Wtorkowe spotkania kulturalne: "Poduszka w różowe słonie"




Długo obserwowałyśmy się nawzajem, mierząc się zaciekawionym spojrzeniem; ona - ze sterty książek na najwyższej półce odłożonych do przeczytania; a ja z drugiej strony biblioteczki, zerkając na nią za każdym razem, gdy przechodziłam obok. Przeleżała tak ponad dwa lata, chociaż jej tytuł kusił mnie bardzo: "Poduszka w różowe słonie", Joanna M. Chmielewska. Usłyszałam o niej w Radiowej Jedynce. Dorota Koman tak pięknie opowiadała o tej książce, że zapragnęłam ją mieć. Kupiłam i odłożyłam na półkę. Na chwilkę, która mocno się przeciągnęła. Sięgnęłam po nią, bo uśmiechnęła się do mnie tym różowym słoniem, a ja odwzajemniłam ten uśmiech i pozwoliłam Joannie M. Chmielewskiej zaprowadzić się w świat Hanki. 
Hanka. Bardzo atrakcyjna, pewna siebie trzydziestolatka. Silna i niezależna. Singielka. Ambitna, odpowiedzialna, dopracowana do perfekcji; a jednocześnie, gdzieś głęboko w środku, zagubiona jak mała dziewczynka. Wypierająca z własnej świadomości potrzebę miłości, o której serce jednak zapomnieć nie potrafi. I chce Hankę nauczyć - prostych gestów, paru słów, które tak ciężko wypowiedzieć i bliskości, której Hanka potwornie się boi. Uporządkowany świat młodej kobiety wywraca się do góry nogami wraz z pojawieniem się Ani. Pięcioletnia dziewczynka to spełniona obietnica, którą Hanka złożyła swojej jedynej przyjaciółce, Ewie, wspierając ją w walce z podstępną chorobą. Wtedy jeszcze nie wierzyła, że mogą przegrać i wypowiedziała to zdanie z niezachwianą pewnością, że im się uda; Ewa wyzdrowieje, a Hanka wróci do swojego życia, nad którym panuje. Życie jednak napisało inny scenariusz i kobieta musi się zmierzyć z czymś, co do tej pory było dla niej całkowitą abstrakcją; bo co innego pobyć z małą dziewczynką raz na jakiś czas; a co innego mieć ją przy sobie na codzień i pamiętać o tysiącach drobiazgów, które dla Hanki są kompletnie obce i z którymi nie do końca potrafi sobie poradzić. Nie ułatwia tego również milcząca ściana, którą zagubiona w nowej i niezrozumiałej rzeczywistości Ania, wzniosła między nimi. Hanka po kilku próbach odpuszcza, rezygnując z wszelkich prób dotarcia do Ani i po prostu bierze na siebie każdy kolejny dzień i stara się dotrwać do zmroku, który przynosi chwilowe ukojenie. Do tego jej i tak pogmatwane życie komplikuje jeszcze Łukasz, nowy kolega z pracy, który stara się pokazać Hance, że bliskość nie musi ranić... 
"Poduszka w różowe słonie" zaciekawia Czytelnika od pierwszego zdania, a potem strona po stronie prowadzi przez wciągający świat Hanki, jej relacji z ludźmi i uczuć, które jej w tym wszystkim towarzyszą. Zderzymy się z rozterkami dziewczyny, które tak naprawdę są bliskie życiu każdego człowieka. Wraz z Hanką zajrzymy do jej wspomnień, które wyjaśnią wiele jej decyzji i dziwnych zachowań. 
Zachwycił mnie język Joanny M. Chmielewskiej; w swoich pięknych porównaniach i umiejętności uchwycenia szczegółów podobny do języka Hanny Kowalewskiej. Piękne opisy jesieni bardzo obrazowo ukazują tę dynamiczną porę roku, która na naszych oczach przemienia świat - najpierw strojąc go w ciepłe barwy kolorowych liści, a potem ogołacając ze wszystkiego. Joanna M. Chmielewska widzi drobiazgi, które pięknie ubiera w słowa i potrafi zatrzymać Czytelnika w rozpędzonym biegu, zwracając jego uwagę na rzeczy naprawdę ważne, a często zaniedbane. 
Książka jest pełna głębi - zarówno tej literackiej, jak i życiowej; przez co zbyt często podejmowany temat trzydziestoletnich singli nie jest nudny, ani powielony. Zarówno Hanka, jak i Ania przedstawione są bardzo przekonująco; czytając tę książkę czujemy ich skomplikowane emocje, których nie ukrywają. Relacja osoby dorosłej i dziecka opisana jest bardzo sugestywnie i między słowami Czytelnik może wiele z niej wyczytać. 
"Poduszka w różowe słonie" nie jest przyjemnym czytadełkiem, ale lekturą, która niewątpliwie pozostawi w Czytelniku głębokie emocje, dotykając zakamarków duszy, w której często poukrywane są nierozwiązane supły, z którymi; podobnie jak Hanka; nie mamy odwagi się zmierzyć. Jedynym drobiazgiem, który nie pasuje mi zupełnie do książki jest jej okładka, której wybór jest zupełnie niezależny od autora i niestety autor nie ma na nią wpływu, co jest niejednokrotnie z wielką szkodą dla książki. Autor okładki, pan Maciej Sadowski, albo treści książki nie czytał, albo zrozumiał ją po swojemu, bo nastoletnia buzia pokazana na okładce nie kojarzy się Czytelnikowi ani z pięcioletnią Anią, ani z Hanką w żadnym wieku. Okładka, która powinna zachęcać Czytelnika, w tym przypadku jest zupełną porażką, co jednak nie stoi na przeszkodzie, aby z serca i gorąco polecić tę książkę Czytelnikowi w każdym wieku, a pani Joannie M. Chmielewskiej podziękować za mądrość przekazaną w "Poduszce w różowe słonie" i podjęcie trudnych tematów, z którymi nie bała się zmierzyć. Pani Joanno, wiem, że to jest dopiero początek mojej przygody z Panią; a za "Poduszkę..." - dziękuję! 
Monika A. Oleksa 

Joanna M. Chmielewska
 

Komentarze

  1. Bardzo dobrze wspominam zarówno "Poduszkę w różowe słonie", jak i "Sukienkę z mgieł" oraz "Karminowy szal". Teraz przede mną "Mąż zastępczy", który wydaje się równie interesujący. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak