Literacka Kanapa: Renata Kosin

Archiwum prywatne Autorki 

Z ogromną przyjemnością siadam dziś na Literackiej Kanapie obok Renaty Kosin, pisarki, autorki książek, które zachwycają językiem, skłaniają do myślenia i przekazują treść długo pozostającą w czytelniku, m.in. "Aleja Siódmego Anioła" - KLIK - przeczytaj recenzję, "Tatarka", "Sekret zegarmistrza", "Tajemnice Luizy Bein", czy najnowsza "Jedwabne rękawiczki". Wiem, że to będzie niecodzienna rozmowa, na którą serdecznie zapraszam! 


Renata Kosin 

Monika A. Oleksa: Ranny ptaszek czy sowa? Lubisz witać dzień od wczesnego poranka czy wolisz nocną ciszę, w której przychodzą odpowiednie słowa?

Renata Kosin: Zdecydowanie sowa! Wczesne wstawanie jest dla mnie prawdziwą katorgą. Za to uwielbiam noc, gdy wszyscy i wszystko inne śpi, jest cisza i spokój. Niestety rzeczywistość bezlitośnie weryfikuje moje lubienie i to co wolę,  bo niestety muszę pracować w dzień. Jestem wówczas w domu sama, teoretycznie mam więc idealne warunki do pisania, i byłoby bardzo nierozsądnie z tego nie skorzystać. Czasem jednak pracuję też w nocy, głównie wtedy, kiedy wiem, że to jest TEN moment, w którym na pewno pojawią się odpowiednie słowa, a do rana mogłyby ulecieć.

Monika A. Oleksa: „Nie wszyscy wiedzą, że każdy dzień jest wystarczająco dobry, by się nim cieszyć.” To cytat z „Alei Siódmego Anioła”.  Zawsze przyjmujesz każdy dzień takim, jaki jest, czy zdarza Ci się marudzić, że coś Ci w nim nie pasuje?

Renata Kosin: Niestety bywam marudna, i jak chyba każdy, miewam gorsze dni. Jednak uważam, że szkoda życia na smutki, i na ogół staram się je odgonić. Poza tym narzekanie i marudzenie tak naprawdę niczego nie naprawia, a właściwie nawet pogarsza wszystko, psuje samopoczucie.  Lepiej jest więc wziąć się w garść i poszukać czegokolwiek, co poprawi nam nastrój. A potem już w nieco lepszym humorze spróbować naprawić resztę.

Monika A. Oleksa: Bardzo mi się podobają te słowa! I myślę podobnie. Narzekanie i marudzenie nas samych zatruwa. To zupełnie tak, jakbyśmy do własnej zupy dodawali piołun. Nic dziwnego, że potem nic nam nie smakuje. Dostrzegasz w życiu drobiazgi i zatrzymujesz się przy nich?

Renata Kosin:  Życie przecież składa się głównie z drobiazgów. Jest też o wiele ciekawsze, bardziej urozmaicone, gdy się je (prawie) wszystkie dostrzega. Mniej wówczas człowiekowi umyka i dzięki temu mniej traci. Dlatego staram się od czasu do czasu zatrzymać, poświęcić chwilę uwagi rzeczom i sprawom pozornie mniej ważnym od innych, lub choćby tylko po to, by złapać oddech. Wówczas można łatwiej dostrzec to, co być może przeoczyło się wcześniej. I niekiedy okazuje się to nawet bardziej znaczące od tych wszystkich arcyważnych spraw, których nie da się ominąć bez potykania się o nie. 

Archiwum prywatne Autorki 

Monika A. Oleksa: Jak długo nosisz w sobie nową powieść, dojrzewając do niej? I jak ona się rodzi? Piszesz fragmentami, czy systematycznie, strona po stronie, w takiej samej kolejności w jakiej czytelnik podąża za Twoimi słowami? 

Renata Kosin: Zanim powieść zostanie przelana na papier, powstaje, a potem ewoluuje we mnie tak długo i skutecznie, że gdy zabieram się do pisania, jest już prawie gotowa, choć tylko w mojej głowie. Bywa, że potem nadal się zmienia. Tak zwykle się dzieje, jeśli fabuła jest mocno skomplikowana, a losy bohaterów pokręcone. Niekiedy jednak  zostaje zachowana w formie, w jakiej się narodziła, łącznie z wszystkimi epizodami. Tak było w przypadku „Alei Siódmego Anioła”, gdzie zmienił się tylko tytuł, i to tylko pod wpływem Wydawcy.
Natomiast jeśli chodzi o kolejność pisania – pierwszą powieść pisałam trochę chaotycznymi, nieusystematyzowanymi (ależ długaśne słowo!) fragmentami. Z czasem doszłam jednak do wniosku, że to nie jest dobry sposób, bo historia staje się nierówna pod względem stylu i miejscami przypomina zbiór opowiadań. Dlatego teraz piszę w takiej kolejności, w jakiej czyta to czytelnik. Mimo że mogłabym równie dobrze pisać od końca lub od środka, bo na ogół już na początku znam zakończenie historii.

Monika A. Oleksa: To, co mnie zachwyciło, Reniu, w Twoich książkach, to język jakiego używasz, i treść którą przekazujesz. Nie „przegadujesz” powieści, nie zapełniasz pustych stron równie pustym słowotokiem, i starannie dobierasz zdania.  Traktujesz czytelnika jak równego sobie partnera, niczego nie podajesz na talerzu, skłaniasz do przemyśleń, poruszasz.  Ogromnie Cię za to cenię. Jak się zaczęło Twoje pisanie?

Renata Kosin: W moich powieściach używam nieco innego języka niż na co dzień. Staram się, by ich język nie tylko przekazywał treść, ale też wywoływał pewne odczucia, powodował skojarzenia. Staram się, by był po prostu ładny, miły dla ucha, głównie z powodu szacunku do mojego czytelnika.
Unikam też zbędnych słów. Nie wszystkie są warte umieszczenia w książce, a inne są zbyt cenne, by szastać nimi na prawo i lewo. W niektórych (bo nie wszystkich) moich książkach jest sporo opisów, ale to mój świadomy wybór okupiony niemałym poświęceniem, bo ich tworzenie jest znacznie trudniejsze niż partii dialogowych. Uważam jednak, że niekiedy jest to potrzebne, bo niektóre treści wymagają takiej właśnie formy przekazu, by zostały właściwie odebrane. A każdy zapisany akapit zawsze jest po coś i nie stanowi jedynie ozdobnika, ani wypełniacza treści. Są to na ogół opisy sytuacji, lub zapis myśli głównego bohatera, i ominięcie wzrokiem nawet kilku wersów skutkuje tym, że potem reszta staje się niezrozumiała. Czytelnikowi umyka też to, co ukryłam dla niego pomiędzy wersami - wolne miejsce, w którym może coś sobie dopowiedzieć, „dowymyślić”, przeanalizować. Niestety niektórzy dobrowolnie z tego rezygnują, nie chcą używać wyobraźni ani myśleć samodzielnie. Wolą mieć wszystko podane gotowe i doprawione. Ja z kolei uważam, że książki powinny skłaniać do myślenia, i tak właśnie staram się je pisać. To ćwiczy umysł, również mój.
Myślę, że to jest właśnie jedna z przyczyn, dla których postanowiłam zostać pisarką. Samo czytanie przestało mi wystarczać. Poza tym, jeśli ktoś ma czegoś za dużo (mam na myśli historie, które nieustannie rodzą się w mojej głowie), powinien podzielić się tym z innymi.

Monika A. Oleksa: „Każdy człowiek ma decydujący wpływ na swoją przyszłość.” Takie słowa dotąd towarzyszyły Tobie i bohaterom Twoich powieści. Pisząc jednak „Jedwabne rękawiczki”, zaczęłaś się głębiej nad tym zastanawiać. Czy, nie zdradzając treści książki,  możesz powiedzieć dlaczego jest ona tak wyjątkowa i zupełnie inna od poprzednich?  I czy ta powieść jest dla Ciebie ważna?

Renata Kosin: Jest wyjątkowa, inna od poprzednich, i bardzo dla mnie ważna. Inna, ponieważ bardziej niż którakolwiek z poprzednich jest oderwana od rzeczywistości i odrealniona (choć raczej nie ma w niej wątków paranormalnych), i jednocześnie ma najwięcej odnośników autobiograficznych. Dotyczy to również głównej bohaterki – dopiero niedawno zdałam sobie sprawę (z pewnym przerażeniem), jak bardzo jest do mnie podobna, charakterologicznie, bo doświadczenia życiowe mamy zupełnie inne.
Część akcji „Jedwabnych rękawiczek” osadziłam w mojej rodzinnej miejscowości, która nie jest zwyczajnym miasteczkiem. Choć maleńkie i kiedyś nikomu nieznane, od kilku lat wciąż się o nim mówi, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W Jedwabnem w 1941 roku wydarzyły się rzeczy straszne, a ja, choć jeszcze parę lat temu zarzekałam się (i to publicznie), że nigdy o tym nie napiszę, niecałe cztery lata temu zmieniłam zdanie. Nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu nagle poczułam, że muszę to zrobić, ze świadomością, że konsekwencje mogą być, powiedzmy, różne. Również ze względu na równoległy motyw, który pojawia się w powieści, jeszcze bardziej kontrowersyjny i trudny. Dotyczy pewnej mało znanej przepowiedni z 1904 roku, która… I tego nie mogę zdradzić.

Archiwum prywatne Autorki 

Monika A. Oleksa: Jak długo rozstajesz się z bohaterami swojej książki? Czy łatwo Ci po zakończeniu jednej, wejść w rzeczywistość kolejnej? Przyznam szczerze, że ja mam z tym problem. Za bardzo się przywiązuję :). Czy zdarza Ci się pracować nad kilkoma projektami równocześnie? I czy w pracy nad książką potrzebujesz totalnego skupienia nad powieścią i odłączenia od wszelkich bodźców świata zewnętrznego, jak Hanna Kowalewska, czy piszesz w harmonii ze wszystkimi obowiązkami codzienności, jak Monika A. Oleksa :)?

Renata Kosin: Bardzo trudno jest mi się z nimi rozstać. A kiedy myślę, że wreszcie mi się to udało, oni nagle wracają. Czasem pod wpływem jakiejś szczególnej recenzji, albo innej, podobnej postaci w nowo pisanej powieści. Z tego powodu rzadko pracuję nad wieloma projektami jednocześnie. Dopiero pod koniec pisania, gdy już prawie widzę ostatnie linijki, zaczynam zbierać materiały do nowego i robię wstępny szkic. Tylko po to, by pracować ze spokojną myślą, że wiem, co ze sobą pocznę, gdy skończę. To mi daje poczucie bezpieczeństwa i odgania przerażające myśli pt. „I co potem”, albo: „A jeśli nie przyjdzie mi do głowy już nic fajnego?”
Natomiast kiedy pracuję, potrzebuję pełnego odizolowania się od wszelkich bodźców. Żadnej muzyki, zupy na gazie i myśli o tym, że muszę jeszcze coś zrobić, nastawić pranie albo zrobić zakupy. Dlatego staram się to wszystko zrobić zanim siądę do pisania. Poza tym chyba nie umiałabym się skupić na pracy ze świadomością, że jakiś skrawek domu został nieposprzątany, lub zaniedbane coś ważnego.
Gdy piszę muszę mieć wokół siebie perfekcyjny porządek i absolutny spokój. Nie lubię nawet, gdy ktoś jest wtedy w domu, bo czuję się, jakby zaglądał mi przez ramię. Nie pomaga nawet zamykanie się w osobnym pokoju ze słuchawkami na uszach (takimi, które tłumią hałasy). Wyjątkiem jest noc, kiedy mam świadomość, że wszyscy śpią, i nikt nie wtargnie z pytaniem o to, co na obiad, albo czy nie mam ochoty napić się razem z nim herbaty. Lubię herbatę i miłe towarzystwo, ale nie wtedy, gdy piszę. 

Monika A. Oleksa: Którą swoją bohaterkę lubisz najbardziej i dlaczego? 

Renata Kosin: Najbardziej chyba lubię Honoratę z „Sekretu zegarmistrza” i „Tatarki”. Ma specyficzny i dość trudny charakter, i chyba właśnie dlatego. Lubię takich ludzi, trochę nieoczywistych i szczerych do bólu, którzy niczego nie kryją  między słowami, bo wtedy wiem, czego się po nich spodziewać. 

Monika A. Oleksa: Jaka jest codzienna Renata Kosin? 

Renata Kosin: Całkiem zwyczajna. Chyba. Bo to pewnie zależy od perspektywy, od tego, kto patrzy, i jak ocenia. Zdaję też sobie sprawę, że to, co jest dla mnie zupełnie normalne (np. fakt, że uwielbiam porządek, ubrania w szafie układam kolorami, mam specjalny pędzelek do czyszczenia klawiatury laptopa, odcinam zawsze puste części blisterów, te z których wyłuskano tabletki, a pracę zawsze zaczynam o pełnej godzinie, jak Adaś Miauczyński z „Dnia świra”) inni uważają za dziwactwo. Ja jednak lubię siebie taką, jaką jestem, i moje nawyki mnie nie unieszczęśliwiają, więc nie widzę powodu, by je zmieniać. Nie oczekuję też, że zmienią się dla mnie inni, choć czasem denerwuje mnie czyjeś bałaganiarstwo. Ludzie są różni, i tak powinno zostać, bo dzięki temu nie jest nudno.

Archiwum prywatne Autorki 


Monika A. Oleksa: Co Cię uszczęśliwia? 

Renata Kosin: Wszystko, jeśli odpowiednio do tego podejdę, i trochę w zależności od dnia. Czasem musi to być coś naprawdę dużego, co znacznie uszczupli stan mojego konta, a czasem wystarczy rogalik z białym makiem i marcepanem, który syn kupił mi po drodze ze szkoły, bo wie, że je uwielbiam. Niekiedy jest to jakiś niewielki gest lub słowo, ale powiedziane w tym właściwym momencie, lub też (wiem, że zabrzmi to trochę pompatycznie), szczęście moich bliskich, atmosfera wokół mnie, całokształt, który ją tworzy. 

Monika A. Oleksa: Czego w innych nie akceptujesz lub co trudno Ci zaakceptować?

Renata Kosin: Bardzo nie lubię udawania, gdy ktoś stara się być kimś innym, niż jest w rzeczywistości. Często też denerwuję się, gdy widzę, jak ludzie marnują swój potencjał i godzą się na bylejakość tylko dlatego, że im się już nic nie chce.
Nie rozumiem, dlaczego niektórzy tak wytrwale bronią się przed tym, by się czegoś jeszcze nauczyć, dowiedzieć, jakby wraz z ukończeniem szkoły (która kiepsko im się kojarzy, co dobrze rozumiem, bo to chyba dotyka każdego) zamknęli za sobą jakiś rozdział. Ani grama wiedzy więcej! Żadnych nauczycieli, wkuwania i ocen, nawet tylko symbolicznych. Koniec! A gdy ktoś mimo to chce pokazać im coś nowego, ciekawego, fajnego, co mogłoby sprawić, że staną się lepsi i lepiej będzie im się żyło nawet tylko ze sobą, reagują niekiedy agresją. Niemalże zasłaniają uszy, gdy słyszą coś, czego wcześniej nie znali, jakby bali się, że może zostać im w głowie. Że mogą to zapamiętać. Zamykają się na to, co nowe, jakby sądzili, że ich umysły mają ograniczoną pojemność i jest w nich już dokładnie tyle wiedzy, ile powinno, a jakakolwiek nowa spowoduje, że coś pęknie, wykipi, albo wybuchnie i narobi nieodwracalnych szkód. 

Monika A. Oleksa: Bo tak jest po prostu łatwiej i wygodniej. Lubimy kanapy i  dość szybko się od nich uzależniamy, a potem każde oderwanie się i podniesienie to wysiłek, który niejednego przerasta. 
Kim byłaby Renata Kosin, gdyby nie pisała pięknych powieści? I które z Twoich dziecięcych marzeń spełniło się w dorosłym życiu?

Renata Kosin: Tym, kim jestem, tylko że nie pisałabym powieści, a energię, jaką w nie wkładam, przelałabym na coś innego. Być może byłoby to coś, czym zajmowałam się, zanim zaczęłam pisać (różnorakie plastyczne zajęcia i kuchenne), i co również sprawiało mi przyjemność. Dziś nie wiem, co by to było dokładnie, ale na pewno nie byłoby to nic. Jestem na to zbyt ruchliwa.
Poza tym myślę, że z pisaniem, czy bez, udało mi się dotrzeć do miejsca, o jakim zawsze marzyłam. Lubię swoje życie, jest naprawdę fajne. I tak naprawdę niczego bym w nim nie zmieniła. 

Renata Kosin

Reniu serdecznie Ci dziękuję za tę rozmowę, za Twoją otwartość i za piękne książki, po które sięga się z drżeniem ręki i pytaniem: "Dokąd mnie ona zaprowadzi?". Dawkuj nam, czytelnikom, te emocje w odpowiednich proporcjach, uzależniaj i skłaniaj do stawiania pytań, nad którymi należy się pochylić i na dłuższą chwilę zatrzymać. Życzę Ci ciepłego przyjęcia "Jedwabnych rękawiczek" przez wymagających czytelników i weny, która hojnie będzie się sobą z Tobą dzieliła pomysłami :). 
Monika A. Oleksa  


Komentarze

  1. Świetny wywiad (-: Język "Alei Siódmego Anioła" trochę przypominał mi Twoje powieści właśnie ze względu na dbałość o każde słowo (-: "Jedwabne rękawiczki" są w drodze do mnie (-:
    Pozdrawiam Cię serdecznie R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Reniu, mam coraz większą ochotę zajrzeć do Twojej biblioteczki :) Wierzę, że któregoś dnia mnie do niej dopuścisz :D. "Jedwabne rękawiczki" już mnie wciągnęły, prawdziwa uczta dla ceniących to, co dobre!
      Ferie się zbliżają. Będę Cię kusić wspólną kawą. Dasz się namówić na Lublin, Nałęczów lub Kazimierz?
      Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko!
      M.

      Usuń
    2. A Ty nie wyjeżdżasz na ferie? Kawę planujmy, może w końcu się uda :D Wszystkie miasta kuszą, ale najlepsze połączenia mam z Lublinem :D A do biblioteczki możesz zajrzeć nie tylko wirtualnie, jeśli będziesz w mojej okolicy :D

      Usuń
  2. Przeczytałam z przyjemnością:) Zgadzam się w zupełności ze słowami Autorki - nie mogę zrozumieć ludzi, którzy "osiadają na mieliźnie" i nie widzą potrzeby ruszania z miejsca...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

Kobieta z Kobietą: Smakowanie życia

Literackie Czwartki: "Galeria na Złotej" - fragment