Między miłością a cierpieniem

Fot. Marcin Oleksa


"Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne... 

Tylko dziś jest twoje." bł. Jan Paweł II


Oswajam miejsca, których oswoić się nie da. Wypełniam słowami ciszę, próbując zbudować z nich świat dźwięków, które dają poczucie bezpieczeństwa i sprawiają, że cisza nie boli ani nie przeraża. W obcej, szpitalnej przestrzeni staram się ofiarować choć odrobinę normalności i uszanować godność człowieka, który jest wszystkiego świadomy, a nie jest w stanie nawet sięgnąć po kubek z wodą, czy utrzymać ten kubek w ręce.
Niemoc. Mierzę się z nią spojrzeniem, ale ona nic sobie z tego nie robi. Nie odpuszcza. Drwi z bezsilnej woli człowieka i przerażonej świadomości, która chce - a nie może; ze wszystkiego zdaje sobie sprawę, a mimo to wciąż zadaje pytanie: Dlaczego? Dlaczego nie mogę ruszyć ręką? Dlaczego nie mogę usiąść? Dlaczego nie potrafię wykonać tak prostej czynności jak przekręcenie się na bok, czy samodzielne zjedzenie czegokolwiek? Dlaczego...
Szpitalna sala wypełniona jest cierpieniem. Biernym poddaniem się rzeczywistości, przeciwko której wszystko się buntuje. A jednak, pomimo tego buntu i łez spływających cichutko po pomarszczonych policzkach, człowiek bierze ten krzyż na swoje ramiona i niesie go, bo nic innego zrobić nie jest w stanie.
Ze znajomej ramki fotografii przyniesionej z domu, patrzą roześmiane oczy moich synów. Prawnuki, które wypełniły światłem samotność i sprawiły, że lata starości, która nadeszła bez pytania, złagodziła dziecięca radość życia i drobne sprawy dziecięcego świata, obecne na codzień w życiu mojej Babci. Drżąca, lewa ręka gładzi zimne szkło fotografii, a biedne serce rozgrzewa się od miłości, która jest obecna nawet w tej bezosobowej sali. Moje imię w ustach Babci brzmi tak samo jak od lat. Zawsze je zdrabnia i chyba wciąż widzi we mnie tę małą dziewczynkę, którą dawno temu otoczyła swoją miłością. Powtarzalność. Gestów; zabiegów; pewnych zachowań i zdarzeń. Jest znajoma i sprawia, że człowiek czuje się z nią bezpieczniej. Spokojniej. Zupełnie jak dziecko, które dobrze się czuje z regularnością i powtarzalnością czynności w ciągu dnia. Każdy poranek to moja obecność. Nasz rytuał przedpołudniowej "pogawędki" i wspólnie wypitej - kiedyś kawy- dziś łyczka wody, podawanej przez słomkę. Potem toaleta, koniecznie z lusterkiem, grzebykiem i kremem do twarzy. W międzyczasie mniej lub bardziej skuteczne próby przełknięcia czegokolwiek - gotowane jabłko, jeszcze ciepłe; waniliowy serek, który ma smak i nie jest tylko papką podtrzymującą funkcje życiowe; banan; czerwony barszczyk, ugotowany  w domu, który Babcia bardzo lubi. Każdy przełknięty kęs to wielki sukces dla nas obu. Każdy moment zapomnienia o bólu to nasza mała wygrana z cierpieniem, niedołęstwem, uwięzieniem, poddaniem się. Walczymy, chociaż ja już mam świadomość, że nigdy nie będzie tak jak jeszcze tydzień temu; Babcia natomiast nie przyjmuje tego do wiadomości. Pamięta moment, gdy mogła wszystko - usiąść, wstać, umyć się, zjeść, usłyszeć, odebrać telefon, otworzyć drzwi. Jedna chwila, jeden krok i jeden upadek zmieniły całą rzeczywistość w obcy, nieprzyjazny świat, którego nie poznaje i nie dopuszcza. Potrzeba dużo cierpliwości, wytrwałości i miłości, aby codziennie przynosić uśmiech, nadzieję i poczucie, że człowiek nie jest na tym świecie sam, pomimo starości, niemocy i niedołęstwa. Ta miłość wpleciona w cierpienie, przemienia wszystko. Nam obu daje siłę i sprawia, że nie wybiegamy myślami w przyszłość. "Dość ma dzień swojej biedy." Mt 6,34  Tu i teraz w tej chwili jest najważniejsze. Ten dzisiejszy dzień, który należy do mnie i na który w jakiś sposób mam wpływ. Jutro... nadejdzie wraz z porankiem. Być może słonecznym; być może zachmurzonym. Jeszcze mroźnym, ale z obietnicą ciepła w ciągu dnia ogrzanego słońcem. 
Ja też ogrzewam tę zimną atmosferę szpitala i jestem tuż obok, bo tylko tyle mogę zrobić. Trwać i kochać, mówiąc o tej miłości bez słów. Moje osobiste rekolekcje... rozpoczęły się dokładnie w Środę Popielcową. Wytrwam, bo wiem, że nie jestem sama. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Oleksa
   
 

Komentarze

  1. Cierpienie człowiekowi można zadać. Odebrać - nie. Można tylko być obok.
    Nie jesteś sama tak, jak i Babcia nie jest. Obecność jest ważniejsza od bólu, od wszystkiego.
    Nawrócenie - zawracanie - spojrzenie w innym kierunku, pójście inną drogą niż do tej pory. Obie teraz tak idziecie Monisiu. Miłość najlepiej prowadzi, więc idziecie tak we trójkę - Babcia, Ty i On - Miłość.
    Gdzieś w kąciku przycupnęłam i ja, ale bardzo po cichutku. Wiesz, że jestem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! Właśnie za tę obecność. Duchową i fizyczną.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  3. I ja Moniko kochana jestem. Ze łzami w oczach przeczytałam co napisałaś. Tak jakby to było wczoraj...szpital...i to cierpienie..które zabierało mi Tatę. Znam ten ból, wiem co przeżywasz kochana moja. Przytulam Cię bardzo mocno. Jestem

    OdpowiedzUsuń
  4. Słowami też pięknie Pani o tej miłości mówi. I choć ciężko patrzeć na cierpienie bliskiego człowieka, wytrwa Pani, bo jest silną kobietą. Przychodzi mi na myśl historia Magdy sprzed kilku miesięcy i myślę, że jest i w tej sytuacji nadzieja. Moc ciepłych myśli z Panią. Pozdrawiam R.


    OdpowiedzUsuń
  5. Moniko! Przytulam Cię... do serca... mooooocno! Kasia

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nowa Opowieść O Dwunastu Miesiącach: Luty

Podaj dalej

Magia zimowego wieczoru