Wtorkowe spotkania kulturalne: La La Land


Nie przepadam za musicalami, bo zazwyczaj mają mdłą i przesłodzoną fabułę, dlatego wybierając się do kina na "La la land" (jeszcze przed rozdanymi Oscarami), nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego. A jednak Emma i Ryan mnie zaskoczyli. 
"La la land" to nie mdła historia o miłości, ale opowieść o marzycielach, o podążaniu za pragnieniami swojego serca, i o determinacji w dążeniu do celu. Doprawiona fantastyczną ścieżką dźwiękową (muzyka Justina Hurwitza, nagrodzona tegorocznym Oscarem), świetną choreografią i naprawdę dobrą grą aktorską, wciąga widza w magię filmowego świata, jednocześnie niosąc w sobie przekaz, nad którym warto się zastanowić.
Mia ( w tej roli Emma Stone, zdobywczyni tegorocznego Oscara za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową) liczy na swoją szansę w mieście, gdzie spełniają się aktorskie marzenia. Pracuje jako kelnerka podając kawę wielkim i podziwianym, biega na przesłuchania i wierzy, że dostanie rolę, która zmieni wszystko. Po to tu przyjechała, zostawiając swoje rodzinne miasteczko i bliskich; aby spełnić wielkie marzenie o aktorstwie, aby udowodnić samej sobie swoją wartość, i aby pokazać światu na co ją stać. Sebastian (Ryan Gosling), pianista jazzowy, szuka swojego miejsca w życiu. Jego pasja to jazz, który wypełnia każdą komórkę ciała Sebastiana. Nie szuka przypadkowych przygód i Mię też wymija obojętnie. Zraniony przez kobietę, muzyce poświęca wszystko. I marzy. O takim lokalu, w którym prawdziwy jazz będzie żył, gdzie wielcy tego gatunku będą zaglądać, aby sobie pograć, i który stanie się pewnym symbolem miasta wybierającego szybkie i proste rozwiązania. 


Marzyciele. Wrażliwi i nieprzystosowani do walki metodami, jakie stosuje tu większość. Za wszelką cenę, kosztem niejednokrotnie własnej godności, po trupach. Ich drogi jednak się krzyżują. Zaczynają od niechęci, przeradzającej się we wzajemną ciekawość, kumpelską przyjaźń i w końcu w delikatną miłość, której widz przygląda się z sentymentem. Bo jest w niej wszystko to, co być powinno. Poznawanie. Uwodzenie. Flirtowanie. Zdobywanie. Tęsknota. Spełnienie i wzajemne zrozumienie. I wspieranie siebie i swoich pragnień. Bez zazdrości o sukces i o marzenia, bez goryczy, że tobie się udaje, a ja wciąż tkwię w punkcie wyjścia. Bez obwiniania się o swoje niepowodzenia. 
Mia i Sebastian. Początkująca aktorka i muzyk. Miłość i marzenia w mieście gwiazd, które nigdy nie odpoczywa i nie ustaje w biegu po spektakularny sukces. Oboje się uzupełniają. Seb dodaje Mii odwagi, aby zawalczyła o siebie prawdziwym talentem i tym, co jest po prostu w niej, bez starania się być na siłę kimś, kogo chcą widzieć rekrutujący do przemysłu filmowego, ona natomiast motywuje go do przyjęcia propozycji dawnego znajomego i do wiary, że wcześniej czy później uda mu się otworzyć tę wymarzoną knajpę, która będzie na miarę snutych o niej marzeń. 


Historia codzienności Mii i Sebastiana wplata się w kolorowe i tętniące życiem Los Angeles, a intymność prostej, zwyczajnej opowieści o przeciętnych ludziach i ich pasji, łączy się z rozmachem klasycznego widowiska musicalowego, utrzymanego w duchu złotej ery Hollywood. Sama scena wprowadzająca jest zaproszeniem widza do przekroczenia progu świata, gdzie wszystko jest możliwe. Zwykły korek na autostradzie - scena nakręcona w jednym ujęciu z udziałem kilkudziesięciu statystów, jest mistrzowskim zagraniem zarówno pod względem fabuły i choreografii, jak i muzyki, którą słucha się do zachłyśnięcia. 
Damien Chazelle stworzył film naprawdę oscarowy. Nie przesłodził, dodając odrobinę goryczy, dzięki czemu film zyskuje na wartości. 
"La la land" to opowieść o dokonywaniu wyborów i o tym, że zawsze coś trzeba poświęcić. Wiele w tym filmie pytań nasuwających się widzowi po obejrzeniu końcowej sceny, zaczynających się od "Gdyby...?", ale chyba właśnie o to reżyserowi chodziło; aby nie zaserwować odbiorcom kolejnego fast foodu, który odbija się niestrawnością albo mdli od nadmiaru słodyczy, ale by zmusić widza do pewnych refleksji, które same się nasuwają, i by skłonić go do zastanowienia nad wartością tego, co wybiera, podejmując decyzje, które zawsze pociągają za sobą jakieś konsekwencje. 
Jeśli dodamy do tego doskonałą ścieżkę dźwiękową, widowiskowe zdjęcia i scenografię, kostiumy i zapach sukcesu, wyjdzie naprawdę strawna mieszanka dość dobrego kina, po obejrzeniu którego nie ma się poczucia straconego czasu i pieniędzy. Można dyskutować czy rola Emmy Stone była naprawdę na miarę Oscara, albo czy statuetka za najlepszy film nie powinna jednak pozostać w rękach Damiena Chazelle'a, ale zdecydowanie nie można tego filmu zlekceważyć i warto go obejrzeć choćby po to, aby mieć o nim swoje własne zdanie i aby zrozumieć marzycieli!
Monika A. Oleksa (również marzycielka :))


Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmu "La la Land".     

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak