czwartek, 6 października 2016

Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.43

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Pierwszy dzień niemal cały przespała. Drugi przepłakała, wtulona w poduszkę, która nie dawała ukojenia. Trzeciego zdecydowała się powierzyć wszystko morzu, wychodząc naprzeciw temu, co życie dla niej przygotowało. W końcu ten pobyt tutaj, nad Bałtykiem, to miał być prezent jaki Natasza podarowała samej sobie. Było to zupełnie nowe doświadczenie w jej życiu, podobnie jak całe półtora roku, odkąd Radek podjął decyzję o odejściu. 
Nigdy dotąd nie spędzała urlopu sama. Zawsze wyjeżdżali gdzieś oboje z Radkiem, a gdy nie mogli wziąć wolnego w tym samym czasie, towarzyszyła jej Jagoda. Teraz była tu sama i odkrywała ze zdumieniem, że samotność niekoniecznie musi oznaczać wycofania i odrzucenia; mogła być równie dobrze twórcza, dając czas na przepracowanie życiowych złogów i przyjrzenie się bliżej sytuacjom z pozoru bez wyjścia, które z pewnego dystansu wyglądały nieco inaczej, niż Nataszy początkowo się wydawało. 
Była sama i ten fakt już zaakceptowała. Nauczyła się żyć z myślą, że Radek naprawdę wybrał inną kobietę i nową rodzinę. Niezaprzeczalny dowód w postaci orzeczenia rozwodowego leżał zamknięty, jak cały ten długi rozdział ich wspólnego życia, w papierowej teczce, w szufladzie biurka stojącego w wynajętym mieszkaniu. Jeden papierek powiadamiający, że to, co przez tyle lat wspólnie budowali, rozsypało się jak zamek z piasku. Kilka podpisów i pieczęci przekreślających wszystko. Rodzinę, wspólne plany, marzenia, wspomnienia i jedność, której zabrakło. A może nigdy jej nie było? 

Fot. Monika A. Oleksa 

Natasza zeszła po wysokich, drewnianych schodach i bosą nogą dotknęła piasku. Był aksamitny w dotyku i ciepły. Wrześniowe dni mile zaskoczyły pogodną końcówką lata, obdarowując słonecznymi uśmiechami i wysoką temperaturą jak na ten miesiąc, bardziej kojarzący się już z jesienią niż z latem, które powoli i na dobre odchodziło. 
Czując miękki piasek pod stopami, Natasza zbliżyła się w stronę morza. Przyciągało i wzbudzało pokorę. Było takie potężne, a ona przy nim taka malutka. Ono miało w sobie siłę, która w chwilach gniewu przewracała statki i upominała się o swoje, zagarniając dla siebie plażę i podchodząc pod same wydmy, a Nataszy tej siły zabrakło. Ona, twarda kobieta i perfekcjonistka, której wydawało się, że nic jej nie złamie, uległa wobec tego, co przyszykował jej przewrotny los i skapitulowała, nie potrafiąc walczyć o swoje. Zbyt łatwo się poddała, zaniedbując wszystko, a najbardziej samą siebie. Przypomniała sobie słowa Reginy, swojej warszawskiej przyjaciółki. Poznała ją przez Radka, którego łączyły jakieś interesy z mężem Reginy. Spotykały się raz albo dwa razy w miesiącu, piły razem kawę albo umawiały się na obiad, i zwierzały jedna drugiej, poruszając często bardzo głębokie tematy. Regina nie pracowała zawodowo. Zajmowała się domem, mężem i dziećmi, które dorastały i budowały swoje własne światy. Kilka lat temu, w "poszukiwaniu siebie", jak to określiła przyjaciółka, Regina zaczęła pisać ikony. Najpierw zapisała się na kurs ikonopisania, a potem zaczęła uczestniczyć w wykładach i warsztatach Akademii Ikon, poświęcając się pasji, której Natasza jej zazdrościła. Czy ona sama miała jakąś pasję oprócz pracy? Fascynowało ją prawo, jego zawiłości i kruczki, do każdej powierzonej sprawy podchodziła bardzo osobiście, rozpracowując nawet najbardziej skomplikowane i niejednoznaczne przepisy, ale czy to mogło być odskocznią po ciężkim i wyczerpującym dniu? 
"Doszłaś do zakrętu, za który boisz się wyjrzeć. Utknęłaś w martwym punkcie wiedząc, że nie wrócisz do tego, co zostało za tobą, ale jednocześnie nie chcesz zobaczyć, co życie jeszcze dla ciebie przygotowało, i bronisz się przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Żyjesz w zawieszeniu, Natasza. Tak, jakby na niby, a przecież ty jesteś prawdziwa! I twoje życie też. Zrób coś z tym i nie marnuj kolejnych dni, bo ani się obejrzysz, po prostu ci ich zabraknie.". 
Patrząc na morze, które falowało i marszczyło się, zupełnie jakby chciało dać Nataszy do zrozumienia, że ono też ma swoje zmartwienia, ale nauczyło się z nimi radzić, kobieta poczuła, jak powoli zaczyna wypełniać ją spokój. Słońce porozsypywało na powierzchni swoje diamenty, skrzące się i mrugające do Nataszy radośnie. Ich pozdrowienie odebrała jak komunikat, który chciały jej przekazać: Doceń ten dzień! Wybierz z niego to, co sprawia ci przyjemność i zapamiętaj tę chwilę, abyś mogła z niej czerpać, gdy przygniecie cię codzienność. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
   
Usiadła na piasku, blisko brzegu, i przesypując w dłoniach drobniutkie ziarenka, po prostu patrzyła. W oddali dostrzegła żaglówkę przesuwającą się na tle błękitnego nieba jak łabędź. Przelatujące ponad nią mewy i rybitwy dopełniały tego zachwycającego widoku, w prostocie pozwalając dostrzec wyjątkowość. I piękno. 
Potrzebowała tego. Oderwania od przytłaczających zdarzeń i nowego spojrzenia. Ciszy, która koiła i bezczynności, która tak naprawdę była pracą nad sobą. Bo Natasza z samą sobą prowadziła długą rozmowę, stawiając sobie niewygodne pytania, od których do tej pory uciekała. Wiedziała, że ten czas nad morzem jest właśnie po to, aby w końcu poszukała odpowiedzi i odważyła się wyjrzeć za ten zakręt, o którym mówiła Regina. 
Podniosła się, otrzepała z piasku i ruszyła brzegiem morza, uśmiechając się do fal, które bezwstydnie ją zaczepiały, dotykając nie tylko bosych stóp, ale i ud Nataszy, do których od razu przylgnęły wilgotne, materiałowe spodnie. Szła, lżejsza o nadbagaż, który tu ze sobą przywiozła, czując pod stopami chropowaty od drobnych kamyków nadmorski brzeg. Wsłuchiwała się w krzyk mew, który dla Nataszy był ich opowieścią o tym wszystkim, czego te duże ptaki z potężnymi skrzydłami doświadczały każdego dnia, a w pewnej chwili zaczęła biec, próbując dogonić wiatr i uciec przed wybiegającą jej naprzeciw spienioną falą. 
Żyła i próbowała zapamiętać ten moment i odnalezioną w sobie spontaniczną radość, aby sięgnąć do niej wówczas, gdy wróci do rzeczywistości w jakiej utknęła, i którą postanowiła odmienić drobnymi krokami i decyzjami, do których dojrzewała. I chociaż nadal bała się tego, co zastanie za zakrętem, postanowiła zbliżyć się do niego, aby kiedyś nie żałować, że choćby nie spróbowała... cdn...
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Piotr Oleksa  

2 komentarze:

  1. Potrafisz, jak zwykle zestroić krajobraz w wewnętrznymi rozterkami swych bohaterów. Niemal spaceruję tą plażą. To tworzy Twój styl:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witajcie "Czwartkowe obiady" :) Piękne to wspomnienie morza...

    OdpowiedzUsuń