Literackie Czwartki: Taka sobie historia...

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Weszła do mieszkania i od progu poczuła, że jej poziom irytacji zbliża się niebezpiecznie do punktu krytycznego. W przedpokoju stały grzecznie dwie ciemne walizki, jeszcze niczym nie zapełnione i czekające na swoją coroczną, wakacyjną przygodę. Dokładnie w tym miejscu zostawiła je dzisiaj rano, wychodząc do pracy. Prosiła Karolinę, aby spakowała się do jej powrotu, ale najwidoczniej jej piętnastoletnia prawie córka miała ważniejsze sprawy na głowie niż pakowanie, walizki bowiem pozostały nietknięte, a z jej pokoju dobiegała hałaśliwa muzyka i głośny śmiech dziewczyny wskazujący na to, że Karolina znów wisiała na telefonie.
Magda westchnęła ciężko, odstawiła płócienną torbę wypchaną zakupami i zrzuciła niedbale żakiet, zostawiając go na szafce przed lustrem. Ominęła drzwi pokoju córki i skierowała się od razu do kuchni. Była głodna i zmęczona. Ostatni dzień w pracy wcale nie należał do najłatwiejszych. Jak zawsze przed urlopem było tysiące spraw "na już", których nie mogła odłożyć na potem. Dodatkowo, jak na złość, jej służbowy telefon dzwonił dziś od samego rana, skutecznie odciągając jej uwagę od rzeczy ważnych i najważniejszych, i kurcząc czas jaki pozostał do godziny szesnastej. Nie mogła wyjść z pracy ani minuty później, miała jeszcze huk roboty w domu przed wyjazdem. Podobnie jak Karolina nie była dotąd spakowana, z tym że w przeciwieństwie do córki, ona nie miała na to po prostu czasu. 
Wypakowała zakupy i odstawiła na bok te rzeczy, które chciała zapakować do torby spożywczej. Kochała lato między innymi za to, że oferowało gamę zdrowych i szybkich obiadów. Wystarczyło wrzucić do jednego garnka kilka młodych ziemniaczków i kalafior, a na patelni po prostu usmażyć sadzone. Do tego przyrumieniona bułka z roztopionym masłem i kubek zsiadłego mleka - obiad gotowy! Na szczęście Karolina tolerowała warzywa i nie żądała codziennie porcji mięsa na obiad.
Magda nastawiła wodę w garnku, lekko osoliła i poczekała, aż zacznie się gotować, a potem wrzuciła na parę ziemniaki i kalafior. Nałożyła przykrywkę, zmniejszyła gaz i dopiero teraz dojrzała do wtargnięcia do królestwa, w którym niepodzielnie rządziła Karolina. 
Tak jak się spodziewała, pokój córki był jednym wielkim bałaganem. Pomimo ciepła panującego na zewnątrz w pokoju panował zaduch. Magda poczuła, że się dusi. Pierwsze co zrobiła, to otworzyła szeroko okno, odsłoniła rolety i ściszyła muzykę. 
- Własnych myśli nie słyszę. - Powiedziała cierpko, patrząc rozzłoszczona na córkę. - Prosiłam, żebyś się spakowała. 
- Przecież się pakuję. - Odpowiedziała nastolatka, wskazując ręką zawaloną ubraniami kanapę i podłogę. 
- Zamierzasz zabrać to wszystko? - Magda wzięła się pod boki i patrzyła z przerażeniem na wybebeszoną szafę i całą jej zawartość poniewierającą się między nogami. 
- Nie wszystko, tylko część. Ale nie wiem jeszcze którą, a jak jestem głodna to nie potrafię myśleć. 
- A rączek to ty nie masz, tylko ze wszystkim musisz czekać na mamusię? 
- Mamo! Nie czepiaj się!
Magda podniosła ręce do góry w geście poddania i wycofała się do kuchni. Sprawdziła miękkość warzyw i lekko przyrumieniła masło na patelni, a potem wbiła tam dwa jajka. Przy tych monotonnych, powtarzalnych czynnościach uspokajała się i nabierała dystansu. 
Trudno było egzystować z dorastającą nastolatką pod jednym dachem. Jej szalejące hormony wielokrotnie były powodem kłótni i wojen między nimi, po których Karolina szybko wracała do porządku dziennego, natomiast Magda długo lizała rany dotknięta do żywego. Jeszcze trudniej było wychowywać tę nastolatkę samotnie i zmagać się z autorytetem nadszarpywanym przez ojca Karoliny, który pojawiał się w życiu córki kiedy miał na to ochotę, i znikał równie szybko. 
Magda pokręciła głową, jakby chciała zrzucić z siebie wszystkie nieprzyjemne myśli, które ją dopadły i rozłożyła równo na talerzach ugotowane warzywa, a obok nich gorące jajko. Kalafior polała łyżeczką bułki tartej zmieszanej z roztopionym masłem, a do dwóch zielonych kubków wlała zsiadłe mleko. Była pedantką nawet na talerzu. 
Jadły w milczeniu, każda zajęta swoimi myślami. Magda chciała jak najszybciej uporać się z pakowaniem i wcześniej się położyć. Planowały wyjazd około czwartej rano, kiedy noc przechodziła łagodnie w świt, a na drogach było jeszcze pusto. Lubiła prowadzić i nie bała się trasy, pomimo tego, że jechała w nowe miejsce, którego jeszcze nie znała. Ufała swojej nawigacji i instynktowi kierowcy. 
Potrzebowała tego urlopu. Czekała na niego jak na zbawienie. Czternaście dni, w ciągu których chciała pozbyć się tego napięcia, z którym żyła od dłuższego już czasu, i przede wszystkim zwolnić, bo tryb życia jaki prowadziła powoli ją wykańczał i narzucał coraz większe tempo. Uroki mieszkania w mieście. 
Zamyśliła się nad pustym talerzem, zapatrzona w okno, za którym lato puszyło się w całej pełni. 
Jechała nad morze, aby tam odnaleźć siebie. Dawno jej tam nie było... Kiedyś już się tam pogubiła. Czy tym razem będzie potrafiła złożyć w całość kolorową mozaikę życia, której elementy pogubiła właśnie nad Bałtykiem? Teraz nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Czekała co przyniosą jej najbliższe dni i morze. 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 
Wyjechały przed czwartą, o tej magicznej porze kiedy noc przechodzi w brzask dnia. Szary świt prowadził je pustą o tej porze szosą. Pożegnała swoje miasto migające do niej pulsującym pomarańczowym światłem na skrzyżowaniach i wyjechała na drogę prowadzącą do Warszawy. 
Karolina spała, skulona na tylnym siedzeniu. Magda włączyła płytę swojej ulubionej Sade, poprawiła pas i skupiła się na drodze. Mijała uśpione jeszcze wsie i miasteczka, zostawiając za sobą Lublin i wszystkie swoje sprawy. Potrzebowała tego czasu urlopu, aby nabrać dystansu do pracy, Jarka, babci i samej siebie. Była zmęczona samotną walką z codziennością i zmiennymi nastrojami Karoliny. Od sześciu lat jej dzień wyglądał prawie tak samo. Musiała dotrzeć do pracy na ósmą, w międzyczasie podrzucając córkę do szkoły. Od ponad sześciu lat praca stała się jej ucieczką przed samotnością. Gdy rozpadało się jej małżeństwo z Jarkiem, w pracy odnajdowała spokój. Zatracała się w niej, angażując całą sobą w projekty, aby tylko nie dopuszczać myśli, które doprowadzały ją niemalże do obłędu. Kiedy odszedł, tam szukała pocieszenia. Wśród ludzi, którzy nic o niej nie wiedzieli i do których uśmiechała się pomimo tego, że serce w niej wyło. 
Chciała ratować swoje małżeństwo. Bardzo chciała. Nie umiała żyć w pojedynkę, bała się samotności. Tamta kobieta była jednak przebiegła. Potrafiła zauroczyć Jarka tym, że nic od niego nie chciała. Nie wymagała spędzania więcej czasu z dzieckiem, nie prosiła go o wyniesienie śmieci. Nie oczekiwała od niego niedzielnych obiadów z babcią i wracania wcześniej do domu. Ona była cierpliwa. To ona czekała na każdą chwilę z mężczyzną, który wciąż był mężem Magdy. U niej odpoczywał od przemęczonej, rozhisteryzowanej żony. I to ona wygrała. Magda nigdy się z nią nie spotkała, ale wiedziała jak wygląda. Obejrzała zdjęcia, które kiedyś pokazała jej Karolina. Musiała to zrobić, pokusa była zbyt wielka. Chciała spojrzeć w oczy kobiecie, która sięgnęła po czyjąś miłość. Chociaż... czy to wciąż była miłość? Po sześciu latach Magda już nie była tego taka pewna. 
Ewa. Tak mówiła o niej Karolina. Ewuś. Tak zwracał się do niej jej mąż. Już jej, nie Magdy. 
Odejście Jarka nie bolało. Ich małżeństwo przestało istnieć dużo wcześniej, jeszcze zanim orzeczono rozwód. Bolało odrzucenie i to poczucie, że teraz za wszystko musi być odpowiedzialna sama. Bolało zadowolenie Karoliny, gdy wracała z domu tamtej kobiety i imię, które padało w ich domu zbyt często. Ewa. Zupełne przeciwieństwo drobnej, niewysokiej i bardzo szczupłej Magdy, która swoje blond włosy sięgające ramion wiązała w dziewczęcy kucyk z tyłu głowy. Ewa wyglądała jak pramatka i godnie to imię reprezentowała. Wyższa od Magdy i apetycznie zaokrąglona w tych wszystkich miejscach, za którymi mężczyźni wodzą wygłodniałymi oczami. Jej długie ciemne włosy opadały łagodnie na plecy, a zielone oczy otoczone długimi rzęsami aż prosiły, aby w nie patrzeć. Wyblakłe od przepłakanych nocy niebieskie oczy Magdy ziały rozczarowaniem i pustką. 
Magda otrząsnęła się, zrzucając wspomnienia, do których niebezpiecznie doprowadziła ją monotonna droga. Nienaturalnie pustą o tej porze dnia Warszawę przejechała w niespełna dwadzieścia minut. Na tylnym siedzeniu Karolina właśnie się dobudzała. Magda słyszała ciche pomrukiwania dobiegające spod koca. Karolina zawsze się tak budziła. Zanim otworzyła oczy, mruczała dziwne i niezrozumiałe słowa i nakrywała się po same uszy, aby jak najdłużej odwlec brutalny moment przebudzenia. A potem wstawała, od samego rana pełna pretensji do wszystkich o wszystko. Teraz też nie było łatwo. 
- O rany, jak gorąco! Włącz klimę. 
- Wyjdź spod tego koca, to odetchniesz chłodniejszym powietrzem. Klima już dawno włączona. - Magda spojrzała we wsteczne lusterko. Za nią siedziało rozczochrane siedem nieszczęść i patrzyło z wyrzutem, zupełnie jakby było tu za karę. 
- Siku mi się chce. 
- Mam stanąć na tej dwupasmówce, abyś mogła wypiąć tyłek na poboczu i załatwić się, czy dotrwasz do stacji benzynowej w Płońsku? 
Karolina spojrzała na matkę z wyrzutem. 
- A daleko jeszcze? 
- Jakieś piętnaście, dwadzieścia minut. 
- Wytrwam. - Karolina ziewnęła szeroko i zapatrzyła się na przesuwającą się za oknem mozaikę zieleni i domów. Czarna droga uciekała pod kołami prowadzonej pewną ręką Magdy Hondy Civic. Czas przeskakiwał leniwie z minuty na minutę, radio cicho szumiało monotonnym głosem spikera, a Karolina mruczała pod nosem litanię porannych narzekań.
Magda zajechała na stację benzynową w Płońsku i zaparkowała przy dystrybutorze. Postanowiła teraz zatankować samochód do pełna, aby później nie szukać z rozpaczą stacji i jechać z duszą na ramieniu czy wystarczy jej benzyny. Odkręciła z wprawą korek wlewu, wyjęła z dystrybutora długi wąż i obserwowała znudzona biegające w małych okienkach cyfry. Złapała je na sumie 248 złotych. Odwiesiła węża, zamknęła wlew i weszła do sklepu, aby zapłacić. Przy okazji postanowiła skorzystać z toalety, aby później nie przebierać nogami jak Karolina. Pozostawiona samotnie Honda została przy dystrybutorze... 
Monika A. Oleksa 

Początek tej historii splótł się dwa czy trzy lata temu w moich ukochanych Dąbkach. Potrzeba pisania była tak silna, że poddałam się jej, zapisując przychodzące zdania w zeszycie. Zaledwie początek, a już wypełniony życiem kobiety, którą mogłaby być niejedna z nas. Nie ma tych notatek wiele, ale wielokropek na końcu oznacza, że słowa się jeszcze nie wyczerpały. Bardzo szanuję swoich Czytelników i cenię ich zdanie, dlatego Wam, kochani, zostawiam wybór - odnaleźć w sobie więcej słów i spleść je w historię Magdy, czy zostawić niedopowiedzianą, z dalszym ciągiem, który każdy sobie dopowie...?
Monika A. Oleksa 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
 
 

Komentarze

  1. Łaknę dalszego ciągu! Kto wie, może coś z tego kiedyś powstanie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dopisać i pozwolić nacieszyć oko dobrym "piórem" Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście Moniś - dopisać, jakże by inaczej ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisz, pisz, pisz!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Skoro są, to koniecznie odnaleźć (-: Pozdrawiam serdecznie i wierzę, że coś na swoim leżaczku Pani dopisze (-: R.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak