piątek, 31 sierpnia 2012

Garść informacji



Witaj, cieszę się, że znów jesteś ze mną. A jeśli zajrzałeś pierwszy raz, mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. Bo to jest właśnie miejsce, gdzie chciałabym otulić Cię mocą ciepłych słów, skierowanych osobiście do każdego z Was. Chciałabym, abyś dobrze się tutaj czuł, jak w miejscu, do którego chce się wracać. Jak w domu. 
Pozwól, że dzisiejszy post będzie trochę informacyjny. Ta okładka powyżej, to nowa książka, która pojawi się w księgarniach już w październiku. Razem z nią na półki ponownie trafi "Miłość w kasztanie zaklęta", której na razie można ze świecą szukać. 
O czym jest nowa książka? O miłości. O jej odcieniach, o pogubieniu się w życiu i odnalezieniu tego, co najcenniejsze. 
Małgorzata jest dojrzałą kobietą "codzienną", zwyczajną; taką, jakich wiele mijamy na ulicach naszych miast. Przemierza ulice Warszawy, dzieląc swój czas między pracę w kancelarii prawnej a dom, w którym czeka na nią mąż i nastoletnia córka, Sylwia. Jej życie jest zapędzone, czasami kolorowe, czasami szarobure. Jak życie każdej z nas. Wraz z listem, który przychodzi nieoczekiwany i nieproszony, w uporządkowane życie Małgorzaty wchodzi tajemnica. Małgorzata i Agnieszka. Dwie kobiety, nierozerwalnie ze sobą związane. Łączy je przyjaźń, przegadane noce i tajemnica, której Agnieszka odkryć nie potrafi.
"Ciemna strona miłości" pachnie jesienną szarlotką i mieni się kolorami lata. Jest w niej spokój sielskiego Nałęczowa, szum wzburzonego Bałtyku i pośpiech rozpędzonego miasta. Jest mądrość starszego człowieka i szaleństwo młodości. I jest miłość, ta ulotna, niespełniona i ta, która jest silna i przetrwa wszystko. Daj się skusić tej opowieści, która urzecze Cię od pierwszych stron i zatrzyma bez tchu do ostatniej z nich.  
Nastrojowo się zrobiło... To cała ja, i moje książki. Więcej informacji o mojej twórczości znajdziesz w zakładce Magia Liter. Tam odkładam na półkę książki, które już się ukazały i  będę uchylała rąbka tajemnicy na temat tego, nad czym pracuję i co mi chodzi po głowie. Ta strona dopiero powstaje, więc proszę o cierpliwość. Nie mogę napisać o wszystkim od razu, bo to będzie jak z tortem - od nadmiaru może zemdlić, nieważne jak dobry byłby tort. W pracy nad książką bardzo ważny jest kontakt z czytelnikiem. Czy ktoś mnie wogóle czyta? I czy ktoś odwiedził już zakładkę Magia Liter? Bo ślad żaden po nikim nie został... 
Jest jeszcze jedna zakładka. Jedna do Drugiej. E-maile, wymieniane z B. na temat Życia. Taka żywa książka, a jednak nie książka... Zajrzyjcie i sami oceńcie. Odpowiedzi B. na moje dylematy i potyczki z codziennością znajdziecie, moi mili, na stronie czterdziestkatoniegrzech.blogspot.com. To blog, który polecam, bo warto!  
Pozwól, że zakończę cytatem:" To, co możesz uczynić, jest tylko maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale właśnie jest tym, co nadaje znaczenie twojemu życiu." 
Do zobaczenia, jutro, pojutrze i w kolejne dni. Dobrze, że jesteś. 
Monika A. Oleksa  

 

 
 

środa, 29 sierpnia 2012

A mnie jest szkoda lata...

Fot. Marcin Oleksa



Wczoraj mój synek pokazał mi drzewo obsypane rdzawymi listkami, z wyciągniętą rączką i słowami: "Patrz, mama, jesień." Spojrzałam i oprócz rdzawych listków dostrzegłam czerwoną jarzębinę, a w powietrzu, pomimo słońca, które wciąż jeszcze uśmiecha się z wysoka, poczułam chłód. Nadchodzi jesień, ze swoją melancholią, popadywaniem i ciemnymi wieczorami. I pomimo tego, że to moja ulubiona pora roku, szkoda mi lata.
Lato to beztroska dni wypełnionych obecnością moich dzieci i bezmiar wolnego czasu, na który pracuję cały rok. To wieczory przy niespiesznej kolacji z mężem i długie rozmowy, na które zwykle nie ma czasu i siły. Lato to dni, kiedy nic nie muszę i kiedy tak po prostu, jestem. Wyhamowuję, zatrzymuję się i odpoczywam na maxa. Budzi mnie słońce, które daje energię na cały dzień, mój pies szaleje ze szczęścia na dworze, świerszcze przygrywają nastrojowo za oknem, a ja mam ocean godzin na pisanie.
Lato to ciasto z truskawkami i malinami i zatrzymane w kadrze maleńkie chwile szczęścia. Lato to morze i moje Dąbki.
Jestem monotematyczna, wiem, ale... naprawdę kocham to miejsce i trudno mi o nim milczeć. Góry też kocham, ale o górach będzie innym razem, a zresztą... Dąbki to ludzie, bliscy mi jak najbliższa rodzina. Dlatego czekam na lipiec przez dziesięć długich miesięcy, aby wrócić tam, gdzie zostawiłam część samej siebie. I wracam, każdego roku. I wdycham jod, chodzę na spacery, ale przede wszystkim - piszę. I odpoczywam. 
Lato... Szkoda, że odchodzisz. Trochę nas podopieszczasz swoim słonecznym ciepłem, obdarujesz garścią niezapomnianych wspomnień, postawisz na naszych drogach ludzi, bez których potem świat wydaje się mdły, i wymykasz się cicho, na paluszkach, prawie niepostrzeżenie. Zostawiasz po sobie obietnicę powrotu i tęsknotę za tym, co było wplecione w te beztroskie dni. Powiewne sukienki zamykam w szafie i na noc przymykam okna. I tęsknię. Za szumem morza, wzburzonego obojętnością ludzi. Za motylami, do których się zawsze uśmiecham. Za późnymi rankami i długimi wieczorami z książką przy poduszce. Tęsknię za mewami, których zabrać ze sobą nie mogę, i za zapachem morskiej bryzy na mojej skórze. Tęsknię za ciepłym uśmiechem Marysi, wesołymi iskierkami w oczach Ali i opowieściami Franciszka. Tęsknię za przegadanymi do późna nocami i wieczornymi spacerami wyludnioną plażą. 
Za kilka dni zabrzęczy szkolny dzwonek i nic już nie będzie takie samo. Kolejne lato odejdzie w przeszłość, poranki bardzo się ochłodzą, a ciemne wieczory nadejdą zbyt szybko. Wpadniemy znowu w monotonny rytm zajęć i obowiązków, bez tego szaleństwa w oczach, które przynoszą letnie miesiące. Lekkie sandałki upchniemy głęboko, a szyje otulimy szalikami. I znów będą nam marzły dłonie i tak ciężko będzie zbudzić zaspany dzień. Dlatego szkoda mi lata. I wiesz, żeby jeszcze nie wpaść w ponurą depresję, chcę dotknąć tych ostatnich letnich chwil jak najbliżej. I zapamiętać to, co wciąż mam przed oknem. Jeszcze soczyste ciemną zielenią liście i drzewa oblepione ptakami, kolorowe surfinie na balkonie i gruchające z zadowoleniem gołębie. Szczegóły warte zapisania, nie tylko na tej stronie, ale i w sercu. Moim, Twoim, ludzkim. 
Do zobaczenia lato. Wiem, że powrócisz, nigdy nie łamiesz danego słowa. I tylko... tak długo każesz na siebie czekać. Tak długo... 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

O przyjaźni i przyjaciółkach

Fot. Marcin Oleksa




Nie każdy potrafi dostrzec to, co naprawdę w życiu jest ważne
 Przyjaciel. Od najmłodszych lat marzymy o przyjaciółce, o takiej pokrewnej duszy, jaką Diana była dla Ani Shirley. Potrzebujemy kogoś, kto nas zrozumie i komu będziemy mogli powierzyć swoje sekrety. Potrzebny nam ktoś, przy kim będziemy mogły się rozpłakać, bez obsesyjnej myśli, jak wyglądamy z rozmazanym tuszem pod oczami; ktoś, do kogo możemy zadzwonić w środku nocy, bo jesteśmy w czarnej dziurze depresji i wszystko czego nam potrzeba, to ciepłe słowa i zapewnienie: Nie jesteś sama!; ktoś, z kim wypijemy filiżankę herbaty i czasami, po prostu, pomilczymy. 
"Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem". A Przyjaźń to "więzy, które chronią serce przed pęknięciem". 
Ale Przyjaźń to nie jest bezwarunkowa akceptacja i przyjmowanie drugiego człowieka bez zastrzeżeń. Przyjaciel kocha, ale ma odwagę powiedzieć prawdę, jeśli nasze życie zmierza w niewłaściwym kierunku; jeśli się "rozdeptujemy", jak domowe kapcie i w wieku lat czterdziestu kilku lub pięćdziesięciu plus twierdzimy, że nic już nie ma sensu zmieniać, bo dobrze jest tak, jak jest, i godzimy się na powolne obumieranie swojego serca, które przecież kiedyś , jeszcze nie tak dawno, żyło porywami i wypełnione było po brzegi marzeniami i planami podbicia świata. Czasami stygniemy i opadają nam skrzydła. Nie lubię mojej pracy, ale przecież w moim wieku i tak nie znajdę nowej. Nie podobają mi się moje odrosty, ale przyzwyczaiłam się do nich. A zresztą komu ja mam się podobać? W tym wieku? Nie jest mi dobrze w tym miejscu, w którym postawiło mnie życie, ale nie mam siły tego zmieniać, bo to i tak nic nie da. Poddajemy się tak łatwo zwątpieniu, przygnębieniu, rezygnujemy z siebie dla kogoś albo czegoś. Przyjaciel ma odwagę potrząsnąć nas mocno za ramiona, spojrzeć głęboko w oczy, a nawet, jeśli trzeba, dać "klapsa" i popchnąć we właściwym kierunku. I zrobi to tylko dlatego, że jesteś dla niego ważna. I mu (jej!) na Tobie zależy. Bo wie, że odwracasz lustro i nie lubisz na siebie patrzeć, a powinnaś, bo jesteś piękna, tylko już dawno o tym zapomniałaś. I wie o Twoich łzach, wypłakiwanych bezsilnie w poduszkę lub pod prysznicem, aby nikt nie usłyszał. Wie o tych wszystkich dylematach, jak przeżyć, kiedy wciąż brakuje. Pieniędzy, miłości, czułości, obecności drugiego człowieka, zdrowia. Prawdziwy przyjaciel to ciepły kominek w zimny, styczniowy poranek. I wieczór. Czasami wystarczy jeden nieoczekiwany esemes, e-mail, czy telefon. Czasami niezapowiedziana wizyta. A czasami drobny, ale ważny prezent, w postaci ofiarowania przyjaciółce, na przykład USG piersi lub Mammografii, bo dotąd nie miała odwagi, a powinna to zrobić. Dla siebie samej. 
Przyjaźń jest piękna i można ją przyrównać do przecudnego storczyka, oblepionego bladoróżowymi kwiatami. Ale, podobnie jak ten kwiat, wymaga pielęgnacji. Zaniedbana, straci kwiaty i zmarnieje. I zostaną z niej tylko liście i suche pędy. Dbaj o nią, bo to najcenniejsze, co otrzymaliśmy od Życia. Wiesz, napisz dziś do swojej przyjaciółki. Albo zadzwoń do niej. I umów się z nią na dawno odkładaną kawę. I zaproś ją do tego miejsca. W moim ogrodzie jest wiele stolików, a kawałek szarlotki znajdzie się również dla Twojej przyjaciółki. Odrobina ciepła również. 
"Najlepsza część życia ludzkiego to małe, bezimienne i zapomniane akty dobroci i miłości." 
Dziękuję Ci, moja przyjaciółko.  
Za najcieplejszy uśmiech i świadomość, że mogę do Ciebie zadzwonić o każdej porze i zawsze mnie wysłuchasz, a potem wylejesz na moją duszę miód; dziękuję Ci Paulinko. Za słowa, które dodają skrzydeł i umacniają, za otwarte serce, i za to, że potrafisz ze mną po prostu milczeć; dziękuję Ci Basiu. Za przegadane noce i za to, że wciąż chcesz otwierać dla mnie drzwi swojego domu i oddawać mi swoje łóżko; dziękuję Ci Dorotko. Za ciepło, które rozgrzewa słuchawkę telefonu i za świadomość, że gdzieś tam, daleko, jesteś, taka bliska; dziękuję Ci Marzenko. Iryskowi dziękuję za WSZYSTKO. A Duśce i Beacie za to, że od lat są w moim życiu, chociaż czasami zapominam, jak wiele pielęgnacji wymaga ten "storczyk". I Małgosi, za przyjęcie mnie do swojej rodziny. DZIĘKUJĘ! 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa


.

niedziela, 26 sierpnia 2012

To ludzie tworzą miejsca, do których chcemy wracać... (cz.2)


Moja sentymentalna podróż po Warszawie



Witaj, cieszę się, że znów chcesz razem ze mną wypić kawę i choć na chwilkę zatrzymać się w tym rozpędzonym świecie. A może dziś, do tej kawy, skusisz się na kawałek szarlotki? Sama piekłam. Lubię te sierpniowe i wrześniowe szarlotki. To zupełnie tak, jakbym zatrzymała w rozgrzanej blaszce skrawek lata pachnący jabłkami. Jestem łasuchem i lubię przy kawie porozpieszczać się trochę ciastem, które piekę dla bliskich mi osób, dodając szczyptę miłości. Dziś zapraszam na tę szarlotkę Ciebie. I zabieram Cię na spacer po Warszawie. Tam, w sentymentalnej podróży na kartkach mojej najnowszej powieści (tej jesiennej - "Ciemna strona miłości"), odnalazłam beztroskę dzieciństwa, jaka nierozerwalnie związała się z miejscami i ludźmi, którzy w tych miejscach razem ze mną byli. Niektórzy nadal są, niektórzy odeszli... Pozostały wspomnienia i Warszawa, która zachwyciła moją bohaterkę, Agnieszkę. Spojrzałam na to miasto jej oczami. I co zobaczyłam? 

"Lekkie sandałki Agnieszki niosły ją radośnie w stronę Zamku Królewskiego. Szła obok Małgorzaty, ramię w ramię, i cieszyła się tą bliskością drugiego człowieka, słońcem, ciepłem, lenistwem i beztroską lipca. Na moment zatraciła się w tym radosnym przeżywaniu chwili, odsunęła na bok mrok i to, co bolało. Żyła. Czuła. Uśmiechała się.
Spacer uliczkami Starego i Nowego Miasta pozwolił odpocząć od wielkomiejskiego gwaru i pośpiechu. Agnieszka z ciekawością wchodziła w nastrojowe zaułki i całą sobą chłonęła atmosferę tego niepowtarzalnego miejsca.
Rynek Starego Miasta zachwycił ją. Stała jak urzeczona pośrodku rozległego placu i oczarowana patrzyła na kolorowe parasole ogródków piwnych, artystów wystawiających swoje prace lub tworzących je cichutko na schodach starych kamienic, dorożki i ludzi, którzy znaleźli się w tym samym miejscu, w tym samym czasie co ona.
  • Już kocham to miejsce – uśmiechnęła się do Małgorzaty tak ciepło, jak jeszcze nigdy dotąd." 
     
    "Szła z Sabą na smyczy Marszałkowską, potem skręciła na skwerek przy Zoli. Panował tu przyjemny, wieczorny chłód. W letnim ogródku restauracji Venezia siedziały pojedyncze pary, trzymając się za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy."
     
    "Agnieszka wciąż nie mogła się nasycić Warszawą. Wszystko było tu na wyciągnięcie ręki. Kino Luna, które zachowało swój image sprzed lat i utrzymywało się z seansów dla seniorów i studentów, z niewygodnymi, trzeszczącymi fotelami, ale niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju atmosferą lat osiemdziesiątych, której nie można było spotkać w żadnym nowoczesnym multipleksie. Teatr Syrena, kościół Zbawiciela, Teatr Współczesny, Dziecięcy Szpital Kliniczny przy Litewskiej, wszystko to nabrało realnych kształtów i nie było już dla Agnieszki nazwą, ale miejscem znajomym, w którym zaczynała czuć się dobrze i u siebie.
  • Tam, przy Natolińskiej, jest maleńka, stylowa cukiernia. Jeśli chcesz wydać majątek na przyjemności, to tylko tam. - Sylwia wskazała ulicę, w którą zaraz skręciły. Szły teraz Aleją Wyzwolenia w cieniu lip i klonów, mijając mamy z wózkami i wyprowadzane na spacer psy." 

    Wszystkie fragmenty pochodzą z mojej nowej książki "Ciemna strona miłości". Pisząc ją, razem z Agnieszką spacerowałam po Warszawie i odnajdywałam siebie sprzed lat, kiedy jako mała dziewczynka spędzałam tu wakacje i święta u mojej Babci. W każdym z tych miejsc zostało coś  niedostrzegalnego, co teraz, po latach, odnalazłam i ułożyłam z tego mozaikę, wplatając ją w karty powieści. Moja Babcia to dom pachnący bezpieczeństwem i walerianą. To wieczorne, letnie spacery po Łazienkach i podglądanie Fryderyka. Chwile słodkiego lenistwa na jednej z ławek, wśród czerwonych róż i rozmowy z wygłodniałymi kaczkami i gołębiami. Zachwycający Pałac na Wodzie i koronacja dnia- lody w Zielonej Budce na Puławskiej. Jej ciepły uśmiech i czas dla mnie, którego nigdy nie brakowało. Do dziś, kiedy jestem w Warszawie, odwiedzam kościół Zbawiciela, który zachował swój specyficzny zapach zapamiętany przeze mnie z dzieciństwa. Tam czuję ją obok siebie tak, jakby wciąż tu była, jakby nigdy nie odeszła...
    Moja Warszawa teraz to wieczory teatralne i noce przegadane z przyjaciółką. To rodzinne spotkania wśród bliskich, i uczenie się na nowo tego miasta, które przyciąga i odpycha równocześnie. Moja Warszawa ma dziś wiele imion. Basia, Dorota, Bogusia, Antoni, Marta i Piotr. Każdy z nich "przyprawia" to miejsce szczyptą swojej niepowtarzalności,  sprawiając, że  każdy pobyt tam smakuje wyśmienicie. 
    Monika A. Oleksa

środa, 22 sierpnia 2012

To ludzie tworzą miejsca, do których chcemy wracać... (cz.1)

Fot. Marcin Oleksa



"Dąbki. Kiedyś maleńka wioska rybacka, obecnie uzdrowisko. Biały piasek na nieskończenie długiej plaży, przy brzegu przystań i kutry rybackie. W smażalni ryby dopiero co wyjęte z sieci. Spokój i zatrzymanie. Maleńkie sklepiki z pamiątkami, bursztyn i srebro połączone w delikatną, subtelną biżuterię; piekarnie i cukierenki kuszące puszystymi wypiekami. Spodobało im się to miejsce. Wynaleźli je w Internecie. Dom Wypoczynkowy "Maria", tonący w kwiatach i dopieszczany pod każdym względem. Wspaniała, rodzinna atmosfera, w której czuli się, jakby znali to miejsce od zawsze. Serdeczność właścicieli i zaangażowanie personelu sprawiały, że pobyt tutaj był prawdziwą odskocznią od codzienności i Małgorzata po kilku dniach już wiedziała, że będzie żegnać to miejsce z prawdziwym żalem i na pewno niejednokrotnie tu powróci."
To fragment z mojej nowej książki "Ciemna strona miłości", która pojawi się tuż tuż. Przyniesie mi ją moja ulubiona pora roku - jesień. Ale ja dzisiaj nie o książce, tylko o ludziach. I o miejscach. Co roku, w lecie, słyszę to samo pytanie: Czy nie nudzi się Pani przyjeżdżać tyle lat w to same miejsce? 
W tym roku odwiedziłam Dąbki po raz siódmy. I zawsze odpowiadam na to pytanie: Nie, nie nudzi mi się, bo to miejsce to nie tylko morze, które w zasadzie jest takie same w każdej innej miejscowości na wybrzeżu, ale to ludzie, bez których sobie tego miejsca nie umiem wyobrazić. I wiem, że jeśli kiedykolwiek ich tutaj zabraknie, to Dąbki stracą dla mnie swój niepowtarzalny smak i pozostaną tylko wspomnieniem. 
Dąbki to Marysia i jej ciepły uśmiech. I wieczna troska w oczach o drugiego człowieka. Marysia, której serce jest w stanie pomieścić tyle dobra... To ona i Franciszek stworzyli to magiczne miejsce, gdzie książki same się piszą, i gdzie do człowieka przychodzi spokój, bez względu na to, z czym na swój urlop przyjechał. Barwne i pasjonujące opowieści pana Franciszka potrafią przenosić do świata, który znamy tylko z historii lub opowieści dziadków. Jego otwartość na ludzi sprawia, że każdy tutaj czuje się wyjątkowy.  I Ala, dobry anioł tego miejsca, bez którego cały mechanizm nie funkcjonowałby jak niezawodny, szwajcarski zegarek. Wypić kawę w ich towarzystwie - bezcenne! W tym korowodzie ludzi nie do zastąpienia, jest jeszcze ksiądz Andrzej. "Pleban znad Bałtyku", jak sam siebie kiedyś określił, proboszcz, wikary, a bardzo często i organista w jednym. Jeśli ktoś jednak myśli, że to jeden z takich "wiejskich" proboszczów, będzie bardzo zaskoczony już po pierwszym wysłuchaniu księdza Andrzeja. Jego słowa prowokują do myślenia i zatrzymania się nad samym sobą. Terapeuta, który potrafi wsłuchać się nie tylko w duszę człowieka, ale pomóc mu także zgłębić swoją psychikę.   
Dąbki to również ludzie, którzy zjeżdżają tu ze wszystkich stron Polski. Oni też tworzą klimat tego miejsca, a wyjeżdżając, zostawiają tutaj część siebie. Zamykam oczy i widzę serdeczny uśmiech pani Ani i wspólne lody o smaku chałwy z kawą. I zachód słońca z inną Anią, szaloną, pełną życia, rozgadaną i wnoszącą wiele radości w moje życie. Wieczorne pogaduchy z moją, tak bardzo bliską, Marzenką, która ciepłem dotyka najwrażliwszych części mojej duszy. Każda z nich to piękna opowieść, którą może któregoś dnia splotę... 
 Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Pasja pisania:moc słowa

"Słowo niewypowiedziane jest Twoim niewolnikiem; wypowiedziane, staje się Twoim wrogiem." 

Zastanawiam się, czy tak samo dzieje się ze słowem pisanym? Zapisanym i zapamiętanym w książce, która w pewien sposób obnaża autora i dopuszcza czytelnika w pewne intymne rejony życia, do których dostęp mają tylko najbliżsi. I pomimo tego, że w większości przypadków autor jest tylko obserwatorem tworzonej historii; taką osobą, która stoi z boku i przelewa na papier to, co "widzi" w swojej świadomości pisarza i swoim umyśle, to jednak daje bohaterom coś z siebie - czasami swoje cechy lub swoją wrażliwość, ulubione rytuały, powiedzenia, czasami wykonywany zawód - tak jak ja przekazałam go mojej bohaterce, Marcie, choć w nieco innej postaci. Pisząc książkę, jej autor niejako daje pozwolenie czytelnikowi na poznanie go bliżej, chociażby przez sam klimat książki, używany język, dopuszczenie wulgaryzmów lub ich wyeliminowanie, opowiedzenie się za jakąś opcją polityczną czy przyznanie obecności Stwórcy w swoim życiu. Nie da się raczej napisać książki, która dociera do setek przeróżnych czytelników, nie wzbudzając ich zainteresowania: Ale kto to jest? I o co jej właściwie chodzi? 
No właśnie, o co mi chodzi? Dlaczego piszę, choć przecież nie każdemu może się to podobać? Bo to jest silniejsze ode mnie. To "coś" siedzi we mnie i są chwile, kiedy przyprawia mnie prawie o obłęd. I wiem, że jeśli nie wyleję tego z siebie na czystą kartkę papieru, to oszaleję, zwariuję, a moje dzieci zostaną bez matki, a mąż bez połowicy. Dlatego piszę. To jest pasja. To dar, który dostałam, i za który, swoim pisaniem, próbuję dziękować. 
"Pusta kartka zawsze mnie wabi." - napisał Richard Paul Evans - "Nowa deska prosi o gwóźdź."
To tak jak ze mną. Czasami jest pomysł, a brak słów, żeby go "namalować". Ale są takie dni, kiedy biorę do ręki pióro i czystą kartkę i samo się wylewa, a pióro drapie po kartce jak szalone, tak, że nie nadążam. Ale zawsze, w każdym napisanym zdaniu, jestem ja. Nie moje życie, ale ja, moja wrażliwość i osobowość. 
"Zycie każdego człowieka jest baśnią napisaną przez Boga." - to  Hans Christian Andersen. A ja lubię tę baśń obserwować i czasami napisać o tym historię. Na jesieni będzie już kolejna...

sobota, 18 sierpnia 2012

Z głową w chmurach i mchem pod stopami

To drobiazgi składają się na naszą codzienność. Lubię się przy nich zatrzymywać, by uchwycić niewidoczną chwilę. Gubię pośpiech i po prostu żyję. Jestem. 


                                                               Fot. Marcin Oleksa

Witaj i usiądź wygodnie. Pozwolisz, że Cię ugoszczę? Kawy? Ja najbardziej lubię taką z aromatycznymi przyprawami - kardamonem, cynamonem i wanilią. Czas na kawę to dla mnie czas zatrzymania. Zapadam się wtedy w głębokim fotelu i jestem tylko ja i ta chwila. Czasami dopuszczam do niej moich przyjaciół. W lipcu   zatrzymałam się przy kawie w zaczarowanym ogrodzie. 
Zamknij oczy i wyobraź sobie magiczne miejsce, do którego wchodzisz przez ukrytą w żywopłocie furtkę. Prowadzi Cię ona przez szpaler jałowców, pośród których biegnie wyłożona kostką ścieżka. Dochodzisz nią do wejścia, z dachu którego zwisają różowe i burgundowe dzwoneczki fuksji i czerwona, drobna pelargonia. Po Twojej lewej stronie jest taras, wyłożony lustrzanymi płytkami. Tutaj właśnie siadam, z filiżanką kawy w dłoni. Chłonę piękno tego miejsca i czuję, jak odpoczywam. Przy mnie, tuż na wyciągnięcie ręki, stoją wielkie donice, z których zwieszają się drobniutkie surfinie sąsiadujące z drobnymi, białymi kwiatuszkami bidensa, a  nad nimi króluje ciemnoróżowa begonia. Po drewnianych kratkach wspina się kolorowy klematis, a nieco dalej panoszy się barwinek, kwitnący na żółto pięciornik gęsi, pnąca hortensja i drzewka, które wsiały się tutaj bez zaproszenia, ale pozostały i wkomponowały się w całość, prowadzone pewną ręką opiekunów - jesion, klon, wierzba, jarzębina, a nawet mirabelka. Jeśli dodam do tego jeszcze bzy, forsycję, świerki, rdest ptasi oplątany wokół latarni, wiciokrzew, rozłożyste paprocie otoczone wianuszkiem bratków, aksamitek, gardenii i dzwonków, rząd czerwonych róż, a także tymianek i inne zioła, i jeszcze dekoracyjne drzewko oliwne o lekko popielatych liściach, można pomyśleć, że znajduję się w raju. Ale to cudowne miejsce istnieje naprawdę i jeśli tylko czujesz potrzebę odetchnięcia od zgiełku i pośpiechu świata, możesz się tam wybrać i wypić kawę, słuchając jedynie brzęczenia owadów i krzyku mew. Dąbki, koło Darłowa. Mała rybacka wioska, uzdrowisko. Morze, jezioro i las. Piaszczysta biała plaża i polskie morze, codziennie inne, nieodgadnione. Dom Wypoczynkowy Maria. Moje miejsce na ziemi. Tutaj czuję się jak w domu. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa






Fot. Marcin Oleksa