Literackie Czwartki: Czwartkowe obiady, odc.43

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Pierwszy dzień niemal cały przespała. Drugi przepłakała, wtulona w poduszkę, która nie dawała ukojenia. Trzeciego zdecydowała się powierzyć wszystko morzu, wychodząc naprzeciw temu, co życie dla niej przygotowało. W końcu ten pobyt tutaj, nad Bałtykiem, to miał być prezent jaki Natasza podarowała samej sobie. Było to zupełnie nowe doświadczenie w jej życiu, podobnie jak całe półtora roku, odkąd Radek podjął decyzję o odejściu. 
Nigdy dotąd nie spędzała urlopu sama. Zawsze wyjeżdżali gdzieś oboje z Radkiem, a gdy nie mogli wziąć wolnego w tym samym czasie, towarzyszyła jej Jagoda. Teraz była tu sama i odkrywała ze zdumieniem, że samotność niekoniecznie musi oznaczać wycofania i odrzucenia; mogła być równie dobrze twórcza, dając czas na przepracowanie życiowych złogów i przyjrzenie się bliżej sytuacjom z pozoru bez wyjścia, które z pewnego dystansu wyglądały nieco inaczej, niż Nataszy początkowo się wydawało. 
Była sama i ten fakt już zaakceptowała. Nauczyła się żyć z myślą, że Radek naprawdę wybrał inną kobietę i nową rodzinę. Niezaprzeczalny dowód w postaci orzeczenia rozwodowego leżał zamknięty, jak cały ten długi rozdział ich wspólnego życia, w papierowej teczce, w szufladzie biurka stojącego w wynajętym mieszkaniu. Jeden papierek powiadamiający, że to, co przez tyle lat wspólnie budowali, rozsypało się jak zamek z piasku. Kilka podpisów i pieczęci przekreślających wszystko. Rodzinę, wspólne plany, marzenia, wspomnienia i jedność, której zabrakło. A może nigdy jej nie było? 

Fot. Monika A. Oleksa 

Natasza zeszła po wysokich, drewnianych schodach i bosą nogą dotknęła piasku. Był aksamitny w dotyku i ciepły. Wrześniowe dni mile zaskoczyły pogodną końcówką lata, obdarowując słonecznymi uśmiechami i wysoką temperaturą jak na ten miesiąc, bardziej kojarzący się już z jesienią niż z latem, które powoli i na dobre odchodziło. 
Czując miękki piasek pod stopami, Natasza zbliżyła się w stronę morza. Przyciągało i wzbudzało pokorę. Było takie potężne, a ona przy nim taka malutka. Ono miało w sobie siłę, która w chwilach gniewu przewracała statki i upominała się o swoje, zagarniając dla siebie plażę i podchodząc pod same wydmy, a Nataszy tej siły zabrakło. Ona, twarda kobieta i perfekcjonistka, której wydawało się, że nic jej nie złamie, uległa wobec tego, co przyszykował jej przewrotny los i skapitulowała, nie potrafiąc walczyć o swoje. Zbyt łatwo się poddała, zaniedbując wszystko, a najbardziej samą siebie. Przypomniała sobie słowa Reginy, swojej warszawskiej przyjaciółki. Poznała ją przez Radka, którego łączyły jakieś interesy z mężem Reginy. Spotykały się raz albo dwa razy w miesiącu, piły razem kawę albo umawiały się na obiad, i zwierzały jedna drugiej, poruszając często bardzo głębokie tematy. Regina nie pracowała zawodowo. Zajmowała się domem, mężem i dziećmi, które dorastały i budowały swoje własne światy. Kilka lat temu, w "poszukiwaniu siebie", jak to określiła przyjaciółka, Regina zaczęła pisać ikony. Najpierw zapisała się na kurs ikonopisania, a potem zaczęła uczestniczyć w wykładach i warsztatach Akademii Ikon, poświęcając się pasji, której Natasza jej zazdrościła. Czy ona sama miała jakąś pasję oprócz pracy? Fascynowało ją prawo, jego zawiłości i kruczki, do każdej powierzonej sprawy podchodziła bardzo osobiście, rozpracowując nawet najbardziej skomplikowane i niejednoznaczne przepisy, ale czy to mogło być odskocznią po ciężkim i wyczerpującym dniu? 
"Doszłaś do zakrętu, za który boisz się wyjrzeć. Utknęłaś w martwym punkcie wiedząc, że nie wrócisz do tego, co zostało za tobą, ale jednocześnie nie chcesz zobaczyć, co życie jeszcze dla ciebie przygotowało, i bronisz się przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Żyjesz w zawieszeniu, Natasza. Tak, jakby na niby, a przecież ty jesteś prawdziwa! I twoje życie też. Zrób coś z tym i nie marnuj kolejnych dni, bo ani się obejrzysz, po prostu ci ich zabraknie.". 
Patrząc na morze, które falowało i marszczyło się, zupełnie jakby chciało dać Nataszy do zrozumienia, że ono też ma swoje zmartwienia, ale nauczyło się z nimi radzić, kobieta poczuła, jak powoli zaczyna wypełniać ją spokój. Słońce porozsypywało na powierzchni swoje diamenty, skrzące się i mrugające do Nataszy radośnie. Ich pozdrowienie odebrała jak komunikat, który chciały jej przekazać: Doceń ten dzień! Wybierz z niego to, co sprawia ci przyjemność i zapamiętaj tę chwilę, abyś mogła z niej czerpać, gdy przygniecie cię codzienność. 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 
   
Usiadła na piasku, blisko brzegu, i przesypując w dłoniach drobniutkie ziarenka, po prostu patrzyła. W oddali dostrzegła żaglówkę przesuwającą się na tle błękitnego nieba jak łabędź. Przelatujące ponad nią mewy i rybitwy dopełniały tego zachwycającego widoku, w prostocie pozwalając dostrzec wyjątkowość. I piękno. 
Potrzebowała tego. Oderwania od przytłaczających zdarzeń i nowego spojrzenia. Ciszy, która koiła i bezczynności, która tak naprawdę była pracą nad sobą. Bo Natasza z samą sobą prowadziła długą rozmowę, stawiając sobie niewygodne pytania, od których do tej pory uciekała. Wiedziała, że ten czas nad morzem jest właśnie po to, aby w końcu poszukała odpowiedzi i odważyła się wyjrzeć za ten zakręt, o którym mówiła Regina. 
Podniosła się, otrzepała z piasku i ruszyła brzegiem morza, uśmiechając się do fal, które bezwstydnie ją zaczepiały, dotykając nie tylko bosych stóp, ale i ud Nataszy, do których od razu przylgnęły wilgotne, materiałowe spodnie. Szła, lżejsza o nadbagaż, który tu ze sobą przywiozła, czując pod stopami chropowaty od drobnych kamyków nadmorski brzeg. Wsłuchiwała się w krzyk mew, który dla Nataszy był ich opowieścią o tym wszystkim, czego te duże ptaki z potężnymi skrzydłami doświadczały każdego dnia, a w pewnej chwili zaczęła biec, próbując dogonić wiatr i uciec przed wybiegającą jej naprzeciw spienioną falą. 
Żyła i próbowała zapamiętać ten moment i odnalezioną w sobie spontaniczną radość, aby sięgnąć do niej wówczas, gdy wróci do rzeczywistości w jakiej utknęła, i którą postanowiła odmienić drobnymi krokami i decyzjami, do których dojrzewała. I chociaż nadal bała się tego, co zastanie za zakrętem, postanowiła zbliżyć się do niego, aby kiedyś nie żałować, że choćby nie spróbowała... cdn...
Monika A. Oleksa   


Fot. Marcin Piotr Oleksa  

Komentarze

  1. Potrafisz, jak zwykle zestroić krajobraz w wewnętrznymi rozterkami swych bohaterów. Niemal spaceruję tą plażą. To tworzy Twój styl:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witajcie "Czwartkowe obiady" :) Piękne to wspomnienie morza...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak