niedziela, 31 lipca 2016

Odkryj w sobie dziecko

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Maski, zbroje, peleryny. Konwenanse i uprzedzenia. Analiza - czy to mi się opłaci?, kategoryzowanie i osądzanie, nieufność, podejrzliwość i lekceważenie. Obrastamy w to latami. Wchodząc w dorosłość, szukamy w niej swojego miejsca i akceptacji wśród tych, do których dołączamy. Często oznacza to, że udajemy kogoś kim nie jesteśmy, aby tylko dopasować się do grupy, wśród której przebywamy. Gubimy własną indywidualność i bywa tak, że stajemy się takimi, jakimi chcą nas widzieć inni. Pozbywamy się spontaniczności, kontrolując wszystko, nawet własne uczucia i przyglądając się życiu przez wąską dziurkę od klucza w drzwiach, za którymi sami siebie zatrzasnęliśmy zostawiając świat, do którego tęsknimy. 
Czas urlopu, zwolnienia i zatrzymania choć na chwilę to dobry moment , aby odkryć w sobie to, o czym już dawno zapomnieliśmy. Dziecko. To dobry czas na to, aby spojrzeć na wszystko wokół nas ze szczerością dziecka, z jego dziecięcą wiarą i zaufaniem, bez uprzedzeń i bez strachu, który pojawia się, gdy poddajemy rzeczy analizie. Doświadczyć tego, co znajduje się dookoła mnie, wchłaniając w siebie dźwięki, obrazy i dotyk - aksamitnego piasku, chłodnej skały, chropowatej kory drzewa, wilgotnej od rosy trawy. 

W dorosłości gubimy spontaniczność 

Przyjmować świat jak dziecko oznacza zaufać i dać się poprowadzić tak, aby poprzez znaki, ludzi i zdarzenia dotrzeć tam, gdzie w wielkim planie Bożego dzieła mamy zostać doprowadzeni. To również docenianie chwili po prostu dla tej chwili, i cieszenie się tym, co otrzymuję. To spontaniczne uwolnienie radości bez zastanawiania się nad tym, czy to wypada, i szczery śmiech, którego tak bardzo dorosłym brakuje. Być jak dziecko to próbować nowego, bez chowania się do skorupy lęku, to także wychodzenie poza własne ograniczenia i brak obawy, że ktoś mnie wyśmieje. I nawet jeśli moje kroki na odkrywanej ze zdumieniem drodze są jeszcze niezdarne i nieporadne, patrząc na dziecko, które nie odpuszcza, tylko uparcie próbuje dalej mogę wierzyć, że i mnie się uda trudna sztuka nauki przewędrowania ścieżek, które dotąd wzbudzały lęk. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Kilka dni temu chłonęłam prostą radość dziecka i odkrywałam świat zaufania i doświadczania dnia wszystkimi zmysłami. Otworzyłam drzwi swojego domu dla dwóch jedenastoletnich kenijskich dziewczynek, które przyniosły nam, jako bliźniaczki, podwójne szczęście. Abigail i Aphiline znalazły się w zupełnie nowej dla nich rzeczywistości. Bez rodziców i opiekunów, podając mi z ufnością ręce poszły tam, gdzie je poprowadziłam, próbując nowego ze szczerością, która była widoczna w ich oczach. Ciekawe wszystkiego, a jednocześnie ostrożne, smakowały naszych polskich dań, przyglądały się malinom, które posmakowały zarówno jako same owoce, jak i w cieście z kruszonką, i odkrywały miejsca i ludzi, czując serdeczność z jaką zostały w Lublinie przyjęte wraz z całą grupą przybyłą do Polski na Światowe Dni Młodzieży. Spędziłyśmy razem zaledwie jeden dzień, który we wszystkich, zarówno w dziewczynkach, jak i w moich bliskich pozostawił trwały i dobry ślad. 

Czas, który zostawił we mnie trwały i dobry ślad
Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Świat widziany oczami dziecka...
... pełen prostej radości. 

Obserwując ich prostą radość i szczęśliwe buzie zdałam sobie sprawę, jak niewiele rzeczy materialnych potrzebuje człowiek, aby być prawdziwie szczęśliwym. Czasami potrzeba tak niewiele, aby dzieląc się tym z innymi ze szczerością serca, otrzymywać dużo więcej. Uśmiech, który prowokuje wiele innych uśmiechów; wyciągnięta w geście pokoju ręka, którą ktoś uściśnie i ten uścisk poda dalej; dobre słowa, którymi obsypywałam dziewczynki, dając im poczucie, że są tutaj, w moim domu kimś wyjątkowym, bo wierzę, że przyjmując je i każdego innego gościa, przyjmuję Boga w człowieku, ku któremu w jakiś sposób zostałam posłana. 
To wszystko dziecko czyni z cechującą go naturalnością, a my, dorośli, paradoksalnie musimy dorosnąć do tego, aby być jak dziecko, nie zatrzymując się jednakże na poziomie infantylności i dziecięcej niedojrzałości, ale patrząc na świat ufnymi oczami dziecka zrozumieć, jak wiele uda mi się dostrzec, odkryć i doświadczyć, gdy odrzucę to wszystko, co mnie ogranicza i zniewala. 
To dobry moment, by przystając w utrwalonej schematami codzienności, odkryć w samym sobie to, co jak dziecku, pozwoli mi spojrzeć na świat z ufnością i wiarą, że życie jest prawdziwym darem i przygotowało dla mnie wiele zaskakujących niespodzianek, po które mogę wyciągnąć ręce, jeśli tylko pozbędę się lęku. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Fot. Monika Anna Oleksa 
Fot. Michał Andrzej Oleksa 

czwartek, 28 lipca 2016

Literackie Czwartki: Hanna Kowalewska "Cztery rzęsy nietoperza"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Każdy z nas ma takie miejsce, w którym chroni się przed światem , gdy życie dokuczy, a ludzie dogryzą. Twierdzę, do której dostęp mają tylko ci, których do niej dopuścimy. Podleczamy tam życiowe zadrapania, liżemy rany i zbieramy siły, aby wyjść naprzeciw światu, który zazwyczaj nie rozpieszcza, tylko podrzuca nowe wyzwania.  Otaczamy się przyjazną przestrzenią i otwieramy na szczerą serdeczność ludzi, którym ufamy, dając sobie czas na przepracowanie słabości i przyjrzenie się życiu z innej perspektywy. 
Dla Matyldy, głównej bohaterki najnowszej książki Hanny Kowalewskiej „Cztery rzęsy nietoperza”, znanej już czytelnikom z poprzednich powieści autorki, takim nienaruszalnym miejscem dającym poczucie bezpieczeństwa stało się Zawrocie. Po śmierci swojej babki Aleksandry, której tak naprawdę nie znała, Matylda oswoiła nie tylko stary dom, który odziedziczyła, ale i pozostawione jej w spadku psy – Untę i Remiego, a także Jóźwiaków, najbliższych sąsiadów, którzy co prawda jej nie pokochali, ale tolerowali i nauczyli się szanować. W Zawrociu Matylda odnalazła nie tylko swoje korzenie, poznając poprzez prowadzone zapiski i pamiętniki Maurycego i Aleksandry, swoich dziadków, z którymi przez całe życie, z powodu wielu skomplikowanych relacji rodzinnych nie miała kontaktu; ale i miłość, która spadła na nią nagle, nieoczekiwanie i z taką gwałtownością, że nie potrafiła się jej przeciwstawić.  Zawrocie otuliło Matyldę swoim ciepłem, kolejny raz udowadniając, że jest częścią tego miejsca, i że siła Aleksandry Milskiej będzie chronić również i ją. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

W  najnowszej powieści Hanna Kowalewska, jak zawsze, kreśli swoim doskonałym piórem liryczną opowieść, odmalowując bardzo wiarygodnie obraz małomiasteczkowej społeczności, wplatając w nią szczyptę artystycznej bohemy, garść tajemnicy i sporą dawkę emocji towarzyszących czytelnikowi od pierwszej strony. Tym razem Matylda musi stawić czoła nie tylko ludziom, którzy wyraźnie dają jej do zrozumienia, że jest intruzem zarówno w Lilowie, jak i w życiu Pawła, ale i zmierzyć się z kimś, kto posuwa się do czegoś niedopuszczalnego, kierowany niezrozumiałymi dla niej powodami. Domysły, intrygi, strach o bezpieczeństwo rosnącej pod sercem kruszynki; pretensje i kaprysy rozchwianej emocjonalnie Pauli, a w tym wszystkim tęsknota i samotność, oraz czekanie na Pawła, który nagle musiał wyjechać do odległej Ameryki, to wszystko i wiele innych niespodzianek czeka na czytelnika w powieści „Cztery rzęsy nietoperza”. 
Wchodząc w świat Matyldy czytelnik rozpoczyna niezwykłą podróż, prowadzony słowami, które się smakuje, delektując się sposobem narracji, zaskakującą i niebanalną treścią, oraz Zawrociem, do którego dopuszcza nas bohaterka. Wraz z Matyldą zaglądamy w ciemne kąty, natrafiając na nierozwiązane zagadki, i wraz z nią dojrzewamy – strona po stronie, do nowych ról, przygotowanych dla niej przez życie; i do zaakceptowania tego, czego nie da się zmienić. Wraz z bohaterką czekamy na telefony zza oceanu, i podobnie jak ona, czujemy niedosyt tych rozmów, które nie są w stanie skrócić rozstania, ale przynajmniej choć trochę je łagodzą.  

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

„Cztery rzęsy nietoperza” to piękna opowieść, która nie pozostawia czytelnika obojętnym, lecz skłania do pewnej analizy własnych zachowań i uprzedzeń. To również poruszająca historia miłości, przeciw której są wszyscy, a której siłą staje się zaufanie i zrozumienie, że potrzeba niezależności nie oznacza ucieczki, a prawdziwą wolność daje bliskość, dzięki której dwoje tworzy jedno, będące doskonałą pełnią. 
Warto sięgnąć po tę książkę, doceniając kunszt, z jakim została napisana, i rozsmakować się w opowieści Matyldy, która w Zawrociu odkryła swoją siłę. 
Pani Hanno, za kolejną fantastyczną książkę i za Pani wkład w dobrą polską literaturę - dziękuję!
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 


niedziela, 24 lipca 2016

Dwadzieścia lat minęło...

Minęło jak jeden dzień....

Jak zaczęła się ta historia wpisana w księdze życia dwóch istnień splecionych w jedno życie? Kiedy i gdzie pojawiła się w głowie nieśmiała myśl, że to ktoś najważniejszy w moim życiu, i że być może..., i że gdyby... to ja bardzo...
Myślę, że dwie odpowiedzi na to samo pytanie różniłyby się nieznacznie, ale i tak wszystko zaczęło się od listów. Listów kierowanych do zupełnie innego adresata, który, z poczucia dumy czy pychy, czy też zwykłego przechwalstwa, dzielił się nimi z kolegą. Listy przychodziły regularnie, a kolega z każdym kolejnym nie mógł się doczekać następnego, poznając duszę dziewczyny, którą znał tylko ze zdjęcia. A potem ją zobaczył. On wiedział o niej niemal wszystko, znał ją - nie znając. Ona usłyszała tylko jego imię. Marcin. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że na tym imieniu oprze cały swój świat, i że stanie się ono porankiem i wieczorem, i że będzie brzmieć jak najpiękniejsza melodia, którą chce się nieustannie odtwarzać i słuchać. 


Fot. Beata Soczyńska 

Ale życie to nie bajka i nie było, jak w romantycznym filmie, długiego spojrzenia i miłości od pierwszego wejrzenia ze świadomością, że to ten jedyny i ta jedyna. Harmonię dusz, która ich połączyła, odkrywali stopniowo. On nadal czytał jej listy, teraz już wiedząc jak wygląda, od czasu do czasu zadzwonił, ale wiedział, że ona jest dziewczyną kolegi i nic z tym zrobić nie może. A ona tkwiła w związku, który prowadził donikąd, wspominając szare oczy, za którymi podświadomie tęskniła. 
Minął rok. Chłopak wyszedł z wojska i przestał czekać na listy, a dziewczyna nie wiedziała skąd w niej tyle smutku...
Przypadkowe spotkanie sprawiło, że odkryli się na nowo. Przegadali pół nocy rozstając się ze świadomością, że życie lubi komplikować ludzkie losy. Podobno jednak przypadki są niczym innym, jak propozycjami składanymi nam przez los. Chłopak i dziewczyna nie chcieli już żyć z tęsknotą. Zaufali miłości, która narodziła się pewnej mroźnej i bardzo śnieżnej zimy... 

Zaufać miłości to przestać żyć z tęsknotą i niepewnością 

Od tamtej zimy minęło prawie 23 lata. A tego roku, 29 czerwca, Monika i Marcin świętowali dwadzieścia lat swojego małżeństwa:). 

Monika i Marcin

Czy miłość z biegiem czasu się wypala? Czy traci swoją siłę, blaknie i staje się jedynie przyzwyczajeniem? Zmienia się. Dojrzewa, jeśli odpowiednio o nią dbamy, i jak dobre wino, które leżakuje w odpowiednich dla niego warunkach, nabiera smaku i mocy. 
Dojrzała miłość uczy dawania i wyzbywa się egoizmu. Nie poszukuje swego i nie odgradza się milczeniem. Nie dzieli niczego na "twoje" i "moje", bo wie, że jeśli połączyła dwa istnienia swoją siłą, one nie żyją już oddzielnie, ale stają się jednością i pomimo różnic w charakterach, potrafią żyć w harmonii, szanując swoją odrębność. Taka miłość jest jeszcze piękniejsza niż ta, która dopiero się rodzi, bo dwoje bliskich sobie ludzi nie udaje przed sobą kogoś innego, i nie stara się za wszelką cenę pokazać siebie z jak najlepszej strony. Ta miłość dopełnia i akceptuje, przyjmując słabości jako część wpisaną w drogę, której wspólnie się podjęli.  

Dojrzała miłość jest jeszcze piękniejsza niż ta, która się rodzi

Dojrzała miłość nadal ma w sobie porywy i uniesienia, i podobnie jak na początku rodzącego się uczucia potrafi sprawić, że motyle w brzuchu nadal się pojawiają i trzepoczą swoimi skrzydełkami, pozwalając zobaczyć w człowieku, z którym dzieli się życie, tego dwudziestopięciolatka w którym kiedyś do obłędu się zakochałam. 
I wciąż za nim szaleję, z czułością dotykając pierwszych linijek wyżłobionych przez czas na jego twarzy.
Po dwudziestu latach małżeństwa tak wiele rzeczy wzrusza mnie w moim mężu. Podziwiam go za to, jakim jest człowiekiem i jestem dumna z tego, co osiągnął swoją ciężką pracą. I nawet jeśli widzę jakieś niedoskonałości, akceptuję je, bo przecież nikt z nas nie jest doskonały, a mojego męża pokochałam za to, jaki jest, a nie za obraz i wyobrażenie o nim, które stworzyłam. 
Dwadzieścia lat, które minęło, wiele nas nauczyło. Gdyby można było cofnąć czas, wielu błędów oboje byśmy nie popełnili, i być może udałoby nam się uniknąć kłód podrzucanych przez los. A może i nie... Może gdyby nie było tych błędów i kłód, nasza miłość nie miałaby szansy doświadczenia siebie w warsztacie, w którym została oszlifowana, stając się prawdziwym klejnotem. 

Oszlifowana i poddana wielu próbom, stała się prawdziwym klejnotem

Dwudziesta rocznica ślubu to rocznica porcelanowa. Dwudziestoletnia miłość, podobnie jak porcelana, jest piękna i zachwycająca, ale krucha i trzeba na nią bardzo uważać, aby nie obszczerbić ani nie obtłuc.
Wzajemna troska o siebie, problemy i radości dzielone na pół, potrzeba bliskości i wsparcie, czułość i rozmowa, wspólne pasje, ale i zrozumienie potrzeby indywidualności, odrębności, a czasami nawet odosobnienia; wzajemny zachwyt nad sobą, nieprzypadkowy dotyk i słowa, które zauważają; to wszystko tworzy miłość, której nie pokona pierwsze niepowodzenie czy zadraśnięcie, ani świat pełen pokus i fałszywych podszeptów. Szanując się nawzajem i dopełniając w sobie braki wyszczerbione życiem, małżonkowie wzrastają w miłości, której siłą staje się ich wzajemne oddanie. Umiejętność zaś dziękowania za wspólne dni, i docenianie najdrobniejszych gestów pozwala tej żywej miłości płonąć i dawać świadectwo, że "miłość nigdy nie ustaje", jeśli tylko nauczymy się o nią troszczyć i dbać ze świadomością, że jest czymś najcenniejszym, co mogło się nam przytrafić. 
Mojemu mężowi, Marcinowi, za każdy dzień z tych dwudziestu lat - dziękuję!
Monika A. Oleksa 

Coś najcenniejszego, co mogło nam się przytrafić!
Świętowaliśmy w ukochanych Dąbkach...
Z ludźmi najbliższymi...
... których obecność jest dla nas ogromnie ważna...
Fot. Łukasz Sawicki


czwartek, 21 lipca 2016

Zaułek Szczęścia

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Czy można dotknąć szczęścia? Czy ono ma swój kolor? Zapach? Smak? Czy można wtulić się w szczęście i owinąć nim jak apaszką, która jedwabistym dotykiem okręca się dookoła szyi, chroniąc przed chłodem? 
Każdy z nas, zapytany o szczęście, podałby inną jego definicję. Część, z uśmiechem błąkającym się po twarzy, opowiedziałaby o chwilach, kiedy tego szczęścia naprawdę doświadczyli. Inni, z tęsknotą w oczach odpowiedzieliby, że wciąż go szukają, i że być może jest blisko, ale to jeszcze nie to. Ktoś mógłby wykrzyczeć, że prawdziwe szczęście nie istnieje, że to jedynie ludzkie złudzenie, fałszywa ułuda; ktoś inny roześmiałby mu się w twarz, dając świadectwo odnalezienia szczęścia w zwyczajności. Ilu ludzi, tyle różnych odpowiedzi i reakcji. A tak naprawdę, w sercu każdego człowieka wypisane jest jego własne, indywidualne pojęcie szczęścia. Często przeoczonego, bo ono nie jest niczym niezwykłym. Nie zawsze jednak potrafimy dostrzec, że to, co podsuwa nam życie, jest właśnie szczęściem. 

Takie bukiety pojawiają się na stołach w DW "Maria" w  Dąbkach :) 
I takie specjały!
Wieczór z rybą w DW "Maria" w Dąbkach :) 

Moje szczęście ma zapach morza, które w dotyku ze skórą pozostawia coś niezwykłego. Trudno to nazwać czy określić, trzeba tego po prostu doświadczyć, aby zrozumieć. 
Kolor mojego szczęścia to szarość, bo takie są oczy mojego męża, w których zakochuję się codziennie od nowa. Stalowa szarość i zieleń, bo taki jest najczęściej polski Bałtyk, którym zachwycam się wciąż tak samo. Do tego błękit, chociażby jego skrawek, na tle którego wędrują przeróżne chmury, od białych, delikatnych i ulotnych niczym mgiełka, po te ciemnogranatowe, skłębione, groźne i niebezpieczne. 
Smak szczęścia to kawa, ze szczyptą miłości, odrobiną miodu i lekkim płaszczykiem spienionego mleka w filiżance, która ma swoją historię. Moje szczęście siada wraz ze mną na tarasie Domu Wypoczynkowego "Maria" w Dąbkach, upija łyk kawy i spojrzeniem obejmuje tych, do których wracam jak do najbliższych, i którzy w moim sercu mają swoje własne miejsce. Wypowiadając słowo "Maria", czuję ciepło, którym jestem tu, w Dąbkach obdarowana. To miejsce to mój zaułek szczęścia, a ludzie, do których tu przyjeżdżam to najbliżsi z bliskich. Są dla mnie darem, za który nigdy nie przestanę dziękować. 

Mój zaułek szczęścia i najbliżsi z bliskich... 
Przyjaciele, których znaleźliśmy na drugim końcu Polski...
Więź, która nas łączy to jak więź rodzinna...
Cudowny czas i ludzie, których się nie zapomina...

Moje szczęście to morze, które noszę w sobie nawet wówczas, gdy jestem od niego daleko. Wielkie i wolne. Niezmierzone. Dzikie albo wygładzone spokojem. Zielone, szare, a niekiedy nawet szmaragdowe. Nieprzewidywalne i niezgłębione, jak odwieczna tajemnica. 
Moje szczęście to mewy, z którymi rozmawiam i których krzyk zupełnie mi nie przeszkadza. Budzę się wraz z nimi i wsłuchuję w tę pieśń nadmorskich ptaków i szumiącą topolę za oknem, tak wielką i wysoką, że niedługo konarami sięgnie samego nieba. Otulona spokojem poranka chłonę widok ukwieconego tarasu, na którym kawa smakuje zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej. Patrzę z miłością na tych, dla których właśnie tutaj przyjeżdżam od kilkunastu już lat, i mam świadomość, że to miejsce to oni. "Maria" bez Marii byłaby tylko budynkiem bez serca, które czuje się tam w każdym kąciku. Kawa bez Franka byłaby milczeniem. Gdyby zabrakło radosnego głosu Eli, jej energii i pogody ducha, nie wywoziłabym z Dąbek takich zapasów sił i zapału do pracy, jaki zabieram ze sobą, nie mogąc dopiąć i tak wypchanych walizek. 

Uchwycone chwile...
Zatrzymane i zaczarowane...
Niezapomniane... 


Każdy ma w tym miejscu swoją historię, zarówno ci, którzy oddają samych siebie, swój czas, serdeczność i pracę, aby innym dobrze się tutaj wypoczywało; jak i wczasowicze powracający do DW "Maria" od wielu już lat, często do tych samych pokoi i tego samego stolika na jadalni, o co bardzo starannie i z dużym zaangażowaniem dba nieoceniona Alicja. Brak kogoś "stałego" odczuwa się dotkliwie, nieświadomie szukając pośród obcych twarzy tych, których w tym roku zabrakło. Jesteśmy jak rodzina. Czasem niektórych mniej lub bardziej akceptujemy, jak to w rodzinie, ale wracamy co roku w to samo miejsce, witając się i żegnając jak ludzie, którzy mają wspólną historię. 

Bez Bożenki moje Dąbki nie byłyby pełne...  
Każdego roku "wywożę" z Dąbek kogoś cennego
W Dąbkach jest mi tak dobrze, jak Łatkowi... 
W takim towarzystwie można spokojnie odpoczywać, bez obawy o rękopis nowej książki :- D

Na krótką chwilę zaledwie czterech tygodni żegnam to miejsce, które stało się jednym z moich spełnionych marzeń. Moim zaułkiem szczęścia. Wracam do spraw, które czekają na mnie w domu i do zobowiązań, których się podjęłam. Pokojem 101 dzielę się z innymi wierząc, że ktoś kto tam zamieszka, doceni tę wyjątkową, szumiącą melodię topoli, która dla mnie stała się nieodłącznym elementem mojego wypoczynku, i za którą tęsknię, budząc się w Lublinie. 
Wrócę, już całkiem niedługo, aby usiąść na natychającym leżaczku i znów poczuć wyjątkowy smak zwyczajnej kawy i powiedzieć tym, za którymi już tęsknię. Dobrze, że jesteś! 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
Chcesz zajrzeć do Zaułku Szczęścia? Każdy jest tam mile widziany! - KLIK i KLIK

niedziela, 17 lipca 2016

Chłonę...

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę czas, który dostałam, i to wszystko, co wokół mnie i czego częścią się stałam. Chłonę bezkres wody dotykającej moich stóp wybiegającymi ku mnie falami, i zostawiającej kropelki bryzy na mojej twarzy. Wilgotne pozdrowienie morza, delikatny pocałunek. Istniejemy, złączeni bezsłowną modlitwą uwielbienia, ja z jednej strony, a ono, morze, z drugiej. Stoimy naprzeciw siebie i każde z nas, na swój sposób, wychwala dzieło stworzenia i Tego, który we wszystkim pozostawił swoje piękno. I w morzu, i w człowieku. 
Chłonę moje sam na sam z miejscem, które każdego roku, coraz głębiej wpisuje się w moją historię, i które w sercu odcisnęło najtrwalszy ślad, jakiego nie zatrze niepamięć. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Chłonę i zamykam w sobie brzmiący dla mnie jak najpiękniejsza melodia krzyk mew, wiecznie zaciekawionych tym, co dzieje się poniżej ich podniebnego lotu. Słucham ich i przyglądam się z uśmiechem, który ofiarowuję również morzu, wsłuchana w jego szum. Z potężnego głosu czerpię siłę, a niespokojne falowanie, pomimo swojej gwałtowności, a niekiedy nawet złości, uspokaja, wycisza i koi we mnie to wszystko, co poszarpało życie. Wybrzeże Bałtyku, przez tak wielu niedocenionego. Dąbki. Moje ukochane miejsce na ziemi, którym chcę się nacieszyć aż po koniuszki palców i cebulki włosów, magazynując w sobie dobrą energię, jaką zawsze dostaję od morza i od ludzi, których tu spotykam. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę żywiczny zapach lasu i łzę natury, która nigdy nie wysycha. Przesypuję aksamitny piasek, podziwiając z jak wielu maleńkich ziarenek się składa, zadziwiona ich doskonałym kształtem i fakturą. Miękkość, której doświadczam stąpając po nim, kojarzy się z jedwabiem, a bliskość ziarenek przyklejających się do stóp nasuwa myśl, w jakiej symbiozie żyjemy - człowiek i natura. Niczego przed nami nie ukrywa i nie broni do siebie dostępu, stawiając jedynie niepodważalny warunek - Uszanuj mnie! 

Fot. Marcin Piotr Oleksa 
Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Chłonę ciszę jaką dostałam, uciekając na chwilę z miasta, które nigdy nie milknie. W tej ciszy dotykam tych przestrzeni we mnie, które zagłusza codzienność. Pozwalam myślom poprowadzić mnie, bez narzucania im swojej woli. Uczę się słuchać, chcąc naprawdę usłyszeć. 
Dotykając wygładzonego przez wodę pnia falochronu, wszystkimi zmysłami doświadczam odradzającego działania miejsca, z którego czerpię garściami, dzieląc się tym, czym nasiąkam i przekazując dalej. 
Gładkość drzewa, chropowatość kamyka, aksamitność piasku, wilgoć rozpylonych wiatrem słonych kropelek i chłód wody. To wszystko, co poza mną, poprzez dotyk i zapach staje się częścią mnie. Nierozerwalną, wyrytą  jak inicjały w drzewie lub na kamieniu, i taką, której nikt mi nie odbierze. Zamknięty pod powiekami obraz zabieram ze sobą, wracając do miejsca, w którym naprawdę i najgłębiej odnajduję siebie, zawsze wtedy, gdy zamknę oczy i przywołam z pamięci to, co najcenniejsze. Mój czas wyciszenia i odpoczynku. Czas zrzucania łusek, w które obrosłam w codzienności. Czas dzielony z tymi, których kocham najmocniej. Czas, który sprzyja tworzeniu. 

Czas dzielony z przyjaciółmi...
Czas dzielony z tymi, którzy są najbliżsi...
Czas dzielony z tymi, których kocham...

Chłonę wyciszone poranki i zadumane wieczory. Szum potężnej topoli, na którą patrzę zaraz po przebudzeniu. Chłonę zapisany na tle wieczornego nieba obraz czarnych kormoranów, zmierzających na przekop, i majestatycznie sunącą po jeziorze łabędzią rodzinę. Chłonę zatrzymaną tuż nad powierzchnią morza słoneczną kulę, barwiącą niebo i chmury przeróżnymi kolorami, od tych delikatnych, pastelowych, po ostry pomarańcz i czerwień. Z zachwytem śledzę słoneczną wędrówkę ku morzu i codziennie inne zachody. Chłonę i zapamiętuję. Smaki, zapachy, przypływy i odpływy. Zdarzenia, spotkania i bliskość. Ciszę i rozmowy. Dym z ogniska i opowieści, leniwe godziny i wiarę w ludzkie dobro, bezinteresowność, przyjaźń i miłość, która spogląda na mnie szarością ukochanych oczu. Czas, który stał się moim udziałem. Najpiękniejszym prezentem, jaki dostałam. I doceniłam. 
Z wdzięcznością za każdą nadmorską chwilę
Monika A. Oleksa 

Doceniam każdą chwilę... 
Fot. Marcin Piotr Oleksa