sobota, 25 lipca 2015

Czwartkowe obiady, odc.36



Kuzynka Basia zatrzymała swoje zwinne autko przed bramą Anielskiego Siedliska, wyłączyła silnik i już miała wysiąść z samochodu, gdy jej oczom ukazał się niecodzienny widok. Na podwórku Gabrysi, otoczony wianuszkiem kokoszek, stał prawdziwy filigranowy anioł z artystycznie upiętym blond koczkiem i przejrzyście niebieskimi oczami. Anioł przemawiał do kur, które jednak nieuprzejmie ignorowały wypowiadane słowa, zagłuszając je głośnym gdakaniem i poddziobywaniem tego, za co udało im się chwycić, to znaczy powiewnej szaty ze wzorem łąkowych kwiatów i sandałków, trochę zbyt współczesnych jak na anioła. 
Kuzynka Basia siedziałaby pewnie w samochodzie dłużej, obserwując fascynujące zjawisko, gdyby nie tubalne: "O! Gości mamy!", tuż nad swoim uchem, które wpadło przez otwarte okno samochodu. Niechętnie oderwała wzrok od Śnieżki wśród kur i spojrzała w stronę, skąd napłynął okrzyk. 
Dwie eleganckie panie nadchodziły drogą od cmentarza, obie w niedzielnych sukienkach i tym czymś w ruchach, co charakteryzowało prawdziwe damy. Obie miały na głowach letnie kapelusze i wyglądały tak malowniczo na tle skromnych Ławek, że kuzynka Basia nie wiedziała, czy chłonąć widok anioła wśród kur, czy letniczek. Zdecydowała, że najlepiej będzie wysiąść z auta i się przywitać. 
- Dzień dobry! - zaczęła uprzejmie, uśmiechając się i wysyłając sygnał pełnej akceptacji i lekkiego zaciekawienia. 
- Dzień dobry! - odpowiedziały zgodnym chórem dwie damy. - A pani to pewnie kuzynka pani Gabrysi, Barbara. 
- Wszystko się zgadza. Widzę, że moja kuzynka zdążyła już panie poinformować o moim istnieniu. 
- Bardzo ciepło o pani opowiadała. Powiedziała też, że będzie pani z nami na obiedzie. Jestem Bogusława, a to Helena. O, a tam wśród kur stoi nasza koleżanka, Eulalia. Jest jeszcze Jadwiga, ale ona została z panią Gabrysią. Rybę razem przygotowują. 
- To znaczy, że mogę liczyć na niedzielną strawę, i to w miłym towarzystwie. - Kuzynka Basia zamknęła samochód i puszczając letniczki przodem, skierowała się w stronę furtki. Nie zdążyła jeszcze do niej dotrzeć, gdy idąca tuż przed nią Bogusława zawołała nagle donośnie: 
- Rozaaalkaaa! - i w jednej chwili wszystkie kury oderwały się od anioła i z głośnym gdakaniem zaczęły biec w stronę nadchodzących kobiet, witając je równie entuzjastycznie, jak stęskniony pies swojego pana. 
Basia stała zdumiona, obserwując gdaczące towarzystwo i zastanawiając się, w jaki sposób letniczki w ciągu kilku zaledwie dni tak wytresowały kury, które dotąd zupełnie ignorowały wchodzących i wychodzących przez furtkę wiodącą do Anielskiego Siedliska. Zapytała o to Gabrysię, gdy tylko znalazły się same w kuchni. 
- A tam, wytresowały! - fuknęła Gabriela. - Rozpuściły je niemiłosiernie! Kury o piątej rano pod drzwi nam podchodzą i drą się, że są głodne. Na schodach się załatwiają, i jak tylko którąś z letniczek zobaczą, biegną w ich stronę tak, że mało im się te cienkie nóżki nie połamią. Nie wiem, jak ja sobie z nimi poradzę, jak moje letniczki wyjadą. 
- Ty, Gabrysia, a one te kury rozróżniają?
- Twierdzą, że tak, ale wiesz Basiu, ja sama ich nie jestem w stanie rozróżnić, bo dla mnie wszystkie jednakowe, a widzę je codziennie, więc zupełnie nie wiem w jaki sposób one je rozpoznają. Podobno Rozalka ma najkrótszy grzebyk, Marcelina jasne piórko na skrzydle, Zdzisława najmocniej zakrzywiony dziób, a Daria królewskie maniery, ale ja nie potrafię tego dostrzec. 
- Szczególnie tych królewskich manier, jak sądzę. 
- Dokładnie! - Gabrysia pokiwała głową i przygotowała talerze. - Powiedz mi, kuzynko, co to za królewskie maniery, jak kury robią pod siebie? 
- Może Daria nie robi... 
Gabrysia popukała się w czoło i wróciła do nakładania obiadu, który zamierzała podać w wersji letniej, w ogródku. 


Fot. Beata Soczyńska


Jadzia stała przed anielską półką, wpatrując się z szacunkiem w stojące i siedzące figurki aniołów, zgromadzonych przez Gabrysię. Ich obecność w tym pokoju nadawała temu miejscu szczególnej atmosfery wyciszenia i spokoju. Miejsce to dodatkowo ocieplał znajdujący się w rogu kominek i biblioteczka w stylu retro, wypełniona książkami, z której Gabrysia pozwoliła im korzystać. Dzięki aniołom Jadwigę  nie przerażał nawet fotel do masażu, na który w końcu dała się namówić, dochodząc z zaskoczeniem do wniosku, że refleksologia jest bardzo przyjemna, a jej stopy są za to wdzięczne i pragną powtórki. 

Anioły szeptały do Jadwigi przyjaźnie, pozdrawiając ją i zapewniając o swojej opiece, a ona, odszeptując, dziękowała im za nieustanne czuwanie i prowadzenie przez życie. Dzięki nim nie czuła się samotna. Świat bez Władka miał co prawda kolor sepii, ale obecność przyjaciółek, które asekurowały ją przed wpadnięciem w głębokie życiowe doły sprawiała, że i na Jadzi niebie pojawiała się tęcza, i to wielobarwna. 
Spierały się, często dość ostro, szczególnie z trudnym charakterem Bogusi, ale wszystkie cztery wiedziały, że w najtrudniejszych momentach życia mogą na siebie liczyć, i że będą za sobą stały murem, bez zbędnego sentymentalizmu, lecz ze świadomością, że zostały sobie dane bez względu na wszystko. Przyjaźń dodawała skrzydeł i Jadzia dobrze o tym wiedziała. Helena, Eulalia i Bogusia były w życiu Jadzi dobrymi aniołami i każda na swój sposób uzupełniała braki, które Jadwiga odczuwała. Bez nich Jadzia by nie przetrwała, albo zgorzkniałaby jak stara panna, wyrzucając światu, że o niej zapomniał. 
Jadzia westchnęła, wpatrzona w kolekcję anielskich figurek. W jej życiu coś się działo, ale Jadzia nie była jeszcze gotowa podzielić się tym z przyjaciółkami. Coś kiełkowało, dojrzewając powoli i przygotowując Jadwigę na przyjęcie nowej siebie, jakiej już nie spodziewała się ujrzeć w jesieni życia. Po śmierci Władka jej serce umarło. Przyczaiło się, pozwalając Jadwidze oddychać i podejmować podstawowe życiowe funkcje, ale skurczone komórki odpowiedzialne za żywsze uderzenia czekały na odpowiedni moment, który latami nie nadchodził. To serce obudził najpierw mały Franio, roztapiając je zupełnie jednym dwusylabowym słowem: "Babciu". Odtajałe, zaczęło bić swobodnie, przyspieszając na widok Franciszka Skalskiego, który traktując Jadwigę z szacunkiem przedwojennego dżentelmena, wprowadził małą rewolucję w jej dotąd uporządkowane życie. Lubiła z nim rozmawiać i spacerować po Lublinie, który oboje pamiętali inaczej, choć wiele miejsc ich łączyło. Lubiła się z nim śmiać. Do tego śmiechu ją prowokował, słuchając dźwięcznych nutek, które przenosiły ich w czasie. Kiedy Jadwiga się śmiała, ubywało jej lat i stawała się młodą dziewczyną, z szalonymi pomysłami w głowie i lekkością w ruchach. W jej srebrzystym śmiechu nie było bagażu lat, tylko zatrzymany czas, którym oboje się obdarowywali. Czekała na każdy dzień z Franciszkiem niecierpliwie jak zauroczona dwudziestolatka. Kwitła i zmieniała się, emanując blaskiem, który przyciągał. 
Na razie jednak była to jej tajemnica, o której nie była jeszcze gotowa rozmawiać. Sekret, który powierzyła aniołom strzegącym Anielskiego Siedliska. 

Gabrysia w obiektywie Beaty Soczyńskiej

 - Powiem ci, Gabrysiu, wyjątkowe te twoje letniczki. - Kuzynka Basia pomagała Gabrieli w zmywaniu i wycieraniu naczyń po sytym obiedzie z karpiem w roli głównej. - Mogłabym tak patrzeć n nie i słuchać ich godzinami. Skąd ty je wytrzasnęłaś, kuzynko? 
- Anioły mi je zesłały - uśmiechnęła się Gabrysia, odstawiając na suszarkę wypłukany talerz. 
- Ładnie ci się wkomponowały w krajobraz. 
- Nie dość, że się wkomponowały, to jeszcze świetnie się tutaj czują. Codziennie robią zakupy w naszym sklepiku. Najpierw podpytują Bogdana o śląskie nazwy , a potem idą do sklepu i robią zakupy. Jednego dnia kupowały knobloszki na śniadanie, a na drugi, ładnie kłaniając się pani Halince, którą pozdrowiły z imienia, kupiły hawerfloki. 
- Parówki i płatki owsiane, no proszę, urozmaiconą dietę preferują. - Wczoraj przyniosły mi nudle i poprosiły o nudelzupę, tylko postawiły warunek, żeby nie była gotowana na żadnej z naszych kur. 
- A! To stąd ten rosół! - wykrzyknęła kuzynka Basia, wyglądając przez okno i z fascynacją obserwując jak cztery damy odpoczywają po obiedzie w ogródku, chroniąc się przed słońcem w cieniu daszka huśtawki i pod parasolem, a jedna z nich - Basia rozpoznała w niej anioła od kur - chłodzi się prawdziwym wachlarzem z japońskim wzorem o wyrazistych kolorach. 
- No stąd. U Marceli, tej młodej sklepowej, kupowały kreple, bo Bogdan powiedział, że do kawy musi być obowiązkowo krepel. 
- Znaczy pączek? - dopytała zaciekawiona Basia, a Gabriela tylko skinęła głową. 
- Złożyły też zamówienie na puding, ale koniecznie z mleka prosto od krowy, więc wysłałam Bogdana do sąsiada, bo my przecież krów nie mamy. 
- A spotkanie z Kubą już było? 
Gabrysia machnęła ręka.
- Od wieczora stoją już w tych swoich chustach na podwórku i czekają na naszą sarenkę. Jak tylko Kuba wychodzi ze swojej obórki, stoją nieporuszone przemawiając jedynie do niej, jak do niemowlaka. I zdjęcia robią. Myślę, że wrażeń mają tutaj pod dostatkiem i już nie marudzą, że na Śląsku nie ma co robić. - Gabrysia zamilkła i zapatrzyła się w strumień lecącej z kranu wody. - Będzie mi ich brakowało, gdy wyjadą - westchnęła. 
- Przyjadą następni goście. Twoje anioły przyciągają - pocieszyła kuzynkę Basia. 
- Może i tak, ale drugich takich artystek już nie będę miała - powiedziała Gabrysia, ocierając mokrą dłonią oczy, które trochę jej się "spociły".   cdn...
Monika A. Oleksa 

Beata Soczyńska
      

4 komentarze:

  1. Rybka już czeka na sierpniowych letników, a i rozalkowe jajka powoli na jajecznicę się gromadzą. Jeszcze tylko muszę załatwić krowie mleko u sąsiada na czekoladowy puding :)
    Kuzynka Basia też -myślę dojedzie swoim zgrabnym autkiem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzam, u Bogdana i Gabrysi rosołów z Rozalek i Marcelinek nie gotuje się !
    Kury znoszą pyszne jajka i oddają je ludziom z wdzięczności za dobre traktowanie . Odchodzą ze starości ... a po mięso na rosół trzeba iść do sklepu . Przyjaciół tu nie zjadają :) Kuzynka Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na dalszy ciąg. Nie tylko dobre anioły Gabi przyciągają, ale i naturalne, zdrowe jedzenie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń