niedziela, 10 listopada 2013

Kobieta jest melodią... Ania

Fot. Marcin Oleksa


Każda kobieta ma w sobie melodię, która pozostaje; pomimo przemijania. Opowiadając o kobietach i ich melodiach, tak wiele z nich chciałabym ocalić od zapomnienia; o tak wielu melodiach napisać i każdej z Was przekazać - jedną myśl; wskazówkę; drogowskaz. 
Ten pierwszy esej z cyklu, jaki zamierzam poświęcić kobietom, które mnie przy sobie w jakiś sposób zatrzymały, zacznę od tej, która głęboko wpisała się w moje życie i pozostawiła tam niezatarty ślad. Była cichutka i skromna; taka, jak tysiące kobiet, jakie mijamy codziennie na ulicy; spotykamy w sklepie, w pracy, u fryzjera czy w autobusie. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, a jednak była Wielka. Ania. Tylko tyle. Po prostu Ania, której pamięci zadedykowałam moją książkę "Miłość w kasztanie zaklęta" i której dedykuję ten dzisiejszy post.
Nie była nikim szczególnym w sposób, w jaki tę wyjątkowość postrzega współczesny świat. Była zwyczajną, młodą kobietą; mamą i żoną; córką i siostrą. Przyjaciółką. Żyła cichutko, i choć całe jej życie biegło pod górę, na którą powolutku i cierpliwie się wspinała; nie skarżyła się, przyjmując wszystko, do czego udało jej się dojść wraz z mężem, z wdzięcznością. Radość z rzeczy, które zdobywamy cierpliwie, stopniowo i własnymi siłami, cieszy najbardziej. Pracę własnych rąk docenia się najmocniej. Tak cieszyło pierwsze mieszkanie, do którego Ania wraz z mężem i dwójką dzieci wprowadziła się długo po swoim ślubie. W tym miejscu stworzyła dom; z psem i ciepłem, do którego chciało się wracać. Oswajała go i ozdabiała sobą. Po maleńkich dwóch pokojach zajmowanych kątem przy rodzicach, trzy własne cieszyły jak bożonarodzeniowe prezenty. Zapełniały się domowym nieładem, który ma swój własny porządek; drobiazgami, poukładanymi w szafkach i na półkach; i rozgardiaszem, typowym przy dwójce dzieci, z których jedno stawało się właśnie nastolatkiem. W tym domu nie było niczego nadzwyczajnego; ot codzienne problemy, troski i rozterki. Czy starczy na kolejną ratę kredytu? Czy Jurkowi uda się utrzymać tę nową pracę? Czy redukcja etatów nie obejmie ich Instytutu? Czy to normalne, że córka, która jest w zasadzie jeszcze dzieckiem, nigdzie nie może odnaleźć swojego miejsca, próbując przeróżnych zajęć artystycznych i sportowych, i nigdzie nie zatrzymując się na dłużej?
Zwyczajne, codzienne życie. Takie jak Twoje, czy moje; splatane z pospiesznych chwil, zmartwień; mniejszych lub większych radości i szczęścia pojmowanego w taki najprostszy sposób, które docenia się wtedy, gdy tej zwyczajnej codzienności zabraknie. Gdy coś się skończy. 
Zaczęło się zupełnie niewinnie. Rutynowe badania i pierwsza w życiu mammografia, na którą zostały wysłane wszystkie pracownice Instytutu. I grom z nieba, wraz z otrzymanym wynikiem. Bez objawów, bez dolegliwości. Zmiany tak duże, że decyzja lekarza była natychmiastowa - na stół. Z dnia na dzień cała bezpieczna codzienność wywróciła się do góry nogami. Wszystko trzeba było przewartościować i każdemu dniu nadać nowy sens, z życiem toczącym się nadal i ze świadomością, że człowiek jest istotą śmiertelną i tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak długo potrwa ta wędrówka tu i teraz. 
Ania walczyła, bo wiedziała, że ma dla kogo. I wygrała, przeganiając to świństwo w diabły. Ale kolejny cios już czaił się za rogiem. Dotkliwy. Bolesny. Nie do zrozumienia. 
W kwietniu 2004 roku, tuż przed świętami Wielkiej Nocy, czternastoletni syn Ani w bezsensowny sposób traci życie pod kołami rozpędzonego samochodu. Codziennie przemierzana droga ze szkoły do domu. Znajoma, oswojona. Przejście dla pieszych i dwa pasy. Uprzejmy kierowca zatrzymuje się i przepuszcza chłopca, który ufnie wchodzi na jezdnię. Kierowca pędzący drugim pasem w nosie ma przejście dla pieszych. Zupełnie nie zwraca uwagi na samochód, który w jakimś celu tam przystanął. W zderzeniu z kupą żelastwa Paweł nie ma żadnych szans. Tyle miał planów i marzeń, których nie zdążył już spełnić, wypełnić i zrealizować. Przez głupotę człowieka, który się spieszył. 
Jak unieść śmierć własnego dziecka, spowodowaną czyjąś bezmyślnością? Jak żyć ze świadomością pustki w zamieszkanym dotąd pokoju, którym chłopiec nawet nie zdążył się nacieszyć? Jak rozmawiać o codziennych sprawach, nie obwiniając siebie nawzajem? Mówi się, że czas leczy rany, ale wśród nich są takie, które nigdy się nie zabliźnią i wciąż będą się otwierać, piekąc żywym ogniem. 
W oczach Ani już na zawsze zamieszkał smutek. Po wielu miesiącach usta przypomniały sobie, jak rozciągać się w uśmiechu, ale oczy Ani nigdy już nie rozbłysły radością. W sercu pozostał ból i lęk o małą Magdę, która zawsze była jak żywa iskierka; wszędzie jej było pełno i od zawsze chodziła swoimi własnymi ścieżkami, jak młody kot. 
I znów trzeba było każdego dnia uczyć się od nowa jak oddychać, i odnaleźć się w domu, który nagle stał się za duży. Za pusty. I miał w sobie zbyt wiele wspomnień. 
W tym czasie bardzo zbliżyłyśmy się z Anią do siebie. Krok po kroku odkrywałam jej delikatność i ogromną siłę, która pozwoliła jej unieść to wszystko, co spadło na jej rodzinę. Te cztery lata, które otrzymałyśmy, były czasem wzajemnego czerpania od siebie i obdarowywania tym, czym mogłyśmy - bliskością, rozmową, podarowanym sobie czasem i dojrzewaniem, pomimo ciosów, którymi rani życie. To był dobry czas, w który jednak podstępnie wplotła się choroba. Wykorzystała słabość Ani i przyczajona, zaatakowała na nowo z ogromną siłą. 
Pamiętam nasze wspólne wakacje w moich ukochanych Dąbkach. Ania była pełna optymizmu i z ufnością spoglądała w przyszłość. Nie snuła planów, być może obawiała się, że może ich nie zrealizować. Tęskniła za Pawłem, ale już potrafiła o nim rozmawiać; bardzo przejmowała się czternastoletnią Magdaleną, chcąc jej ofiarować jak najwięcej z siebie, póki jeszcze miała czas. Walczyła, do samego końca. Jeszcze w maju był wspólny Kraków i Zakopane; i czas na wzajemne ubogacanie. We wrześniu pozostała już tylko pustka. Ania odeszła 18 września 2008 roku. Cichutko, tak jak żyła. Zasnęła, umęczona chorobą, przy boku męża, który trwał przy niej z miłością przez wszystkie te trudne lata, którymi zostali doświadczeni. Pozostało miejsce, którego nikt i nic nie zapełni...  



"Ludzie są dla innych tylko przejściowym portem. Tylko czasową przystanią, obojętnie jaka by była piękna." Phil Bosmans

Przegrana z chorobą nie była porażką. Piękno, które Ania nosiła w sobie, pozostało wśród ludzi, którzy ją znali; kochali i którzy się z nią przyjaźnili. Jej świadectwo życia pomimo i znoszenie choroby bez lamentowania i skarg, mimo ogromnego bólu i cierpienia, zasługuje na to, aby poświęcić jej choć jedną myśl i aby pamiętać, choć upłynęło już pięć lat. Ania jest wciąż obecna wśród tych, którzy ją znali. Widzę ją obok siebie, z zamyślonym uśmiechem, z którym wyglądała tak, jakby widziała coś, czego my jeszcze dostrzec nie potrafimy. Nadal jest mi bardzo bliska; tak jak bliska stała się dla nas jej rodzina - jej mąż, który nie jeździ na cmentarz, ale jedzie "spotkać się z Anią" i który jako samotny ojciec, który pozostał z piętnastoletnią, dojrzewającą córką wziął to wszystko na bary i uniósł; oraz jej córka - Magdalena; bliska mi jak moja własna. 
Gdybym wplotła historię życia Ani w książkę, myślę, że część czytelników zarzuciłaby mi, że wymyślam nieprawdopodobne i bardzo smutne historie. Że takie rzeczy nie mogą się zdarzyć w życiu jednej rodziny; jednego człowieka.  Życie jednak pisze swoje własne scenariusze, które przyjmujemy, choć nie chcemy. Historia Ani nadal trwa i nikt z nas nie wie dlaczego zmierza takimi trudnymi ścieżkami - 30 października, dokładnie jedenaście dni temu, dziewiętnastoletnia Magdalena, córka Ani, wpadła pod rozpędzony samochód, którego kierowca był w takim szoku, że nawet się nie zatrzymał... Dopiero pogoń świadków wypadku go ( a w zasadzie ją) zatrzymała. Gdy ta wiadomość dotarła do ludzi bliskich Ani, nikt z nas nie mógł uwierzyć. Przecież "piorun nigdy nie uderza w to samo miejsce dwa razy", a podobny scenariusz już doświadczyliśmy! Stan Magdy jest ciężki, ale walczy; a my walczymy o nią. Modlitwą, wiarą i nadzieją. Tak wielu ludzi odpowiedziało na mój apel o wsparcie modlitwą i tak daleko ta prośba dotarła, wychodząc poza granice kraju i poza różnice i podziały; że ufamy, iż ta historia zakończy się szczęśliwie. Musi się tak zakończyć. Po prostu musi. O tę modlitwę proszę każdego z Was. Bo ona naprawdę czyni cuda. A Magda ma jeszcze tyle marzeń do zrealizowania...           
Melodia Ani wciąż jest przy mnie. Teraz jeszcze wyraźniej czuję jej obecność. Wsłuchuję się w ciszę, aby usłyszeć w niej to, co Ania chciałaby mi powiedzieć...  
Monika A. Oleksa     


Magdalena, ja i nasze Dąbki. Ani z nami wtedy już nie było...




Nasze wspólne wakacje w Dąbkach... Ania i ja; Magdalena i moi chłopcy


Biały Dunajec, maj 2008. Nasz ostatni wspólny wyjazd - Ania oparta o schody, Magdalena po mojej prawej, a mąż Ani tuż za mną. W środku nasz ulubiony gazda, pan Miecio.

6 komentarzy:

  1. Niestety nikt nie wie co go czeka. Pani Moniko, proszę napisać książkę...dla pani Ani... tak jak Pani to pięknie opisuje, właśnie w ten sposób, proszę nie patrzeć na to co powiedzą inni... zawsze będą gadać i wymyślać

    Jak to ktoś bliski mi zawsze powtarza "Życie" - nikt nie wie co nam przyniesie...

    OdpowiedzUsuń
  2. To co napisałaś jest porażające. Nic więcej nie potrafię powiedzieć. Maria

    OdpowiedzUsuń
  3. Łzy same pociekły-Moniko i tak, jak Maria, nie wiem co powiedzieć.Przez moment ujrzałam wszystkich tych,którzy wplatali się w moje życie i odeszli. Słyszałam kiedyś powiedzenie,że im bardziej Pan Bóg kogoś kocha,tym bardziej doświadcza. Ale pytam- tak po ludzku...jaką trzeba mieć wiarę,żeby spokojnie przyjąć aż tyle?...Znam jednego człowieka,który na pogrzebie swej córki (zginęła dokładnie tak samo,jak Paweł ,w dodatku-dzień po bierzmowaniu..)powtarzał jak mantrę "Bóg dał-Bóg zabrał". Znałam go bardzo dobrze i wiem,że taką właśnie wiarę posiadał,ale co ze zwykłym ,słabym człowiekiem....?Czy jest w stanie to wszystko udźwignąć?
    Modlitwa działa cuda -wierzę Moniko,że wszystko będzie dobrze

    OdpowiedzUsuń
  4. Straszna historia. Często się mówi, że nieszczęścia chodzą parami, ale niestety czasami chodzą też trójkami i czwórkami... Niewyobrażalne jest dla mnie, że tyle złych rzeczy mogło spotkać jedną rodzinę. Zgadzam się z Tobą, że najbardziej niewiarygodne scenariusze, fabuły pisze życie... Jestem myślami z Magdą i wierzę, że z tego wyjdzie. Ty też trzymaj się dzielnie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteśmy tak strasznie bezradni wobec tego, co nas czy innych spotyka. Podpieramy się jak i czym możemy i jak umiemy i chyba tyle można zrobić. Brak słów, gdy słyszy się o ludzkiej tragedii, o bólu. Serce się rozpada na kawałki, w gardle gula.
    Jest we mnie nadzieja, że z Magdą będzie dobrze, że pan Jurek podoła kolejny raz.
    Nie myślisz, że Ania wspiera stamtąd, gdzie jest, swoją dziewczynkę?
    Nie mogę dalej Moniko, za trudne, mam i córkę i syna...
    Całą siłę ludzkiej życzliwości jaką w sobie mam posyłam...

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie budzi się niedziela, ta szczególna, na którą Moniko czekasz dla Madzi. Wierzę, że ten dzień będzie szczególny. O świcie, leci moja modlitwa za Magdę i jej tatę....

    OdpowiedzUsuń