niedziela, 27 listopada 2016

Szeptem

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Są pewne rzeczy i sprawy, o których mówi się tylko szeptem. Są takie chwile, kiedy jedynie szept nie naruszy ciszy złączonej z tą chwilą jednym oddechem. Są takie słowa, które wypowiedzieć można jedynie szeptem, bo tylko on nie zrani, i nie zniekształci tego, co tym szeptem zostało przekazane. 
Szeptem mówi się z czułością i łagodnością. Jak tchnienie wiatru porusza najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy, wychwytując to, co głośne słowa zakrzykują. Szept jest esencją tego, co najistotniejsze. Otwiera naszą wrażliwość i wnika w nas z całym swoim ładunkiem, który przynosi i przekazuje. Wycisza wszystko co nieistotne, i nastraja nas w kierunku tego, czego wraz z tym szeptem możemy dotknąć i doświadczyć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Szept nie krzyczy, ale często jest wymowniejszy od krzyku. Szept skłania do zastanowienia. Nie potrzebuje zbędnych słów, wypowiada jedynie te najistotniejsze, dzięki czemu ma dużo większą wartość niż głośny i nieprzerwany słowotok. Szept zbliża i uczy słuchać. Aby go zrozumieć, trzeba wyeliminować wszelkie zbędne dźwięki, które zaśmiecają nasze otoczenie i nachalnie wdzierają się do naszego świata. My im na to pozwalamy, szept nie. Paradoksalnie, cichy i spokojny sprawia, że rozkrzyczane dźwięki milkną, a cisza w nas nagle przewartościowuje obraz codzienności. Bo cisza jest dobra. Pomaga odnaleźć i zrozumieć samego siebie, usłyszeć to, co jeszcze niedojrzałe, lub zaniedbane i porzucone. 
Potrzebujemy w życiu szeptu. Potrzebujemy takich chwil wyciszenia i zbliżenia, twarzy do twarzy, ucha do ucha, słowa do słowa. Potrzebujemy bliskości z drugim człowiekiem, którą wyszeptywane słowa pozwalają nam odnaleźć, i potrzebujemy ciszy w nas, dzięki której będziemy potrafili usłyszeć to, co najważniejsze. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

W niedzielny wieczór mówię do Ciebie szeptem. Nie krzyczę i nie narzucam Ci tego, czego nie chcesz słuchać, ale z łagodnością szeptu siadam naprzeciwko Ciebie, chcąc wsłuchać się w to, o czym chcesz porozmawiać lub wspólnie pomilczeć. Przed nowym tygodniem, który przyniesie ze sobą kolejne obowiązki, pytania i wątpliwości, chcę szeptem nastroić Cię pozytywnie do dni, które jeszcze przed Tobą. Pamiętaj, że masz na nie wpływ, i naprawdę dużo zależy od Ciebie, bo zawsze masz jakiś wybór. Pamiętaj również, że naszym największym wrogiem są schematy i przyzwyczajenia. To one zacierają wyraźny obraz rzeczywistości i dają złudzenie, że nic więcej ponad to, do czego doszliśmy, nie da się zrobić. I to właśnie ramy, które sami sobie wyznaczamy, blokują nasze poczucie własnej wartości i ograniczają do konkretnych działań na określonej przestrzeni, w której często dostajemy życiowej klaustrofobii. Dusimy się pragnąc powietrza, od którego sami siebie odcinamy. 
A potrzeba tak niewiele, aby najpierw w listopadowej szarości, a potem we własnym życiu zobaczyć coś więcej ponad to, co się już opatrzyło i nie daje radości. Zacznij od małych kroków. Nie powtarzaj nieustannie, że nie masz czasu, tylko wbrew temu, że ucieka, podaruj sobie nieoczekiwany jesienny spacer w ciszy i samotności. Bez względu na twój nastrój i pogodę, podaruj sobie dwadzieścia minut, aby wsłuchać się w szept, który jest w Tobie. To niewiele, ale właśnie ten maleńki krok i wyjście poza ustalony schemat pomoże Ci uwierzyć, że możesz więcej. Jeśli tylko chcesz. Bo wszystko jest w Tobie i twojej woli. Nic nie dzieje się poza Tobą, na wszystko wyrażasz przyzwolenie, choć nie zawsze zdajesz sobie z tego sprawę. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  
Szeptem mówi się o rzeczach ważnych, krzykiem odwraca się od tego uwagę. Szepcząc do Ciebie w tej chwili naszego intymnego spotkania wśród magii liter, chcę Ci powiedzieć, że masz w sobie siłę, aby zmienić to, co uwiera. Jedyne co musisz, to w nią uwierzyć. 
Monika A. Oleksa

Jeśli chcesz porozmawiać o tym, co uwiera, na co brakuje nadziei, albo o sile, którą w sobie odnalazłaś czy odnalazłeś, podziel się tym. Porozmawiamy szeptem, z uwagą wsłuchując się w to, co mamy do powiedzenia... monicao.jesienna@gmail.com 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 22 listopada 2016

Wtorkowe Spotkania Kulturalne: Koncert Muzyki Filmowej

źródło

Gdyby ktoś zabrał mi pióro i kartki papieru, i zakazał pisania, umarłabym, bo nie potrafię bez tego żyć. Pisanie jest we mnie, jest mną. Słowa, które noszę w sobie wypełniają mnie, dopełniają, tworzą światy, w jakich współistnieję równolegle do tego rzeczywistego. Podobnie jest z muzyką. Lubię ciszę i cenię ją, ale nie potrafię żyć bez muzyki. To ona mnie inspiruje i pomaga przenieść się tam, gdzie jedyne granice zakreśla moja wyobraźnia i odpowiednie słowa, których poszukuję, aby opisać to, co czuję i widzę oczami duszy.
Muzyka mnie porusza i przenika do każdej cząsteczki mojego ciała. Potrafi mnie wzruszyć, zirytować, unieść nad ziemią, zenergetyzować lub przygnębić. Doskonale dopasowuje się do mojego nastroju, przytulając gdy tego potrzebuję, lub popychając do działania, gdy za bardzo się nad sobą roztkliwiam. Muzyka towarzyszy mi w mojej codzienności, najbardziej jednak cenię te chwile, kiedy mogę słuchać jej na żywo, jak uzależniony nałogowiec rozkoszując się dźwiękiem, którego nic nie jest w stanie mi zastąpić. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Całkiem niedawno miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w Koncercie Muzyki Filmowej, który odbył się w Lublinie 13 listopada. Przyznam szczerze, że poszłam na ten koncert bez żadnych oczekiwań, wyszłam natomiast pod tak wielkim wrażeniem, że niemal unosiłam się nad ziemią poruszona pięknem, jakiego doświadczyłam. 
Można oglądać film oczami duszy i można słuchać muzyki sercem. Nie mogło jednak być inaczej, kiedy całe wydarzenie poprowadził Tomasz Raczek, a wzięli w nim udział tacy wykonawcy jak Janusz Radek, Andrzej Piaseczny, Robert Kiljański, Mieczysław Szcześniak, Krzysztof Cugowski i Justyna Steczkowska, której jednak było zdecydowanie za dużo w tym koncercie, i w drugiej części słuchacz czuł się znużony jednym tylko i tym samym głosem kobiecym wokalistki, która praktycznie nie schodziła ze sceny. 
Artystom towarzyszyła fenomenalna Orkiestra Tomasza Szymusia, a publiczność oprócz wokalu i brzmienia kultowych utworów mogła podziwiać układy taneczne w wykonaniu mistrzów swojej klasy, na tle choreografii multimedialnej, do której jakości jednak po gali "Broadway in Lublin" i możliwości oglądania najlepszych, miałam wiele zastrzeżeń. 
Samo jednak wydarzenie miało ogromną wartość artystyczną, prowadząc słuchaczy po tak różnorodnych ścieżkach dźwięku i emocji, że potrzeba było przerwy, aby uspokoić zawroty głowy i oszołomienie tym, czego doświadczała publiczność podróżując po filmowym świecie wraz z muzyką, która przenikała słuchaczy i wprawiała w stan muzycznego upojenia i zachwytu. Bo jak można pozostać obojętnym, gdy Mietek Szcześniak wzruszająco wyśpiewał kultową piosenkę Whitney Houston z filmu "Bodyguard" - "I Will Always Love You", i jak można było nie rozmarzyć się słuchając "She" z filmu "Notting Hill" w wykonaniu Piaska, czy nie otrzeć łzy zebranej w kąciku oka, kiedy Robert Kiljański wędrował wokalnie po ulicach Filadelfii. Kultowe filmy i kultowe melodie w wykonaniu naprawdę najlepszych męskich głosów. 

źródło
  
Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki "Skyfall", w oczach publiczności pojawiło się pytanie, kto, oprócz Adele, może się z tym zmierzyć i konkurować z jej charakterystycznym uroczo zachrypłym głosem i mistrzowskim wykonaniem? Ale gdy na scenie pojawił się wokalista, nikt nie miał wątpliwości, że równie po mistrzowsku zmierzy się z tym wyzwaniem. Krzysztof Cugowski został powitany u siebie w  Lublinie oszałamiającymi i długo nie cichnącymi brawami, których posypało się dużo więcej po tym, jak wybrzmiały ostatnie nutki "Skyfall". Dla równowagi, w drugiej części koncertu pokazał się od strony bardziej lirycznej, wykonując utwór z "Dirty Dancing", niezapomnianego filmu mojej młodości, "She's Like the Wind". Tomasz Raczek przypomniał w tym miejscu postać Patricka Swayze, którego plakatami obwieszone były wszystkie ściany w moim pokoju nastoletniej panienki ;). 



W ciągu tego wieczoru towarzyszyły nam wielkie polskie nazwiska - Wojciech Kilar, Roman Polański, Krzysztof Komeda, Marek Hłasko. Ich "American dream" stał się rzeczywistością, a owoce ich pracy pozostawiają niezatarty ślad w każdym, kto się z nimi zetknie i otworzy na nie swoją wrażliwość. Symfoniczna muzyka z filmu "Dziewiąte wrota" czy "Dziecko Rosemary", z wokalizą wyśpiewaną przez Justynę Steczkowską, przyprawiła o ciarki, poruszyła głęboko i pozostała, pomimo skończonego koncertu. 
Nie sposób wymienić wszystkich utworów, jakie wybrzmiały, ani oddać słowem towarzyszących słuchaczowi odczuć. Nie sposób określić całej gamy wrażeń ani opisać dźwięków, jakie spływały ze sceny wraz z pojedynczymi łzami, wymykającymi się niepostrzeżenie. Zasłuchani w opowieść Tomasza Raczka, wielkiego filmowego autorytetu, i w muzykę, która niewidoczną smugą, jak delikatny zapach perfum czy para unosząca się nad świeżo zaparzoną kawą, docierała do każdego człowieka na widowni, trwaliśmy nieporuszeni, chłonąc każdą podarowaną chwilę i zanurzając się w muzyce, która była wszędzie, w każdym zakamarku wielkiej sali i w każdym wnętrzu, które się na nią pootwierało. Magia muzyki zatrzymała czas. Wskazówki stanęły, świat na zewnątrz odpłynął, zostały tylko dźwięki i wyświetlany pod zamkniętymi powiekami film, którego sceny zmieniały się wraz z melodią. Niezapomniany czas i chwile, które uwrażliwiły na piękno życia, i uświadomiły sens zatrzymywania właśnie takich chwil jak ta, do której można wracać, by odszukać tę odrobinę szczęścia, jakie ja osobiście odnalazłam w trakcie koncertu. 

Centrum Spotkania Kultur w Lublinie
źródło

Jedynym mankamentem filmowego wydarzenia była zupełnie niepasująca do tak wyjątkowego koncertu sala, a w zasadzie hala sportowa, która mnie, estetce, bardzo przeszkadzała, szczególnie gdy miałam świadomość, jak bajecznie wybrzmiałby ten koncert w Sali Operowej lubelskiego Centrum Spotkania Kultur. Wierzę, że w przyszłym roku właśnie tam obejrzymy podobne wydarzenie, mając możliwość zachwycić się nie tylko dźwiękiem i oprawą,  ale również tym, co dookoła.
Koncert Muzyki Filmowej polecam gorąco, bo to prawdziwa uczta dla najbardziej nawet wymagającego konesera, a Artystom składam wielkie wyrazy uznania, dziękując za emocje, jakich dostarczyli swoim głosem i włożonym w występ sercem.
Monika A. Oleksa         

Sala Operowa w Centrum Spotkania Kultur
źródło

niedziela, 20 listopada 2016

Pochwała niedzieli

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Niedziela. Siódmy dzień tygodnia, który stał się pierwszym. Dzień wywyższony i podarowany ludziom z miłości. Dzień na odpoczynek, wyciszenie, zatrzymanie w biegu i na obdarowanie czasem tych, których na codzień zaniedbujemy. Dzień święty i wyjątkowy. Inny od pozostałych sześciu. I często niedoceniany. 
Współczesny świat zagubił gdzieś świętowanie niedzieli. XXI wiek nie celebruje już chwil, które zostały nam podarowane wraz z tym dniem. Nie umiemy odpoczywać, rozmawiać ani skupić się na tym, co ważne. Zapominamy co znaczy "dzień święty święcić", i szukamy rozrywek w centrach handlowych, przed telewizorem lub ekranem komputera. Nadrabiamy zaległości w spaniu albo w pracy, którą przynosimy do domu. I gubimy bliskość z tymi, których mamy wokół siebie, bo na codzień rozdzieleni obowiązkami, nie potrafimy spędzać czasu razem. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Niedzielna wyjątkowość została zastąpiona spowszednieniem, a niepowtarzalne godziny wysypują się jak piasek z dziurawego worka, nie pozostawiając w nas prawie niczego, co można zapamiętać, i dzięki czemu mamy siłę i energię, aby wejść w kolejny tydzień, oczekując niedzieli jak podarunku. 
Niedziela jest prezentem, w którym możemy odnaleźć zaskakujące niespodzianki, jeśli zdecydujemy się go rozwinąć do samego końca, bez niecierpliwości, ale z ciekawością, co tym razem ukryte jest w opakowaniu tak innym od sześciu pozostałych. Nie jest zwyczajnym dniem wolnym, kiedy nic nie muszę. Jest piękna, bo uświęcona pamiątką Zmartwychwstania, ale czy jest w niej czas na oddanie chwały Panu i na dziękczynienie za ten dzień, który otrzymujemy i za wszystkie łaski, których często tak po prostu nie doceniamy? Nasze życie jest darem, podobnie jak te wszystkie dni, które wplatają się w naszą codzienność i odświętność. Nic nie jest w nich przypadkowe, podobnie jak nasze istnienie na tym świecie. Jesteśmy tu po coś i dla kogoś, a niedziela daje nam czas, aby to wszystko sobie przypomnieć i odpowiednio przewartościować. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Jesteś dla mnie niedzielą", usłyszałam kiedyś takie słowa od mojej Babci. Te słowa zostały we mnie, podobnie jak brak, jakiego nic nie jest w stanie zastąpić, i tęsknota za tym, co bezpowrotnie odeszło. To Babcia nauczyła mnie celebrować niedzielę i dzięki niej zrozumiałam, że szkoda marnować czasu na odsypianie tygodnia i nicnierobienie, bo ten wyjątkowy dzień powtórzy się dopiero za tydzień, i nigdy nie będzie taki sam jak miniony z poprzedniego tygodnia. 
Nikt z nas nie wie, ile tych niedziel zostanie nam podarowanych, dlatego warto wykorzystać każdą z nich, dzieląc się sobą z innymi. To jest również czas na pielęgnowanie relacji małżeńskich i rodzinnych, a także przyjaźni, dzięki której nasze życie nabiera kolorów pomimo listopadowej szarości. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Jaka jest Twoja niedziela? Czym jest dla Ciebie ten dzień, który jest pomostem między starym i nowym tygodniem pracy, i zapowiedzią tego, co jeszcze nieodkryte? Czy umiesz spojrzeć na niedzielę jako na coś naprawdę wyjątkowego, czy też traktujesz ją jedynie jak przystanek, marudząc, że po niej nadejdzie poniedziałek? I czy umiesz być dla kogoś niedzielą, na którą czeka się z niecierpliwą radością, doceniając każdą wspólnie spędzoną chwilę? 
Lubię niedziele. To mój ulubiony dzień tygodnia, w którym nie ma schematów, bo każda jest inna, i każda wyjątkowa. Lubię ten czas bliskości z najbliższymi, i niedzielne spotkania z przyjaciółmi, kiedy godziny splatają się leniwie ze słowami, jakimi wzajemnie siebie obdarowujemy, i zapadają w pamięci ocieplając jesienno-zimowy chłód i rozpraszają ciemną szarość. Lubię nasze rodzinne poranne niezabieganie i celebrowanie chwil przy stole, który łączy. Lubię niedzielny smak kawy i domowego ciasta ze szczyptą miłości, i jestem wdzięczna za każdego z ludzi - bliskich, najbliższych i tych, którzy pojawiają się w naszym życiu nieoczekiwanie, i zostają na dłużej, przyprawiając wyjątkowość niecodzienności cząsteczką siebie. 

Pojawili się nieoczekiwanie, i zostali, a we mnie jest wdzięczność za każdą chwilę z nimi 
   
Spójrz, niedziela uśmiecha się do Ciebie zostawiając Ci tajemnicę, do odkrycia której Cię zaprasza. Doceń każdą chwilę, którą Ci przynosi i nie pozwól, aby przedponiedziałkowe przygnębienie przesłoniło Ci radość dnia, który będąc pamiątką prawdziwego Zmartwychwstania, daje nam nadzieję i uczy, że prawdziwa głębia niedzieli to wolność, którą dostałeś przez odkupienie, a której tak zupełnie nie doceniasz, przykładając za dużą wagę do tego, co nieistotne, a często lekceważąc to, co najważniejsze. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

czwartek, 17 listopada 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc. 44

Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Eulalia stała w oknie zamyślona, wpatrując się w listopadowy świat przykryty szarym płaszczem wilgotnej mgły. Jej miasto wyglądało dziś pięknie i tajemniczo, ukrywając wszystko co wstydliwe i niedoskonałe za mleczną zasłoną, pobudzając wyobraźnię tych, którzy ją mieli. 
Eulalia myślała o tym, że listopad jest bardzo delikatnym miesiącem. Owszem, był smutny i melancholijny, ale podziwiała go za to z jaką czułością rozczesywał splątane na gałęziach drzew liście, strącając je jak jesienne płatki wirujące w drodze z drzewa na ziemię, i jak zaskakiwał nieoczekiwanym przebłyskiem słońca, którego nic nie zapowiadało, z promykami wplecionymi w korony jeszcze nie do końca ogołoconych z liści drzew. Lubiła w nim jego melodię, którą wystukiwał kroplami deszczu o okienny parapet, i tę jesienną refleksję, dzięki której ludzie byli w stanie choć na chwilę się zatrzymać i zadumać nad tym, dokąd tak naprawdę zmierza ich życie. Listopad miał w sobie tęsknotę, ale Eulalii zupełnie to nie przeszkadzało. Przeszkadzała jej natomiast zapowiedziana wizyta córki. Anita zadzwoniła dwa dni temu i spytała, czy może wpaść dzisiaj w porze lunchu. 
- Rozumiem, że masz na myśli moją porę obiadową? - spytała Eulalia, nie mogąc powstrzymać się od lekkiego sarkazmu w głosie. 
- Jak ktoś ma czas na obiad, to może to tak nazywać. - Anita nie pozostała dłużna, prowokując u Eulalii lekki uśmiech. 
Czekała teraz na córkę, ale w głębi duszy czuła niepokój. Znała Anitę i wiedziała, że nie będzie to miłe spotkanie matki i córki, tylko rozmowa przeprowadzona w stylu Anity, z pytaniami, na które sama najlepiej znała odpowiedzi, i morałami, których Eulalia zupełnie nie akceptowała. Niejednokrotnie zastanawiała się jak jej wnuczka to zrobiła, że wyrosła na tak fantastyczną młodą kobietę, i zawsze wtedy przypominały jej się słowa Bogusi: 
- Ma dobre geny swojej babki!
Było w tym dużo prawdy. Eulalia dostrzegała wiele podobieństw pomiędzy sobą a wnuczką, i nie chodziło jedynie o podobieństwo fizyczne. Miały podobny charakter i jednakowy apetyt na życie, które dla Eulalii wciąż trwało, bez względu na to, że kolejny rok poklepywał ją przyjaźnie po plecach. Nie poddawała się biegowi lat, choć go akceptowała. Wiedziała, że nie stanie się nagle dwadzieścia lat młodsza, i wcale tego nie oczekiwała. Ale miała również świadomość, że wciąż żyje i ma prawo wymagać od tego życia jeszcze niejednego. Ciepłe kapcie i wyrabiane na drutach sweterki były całkowicie sprzeczne z jej temperamentem, a jakoś tak podskórnie czuła, że własnie tego oczekiwałaby od niej Anita

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Dzwonek do drzwi oderwał Eulalię od tych listopadowych rozmyślań. Z żalem pożegnała przyjazny widok za oknem i podeszła do drzwi, zza których życie wdzierało się w jej uporządkowany świat, próbując ułożyć go po swojemu. 
- Fuj! Co za wstrętna wilgoć na dworze! - Anita weszła do mieszkania, strząsając z płaszcza żółty listek, jakby zdziwiony, że znalazł się nagle w nieznanej sobie przestrzeni i do tego osamotniony, bez współtowarzyszy z którymi wyrastał i dojrzewał. - No widzisz, biedaku, zachciało ci się przygody i przejażdżki na płaszczu, a tak grubiańsko zostałeś potraktowany. 
Eulalia schyliła się i podniosła delikatny liść brzozy, kładąc go na dłoni. 
- Gadasz z liściem? - oczy Anity zrobiły się prawie tak okrągłe ze zdziwienia, jak dwa spodki, i Eulalia musiała się powstrzymać, aby nie parsknąć śmiechem. 
- Nie mam kota, więc rozmawiam z liśćmi, żeby do końca nie zdziwaczeć - odpowiedziała z godnością Eulalia. 
Anita nic nie odpowiedziała, westchnęła tylko teatralnie i powiesiła płaszcz na przygotowanym dla niej wieszaku. 
- Przyniosłam pierożki. Kupiłam w barku w sądzie. Bardzo dobre. Odgrzejesz?
Eulalia pokręciła głową, gestem dłoni powstrzymując córkę przed sięgnięciem do modnej, materiałowej torby na zakupy. 
- Zabierzesz do domu. Mój zięć na pewno doceni dobrą kuchnię z sądowego barku. Ja jestem na emeryturze, mam dużo czasu i na nasz wspólny lunch przygotowałam nadziewaną paprykę. 
Anita poprawiła włosy i skierowała się do kuchni, po drodze rozglądając się na boki. 
- Marty nie ma? Sama jesteś? 
- No, w tej chwili już nie sama, bo jesteś jeszcze ty. A Martusia jest na zajęciach. 
- To dobrze, bo chciałam z tobą porozmawiać w cztery oczy. 
- Coś się stało? - Eulalia poczuła, jak niepokój w niej zaczął narastać. Czyżby sprawa, z którą przybiegła jej córka dotyczyła Marty? Czy coś przeoczyła? 
Anita skręciła do łazienki, aby umyć ręce, a Eulalia w tym czasie wyłączyła piekarnik, w którym dopiekała się papryka i ziemniaki w mundurkach. Przygotowała dwa talerze, obok których położyła sztućce i serwetki. Lubiła dopieszczać drobiazgami codzienność, a obiad przy kuchennym stole wcale nie musiał być gorszy niż ten podany w salonie. Zadbała nawet o to, aby w małym wazoniku znalazły się trzy różyczki, umilające kuchenną zwyczajność odrobiną delikatnego piękna. 
- Pachnie tą papryką w całym mieszkaniu. - Anita weszła do kuchni w chwili, gdy Eulalia dekorowała świeżą natką pietruszki podane danie. - Mamo, przygotowałaś prawdziwą ucztę, a nie szybki lunch - przyznała z uznaniem, siadając do stołu. 
- Nic nie sprawia mi takiej przyjemności, jak gotowanie dla tych, których kocham - odpowiedziała bez zastanowienia Eulalia, a zaskoczona ciszą panującą w kuchni podniosła głowę i przyłapała córkę ocierającą kciukiem kącik oka. 
- Dlaczego zawsze to robisz? - głos Anity był cichy i lekko drżący. - Ale co? - nie zrozumiała Eulalia.
- Wzbudzasz we mnie poczucie winy. 
- Podając ci obiad?!
- Na przykład. Wiesz dobrze, że nie mam czasu na gotowanie i zaskakujesz mnie potrawą, przy której robi mi się wstyd, bo jestem twoją córką, a nie potrafię zrobić czegoś takiego we własnej kuchni. 
- Potrafisz, tylko nie masz na to czasu. A ja to bardzo dobrze rozumiem. Nie pamiętasz co jadałaś, jak wyjeżdżałam z operetką? Gdyby nie twój ojciec i babcia Bronia, z głodu byś pomarła, bo ja nie byłam matką, która gotowała na zapas i poświęcała się dziecku. Ty dla Marty robiłaś dużo więcej niż ja dla ciebie, więc nie wyjeżdżaj mi tu z wyrzutami sumienia, bo to ja je miałam przez całe swoje dorosłe życie. 
Przez chwilę jadły w milczeniu, każda zajęta własnymi myślami. Pierwsza odezwała się Anita. 
- Wiesz, spotkałam parę dni temu panią Basię Małecką. W pierwszej chwili nawet jej nie poznałam, ale zaczepiła mnie na ulicy, więc zatrzymałam się przy niej i... 
- ... i wysłuchałam wszystkich ploteczek i donosów. Małecka zawsze była plotkarą i tak jej zostało. I czymże cię uraczyła, że uznałaś za stosowne porozmawiać ze mną? 
- Wspomniała, że widziała cię ostatnio w Teatrze Muzycznym. - Anita udała, że nie usłyszała ostatniego zdania Eulalii. 
- To prawda, byłam na premierze "Balu w Savoy'u". 
- Byłaś tam z dużo młodszym od siebie mężczyzną i..., hm. - Anita chrząknęła znacząco - zachowywałaś się trochę nieprzyzwoicie. 
- To znaczy jak? - Eulalia odsunęła od siebie talerz czując, że nie przełknie już ani kęsa. 
- No... podobno wisiałaś na nim, i trzymaliście się za ręce, a do tego on cię..., jakby to powiedzieć, zmysłowo całował po tych rękach. 
- Nie można jednocześnie wisieć na kimś i trzymać go za rękę, po której na dodatek ktoś cię zmysłowo całuje - odpowiedziała spokojnie Eulalia. - I do żadnego wieszania się nie przyznaję, a mężczyzna wcale nie jest dużo młodszy ode mnie!
- A więc przyznajesz się? 
- Ale do czego? 
- No..., do tego, że masz romans!
Eulalia opadła bezsilnie na krzesło, patrząc na córkę i kręcąc głową z niedowierzaniem. 
- Spotykam się z kimś, ale to jeszcze nie przestępstwo. Ja jestem wdową, on nie ma żony, więc nie rozumiem o co ci właściwie chodzi. 
- Mamo, w twoim wieku nie wypada już... 
- Czego niby nie wypada? - Eulalia odsunęła gwałtownie krzesło i wstała od stołu. - Myślisz, że w moim wieku nie potrzeba już miłości, ani czułości? Ani tego, żeby ktoś spojrzał na ciebie tak, że ciarki ci przechodzą po plecach i czujesz się tak, jakbyś była wyjątkowa, bo nikt nigdy tak na ciebie nie patrzył? A czy w moim wieku wypada jeszcze żyć? 
Po tych słowach wyszła z kuchni, zostawiając córkę nad resztkami papryki, i z dylematem, czy jej matka już oszalała, czy dopiero zamierza? cdn... 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 


       

poniedziałek, 14 listopada 2016

Painted by words

Photo by Marcin Piotr Oleksa 


Hi there, 
It's nice to see you. Welcome to my world painted by words. Sit down, please, and feel yourself at home. There's no need to hurry. Just sit, relax and spend some time with me. It's nice not to be lonely...
Coffee? You know, my coffee time is my "holy time". I like my coffee in a nice cup. I hate paper mugs or plastic cups. Coffee tastes completely different in a nice, porcelain cup; with a bit of creamy milk and spices - a pinch of cardamon, cinnamon and ginger. Nice, isn't it? Such coffee and a piece of home made cake - and I can say: "I'm in heaven!" Why don't you join me with your coffee or tea? 
So... my "holy time"; some minutes of peace and quiet before I come back to the world of rush - to my work, my duties and people who surround me. 
Words... they are very important in my life. They create my world and I use them to describe it. There is no word to ignore; each of them is important and unique. "Love", "Anger", "Patience", "Rush", "A man", "A woman", "Hope", "Relationship", "Children", "Feelings", "Emotions". I'm going to write about each of them. I am in my words. They are to lead me. I use them to weave a colourful patchwork, describing life. So, stay with me and follow this incredible pattern full of magic letters. 
All the best to you, my friend. 
Monika A. Oleksa 

Photo by Marcin Piotr Oleksa 

wtorek, 8 listopada 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Małgorzata Karolina Piekarska "Klasa pani Czajki"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Któż z nas nie pamięta szkolnych lat, wpisanych w życie każdego człowieka i utrwalonych w mniej lub bardziej drastycznych wspomnieniach? Bez względu na to, ile mamy lat, okres naszej edukacji nadal pozostaje czasem, który powraca w rozmowach, zatrzymanej wraz z uchwyconą na fotografii chwilą nostalgii, i w westchnieniu za tymi, których drogi kiedyś skrzyżowały się z naszymi, aby potem rozejść się każda w inną stronę. Niektóre ze szkolnych przyjaźni przetrwały do dziś, inne odeszły w zapomnienie, tak jak i nasza pamięć o tych, którzy starając się przekazać nam wiedzę, uczyli nas również życiowych postaw i wartości, z którymi weszliśmy w dorosłość. 
„Klasa pani Czajki” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej przenosi nas do czasu szkolnych lat, gimnazjalnych przyjaźni, pierwszych nastoletnich miłości i zauroczeń, prostym młodzieżowym językiem opisując gimnazjalną rzeczywistość młodych ludzi, poznających smak życia. Strona po stronie towarzyszymy grupie nastolatków, zaglądając nie tylko do dziennika pani Barbary Czajki, ale również do domów bohaterów, dotykając wraz z nimi problemów, które w wieku trzynastu i czternastu lat naprawdę urastają do rangi tych, od których wali się świat młodego człowieka; i wraz z nimi przeżywamy dylematy i rozterki towarzyszące dojrzewaniu.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Małgosia zmaga się ze swoją nieśmiałością i walczy z kompleksem „okularnicy” i „tej gorszej” ze względu na sytuację materialną jej rodziców. Kamila przeżywa uczuciowe rozterki związane najpierw ze starszym od niej o dwa lata Krzyśkiem, a potem z Olkiem, przy którym nie może się zdecydować, czego tak naprawdę chce od życia. Michał pod maską arogancji i pewności siebie ukrywa wrażliwość, którą boi się eksponować z obawy przed wyśmianiem, a Kaśka przeżywa swoją samotność, chowając ją pod maską pogardliwych przycinków, złośliwych komentarzy i dorosłości, w którą weszła zbyt szybko, marnując najpiękniejsze dziewczęce lata na udawanie kobiety, a zabierając sobie prawo do bycia nastolatką. 
Klasa pani Czajki, I a, nie jest klasą łatwą ani zgraną. Młodzi ludzie odkrywają siebie, ucząc się trudnej sztuki wzajemnej współpracy i szacunku do siebie nawzajem. Przeciw wielu rzeczom się buntują, co jest przywilejem młodości; z wieloma sprawami sobie nie radzą, inne rozwiązują po swojemu, czasem w sposób zupełnie irracjonalny. Bez wątpienia jest to dla nich jednak taki czas, który ich kształtuje, pozostawiając swój ślad w nich na zawsze. Gimnazjum to taki krok ku dorosłości, do której stara się przygotować swoich podopiecznych pani Barbara Czajka. Podejmuje się tej trudnej sztuki z oddaniem, mądrze wymagając, ale zostawiając po drodze wskazówki, dzięki którym młodzi ludzie, każdy po swojemu, odnajdują życiowe powołania, wartościują codzienność i uczą się na własnych błędach, których nikt za nich nie naprawia. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Maciek, Kinga, Aleks, Ewa, i inne imiona, każde przypisane do konkretnej twarzy i osobowości, pozostają w pamięci czytelnika i w myślach, które przychodzą w czasie lektury książki i po jej przeczytaniu. Powieść Małgorzaty Karoliny Piekarskiej to fantastycznie spędzony czas z lekturą przeznaczoną nie tylko dla młodzieży, ale również dla tych, którzy szkolne lata mają już dawno za sobą. To również powieść z kategorii tych, których jakiś czas temu zabrakło w kanonie literatury młodzieżowej, bo pięknie opisaną zwyczajność wyparły wampiry, wilkołaki, upadłe anioły i powstałe demony. 
Składając wielki ukłon w stronę autorki, gratuluję prostej, a jednocześnie tak dobrej książki, docenionej przez „Wprost” poprzez umieszczenie jej na liście bestsellerów jako jedyną pozycję dla młodzieży polskiego autora. Polecam, bo warto wracać do tego, co dobre!
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 


niedziela, 6 listopada 2016

Ster w twoich rękach

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Od poniedziałku na nowo zaczynasz pisać swoje życie. Kolejny tydzień zaczyna swoje odliczanie, wciągając cię w nieprzerwany nurt wydarzeń, których częścią się stajesz mniej lub bardziej świadomie. Godziny przemykają skłaniając cię do przyspieszenia, nawet jeśli nie bardzo masz na to ochotę. Rozpędzony świat nie daje nam wyboru. Narzuca pośpiech, choć wcale go nie chcemy. Wymaga i rozlicza, zostawiając nas z poczuciem winy, że znów z czymś nie zdążyliśmy. 
Każdy poniedziałek mobilizuje nas do zebrania w sobie energii, dzięki której nawet to, co boli i doskwiera, jest do uniesienia. Sobota i niedziela są portem, z którego w poniedziałek wyruszają nasze okręty, wpływając na wzburzone wody ludzkiego życia, nieprzewidywalnego i niemożliwego do zaplanowania, bo przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć każdej przeszkody pojawiającej się przed nami niespodziewanie. Z biegiem lat, i wraz z doświadczeniem jakiego nabywamy obserwując życie, uczymy się omijać lodowce i skały, i choć czasem o jakąś zaczepimy, zazwyczaj dajemy radę wypłynąć na spokojniejsze wody. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Stojąc u steru naszych okrętów naprawdę mamy wpływ na to, jak nimi pokierować. To my wyznaczamy ich kurs, decydując o tym, gdzie mają popłynąć. Bywa jednak i tak, że ten ster wymyka się nam spod kontroli, bo życiowa sytuacja zaczyna nas przerastać tak bardzo, że w pewnym momencie po prostu od tego steru odchodzimy pozwalając, aby statek płynął swoim własnym kursem, niezależnym od naszej woli. Puszczając ster pozwalamy na to, aby życie niosło nas samo, wraz z prądem, w kierunku którego często nie chcemy, ale równocześnie nie dopuszczamy do siebie myśli, że dzieje się tak, bo my staliśmy się bierni, bezwolni, obojętni. Niezadowoleni z tego jak wygląda nasza codzienność nie robimy nic, aby to zmienić, a jeśli już podejmiemy proces naprowadzania naszego życia na właściwy kurs chwytając porzucony ster, często po prostu zniechęcamy się, żądając szybkiej i spektakularnej zmiany, i nie próbując nawet zrozumieć, że wszystko co dobre wymaga czasu i wysiłku. Nic nie dzieje się ot tak, szybko i bezboleśnie. Wszystko potrzebuje czasu, aby dojrzeć i się rozwinąć. Każdy podjęty wysiłek skierowania naszego życia we właściwym kierunku naprawdę ma znaczenie, potrzebna jest nam jedynie chęć i konsekwencja trzymania się podjętych decyzji i postanowień, i ignorowanie tego, co będzie nas na tej drodze zawracać i zniechęcać. 
Nie wolno nam również pozwalać na to, aby ktoś inny przejął ster naszego okrętu, wypływając na wody zupełnie dla nas obce. I choć może na początku będzie nam z tym wygodniej i bezpieczniej, bo ktoś przejmie za mnie odpowiedzialność za moje życie, i to ten ktoś zmierzy się z decyzjami, których ja nie jestem w stanie podjąć, i zajmie się tym, na co ja nie mam siły ani ochoty, po jakimś czasie jednak coś zacznie uwierać i przyjdzie taki dzień, gdy rozejrzysz się dookoła siebie niczego wokół nie poznając, i zadasz sobie pytanie: "Co ja tu właściwie robię? I dlaczego tu jestem, chociaż wcale tego nie chcę?".   

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Od poniedziałku na nowo zaczynasz pisać swoje życie. Nowy dzień przynosi ci nowe szanse i podpowiada nowe rozwiązania. Każdy poniedziałek zrzuca przed tobą zadania i stawia pytania, na które wraz z resztą dni tygodnia szukasz odpowiedzi. I chociaż najczęściej marudzisz, że go nie lubisz, że tak szybko nadchodzi i zabiera sen i twój czas, to jednak właśnie on, poniedziałek, jest tym dniem, który popycha cię do działania i nie pozwala na bierność, wraz z którą życie traci wszelkie barwy, zostawiając jedynie szarość. 
To poniedziałek motywuje cię do wyjścia, spotkania, realizacji planu, który przyszedł ci do głowy, i do poszukiwań, dzięki którym czujesz, że to ty stoisz u steru swojego okrętu i nawet jeśli trafisz na wzburzone wody, będzie to kolejne doświadczenie, które co prawda nie pozostanie obojętne dla ciebie i dla tych, którzy ci będą wówczas towarzyszyć, ale jednocześnie umocni, w pewien sposób rozwinie i będzie dla ciebie znakiem i dowodem, że jeśli poradziłeś i poradziłaś sobie z tą sytuacją, poradzisz sobie i z kolejną. Tak to już działa, że każdy życiowy sztorm nas umacnia, o ile tylko nie pozostajemy w tym starciu bezwolni i obojętni, zdani na łaskę żywiołu. 
Nie krzyw się na nadchodzący poniedziałek i nie narzekaj, że pada, że ciemno i zimno, i w ogóle tak jakoś nieprzyjaźnie, tylko westchnij z wdzięcznością za to, że ten nowy dzień został ci podarowany i wykorzystaj go tak, abyś poczuł, że to ty trzymasz ster swojego życia, a to, jakim nurtem poniesie cię zaczynający się tydzień naprawdę zależy od ciebie.
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
  

wtorek, 1 listopada 2016

Po drugiej stronie mgły

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Po drugiej stronie mgły jest tajemnica, której żaden ludzki rozum pojąć nie może, a złudna cisza ma w sobie więcej słów, niż zapędzony i zajęty sobą człowiek jest w stanie usłyszeć. 
Po drugiej stronie mgły są obecni ci, którzy pośród nas są już nieobecni. Ci, którzy odeszli z naszego życia, pozostawiając po sobie niemożliwą do wypełnienia pustkę, wiele pytań bez odpowiedzi i brak, którego nie da się uzupełnić, bo on zostaje na zawsze, powodując w nas wyszczerbienie. Tracąc kogoś nigdy nie jesteśmy już tacy sami. Zmieniamy się zasłuchani w ciszę, w której czasem uda nam się ich usłyszeć. Tych, którzy odchodząc, tak naprawdę zostają przy nas, z pobłażliwym uśmiechem patrząc na błędy jakie popełniamy. Oni są już mądrzejsi tą mądrością, której my jeszcze nie rozumiemy, bo po prostu do niej nie dojrzeliśmy. 

Ania była w naszym życiu melodią. Jej nieobecność wciąż boli, kogoś brakuje...

Otulony mgłą listopad zatrzymuje nas w wędrówce, w której często się zapominamy. Nastraja refleksyjnie i skłania do zadumy nad kruchością życia i tym, dokąd ono prowadzi. Listopadowe dni dają nam czas na wyciszenie i dotknięcie pamięcią serca tych, o których groby dbamy, odwiedzając je i zapalając migoczące światełko, znak naszej obecności będącej jednocześnie symbolem niezapominania. Bo każdy z tych, do których w te listopadowe dni przytulamy się naszą pamięcią, wyrzeźbił w naszym życiu jakiś wzór i zostawił jakąś cząstkę siebie. Jesteśmy kształtowani przez tych, wśród których żyjemy. Często patrzymy na świat ich oczami i choć mamy swoje zdanie w wielu sprawach mniejszej lub większej wagi, nasi bliscy wpływają na nas swoimi opiniami, sposobem życia czy wyznawanymi wartościami. Pielęgnujemy je nawet wtedy, gdy oni odchodzą. Czerpiemy od nich to, co cenne. Pamiętamy to, co dobre. I czasami tak bardzo żałujemy, że nie dbaliśmy o wspólne relacje staranniej, i że o tyle rzeczy nie zapytaliśmy pozwalając, aby rodzinna historia pozacierała się, bo ci, którzy mogliby ją opowiedzieć ze szczegółami, już milczą. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

"Dokąd zmierzasz, Człowieku?", mogliby zapytać teraz oni, stojący po drugiej stronie listopadowej mgły. Dokąd tak biegniesz, potykając się o swoje własne ślady? O co tak nieustannie zabiegasz zatroskany tym, co nieistotne? Posiadanie nie da ci gwarancji szczęścia, a jedyną monetą, za jaką będziesz w stanie przedostać się na drugą stronę mgły będzie po prostu miłość. Ta przyjęta i odwzajemniona; ta bezinteresowna i niezaborcza; ta, dzięki której czyjeś dni, nawet tak ponure jak listopadowe wieczory, zajaśnieją nadzieją i radością obecności człowieka przy człowieku, zaspokojoną potrzebą zrozumienia i wysłuchania, ciepłem nieprzypadkowego dotyku i nieliczonym czasem, poświęconym z podszeptu serca. 
To właśnie pamiętamy najwyraźniej, kiedy myślimy o naszych bliskich już nieobecnych. Ich troskę i miłość wyglądającą oczami, za którymi tęsknimy. Ich śmiech i chwile, które łączyły, bezcenne relacje cementujące bliskość. I słowa, które zostają jak przesłanie, te, które głęboko zapadły i zakorzeniły się niemal jak własne, przekazane jak życiowe drogowskazy. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Listopadowe łzy wkomponowują się w często niewypowiedziany żal za tym, że coś przeoczyliśmy, nie domknęliśmy, z czymś nie zdążyliśmy, bo ktoś odszedł za szybko. Tylu wspólnych momentów jeszcze nie przeżyliśmy i spóźniliśmy się z miłością, na którą ktoś czekał. Kolejny listopad uświadamia nam prawdziwość słów księdza Jana Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą." Ten jeden pośpiech jest nam w życiu potrzebny, żaden inny nie zaspokoi potrzeby miłości, bez której tak trudno żyć...
Ci, którzy odeszli i odważnie spojrzeli w oczy śmierci, wobec której każdy z nas musi stanąć kiedyś twarzą w twarz, nie usiądą już z nami przy wspólnym stole i nie wyprowadzi nas z równowagi ich zachowanie, które być może niejednokrotnie drażniło. Nie usłyszymy już ich głosu po drugiej stronie słuchawki, choć wciąż będziemy go słyszeć w sobie. Im możemy ofiarować jedynie naszą modlitwę, której tak naprawdę potrzebują bardziej niż wieńców, kwiatów i zniczy. Zza zasłony mgły można usłyszeć jednak urywane zdania, dobiegające do nas wraz z szumem drzew, i z wiatrem tańczącym z opadłymi liśćmi. "Pamiętaj o mnie, ale troszcz się o tych, którzy wciąż jeszcze są gdzieś obok. Nie lekceważ i nie zbywaj ich brakiem czasu. Nie zasłaniaj się odległością i własnym  życiem, do którego masz prawo, ale oni są przecież też jego częścią." Rodzice. Dziadkowie. Ktoś samotny, kogo dom zawsze był dla ciebie otwarty. Wiele jest relacji zaniedbanych, odrzuconych, zlekceważonych. Warto dotknąć tego, póki jeszcze jest na to czas. Póki nie jest za późno. 
Tego również uczą nas listopadowe dni refleksji. Pamięci o zmarłych i szacunku do tych, którym jeszcze możemy podarować choćby cząsteczkę siebie, zapewniając ich swoją obecnością, że doceniamy ten wspólny czas, i jesteśmy po to, by kochać. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa