niedziela, 31 marca 2013

Świąteczny rozgardiasz

Fot. Marcin Oleksa



W kuchni było gwarno, pełno i wesoło. Cztery kobiece głosy mieszały się ze sobą, zupełnie jak zapachy wypełniające pomieszczenie. Cztery kobiety, cztery pokolenia, jedne święta, które zebrały je wszystkie w tym domu, pełnym dobrych wspomnień. W Nałęczowie. 
Agnieszka przygotowywała tartę orzechową, która miała zająć na świątecznym stole miejsce mazurka. Przepis na nią przekazała jej Teresa, która lubiła w kuchni od czasu do czasu przełamać tradycje i poeksperymentować w granicach rozsądku. 
- Wbrew pozorom, tarta jest bardzo podobna do naszego rodzimego mazurka. - Agnieszka pamiętała tak wiele szczegółów z ich wspólnego, skromnego życia. - Cała sztuka polega na tym, że mamy w niej mało ciasta, a dużo nadzienia, które ma porozpieszczać nasze podniebienie. Oto filozofia tarty - smak nadzienia ma dominować nad smakiem cienkiego ciasta.
Tęskniła za nią. Wraz z wiosną tajały jej uczucia. Wraz z zimą topniała i odpływała twarda skorupa, którą Agnieszka szczelnie otoczyła swoje serce, aby przeżyć. Złapała się na tym, że zaczęła porównywać Małgosię z Teresą. Były sobie zupełnie obce, a jednak widziała w nich podobieństwo. Obie oddawały całe siebie swojej rodzinie; obie widziały w niej największą wartość. Nawet ich dotyk na jej policzku był taki sam - ciepły i przepełniony miłością. Jej matki. Tak o nich myślała. Miała dwie matki i, podobnie jak Dina ze Starego Testamentu, córka Lei i Jakuba, kochała je, choć nie umiała się powstrzymać przed ich porównywaniem. 
W gwarnym i rozradowanym towarzystwie ciasto robiło się samo i śmiało można było powiedzieć, że było dziełem wielu rąk, tak jak ona była córką dwóch matek. 
Agnieszka zagniotła ciasto i wykleiła nią blaszkę. Zawsze robiły z Teresą tę tartę w prostokątnej blaszanej formie, tak, aby jak najbardziej przypominała polskiego mazurka. Sylwia nakłuła ciasto widelcem i wysypała na nie białe ziarna fasolki, aby je obciążyć i zapobiec wybrzuszeniu ciasta w trakcie pieczenia. Marek wykonał typową męską pracę, czyli zmielił przez maszynkę orzechy potrzebne do nadzienia. Magda przyniosła ze spiżarki miód, którym obdarowali ją wdzięczni pacjenci, i z lekarską dokładnością odmierzyła potrzebną ilość. A Małgorzata doprawiła wszystko ciepłym uśmiechem i spojrzeniem, z którego wyjrzała miłość. 
Tylko Maciej nie wtrącał się do królestwa, w którym rządziły kobiety. Stał z boku, z nieodłącznym Bostonem przy nodze i spokojem, który wygładził jego twarz.Wszystkich, których kochał, miał na wyciągnięcie ręki. Był, najzwyczajniej w świecie, szczęśliwy. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa  

"Moc Odkupienia jest nieskończenie wyższa niż całe zło w człowieku i w świecie." J.P.II 
Kochani, życzę każdemu z Was, aby ta radość, płynąca z pustego grobu, wypełniła nasze serca nadzieją i miłością i abyśmy umieli przenieść ją w naszą codzienność. Radosnego Alleluja!        

czwartek, 28 marca 2013

Przytul się...

Fot. Marcin Oleksa



Dziś - życzę ogromnego zasłuchania w milczenie Krzyża; przytulenia do Jego Serca...
Krzyż nie jest ciężarem, choć często się pod nim załamujemy i wielokrotnie upadamy. I nie ma w tym nic dziwnego, bo jesteśmy tylko ludźmi, a słabość jest wpisana w naszą ludzką naturę. Wątpimy, buntujemy się, czasami próbujemy własnymi siłami pokonać trud, który nas przerasta. Unosimy się honorem i wyrzekamy Panu Bogu, że do niczego nie jest nam potrzebny, że sami damy sobie radę ze wszystkim. Próbujemy być samowystarczalni i sami wyznaczamy sobie swoje własne reguły, które prędzej czy później doprowadzają nas do zwątpienia. Błądzić jest rzeczą ludzką, a Pan Bóg nie odwróci się za to do nas plecami. On wciąż jest. Czeka cierpliwie. To my Go nie dostrzegamy, zaślepieni własną złością, poczuciem krzywdy i przeświadczeniem, że Bóg nas opuścił. To my nie chcemy zobaczyć okruchów miłości, którymi każdego dnia On nas obdarowuje. Nie doceniamy darów, które dostajemy, bo oczekujemy czegoś zupełnie innego. Czegoś, co z naszego ludzkiego pojęcia, jest nam niezbędne do życia. Życia tu i teraz. Nie dostrzegamy cudów, które zdarzają się w naszej codzienności. Po prostu przyjmujemy to, jako coś oczywistego. Coś, co nam się należy. Coś, co po prostu jest. 
Pierwszy przebiśnieg, zielone pączki, które pojawiają się jeszcze nieśmiało i delikatnie chwytają się drzew; ptaki, których poranne szczebiotanie przyprawia o zawrót głowy. To wszystko po prostu jest. Wraz z pierwszymi krokami wiosny takie rzeczy się przecież zdarzają. Tak się dzieje od zawsze, co roku. Przyzwyczajamy się. Nie potrafimy spojrzeć na to inaczej. Choćby tak, że ten przebiśnieg jest uśmiechem Ojca, skierowanym dziś właśnie do mnie. Szczególnie do mnie, abym też się uśmiechnęła. Że te pączki na drzewie przynoszą mi nadzieję i są po to, abym przystanęła w zachwycie nad życiem, które jest cudem. I że te ptaki mają mi coś ważnego do powiedzenia, jeśli tylko będę chciała wsłuchać się w ich śpiew. Bo one wychwalają Stwórcę tak, jak potrafią, a ja, choć mam tyle możliwości, tak często zapominam nawet szepnąć: Dziękuję. Dziękuję za ten dzień. Za to, że go otrzymałam. Za to, że usłyszałam w nim ten śpiew ptaków. Za to, że chociaż przez chwilę wyjrzało słońce... 
To w porządku, by czasem rozzłościć się na Boga. Wykrzyczeć Mu to, co mnie boli; co dotknęło. Powiedzieć o tym, czego zabrakło. On ma dużo cierpliwości i ma dla mnie czas. I tylko On przyjmie to spokojnie. Ale nawet wtedy, gdy kolejny raz okażemy się zbyt słabi, z perspektywy każdego upadku, wystarczy tylko podnieść głowę, aby zobaczyć, że Krzyż to Życie. W nim jest wszystko, czego potrzebuję. Jego milczenie nie oznacza lekceważenia, ani obojętności wobec mnie. To milczenie jest wołaniem, abym go dostrzegła. Jest cichą, pokorną prośbą o mój czas i moje przy nim zatrzymanie. Jest wyciągniętym na dłoni Sercem, do którego mogę się przytulić, i na które mogę zrzucić ten ciężar, z którym już sobie nie radzę; który przygniata i ciągnie w dół. Ten krzyż przywraca człowiekowi godność i z niego mogę czerpać siły, których już nie potrafię w sobie odnaleźć. 
Przytul się do Krzyża. On wysłucha i przyjmie wszystko. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
  

poniedziałek, 25 marca 2013

Twarze

Fot. Marcin Oleksa 


Lubię obserwować świat i ludzi, gdziekolwiek się znajdę. Na spacerze z moim psiakiem ciekawie przyglądam się drzewom i ukrytym między ich gałęziami śpiewającym lub kraczącym lokatorom; z okna mojej kuchni toczącemu się swoim rytmem życiu; a w samochodzie, stojąc na światłach albo w korku, lubię patrzeć na twarze kierowców i ich pasażerów. Twarze. Tak wiele wyrażają spojrzeniem, grymasem, zmarszczeniem czoła. Fascynują mnie. 
Czwarta po południu. Godzina, która zapycha miasto samochodami i wysypuje z przepełnionych autobusów tłumy spieszących do domu ludzi. Siedzę w samochodzie i patrzę. Twarze zaczynają "mówić", a ja odczytuję te historie na nich wypisane swoją wyobraźnią. Ona rzadko kiedy odpoczywa :)
W lusterku wstecznym mężczyzna około czterdziestki. Samochód służbowy, co widać po rejestracji; zmęczona szara twarz i oczy, które dawno już przestały błyszczeć podekscytowaniem. Dziś jest w nich jedynie znużenie. Dzień podobny do dnia, umyka jeden za drugim. Obowiązki kiedyś były wyzwaniami, dziś są już tylko rutyną. Owszem, co miesiąc pensja wpływa regularnie na konto, ale po nocach śnią mu się plany wynikowe, a mroczna wizja utraty pracy czai się gdzieś w podświadomości. Częste wyjazdy służbowe nie cementują rodziny, ale są koniecznością. Tak się pracuje w XXI wieku i nic na to nie można poradzić. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość. Przeciera dłonią zmęczone oczy, jakby chciał odgonić to uczucie niemocy, w jakiej tkwi od dłuższego już czasu. Wraca do domu, w którym jeszcze ktoś na niego czeka... 
Odwracam wzrok i spoglądam w bok. Młoda kobieta za kierownicą, a za nią, przypięty pasami, siedmio, może ośmioletni chłopiec. Mały uczeń. Rozmawiają. Kobieta nie odwraca się, ale zerka na chłopca we wstecznym lusterku. Pyta o coś, czekając na odpowiedź. Chłopiec kręci głową i uśmiecha się do mamy. Prawdopodobnie wracają ze szkoły. Mały czekał na swoją mamę w świetlicy, raz po raz, z niepokojem, spoglądając na otwierające się drzwi; a ona znowu wyszła z pracy punktualnie o 15.30, starając się nie napotkać wzroku szefa, który cenił w pracownikach zaangażowanie. Ale jak ona mogła angażować się bardziej, skoro wiedziała, że jej synek siedzi w świetlicy kolejną godzinę i czeka na nią? Jak mogła zostawać po godzinach, skoro miała dziecko, które jej potrzebowało? I tak przez osiem godzin pracy robiła więcej niż jej koleżanki, które część dnia poświęcały na surfowanie po internecie i plotki. Czasami miała wrażenie, że już nie da rady; że to życie, które wciąż gnało nie zostawiając ani chwili oddechu, przerasta ją. Ale wtedy małe rączki, które oplatały jej szyję, były kołem ratunkowym. Kobieta odwraca się i patrzy na to szczęście, które przypadło jej w udziale. Uśmiecha się, a jej twarz się rozświetla. Sens jej życia jest tuż obok, a ona potrzebuje go, aby mieć siłę na to, by następnego dnia znowu wstać z łóżka i wejść w ten cały kołowrotek, w jakim od długiego już czasu się znajduje. 
Odwracam głowę dyskretnie, tak, aby nie dostrzegła, że ją obserwuję i patrzę przed siebie, w oczekiwaniu na kolejne zielone światło. Na poprzednim nie pojechałam, bo kolejny raz ktoś szukał biegów dopiero po zapaleniu się zielonego. 
Przede mną para ludzi. On i ona. Nie są już nastolatkami i dwudziestkę też dawno już mają za sobą, ale całują się tak namiętnie, jakby chcieli zjeść jedno drugiego. Pomimo tego, że na dłoni mężczyzny błysnęła obrączka, trudno mi uwierzyć w to, że namiętna kobieta jest jego żoną. Czy pracują razem i nie mogą powstrzymać rąk i spojrzeń, aby się nimi choć przez chwilę nie zaczepić? Czy piszą do siebie maile i esemesy, pełne pikantnych słów, które rozpalają wyobraźnię? I czy potem ten mężczyzna ma odwagę spojrzeć w oczy swojej żonie i każdego dnia, dzieląc z nią swoją codzienność, mijać ją z poczuciem, że ją oszukuje? A ta kobieta, czy ma świadomość, że kogoś krzywdzi? I że najczęściej to więcej niż jedna osoba cierpi, tylko dlatego, że jedno jabłko ma aż trzy połówki? 
Każdy samochód zamyka w sobie historię wsiadających do niego ludzi. Każda twarz jest mapą, którą można czytać godzinami. Nie zawsze wszystko pokaże, bo często wkładamy maski. Ale oczy w tej twarzy rzadko potrafią kłamać. Są legendą tej mapy, dzięki której możemy odczytać ukrytą w niej opowieść. Opowieść o życiu. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
    

piątek, 22 marca 2013

Kosmaty pająk

Fot. Marcin Oleksa



Każdy z nas go ma. Schowany gdzieś w zakurzony kąt podświadomości siedzi uśpiony, aby wyjść w tym momencie naszego życia, kiedy się go najmniej spodziewamy. Wykorzystuje naszą słabość, nasz lęk i nieumiejętność poradzenia sobie z sytuacją i pojawia się, czarny i włochaty, a my nie mamy siły, aby go zdeptać, wyrzucić, przegnać na zawsze. Dopada nas i paraliżuje nieruchomym spojrzeniem, w którym widzimy to, o czym tak bardzo chcielibyśmy zapomnieć. Patrzymy z lękiem, jak rozsnuwa swoją pajęczą sieć, oplatując nią każdy zmrok i nadchodzącą noc. Lęk staje się wtedy najintensywniejszy. Czujemy go każdą komórką trzepoczącego serca, które nie pozwala zasnąć i odpłynąć w niebyt, niemyślenie; tylko swoim szybkim biegiem uderzeń powoduje jeszcze większy niepokój. W czasie tych bezsennych nocy przez naszą głowę pędzą myśli - jedna za drugą. Gdy zdarzy się, że nadejdzie jakaś z jaśniejszym przesłaniem, kosmaty pająk wyłazi w światło księżyca, a jego cień przesłania każdą, nawet najdrobniejszą, radosną czy pozytywną myśl i przyciąga te, które w ciągu dnia staramy się od siebie odepchnąć. Uświadamia nam naszą słabość i bezradność. Odbiera pewność siebie i zostawia samych w tę noc, która rozpościera nad nami czarny płaszcz. 
Staramy się radzić sobie z nim tak, jak potrafimy. Próbujemy nie myśleć i odsuwać od siebie ten cień, tak jak Scarlet O'Hara: "Nie dziś. Jutro. Pomyślę o tym jutro." Siłujemy się z pająkiem i przepychamy z nim, próbując zepchnąć na "jutro", z nadzieją, że może znowu schowa się głęboko i odejdzie. Na sen łykamy pigułkę, albo wypijamy kieliszek alkoholu, wierząc, że pomoże nam przetrwać tę noc. Czasami pomaga, ale na krótko, bo kosmaty pająk tak łatwo nie odpuszcza. On lubi naszą samotność, bo wtedy łatwiej manipulować naszymi myślami. Łatwiej je zatruć, bo nie ma nikogo, kto pomógłby je oczyścić. 
Kiedy dopada nas taka "pajęcza" noc, nie powinniśmy być z tym sami. Wiem, że niejednemu z nas bardzo trudno się otworzyć, nawet przed kimś bliskim, ale rozmowa z drugim człowiekiem, który będzie chciał nas wysłuchać, naprawdę pomaga. Bardziej niż tabletka nasenna czy lampka wina. Czasami wystarczy jeden telefon lub wysłany do kogoś esemes: "Jest mi źle, chcę pogadać." Obecność drugiego człowieka, choćby po drugiej stronie słuchawki, pomaga. Pozwala rozłożyć ten ciężar, który na nas spada, na dwoje. Wtedy jest już troszkę lżej go nieść. 
Są sytuacje, kiedy potrzebujemy tylko, aby ktoś potrzymał nas za rękę i, nie pytając o nic, powiedział: "Będzie dobrze, zobaczysz." Dotyk ma leczniczą moc i potrafi przegnać lęk na jakiś czas. 
Dobrze jest mieć kogoś takiego, kto pomoże rozproszyć ten mrok, który nas dopada. Czasami wystarczy wytrzeć z kurzu czyjś numer telefonu, który pokrył się szarym pyłem od długiego nieużywania; a czasami to obcy człowiek, któremu w jakiś okolicznościach opowiemy fragment swojej historii, pomoże spojrzeć na nią inaczej. Wierzę, że nie ma w życiu sytuacji bez wyjścia. Wysiłku wymaga tylko pierwszy krok, wystawiony poza spętany pajęczyną beznadziejności kokon, jakim w pewnym momencie może stać się nasze codzienne życie. Nie jesteśmy na tyle silni, aby rozdeptać pająka sami, choć może nam się wydawać, że damy radę. Nie bój się powiedzieć komuś: "Nie chcę być z tym sam." Nie myśl, że jesteś za słaby, żeby zatrzymać kogoś przy sobie na chwilę, albo za dumny, aby opowiedzieć komuś o tym, co boli. Odważ się podzielić tym niechcianym bagażem z kimś, kto być może na to czeka i kto może staje na drodze Twojego życia nieprzypadkowo. Nie walcz z tym sam, bo w samotności nie mamy szans; zawsze przegrywamy. 
"Kiedy wątpisz, zrób choć jeden tylko, mały krok do przodu.  Wyjdź na zewnątrz każdego dnia. Cuda oczekują Cię wszędzie." 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
         

Jedna do Drugiej napisze jeszcze przed poniedziałkiem :D 

niedziela, 17 marca 2013

Kuchnia pachnąca szarlotką

Fot. Marcin Oleksa


- Ładnie pachnie. 
Maciej wszedł do kuchni i zaciągnął się zapachem pieczonych jabłek, wydobywającym się z piekarnika. Magda wytarła mokre ręce o kuchenną ścierkę i spojrzała na męża. W jej oczach była troska. Źle wyglądał. Długa zima zmęczyła go. Wiedziała, że tęsknił za ciepłymi wieczorami na ganku i za słońcem, którego wciąż brakowało. Tęsknił też za Agnieszką. Bardzo się do siebie zbliżyli przez te zaledwie parę miesięcy. Maciej pokochał Agnieszkę tak intensywnie, jakby chciał nadrobić te wszystkie lata jej nieobecności w jego życiu. 
- Piekę szarlotkę na przyjazd młodych. Pani Grażynka, moja pacjentka, dała mi przepis i pomyślałam, że wykorzystam te jabłka, które dostaliśmy od Stasia.  
- Myślisz, że jeszcze się nadają na szarlotkę? 
Magda odwróciła się i zajrzała do podświetlonego piekarnika. 
- Sadząc po zapachu, tak. Zresztą, Sylwia uwielbia szarlotkę w każdej postaci. 
Magda podeszła do stołu i przysiadła na kuchennym krześle, wyłożonym wesołym pokrowcem w żółte słoneczniki. W jej kuchni rządziła już wiosna, której podobnie jak Maciej, nie mogła się już doczekać. Cerata na stole miała kolor letniego ogrodu Magdy i cieszyła oczy soczystością kwiatów. Na parapecie pojawił się wazonik, z którego mrugały do niej żółte żonkile, a ze słoika wyrastały pędy zielonego szczypiorku, który na świat wydała samotna cebulka. I tylko płaty śniegu za oknem sprawiały, że trudno było uwierzyć, iż ta wiosna naprawdę nadejdzie. 
Magda zerknęła na przepis, aby upewnić się, że niczego nie przeoczyła. Jabłka, według zaleceń pani Grażynki, obrała, pokroiła na małe cząstki i podsmażyła w garnku podlanym niewielką ilością wody. W trakcie podsmażania dodała dwie duże i pełne łyżki cukru i przypilnowała, aby jabłka nie rozpadły się na papkę, ale aby czuć było w nich drobne kawałki owoców. Jabłka przed wyłożeniem na ciasto należało wystudzić, a ciasto posypać kaszą manną, aby nie przeszło wilgocią. Zapach cynamonu, którym Magda posypała jabłka, roznosił się po całej kuchni i zwabił do niej nawet Bostona, spragnionego obecności człowieka i pełnej miski. 
- Myślisz, że ten Kuba to ktoś ważny dla naszej Agnieszki? 
Magda uśmiechnęła się. A więc tutaj bolało Macieja. 
- Myślę, że gdyby nie był ważny, Agnieszka nie przywoziłaby go tutaj.
- Ale przecież znają się od niedawna. - Maciej miał wątpliwości. 
- Ty oświadczyłeś mi się po pół roku znajomości! 
- Ale to było dawno temu. Czasy się zmieniły. 
- Ale ludzkie uczucia pozostały bez zmian, Maćku. Zaufaj jej, przecież jest mądra. Pamiętaj, że to są jej wybory, a my nie mamy na nie żadnego wpływu. 
Maciej westchnął ciężko. Wiedział, że Magda ma rację, ale nie potrafił pogodzić się z myślą, że wnuczka, którą poznał dopiero tak niedawno i którą nie zdążył się nacieszyć, może mu się wymknąć w dorosłość, a on zostanie daleko, odstawiony na boczny tor. 
Ot, życie i jego dylematy.
W piekarniku zaskwierczały jabłka. Boston podniósł głowę, próbując zidentyfikować nieznany dźwięk. Magda wstała od stołu i zajrzała do środka przez podświetloną szybkę. Intensywny zapach szarlotki rozchodził się już na cały dom. Zrobiło się ciepło i przyjemnie. Wkrótce te pokoje, choć przez chwilę, zapełnią się dźwiękami, których nie było tutaj na codzień. Będzie słychać śmiech, trzaskanie drzwiami i brzęczenie telefonu oznaczające, że Sylwia nie potrafi żyć bez swoich znajomych, albo oni bez niej. Będzie gwarno, tłoczno i radośnie. Znów będą rodziną. Znów będą potrzebni. Choćby przez chwilę... 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
 
 Podoba mi się to wspólne pieczenie z bohaterkami "Ciemnej strony miłości", a Wam? Dziś gościmy u Magdy, w jej nałęczowskim domu, który pachnie szarlotką. Przepis na nią znajdziecie w zakładce Przepisy ze szczyptą miłości. Po głowie chodzi mi też pomysł, aby napisać dalszą część losów Małgorzaty, Agnieszki, Sylwii... To na razie pomysł i luźno spisywane myśli, ale kto wie, gdzie mnie one doprowadzą...  Miłego tygodnia :D 
      

czwartek, 14 marca 2013

Okna - sceny życiu skradzione

Fot. Marcin Oleksa


Czas, kiedy zmierzch ściera się ze światłem dnia i próbuje go zagarniać kawałek po kawałeczku, to magiczna pora. W oknach bloków, wieżowców i domków zapalają się pierwsze światła, ludzie wracają z pracy, dzieci ze szkoły, i zapełniają puste ściany mieszkań swoją obecnością i krzątaniną. Lubię wtedy pozaglądać w ich okna. 
Od zawsze tak miałam; od najmłodszych lat lubiłam się gapić w obce okna i podpatrywać toczące się w nich życie. Czegoś tam szukałam i tak mi już zostało. Wciąż zaglądam, ale już nie szukam, bo to, czego szukałam, mam we własnym domu. Teraz podpatruję. Ja patrzę, a moja wyobraźnia szepcze mi do ucha słowa, z których powstają opowieści. Takie jak te. O oknach. 
Długi, czteropiętrowy blok z prześwitami, w których hula wiatr. Wąska klatka schodowa, plastikowe okna, które zatrzymują ciepło i oszczędzają energię. W jasnym oknie rolety, jeszcze podwinięte do góry. Kuchenne okno rozświetlone. To tutaj znajduje się centrum życia rodziny, w niewielkiej kuchni wypełnionej zapachami odgrzewanego obiadu. Po kuchni krząta się kobieta. Jest w tym wieku, kiedy czas na kilka lat się zatrzymuje, a my wyglądamy wciąż tak samo. Kobieta wydaje się być zmęczona, dopiero co wróciła z pracy. Włosy ma niedbale spięte plastikową klamrą, na makijaż rano nie starczyło czasu, ani siły. Pod nogami plącze jej się mały psiak, spragniony bliskości człowieka po wielu godzinach samotności. W pokoju obok, przed włączonym monitorem laptopa, siedzi kilkunastoletnia dziewczyna. W przeciwieństwie do mamy, jej makijaż jest ostry i bardzo wyraźny. Szczególnie oczy, mocno podkreślone czarnym eyelinerem, zieją emocjonalną pustką. Jej mały-wielki świat zamyka się na jednym małym ekranie. Kiedy on gasnie, ona również traci całą chęć do życia. Na niczym nie może się skupić. Przez większość czasu jest ospała i zmęczona. Wszystko ją nudzi, wszystko irytuje. Tylko w wirtualnym świecie jest tak naprawdę sobą. Tam nie ma granic, ani zahamowań. Tam jest odważna, błyskotliwa; czasami prowokująca, ale jest. Tutaj nie potrafi się odnaleźć. Na pytania matki odpowiada półsłówkami, z ojcem w ogóle nie rozmawia. Zresztą, on i tak jej nie słucha. Raz na jakiś czas zrobi jej jazdę o stopnie i naukę, i wprowadzi jakiś szlaban, o którym po jakimś czasie i tak zapomni. Przecież on nigdy nie ma czasu. Wiecznie nie ma go w domu, a jak jest, to spędza go z pilotem albo swoim komputerem. Z matką też już nie rozmawia, chyba nie mają o czym. Kłócą się, głównie o nią. Nie chce tego słuchać i odlatuje, wraz z grzmiącą w jej głowie muzyką. Życie to jeden wielki kanał. W tym domu szczęśliwy jest chyba tylko pies. On potrzebuje jedynie pełnej miski, spaceru i pogłaskania.
Smutne to okno. Pomimo tego, że świeci jasnym, energooszczędnym światłem, jest w nim mrok. Brak w nim ciepła i zwyczajnych ludzkich relacji. Brak rozmowy i zainteresowania życiem człowieka, który jest obok. Poszarpane uczucia, które ktoś kiedyś zranił i nie próbował już naprawić. Podeptane chęci naprawienia czegoś i gorycz porażki, jaką przyniosło życie. Trzy osoby, które łączą tylko wspólne ściany. 
Odwracam głowę. Żal mi tej rodziny. Pogubili się w życiu. Zapętlili. Tak daleko zaszli, że nie wiedzą, którędy powrócić. I czy wogle warto wracać? Zapomnieli, że życie ma odliczoną liczbę dni, i że jest za krótkie, aby tracić czas nienawidząc kogoś lub czegoś. Że bierne trwanie nie przyniesie rozwiązania, jedynie zaciągnie ten supeł jeszcze mocniej, a potem będzie można go już tylko przeciąć. A to zostawia rany, czasami nie do zagojenia. 
"Kiedy wątpisz, zrób choć jeden tylko, mały krok, do przodu." 
To nie rozwiąże  problemów, które nagromadziły się w Twoim życiu, ale za tym pierwszym krokiem, postawionym jeszcze niepewnie, pójdzie następny, już odważniejszy. A kiedy odejdziesz trochę dalej, spojrzysz na wszystko z troszkę innego miejsca i innej perspektywy. I może starczy Ci siły na to, aby wyciągnąć rękę i podać ją tym, którzy nie dotrzymali Ci kroku, tylko zostali w tyle. Gest pojednania, który może dużo zmienić. Nawet jeśli zostanie odrzucony, Ty będziesz mieć świadomość, że spróbowałeś. A z tą świadomością naprawdę lżej żyć. 
"Życie nie zawsze bywa piękne, ale zawsze powinno być dobre." 
Monika A. Oleksa       


Fot. Marcin Oleksa
      

poniedziałek, 11 marca 2013

Kobieta kobiecie

Fot. Marcin Oleksa


Kobieta kobiecie może odbić męża. Albo chłopaka. Kobieta kobiecie może czegoś zazdrościć. Może udawać przyjaciółkę, a potem wbić sztylet prosto w serce. Może z zamkniętymi oczami wyliczyć jej zmarszczki i wskazać miejsca, gdzie odłożyło się za dużo co nieco. Może coś przemilczeć lub powiedzieć o trzy słowa za dużo. Może, patrząc słodko i niewinnie w oczy, podstawić tej drugiej nogę i z założonymi rękami patrzeć, jak tamta spada ze schodów. Może to zrobić, bo jest wredna. Bo sama sobie z czymś nie radzi, a tamtej drugiej wyszło. Bo ten facet powinien być z nią, a tamta na niego nie zasłużyła. Bo... Może tak być. Ale może być inaczej. 
Kobieta w kobiecie zawsze dostrzeże coś więcej niż widzi mężczyzna. Kobieta kobietę zrozumie, bo wie, co tamta czuje. Jesteśmy empatkami i potrafimy wyczuć emocje i nastroje. Czujemy, kiedy coś jest nie tak i staramy się jakoś temu zaradzić. Kobieta nie odwróci się od kobiety, ale pomimo wszystko, wyciągnie pomocną dłoń. Tylko komplement powiedziany kobiecie przez kobietę, jest prawdziwy i szczery, bo nie żąda niczego w zamian i nie ma w nim podtekstów. Kobieta kobietę doceni, bo wie, ile wysiłku, trudu i pracy wymaga codzienne życie kobiety. 
Kobieta z kobietą przegada całą noc i nie będzie się przy niej bała łez, ani słabości. Kobieta kobiecie pokaże się bez makijażu i nie będzie się tym przejmowała. Kobieta najpierw powie kobiecie o tym, że coś ją niepokoi, bo wyczuła niewielki guzek w lewej piersi; i to właśnie kobieta zaprowadzi kobietę na usg lub mammografię, albo umówi ją na wizytę ze specjalistą, bo tamta nie ma na to odwagi. Kobieta kobietę wesprze, bez względu na to, czy tamta druga o to poprosi, czy nie. 
Kobieta kobiecie doda skrzydeł i popchnie ją do walki o własne marzenia. Bo wie, że warto. Zawsze warto. 
Takie cudowne kobiety popchnęły Karolinę do walki o swoje marzenia. Karolina jest młodą, ciepłą, bardzo serdeczną i skromną osobą. Na swoim blogu napisała, że miała kiedyś marzenie. Wielkie marzenie. Każda z nas miała kiedyś marzenia. Wiele z nas w nie uwierzyło; część o nich zapomniała. Pamiętacie o czym marzyłyśmy? O czym marzymy? O wielkich rzeczach. O ludziach, miejscach, zdarzeniach. Czasami marzymy o tym, aby stał się cud. Karolina ma bardzo skromne marzenie. Chce samodzielnie postawić swój pierwszy, i kolejny krok. Chce, aby nogi, które otrzymała tak jak każdy z nas, nie zawiodły jej, tylko spełniły rolę, którą pełnią u tysięcy z nas. My tego nie dostrzegamy; Karolinka o tym marzy. 
Karolina jest tak samo wyjątkową kobietą, jak Ty i ja. Jak My wszystkie. Potrzebuje tak niewiele. Zajrzyj i przeczytaj  KLIK.   
Naprawdę nie potrzeba wiele. Wystarczy drobna kwota, której nie wydamy w sklepie, tylko przekażemy komuś, kto tego naprawdę potrzebuje. Taki gest dobrej woli i solidarności kobiecej, który pokaże, że kobieta kobiecie jest w stanie pomóc bezinteresownie, tylko dlatego, że ktoś taki jak Karolina na to zasługuje, bo jest jedną z nas. Jest Kobietą, która napisała, że pomoc, która napływa, ma dla niej zielony kolor nadziei... 
"Cuda przychodzą tylko do tych, którzy w nie wierzą." 
Ja wierzę, że taki cud przyjdzie do Karoliny. A my naprawdę mamy na to wpływ i razem możemy wiele. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
       

czwartek, 7 marca 2013

Na imię masz... Kobieta

Fot. Marcin Oleksa 



Wstajesz rano z łóżka i przecierasz zmęczone snem oczy,
jeszcze w półśnie
nakładasz na siebie płaszcz codziennych trosk, 
wszystkie swoje muszę, trzeba, powinnam, wypada, 
okrywasz się nim powoli, 
bojąc się zgubić najdrobniejszą z liter, 
które ubiorą się w zdania
i opiszą twój dzień, 
zabiegany
wypełniony po brzegi
ciężki
beztroski
szary
kolorowy
samotny
zbyt krótki
czasami gorzki, 
czasami słodki do przesady, 
a na każdy z nich
dostałaś ograniczony limit czasu, 
jedno życie, 
od którego nie narosną odsetki
bez względu na to, jak wiele w nie zainwestujesz. 
Poranną kawą
odganiasz resztki zmęczenia, 
niedospania, 
szeroko otwierasz oczy
i patrzysz odważnie na świat. 
Już wiesz, 
że ten dzień musi po prostu się toczyć
jak codzień
swoim utartym rytmem, 
którego nic nie zatrzyma. 
A ty
wchodzisz w tę swoją codzienność
z bagażem trosk nazbieranych przez lata
i zaczynasz 
od nowa
od rana
od początku
wędrówkę, jaką jest twoje Życie. 
Monika A. Oleksa 

Cudowna Kobieto, ten dzień jest wyjątkowy, bo w sposób szczególny należy do Ciebie. Dla mnie każde spotkanie z Tobą jest wyjątkowe; jest takim moim prywatnym świętem. Nieważne, że jesteśmy w różnych miastach, czasami na różnych kontynentach; nieważne na jakiej ulicy właśnie się znajdujemy i o jakiej porze dnia tu zaglądamy. Najważniejsze, że się rozumiemy; że nasze życie wypełnione jest tysiącami podobnych obowiązków; że razem chcemy poszukiwać niecodzienności w zabieganej codzienności i że jesteśmy ... delikatnością, wrażliwością, harmonią, czułością, poezją w prozie życia, dobrem, miłością. Kobietą. 
Wszystkiego co najlepsze dla Ciebie - ode mnie. 

Szła ulicą zamyślona. Rozpędzone miasto wokół niej otulało ją znajomymi dźwiękami, które uspokajały. Dawno już przestała słyszeć szum samochodów, przeciągły sygnał karetki, czy rozkrzyczany tłum dookoła. Ten hałas nie przeszkadzał. Czasami męczył, ale dawał poczucie przynależności do miejsca, które było większą całością, bez względu na to, na której części mapy się znajdowało. Miała świadomość, że to jest właśnie to miejsce, które wybrała, czy które ją wybrało i miasto, którego częścią się stała.
Wiosna bardzo niepewnie stawiała swoje pierwsze kroki. W powietrzu nie czuć już było , co prawda, wilgoci zimy, ale wszystko wokół miało jeszcze na sobie szary brud roztopionego śniegu i błota. 
W tej szaroburości pochmurnego dnia, jej wzrok przyciągnął żółty kolor tulipanów. Zapragnęła odnaleźć w nich skrawek wiosny i zanieść go do domu. Przystanęła przy ulicznej kwiaciarce i kupiła dziewięć żółtych kwiatów. Dotyk wilgotnych łodyg sprawił, że poczuła potrzebę zrobienia czegoś tylko dla siebie. Chciała się porozpieszczać i spędzić ten dzień wyjątkowo. Chciała go sobie podarować jak prezent, którego już od dawna nie dostała. 
Na wąskiej ulicy, którą codziennie przechodziła ze spuszczoną głową i zgarbionymi ramionami, dostrzegła małą, przytulną kawiarenkę, wtuloną w starą kamienicę. Z bukietem radosnych tulipanów odważnie pchnęła drzwi i weszła do środka. Niewielkie stylowe wnętrze pachniała kawą i starością. Zrzuciła z siebie jeszcze zimowy płaszcz i przysiadła na krześle obleczonym złotym pokrowcem. Młoda kelnerka zjawiła się przy niej natychmiast. Powitała ją miłym uśmiechem i podała kartę menu. 
Kobieta otworzyła ją i wczytała się w wypisane pozycje z takim zainteresowaniem, jakby chciała się wszystkiego nauczyć na pamięć. Z rzędu czarnych linijek wybrała kawę z syropem cynamonowym i tort bezowy, podawany z gałką lodów waniliowych. To był jej dzień i jej czas. W tej chwili nie była mamą, która przybiegała na każde zawołanie: Mama chodź! Nie była zabieganą pszczołą robotnicą, ściągającą do swojego ula siatki z zakupami i wykonującą tysiące zabiegów, aby dom nie wyglądał na zapuszczony, a dzieci na zaniedbane. Nie była nienagannie działającym trybikiem w firmie, dla której pracowała. 
Była Kobietą. Wulkanem uczuć i morzem łez, od których życie było niejednokrotnie takie słone. Była delikatnością dotyku, kiedy ciepłą dłonią dotykała czoła dzieci lub nieogolonego policzka swojego mężczyzny. Była ukojeniem, wyciszeniem, łagodnością kończącą zabiegany i rozkrzyczany dzień swojej rodziny. Była czekaniem na zmianę, która nie chciała nadejść, a po którą bała się sięgnąć. Była lekiem na wszelkie bóle, stłuczenia, zadrapania i złe samopoczucie. Była obietnicą niezmienności, pomimo swej zmiennej natury. Była mądrością, z której czerpali ci, którzy byli wczepieni w jej życie różnymi więzami, supłami, pętelkami. Była miłością i zazdrością. Pragnieniem i zaspokojeniem. Była Kobietą. 
Na małym talerzyku zostały ostatnie okruszki bezy, które zebrała łyżeczką. Z torebki wyjęła kupioną dawno temu pomadkę. Zapominała jej używać. Dziś pociągnęła usta bordowym odcieniem kobiecości i uśmiechnęła się do swojego odbicia w małym, podręcznym lusterku. Pomimo bladości zmęczonej zimą cery, jaśniała. Po raz pierwszy od dłuższego już czasu spojrzała na siebie inaczej. Przychylniej. Bez tego wiecznego niezadowolenia z siebie. Bez wytykania sobie swoich niedoskonałości i wypatrywania niedociągnięć. Była kobietą i tak się poczuła wstając od stolika i zabierając swoje tulipany. Kobietą świadomą tego, że naprawdę jest wyjątkowa. 
Monika A. Oleksa 

Tę wyjątkowość musimy zobaczyć same w sobie. Jeśli naprawdę w nią uwierzymy, przekonamy o niej cały świat, który spojrzy na nas tak, jak chcemy, aby na nas patrzono. Bo zasługujemy na to, co najlepsze. 



Fot. Marcin Oleksa
         

  
 

wtorek, 5 marca 2013

Wykwintny sernik z brzoskwiniami

Fot. Monika Oleksa


- Małgosiu! - głos Agnieszki brzmiał radosnym podekscytowaniem. - Potrzebuję przepisu na ten twój wykwintny sernik z brzoskwiniami. Rodzice Kuby przyjeżdżają do nas na niedzielny obiad i chciałabym ich ugościć czymś specjalnym. Wiesz, jak mama Kuby wypieka, moje szarlotki przy niej wysiadają! 
Małgorzata uśmiechnęła się. Nie widziała w tej chwili swojej córki, ale dobrze wiedziała, jak Agnieszka teraz wygląda. Jej policzki na pewno były lekko zaróżowione, jak zawsze, gdy Agnieszka czymś się ekscytowała. Włosy, splecione w gruby, góralski warkocz, układały się wygodnie na prawym ramieniu dziewczyny i zaglądały ciekawie we wszystko, co Agnieszka właśnie robiła. Ciemne oczy błyszczały, tak jak cała jej córka ostatnio. Małgosia była spokojna, Kuba dobrze wywiązywał się z roli opiekuna, którym obiecał być dla Agnieszki. 
- Kochanie, swoimi szarlotkami kupiłaś Marka i Sylwię. Oni za twoim ciastem po prostu przepadają, a na mój sernik kręcą nosem. Masz coś do pisania? 
- Mam. Dyktuj. 
Małgorzata odsunęła od siebie papiery, nad którymi utknęła od rana i rozparła się wygodnie w swoim obrotowym fotelu. Dopiero teraz poczuła, jak boli ją kręgosłup od tego wielogodzinnego siedzenia w pochylonej pozycji. Przepis na sernik znała na pamięć. Było to jedno z niewielu ciast, które potrafiła upiec i które zawsze wychodziło i dobrze smakowało.
- Potrzebujesz trzy szklanki mąki, najlepiej tortowej puszystej. Mnie osobiście ciasto z niej najlepiej smakuje. Przesiewasz je do dużej miski i dodajesz trzy łyżeczki proszku do pieczenia, również przesianego przez sitko; cztery do pięciu łyżek cukru, w zależności od tego jak wielkim łasuchem jest Kuba. - Małgosia uśmiechnęła się słysząc radosny śmiech dziewczyny. -  Do tego dodajesz cukier waniliowy, margarynę Kasię; musisz ją pokroić nożem na małe kawałeczki, ale robisz to już w misce, po dodaniu; i pięć żółtek. Białka odstawiasz, będą ci później potrzebne na pianę. Zapisałaś? 
- Tak. - Agnieszka pokiwała głową, choć wiedziała, że Małgosia i tak tego nie może zobaczyć. 
- Wszystkie składniki zagniatasz razem. Uzbrój się w cierpliwość, bo to zagniatanie trochę potrwa. Jak już masz ciasto w całości, trzy czwarte wykładasz na dużą blaszkę, a resztę chowasz do lodówki, aby je trochę zmrozić. 
Agnieszka starannie notowała wszystkie podawane przez Małgosię szczegóły. Lubiła ten niedzielny smak sernika u Dobrowolskich; dobrze jej się kojarzył. Z domem, ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa.
-  Teraz masa serowa. Znowu wrzucasz do dużej miski kilo dwadzieścia pięć sera białego śmietankowego. Pamiętaj, że nie może być żaden inny - tłusty czy półtłusty, bo sernik będzie miał już zupełnie inny smak. Będzie suchy i kwaśny. Ser śmietankowy jest wilgotny i nie musisz go mielić przez maszynkę, bo ma rzadką konsystencję i dobrze się łączy z innymi składnikami. Do sera dodajesz całe jajko, margarynę Kasię, trzy czwarte szklanki cukru, budyń śmietankowy w proszku - z niczym go nie rozrabiasz, po prostu otwierasz i sypiesz do masy serowej; i zapach cytrynowy. Kiedyś pomyliłam się i wlałam waniliowy. Wyszedł zupełnie inny sernik i to już nie był ten smak. Pamiętaj, koniecznie cytrynowy! 
- OK. 
- Na koniec dorzucasz trochę brzoskwiń z puszki, pokrojonych w kawałeczki. Zostaw sobie ze cztery połówki na wierzch ciasta. 
- Brzoskwinie w syropie? 
- Tak jest. W dużej puszce. Mieszasz wszystko dokładnie mikserem i gotową masę przekładasz na wyklejoną ciastem blaszkę. A, zapomniałam powiedzieć, że blaszkę wykładam szarym papierem do pieczenia. 
- Dobra, mam ciasto, na to masę serową, a kiedy te białka? 
- Jeszcze chwila. Na ciasto kroisz półksiężyce brzoskwiń i rozkładasz je na masie serowej. Dopiero teraz ubijasz białka, pod koniec ubijania wsypujesz trzy czwarte szklanki cukru i tak ubitą pianę wykładasz na brzoskwiniach. Na koniec ścierasz na grubych oczkach tarki ciasto wyjęte z lodówki i wstawiasz blaszkę do nagrzanego piekarnika. Pieczesz około pięćdziesiąt - sześćdziesiąt minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni. Ciasto na górze musi się lekko zarumienić. I gotowe. 
- Dziękuję. - Agnieszka odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk, który znowu wymknął się z warkocza. - Zostawię dla was kawałek, zobaczysz jak będzie smakował twój sernik w moim wykonaniu. 
- Na pewno rewelacyjnie. - Małgorzata przymknęła zmęczone oczy. Tęskniła za nią. Pomimo tego, że mieszkały tak całkiem niedaleko, zaledwie piętnaście minut spacerkiem, Małgorzata nie chciała narzucać się Agnieszce ze swoją nieustanną obecnością w życiu córki. Zdawała sobie sprawę, że nigdy nie będzie miała takiego wpływu na życie Agnieszki, jaki miała na życie Sylwii, ale odkąd Agnieszka się od nich wyprowadziła, tęskniła za nią strasznie i nic nie mogła na to poradzić. Poznała smak tego podwójnego macierzyństwa zbyt późno i Małgorzacie wciąż było za mało. Była zachłanna bliskości Agnieszki, a jednocześnie wiedziała, że nie ma prawa wpychać się w życie córki bez wyraźnego zaproszenia ... cdn. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa 


  

Dokładny przepis na sernik znajdziecie w zakładce Przepisy ze szczyptą miłości :) Od czasu do czasu popieczemy coś razem i wyłożymy to na tym moim ulubionym talerzu w róże. A jeśli dawno nie zaglądałyście do zakładki Słowami Malowanie, zapraszam! Kazimierska cisza poruszyła we mnie moją liryczną stronę osobowości. Co z tego wyszło, oceńcie same...