niedziela, 14 lipca 2013

Bliskie memu sercu


Fot. Michał Oleksa





Na moim balkonie przysiadł wróbelek. Przekrzywił szary łepek i zapatrzył się na mnie. Czarne jak węgielki oczka obserwują mnie uważnie, wypatrując pojedynczych okruszków chleba zawieruszonych gdzieś przy leżaku. Nade mną rozkrzyczała się mewa. Od kilku dni tak się budzę; nie z dźwiękiem budzika w telefonie, ale wraz z krzykiem mew. Wokół mnie nie ma bloków, tylko zieleń. Piękna, zadbana, wypielęgnowana. Znów tutaj jestem. Czekam na te dni tutaj cały ciężki rok; a gdy jest mi szczególnie źle, bo życie przygniecie, jak rozbitek trzymam się tylko tej jednej myśli - że przyjadę tutaj, do miejsca, które potrafi uleczyć mnie ze wszystkiego. Do Dąbek. Do "Marii". Do Marysi i Franka. Do morza, które ma mi tak dużo do opowiedzenia. 
Siadam na jasnym piasku, przy brzegu, i patrzę na tę potęgę, która mieni się przede mną kolorami zieleni i szmaragdu. Czasami tafla jest delikatnie pomarszczona i lekko spieniona falami pieszczącymi plażę; ale są dni, gdy morze staje się żywiołem. Ma wtedy stalowoniebieski kolor i ze wzburzeniem wyrzuca na brzeg fale, które magnetyzują i przerażają zarazem. Lubię obserwować takie morze. Głośnym krzykiem opowiada mi swoją historię, a ja pochylam głowę w podziwie dla Tego, który to stworzył. Z potęgą żywiołu nie wygra żaden człowiek. Możemy stać tylko w oddali i obserwować miotające się bałwany z fascynacją, lękiem i pokorą. W taki sam sposób staję przed górami - świadoma swojej mizerności i ich nieskończonej potęgi. 
Mój pobyt w Dąbkach to czas intensywnego pisania. Jedyne, co tutaj muszę to wsłuchiwać się w morze i pisać. W tym zaczarowanym miejscu pióro samo sunie po papierze, a myśli gonią tak szybko, że nie nadążam za nimi. Piszę i nasycam się ciepłem od ludzi, których tu spotykam, za którymi przez cały rok tęsknię i którzy, każdy na swój sposób, dodają niepowtarzalnego smaku mojemu życiu. Bliskość, którą czujemy pomimo dzielących nas kilometrów i upływu czasu. Czas dawania i czerpania. I wyjątkowość każdego z nich. 
Na moim balkonie (tym samym od lat) jest stary, drewniany leżak. Już wiele razy Maria chciała go wymienić na nowy, lżejszy, bezosobowy; ale za każdym razem jak tu jestem, proszę "zostaw".  Ten stary, drewniany leżak ma w sobie "to coś". Kiedy uciekają mi myśli lub przystanę na jakimś zdaniu i ani rusz, nic nie przychodzi mi do głowy, pustka!, wtedy siadam na tym leżaku, a on mnie "natycha" :) Nie wiem jak to się dzieje, ale tak jest. Siedząc na nim, piszę jak szalona. To leżak z duszą, który oddaje mi swoje historie, zasłyszane przez lata od ludzi siadających na nim. A ja to zbieram i ubieram w słowa. Moje własne, choć historie, które tworzę, być może należą do kogoś. Opowiada mi o nich morze i leżak :) 
Historią prawdziwą jest moje powitanie z mewami. Kocham je, a one o tym wiedzą. Ja czekam na spotkanie z nimi niecierpliwie, a one podchodzą do mnie tak blisko, że mogę ich dotknąć. Duże i majestatyczne. Wiecznie głodne. Piękne.
Przywitałam je chlebem (bez soli :)) i niedojedzonymi przez chłopców kanapkami. Musiały być bardzo głodne, bo otoczyły mnie tak, że poczułam się jak bohaterka "Ptaków". Te na ziemi podeszły blisko, ale to było zupełnie naturalne; zaniepokoiły mnie te, które zawisły nade mną na wyciągnięcie dłoni. Miały taki wyraz dzioba, jakby chciały mi wyrwać to, co trzymałam w dłoni. Przez chwilę ogarnęło mnie lekkie przerażenie, bo uświadomiłam sobie, że mój młodszy synek też ma w rączce kromkę chleba i oczami wyobraźni zobaczyłam, jak mewa nie zawraca sobie głowy tym chlebem, tylko bierze w dziób mojego Miłoszka. Mój synek stał sobie jednak spokojnie, rozmawiając z mewami i odrywając im okruszki dla wróbelka. A mój starszy syn, zamiast ruszyć mi z odsieczą, z wielką pasją sobie te mewy fotografował! Mewy były jednak dobrze wychowane i grzecznie poczekały na swój posiłek:)
Odpoczywam więc, ładuję akumulatory na cały rok, słucham tego, co mi w duszy gra i piszę książkę, którą chcę skończyć do jesieni. I każdą oraz każdego z Was cieplutko pozdrawiam znad naszego pięknego, polskiego morza. 
Monika A. Oleksa
     


Fot. Michał Oleksa

4 komentarze:

  1. Cieszę się, że leżaczek dobrze się sprawuje, bo ja niedługo zabieram się za drugą Twoją książkę i podejrzewam, że nie nasyci ona mojego apetytu na Twoją twórczość:) Przy okazji robisz mi apetyt na te Dąbki... Tegoroczne wakacje mam już zaplanowane, ale może w przyszłym roku pomyślę o naszym morzu:)
    Pozdrowienia dla Ciebie, Twoich chłopaków i ptaków!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. O leżaczku to ja słyszałam w nocnej audycji z Basią w roli głównej. Czy to jest ten co "natycha"?..Pisz Moniko pisz,niech ,mewy, leżaczek i morze robią co do nich należy a my cierpliwie czekamy :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten Twój leżaczek Moniś to robi zawrotną karierę. Jeszcze chwila a dopadnie go sława :) Popytaj delikatnie kolesia czy da sobie z nią radę? :) I jakby co, to podtrzymaj i wesprzyj :)
    Tęsknię za Tobą i już! Siedź sobie nad tym cudnym morzem, nie mam nic przeciwko, ale proszę - pogoń trochę czas, co? Niech przyśpieszy odrobinę. Bo i ja prędzej znajdę się w moim niebie, czyli w naszych polskich przecudownych górach i też sobie usiądę wygodnie przy oknie z widokiem na Kasprowy i popiszę swoje historie, które telepią mi się po głowie. A to jeszcze dwa tygodnie!!! Do spotkania z Tobą jeszcze dłużej :(
    Dobra, koniec marudzenia. Pozdrawiam (wyrazy uznania dla Michała za zdjęcia!)i pisz szybko!
    B.

    OdpowiedzUsuń
  4. Morze, mewy, złoty piasek i Dąbki. Byłam tam jedynie przejazdem, ale tak pięknie pisałaś o tej miejscowości, że razem z rodziną wyruszamy właśnie tam w najbliższą sobotę. Udanego urlopu:)

    OdpowiedzUsuń