niedziela, 26 sierpnia 2012

To ludzie tworzą miejsca, do których chcemy wracać... (cz.2)


Moja sentymentalna podróż po Warszawie



Witaj, cieszę się, że znów chcesz razem ze mną wypić kawę i choć na chwilkę zatrzymać się w tym rozpędzonym świecie. A może dziś, do tej kawy, skusisz się na kawałek szarlotki? Sama piekłam. Lubię te sierpniowe i wrześniowe szarlotki. To zupełnie tak, jakbym zatrzymała w rozgrzanej blaszce skrawek lata pachnący jabłkami. Jestem łasuchem i lubię przy kawie porozpieszczać się trochę ciastem, które piekę dla bliskich mi osób, dodając szczyptę miłości. Dziś zapraszam na tę szarlotkę Ciebie. I zabieram Cię na spacer po Warszawie. Tam, w sentymentalnej podróży na kartkach mojej najnowszej powieści (tej jesiennej - "Ciemna strona miłości"), odnalazłam beztroskę dzieciństwa, jaka nierozerwalnie związała się z miejscami i ludźmi, którzy w tych miejscach razem ze mną byli. Niektórzy nadal są, niektórzy odeszli... Pozostały wspomnienia i Warszawa, która zachwyciła moją bohaterkę, Agnieszkę. Spojrzałam na to miasto jej oczami. I co zobaczyłam? 

"Lekkie sandałki Agnieszki niosły ją radośnie w stronę Zamku Królewskiego. Szła obok Małgorzaty, ramię w ramię, i cieszyła się tą bliskością drugiego człowieka, słońcem, ciepłem, lenistwem i beztroską lipca. Na moment zatraciła się w tym radosnym przeżywaniu chwili, odsunęła na bok mrok i to, co bolało. Żyła. Czuła. Uśmiechała się.
Spacer uliczkami Starego i Nowego Miasta pozwolił odpocząć od wielkomiejskiego gwaru i pośpiechu. Agnieszka z ciekawością wchodziła w nastrojowe zaułki i całą sobą chłonęła atmosferę tego niepowtarzalnego miejsca.
Rynek Starego Miasta zachwycił ją. Stała jak urzeczona pośrodku rozległego placu i oczarowana patrzyła na kolorowe parasole ogródków piwnych, artystów wystawiających swoje prace lub tworzących je cichutko na schodach starych kamienic, dorożki i ludzi, którzy znaleźli się w tym samym miejscu, w tym samym czasie co ona.
  • Już kocham to miejsce – uśmiechnęła się do Małgorzaty tak ciepło, jak jeszcze nigdy dotąd." 
     
    "Szła z Sabą na smyczy Marszałkowską, potem skręciła na skwerek przy Zoli. Panował tu przyjemny, wieczorny chłód. W letnim ogródku restauracji Venezia siedziały pojedyncze pary, trzymając się za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy."
     
    "Agnieszka wciąż nie mogła się nasycić Warszawą. Wszystko było tu na wyciągnięcie ręki. Kino Luna, które zachowało swój image sprzed lat i utrzymywało się z seansów dla seniorów i studentów, z niewygodnymi, trzeszczącymi fotelami, ale niepowtarzalną i jedyną w swoim rodzaju atmosferą lat osiemdziesiątych, której nie można było spotkać w żadnym nowoczesnym multipleksie. Teatr Syrena, kościół Zbawiciela, Teatr Współczesny, Dziecięcy Szpital Kliniczny przy Litewskiej, wszystko to nabrało realnych kształtów i nie było już dla Agnieszki nazwą, ale miejscem znajomym, w którym zaczynała czuć się dobrze i u siebie.
  • Tam, przy Natolińskiej, jest maleńka, stylowa cukiernia. Jeśli chcesz wydać majątek na przyjemności, to tylko tam. - Sylwia wskazała ulicę, w którą zaraz skręciły. Szły teraz Aleją Wyzwolenia w cieniu lip i klonów, mijając mamy z wózkami i wyprowadzane na spacer psy." 

    Wszystkie fragmenty pochodzą z mojej nowej książki "Ciemna strona miłości". Pisząc ją, razem z Agnieszką spacerowałam po Warszawie i odnajdywałam siebie sprzed lat, kiedy jako mała dziewczynka spędzałam tu wakacje i święta u mojej Babci. W każdym z tych miejsc zostało coś  niedostrzegalnego, co teraz, po latach, odnalazłam i ułożyłam z tego mozaikę, wplatając ją w karty powieści. Moja Babcia to dom pachnący bezpieczeństwem i walerianą. To wieczorne, letnie spacery po Łazienkach i podglądanie Fryderyka. Chwile słodkiego lenistwa na jednej z ławek, wśród czerwonych róż i rozmowy z wygłodniałymi kaczkami i gołębiami. Zachwycający Pałac na Wodzie i koronacja dnia- lody w Zielonej Budce na Puławskiej. Jej ciepły uśmiech i czas dla mnie, którego nigdy nie brakowało. Do dziś, kiedy jestem w Warszawie, odwiedzam kościół Zbawiciela, który zachował swój specyficzny zapach zapamiętany przeze mnie z dzieciństwa. Tam czuję ją obok siebie tak, jakby wciąż tu była, jakby nigdy nie odeszła...
    Moja Warszawa teraz to wieczory teatralne i noce przegadane z przyjaciółką. To rodzinne spotkania wśród bliskich, i uczenie się na nowo tego miasta, które przyciąga i odpycha równocześnie. Moja Warszawa ma dziś wiele imion. Basia, Dorota, Bogusia, Antoni, Marta i Piotr. Każdy z nich "przyprawia" to miejsce szczyptą swojej niepowtarzalności,  sprawiając, że  każdy pobyt tam smakuje wyśmienicie. 
    Monika A. Oleksa

3 komentarze:

  1. Och, zabierz mnie w te miejsca, które przecież w większości znam i przez które także przewijał się kawałek ten czy tamten mojego życia, ale... nie widzę tak Warszawy. Za to, mam nadzieję, pokazuję Ci na nowo Twój Lublin, gdy tam zawitam.
    Basia
    P.s.
    A ta Basia z W-wy to o mnie? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No pewnie, że o Tobie! I mam wielką ochotę na spacer z Tobą po Twojej Warszawie. Kocham październik, myślisz, że to dobry miesiąc na taką wspólną podróż sentymentalną?

    OdpowiedzUsuń