignorując. W końcu zmiany są wpisane w życie człowieka, a umiejętnie wykorzystane, mogą doprowadzić do zaskakujących odkryć. Tego uczyła się od swojej przyjaciółki, Moniki, która wielokrotnie ratowała Renatę przed osunięciem w ciemną otchłań depresji i pokazywała, jak w prawie pustej szklance dostrzec jednak to, co jeszcze w niej zostało. 
Ta przyjaźń, wyszlifowana czasem jak ostre szkło słoną morską wodą, była jedną z najpiękniejszych rzeczy, która zdarzyła się Renacie. Zamknięta w sercu, tuż obok radości macierzyństwa i małżeństwa, była jak drogocenny klejnot, którego Renata często dotykała, aby upewnić się, że naprawdę tam jest. 
Monika była w jej życiu Czarodziejką, która pomagała przejść przez to, co trudne. Doskonale wyczuwała, kiedy powinna się pojawić, a kiedy dać Renacie czas na dojście z samą sobą do ładu; i sprawiała, że po każdym spotkaniu Renacie chciało się tańczyć z radości, choć wcześniej powodów do niej zupełnie nie dostrzegała. 
"Zawsze patrz na tę jasną stronę życia". To była życiowa dewiza Moniki, którą zarażała przyjaciółkę, ucząc, że może i nie wszystko zależy od nas samych, ale naprawdę na wiele rzeczy mamy wpływ, a jeśli życie coś nam pokazuje z daleka, to nie po to, abyśmy się temu jedynie przyglądali z westchnieniem i tęsknotą, ale byśmy po to sięgali, nie bacząc na odległość, bo każda, tak naprawdę jest do pokonania, jeśli nam na czymś bardzo zależy. 
Wiosenny świt rozbudził Renatę na dobre. Zmierzając w stronę swojego bloku, z Teodorem grzecznie idącym tuż przy nodze, pomyślała, że bez względu na to, co się dziś wydarzy, postara się nie zmarnować tego dnia, tylko wyjąć z niego to, co najlepsze, resztę po prostu ignorując... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Renata Grońska jest główną bohaterką "Nieba w kruszonce", powyższy fragment jednak nie jest częścią książki - to przedpremierowy bonus, przedstawiający tych, którzy pojawią się na kartkach powieści. Dziś Renata, za tydzień kolejni bohaterowie, którzy skrócą czas oczekiwania do premiery "Nieba w kruszonce" przewidzianej na koniec maja... Smacznego! 
Monika A. Oleksa  


"Renata to kobieta za ladą. Lubi swoją pracę – przyzwyczaiła się do niej, podobnie jak do codzienności – oswojonej i przewidywalnej. Gdy pewnego dnia mąż oświadcza jej, że zamierza wyjechać do pracy za granicę, cały uporządkowany świat Renaty rozpada się, a czarne myśli zaczynają krążyć nad głową. Jak poradzi sobie bez Staszka, który dotąd zawsze przy niej był? Jak przyjmą to ich córki? Renata będzie musiała się nauczyć codzienności bez męża, co wcale nie będzie łatwe…

 
Pachnąca drożdżowym ciastem z kruszonką historia prowadzi nas przez życie Renaty, Kasi, Emilii i Melanii, pozwalając podpatrzeć, jak przez dziurkę od klucza, fragmenty ich życia. W nich to czytelnik niejednokrotnie odnajdzie siebie i natrafi na pytania, na które każda z bohaterek próbuje odpowiedzieć po swojemu..." - zapowiedź ze strony Wydawnictwa Zysk i S-ka.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Flirt z wiosną

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Na dobre rozgościła się już na świecie, oszałamiając zapachem i uwodząc codziennie nowymi sukienkami. Delikatne koronki, kwiatowe motywy, dekolty, odsłaniające jeszcze półnagie konary; wyszywane stokrotkami spódnice i zielone chusty, na tle których żółcą się zwrócone ku słońcu mlecze. Niejedna kobieta może pozazdrościć Wiośnie jej garderoby, i niejednemu mężczyźnie może zawrócić w głowie płomienność jednaj z najpiękniejszych pór roku. Zwiewna i pełna wdzięku, rozszczebiotana ptasim śpiewem, każdego ranka puka w twoje okno, uśmiechając się do ciebie słonecznymi promykami. Czy potrafisz odwzajemnić ten uśmiech i zawołać do niej: Wiosna, ach to ty!, czy też w zapędzonej codzienności dostrzegasz tylko ze zdziwieniem, że na zewnątrz zrobiło się zieleniej, a dni są jakby cieplejsze, choć kwiecień-plecień lubi mozaikę różnorodności. Układa swoje osobiste kolaże, przeplatając groźne chmury ze słonecznym blaskiem, dodając do tego deszcz, czasem grad, a niekiedy nawet i biały epizod, umieszczając tam jeszcze i wiatr, aby obrazek był bardziej dynamiczny. Taki kolaż przesyła Wiośnie zamiast miłosnych listów, flirtując z nią i adorując tę piękną panią. Błędny, zakochany w Wiośnie rycerz. 

Tulipany to wiosenne wyznanie miłości

Flirt z Wiosną dodaje pikanterii monotonnym dniom. Zauroczeni nią, pomimo alergicznego kataru i wciąż zapłakanych, swędzących oczu, jesteśmy w stanie zdobyć się na rzeczy, o które samych siebie nie podejrzewaliśmy. Podobnie jak ona, odsłaniamy fragmenty swojego ciała, wystawiając je ku ciepłu i słońcu z nadzieją, że to ciepło zachowamy w sobie. Naśladując Wiosnę nakładamy na siebie zwiewne sukienki i apaszki, i eksperymentujemy z kolorem na włosach i paznokciach. Przymierzamy szpilki, a czasami odważymy się nawet na lekki makijaż, jeśli nie nosimy go na codzień. Flirtujemy z Wiosną, czekając na to, co nam przyniesie i czym zaskoczy. Piękniejemy, tak jak ona, pozwalając na to, aby od czasu do czasu zaszumiało nam w głowie, i aby świat zawirował przed oczami. 

Wiosna nigdy nie przychodzi z pustymi rękami

Pomimo zmiennej pogody i powszedniości poniedziałku, wtorku czy środy, wybierz się na wiosenny spacer poflirtować z Wiosną. Nastrój się pozytywnie od samego rana, i daj sobie prawo do tego, że nie ze wszystkim musisz sobie poradzić. Coś może nie wyjść, a coś przerosnąć. Takie jest życie. Nieprzewidywalne, pomimo tysiąca planów jakie snujemy. Uświadom sobie, że nie jesteś w stanie rozwiązać wszystkiego własnymi siłami, i że problem podzielony na pół staje się lżejszy. 
Odkryj nową i nowego "ja" w posplatanych ze sobą wiosennych dniach, wychodząc naprzeciw wyzwaniom, które los przygotowuje dla każdego z nas. Porzuć niedobre nawyki, nie oglądaj się na innych i nie przejmuj tym, co powiedzą o tobie. Bądź. Po prostu bądź, i jak zakochani, którym miłość zawiązuje oczy, daj się poprowadzić temu, co zostało dla ciebie rozpisane w życiowym scenariuszu. Zaufaj i poproś Wiosnę, aby wskazała ci te drobiazgi, w których dostrzeżesz proste szczęście. Zbierając je skrupulatnie, na pewno poczujesz, że w życiu naprawdę można być szczęśliwym, trzeba tylko odkryć te chwile, które sprawiają, że chce się żyć, i docenić je, nie przechodząc obojętnie. 


Rozmarzona Wiosna spaceruje, podśpiewując, po parkowych alejkach. Mijającym przechodniom rozsyła pogodne uśmiechy, zostawiając za sobą zapach kwiatowych perfum. W narzuconym na ramiona wiosennym płaszczyku i powiewającej na wietrze, szyfonowej apaszce, malowniczo wpisuje się w krajobraz, odciskając swój ślad w kalendarzu i namawiając każdego z nas, aby za nią podążyć. Wyjść z domu i wybrać się na spacer. Przewartościować to, co ważne, a co można sobie odpuścić, bo nie da się być doskonałym we wszystkim. Odkryć, że życie to coś więcej niż codzienne zabieganie tu i teraz, które często prowadzi donikąd. 
Poflirtuj z Wiosną i daj się jej uwieść, otwierając się na to, co dla ciebie przygotowała... 
Monika A. Oleksa 


Zaskakujące niespodzianki Wiosny mogą być wszędzie
Wiosna wchodzi w nasze życie z delikatnością... 
Post ten w sposób szczególny dedykuję Danusi, przesyłając moje ciepłe myśli i pamięć modlitewną; oraz Kasi, wysyłając wiele ciepła do Brodnicy:) 

czwartek, 21 kwietnia 2016

Serce przytulone do serca

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Człowiek nie potrafi żyć bez człowieka. Człowiek nie potrafi zdefiniować siebie bez drugiego człowieka. Człowiek został stworzony dla człowieka. 
Prawda prosta, a często zapominana w czasach, gdy człowiek wciąż człowiekowi wilkiem, a przykazanie: "Nie będziesz pożądał żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego", wydaje się niezrozumiałe i zbyt zawiłe, aby się do niego stosować. 
W świecie, który stawia na posiadanie i wypycha "ja" przed szereg, docenia się ludzi, którzy czują i myślą podobnie, pielęgnując prawdziwe wartości - te, które stały się fundamentem miłości i przyjaźni, definiowanych sercem. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Nie trzeba wiele i nie trzeba często, aby spotkanie kogoś, kto jest ci bliski, umocniło, nadało sens nadchodzącym dniom i pokolorowało te, które dostało się w prezencie. Nie trzeba wiele, aby przytulone do serca serce zabiło wdzięcznością, oddając dobro, którym zostało obdarowane. 
Nie potrzeba wielkich nakładów czasu, ani częstych rozmów, aby docenić bezinteresowną bliskość i czyjeś zatroskanie, do którego uprawnia szczera przyjaźń i miłość, w której nie ma egoizmu. Szczęśliwy ten, o kim ktoś inny, zupełnie o to nieproszony, wspomni w modlitwie i obejmie ciepłą myślą. Szczęśliwy jest człowiek, którego imię inni wypowiadają z łagodnym uśmiechem, rozjaśniając się przy tym od środka. Naprawdę nie trzeba wiele, aby przytulić serce do serca; wysiłku wymaga jedynie pielęgnacja tej relacji dobra z dobrem, czyniona jednakże z ostrożnością, aby nie zostawić przesytu, który zacznie się niezdrowo odbijać. 
Całkiem niedawno Marcin i ja dostaliśmy od życia prezent - spotkanie z morzem i z ludźmi, do których przykleiło się moje serce, fizycznie odczuwając to, że tęsknota boli. 

To nie morze jest w Dąbkach najważniejsze, ale ludzie... 
Wycieczka na przekop - kolejne wspomnienie zamknięte w sercu
To ludzie tworzą klimat miejsc, do których chcemy wracać

Wystarczyło kilka dni, aby naładować się słoneczną energią płynącą z serca do serca, i aby zaczerpnąć tej wiosennej radości na kredyt od tych, za których dziękuję Panu Bogu. Stanęli na drodze mojego życia tak cichutko i niepozornie, a pozostali w nim z całym swoim bogactwem, które w nich odnalazłam, i z którego czerpię dzięki przyjaźni, którą mnie obdarowali. Marysia i Franek. Ela i Zbyszek. Andrzej Pęcherzewski. Alicja. Ania i Stanisław - nadmorscy Górale:). Imiona, wymawiając które, rozświetlam się od środka. Ludzie bliscy jak najbliżsi. Ci, którzy uczynki miłosierdzia czynią nieświadomie - przyjmując do domu, karmiąc głodnych, pojąc spragnionych, pocieszając, umacniając, będąc. I sama nie wiem, co cieszyło bardziej - bliskość morza czy ludzi; przywitanie z Dąbkami, czy z tymi, którzy są w to miejsce nierozerwalnie wpisani. I zupełnie nieważna była długość wspólnie spędzonego czasu ani ilość słów, które padły. Najważniejsze było właśnie spotkanie i spojrzenie - długie, spokojne, zaglądające w duszę i przytulające mocniej niż uścisk. Serce przytulone do serca, tak jak przytulone do siebie pszczoły, które mieliśmy okazję popodglądać na Pasiece Przy Lesie, na którą zabrali nas Mistrzowie Pszczelarstwa, Anna i Stasio Góralowie. 


Pasieka Przy Lesie. Stąd co roku przywożę wiele słoików miodu :) 
Przerośnięte pszczółki :) 
Opowieści Stasia o pszczołach mogę słuchać godzinami!

Pomimo obaw przed zbyt bliską znajomością z pszczołami (miód uwielbiam, a dzięki Ani i Stasiowi potrafię rozróżnić ten dobry od oszukanego; pszczoły natomiast bardzo szanuję, ale wolę im się przyglądać z daleka :D), pobyt na pasiece był fantastycznym czasem, a to, czego się tam dowiedzieliśmy o życiu i zwyczajach pszczół i pszczelarzy :), jest bezcenne! Podobnie jak rozmowy i spotkania, które traktujemy jak dar. 
Zaledwie kilka dni, a tak wiele przywiozłam w sobie spokoju i równowagi, oraz radości życia, którą odnajduję właśnie tam - nad polskim Bałtykiem, w bliskości tych, przy których moje serce odpoczywa, przepełnione wdzięcznością i miłością. Moi najmilsi - Marysiu, Franku, Elu, Zbyszku, Andrzeju, Aniu, Staszku - dziękuję za to, że jesteście! I dziękuję Panu Bogu za to, że postawił Was na drodze mojego życia wiedząc, kim się dla mnie staniecie. 
Monika A. Oleksa

Serce przytulone do serca 
Wspólny czas, który przywrócił spokój i równowagę...
... a w tle morze, opowiadające swoją historię
Fot. Marcin Piotr Oleksa 

niedziela, 17 kwietnia 2016

Opowieści nadmorskiego kamyka

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Uśpiony zimowym wyciszeniem dzień budzi się wraz z brzaskiem coraz wcześniej wstającego słońca. Jasne promienie dotykają rozgrzewającą pieszczotą wyziębionego zimowym chłodem piasku, całują zielone igiełki smukłych sosen i gładzą delikatnie moją powierzchnię. Nastał czas, kiedy powraca radość życia, a każde istnienie zwraca się ku temu słonecznemu światłu i syci jego blaskiem. Szum morza przywraca równowagę, a zaplątany między sosnami wiatr wygwizduje swoją łobuzerską melodię, ustając w harcach tylko wtedy, gdy się zmęczy. Czas przesypuje się leniwie, jeszcze niczym nie pospieszany, jeszcze spokojny i zasłuchany jedynie w morze. 

Wiosenne morze, zasłuchane w melodię wiatru i nadmorską ciszę

Moja nadmorska opowieść zaczyna się i kończy właśnie tutaj, w maleńkich Dąbkach, które stały się moim domem. W zagłębieniu wilgotnego piasku, z wtulonymi we mnie drobnymi ziarenkami, trwam, będąc częścią tej morskiej potęgi, której żaden człowiek nie jest w stanie sobie podporządkować. 
Rytm tego trwania wyznaczają przypływy i odpływy, noce i dnie, wpisane w zmieniające się naturalnym przejściem pory roku. Mijające lata nie mają dla mnie ludzkiego wymiaru. Są pewnym etapem, pozwalającym obserwować drobne cuda otaczającego mnie świata i zachwycić się nim. Każdy kamyk-współbrat, każda muszelka, omszały pieniek wystający z morza, mają swoją historię, cichutko wyszeptywaną i powierzaną morzu. Czasami złośliwy wiatr porwie ją i poniesie daleko, rozrywając na strzępki pozostawione na sosnowych gałęziach, czy rozrzucone na opustoszałej plaży. Ci, którzy umieją słuchać, zbierają je, składając w całość lub dopowiadając sobie brakujące fragmenty. Tak tworzy się historia morza, zapamiętana przez pokolenia. 

Wsłuchana w opowieść kamyka... W obiektywie męża :) 

Jaka jest moja opowieść? To melodia i pieśń chwaląca dzieło stworzenia; melodia, w której jest zachwyt nad pięknem miejsca, w którym pozostanę i wdzięczność, że mogę tego piękna doświadczać. W mojej opowieści są ludzie, w zamyśleniu spacerujący nierównym brzegiem plaży, wpatrzeni w bezmiar wody, jakby tam szukali odpowiedzi na niewypowiedziane, a pochowane w głębi serca pytania. Noszony w sobie ciężar symbolicznie wrzucają do morza wraz z kamykami, które - wypieszczone i obmyte słoną wodą, na nowo powracają na brzeg, aby dać możliwość komuś innemu zrzucić kolejne ciężary i pozostawić je w ciemnozielonej toni. Morze przywraca równowagę, ale odnaleźć ją można jedynie w ciszy i zamyśleniu. 

Szukając równowagi, wśród Przyjaciół
Moja opowieść to melodia chwaląca dzieło stworzenia

W mojej opowieści krzyczą mewy, bijąc się o kawałki ryb i rozbudzając każdy rodzący się dzień swoim powitaniem. Hałaśliwe wróble przećwierkują się wzajemnie, podskakując zabawnie na swoich małych nóżkach, a na tle błękitnego nieba rozkładają się w locie czarne skrzydła kormoranów. 
Wypływające na nocny połów kutry również wpisują się w nadmorską opowieść, stając się maleńkim punkcikiem, niemalże orzechową skorupką na bezkresie wody, która jest żywiołem. Nieprzewidywalnym, niezmierzonym, niepokonanym i potężnym. Jednocześnie jednak z delikatnością i precyzją artysty, wespół z wiatrem, rzeźbi na wydmach zagadkowe znaki, co rusz marszczy i wygładza piaskowy kobierzec, w zależności od humoru zabierając lub oddając plażę. Bywa i tak, że cała należy do morza, zagarnięta łapczywie, władczo. Bez pytania o pozwolenie podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich. Bo żywioł tak lubi. 

Maleńka plamka na tle nieba - czarny kormoran
Delikatność i precyzja artysty - Natury

Słoneczne ciepło rozlewa się po wybrzeżu, dotykając tego, co zziębnięte. Ogrzewa wychłodzone serca i rozjaśnia pełne ponurości myśli. Na nowo uczy odnajdywania siebie w radości i spokoju, wstępującego w miejsce szarego niepokoju. Wybudza do życia, do którego zostaliśmy powołani. Szepcze obietnice, a morze, swoim pomrukiem, podpowiada jak po nie sięgnąć. Wsłuchaj się w jego szum i w opowieść nadmorskiego kamyka, odnajdując tam złożoną i Tobie obietnicę... 
Monika A. Oleksa   

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
W obiektywie ukochanych oczu... 
W obiektywie żony:) 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Agnieszka Lewandowska-Kąkol "Siostry".

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

"Siostry" to opowieść, która przenosi czytelnika w przeszłość, odsłaniając bolesną historię Kresów i zsyłki, i ukazuje dramatyczne losy Polaków, którzy po wojnie muszą na nowo szukać swojej tożsamości i uczyć się żyć w obcym kraju, który na zawsze zastąpił ojczyznę. Barbara, Ludmiła i Helena. Trzy siostry, o których wyborach zdeterminowanych przez wojenną rzeczywistość pisze pani Agnieszka Lewandowska-Kąkol. Zapraszam na rozmowę z Autorką, wraz z którą przewędrowałyśmy poprzez kartki jej najnowszej powieści.  

Trzy siostry, trzy historie i trzy ludzkie dramaty. Barbara, Ludmiła i Helena. Każda z nich żyje z traumą przeszłości, którą na swój własny sposób próbuje przepracować lub zagłuszyć. Która z nich jest Pani najbliższa? Ja osobiście pokochałam Ludmiłę, za jej szlachetność, wierność i charakter – zdecydowany, a jednak respektujący potrzeby innych. 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Barbarę i Helenę podziwiam za stanowczość w dążeniu do ich celów, każda ma oczywiście inny; za zaskakujące, budzące zdziwienie, czasem sprzeciw otoczenia, decyzje, które z jednej strony wymagają odwagi, pójścia pod prąd, z drugiej ściśle związane są z naturą ich wnętrza, a więc może wcale nie są dla nich takie trudne, gdyż najbardziej naturalne? Ludmiła jest od nich znacznie słabsza psychicznie, wrażliwsza i przez to w swych działaniach mniej samodzielna. Troska o wszystkich wokół, niemal o świat cały, sprawia, że niezwykle rzadko postępuje w zgodzie ze sobą; w zaspokajaniu potrzeb innych zatraca siebie i ta niewątpliwa szlachetność sprawia, iż nie chcąc komukolwiek sprawiać przykrości, unieszczęśliwia najbardziej siebie, ale niestety nie tylko siebie… Brzmi to być może, jak nazbyt surowy osąd, jednak ta jej niewątpliwa ułomność jest mi bardzo bliska. Właściwie to nie wiem, czy cieszyć się, czy martwić, że tak precyzyjnie rozszyfrowała Pani moją sympatię. 

Nie tęsknimy za tym, czego nie znamy. Czy Barbara była szczęśliwa? Dokonała świadomego wyboru. Wybrała miłość, która dokądś ją przecież doprowadziła. Pomimo braku akceptacji teściowej i niezaradności męża, udało jej się stworzyć dobrą rodzinę. Wydaje mi się, że siostry, a szczególnie Helena, oceniły ją zbyt surowo, nie próbując nawet zrozumieć. 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Myślę, że siostry mogły oceniać wyłącznie początkowe stadium jej dorosłej egzystencji, czyli wybór wroga – Rosjanina na życiowego towarzysza. I tu nie należy się chyba dziwić ich nastawieniu do przyszłego szwagra, kiedy weźmie się pod uwagę piekło, przez które przeszły. W takiej sytuacji stwierdzenie „ślepa miłość” nabiera dodatkowych znaczeń. Później nie miały już ze sobą żadnych kontaktów, nie wiedziały przecież nawet, czy wszystkim udało się przetrwać. Skąpe wiadomości od krewnych i to właściwie tuż przed planowaną podróżą, też nie uprawniały do oceny, a sam fakt planowanego spotkania może sugerować, że nie była ona jednoznacznie negatywna. Potwierdza to też pomysł Heleny, by sprowadzić któregoś z siostrzeńców do Kanady. Dla jego dobra, czy dla wypełnienia luki po Melanii? – to pytanie do czytelników.

Helena to dla mnie postać przeżywająca najgłębszy dramat. Niezależna i samotna z wyboru; wydaje mi się jednak, że ten wybór bardziej spowodowany jest lękiem przed zranieniem i rozczarowaniem, niż poświęceniem pracy i nauce. Helena wypełnia każdy swój dzień po brzegi, jest wybitnym i szanowanym neurochirurgiem i  w pewnym sensie filantropką. Jej troska o innych w  wielu przypadkach jednak dyktowana jest czystym egoizmem. Czy źródło tego tkwi w dzieciństwie i w tym, że jako ta najmłodsza, zawsze była traktowana inaczej; czy też w jej apodyktycznym charakterze, narzucającym innym swój sposób na życie? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Helena to przywódczyni, która walczy w imieniu innych o to, co dla nich, według niej, jest dobre, ale przede wszystkim toczy ustawiczny bój ze sobą. Jest nazbyt niezależna, by komukolwiek się podporządkować, ale równocześnie głęboko odczuwa to swoje nieprzystosowanie do normalnego życia. Niewątpliwie w kontaktach z Ludmiłą złym jej doradcą jest zazdrość, choć przecież z siostrą jest głęboko związana emocjonalnie. Miłość do siostrzenicy też jest dwubiegunowa – wydobywa z jej wnętrza wszystko to, co najlepsze, ale równocześnie jest nazbyt zaborcza do zaakceptowania przez innych. Oprócz wrodzonego charakteru, duże znaczenie, szczególnie w jej kontaktach z rodzajem męskim, miała postać ojca, którego wszystkie trzy wielbiły. Dwie z sióstr poszukiwały właśnie jego w swym dorosłym życiu, a Helena, niejako z góry, założyła, że próżno szukać, bo był taki jeden jedyny. Te wszystkie cechy sprawiają, że najlepiej odnajduje się w zawodowej pracy, w której samodzielne podejmowanie decyzji jest często koniecznością, a poświęcanie się dla innych nie wypływa z  żadnych pobudek poza dążeniem do ratowania zdrowia i życia.

Agnieszka Lewandowska-Kąkol - z prywatnego archiwum Autorki

Pani książka oparta jest na prawdziwych życiorysach. Proszę powiedzieć, Pani Agnieszko, kiedy i jak narodził się pomysł na jej napisanie? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Jak to często bywa, pomysł napisania „Sióstr” narodził się przypadkiem, podczas rozmowy z pewnym starszym panem, przyjacielem rodziny. Czytał poprzednią moją książkę („Niezłomna”) i w odpowiedzi na tę historię, opartą wyłącznie na faktach, można to nazwać fabularyzowanym dokumentem, stwierdził, iż w jego rodzinie też miało miejsce dość niezwykłe wydarzenie. Skrótowo rzecz ujmując – dwie siostry wywiezione z matką do Kazachstanu, żyjące po wojnie w dwóch różnych światach, jedna w ZSRR, druga w Kanadzie, postanowiły spotkać się w Warszawie. I właśnie to zdarzenie, a może raczej dążenie do niego, stało się kanwą dramaturgiczną książki. Ten szkielet należało tylko wypełnić treścią. A skąd owa treść? Archiwalne wspomnienia Sybiraczek, zdarzenia znane mi z rodzinnych opowieści, oraz, uchylę tu rąbka tajemnicy wyłącznie dla Pani blogu, trochę też własnych przeżyć. Tylko proszę nie pytać, które to? Wszystkie te elementy polane sosem fikcji, możliwej jednak do zaistnienia, literackiej, dały w rezultacie taki gulasz, czyli powieścidełko.

Aż mnie korci do zadania tego pytania... Ale szanuję Pani prywatność, myślę jednak, że właśnie te elementy naszych własnych przeżyć sprawiają, że książka staje się dla czytelnika wiarygodna, bo dzięki nim potrafi on odnaleźć w niej prawdziwe odczucia, "przepracowane" życiem. Czy trudno było dotknąć bolesnej przeszłości Polaków zesłanych w stepy Kazachstanu? Jak Pani radziła sobie z emocjami, od których nie da się odciąć pracując nad książką?

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Emocje na pewno są silne i może byłyby pewną przeszkodą w pisaniu, gdyby nie chęć przybliżenia dzisiejszym pokoleniom tych ludzkich dramatów, nieznanych nikomu historii, których tysiące zapełnia archiwa i nie są przez nikogo czytane. Dobrze, że takie archiwa istnieją, ale dopiero, gdy wyciąga się z nich wspomnienia i jakoś przystosowuje dla dzisiejszego czytelnika, te drobne kamyczki zaczynają współtworzyć wielką budowlę-historię naszego kraju. Czy Pani wie, że do dziś żyją ludzie, np. w Wielkiej Brytanii, którzy nie mają pojęcia, iż do 1989 roku Polska podporządkowana była ZSRR, a termin „żelazna kurtyna” utożsamiają z kawałkiem materii, którą rozpościerało się na granicy pomiędzy Wschodem i Zachodem o konkretnej godzinie podczas każdego dnia?

Niestety, zdaję sobie z tego sprawę... Czy Pani bohaterki miały tak naprawdę wybór, czy też życie każdej z nich zostało zdeterminowane przez wojnę i sowiecką niewolę, która zdecydowała o ich dalszych losach? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Determinacja genetyczna, historyczna, kulturowa to na pewno ważna podstawa, ale wybór miały na pewno. Każdy jakiś tam wybór ma, tylko istotne są proporcje owej nieprzymuszonej, wyłącznie własnej, selekcji wartości, do tych zastanych, uznawanych, obowiązujących. Kiedy rusza się własną drogą, nie oznacza to, że wszystkie inne znikają z powierzchni ziemi, one są nadal, tylko poruszają się po nich inni. 

Autorka "Sióstr" - zdjęcie z archiwum prywatnego

„Zdawała sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie dostąpiła niewielkiego zwycięstwa, które nie było udziałem wszystkich. Wygrała życie, wartość najwyższą na giełdzie świata, choć ten bezcenny dar zazwyczaj dostrzegają tylko ci, którzy znaleźli się na jego skraju, i co znamienne, już w  chwilę po powrocie znad krawędzi przepaści ów dar wydaje się im codziennością.” Przewrotna jest natura człowieka;  z jednej strony zdaje on sobie sprawę z tego, jak cenne  i kruche jest życie, z drugiej zaś bardzo szybko zapomina, wplątany w sieć codzienności, która w pewnym momencie daje złudne poczucie bezpieczeństwa i nietykalności. Która z Pani bohaterek najbardziej doceniła dar życia i wolności? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Po takich przejściach każda z nich nie mogła daru życia nie doceniać. Z wolnością jest już zupełnie inaczej, bowiem jej odczuwanie zależy w dużej mierze, tak przynajmniej wydaje mi się, od miejsca i sytuacji, w której człowiek się znajduje. Ponadto istnieje wiele rodzajów wolności.  Myślę, że np. Ludmiła mogła czuć się czasem zniewolona, kiedy postępowała niekoniecznie w zgodzie ze sobą, ale tak, by nikogo nie urazić, zaś dla Barbary, przyzwyczajonej do radzieckiej egzystencji, ważniejsze było zaspakajanie potrzeb rodziny, niż ograniczanie praw człowieka nagminnie stosowane w kraju jej zamieszkania. 

„Nie wszystkie więzi udaje się odnowić i naprawić, mimo że z pozoru wydają się silne, niezniszczalne, na zawsze trwałe.” Dlaczego ta miłość siostrzana okazała się taka trudna? Czego zabrakło między tymi kobietami, które wyrosły z tych samych korzeni i wartości? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: To pytanie raczej do psychologa. Być może czegoś zabrakło, ale istotny w wychowaniu dziewcząt był chyba nie tylko brak, ale i nadmiar. Myślę, że pewne znaczenie mogło mieć bałwochwalcze wpatrzenie w postać ojca i lekkie niedocenianie roli matki… Czy miłość siostrzana bohaterek była trudna? Wydaje mi się, że nie ma łatwych, prawdziwych miłości.

„Z roślinami sprawa jest prosta. Zasadzone trwają w tym samym miejscu niezmiennie przez lata. A ludzie? Wciąż ich gdzieś gna, a potem okazuje się, że choć tyle widzieli, doświadczyli, przeżyli, najlepiej czują się tam, skąd wyruszyli. Często udają, że dotarli do swego raju, a tak naprawdę, pławiąc się w nim, wciąż myślą o początku drogi. Kiedy zaś wrócą do macierzy, znów żal im wyimaginowanych szczytów marzeń. Po co to całe kręcenie się w koło? A może właśnie te powroty są najistotniejsze, może to one stwarzają nam szansę, byśmy mogli cokolwiek zrozumieć z zawiłości życia.”  Bardzo mi się podobają  Pani przemyślenia, które ubogacają książkę, dając czytelnikowi nie tylko fabułę, ale i możliwość zatrzymania się nad czymś głębszym; takie zajrzenie pod podszewkę i odkrycie człowieka w człowieku. Czy pisząc „Siostry” miała Pani momenty, kiedy musiała Pani odpocząć od książki i jej bohaterek? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Ta książka to dla mnie samej pewna zagadka. Nie tylko nie musiałam od niej odpoczywać (powstała w niecałe trzy miesiące), ani od bohaterek w niej przedstawionych, ale wręcz coś ciągnęło mnie do jej pisania, do posuwania akcji na przód, do snucia wątków trzech różnych losów, a przy tej okazji do pewnych własnych przemyśleń konfrontowanych z książkową rzeczywistością.  Praca nad nią była dla mnie swoistym samooczyszczeniem. 

"Każdy inaczej przeżywa tragedie… Jedni potrzebują przyjaciół, ludzi, a inni wolą skryć się jak najdalej od nich. Tak to już jest, że w tym samym czasie jedni się radują, a drudzy smucą, takie życie…”. Zostawia Pani czytelnika z niedosytem i niedopowiedzeniem, dając pole wyobraźni. Czy Melania  znajdzie w sobie kiedyś  tyle siły, aby wybaczyć Helenie?  Czy między nią a Lucasem narodzi się więź, której nie mieli okazji nawiązać w dzieciństwie?  Czy ciekawość sprowadzi ją do kraju, który był ojczyzną jej matki? Wiele tych pytać zaczynających się od „Czy…?”, nasuwających się czytelnikowi po skończonej lekturze.

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Sama nie lubię czytać książek, są oczywiście wyjątki, które wszystko podają na tacy, bo po ich przeczytaniu, nie bardzo jest nad czym się zastanawiać. Rolą piszącego jest nie tylko przedstawienie jakiejś fabuły, czy to literackiej, czy dokumentalnej, ale skłonienie czytelnika, by nad nią się zastanowił.  Dawanie gotowych odpowiedzi jest według mnie swoistym narzucaniem komuś własnego punktu widzenia. Przecież na każde pytanie odpowiedzi może być tysiące.

Pani Agnieszka - z archiwum prywatnego Autorki

Interesuje się Pani losami Polaków zamieszkałych na Kresach przed II Wojną Światową.  W jaki sposób zbiera Pani materiały do swoich książek, bo przecież przed „Siostrami” była „Niezłomna” i „Na skraju piekła”.  

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Te zainteresowania, jak wszystko zresztą, nie wzięły się znikąd. Podczas II wojny światowej, rodzina mojej mamy ucierpiała od strony sowieckiej.  Jako dziecko byłam świadkiem różnych rozmów na ten temat, przede wszystkim dotyczących poszukiwań, do dziś nie zakończonych sukcesem, wywiezionego w głąb ZSRR, Dziadka. Materiał do każdej z książek zbierany był inaczej. „Na skraju piekła” to zbiór opowiadań i reportaży o Kresowiakach skazanych na zesłanie. Napisałam je przede wszystkim na podstawie rozmów z bohaterami. Zdążyłam, bowiem dzisiaj już niestety większość z nich nie żyje i żałuję, że tak późno zabrałam się do tej pracy. „Niezłomna” powstała na podstawie wspomnień  Anny Górskiej przesłanych mi przez siostrzeńca jednej z bohaterek „Na skraju piekła”, a więc można powiedzieć, że późniejsza książka była owocem poprzedniej. O materiale do „Sióstr” wie Pani już wszystko…

Jakie przesłanie chciała Pani zamknąć na kartkach powieści „Siostry” i do jakich przemyśleń skłonić czytelnika? 

Agnieszka Lewandowska-Kąkol: Przemyślenia to sprawa indywidualna każdego z czytelników, bo na pewno dla każdego, co innego może wydać się istotne. A przesłanie? Pewnie wyda się dziwne - bez miłości bardzo trudno żyć, ale jej nadmiar może być kłopotliwy, a nawet prowadzić do życiowej klęski.

Pani Agnieszko, bardzo dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę i za czas, który Pani mi poświęciła. Życzę Pani, aby życie przynosiło Pani dobre i owocne dni, oraz kolejne pomysły do książek, które przybliżą losy tych, o których pamięć powinna pozostać w nas i  w przyszłych pokoleniach.
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Za możliwość przeczytania książki "Siostry" Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol serdecznie dziękuję Wydawnictwu Fronda.  


niedziela, 10 kwietnia 2016

I Ty tworzysz tę historię...

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Witaj i usiądź wygodnie. Tak miło Cię widzieć! Bez względu na to, czy zaglądasz tu regularnie, wpadasz sporadycznie, czy też może jesteś tu po raz pierwszy, zawsze witam Cię z ciepłem czekających tu na Ciebie słów, i z radością. Dobrze, że jesteś! 
Podaruj sobie tę chwilę zatrzymania, którą dziś chciałabym Cię szczególnie otulić. I dzisiaj szczególnie chciałabym Ci podziękować za to, że tu wracasz, i że ponad 300 000 wyświetleń tej strony, która dla mnie stała się miejscem spotkania z Tobą, jest dowodem na to, że dobrze się tutaj czujesz, i że to miejsce jest dla Ciebie równie magiczne, jak dla mnie. 
Magia liter i magia chwili, w której możemy się spotkać, pomimo dzielącej nas odległości. Mój azyl, w którym odpoczywam, chroniąc się właśnie tutaj przed pośpiechem życia, który nieustannie pcha do przodu, nie dając możliwości na rozejrzenie się na boki, czy zwykłe przystanięcie. Działając mu na przekór, odrywam kawałki czasu, zachowując je od zapomnienia i przekuwając w słowa, z którymi wychodzę naprzeciw Ciebie. Z uśmiechem, ciepłem i życzliwością. A dzięki tym trzystu tysiącom wyświetleń strony wiem, że Ty przyjmujesz to ciepło i wracasz po nie, gdy zmarznie Ci serce. Dzięki Tobie i Twojej - nawet milczącej, obecności tutaj, wciąż uczę się życia i ludzi, odkrywając niby oczywiste, a jednak zapomniane prawdy, spotykając na tej drodze ludzi, za których dziękuję, bo każdy, przy kim przystanęłam, wniósł do mojego życia coś bezcennego. Zachowując te bezcenne dary, dzielę się z Tobą dobrem, które dzięki nim odnajduję w sobie. Wierzę, że Ty - przyjmując je, przekażesz to dalej, dzięki czemu i Ty i ja będziemy mieli swój niewielki, ale bezcenny wkład w to, aby te miejsca, w które zostajemy posłani, stawały się lepszymi. Bowiem wbrew pozorom, naprawdę mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas. 

Na filiżankę kawy ze mną zapraszam Cię codziennie... 

Gdy rozpoczynałam moje spotkanie z Tobą zapraszając Cię do Magii Liter, jedna z moich uczennic, dziś już żona i mama, zadała mi pytanie: "Skąd pani znajduje na to czas?". Do dziś nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo właśnie czasu brakuje mi najbardziej. Wciąż gdzieś pędzę i pomimo tego, że nie noszę zegarka, bo go nie posiadam, wciąż zerkam na godzinę, aby być na czas tam, gdzie mnie oczekują. Każdy mój dzień  jest zaplanowany i wypełniony po brzegi, ale paradoksalnie - im więcej mam zajęć, tym więcej jestem w stanie zrobić. Lenistwo mi nie służy, rozleniwia mnie zupełnie i kiedy zaczynam mieć za dużo wolnego czasu, godziny przeciekają mi przez palce. Dlatego kocham tę moją codzienność, w której wciąż coś się dzieje, bo praca, którą ponad dwadzieścia lat temu wybrałam jako swój sposób na życie, nie daje możliwości nudy, poprzez różnorodność powierzonych mojemu językowemu prowadzeniu dzieci i młodzieży; poprzez spotkania z dorosłymi, których codzienność w jakiś sposób mnie ubogaca; i w końcu poprzez nieustanne doskonalenie siebie, aby w tym co robię, być jeszcze lepszą. 
W tym aktywnym biegu zatrzymuje mnie właśnie mój blog, moja Magia liter i czar słów, dając mi czas na przystanięcie, zaczerpnięcie głębszego oddechu i podzielenie się z Tobą tym, co mi zagrało w duszy. Mój czas na spotkanie z Tobą, właśnie tutaj. Dziś i jutro. I pojutrze, bo ten blog stał się dla mnie osobistą terapią na wszelkie zło tego świata, na które nigdy nie odpowiadam złem, ale staram się mnożyć dobro, bo wierzę w jego moc. 
Dziękuję za to, że tu jesteś! Dziękuję za to, że jesteś częścią tego miejsca, i że wspólnie ze mną tworzysz tę historię... 
Monika A. Oleksa 

Historię życiem pisaną... 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady odc. 42

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

- Tak się cieszę, córcia, że wzięłaś sobie dzień wolnego i pomożesz mi w niańczeniu Kornelii. Szału już dostaję od tych jej zachcianek! Zaskakuje mnie codziennie nowymi pomysłami, które przychodzą jej do głowy w czasie jej bezsennych nocy. Łazi po domu i wybudza mnie, a potem śpi do południa. Zdrowie przez nią stracę, a do tego zupełnie oszaleję i będziesz mnie musiała w Abramowicach odwiedzać! - (Abramowice - lubelski odpowiednik podwarszawskich Tworek; przypis autora :)) - Bogusia siedziała przy stole, pozwalając, aby Natasza zajęła się przygotowaniem kawy , do której przyniosła świeże pączki z jednej z najlepszych w Lublinie cukierni "Skierka" na Wileńskiej.
- Mamo, przecież ty uwielbiasz jak w twoim życiu dużo się dzieje. Ciotka Kornelia przyjechała we właściwym momencie. Powinnaś być jej wdzięczna, bo dzięki jej pomysłom nie masz czasu popaść w pozimową depresję. 
- W depresję może i nie, ale w obłęd na pewno! 
Natasza uśmiechnęła się, stawiając przed matką filiżankę z kawą. 
- Przynajmniej ci się nie nudzi. 
- Pomieszkaj z nami tydzień, to zawrotu głowy dostaniesz i szybko zatęsknisz za spokojem. - Bogusia sięgnęła po smakowicie pachnącego pączka i zanurzyła w nim zęby, czując się jak łakome dziecko, które dostało wyczekiwaną nagrodę. - Mmm, przepyszne - wymamrotała. - Smak ten sam od lat. 
- Wychowywałam się z tymi pączkami, i powiem ci szczerze, mamo, że chylę czoła, bo nie zepsuli receptury i nikt im nie dorównuje, nawet te wypasione, nowe cukiernie. 
Bogusia pokiwała głową, oblizując palce i patrząc z wahaniem na paterę z wyłożonymi na niej delicjami, zastanawiając się, czy może pozwolić sobie na jeszcze jednego, świeżutkiego pączka. 
- Zrób może jeszcze jedną kawę dla ciotki. Lada chwila wróci ze spaceru, a im szybciej wybierzemy się w tę  jej kolejną, sentymentalną podróż, tym lepiej. 
- A gdzie ciotka właściwie poleciała tak wcześnie? - spytała z ciekawością Natasza, podnosząc się, aby wstawić wodę na kawę. 
- Szukać zwiastunów wiosny, a przy okazji zrobić zakupy na targu. Strasznie jej się spodobało na Wileńskiej, biega tam co drugi dzień. 
- Patrz, byłam tam dzisiaj, ale nigdzie Kornelii nie widziałam. - Natasza wyciągnęła z szafki filiżankę i wsypała do niej łyżeczkę kawy rozpuszczalnej. 
- Widocznie się minęłyście. O, o wilku mowa! - Bogusia poderwała się od stołu, słysząc przynaglający dzwonek domofonu. - Ciekawe, co takiego na dzisiaj wymyśliła... 


- Bogusza, tu jeszt po prosztu pięknie! - Kornelia rozglądała się dookoła w euforii, wprawiając tym Bogusię w lekką konsternację. - Dżękuję ci, że ty mnie tu przywiozłasz. 
Bogusia wzruszyła ramionami i spojrzała na Nataszę wymownie, z trudem powstrzymując się, aby nie postukać się palcem w czoło. 
- Tak prawdę mówiąc, to Natasza nas tu przywiozła na twoją prośbę. Chciałaś zobaczyć wszystkie cmentarze w Lublinie, więc masz. Ten jest najstarszy i rzeczywiście ładny. To jedno z najmilszych miejsc do spacerów w mieście. 
Ostatnie zdanie powiedziała ciszej, uciekając przed wzrokiem zdziwionej córki, która ze zmarszczonymi brwiami zaczęła się uważniej przyglądać matce. 
- Bogusza, ja to miejszcze już kocham! Ja własznie tu chcę spocząć po trudach życia. Pod tymi lipami, w gałęziach których mieszkają rozśpiewane ptaki. Ja chczę, aby po mojej mogile biegały wiewiórki, i żeby ktoś przystanął i pomyszlał o mnie przez chwilę. U wasz, w Polszcze, szanujecie groby zmarłych i dbacie o nie. W Amerycze wszyscy żyją szybko i wiecznie na nic nie mają czaszu... - Kornelia urwała, przystanąwszy przy jednym z grobów, wpatrzona w wyblakłe litery i świeże kwiaty w wazonie. 
Bogusia poczuła się odrobinę nieswojo, zaskoczona słowami Kornelii i całą tą wycieczką po cmentarzach. 
- A czy tobie coś, kuzynko, dolega, że kwatery dla siebie szukasz? - spytała z lekkim niepokojem w głosie. 
- Nosztalgia, moja droga. Nosztalgia i potrzeba powrotu do korzeni - odpowiedziała Kornelia, wzdychając. - A poża tym, jak spocznę tutaj, pod lipami, będę miała pewnoszć, że mi świeczkę na grobie zapalysz i "Wieczne odpoczywanie" ża mnie odmówisz. 
- Ja? - Bogusia odwróciła się tyłem do Kornelii, chcąc ukryć wzruszenie, które ją opanowało. - Przecież ty jesteś ode mnie o cztery lata młodsza - dokończyła, pociągając nosem. 
- Ale ty masz lepsze geny. Twoja mamusza dożyła dziewięćdziesięciu dwu lat, a moja zabrała się szybko na tej obczyźnie. 
- W dzisiejszych czasach dobre geny to nie wszystko, kochana. Jeszcze nie wiadomo, kto pierwszy komu będzie tę świeczkę zapalał. 
- Na litość Boską, czy wy możecie przestać się licytować, która pierwsza trafi do wieczności?! - wykrzyknęła Natasza, która dotąd przysłuchiwała się dziwnej rozmowie matki i ciotki z pobłażaniem, ale w obliczu podjętego tematu zaczęła odczuwać lekkie zaniepokojenie. 
- O! Nataszka będzie mi światełko zapalacz kiedy nasz obu żabraknie! - podsumowała żywą dyskusję Kornelia i ruszyła przed siebie, zapatrzona w te bardziej nowoczesne i te zupełnie zapomniane, kruszejące groby, czekające na renowację. 
Bogusia podążyła za kuzynką, a Natasza pokręciła tylko głową, zadając sobie w dychu pytanie, jak udało jej się wyrosnąć na w miarę normalnego człowieka w tej rodzinie, i czy za dwadzieścia lat też będzie prowadziła podobne rozmowy, wprawiając tym swoją córkę w lekkie zaniepokojenie i pozwalając jej traktować się z pobłażliwością, z jaką zazwyczaj traktuje się dzieci i osoby starsze. Rozmyślania Nataszy przerwał głos Kornelii, która z typową dla siebie bezpośredniością, zwróciła się do kuzynki: 
- Bogusza, a tak w ogóle to przy którym swoim mężu spoczniesz? O ile mnie pamięcz nie myli, miałaś ich dwóch, nieprawdaż? 
Bogusia przystanęła nagle, zaskoczona pytaniem, a idąca tuż za nią Natasza o mało nie wpadła na matkę, w ostatniej chwili ją wymijając. 
- Jesteś bardzo dokładna w obliczeniach - odpowiedziała kuzynce z lekkim sarkazmem w głosie. - Chciałam ci tylko przypomnieć, że mój pierwszy mąż i ojciec Nataszy, nadal żyje i ma się całkiem dobrze; mój drugi mąż pochowany jest w rodowym grobie jego rodziny, w którym nie ma dla mnie miejsca, a ja rozważam jeszcze Stanisława, mojego obecnego partnera... 
- ... którego nie miałam jeszcze okażji pożnać - wtrąciła Kornelia, niby mimochodem. 
- No, jakoś tak wyszło - odpowiedziała natychmiast Bogusia. 
- Kużynko, chciałabym, żebyś wiedziała, że zawsze możesz położyć się obok mnie. We dwie będzie nam rażniej, a i Nataszce będzie wygodniej ze światełkami przychodzić w jedno miejszcze. 
- Kornelia, ty mnie przestań wyprowadzać z równowagi! Ja się nigdzie, póki co, nie wybieram, a miejsce spoczynku sama sobie wybiorę!
- Ale nie można tego odkładacz na ostatnią chwilę, bo jak teraż o to sama nie zadbasz, potem nie będziesz, niesztety, miała na nicz wpływu. 
- No i bardzo dobrze! Mam mądrą córkę i wierzę, że moich prochów nie będzie trzymała nad kominkiem, ani nie rozsypie ich na wietrze. 
- Czy wy możecie skończyć tę rozmowę? Słabo mi się robi jak was słucham - jęknęła Natasza. 
- A bo pewnie porządnego śniadania nie zjadłasz - zauważyła Kornelia, uśmiechając się do kuzynki, która wyglądała jak wielka chmura gradowa. 
- Zapraszam wasz na obiad, tylko zawieź nasz, Nataszka, w jakiesz miłe miejszcze. Chodż, Bogusza, dokończymy tę konwerszaczję wieczorem. Trzeba w kończu usztalić szczegóły pochówku. 
Bogusia zazgrzytała zębami, starając się zignorować słowa kuzynki i rozbawiony uśmiech córki, która doszła do wniosku, że to wczesne popołudnie wcale nie było takie straszne jak początkowo zakładała, a duet Bogusia-Kornelia stanowi całkiem niezłą mieszankę, przy której nuda zupełnie nie groziła.  cdn... 
Monika A. Oleksa